siedem
"Przekaźnik" to bardzo częsta nazwa miejsca. Ma znaczenie w niemal
każdym środowisku. Podobnie jak Nowe Miasto i Nowy Dom, pojawia się
wciąż na nowo za każdym razem, gdy ludzie przenoszą się, kolonizują lub
dołączają do sieci łączności. Można przelecieć miliard lat świetlnych
lub miliard lat i wciąż znaleźć takie nazwy pośród ras, które naturalnie
osiągnęły inteligencję.
Jednak współcześnie istniał jeden "Przekaźnik" znany ponad wszystkie
inne. Ta instancja pojawiała się na listach trasowania dwóch procent
całego ruchu przez Znaną Sieć. Znajdujący się dwadzieścia tysięcy lat
nad płaszczyzną galaktyki Przekaźnik miał niczym nie przesłonięty widok
na trzydzieści procent Poza, włącznie z wieloma układami gwiezdnymi aż
na samym Dnie, gdzie statki międzygwiezdne mogą lecieć najwyżej rok
świetlny na dzień. Niewiele układów gwiezdnych z metalem miało równie
dobrą lokalizację, a istniała ostra konkurencja. Jednak gdy inne
cywilizacje traciły zainteresowanie, kolonizowały Transcendencję lub
ginęły w apokalipsie, Organizacja Vrinimi trwała. Po pięćdziesięciu
tysiącach lat nie było w niej wielu cywilizacji, które pierwotnie
utworzyły Organizację, a żadna z nich nie pełniła przywódczej roli... a jednak oryginalne założenia i polityka pozostały. Lokalizacja i trwałość: Przekaźnik był teraz głównym pośrednikiem do Obłoków Magellana
i jednym z niewielu miejsc z łączem do Poza w galaktyce Rzeźbiarza.
W Sjandra Kei Przekaźnik miał niezwykłą reputację. Podczas dwóch lat
spędzonych tu na stażu Ravna zrozumiała, że prawda dalece ją
przewyższała. Przekaźnik znajdował się w Środkowym Poza, a jedynym
towarem eksportowym Organizacji było przekazywanie informacji oraz
dostęp do lokalnego archiwum. A mimo tego importowali najlepsze
materiały biologiczne i sprzęt do przetwarzania z Górnego Poza. Doki
Przekaźnika były ekstrawagancją, na jaką mogli sobie pozwolić tylko
wyjątkowi bogacze. Rozciągały się na tysiąc kilometrów: przystanie,
hangary naprawcze, centra tranzytowe, parki i place rozrywki. Samo w sobie nie było to dziwne -?nawet Sjandra Kei miała dużo większe osiedla
orbitalne. Tylko że Doki nie znajdowały się na orbicie: unosiły się
tysiąc kilometrów nad planetą na największym antygrawie, jaki Ravna
kiedykolwiek widziała. Na Sjandra Kei roczne dochody akademickie mogłyby
pozwolić jej kupić metr kwadratowy tkaniny antygrawitacyjnej -?coś, co
nie przetrwałoby roku. Tutaj używano milionów hektarów tego materiału,
utrzymującego miliardy ton. Sama wymiana zużytej tkaniny wymagała
większego ruchu handlowego z Górnego Poza, niż większość skupisk
gwiezdnych mogła osiągnąć.
A teraz mam tu własne biuro. Praca bezpośrednio dla Grondr Kalira
miała swoje zalety. Ravna rozparła się w fotelu i zapatrzyła na środkowe
morze. Na wysokości Doków ciążenie wynosiło około trzy czwarte
standardowego. Fontanny powietrzne nad środkiem platformy rozprowadzały
powietrze umożliwiające oddychanie. Poprzedniego dnia popłynęła żaglówką
przez morze o przejrzystym dnie. Doświadczenie było bardzo dziwne:
planetarne chmury pod stępką, w górze gwiazdy i niebo w kolorze indygo.
Dziś rano zwiększyła fale, co było prostą kwestią zmiany ustawień
antygrawów zatoki. Woda uderzała regularnie w jej plażę. Nawet
trzydzieści metrów od brzegu czuła zapach soli w powietrzu. W oddali
przesuwały się rzędy białych grzyw.
Przyjrzała się postaci, która powoli szła w jej stronę przez piasek.
Jeszcze kilka tygodni temu nie potrafiłaby sobie nawet wyśnić takiej
sytuacji. Zaledwie przed paroma tygodniami przesiadywała w archiwum
pochłonięta rozbudową, szczęśliwa z udziału w pracy nad jedną z największych baz danych w Znanej Sieci, a teraz... miała wrażenie, jakby
przebyła pełny krąg, wróciła do dziecięcych snów o przygodzie. Jedyny
problem polegał na tym, że chwilami czuła się jak jeden z czarnych
charakterów. Pham Nuwen był żywym człowiekiem, nie towarem na sprzedaż.
Wstała i ruszyła na spotkanie rudowłosego gościa.
Nie miał przy sobie miecza ani pistoletu z fantazyjnej animacji Grondra,
jednak jego strój był z wzorzystej tkaniny typowej dla starodawnych
przygód, a z jego postawy biła pewność siebie. Od czasu spotkania z Grondrem uzupełniła swoje wiadomości na temat antropologii ze Starej
Ziemi. Występowały tam rude włosy i fałdy skórne nad powiekami, choć
rzadko u jednej osoby. Jego dymna skóra byłaby niezwykła dla mieszkańca
Ziemi. W równym stopniu co ona był oczywistym produktem ewolucji już po
opuszczeniu będącej ich kolebką planety.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Prolog
Jak wyjaśnić? Jak opisać? Truchleje nawet wszechwiedzący obserwator.
Samotna gwiazda, czerwonawa i słaba. Chmara asteroid i tylko jedna
planeta, bardziej podobna do księżyca. W tych czasach gwiazda unosiła
się w pobliżu płaszczyzny galaktyki, tuż poza Poza. Z powierzchni
planety znikły wszelkie widoczne dla zwykłego wzroku struktury,
zmiecione przez eony w drobny pył. Skarb krył się głęboko pod
powierzchnią, pod siecią korytarzy, w pojedynczym pomieszczeniu pełnym
czerni. Nieuszkodzona informacja o gęstości kwantowej. Minęło może pięć
miliardów lat, od kiedy archiwum straciło kontakt z sieciami.
Przekleństwo grobowca mumii, zabawny obrazek z prehistorii ludzkości,
utracony przed nastaniem czasu. Śmiali się, mówiąc to, śmiali się z radości ze skarbu... i obiecali sobie mimo wszystko zachować ostrożność.
Będą tu mieszkać przez rok czy pięć lat, mała grupa ze Straum:
archeoprogramiści, ich rodziny i szkoły. Rok albo pięć lat wystarczy na
napisanie protokołów, przejrzenie wierzchnich warstw oraz
zidentyfikowanie pochodzenia skarbu w czasie i przestrzeni, poznanie
tajemnicy czy dwóch, które wzbogacą Królestwo Straumli. A kiedy skończą,
sprzedadzą lokalizację, być może budując też łącze sieciowe (choć to
znacznie bardziej ryzykowne -?to poza Poza, więc kto wie, jaka Potęga
może przechwycić ich zdobycz).
Obecnie mieściło się tam małe osiedle nazwane Górnym Laboratorium. Tak
naprawdę to tylko Ludzie grzebiący w starej bibliotece, co przy używaniu
tylko własnych automatów powinno być bezpieczne, czyste i niegroźne.
Biblioteka nie była świadoma ani nawet nie posiadała urządzeń (które
tutaj mogły być dużo bardziej zaawansowane od ludzkich). Będą oglądać,
wybierać i przebierać, uważając, żeby się nie oparzyć... Ludzie
rozpalający ognie i bawiący się płomieniami.
Archiwum poinformowało urządzenia. Zbudowano struktury danych,
postąpiono wedle przepisów. Stworzono lokalną sieć szybszą niż cokolwiek
na Straum, ale z pewnością bezpieczną. Dodano węzły zmodyfikowane przez
inne przepisy. Archiwum było przyjazne, z prowadzącymi ich w poszukiwaniach hierarchiami kluczy tłumaczeniowych. Dzięki niemu Straum
stanie się sławne.
Minęło sześć miesięcy. Rok.
* * *
Wszechwiedzący obserwator. Tak naprawdę wcale nie świadomy. Świadomość
jest zdecydowanie przereklamowana. Większość automatów działa dużo
lepiej jako część większej całości i nawet jeśli możliwościami dorównują
człowiekowi, nie potrzebują świadomości.
Jednak lokalna sieć w Górnym Laboratorium doznała transcendencji -?w sposób niemal niezauważony dla Ludzi. Krążące w jej węzłach procesy były
złożone, wykraczające poza wszystko, co mogło istnieć w komputerach
sprowadzonych przez Ludzi. Te marne sprzęty były teraz tylko interfejsem
urządzeń sugerowanych przez przepisy. Procesy dysponowały potencjałem
samoświadomości... i czasami jej potrzebowały.
-?Nie powinniśmy.
-?Nie powinniśmy tu rozmawiać?
-?W ogóle rozmawiać.
Łącze między nimi było nitką, niewiele więcej niż wąskim pasmem ludzkiej
komunikacji. Jednak był to sposób na ucieczkę przed kompletnością
lokalnej sieci, wymuszający przy tym na nich osobne świadomości.
Dryfowali od węzła do węzła, wyglądając przez kamery zamontowane na
lądowisku. Siedziała tam tylko uzbrojona fregata i pusta jednostka
kontenerowa. Od ostatniej dostawy minęło sześć miesięcy. Był to jeden ze
środków ostrożności dość wcześnie zasugerowany przez archiwum, podstęp
umożliwiający Pułapkę. Cichcem, cichaczem. Jesteśmy dziką zwierzyną,
której nie może dostrzec kompletność, nadchodząca już wkrótce Potęga. W niektórych węzłach kulili się do mikroskopijnych rozmiarów i prawie
pamiętali bycie ludźmi, stawali się echami...
-?Biedni Ludzie, wszyscy zginą.
-?Biedni my, bo nie zginiemy.
-?Chyba coś podejrzewają. Przynajmniej Sjana i Arne. -?Kiedyś, dawno
temu, byliśmy ich kopiami. Kiedyś, parę tygodni temu, gdy archeolodzy
uruchomili programy na poziomie ego.
-?Oczywiście, że podejrzewają. Ale co mogą zrobić? Obudzili bardzo stare
zło. Będzie im podsuwać kłamstwa przez każdą kamerę i w każdej
wiadomości z domu do czasu, aż będzie gotowe.
Myśli ustały na chwilę, gdy przez używane przez nie węzły przesunął się
cień. Kompletność była już większa od wszystkiego co ludzkie, większa,
niż ludzkie umysły mogły ogarnąć. Nawet jej cień przerastał człowieka,
był bogiem szukającym irytujących szkodników.
Duchy wróciły, wyglądając na dziedziniec podziemnej szkoły. Ludzie byli
tak pewni siebie, tak pewni swojej małej wioski.
-?A jednak -?pomyślała z nadzieją ta zawsze szukająca bardziej szalonych
pomysłów -?nie powinniśmy istnieć. Zło już dawno powinno nas znaleźć.
-?Zło jest młode, nie ma nawet trzech dni.
-?Mimo wszystko. Istniejemy. To czegoś dowodzi. Ludzie znaleźli w tym
archiwum coś więcej niż tylko wielkie zło.
-?Może znaleźli dwa.
-?Albo antidotum. -?Czymkolwiek jeszcze była, kompletności brakowało
pewnych rzeczy i błędnie interpretowała inne. -?Jak długo istniejemy,
powinniśmy robić, co się da. -?Duch rozciągnął się na liczne stacje
robocze i pokazał swojemu towarzyszowi widok w głąb starego tunelu, z dala od ludzkich artefaktów. Przez pięć miliardów lat był opuszczony,
bez powietrza i światła. W ciemności stało tam dwoje Ludzi, stykając się
hełmami. -?Widzisz? Sjana i Arne spiskują. My też możemy.
Drugi nie odpowiedział słowami. Ponurość. Owszem, Ludzie spiskowali,
kryjąc się w ciemności, którą uważali za niekontrolowaną. Ale wszystkie
ich słowa z pewnością trafiały do kompletności, choćby przenoszone przez
pył pod ich stopami.
-?Wiem, wiem. A jednak my istniejemy, a to też powinno być niemożliwe.
Być może razem zdołamy urzeczywistnić jeszcze większą niemożliwość. Może
zdołamy skrzywdzić zrodzone tu nowe zło.
Pragnienie i decyzja. Dwójka rozproszyła swoją świadomość w lokalnej
sieci, zanikając do najlżejszej barwy świadomości. I w końcu zrodził się
plan, oszustwo -?bezużyteczne, jeśli nie zdołają niezależnie przekazać
wiadomości na zewnątrz. Czy był jeszcze na to czas?
* * *
Mijały dni. Dla rosnącego w nowych maszynach zła każda godzina była
dłuższa od całego uprzedniego czasu. Teraz nowo zrodzone dzieliły już
tylko niecałe cztery godziny od wielkiego rozkwitu, bezpiecznego
rozejścia się w przestrzeniach międzygwiezdnych.
Wkrótce będzie mogło się pozbyć miejscowych Ludzi. Nawet teraz byli
niewygodą, choć zabawną. Niektórzy naprawdę myśleli o ucieczce. Przez
wiele dni kładli swoje dzieci do hibernacji i ładowali je na pokład
frachtowca. W swoich programach planujących opisywali to jako
"przygotowania do zwykłego odlotu". Przez wiele dni modyfikowali
fregatę, próbując ukrywać to pod maską oczywistych kłamstw. Niektórzy z Ludzi rozumieli, że to, co obudzili, może być ich zgubą, może
doprowadzić do końca Królestwa Straumli. Istniały precedensy takich
katastrof, opowieści o rasach, które spłonęły, bawiąc się ogniem.
Nikt nie domyślił się prawdy. Nikt nie zgadł, jaki zaszczyt im przypadł,
że zmienili przyszłość tysiąca milionów układów gwiezdnych.
* * *
Godziny zmieniły się w minuty, minuty w sekundy. Teraz każda sekunda
trwała równie długo jak cały wcześniejszy czas. Rozkwit był już tak
blisko, tak bardzo blisko. Dominium sprzed pięciu miliardów lat zostanie
odzyskane i tym razem utrzymane. Brakowało tylko jednej rzeczy, która
nie miała żadnego związku ze spiskami Ludzi. W archiwum, głęboko w przepisach, powinno być coś jeszcze. Przez miliardy lat coś mogło zostać
utracone. Nowo zrodzone czuło wszystkie swoje moce z przeszłości, w potencjale... a jednak powinno tam być coś jeszcze, coś, czego nauczyło
się podczas upadku, lub coś pozostawionego przez jego wrogów (jeśli tacy
kiedyś istnieli).
Długie sekundy spędzone na przeszukiwaniu archiwów. Były tam dziury,
uszkodzone sumy kontrolne. Część uszkodzeń wynikała z wieku...
Na zewnątrz statek kontenerowy i fregata wystartowały z lądowiska,
unosząc się na bezdźwięcznych antygrawach ponad szarościami na
szarościach, ruinami sprzed pięciu miliardów lat. Na pokładach tych
jednostek znajdowała się prawie połowa Ludzi. Ich starannie zamaskowana
próba ucieczki. Do tej pory te działania były tolerowane, nie nadszedł
jeszcze właściwy czas rozkwitu, a Ludzie wciąż mogli być przydatni.
Poniżej poziomu najwyższej świadomości jej paranoidalne skłonności
przetrząsały ludzkie bazy danych. Sprawdzając, dla pewności. Żeby się
upewnić. Najstarsza ludzka sieć lokalna korzystała z połączeń z prędkością światła. Spędzono (zmarnowano) tysiące mikrosekund na
obijanie się po niej, odsiewając błahostki... i w końcu odkrywając jedną
wyjątkową pozycję:
Magazyn: kwantowy pojemnik danych, sztuk (1), załadowany na pokład
fregaty sto godzin wcześniej!
I ku uciekającym jednostkom zwróciła się cała uwaga nowo zrodzonego.
Mikroby, lecz nagle szkodliwe. Jak mogło do tego dojść? Nagle
przyśpieszono milion harmonogramów. Nie było już mowy o uporządkowanym
rozkwicie, więc Ludzie pozostali w Laboratorium nie byli już potrzebni.
Pomimo kosmicznego znaczenia sama zmiana była drobna. Dla pozostałych na
dole Ludzi chwila przerażenia ze wzrokiem wbitym w ekrany, gdy
uświadamiali sobie, że ich obawy były słuszne (nie zdając sobie sprawy,
o ile gorsza jest prawda).
Pięć sekund, dziesięć: więcej zmian niż w dziesięć tysięcy lat ludzkiej
cywilizacji. Miliard trylionów konstrukcji, pleśń wyrastająca z każdej
ściany, przebudowująca to, co dotąd było ledwie nadludzkie. Proces był
równie potężny jak poprawne rozkwitanie, choć nie aż tak precyzyjnie
dostrojony.
I ani na chwilę nie zapomniał o powodzie tego pośpiechu: fregacie.
Przełączyła się na silnik rakietowy, oddalając się gwałtownie od
powolnego frachtowca. W jakiś sposób te mikroby wiedziały, że ratują coś
więcej niż tylko siebie. Okręt bojowy miał najlepsze komputery
nawigacyjne, jakie ich drobne umysły mogły stworzyć. Jednak upłyną
jeszcze trzy sekundy, zanim zdoła wykonać swój pierwszy ultranapędowy
skok.
Nowa Potęga nie miała na powierzchni żadnej broni, niczego poza laserem
łącznościowym. A ten przy obecnej odległości fregaty nie mógł nawet
stopić stali. Mimo wszystko laser został skierowany i wymierzony w odbiornik uciekającego okrętu. Brak potwierdzenia. Ludzie wiedzieli, co
łączność sprowadzi. Promień lasera przemknął po kadłubie, oświetlając
jego gładkość i nieaktywne czujniki, przesuwając się po ościach
ultranapędu. Szukając, macając. Potęga nie zawracała sobie wcześniej
głowy sabotażem zewnętrznego kadłuba, ale to nie był problem. Nawet tak
prymitywna maszyna miała na powierzchni tysiące czujników zgłaszających
status i zagrożenia, wspomagających programy techniczne. Większość była
wyłączona, okręt leciał prawie na ślepo. Uważali, że zamknięcie oczu
zapewni im bezpieczeństwo.
Jeszcze sekunda i fregata wykonałaby bezpieczny skok między gwiazdy.
Laser natknął się na czujnik uszkodzeń zgłaszający krytyczne zmiany w ościach ultranapędu. Jego przerwania nie można było zignorować, jeśli
skok miał się udać. Przerwanie uhonorowano. Program obsługujący
przerwania wyjrzał na zewnątrz, odebrał więcej światła z lasera daleko w dole... tylne drzwi do kodu statku, zainstalowane, gdy nowo zrodzone
przejmowało sprzęt Ludzi...
...i Potęga znalazła się na pokładzie z marginesem milisekund. Jej
agenty -?na tym prymitywnym sprzęcie nawet niesięgające poziomu Ludzi -
przemknęły przez automatykę statku, wyłączając i przerywając. Nie będzie
żadnego skoku. Kamery na mostku okrętu pokazały rozszerzenie oczu,
początek krzyku. Ludzie już wiedzieli, do jakiego poziomu przerażenie
może zrodzić się w ułamku sekundy.
Nie będzie żadnego skoku. A jednak ultranapęd był już naładowany.
Nastąpi próba skoku, bez automatycznego sterowania skazana na
niepowodzenie. Poniżej pięciu milisekund do wyładowania skoku,
mechaniczna kaskada, której nie mogło opanować żadne oprogramowanie.
Agenty nowo zrodzonego przemknęły przez wszystkie komputery statku,
bezskutecznie próbując wyłączenia. Odległa już o prawie sekundę
świetlną, ukryta pod szarym pyłem Górnego Laboratorium Potęga mogła
tylko obserwować. A więc tak. Fregata zostanie zniszczona.
Tak powoli i tak szybko. Ułamek sekundy. Ogień rozprzestrzenił się od
serca okrętu, pochłaniając zarówno zagrożenie, jak i możliwość.
Dwieście tysięcy kilometrów dalej niezgrabny pojazd kontenerowy wykonał
własny skok z ultranapędem i zniknął z widoku. Nowo zrodzone ledwie to
zauważyło. Uciekło tak niewielu Ludzi, wszechświat mógł ich sobie mieć.
W kolejnych sekundach nowo urodzone czuło... emocje? ...coś będącego
czymś więcej i mniej, niż człowiek mógłby poczuć. Spróbujmy emocji:
Euforia. Nowo zrodzone wiedziało, że teraz przeżyje.
Przerażenie. Jak blisko ponownej śmierci się znalazło.
Frustracja. Być może to uczucie było najsilniejsze, najbliższe zwykłemu
ludzkiemu echu. Wraz z fregatą zginęło coś istotnego, coś z archiwum.
Wspomnienia zostały wydobyte z kontekstu, odtworzone. To, co zostało
utracone, mogło uczynić nowo zrodzone jeszcze potężniejszym... ale
bardziej prawdopodobne, że była to zabójcza trucizna. W końcu ta Potęga
już kiedyś zginęła, została zmieniona w nicość. A powodem mogło być to,
co przepadło.
Podejrzenie. Nowo zrodzone nie powinno dać się tak zwieść. Nie przez
zwykłych Ludzi. Nowo zrodzone zwinęło się w samokontroli i panice.
Owszem, były w nim ślepe plamki, ostrożnie zainstalowane na samym
początku, i to nie przez marnych Ludzi. Zrodziło się tu dwoje. Ono... i trucizna, powód jego upadku. Nowo zrodzone skontrolowało się jak nigdy
dotąd, teraz już wiedząc, czego szukać. Niszcząc, oczyszczając, ponownie
sprawdzając, szukając oznak trucizny i ponownie niszcząc.
Ulga. Porażka była tak blisko, ale teraz...
* * *
Mijały minuty i godziny, bezkres czasu konieczny do fizycznej budowy:
systemu łączności, transportu. Nastrój nowej Potęgi zmieniał się,
uspokajał. Człowiek mógłby nazwać to uczucie triumfem, oczekiwaniem.
Choć lepszym odpowiednikiem mógłby być zwykły głód. Czego więcej
potrzeba, gdy nie ma wrogów?
Nowo zrodzone rozejrzało się pośród gwiazd, planując. Tym razem będzie
inaczej.
jeden
Hibernacja nie pozwalała na sny. Trzy dni temu szykowali się do wyjazdu,
a teraz byli już tutaj. Mały Jefri narzekał na przespanie całej akcji,
ale Johanna Olsndot cieszyła się, że spała -?znała niektórych dorosłych
na pokładzie drugiego statku.
Teraz dryfowała między rzędami śpiących. Ciepło emitowane przez
chłodziarki sprawiało, że w ciemności było piekielnie gorąco. Na
ścianach pojawiły się plamy szarej pleśni. Skrzynie hibernatorów zostały
ciasno upakowane, z wąskimi korytarzami co dziesiąty rząd. Były takie
miejsca, do których tylko Jefri mógł dotrzeć. Leżało tam trzysta
dziewięcioro dzieci: wszystkie poza nią i jej bratem Jefrim.
Skrzynie do hibernacji były lekkimi modelami szpitalnymi. Przy
zapewnieniu odpowiedniej wentylacji i konserwacji mogły pracować przez
sto lat, ale... Johanna przetarła twarz i spojrzała na odczyt skrzyni.
Jak większość w wewnętrznych rzędach, ta też była w kiepskim stanie.
Bezpiecznie utrzymywała znajdującego się w środku chłopca na skraju
życia, ale prawdopodobnie go zabije, jeśli zostanie w środku jeszcze
jeden dzień. Otwory wentylacyjne skrzyni były czyste, ale odkurzyła je
jeszcze raz, bardziej na szczęście niż dla lepszej konserwacji.
Mama i tata tu nie zawinili, choć Johanna podejrzewała, że sami się
obwiniali. Ucieczka została przygotowana z użyciem dostępnych materiałów
w ostatniej chwili, gdy eksperyment zmienił się w coś złego. Personel
Górnego Laboratorium zrobił, co mógł, by uratować swoje dzieci i ochronić się przed jeszcze większą katastrofą, i może nawet wszystko by
się udało, gdyby...
-?Johanna! Tata mówi, że już nie ma czasu. Powiedział, żebyś tam
skończyła i przyszła tutaj! -?zawołał Jefri od włazu, z którego
wystawała jego głowa.
-?Dobrze! -?I tak nie powinno jej tu być, tak naprawdę nie mogła zrobić
nic więcej, by pomóc swoim przyjaciołom.
Tami, Giske i Magda... och proszę, bądźcie bezpieczni. Johanna
przeciągnęła się na korytarz i prawie wpadła na lecącego z przeciwnej
strony Jefriego. Chwycił ją za rękę i przytulił się mocno, dryfując z nią do włazu. Przez ostatnie dwa dni nie płakał, ale stracił dużo
niezależności zdobytej w ostatnim roku. Teraz miał szeroko otwarte oczy.
-?Lądujemy w pobliżu bieguna północnego, przy tych wszystkich wyspach i lodzie.
W kabinie po drugiej stronie włazu ich rodzice przypinali się do foteli.
Kupiec Arne Olsndot obejrzał się na nią i uśmiechnął.
-?Cześć, młoda. Siadaj. Za niecałą godzinę będziemy na ziemi.
Johanna odpowiedziała uśmiechem, prawie porwana jego entuzjazmem.
Zignorowała plątaninę sprzętu i wonie dwudziestu dni zamknięcia. Tata
wyglądał szykownie jak z plakatu reklamowego. Światła ekranów błyszczały
na spojeniach jego skafandra próżniowego. Właśnie wrócił z wyjścia na
zewnątrz.
Jefri odepchnął się przez kabinę, ciągnąc Johannę za sobą. Przypiął się
do uprzęży między nią a ich mamą. Sjana Olsndot sprawdziła jego pasy,
potem Johanny.
-?To będzie ciekawe, Jefri. Czegoś się nauczysz.
-?Tak, wszystkiego o lodzie. -?Trzymał teraz rękę mamy.
Mama się uśmiechnęła.
-?Nie dzisiaj. Mówię o lądowaniu. Nie będzie przypominać
antygrawitacyjnego ani balistycznego. -?Antygraw nie działał. Tata
właśnie odłączył jego powłokę od kontenera. Nigdy nie zdołaliby
wylądować całością na palniku.
Tata zrobił coś z miszmaszem urządzeń sterujących, które połączył
programowo ze swoim terminalem. Ich ciała osiadły w uprzęży. Powłoka
kontenera wokół nich zazgrzytała, a wsporniki utrzymujące skrzynie z dziećmi zajęczały i zatrzeszczały. Coś zagrzechotało i uderzyło,
"spadając" przed kadłub. Johanna domyśliła się, że wyciągają około
jednego g.
Spojrzenie Jefriego przeniosło się z ekranu przedstawiającego widok na
zewnątrz na twarz mamy i z powrotem.
-?To jak to będzie? -?Wydawał się zaciekawiony, choć w jego głosie
usłyszała lekkie drżenie.
Johanna prawie się uśmiechnęła: Jefri wiedział, że mama odwraca jego
uwagę, i próbował się temu poddać.
-?To będzie lądowanie czysto rakietowe, prawie całą drogę na ciągu.
Widzisz to środkowe okno? Ta kamera patrzy prosto w dół. Nawet widać, że
zwalniamy.
Faktycznie, było to widoczne. Johanna domyśliła się, że są najwyżej
kilkaset kilometrów od powierzchni. Arne Olsndot używał rakiety
przyklejonej do tyłu powłoki towarowej do wyhamowania prędkości
orbitalnej. Nie mieli żadnych innych opcji. Odrzucili powłokę towarową z antygrawem i ultranapędem. Doprowadziła ich aż tutaj, lecz jej
automatyka sterująca wysiadała. Unosiła się teraz martwa na orbicie
kilkaset kilometrów za nimi.
Został im tylko kontener towarowy. Żadnych skrzydeł, antygrawu ani
osłony aerodynamicznej. Siedzieli w środku stutonowego kartonu z jajkami
ustawionego na dyszy palnika.
Mama niezupełnie tak to opisywała Jefriemu, choć mówiła prawdę. Jefri
zdał się w jakiś sposób zapomnieć o niebezpieczeństwie. Zanim przenieśli
się do Górnego Laboratorium, Sjana Olsndot była w Królestwie Straumli
archeolożką i pisarką.
Tata wyłączył silnik i znowu znaleźli się w nieważkości. Johanna poczuła
falę mdłości -?zwykle nie czuła choroby kosmicznej, ale tym razem było
inaczej. Obraz lądu i morza w oknie kamery z dołu powoli rósł. Widziała
tylko kilka rozproszonych chmur. Wybrzeże było niekończącym się zbiorem
wysp, przesmyków i zatoczek. Ciemna zieleń rozciągała się wzdłuż
wybrzeży i w górę dolin, przechodząc w czerń i szarość w górach.
Miejscami jarzyły się białe plamy śniegu... i zapewne lodu Jefriego. To
wszystko było tak piękne... a oni spadali prosto na to!
Usłyszała metaliczne uderzenia w powłokę towarową, gdy silniczki
manewrowe obróciły ich pojazd, ustawiając główny silnik w dół. Ziemia
widoczna była teraz w oknie po prawej. Silnik znowu zadziałał, z przyśpieszeniem bliskim standardowego. Brzeg ekranu pociemniał w płomieniach.
-?Rety -?rzucił Jefri. -?To jak jazda windą w dół i w dół, i w dół i...
-?Sto kilometrów w dół, dość powoli, by siła oporu powietrza ich nie
rozerwała.
Sjana Olsndot miała rację: był to unikalny sposób schodzenia z orbity,
niewątpliwie nie preferowany w żadnych zwyczajnych okolicznościach.
Zdecydowanie nie przewidziano go w oryginalnych planach ucieczki. Mieli
się spotkać z fregatą z Górnego Laboratorium, ze wszystkimi dorosłymi,
którzy zdołali uciec z bazy. Oczywiście do spotkania miało dojść w przestrzeni, co zapewniało łatwy transfer. Jednak fregata została
zniszczona i byli zdani na siebie. Spojrzenie Johanny bezwiednie
powędrowało do kawałka kadłuba za rodzicami. Zobaczyła tam znajome
odbarwienie. Wyglądało jak szary grzyb... wyrastający z czystej ceramiki
kadłuba. Rodzice nie rozmawiali o tym za wiele nawet teraz, poza
odganianiem od niego Jefriego. Jednak Johanna kiedyś ich podsłuchała,
gdy sądzili, że ona i brat są na drugim końcu kadłuba. Głos taty brzmiał
prawie płaczliwie od gniewu.
-?To wszystko na próżno -?powiedział cicho. -?Stworzyliśmy potwora i uciekliśmy, a teraz utknęliśmy na Dnie.
I jeszcze cichszy głos mamy:
-?Powtarzam ci po raz setny, Arne, nie na próżno. Mamy dzieci. -
Machnęła ręką na nierówności rozrastające się po ścianie. -?A biorąc pod
uwagę sny... otrzymane wskazówki... to chyba najlepsze, na co mogliśmy
mieć nadzieję. W jakiś sposób przewozimy odpowiedź na całe obudzone
przez nas zło.
A potem Jefri odbił się głośno od kadłuba, oznajmiając niezwłoczne
przybycie, i rodzice skończyli rozmowę. Johanna nie umiała zebrać
odwagi, by ich o to zapytać. W Górnym Laboratorium działy się dziwne
rzeczy, a pod koniec również takie dość przerażające, zdarzali się nawet
ludzie, którzy przestali być sobą.
Mijały minuty. Byli już głęboko w atmosferze. Kadłub wibrował od siły
strumienia powietrza... a może turbulencji z odrzutu? Jednak wszystko
działo się na tyle spokojnie, że Jefri zaczynał się wiercić. Większość
widoku w dół została wypalona przez blask powietrza jarzącego się wokół
smugi wylotowej, ale reszta była wyraźniejsza i bardziej szczegółowa niż
cokolwiek, co widzieli z orbity. Johanna zastanawiała się, jak często
zdarzało się, by ktoś lądował na nowo odkrytej planecie, przeprowadzając
mniej zwiadu niż oni. Nie mieli żadnych kamer teleskopowych ani
szperaczy.
Pod względem fizycznym planeta była bliska ludzkiego ideału -?cudowne
szczęście po całym pechu. Była niebem w porównaniu z pozbawionymi
powietrza skałami systemu wyznaczonego pierwotnie na spotkanie.
Z drugiej strony było tu inteligentne życie: z orbity dostrzegli drogi i miasta. Jednak poza nimi żadnych dowodów na cywilizację techniczną: brak
statków powietrznych, fal radiowych czy źródeł energii.
Lądowali na rzadko zasiedlonym skraju kontynentu. Jeśli im się
poszczęści, nikt nie zobaczy ich lądowania pośród zielonych dolin oraz
czarno-białych szczytów, a Arne Olsndot mógł dolecieć na odrzucie do
samej ziemi bez obawy o skrzywdzenie czegoś więcej niż lasu i trawy.
Przez pole widzenia kamery przesunęły się wyspy blisko brzegu. Jefri
krzyknął, wskazując. Teraz widok już zniknął, ale ona też to zobaczyła:
nieregularny wielościan ścian i cieni na jednej z wysp. Skojarzył się
jej z zamkiem Ery Księżniczek na Nyjorze.
Rozróżniała już poszczególne drzewa o długich cieniach w skośnych
promieniach słońca. Ryk silnika był głośniejszy niż wszystko, co
słyszała do tej pory: byli już głęboko w atmosferze i nie uciekali przed
dźwiękiem.
-?...robi się trudniej! -?krzyknął tata. -?I nie ma żadnych pomocnych
programów. Gdzie teraz, kochanie?
Mama rozejrzała się po ekranach. Na ile Johanna wiedziała, nie mogli
przesuwać kamer ani podłączyć żadnych nowych.
-?To wzgórze nad linią drzew, ale... chyba widziałam stado zwierząt
uciekających przed smugą od... zachodu.
-?Tak! -?krzyknął Jefri. -?Wilki.
Johanna tylko przez moment widziała ruchome plamki.
Unosili się teraz w miejscu, może tysiąc metrów nad szczytami wzgórz.
Hałas był bolesny i stały, rozmowa stała się niemożliwa. Dryfowali
powoli nad okolicą, częściowo robiąc rozpoznanie, częściowo by
pozostawać poza pióropuszem przegrzanego powietrza, które unosiło się
wokół nich.
Teren był bardziej pofalowany niż górzysty, a "trawa" wyglądała jak
mech. Mimo wszystko Arne Olsndot się wahał. Główny silnik rakietowy
zaprojektowano do wyrównywania szybkości po skokach międzygwiezdnych,
mogli więc tak wisieć całkiem długo, ale gdy wylądują, muszą to zrobić
od razu dobrze. Johanna słyszała, jak rodzice o tym rozmawiali, gdy
Jefri zajmował się skrzyniami hibernatorów, poza zasięgiem słuchu. Jeśli
w glebie będzie za dużo wody, jej rozprysk będzie jak dysza parowa,
przebijając się przez kadłub. Lądowanie między drzewami wiązało się z wątpliwymi korzyściami, być może oferowało nieco osłony przed
rozpryskiem. Jednak teraz nadchodził bezpośredni kontakt. Przynajmniej
widzieli, gdzie lądują.
Trzysta metrów. Tata przeciągnął smugą z dyszy przez podłoże. Miękki
grunt eksplodował. Sekundę później ich statek zachwiał się w kolumnie
pary. Kamera skierowana w dół wysiadła. Nie cofnęli się i po chwili atak
pary osłabł -?silnik przepalił się przez warstwę wody lub wiecznej
zmarzliny bezpośrednio pod nimi. Powietrze w kabinie robiło się coraz
cieplejsze.
Olsndot sprowadził ich powoli w dół, używając do nawigacji widoku z bocznych kamer i dźwięków odbicia. Wyłączył silnik. Nastąpił
przerażający, trwający pół sekundy spadek, a potem odgłos wsporników
uderzających w ziemię. Stanęli, potem jedna strona jęknęła, lekko się
przechylając.
Cisza, poza trzaskaniem stygnącego kadłuba. Tata spojrzał na
prowizoryczny czujnik ciśnienia. Uśmiechnął się do mamy.
-?Żadnego przebicia. Założę się, że mógłbym tym nawet z powrotem
wystartować!
dwa
Gdyby trafił w to miejsce godzinę wcześniej lub później, życie Wędrowca
Wickwrackruma potoczyłoby się zupełnie inaczej.
Trójka podróżnych kierowała się na zachód, schodząc z Lodowych Kłów w stronę zamku Rzezacza na Ukrytej Wyspie. Miał w życiu takie okresy,
kiedy nie potrafił znieść innych, ale w ciągu ostatniej dekady Wędrowiec
stał się dużo bardziej towarzyski. Obecnie lubił podróżować z innymi.
Podczas ostatniej wyprawy przez Wielkie Piaski w jego grupie było pięć
sfor. Częściowo wynikało to z potrzeby bezpieczeństwa: gdy odległości
między oazami sięgają tysiąca mil, śmierć bywa niemal nieunikniona,
zwłaszcza gdy oazy też czasami znikają. Jednak poza bezpieczeństwem dużo
się nauczył z rozmów z innymi.
Nie był tak zadowolony z obecnych towarzyszy. Żadne z nich nie było
pielgrzymem, oboje mieli tajemnice. Rysik Jaqueramaphan był przyjemnym,
zabawnym przygłupem i źródłem mnóstwa niepowiązanych informacji... Choć
niewykluczone, że był szpiegiem. Co było w porządku, jeśli tylko ludzie
nie będą uważać, że Wędrowiec z nim pracuje. Tak naprawdę jednak
niepokoiła go trzecia członkini ich grupy: Tyrathect była nowicjuszką,
jeszcze nie do końca zintegrowaną, i nie miała przyjętego nazwiska.
Twierdziła, że jest nauczycielką szkolną, jednak gdzieś w niej (w nim?
preferencje płciowe nie były jeszcze wyraźne) krył się zabójca.
Stworzenie było w oczywisty sposób fanatyczną rzezaczystką, trzymającą
się na uboczu i większość czasu bardzo sztywną. Prawie na pewno uciekała
przed czystką, którą prowadzono po nieudanej próbie przejęcia władzy na
wschodzie przez Rzezacza.
Natknął się na nich przy Wschodniej Bramie, po republikańskiej stronie
Lodowych Kłów. Oboje chcieli odwiedzić zamek na Ukrytej Wyspie. W sumie
przecież to było zaledwie sześćdziesiąt mil w bok od głównego szlaku do
Domeny Snycerza, wystarczyło tylko przekroczyć góry. Zresztą od lat
chciał odwiedzić dziedzinę Rzezacza. Może któreś z tej dwójki zapewni mu
wejście do środka. Tak duża część świata piętnowała rzezaczystów.
Wędrowiec Wickwrackrum nie potrafił się zdecydować, co sądzi na temat
ich zła: gdy złamie się dość zasad, czasem z jatki rodzi się coś
dobrego.
Tego popołudnia wreszcie dotarli do miejsca, z którego zobaczyli
przybrzeżne wyspy. Wędrowiec był tu zaledwie pięćdziesiąt lat temu, ale
i tak nie był przygotowany na urodę okolic. Północno-zachodnie wybrzeże
było najłagodniejszym rejonem arktycznym świata. W środku lata, podczas
niekończącego się dnia, wycięte przez lodowce doliny pokrywały się
zielenią. Bóg rzeźbiarz pochylił się nad tą ziemią ze swoimi lodowymi
dłutami. Teraz po lodzie i śniegu zostały tylko mgliste łuki na
wschodnim horyzoncie i łaty resztek rozproszone na pobliskich wzgórzach.
Ten śnieg topił się przez całe lato, będąc źródłem małych strumyków
łączących się ze sobą w kaskady spływające po stromych zboczach dolin. Z prawej Wędrowiec truchtał przez płaski kawałek ziemi przesiąknięty
stojącą wodą. Chłód pod stopami był niezwykle przyjemny i nie
przeszkadzały mu nawet zbierające się chmary muszek.
Tyrathect szła równolegle do niego, ale powyżej linii wrzosów. Była dość
rozmowna do chwili, gdy dolina skręciła i w polu widzenia pojawiły się
wyspy. Gdzieś tam wznosił się zamek Rzezacza, jej mroczny cel.
Rysik Jaqueramaphan był wszędzie wokół, bezmyślnie biegając po okolicy.
Zbierał się w dwójki i trójki, wyprawiając jakieś figle wzbudzające
śmiech nawet w poważnej Tyrathect, a potem wspinał się na wzgórza i opowiadał, co widzi w oddali. On pierwszy zobaczył wybrzeże, co trochę
go otrzeźwiło. Jego wygłupy były dość niebezpieczne, nawet gdy nie robił
ich w okolicach zajmowanych przez gwałcicieli.
Wickwrackrum zarządził przerwę i zebrał się na tyle, by poprawić sobie
taśmy na plecakach. Reszta popołudnia będzie nerwowa. Będzie musiał
zdecydować, czy naprawdę chce wejść do zamku z towarzyszami. Są pewne
granice ducha przygody, nawet u pielgrzyma.
-?Hej, słyszycie coś basowego?! -?zawołała Tyrathect. Wędrowiec nastawił
uszu. Faktycznie dotarł do niego grzmot -?potężny, ale prawie poniżej
zakresu słuchu. Na chwilę jego zdziwienie zmieniło się w strach.
Stulecie temu przeżył potężne trzęsienie ziemi. Tamten dźwięk był
podobny, choć tym razem ziemia nie ruszała mu się pod stopami. Czy to
znaczyło, że teraz nie będzie lawin ani gwałtownych powodzi? Przypadł
niżej, rozglądając się we wszystkie strony.
-?To jest na niebie! -?wskazał Jaqueramaphan.
Niemal nad ich głowami wisiało źródło blasku, mała kreska światła. W umyśle Wickwrackruma nie pojawiły się żadne wspomnienia, nawet legendy.
Rozstawił się, kierując wszystkie oczy na powoli przesuwające się
światło. Boży chór. To coś musi być całe mile w górze, a on mimo to
słyszał jego dźwięk. Odwrócił wzrok od światła, czując bolesne powidoki
w oczach.
-?Robi się jaśniejsze i głośniejsze -?rzucił Jaqueramaphan. -?Chyba
opada na tamte wzgórza, na wybrzeżu.
Wędrowiec zebrał się ciasno i pobiegł na zachód, krzycząc do
pozostałych. Dotrze tak blisko, jak będzie to bezpieczne, i będzie
obserwował. Nie spojrzał już w górę, było na to za jasno. To coś rzucało
cienie w środku dnia!
Przebiegł kolejne pół mili. Gwiazda wciąż unosiła się w powietrzu. Nie
potrafił sobie przypomnieć gwiazdy, która spadałaby tak powoli, choć
niektóre z największych potwornie wybuchały. Właściwie... nie słyszał
żadnych historii od ludzi, którzy znaleźli się blisko czegoś takiego. Ta
myśl sprawiła, że jego dzika ciekawość pielgrzyma przygasła. Rozejrzał
się na wszystkie strony. Nigdzie nie zobaczył Tyrathect, a Jaqueramaphan
siedział skulony przy jakichś kamieniach z przodu.
Światło zaś było tak jasne, że tam, gdzie nie chroniło go ubranie,
Wickwrackrum czuł żar na skórze. Hałas z nieba zrobił się boleśnie
głośny. Wędrowiec przeskoczył przez brzeg doliny, przeturlał się,
zachwiał i spadł po stromej kamiennej ścianie. Znalazł się w cieniu:
padało na niego tylko światło słońca. Drugą stronę doliny rozświetlał
blask i ostre cienie przemieszczały się z niewidocznym obiektem z tyłu.
Hałas wciąż był basowym grzmotem, ale tak głośnym, że przytępiał umysł.
Wędrowiec chwiejnie wkroczył między drzewa i szedł dalej, aż osłaniało
go sto metrów lasu. To powinno zdecydowanie pomóc, a jednak hałas wciąż
narastał, robił się ciągle głośniejszy...
Na chwilę stracił przytomność. Gdy doszedł do siebie, dźwięk gwiazdy
ustał. Dzwonienie pozostawione po sobie w jego bębenkach powodowało
oszołomienie. Zatoczył się otumaniony. Wyglądało na to, że pada... tylko
że niektóre kropelki się jarzyły. Miejscami w lesie pojawiały się
niewielkie ognie. Ukrył się pod drzewami o gęstej koronie do czasu, aż
płonące kamienie przestały spadać. Ognie się nie rozprzestrzeniały, lato
było stosunkowo wilgotne.
Wędrowiec leżał cicho, czekając na kolejne płonące kamienie lub nowy
grzmot gwiazdy. Nic. Wiatr wśród szczytów drzew osłabł. Słyszał ptaki,
świerszcze i kołatkowce. Poszedł do skraju lasu i wyjrzał w kilku
miejscach. Jeśli nie liczyć plam wypalonych wrzosów, wszystko wyglądało
normalnie, ale miał ograniczone pole widzenia -?widział ściany głównej
doliny i kilka szczytów wzgórz. Ha! Zauważył Rysika Jaqueramaphana
trzysta metrów dalej, na wzgórzu. W większości siedział skulony w dziurach i zagłębieniach, ale parę elementów patrzyło w stronę, gdzie
spadła gwiazda. Wędrowiec zmrużył oczy. Rysik przez większość czasu był
strasznym bufonem, ale czasami wydawało się to przykrywką: jeśli
naprawdę był głupi, miał też w sobie przebłyski geniuszu. Wick nie raz
widział go z oddali, jak pracował w parach z jakimś dziwnym
narzędziem... Tak jak teraz: tamten trzymał coś długiego, przystawionego
do oka.
Wickwrackrum wyczołgał się z lasu, trzymając się blisko siebie i starając się nie hałasować. Wspinał się ostrożnie wokół skał,
przemykając między kępami wrzosów, aż znalazł się tuż pod zwieńczeniem
doliny, jakieś pięćdziesiąt metrów od Jaqueramaphana. Usłyszał jego
myśli. Jeśli podejdzie bliżej, Rysik usłyszy jego, nawet jeśli
pozostanie tak skulony i wyciszony.
-?Pssst! -?odezwał się Wickwrackrum.
Brzęczenie i mamrotanie ustało w chwili wstrząśniętego zaskoczenia.
Jaqueramaphan schował tajemniczy przyrząd do patrzenia do plecaka i zebrał się razem, myśląc bardzo cicho. Przez chwilę patrzyli na siebie,
a potem Rysik wykonał śmieszne spiralne gesty przy barkowych bębenkach.
Słuchaj.
-?Potrafisz tak rozmawiać? -?Jego głos zabrzmiał bardzo wysoko, w zakresie, w którym niektórzy nie potrafili prowadzić rozmowy, bo ich
uszy nie słyszały niskich dźwięków. Wysoka mowa mogła być trudna do
zrozumienia, ale była też bardzo kierunkowa i szybko cichła wraz z odległością, więc nikt inny ich nie usłyszy. Wędrowiec przytaknął.
-?Wysoka mowa to nie problem. -?Sztuczka polegała na używaniu tonów
dostatecznie czystych, by nie wywoływać zmieszania.
-?Wyjrzyj nad grzbietem, przyjacielu pielgrzymie. Jest tam coś nowego
pod słońcem.
Wędrowiec podszedł około trzydziestu jardów w górę, rozglądając się na
wszystkie strony. Z tego miejsca było widać cieśniny, lśniące srebrem w promieniach popołudniowego słońca. Północna część doliny za jego plecami
pogrążyła się już w cieniu. Wysłał jeden element do przodu, biegiem
między wzgórkami, by popatrzył w dół na równinę, gdzie wylądowała
gwiazda.
Boży chór, pomyślał do siebie (ale cicho). Podprowadził tam kolejny
element, by uzyskać widok z paralaksą. To coś wyglądało jak duża ceglana
szopa ustawiona na szczudłach. Jednak to była spadła gwiazda: ziemia
wokół niej jarzyła się przygaszoną czerwienią, a z okolicznych mokrych
wrzosów wokół wznosiła się mgła. Rozerwana ziemia została rozrzucona w długich liniach rozchodzących się od punktu pod obiektem.
Kiwnął głową Jaqueramaphanowi.
-?Gdzie jest Tyrathect?
Rysik wzruszył ramionami.
-?Założę się, że gdzieś daleko z tyłu. Rozglądam się za nią... Ale
widzisz innych, żołnierzy z zamku Rzezacza?
-?Nie! -?Wędrowiec spojrzał na zachód od miejsca lądowania. Tam. Byli
prawie milę dalej, w bluzach maskujących, czołgali się na brzuchach
przez nierówny teren. Dostrzegł przynajmniej trzech żołnierzy. Byli
duzi, wszyscy sześcioraczy. -?Jak dotarli tu tak szybko? -?Zerknął na
słońce. -?Od początku tego wszystkiego nie mogło upłynąć więcej niż pół
godziny.
-?Mieli szczęście. -?Jaqueramaphan wrócił na grzbiet i się rozejrzał. -
Założę się, że byli już w okolicy, gdy gwiazda zaczęła spadać. To
wszystko terytorium Rzezacza, muszą tu mieć patrole. -?Przysiadł tak, że
z dołu można byłoby zobaczyć tylko dwie pary oczu. -?Wiesz, to formacja
zasadzkowa.
-?Nie wydajesz się zadowolony na ich widok. Przecież to twoi
przyjaciele, pamiętasz? Ludzie, których chciałeś spotkać.
Rysik sarkastycznie przekrzywił głowę.
-?Dobra, dobra. Nie napawaj się. Chyba od początku wiedziałeś, że wcale
nie jestem takim wielkim miłośnikiem Rzezacza.
-?Domyśliłem się.
-?No cóż, koniec gry. Cokolwiek tu spadło tego popołudnia, jest warte
więcej dla, uch, moich przyjaciół niż wszystko, czego mógłbym się
dowiedzieć na Ukrytej Wyspie.
-?A co z Tyrathect?
-?Ha, ha. Obawiam się, że nasza szacowna towarzyszka jest bardzo
autentyczna. Założę się, że jest lordem Rzezaczystów, a nie prostą
służką, jaką wydaje się na pierwszy rzut oka. Sądzę, że wielu jej
podobnych przemyka się teraz przez góry, uciekając z Republiki Długich
Jezior. Schowaj swoje tylne części, kolego. Jeśli nas zauważy, ci
żołnierze z pewnością nas dopadną.
Wędrowiec zszedł niżej w zagłębienia i nory, których pełno było wśród
wrzosów. Miał doskonały widok na dolinę. Jeśli Tyrathect nie było
jeszcze na miejscu, zobaczy ją dużo wcześniej niż ona jego.
-?Wędrowcze?
-?Tak?
-?Jesteś pielgrzymem. Podróżujesz po świecie... od początku czasu, a przynajmniej tak nas przekonujesz. Jak daleko naprawdę sięgają twoje
wspomnienia?
Biorąc pod uwagę sytuację, Wickwrackrum skłonił się ku szczerości.
-?Jak możesz się spodziewać: kilkaset lat. Potem dochodzą do tego
legendy, wspomnienia rzeczy, które prawdopodobnie się wydarzyły, ale
szczegóły są przemieszane i rozmyte.
-?No cóż, ja nie podróżowałem wiele i jestem dość nowy. Ale za to
czytam. Dużo. Nigdy wcześniej nie było niczego takiego. Tamto coś
zostało zrobione. Zleciało z wysokości większej, niż mogę zmierzyć.
Czytałeś Aramstriquesa albo Astrologa Belelele? Wiesz, co to może być?
Wickwrackrum nie rozpoznał imion. Jednak był pielgrzymem. Istniały lądy
tak odległe, że nikt tam nie mówił żadnym znanym mu językiem. Na
południowych morzach spotkał ludzi uważających, że nie ma żadnego świata
poza ich wyspami, którzy uciekli od jego łodzi, gdy zszedł na brzeg. Co
więcej, jedna jego część była wyspiarzem i obserwowała to lądowanie.
Wystawił głowę nad grzbiet i znowu spojrzał na spadłą gwiazdę, gościa z odległości większej, niż kiedykolwiek podróżował... i zaczął się
zastanawiać, gdzie jego pielgrzymka może go zaprowadzić.
trzy
Dopiero po pięciu godzinach grunt ostygł na tyle, by tata opuścił na
ziemię rampę schodkową. Ostrożnie zszedł po niej z Johanną i oboje
przeskoczyli przez dymiącą ziemię, by stanąć na stosunkowo
nieuszkodzonej glebie. Minie dużo czasu, zanim grunt całkiem wystygnie:
wydech z dyszy był bardzo "czysty", prawie nie oddziaływał ze zwykłą
materią, co znaczyło, że słup bardzo gorącej skały rozciągał się na parę
tysięcy metrów w dół pod ich statkiem.
Mama siedziała we włazie, obserwując teren wokół. Trzymała stary
pistolet taty.
-?Widzisz coś?! -?krzyknął do niej tata.
-?Nie. A Jefri nie widzi też niczego przez kamery.
Tata obszedł kontener towarowy, kontrolując użyte niewłaściwie słupy
dokowe. Zatrzymywali się co dziesięć metrów i ustawiali emitery dźwięku.
To był pomysł Johanny. Poza pistoletem taty właściwie nie mieli broni.
Emitery były przypadkowym ładunkiem, wyposażeniem ambulatorium. Przy
właściwym zaprogramowaniu mogły wysłać bardzo głośny sygnał obejmujący
cały zakres dźwiękowy, co może wystarczyłoby do odstraszenia miejscowych
zwierząt. Johanna szła za ojcem, zagapiona w okolicę, a jej nerwowość
powoli ustępowała zachwytowi. Było tu tak pięknie, tak fantastycznie.
Stali na szerokim polu pośród wysokich wzgórz. Od zachodu wzgórza
opadały ku cieśninom i wyspom, a od północy względnie równy teren
kończył się gwałtownie na skraju szerokiej doliny. Widziała tam
spływające z gór wodospady. Ziemia pod jej stopami wydawała się
gąbczasta. Lądowisko zostało pomarszczone w tysiące małych wzgórków, jak
fale złapane na fotografii. Na wyższych wzgórzach leżały porozrzucane
płachty śniegu. Johanna zmrużyła oczy, patrząc na północ, w stronę
słońca. Północ?
-?Która godzina, tato?
Olsndot roześmiał się, wciąż oglądając spód kontenera.
-?Miejscowa północ.
Johanna została wychowana na umiarkowanej szerokości geograficznej
Straum. Celem większości jej wycieczek szkolnych był kosmos, gdzie
dziwne geometrie słońca nie stanowiły niczego niezwykłego, ale jakoś
nigdy nie przyszło jej do głowy, że coś takiego może się dziać też na
planecie. To znaczy widok słońca tuż nad szczytem świata.
* * *
Najpilniejszą sprawą było wyładowanie połowy skrzyń hibernatorów na
zewnątrz i poprzestawianie tych pozostałych w środku. Mama uznała, że to
wyeliminuje ich problemy z temperaturą, nawet w przypadku skrzyń
pozostawionych na pokładzie.
-?Posiadanie niezależnych zasilaczy i wentylacji będzie teraz zaletą.
Wszystkie dzieci będą bezpieczne. Johanna, sprawdź pracę Jefriego przy
tych w środku, dobrze?
Drugą w kolejności sprawą będzie uruchomienie programu śledzącego
przekaźnik i skonfigurowanie łączności ultraświetlnej. Johanna obawiała
się trochę tego kroku. Jakie wieści ich czekają? Wiedzieli już, że Górne
Laboratorium zostało przejęte i rozpoczęła się katastrofa przewidziana
przez mamę.
Jaka część Królestwa Straumli była już martwa? Wszyscy w Górnym
Laboratorium sądzili, że radzą sobie tak dobrze, a teraz... Nie myśl o tym. Może Przekaźnikowcy pomogą. Gdzieś tam muszą być istoty, które
zdołają wykorzystać to coś zabrane przez nich z Laboratorium.
Zostaną uratowani i ożywią pozostałe dzieci. Dręczyło ją poczucie winy z powodu obecnej sytuacji. Oczywiście, że mama i tata potrzebowali pomocy
pod koniec lotu, a Johanna była jednym z najstarszych dzieci w szkole,
ale wydawało się niewłaściwe, że to ona i Jefri byli jedynymi dziećmi
wchodzącymi w to wszystko z otwartymi oczami. Przy lądowaniu czuła
strach mamy. Założę się, że chcieli nas mieć razem z nimi, choćby to
miał być ostatni raz. Niezależnie od tego, jak łatwo wyglądało w wykonaniu taty, lądowanie było naprawdę niebezpieczne. Johanna widziała,
gdzie wyrzuty z ziemi uderzyły w kadłub: gdyby któryś z nich przeleciał
przez smugę wylotową silnika i dostał się do dyszy, wszyscy byliby teraz
parą.
Prawie połowa skrzyń hibernatorów stała już na ziemi, po wschodniej
stronie statku. Mama i tata rozstawiali je tak, żeby chłodziarki nie
miały problemów przy pracy. Jefri był w środku i sprawdzał, czy są tam
jeszcze jakieś skrzynie wymagające uwagi. Gdy nie zachowywał się jak
smarkacz, był dobrym dzieciakiem. Obróciła się w stronę słońca i poczuła
chłodny wiatr wiejący przez wzgórza. Usłyszała coś brzmiącego jak ptasi
śpiew.
W chwili ataku Johanna stała obok jednego z emiterów dźwięku. Podpięła
do niego swój terminal i zajmowała się jego programowaniem. Fakt, że
nawet jej stary terminal był teraz istotny, dobitnie świadczył o tym,
jak mało im zostało. Ale tata chciał, żeby emitery przechodziły przez
najszerszy możliwy zakres, robiąc przy tym dużo hałasu, choć z okazjonalnymi maksimami co jakiś czas. Jej Pomarańczowy Olifant
zdecydowanie mógł sobie z tym poradzić.
-?Johanna! -?Krzyk mamy zabrzmiał równocześnie z dźwiękiem
roztrzaskiwanej ceramiki. Dzwon emitera obok niej rozpadł się na
kawałki. Johanna podniosła wzrok. Coś wbiło się jej w pierś tuż przy
ramieniu, powalając ją. Zagapiła się głupio na sterczące z niej drzewce.
Strzała!
Zachodni skraj ich lądowiska był pełen... czegoś. Wyglądały jak wilki
albo psy, tylko że z długimi szyjami, i pędziły szybko do przodu,
przebiegając od wzgórka do wzgórka. Skórę miały w takich samych
szaro-zielonych barwach jak zbocza, poza okolicami zadów, gdzie
dostrzegła biel i czerń. Nie, to zielone było tkaniną, bluzami. Johanna
wpadła w szok, jeszcze nie czując bólu pocisku wbitego w pierś. Została
rzucona na torfowe zbocze i przez chwilę miała widok na cały atak.
Zobaczyła wzbijające się w powietrze kolejne strzały, ciemne kreski
unoszące się na niebie.
Dostrzegła też łuczników. Kolejne psy! Poruszały się stadami. Do użycia
łuku potrzeba było dwóch: jeden trzymał broń, drugi naciągał. Trzeci i czwarty niosły kołczany ze strzałami i zdawały się tylko patrzeć.
Łucznicy trzymali się z tyłu, przeważnie pozostając w ukryciu. Ze
wszystkich stron biegły inne sfory, przeskakując teraz nad wzgórkami.
Wiele trzymało w paszczach toporki, a na ich pazurach błyszczały
metalowe szpony. Usłyszała trzaski pistoletu taty. Fala atakujących
zachwiała się, tracąc pojedyncze osobniki, ale pozostałe biegły dalej,
teraz warcząc. Dobiegało ją brzmienie szaleństwa, nie szczekania psów.
Czuła dźwięki w zębach, jak głośną muzykę z dużego głośnika. Szczęki,
pazury, noże i hałas.
Obróciła się na bok, próbując obejrzeć się na statek. Teraz ból zrobił
się realny. Krzyknęła, ale ten dźwięk utonął w szaleństwie. Tłuszcza
pobiegła wokół niej, kierując się na mamę i tatę. Rodzice przykucnęli za
wspornikiem. Pistolet w dłoni Arne Olsndota nieustannie błyskał.
Skafander próżniowy chronił go przed strzałami.
Na ziemi było coraz więcej ciał obcych. Siejący inteligentnymi
strzałkami pistolet był zabójczo skuteczny. Johanna zobaczyła, że tata
przekazuje pistolet mamie i wybiega spod statku w jej stronę. Wyciągnęła
ku niemu wolną rękę i krzyknęła ze wszystkich sił, żeby wracał.
Trzydzieści metrów. Dwadzieścia pięć. Ogień osłonowy mamy padał wokół
nich, zmuszając wilki do cofnięcia się. Na biegnącego z rękami
uniesionymi do osłony głowy Olsndota spadła chmura strzał. Dwadzieścia
metrów.
Wilk przemknął wysoko nad Johanną. Dostrzegła przez chwilę jego krótkie
futro i zad z blizną. Biegł prosto na tatę. Olsndot uskoczył, próbując
dać żonie linię strzału, ale wilk był zbyt szybki. Zrobił zwód wraz z nim, biegnąc przez dzielącą ich odległość. Skoczył, błyskając metalem na
pazurach. Johanna zobaczyła czerwony rozprysk z szyi taty i obaj
wylądowali na ziemi.
Sjana Olsndot na chwilę przestała strzelać. To wystarczyło. Tłum się
rozstąpił i w stronę statku pobiegła duża grupa. Zwierzęta niosły na
plecach jakieś zbiorniki. To na przedzie trzymało w paszczy wąż.
Wytrysnął z niego strumień ciemnego płynu... i zniknął w wybuchu ognia.
Wilcza sfora przejechała prymitywnym miotaczem ognia po ziemi, po
wsporniku, za którym stała Sjana Olsndot, po rzędach uczniów w hibernacji. Johanna zobaczyła, że coś się rusza, wykręca w płomieniach i czarnym dymie, a potem zapada się i plastik skrzyń hibernatorów spływa.
Odwróciła twarz do ziemi, a potem dźwignęła się na sprawnej ręce i spróbowała poczołgać się w stronę statku, ku płomieniom. Wtedy nadszedł
łaskawy mrok i niczego więcej nie pamiętała.
cztery
Wędrowiec i Rysik przez całe popołudnie przyglądali się przygotowaniom
do zasadzki: piechota ustawiona na zboczu na zachód od miejsca
lądowania, za nimi łucznicy, miotacze ognia w formacji szturmowej.
Czy lordowie zamku Rzezacza wiedzieli, na co się porywają? Co jakiś czas
dyskutowali na ten temat. Jaqueramaphan uważał, że rzezaczyści
rozumieją, ale ich arogancja jest tak wielka, że po prostu spodziewają
się zgarnąć skarb.
-?Rzucą się do gardła, zanim druga strona w ogóle zorientuje się, że
doszło do walki. To się już sprawdzało.
Wędrowiec nie od razu odpowiedział. Rysik mógł mieć rację. Minęło
pięćdziesiąt lat, od kiedy odwiedzał tę część świata. W tamtych czasach
kult Rzezacza był mało znany (i niezbyt interesujący w porównaniu z rzeczami, które działy się gdzie indziej).
Podróżnicy czasami padali ofiarą zdrady, ale było to rzadsze, niż
pozostający w domach wierzyli. Większość ludzi była przyjazna i lubiła
słuchać opowieści o dalekim świecie, zwłaszcza jeśli gość nie wyglądał
groźnie. Zdrada -?jeśli do niej dochodziło -?najczęściej następowała po
początkowej ocenie w celu określenia, jak potężni są odwiedzający i jakie korzyści przyniesie ich śmierć. Natychmiastowy atak bez rozmowy
był bardzo rzadki. Zwykle coś takiego oznaczało natknięcie się na
złoczyńców równocześnie wyszukanych... i szalonych.
-?Nie wiem. To faktycznie formacja zasadzki, ale może rzezaczyści
utrzymają ją w rezerwie i najpierw spróbują rozmowy.
Mijały godziny, słońce przesuwało się w bok, na północ. Z drugiej strony
spadłej gwiazdy dobiegł jakiś hałas. Szlag. Stąd niczego nie widzieli.
Ukryte oddziały nie ruszyły z miejsca. Minęły minuty... i po raz
pierwszy zobaczyli gościa z niebios, a przynajmniej jego część. Element
miał cztery nogi, ale chodził tylko na tylnych. Co za błazen! A jednak... przednich używał do trzymania różnych rzeczy. Ani razu nie
widzieli, żeby użył ust, choć i tak wątpili, by jego płaskie szczęki
mogły dobrze coś chwycić. Za to przednie łapy były cudownie sprawne.
Jeden element mógł z łatwością używać narzędzi.
Dobiegało ich mnóstwo dźwięków typowych dla rozmowy, choć widzieli tylko
trzy elementy. Po jakimś czasie usłyszeli dużo wyższe tony spójnych
myśli. Boże, ależ ten stwór był głośny. Z tej odległości dźwięki były
przytłumione i zniekształcone, ale i tak nie przypominały żadnego
słyszanego przez nich umysłu ani głosów zmieszania emitowanych przez
niektórych roślinożerców.
-?I co? -?wysyczał Jaqueramaphan.
-?Przemierzyłem cały świat... i to stworzenie nie jest jego częścią.
-?Właśnie. Mnie kojarzy się z modliszkami. Wiesz, są mniej więcej tej
wielkości. -?Otworzył usta na jakieś dwa cale. -?Świetnie sprawdzają się
w usuwaniu szkodników z ogrodu... Doskonali mali zabójcy.
Uch. Wędrowiec nie pomyślał o tym podobieństwie. Modliszki były urocze
i nieszkodliwe... przynajmniej dla ludzi. Choć wiedział, że samice
zjadają swoich partnerów. Wyobraźmy sobie takie stwory o gigantycznych
rozmiarach i z umysłowością sfory. Może dobrze, że nie mogli zbiec na
dół i się przywitać.
Minęła godzina. Podczas gdy obcy wyciągał na ziemię swój ładunek,
łucznicy Rzezacza podeszli bliżej, a sfory piechoty ustawiły się w skrzydła szturmowe.
W powietrzu między rzezaczystami a obcym pojawiła się chmura strzał.
Jeden element obcego natychmiast padł, a jego myśli przycichły.
Pozostałe znikły z pola widzenia, chowając się pod latającym domem.
Żołnierze ruszyli do przodu rozstawieni w formacjach zachowujących
tożsamość -?być może chcieli złapać obcego żywcem.
...Jednak linia ataku załamała się wiele jardów od obcego: Wędrowiec nie
widział żadnych strzał czy płomieni -?żołnierze po prostu padali. Przez
chwilę myślał, że rzezaczyści spróbowali ugryźć więcej, niż mogli
przełknąć, ale potem za pierwszą falą pobiegła druga. Elementy dalej
padały, jednak teraz ogarnął je zabójczy szał, poddający się już tylko
zwierzęcej dyscyplinie. Atak sunął powoli do przodu, z drugim szeregiem
biegnącym nad poległymi. Powalono kolejny element obcego... Dziwne,
Wędrowiec wciąż słyszał strzępy jego myśli. Ton i tempo były identyczne
jak przed atakiem. Jak ktoś mógł być tak opanowany w obliczu całkowitej
śmierci?
Rozbrzmiał bojowy gwizdek i tłum się rozstąpił. Przez powstały korytarz
przebiegł żołnierz i gdy tylko wyskoczył przed front, rozpylił płynny
ogień. Latający dom przybrał wygląd mięsa na ogniu, z płomieniami i dymem wszędzie wokół.
Wickwrackrum zaklął. Żegnaj, obcy.
* * *
Okaleczeni i ranni znajdowali się bardzo nisko na liście priorytetów
rzezaczystów. Poważnie ranni zostali zebrani w stosy na włókach i odciągnięci dość daleko, żeby ich krzyki nie wywoływały zamieszania.
Oddziały porządkowe przeganiały fragmenty żołnierzy z dala od latającego
domu. Fragmenty kręciły się po wrzosowej łące, miejscami zbierając się w przypadkowe sfory. Niektóre wędrowały pośród rannych w potrzebie
odnalezienia siebie, ignorując krzyki.
Gdy zgiełk ucichł, pojawiły się trzy sfory białych kurtek. Słudzy
Rzezacza przeszli pod latający dom. Jeden na dłuższą chwilę zniknął z pola widzenia, być może nawet wszedł do środka. Spalone ciała dwóch
elementów obcego zostały ostrożnie umieszczone na włókach -?ostrożniej
niż w przypadku rannych żołnierzy -?i odciągnięte.
Jaqueramaphan oglądał zniszczenia przez swój przyrząd do oczu. Już
zrezygnował z prób ukrywania go przed Wędrowcem. Biała kurtka wyniosła
coś spod latającego domu.
-?Sst! Tam jest więcej trupów. Może z ognia. Wyglądają jak szczenięta. -
Małe postacie wyglądały jak modliszki. Przywiązano je do włók i odciągano z pola widzenia za grzbiet wzgórza. Niewątpliwie mieli tam
wozy ciągnięte przez kherhogi.
Rzezaczyści ustawili pierścień strażników wokół miejsca lądowania, a na
zboczu wzgórza za nim rozstawiono dziesiątki świeżych żołnierzy. Nikt
nie prześlizgnie się obok nich.
-?Czyli to pełne morderstwo. -?Wędrowiec westchnął.
-?Może nie... Ten pierwszy trafiony przez nich element chyba nie jest
całkiem martwy.
Wickwrackrum zmrużył najlepsze oczy. Albo Rysik był marzycielem, albo
jego narzędzie zapewniało mu zdumiewająco ostre widzenie. Pierwszy
trafiony znajdował się po drugiej stronie pojazdu. Element przestał
myśleć, ale to nie musiał być pewny znak śmierci. Wszędzie wokół niego
stały teraz białe kurtki. Położyły stworzenie na włóki i zaczęły
odciągać je od miejsca lądowania, na południowy zachód... ale nie tą
samą drogą, którą wybrano dla pozostałych.
-?To coś dalej żyje! Ma strzałę w piersi, ale widzę, że oddycha. -?Głowy
Rysika odwróciły się do Wickwrackruma. -?Myślę, że powinniśmy to
uratować.
Wędrowcowi przez chwilę nie przychodziło na myśl nic, co mógłby
powiedzieć, i tylko zagapił się na rozmówcę. Centrum światowego spisku
Rzezacz znajdowało się ledwie kilka mil na północny zachód. Władzy
Rzezacza nie kwestionował nikt na wiele dziesiątków mil w głąb lądu, a w tej chwili byli praktycznie otoczeni przez armię. Rysik skulił się lekko
pod ciężarem zdumionego wzroku Wędrowca, ale było jasne, że nie żartuje.
-?Jasne, wiem, że to ryzykowne. Ale przecież właśnie o to chodzi w życiu, prawda? Jesteś pielgrzymem. Rozumiesz.
-?Hm. -?Faktycznie, był to element reputacji pielgrzyma. Jednak żadna
dusza nie może przetrwać całkowitej śmierci... a podczas pielgrzymki
zdarzało się mnóstwo okazji do anihilacji. Pielgrzymi umieją zachować
ostrożność.
A jednak... a jednak było to najniezwyklejsze spotkanie pośród wieków
pielgrzymowania. Poznać tych obcych, stać się nimi... była to pokusa
silniejsza od całego zdrowego rozsądku.
-?Słuchaj -?rzucił Rysik -?możemy po prostu zejść na dół i wmieszać się
między rannych. Jeśli zdołamy przejść przez pole, może uda się nam
przyjrzeć z bliska ostatniemu elementowi obcego, nie ryzykując przy tym
zbyt wiele. -?Jaqueramaphan schodził już ze swojego punktu
obserwacyjnego i obchodził wzgórze w poszukiwaniu drogi, która nie
postawi go na tle nieba. Wickwrackrum czuł się rozerwany: jedna jego
część chciała iść, druga się wahała. Cholera, przecież Jaqueramaphan
przyznał się do bycia szpiegiem i nosił wynalazek, który zapewne
pochodził od najbystrzejszych umysłów w Długich Jeziorach. Mógł być
zawodowcem...
Wędrowiec rozejrzał się szybko po ich stronie wzgórza i dolinie. Żadnego
śladu Tyrathect ani nikogo innego. Wypełzł z różnych zagłębień i ruszył
za szpiegiem.
Na ile tylko było to możliwe, trzymali się głębokich cieni rzucanych
przez północne słońce i przemykali między kępami wrzosów tam, gdzie nie
było cienia. Tuż przed tym, jak dotarli do pierwszych rannych, Rysik
powiedział coś jeszcze, jego najbardziej przerażające słowa tego
popołudnia.
-?Hej, nie martw się, czytałem wszystko o robieniu takich rzeczy!
* * *
Tłuszcza fragmentów i rannych jest czymś przerażającym i otępiającym.
Jedynaki, dwójniaki, trójniaki, kilka czworaków: kręciły się bez celu,
skomląc bez żadnej kontroli. W większości sytuacji tak wielu ludzi
zebranych razem na zaledwie kilku akrach natychmiast zmieniłoby się w chór. Właściwie to dostrzegł trochę aktywności seksualnej i zorganizowanego szperania, ale w większości przypadków ból był wciąż
zbyt silny na normalne reakcje. Wickwrackrum zastanawiał się przez
chwilę czy -?pomimo wszystkich zapewnień o racjonalizmie -?rzezaczyści
po prostu zostawią pozostałości swoich oddziałów, żeby same się
odtworzyły. Jeśli się na to zdecydują, wynikiem będą dziwne i okaleczone
przesfory.
Po wejściu kilku jardów w głąb tłuszczy Wędrowiec Wickwrackrum poczuł,
jak zaczyna go opuszczać świadomość. Jeśli bardzo mocno się skupił,
wciąż pamiętał, kim jest i że musi przejść na drugą stronę łąki bez
zwracania na siebie uwagi.
Zaczęły go atakować inne myśli, głośne i niepilnowane.
...Żądza krwi i siekania...
Lśniący metal w łapie obcego... ból w piersi... kasłanie krwią,
upadek...
...Przez obóz szkoleniowy i wcześniej mój połączony brat był dla mnie
taki dobry... Lord Stal powiedział, że jesteśmy wielkim
eksperymentem...
Bieg przez wrzosy w stronę potwora o patyczkowych kończynach. Skok,
szpony na pazurach. Cięcie przez gardło potwora. Krew tryska wysoko.
...Gdzie jestem?... Proszę, czy mogę być częścią ciebie?
Na to ostatnie pytanie Wędrowiec wykręcił. Było bezpośrednie i zadane z bliska. Obwąchiwał go singiel. Odgonił go krzykiem i uciekł na otwartą
przestrzeń. Jaque-jak-mu-tam z przodu nie radził sobie wiele lepiej.
Zauważenie ich tutaj było mało prawdopodobne, ale zaczynał się
zastanawiać, czy zdoła przejść na drugą stronę. Wędrowiec był tylko
czwartakiem, a wszędzie wokół było pełno singli. Po prawej jakiś
czwartak gwałcił, chwytając wszelkie dwójniaki i jedynaki, które mu
podeszły. Wic, Kwk, Rac i Rum próbowali pamiętać, czemu tu byli i gdzie
właściwie szli. Skup się na bezpośrednich odczuciach, na tym, co tu
naprawdę jest: smolista woń płynnego ognia z miotacza... muszki
kłębiące się wszędzie wokół, krzepnące czarne kałuże krwi.
Minął strasznie długi czas. Minuty.
Wic Kwk Rac Rum popatrzył przed siebie. Prawie już wyszedł, dotarł do
południowego skraju terenu wraków. Wyciągnął się na kawałek czystego
gruntu. Parę jego części zwymiotowało i padł na ziemię. Powoli
odzyskiwał rozsądek. Wickwrackrum rozejrzał się i zobaczył
Jaqueramaphana tuż przy granicy tłuszczy. Rysik był dużym stworem,
szóstakiem, ale miał przynajmniej takie same trudności jak Wędrowiec.
Zatoczył się z boku na bok z szeroko otwartymi oczami, kłapiąc na siebie
i innych.
Cóż, przebyli sporą część drogi przez łąkę i zrobili to na tyle szybko,
by dogonić białe kurtki, które ciągnęły ostatni element obcego. Jeśli
chciał zobaczyć coś więcej, musiał znaleźć sposób na opuszczenie
tłuszczy bez zwracania na siebie uwagi. Hm. Wszędzie tu było pełno
mundurów rzezaczystów... bez żyjących właścicieli. Wędrowiec podszedł
dwoje siebie do martwego żołnierza.
-?Jaqueramaphan! Tutaj! -?Wielki szpieg obejrzał się w tę stronę i w jego oczach pojawił się przebłysk inteligencji. Chwiejnym krokiem
wyszedł z tłuszczy i usiadł kilka jardów od Wickwrackruma. Był bliżej,
niż normalnie czuł się komfortowo, ale po tym, przez co właśnie
przeszli, wydawało się to całkiem znośne. Leżał przez chwilę, dysząc.
-?Przepraszam, nie sądziłem, że będzie to tak wyglądać. Straciłem tam
część siebie... i myślałem, że już jej nigdy nie odzyskam.
Wędrowiec przyglądał się postępom białej kurtki i ciągniętych przez
niego włók. Nie szły z pozostałymi, a za kilka sekund znikną z pola
widzenia. W przebraniu może zdołają podążyć za nimi i... Nie, to było
zbyt ryzykowne. Zaczynał myśleć jak wielki szpieg. Wędrowiec ściągnął z trupa bluzę maskującą. I tak będą potrzebowali przebrania. Może zdołają
zostać tu przez noc i przyjrzeć się z bliska latającemu domowi.
Rysik po chwili zobaczył, co robi, i zaczął zbierać bluzy dla siebie.
Kręcili się ukradkiem pośród stosów ciał, szukając wyposażenia, które
nie było zbytnio poplamione i które zdaniem Jaqueramaphana miało spójne
emblematy. Wszędzie pełno było szponów na pazury i toporów bojowych. W końcu uzbroili się po zęby, ale musieli pozbyć się części swoich
plecaków... Wędrowcowi brakowało już tylko jeszcze jednej bluzy, ale
jego Rum był tak szeroki w barach, że nic na niego nie pasowało.
Wędrowiec tak naprawdę nie rozumiał, co zdarzyło się potem: duży
fragment, trójniak, leżał przyczajony w stercie trupów. Być może
pogrążył się w rozpaczy jeszcze na długo po śmierci swoich elementów,
ale praktycznie był całkowicie bezmyślny do chwili, gdy Wędrowiec zaczął
ściągać bluzę z jego martwej części.
-?Nie będziesz okradał moich! -?usłyszał. Dotarł do niego brzęk bliskiej
furii, a potem ostry ból rozciętego brzucha Ruma.
Wędrowiec skręcił się w agonii i skoczył na napastnika. Walczyli przez
chwilę w bezmyślnej furii. Topory bojowe Wędrowca siekły wciąż na nowo,
pokrywając jego nozdrza krwią. Kiedy odzyskał zmysły, jeden z trójki nie
żył, a pozostali uciekali w tłuszczę rannych.
Wickwrackrum skulił się wokół bólu w Rumie. Napastnik miał na łapach
szpony. Rum został rozcięty od żeber do krocza. Wickwrackrum się
poślizgnął -?niektóre jego łapy zaplątały się we własne trzewia.
Spróbował nosami upchnąć jelita z powrotem do brzucha elementu. Ból
słabł, a niebo w oczach Ruma powoli ciemniało. Wędrowiec stłumił
narastające w sobie krzyki. Jestem tylko czworakiem, a jeden ze mnie
umiera! Przez lata ostrzegał sam siebie, że czworo to zbyt mała liczba
dla pielgrzyma. Teraz zapłaci za to uwięziony i bezmyślny w krainie
tyranów.
Na chwilę ból osłabł i jego myśli się oczyściły. Walka tak naprawdę nie
zwróciła żadnej uwagi pośród lamentów, gwałtów i zwykłych ataków
szaleństwa. Starcie Wickwrackruma było tylko nieco gwałtowniejsze i bardziej krwawe niż inne. Białe kurtki przy latającym domu obejrzały się
na chwilę w ich stronę, ale wróciły już do otwierania ładunku obcych.
Rysik siedział w pobliżu, patrząc w przerażeniu. Jego część podchodziła
bliżej, a potem się cofała. Walczył sam ze sobą, próbując zdecydować,
czy powinien pomóc. Wędrowiec prawie zaczął go błagać, ale wysiłek był
zbyt duży. Zresztą Rysik nie był pielgrzymem. Oddanie części siebie nie
było czymś, co Jaqueramaphan mógłby zrobić dobrowolnie...
Opadły go teraz wspomnienia, wysiłki Ruma dla uporządkowania wszystkiego
i próba przekazanie reszcie wszystkiego, co działo się wcześniej. Przez
chwilę żeglował dwukadłubowcem przez Południowe Morze, nowicjusz z Rumem
jako szczeniakiem. Wspomnienia wyspiarza, który zrodził Ruma, i jeszcze
wcześniejszych sfor. Okrążyli cały świat, przeżywając slumsy
tropikalnego kolektywu i wojnę na Równinach Stad. Ach, słyszane przez
nich historie, poznane sztuczki, ludzie, których spotkali... Wic Kwk Rac
Rum był wspaniałą kombinacją, jasno myślącą, beztroską, z dziwną
zdolnością zachowania wszystkich wspomnień -?to było prawdziwym powodem,
dla którego tak długo funkcjonował bez rozrośnięcia się do piątki lub
szóstki. Teraz być może zapłaci za to najwyższą cenę...
Rum westchnął i przestał widzieć niebo. Umysł Wickwrackruma zgasł, nie
tak jak pośrodku bitwy, gdy gubi się dźwięk myśli, ani nie tak jak w towarzyskim pomruku snu. Nagle zabrakło czwartej obecności, została
tylko trójka próbująca utworzyć osobę. Trójniak stał i poklepywał
nerwowo samego siebie. Wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo, lecz było
nie do pojęcia. Zaczął z nadzieją przesuwać się w stronę siedzącego w pobliżu szóstaka -?Jaqueramaphan? -?ale tamten go przegonił. Popatrzył
nerwowo na tłuszczę rannych. Kryła się tam kompletność... ale i szaleństwo.
Na brzegu tłuszczy siedział wielki samiec z dużymi bliznami na zadzie.
Zobaczył wzrok trójniaka i powoli podszedł do niego przez otwartą
przestrzeń. Wic Kwk i Rac cofnęli się, jeżąc futra w strachu i fascynacji: poznaczony bliznami był przynajmniej o połowę cięższy od
każdego z nich.
...Gdzie jestem?... Proszę, czy mogę być częścią ciebie? Jego lament
niósł w sobie wspomnienia, przemieszane i w większości niedostępne, o krwi i walce, a wcześniej o szkoleniu wojskowym. Z jakiegoś powodu
stworzenie bało się tych wczesnych wspomnień równie mocno jak
czegokolwiek innego. Położyło nos -?pobrudzony zaschniętą krwią -?na
ziemi i zaczęło czołgać się do nich z brzuchem na mchu. Pozostała trójka
prawie uciekła -?przypadkowe połączenie było dla nich czymś
przerażającym. Cofali się i cofali, aż na pustą łąkę. Tamten szedł za
nimi, choć powoli, wciąż się czołgając. Kwk oblizała wargi i ruszyła z powrotem w stronę obcego. Wyciągnęła szyję i obwąchała jego gardło. Wic
i Rac podeszli od boków.
Na chwilę nastąpiło częściowe połączenie. Spocony, zakrwawiony,
ranny... złączenie z piekła rodem. Myśl zdawała się pojawić znikąd,
jarząc się przez chwilę cynicznym humorem. A potem jedność przepadła i znowu byli po prostu trzema zwierzętami oblizującymi pysk czwartego.
* * *
Wędrowiec rozejrzał się po łące nowym wzrokiem. Na kilka minut
całkowicie się rozpadł. Ranni z dziesiątej kompanii szturmowej piechoty
kręcili się dokładnie tak jak wcześniej. Słudzy Rzezacza wciąż zajmowali
się ładunkiem obcych. Jaqueramaphan powoli się cofał z rysującym się na
pyskach wyrazem zdumienia i przerażenia. Wędrowiec opuścił głowę i odezwał się do niego syknięciem:
-?Nie zdradzę cię, Rysiku.
Szpieg zamarł.
-?To ty, Wędrowcze?
-?Mniej więcej. -?Wciąż Wędrowiec, choć już nie Wickwrackrum.
-?J... jak możesz to zrobić? Ty... właśnie straciłeś...
-?Jestem pielgrzymem, pamiętasz? Całe nasze życie radzimy sobie z takimi
rzeczami. -?W jego głosie brzmiał sarkazm: był to rodzaj truizmu, jakim
Jaqueramaphan często wcześniej sypał. Jednak ten miał w sobie trochę
prawdy. Wędrowiec Wickwrack...zad już sprawiał wrażenie osoby. Może ta
nowa kombinacja miała szansę.
-?Uch. Cóż, tak... Co powinniśmy teraz zrobić? -?Szpieg rozejrzał się
nerwowo we wszystkie strony, ale oczy patrzące na Wędrowca wciąż
zdradzały dużą troskę.
Teraz to Wickwrackzad poczuł zmieszanie. Co on tu robił? Zabijał
dziwnego wroga... Nie. Tym zajmowała się piechota szturmowa. Nie będzie
miał z tym nic do czynienia, niezależnie od wspomnień bliznowatego. On i Rysik przyszli tu, aby... aby uratować obcego, na tyle, na ile było to
możliwe. Wędrowiec złapał wspomnienie i chwycił się go bezkrytycznie:
było czymś realnym z poprzedniej tożsamości, którą musi zachować.
Zerknął w stronę, gdzie ostatnio widział element obcego. Biała kurtka z włókami nie była już widoczna, ale kierowała się oczywistą trasą.
-?Wciąż możemy sobie zdobyć żyjącego -?powiedział do Jaqueramaphana.
Rysik zrobił niepewną minę. Nie wykazywał już tyle entuzjazmu co
wcześniej.
-?Ty pierwszy, przyjacielu.
Wickwrackzad poprawił swoje bluzy bojowe i strzepnął część wyschniętej
krwi. A potem ruszył przez łąkę, przechodząc zaledwie sto jardów od Sług
Rzezacza rozstawionych wokół wroga -?wokół latającego domu. Posłał im
energiczny salut, który został zignorowany. Jaqueramaphan pomaszerował
za nim, niosąc dwie kusze. Starał się przy tym jak najlepiej naśladować
krok Wędrowca, ale tak naprawdę nie miał właściwych elementów.
Przeszli przez grzbiet wzgórza i zaczęli schodzić w cienie. Dźwięki
rannych zrobiły się przytłumione. Wickwrackzad przyśpieszył, biegnąc od
zakrętu do zakrętu w miarę schodzenia po nierównej ścieżce. Z tego
miejsca widział zatokę: łodzie wciąż cumowały przy pomostach i nie
działo się tam zbyt wiele. Biegnący za nim Rysik wygadywał nerwowo
bzdury. Wędrowiec tylko przyśpieszył, z pewnością siebie wzmacnianą
przez zmieszanie nowicjusza. Jego nowy element, ten z bliznami, był
najsilniejszym członkiem oficera piechoty. Tamta sfora znała rozkład
zatok i zamku oraz wszystkie hasła tego dnia.
Jeszcze dwa zakręty i dogonili Sługę Rzezacza i jego włóki.
-?Halo! -?zawołał Wędrowiec. -?Przynosimy nowe instrukcje od lorda
Stala. -?Przez jego kręgosłupy przebiegł zimny dreszcz, gdy pierwszy raz
przypomniał sobie Stala. Sługa puścił włóki i odwrócił się w ich stronę.
Wickwrackzad nie znał jego imienia, choć go pamiętał -?dość wysokiej
rangi arogancki sukinsyn. Zaskoczeniem był fakt, że osobiście ciągnął
włóki.
Wędrowiec zatrzymał się zaledwie dwadzieścia metrów od białej kurtki.
Jaqueramaphan patrzył w dół z zakrętu wyżej i jego kusze pozostawały
niewidoczne. Sługa spojrzał nerwowo na Wędrowca i Rysika w górze.
-?Czego chcecie?
Czyżby już ich podejrzewał? To nie miało znaczenia. Wickwrackzad spiął
się do zabójczej szarży... i nagle widział poczwórnie, z umysłem
rozmytym przez oszołomienie nowicjusza. Teraz, gdy musiał zabić,
rozłożyło go przerażenie tym faktem członka z bliznami. Szlag!
Wickwrackzad nerwowo poszukał czegoś, co mógłby powiedzieć, a gdy tylko
przestał myśleć o morderstwie, gładko pojawiły się jego nowe
wspomnienia.
-?Lord Stal żąda, żebyśmy zabrali stworzenie do przystani. Ty masz, ach,
powrócić do latającej rzeczy najeźdźców.
Biała kurtka oblizała wargi. Jego spojrzenie uważnie objęło mundury
Wędrowca i Rysika.
-?Oszuści! -?wrzasnął, jednocześnie rzucając jeden ze swoich elementów w stronę włók. Na przedniej łapie elementu błysnął metal. Chce zabić
obcego!
W górze rozległ się świst cięciwy i biegnący padł ze strzałą w oku.
Wickwrackzad rzucił się na pozostałych, zmuszając członka z bliznami do
ruszenia przodem. Przez chwilę czuł oszołomienie, a potem znowu był
całością, krzycząc o śmierci dla pozostałej czwórki. Dwie sfory starły
się ze sobą, a Zad zrzucił parę elementów Sługi za brzeg ścieżki. W powietrzu świsnęły strzały. Wic Kwk Rac wykręcał się, siekając toporami
to, co jeszcze stało.
A potem wszystko się uspokoiło i Wędrowiec znowu panował nad swoimi
myślami. Trzy elementy Sługi drgały na ścieżce, a ziemia pod nimi
zrobiła się śliska od krwi. Zepchnął je z drogi blisko miejsca, gdzie
Zad zabił pozostałych. Nie przeżył żaden element Sługi, to była
kompletna śmierć i to on za nią odpowiadał. Opadł na ziemię, znowu
widząc poczwórnie.
-?Obcy. Wciąż żyje -?odezwał się Rysik. Stał dookoła włók, obwąchując
ciało podobne do modliszki. -?Ale jest nieprzytomny. -?Chwycił szczękami
pręty włók i popatrzył na Wędrowca. -?Co... co teraz, pielgrzymie?
Wędrowiec leżał na ziemi, próbując zebrać z powrotem myśli. Faktycznie,
co teraz. Jak zdołał się wpakować w coś takiego? Jedynym wyjaśnieniem
było zmieszanie nowicjusza. Po prostu zapomniał wszystkie powody, dla
których uratowanie obcego było niemożliwe. A teraz z nim utknął. Łajno
sfory. Jego część podczołgała się do brzegu ścieżki i rozejrzała. Nic
nie wskazywało na to, żeby ściągnęli na siebie uwagę. Łodzie w przystani
wciąż były puste, a większość piechoty znajdowała się na wzgórzach.
Słudzy niewątpliwie trzymali martwych w forcie przy przystani, więc
kiedy zamierzali przenieść ich przez cieśninę na Ukrytą Wyspę? Czy
czekali na przybycie jeszcze tego?
-?Może moglibyśmy zgarnąć jakieś łodzie i uciec na południe -
zasugerował Rysik. Genialny pomysł. Naprawdę nie wiedział, że przystań
będzie otoczona linią wartowniczą? Nawet znając hasła, zostaną zgłoszeni
natychmiast po jej przejściu. To będzie szansa jedna na milion. Z drugiej strony zanim Zad stał się jego częścią, coś takiego byłoby
całkowicie niemożliwe.
Przyjrzał się stworzeniu leżącemu na włókach. Tak dziwne, a jednak
prawdziwe. Zresztą nie chodziło tylko o stworzenie, choć było
najbardziej spektakularnym zdziwieniem. Jego zakrwawione ubranie było
wykonane z materiału doskonalszego, niż pielgrzym kiedykolwiek widział.
Obok stworzenia leżała upchnięta różowa poduszka z bardzo wyszukanym
haftem. Po chwili zmiany perspektywy zrozumiał, że to obca sztuka,
wyszyta na poduszce twarz zwierzęcia z bardzo długim ryjem.
A więc ucieczka przez przystań miała szansę powodzenia jeden na milion:
niektóre nagrody warte były takiego ryzyka.
-?Zejdziemy trochę niżej -?powiedział.
* * *
Jaqueramaphan ciągnął włóki, a Wickwrackzad ruszył przed nim, starając
się wyglądać na ważnego i oficerskiego. Z Zadem nie było to trudne.
Element był wzorcowym przykładem wojskowej kompetencji, trzeba było go
znać od środka, by wiedzieć o łagodności.
Zeszli już prawie do poziomu morza.
Droga zrobiła się teraz szersza i z grubsza wybrukowana. Wiedział, że
przed sobą mają ukryty za drzewami fort strzegący przystani. Słońce
odeszło już od północy, wnosząc się na wschodnim niebie. Wszędzie kwitły
białe, czerwone i fioletowe kwiaty, z kłaczkami unoszącymi się gęsto na
wietrze -?arktyczne rośliny w pełni korzystały z długich letnich dni.
Idąc po oświetlonym słońcem bruku, prawie można było zapomnieć o pułapce
na szczytach wzgórz.
Już wkrótce natkną się na linię strażniczą. Linie i pierścienie były
interesującymi istotami: ich umysły nie były zbyt bystre, ale stanowiły
w zasadzie największe skuteczne sfory, jakie spotykało się poza
tropikami. Słyszał historie o liniach długich na dziesięć mil, z tysiącami elementów, choć największa, jaką Wędrowiec widział osobiście,
miała nieco poniżej setki. Należało wziąć grupę zwykłych istot i przeszkolić je do rozciągnięcia, nie w sforach, ale jako poszczególne
elementy. Jeśli każdy element zostawał kilka jardów od najbliższych
sąsiadów, mogli utrzymywać coś będącego odpowiednikiem poziomu
umysłowego trójniaka. Grupa jako całość nie była wiele mądrzejsza -?nie
da się myśleć zbyt intensywnie, gdy potrzeba sekund na przeniknięcie
myśli przez cały umysł. A jednak linia doskonale orientowała się w tym,
co działo się wzdłuż niej. Jeśli jacyś jej członkowie zostali
zaatakowani, cała linia dowiadywała się o tym z prędkością dźwięku.
Wędrowcowi zdarzało się służyć w liniach -?nie była to przesadnie bogata
egzystencja, ale też nie aż tak nudna jak zwykła służba strażnicza.
Trudno się nudzić, gdy jest się głupim jak linia.
Tam! Pojedynczy element wystawił szyję zza drzewa i zażądał hasła.
Oczywiście Wickwrackzad je znał i zostali przepuszczeni. Jednak fakt
przejścia wraz z ich opisem był już teraz znany całej linii... oraz
niewątpliwie zwykłym żołnierzom w forcie przystani.
Szlag. Nic się z tym nie dało zrobić, po prostu będzie dalej realizował
ten szalony plan. Wraz z Rysikiem i elementem obcego przeszli jeszcze
przez dwie wewnętrzne linie strażnicze. Czuł już zapach morza. Wyszli
spomiędzy drzew na skalistą przystań. Srebro lśniło na wodzie milionem
migotliwych iskier. Między pomostami na falach kołysała się duża
wielokadłubowa łódź. Jej maszty były niczym las kiwających się drzew bez
liści. Zaledwie milę po drugiej stronie wody widać było Ukrytą Wyspę.
Jego część zignorowała ten widok jako codzienność, choć inna zatrzymała
się z podziwu. To był sam środek, centrum światowego Ruchu Rzezacza. W tych posępnych wieżach oryginalny Rzezacz prowadził swoje eksperymenty,
pisał eseje... i spiskował, by rządzić światem.
Na pomostach nie było wielu ludzi. Większość zajmowała się pracami
porządkowymi: cerowaniem żagli i poprawianiem wiązań dwukadłubowców.
Przyglądali się włókom z oczywistym zaciekawieniem, ale nikt się nie
zbliżył. Czyli musimy tylko zejść na koniec pomostu, odciąć cumy
zewnętrznego dwukadłubowca i wypłynąć. Na samym pomoście było chyba
dość sfor, by to uniemożliwić... a ich krzyki z pewnością przyciągnęłyby
oddziały, które widział przy forcie przystani. Właściwie zaskoczyło go
nieco, że aż dotąd nikt nie zwrócił na nich poważniejszej uwagi.
Te łodzie były mniej zaawansowane niż wersje z południowych mórz. Część
różnic była bardzo powierzchowna: doktryna Rzezacza zabraniała
niepotrzebnych zdobień na łodziach. Z drugiej strony pewne różnice
wynikały z warunków. Te jednostki zaprojektowano do pływania zarówno w lecie, jak i zimie, oraz do przewożenia oddziałów. Jednak Wędrowiec był
pewien, że jeśli będzie miał okazję, to zdoła nimi żeglować. Podszedł do
końca pomostu. Hm. Nieco szczęścia. Ostatni dwukadłubowiec z prawej,
przycumowany do pomostu tuż obok, wyglądał na szybki i dobrze
zaopatrzony. Pewnie służył do zwiadu dalekiego zasięgu.
-?Pssst. Coś się tam dzieje. -?Rysik machnął głową w stronę fortu.
Oddziały zwierały szyki... Czyżby zbiorowy salut? Przed piechotą
pojawiło się pięcioro Sług, a z wież fortu rozbrzmiały trąbki. Zad
widywał takie rzeczy, ale Wędrowiec nie ufał jego pamięci. Jak mógł...
Nad fortem załopotał czerwono-żółty sztandar. Na pomostach żołnierze i robotnicy zajmujący się łodziami padli na brzuchy.
-?Padnij! -?wysyczał Wędrowiec do towarzysza, robiąc to samo.
-?Co...?
-?To flaga Rzezacza... sztandar jego osobistej obecności!
-?To niemożliwe. -?Rzezacz został zamordowany w Republice sześć
dziesiątek dni wcześniej. Tłuszcza, która rozerwała go na strzępy,
zabiła równocześnie dziesiątki jego najwyższych rangą popleczników...
Jednak mieli tylko słowo policji politycznej Republiki, że wszystkie
ciała Rzezacza odzyskano.
Przy forcie między szeregami żołnierzy i białych kurtek paradowała
pojedyncza sfora. Na jej barkach lśniło srebro i złoto. Rysik podsunął
element za stertę skrzyń i ukradkiem wyciągnął swój przyrząd do oczu. Po
chwili rzekł:
-?Na koniec duszy... to Tyrathect.
-?Taki z niej Rzezacz jak ze mnie -?odpowiedział Wędrowiec.
Podróżowali razem od wschodniej bramy całą drogę przez Lodowe Kły. Była
w oczywisty sposób nowicjuszką, i do tego niezbyt dobrze zintegrowaną.
Wydawała się pełna rezerwy i skupiona na sobie, ale zdarzały się jej
wybuchy furii. Wędrowiec zdawał sobie sprawę, że Tyrathect ma w sobie
coś zabójczego... a teraz już wiedział, skąd się to brało. Przynajmniej
część elementów Rzezacza uciekła przed zabójstwem, a on z Rysikiem
spędzili ostatnie trzy dziesiątki dni w ich obecności. Przeszedł go
dreszcz.
Przy bramie fortu sfora zwana Tyrathect odwróciła się w stronę wojska i Sług. Wykonała gest i znowu zabrzmiały trąbki. Nowy Wędrowiec zrozumiał
sygnał: wezwanie. Stłumił nagłe pragnienie podążenia za innymi na
pomoście, ruszającymi na ugiętych nogach w stronę fortu, ze wszystkimi
oczami utkwionymi w Mistrza. Rysik obejrzał się na niego, a Wędrowiec
przytaknął. Potrzebowali cudu i oto on... zapewniony przez samego wroga!
Rysik ruszył powoli w stronę końca pomostu, przeciągając włóki od cienia
do cienia.
Wciąż nikt nie oglądał się do tyłu. I nie bez powodu: Wickwrackzad
pamiętał, co działo się z tymi, którzy nie okazali szacunku dla
wezwania.
-?Zaciągnij stworzenie na ostatnią łódź z prawej strony -?powiedział do
Jaqueramaphana. Sam zeskoczył z pomostu i rozproszył się po wielołodzi.
Doskonale było znowu znaleźć się na chwiejnych pokładach, z każdym
elementem dryfującym w inną stronę. Obwąchał dziobowe katapulty i wsłuchał się w kadłuby i trzaski lin.
Jednak Zad nie był żeglarzem i nie pamiętał, co może być najważniejsze.
-?Czego szukasz? -?dobiegł go syk wysokiej mowy Rysika.
-?Paneli do samozatapiania. -?Jeśli tu były, nie przypominały wersji z mórz południowych.
-?Och -?rzucił Rysik -?to proste. To północne bączki, mają przesuwane
płyty z cienkim kadłubem z drugiej strony. -?Jego dwie części na chwilę
opadły na dno łodzi i rozległ się głośny trzask. Wyłoniły się jego
głowy. Uśmiechał się zaskoczony, zdziwiony własnym sukcesem. -?No
proszę, jest dokładnie tak jak w książkach! -?skomentował.
Wickwrackzad teraz z łatwością je odnalazł: wyglądały jak miejsca do
odpoczynku dla załogi, ale panele można było łatwo przesunąć, a potem
bez trudu przebić toporem drewno po drugiej stronie. Trzymał jedną głowę
na zewnątrz, sprawdzając, czy nie ściągają na siebie uwagi, równocześnie
pozostałymi rozbijając panele. Wędrowiec i Rysik zajęli się zewnętrznymi
rzędami wielołodzi -?ich zatopienie sprawi, że uwolnienie dwukadłubowców
z głębi zajmie sporo czasu.
Ups. Jeden z robotników zajmujących się łodziami oglądał się w tę
stronę. Jedna jego część dalej szła w górę wzgórza, a druga próbowała
wrócić na pomost. Trąbki ponownie zabrzmiały wezwaniem i robotnik
podążył za ich sygnałem. Jednak jego przejęte skomlenia sprawiały, że
inni zaczęli się oglądać.
Już nie było czasu na ukrywanie się. Wędrowiec przebiegł z powrotem do
dwukadłubowca na przedzie. Rysik odcinał właśnie splecione liny łączące
dwukadłubowiec z resztą statku.
-?Masz jakieś doświadczenie żeglarskie? -?zapytał Wędrowiec. Głupie
pytanie.
-?Cóż, czytałem o nim...
-?Dobrze! -?Wędrowiec przegonił go do sterburtowego kadłuba łodzi. -
Dopilnuj, żeby obcy był bezpieczny. Skul się i bądź najciszej, jak
możesz. -?Mógł samodzielnie żeglować dwukadłubowcem, ale będzie to
wymagało biegania po całej łodzi, więc im mniej dźwięków wprowadzających
zamieszanie, tym lepiej.
Wędrowiec odepchnął ich łódź od wielostatku. Jego tonięcie nie było
jeszcze oczywiste, ale widział wodę w dziobowych kadłubach. Odwrócił
bosak i użył jego haka do przeciągnięcia najbliższej łodzi do szczeliny
utworzonej przez ich odpłynięcie. Jeszcze pięć minut i będzie tam tylko
rząd sterczących z wody masztów. Pięć minut. Nie było mowy, żeby im się
udało... gdyby nie Wezwanie Rzezacza. Żołnierze koło fortu odwracali się
i wskazywali w stronę przystani. A jednak nadal musieli pozostawać przy
Rzezaczu/Tyrathect. Ile potrwa, zanim ktoś ważny uzna, że można przerwać
nawet Wezwanie?
Postawił żagle.
Wiatr schwycił żagiel dwukadłubowca i odciągnął go od pomostu. Wędrowiec
tańczył w różne strony po pokładzie, mocno trzymając paszczami szoty.
Nawet bez Ruma jakież wspomnienia przywoływał smak soli i lin! Czuł,
gdzie napięcie i osłabienie oznaczały, że wiatr dawał im wszystko, co
mógł. Kadłuby łodzi były zgrabne i wąskie, a maszt z żelaznego drewna
trzeszczał pod naporem wydętego wiatrem żagla.
Rzezaczyści zbiegali teraz ze wzgórza. Łucznicy zatrzymali się i w powietrze wzbiła się chmura strzał. Wędrowiec wybrał szot, zmuszając
łódź do skrętu w lewo na jednym kadłubie. Rysik zerwał się, by osłonić
obcego. Woda na sterburcie przed nimi zakipiała, ale tylko kilka strzał
trafiło w kadłub. Wędrowiec znowu pociągnął za linki i wykręcili w przeciwnym kierunku. Jeszcze kilka sekund i znajdą się poza zasięgiem
strzał. Żołnierze dobiegli do pomostów i podnieśli jazgot na widok tego,
co stało się z ich statkiem. Dziobowe kadłuby zostały zatopione i cały
przód przystani zmienił się w masę zatopionych łodzi. A tam właśnie
znajdowały się katapulty.
Wędrowiec ustawił łódź na pierwotnym kursie, uciekając na południe,
prosto z przystani. Widział, że ze sterburty mijają południowy kraniec
Ukrytej Wyspy. W górze wznosiły się wysokie i groźne wieże zamku. Zdawał
sobie sprawę ze stojących tam ciężkich katapult i szybkich łodzi
stacjonujących w przystani wyspy. Jednak wystarczy jeszcze kilka minut i nawet to nie będzie miało znaczenia. Stopniowo uświadamiał sobie, jak
zwinna jest ich łódź. Powinien był się domyślić, że w narożnej pozycji
na dziobie umieszczą najlepszą. Zapewne używano jej do zwiadu i przechwytywania.
Jaqueramaphan leżał stłoczony na rufie swojego kadłuba, patrząc przez
wodę na przystań na lądzie. Żołnierze, robotnicy i białe kurtki tłoczyły
się w otępiającej gęstwinie na końcach pomostów. Nawet stąd było widać,
że to miejsce jest szalonym kłębowiskiem wściekłości i frustracji. Na
ustach Rysika pojawił się głupi uśmiech, gdy dotarło do niego, że jednak
im się uda. Wspiął się na burtę i wyskoczył w powietrze, by machnąć
elementem w stronę wrogów. Obelżywy gest prawie posłał go za burtę, ale
został zauważony. Odległa furia na chwilę jeszcze się nasiliła.
Byli już zdecydowanie na południe od Ukrytej Wyspy, nie sięgną ich nawet
jej katapulty. Sfory na brzegu kontynentu ginęły z pola widzenia.
Osobisty sztandar Rzezacza wciąż łopotał radośnie na porannym wietrze,
malejący kwadrat z czerwieni i żółci na tle ciemnej zieleni lasu.
Cały Wędrowiec patrzył na cieśninę, gdzie Wyspa Wielorybów wykrzywiała
się blisko głównego lądu. Jego Zad pamiętał, że ten strategiczny punkt
był silnie ufortyfikowany. Zwykle oznaczałoby to ich koniec, ale tym
razem łucznicy zostali odciągnięci do udziału w pułapce, a katapulty
przechodziły naprawy.
Tak więc wydarzył się cud. Żyli i mieli ze sobą największe odkrycie
całej jego pielgrzymki. Krzyknął z radości tak głośno, że Jaqueramaphan
aż się skulił, a dźwięk odbił się echem od pokrytych zielenią i bielą
wzgórz.
pięć
Jefri Olsndot miał bardzo niewiele wyraźnych wspomnień z pułapki i w ogóle nie widział przemocy. Na zewnątrz rozległy się jakieś hałasy, a potem mama krzyknęła przerażonym głosem, żeby został w środku. Potem
było mnóstwo dymu. Pamiętał duszenie się i próbę wyczołgania na świeże
powietrze. Stracił przytomność. Kiedy się obudził, był przywiązany do
jakiegoś typu noszy pierwszej pomocy, a wszędzie wokół kręciły się duże
stworzenia podobne do psów. Wyglądały bardzo śmiesznie w białych bluzach
przewiązanych sznurami. Pamiętał, że zastanawiał się, gdzie są ich
właściciele. Wydawały przedziwne odgłosy: gulgotanie, brzęczenie i syki.
Część z nich była tak wysoka, że ledwie je słyszał.
Przez jakiś czas znajdował się na łodzi, potem na wózku z kołami.
Wcześniej widział tylko zdjęcia zamków, ale miejsce, do którego go
zabrano, było autentyczną twierdzą z ciemnymi i wysokimi wieżami oraz
kamiennymi murami pod ostrymi kątami. Wędrowali przez ocienione ulice,
koła wozu głośno turkotały. Długoszyje psy nie robiły mu krzywdy, ale
unieruchamiające go pasy były bardzo ciasne. Nie mógł usiąść, nie mógł
rozglądać się na boki. Pytał o mamę, tatę i Johannę, trochę też płakał.
Przy jego twarzy pojawił się długi pysk i dotknął go miękki nos.
Rozbrzmiał brzęczący dźwięk, który poczuł w całym sobie, aż do kości.
Nie wiedział, czy ten gest miał być groźbą, czy pocieszeniem, ale
gwałtownie wciągnął powietrze i spróbował powstrzymać łzy. I tak nie
pasowały do dobrego Straumera.
Pojawiło się teraz więcej psów w białych kurtkach, takich ze śmiesznymi
łatami ze złota i srebra na ramionach.
Jego nosze znowu poniesiono, tym razem w głąb tunelu oświetlonego
pochodniami. Zatrzymali się przed podwójnymi drzwiami, szerokimi na dwa
metry, ale wysokimi ledwie na metr. W jasnym drewnie osadzono dwa
metalowe trójkąty. Później Jefri dowiedział się, że oznaczały numer -
piętnaście lub trzydzieści trzy, w zależności od tego, czy liczyło się
według nóg, czy przednich pazurów. Dużo, dużo później okazało się też,
że jego nadzorca liczył według nóg, a budowniczy zamku według przednich
pazurów, przez co wylądował w niewłaściwym miejscu. Była to pomyłka,
która zmieni historię światów.
Psy w jakiś sposób otworzyły drzwi i zaciągnęły Jefriego do środka.
Zebrały się wokół noszy, a ich pyski rozwiązały więżące go taśmy.
Zobaczył przy tym przebłyski rzędów kłów ostrych jak igły. Bulgotanie i brzęczenie zrobiło się bardzo głośne. Kiedy Jefri usiadł, psy się
cofnęły. Dwa z nich przytrzymały drzwi do wyjścia pozostałej czwórki.
Grupa cyrkowa wyszła i drzwi zamknęły się z trzaskiem.
Jefri przez dłuższą chwilę wpatrywał się w wyjście. Zdawał sobie sprawę,
że to wcale nie była grupa cyrkowa, psy musiały być inteligentne. W jakiś sposób zaskoczyły jego rodziców i siostrę. Gdzie oni są? Prawie
znowu zaczął płakać. Nie widział ich przy statku kosmicznym, musieli też
zostać złapani. Wszyscy zostali uwięzieni w tym zamku, tylko w osobnych
lochach. W jakiś sposób muszą się odszukać!
Dźwignął się na nogi i przez chwilę kręciło mu się w głowie. Wszystko
wciąż pachniało dymem. To nie miało znaczenia, nadeszła pora na
rozpoczęcie prób wydostania się. Obszedł pokój dookoła. Był wielki i wcale nie przypominał lochów, które widział w filmach. Sufit był bardzo
wysoką kopułą, rozciętą dwunastoma pionowymi szczelinami. Przez jedną z nich wpadał migoczący pyłkami kurzu słup światła, rozlewając się na
wyściełanej ścianie. Było to jedyne oświetlenie pomieszczenia, choć
zdecydowanie wystarczające w słoneczny dzień. W czterech rogach sali tuż
pod kopułą rozmieszczono balkony z niskimi poręczami. Dostrzegł drzwi w ścianach za nimi. Po bokach każdego balkonu wisiały duże rolki z jakimiś
napisami bardzo dużym tekstem. Podszedł do ściany i pomacał sztywną
tkaninę. Litery zostały na niej namalowane. Jedyny sposób na zmianę
treści wymagał starcia tego, co już tam zamieszczono. Rety. Jak w starych czasach na Nyjorze, przed Królestwem Straumli! Ściana pod
zwojami była z czarnego lśniącego kamienia. Ktoś użył kawałków kredy, by
na niej rysować. Kreskowe postacie psów były bardzo zgrubne i skojarzyły
się Jefriemu z rysunkami małych dzieci ze szkoły.
Zatrzymał się, przypominając sobie wszystkie dzieci zostawione na
pokładzie statku i na ziemi wokół niego. Raptem kilka dni temu bawił się
z nimi w szkole Górnego Laboratorium. Ostatni rok był taki dziwny...
równocześnie nudny i pełen przygód. Baraki, w których wszystkie rodziny
mieszkały razem, były fajne, ale dorośli prawie nigdy nie mieli czasu na
zabawę. I nocne niebo było tak inne od tego na Straum.
-?Jesteśmy poza Poza -?wyjaśniła mama -?i tworzymy Boga. -?Roześmiała
się, gdy mówiła to pierwszy raz, ale gdy później ludzie to powtarzali,
wydawali się za każdym razem coraz bardziej przestraszeni.
Ostatnie godziny były szalone, w końcu prowadzili na serio ćwiczenia
hibernacji. W tych skrzyniach byli wszyscy jego przyjaciele... Załkał w strasznej ciszy. Nikt go tu nie słyszał, nikt nie mógł mu pomóc.
Po kilku chwilach znowu zaczął myśleć. Jeśli psy nie spróbują otwierać
skrzyń, jego przyjaciołom nic nie powinno być. Jeśli mama i tata zdołają
wyjaśnić psom...
Wokół sali porozstawiano dziwne meble: niskie stoły i szafki oraz
drabinki jak w salach zabaw dla dzieci, a wszystko wykonane z takiego
samego jasnego drewna jak drzwi. Wokół największego stołu leżały czarne
poduszki. Na samym stole było mnóstwo zwojów, wszystkie pełne tekstu i rysunków. Przeszedł całą długość jednej ze ścian, jakieś dziesięć
metrów. W rogu kamienna podłoga się kończyła, zastąpiona dwumetrowym
kwadratowym zagłębieniem ze żwirem. Coś woniało tam jeszcze mocniej od
dymu. Jak w ubikacji. Jefri roześmiał się. One naprawdę były jak psy!
Osłonięte ściany pochłonęły jego śmiech, nie odbijając go echem. Coś...
sprawiło, że Jefri podniósł wzrok i popatrzył na drugą stronę sali.
Sądził, że jest tu sam, choć właściwie w jego "lochu" było całkiem sporo
kryjówek. Na chwilę wstrzymał oddech i słuchał. Panowała całkowita
cisza... prawie. Na granicy słyszenia, gdzie piszczały niektóre maszyny
niesłyszane przez mamę, tatę, a nawet Johannę... było Coś.
-?W... wiem, że tu jesteś -?rzucił Jefri piskliwym głosem.
Przeszedł kilka kroków w bok, próbując zajrzeć za meble, nie podchodząc
do nich. Dalej słyszał dźwięk, teraz oczywisty, gdy już go zauważył.
Zza szafki wyjrzała mała głowa z dużymi ciemnymi oczami. Była znacznie
mniejsza niż u stworzeń, które go tu przyniosły, ale kształt pyska był
taki sam. Patrzyli na siebie przez chwilę, a potem Jefri powoli ruszył w jego stronę. Szczeniak? Głowa cofnęła się, a potem wyłoniła trochę
bardziej. Kątem oka Jefri zobaczył jakiś ruch -?spod stołu wyglądała na
niego kolejna ciemna postać. Na chwilę znieruchomiał, walcząc z paniką.
Jednak nie miał gdzie uciekać, a może te stworzenia pomogą mu znaleźć
mamę. Jefri klęknął na jedno kolano i powoli wyciągnął rękę.
-?Chodź... piesku.
* * *
Szczeniak wyczołgał się spod stołu, cały czas patrząc na dłoń Jefriego.
Fascynacja była obustronna, szczeniak był piękny. Biorąc pod uwagę
wszystkie tysiące lat, przez które psy były hodowane przez Ludzi (i innych), mogła to być jakaś dziwna rasa... ale ledwie. Futro było
krótkie i gęste, jak aksamit z czerni i bieli. Oba kolory tworzyły
szerokie plamy bez szarości pomiędzy. Ten szczeniak miał całą czarną
głowę, a zad podzielony między czerń i biel. Ogon był krótki i nie robił
wrażenia, raczej niewielka osłona zadu. Jefri dostrzegł plamy nagiej
czarnej skóry na ramionach i głowie. Jednak najdziwniejsza była długa,
zwinna szyja. Bardziej naturalnie wyglądałaby u ssaka morskiego niż u psa.
Jefri poruszył palcami, a szczeniak szerzej otworzył oczy, odsłaniając
białe obwódki wokół źrenic.
Coś szturchnęło go w łokieć i Jefri prawie podskoczył. Ich jest więcej!
Do jego ręki podeszły jeszcze dwa. A ten, którego zobaczył jako
pierwszego, ciągle siedział na miejscu, przyglądając mu się czujnie. Gdy
zobaczył szczeniaki odsłonięte, przekonał się, że nie ma w nich nic
wrogiego ani strasznego.
Jeden ze szczeniaków położył łapę na nadgarstku Jefriego i łagodnie
przycisnął w dół. Równocześnie inny wyciągnął pysk i polizał palce
chłopca. Język miał różowy, szorstki, wąski i zaokrąglony. Wysokie piski
przybrały na sile, wszystkie trzy szczeniaki zbliżyły się i chwyciły
paszczami jego dłoń.
-?Ostrożnie! -?rzucił Jefri, cofając rękę. Pamiętał zęby dorosłych.
Nagle w powietrzu rozbrzmiało mnóstwo bulgotów i brzęczenia. Humf.
Brzmiały bardziej jak durne ptaki niż psy. Podszedł jeden z pozostałych
szczeniaków, wyciągając do Jefriego wąski nos.
-?Ostrożnie! -?powiedział, idealnie odtwarzając głos chłopca... choć
jego paszcza pozostała zamknięta. Wygiął szyję, jakby chciał, żeby go...
pogłaskać? Jefri wyciągnął rękę, jego futro było takie miękkie!
Brzęczenie było teraz bardzo głośne. Jefri czuł je przez futro. Ale
dźwięki nie pochodziły tylko od jednego zwierzęcia, dobiegały ze
wszystkich stron. Szczeniak odwrócił kierunek ruchu, przesuwając pysk po
dłoni chłopca. Tym razem pozwolił paszczy zamknąć się na jego palcach.
Owszem, widział zęby, ale szczeniak ostrożnie trzymał je tak, by nie
dotykały skóry Jefriego. Czubek jego pyska w dotyku przypominał dwa małe
palce zamykające się i otwierające wokół jego ręki.
Trzy zwierzęta wsunęły się pod jego drugą rękę, jakby też chciały być
głaskane. Poczuł nosy szturchające go w plecy, próbowały wyciągnąć mu
koszulę ze spodni. Działanie było zdumiewająco skoordynowane, prawie
jakby jego koszulę chwycił dwuręczny człowiek. Ile was tu właściwie
jest? Na chwilę zapomniał, gdzie jest, zapomniał o ostrożności.
Odwrócił się i zaczął głaskać te z tyłu. Ze wszystkich stron dobiegały
go zaskoczone piski. Dwa szczeniaki wcisnęły mu się pod łokcie,
przynajmniej trzy wskoczyły na plecy i położyły, dotykając nosami szyi i uszu.
A Jefriego naszło coś, co uznał za głęboką myśl: dorośli zrozumieli, że
jest dzieckiem, po prostu nie wiedzieli, jak dużym. Wsadzili go do
jednego ze swoich przedszkoli! Mama i tata pewnie właśnie z nimi
rozmawiali. W końcu wszystko będzie dobrze.
* * *
Lord Stal nie wybrał imienia przypadkowo: stal, najnowocześniejszy z metali, stal tworząca najostrzejsze i nietępiące się klingi, stal, która
może rozżarzyć się do czerwoności i nie zawieść, stal -?ostrze tnące dla
Rzezacza. Stal był ukształtowaną osobą, największym sukcesem Rzezacza.
W pewnym sensie kształtowanie dusz nie było niczym nowym. Jego
ograniczoną formą był dobór miotów, choć skupiał się głównie na
zgrubnych cechach fizycznych. Nawet hodowcy przyznawali, że możliwości
umysłowe sfory wywodziły się w różnym stopniu z możliwości jej członków.
Jedna para lub trójka prawie zawsze odpowiadała za elokwencję, inna za
intuicję przestrzenną. Kwestia cnót i wad była dużo bardziej złożona.
Żaden pojedynczy element nie stanowił zasadniczego źródła odwagi albo
sumienia.
Wkładem Rzezacza w tę dziedzinę -?podobnie jak w inne -?była niezbędna
bezwzględność, odcięcie wszystkiego poza tym, co naprawdę ważne.
Nieustannie eksperymentował, odrzucając wszystkie, poza najbardziej
udanymi wynikami. Polegał na dyscyplinie, wyparciu i częściowej śmierci
w równym stopniu jak na mądrym doborze elementów. Tworząc Stala, miał
już za sobą siedemdziesiąt lat doświadczenia.
Zanim mógł przybrać swe imię, Stal spędził lata w wyparciu, ustalając,
które jego części połączyły się, dając pożądane stworzenie. Coś takiego
byłoby niemożliwe bez wymuszania przez Rzezacza. (Przykład: gdyby pozbyć
się części siebie odpowiedzialnej za uporczywość, skąd brać wolę do
kontynuacji rzezania?). Dla tworzonej duszy proces oznaczał mentalny
chaos, mieszankę horroru i amnezji. W ciągu dwóch lat doświadczył
większej liczby zmian niż większość osób przez dwa stulecia, a wszystkie
były kierowane. Punkt zwrotny nastąpił, gdy Rzezacz zidentyfikował
trójkę obciążającą go zarówno sumieniem, jak i ociężałością umysłową.
Jedno z trójki łączyło pozostałych. Uciszenie go i zastąpienie właściwym
elementem okazało się kluczową różnicą. Reszta była już łatwa i tak
narodził się Stal.
Gdy Rzezacz odszedł, by nawrócić Republikę Długich Jezior, naturalne
było, że władzę na miejscu przejmie najgenialniejsze z jego dzieł. Stal
rządził sercem ziem Rzezacza przez pięć lat. W tym czasie nie tylko
utrzymał wszystko, co stworzył Rzezacz, ale też rozszerzył jego Domenę
poza ostrożne początki.
Jednak dzisiaj, w ciągu jednego obrotu słońca wokół Ukrytej Wyspy, mógł
wszystko stracić.
* * *
Stal wkroczył do sali i rozejrzał się wokół. Przekąski rozstawiono
właściwie. Blask słońca padał przez szczelinę w suficie dokładnie tam,
gdzie powinien. Po drugiej stronie sali stała część Szreka, jego
adiutanta.
-?Porozmawiam z gościem na osobności -?odezwał się do niego. Nie użył
imienia "Rzezacz". Biała kurtka cofnęła się uniżenie, a jego niewidoczne
elementy otwarły drzwi z drugiej strony.
Przeszedł przez nie pięciorniak -?trzy samce i dwie samice -?wkraczając
w plamę słonecznego blasku. Osobnik niczym się nie wyróżniał, ale z drugiej strony Rzezacz nigdy nie wyglądał imponująco.
Dwie głowy uniosły się, by osłonić oczy pozostałych. Sfora rozejrzała
się po sali, dostrzegła stojącego dwadzieścia jardów dalej Stala.
-?Ach... Stal. -?Głos był delikatny jak skalpel głaszczący krótkie włosy
na gardle.
Stal skłonił się po wejściu gościa. Dźwięk wywołał nagły skurcz w brzuchu i bezwiednie opuścił brzuchy na ziemię. To był jego głos! W tej
sforze był przynajmniej fragment oryginalnego Rzezacza. Złote i srebrne
epolety, osobisty sztandar -?to mógł sfałszować każdy z samobójczą dozą
śmiałości -?ale Stal pamiętał jego zachowanie. Już go nie dziwiło, że
pojawienie się tej sfory zniszczyło dyscyplinę na lądzie dziś rano.
Oświetlone słońcem głowy sfory niczego nie wyrażały. Czyżby na głowach
ukrytych w cieniu pojawił się lekki uśmiech?
-?Gdzie są pozostali, Stal? To, co dziś zaszło, to największa okazja w naszych dziejach.
Stal dźwignął się z brzuchów i stanął przy barierce.
-?Panie. Najpierw kilka pytań, tylko między nami. Wyraźnie jesteś w dużym stopniu Rzezaczem, ale w jakim...
Jego teraz już wyraźnie się uśmiechał, a ocienione głowy przytakiwały.
-?Tak, wiedziałem, że moje dzieło postawi to pytanie... Dziś rano
podałem się za prawdziwego Rzezacza, poprawionego jedną czy dwoma
wymianami. Prawda jest... trudniejsza. Wiesz o Republice. -?To było
najbardziej ryzykowne zagranie Rzezacza: wyrzezać całe państwo narodowe.
Zginęłyby miliony, a jednak więcej byłoby kształtowania niż zabijania.
Efektem końcowym byłby pierwszy kolektyw poza tropikami. Z tą różnicą,
że państwo Rzezacza nie stałoby się bezmyślnym aglomeratem ruchającym
się stale w jakiejś dżungli. Jego przywództwo byłoby tak błyskotliwe i bezwzględne jak najlepsze sfory w dziejach. Takiej sile nie mogłyby się
oprzeć żadne ludy świata.
-?Było to szalone ryzyko, nawet dla jeszcze bardziej szalonego celu. Ale
podjąłem środki ostrożności. Mieliśmy tysiące neofitów, z których wielu
nie rozumiało naszych prawdziwych ambicji, choć byli wierni i gotowi do
poświęceń... jak należy. Zawsze trzymałem w pobliżu ich specjalną grupę.
Policja polityczna sprytnie podeszła do sprawy, używając przeciw mnie
zabójstwa tłuszczą, czego zupełnie się nie spodziewałem... ja, który
tworzę tłuszcze. Nieważne, moi ochroniarze byli dobrze wyszkoleni. Kiedy
zostaliśmy uwięzieni w Misie Parlamentu, zabili po jednym lub dwóch
elementach z każdej z tych specjalnych sfor... a ja po prostu przestałem
istnieć, rozproszony pośród spanikowanych zwykłych stworzeń, próbujących
uciec z masakry.
-?Ale wszyscy wokół ciebie zostali zabici, tłum nikogo nie oszczędził.
Stworzenie będące Rzezaczem wzruszyło ramionami.
-?To w części propaganda Republiki, a w części moje dzieło. Rozkazałem
ochroniarzom wzajemnie się pozabijać wraz ze wszystkimi, którzy nie byli
mną.
Stal prawie wyraził na głos swój podziw. Plan był typowy dla geniuszu
Rzezacza i siły jego duszy. Z zabójstwami zawsze wiązało się ryzyko, że
fragmenty zdołają uciec. Krążyły słynne historie o odtwarzających się
bohaterach. W prawdziwym życiu takie zdarzenia były rzadkie, zwykle
występowały, gdy siły ofiary zdołały zapewnić opiekę przywódcy w okresie
reintegracji. Jednak Rzezacz od samego początku zaplanował tę taktykę i przygotował się do odtworzenia osobowości ponad tysiąc mil od Długich
Jezior.
Mimo wszystko... lord Stal z namysłem przyjrzał się rozmówcy. Zignoruj
głos i zachowanie. Myśl o władzy, nie o pragnieniach innych, nawet
Rzezacza. Stal rozpoznał w sforze tylko dwa elementy. Samice i samiec z białymi końcami uszu prawdopodobnie pochodziły od poświęconego wyznawcy.
Zapewne stały przed nim tylko dwa elementy prawdziwego Rzezacza, prawie
nie zagrożenie... z wyjątkiem bardzo prawdziwego zagrożenia pozorami.
-?A twoja pozostała część, panie? Kiedy możemy oczekiwać twej pełnej
obecności?
Stworzenie będące Rzezaczem roześmiało się. Choć było niekompletne,
wciąż rozumiało szale władzy. To było prawie jak za dawnych dni. Gdy dwa
stworzenia jasno rozumiały władzę i zdradę, sama zdrada stawała się
prawie niemożliwa. Może istnieć tylko jeden uporządkowany przebieg
wydarzeń, zapewniający korzyści tym, którzy zasługują na rządzenie.
-?Pozostali mają równie dobre... nośniki. Przygotowałem szczegółowe
plany, trzy różne trasy, trzy zestawy agentów. Dotarłem bezpiecznie i nie wątpię, że tak samo będzie z pozostałymi, najwyżej w ciągu kilku
dziesiątek dni. Do tego czasu -?sfora obróciła głowy do Stali -?do tego
czasu, drogi Stal, nie zgłaszam roszczeń do pełnej roli Rzezacza.
Zrobiłem to wcześniej, by ustalić priorytety i ochronić ten fragment do
czasu odtworzenia. Jednak ta sfora ma celowo słabszy umysł i wiem, że
nie przetrwałbym jako władca moich wcześniejszych dzieł.
Stal zastanowił się nad jego słowami. Plany stworzenia wydawały się
doskonałe. Prawie doskonałe.
-?Czyli przez najbliższe kilka dziesiątek dni chcesz przyjąć uboczną
rolę? Dobrze. Jednak ogłosiłeś się Rzezaczem. Jak mam cię przedstawiać?
Drugi się nie zawahał.
-?Tyrathect, Rzezacz oczekujący.
* * *
Szyfrowanie: 0
Odebrano: Nadajnik-odbiornik przekaźnika 03 w Przekaźniku
Ścieżka językowa: samnorski ? triskweliński, SjK: jednostki
przekaźnikowe
Od: Główny Straumli
Temat: Otwarto archiwum w Dolnej Transcendencji!
Streszczenie: Nasze łącza ze Znaną Siecią będą czasowo wyłączone
Słowa kluczowe: transcendencja, dobre wieści, szanse biznesowe, nowe
archiwum, problemy z łącznością
Dystrybucja:
Gdzie oni są?, grupa dyskusyjna
Homo sapiens, grupa dyskusyjna
Motley Hatch, grupa administracyjna
Nadajnik-odbiornik przekaźnika 03 w Przekaźniku
Nadajnik-odbiornik Pieśń wiatru w Dolnym Debley
Nadajnik-odbiornik Nie-na-długo w Przystanku
Data: 11:45:20 czasu Doków, 01/09 roku 52089 Organizacji
Tekst wiadomości:
Z dumą informujemy, że ludzka firma badawcza z Królestwa Straumli
odkryła w Dolnej Transcendencji dostępne archiwum. Nie jest to
ogłoszenie o Transcendencji lub utworzeniu nowej Potęgi. Opóźniliśmy tę
informację do czasu dopilnowania naszych praw własności i bezpieczeństwa
archiwum. Zainstalowaliśmy interfejsy, które powinny uczynić archiwum
kompatybilne ze standardową składnią zapytań z Sieci. Za kilka dni
możliwy będzie komercyjny dostęp. (Patrz omówienie problemów dotyczących
harmonogramu poniżej). Archiwum jest wyjątkowe ze względu na swoje
zabezpieczenia, zrozumiałość i wiek. Uważamy, że zawiera ono utracone
gdzie indziej informacje dotyczące zarządzania arbitrażem i koordynacją
interfejsów. Prześlemy szczegóły do właściwych grup dyskusyjnych.
Jesteśmy bardzo podekscytowani otwierającymi się możliwościami. Zwracamy
uwagę, że nie było potrzeby interakcji z Potęgami i żadna część
Królestwa Straumli nie doznała transcendencji.
Teraz złe wiadomości: procedury arbitrażu i tłumaczenia doznały
niefortunnych kleniracji[?] z granicznym armiflażem[?]. Szczegóły
powinny być zabawne dla osób subskrybujących grupę dyskusyjną Zagrożenia
łączności i w późniejszym terminie przygotujemy raport na ich temat.
Jednak na przynajmniej sto następnych godzin wszystkie nasze łącza
(główne i pomocnicze) ze Znaną Siecią będą wyłączone. Nadchodzące
wiadomości mogą zostać zbuforowane, ale nie oferujemy gwarancji. Żadne
wiadomości nie będą przekierowywane. Przepraszamy za te niedogodności i bardzo szybko je wynagrodzimy!
Fizyczny handel w żadnym stopniu nie ucierpi przez te problemy.
Królestwo Straumli wciąż jest otwarte dla turystów i kupców.
sześć
Z perspektywy czasu Ravna Bergsndot wiedziała, że wybranie przez nią
zawodu bibliotekarki było nieuniknione. Jako dziecko na Sjandra Kei
zakochała się w historiach z Ery Księżniczek. Były to czasy przygody,
gdy kilka dzielnych dam przepchnęło ludzkość do wielkości. Wraz z siostrą spędzała niezliczone popołudnia na udawaniu bycia Wielką Dwójką
i ratowaniu Hrabiny Jeziora. Później zrozumiały, że Nyjora i jej
księżniczki odeszły w mroczną przeszłość. Jej siostra Lynne zwróciła się
ku bardziej praktycznym sprawom, ale Ravna wciąż pragnęła przygód. Jako
nastolatka marzyła o emigracji do Królestwa Straumli. Ono było czymś
bardzo realnym. Wystarczyło pomyśleć: nowa i głównie ludzka kolonia na
samym Szczycie Poza. A Straum z otwartymi rękami witał przybyszów z jej
rodzimego świata, ich przedsięwzięcie nie miało nawet stu lat. Oni lub
ich dzieci będą pierwszymi ludźmi w galaktyce, którzy wykroczą poza
swoją ludzkość. Może skończyć jako bogini lub bogatsza od miliona
światów z Poza. To marzenie było na tyle realne, że prowadziło do
nieustannych kłótni z rodzicami, bo gdzie istnieje niebo, może też
istnieć i piekło. Królestwo Straumli znalazło się blisko Transcendencji,
a jego mieszkańcy igrali z "tygrysami za prętami klatki". Ojciec
autentycznie użył tego porównania. Spory na kilka lat odsunęły ich od
siebie. Potem, podczas zajęć z informatyki i teologii stosowanej, Ravna
zaczęła czytać o niektórych ze starych koszmarów. Może, może... powinna
być trochę ostrożniejsza. Lepiej najpierw się rozejrzeć. A przecież
istniał sposób, by zobaczyć wszystko, co mogli zrozumieć Ludzie w Poza:
Ravna została bibliotekarką.
-?Ostateczna dyletantka! -?drażniła się z nią Lynne.
-?To prawda, i co z tego? -?burknęła Ravna, ale nie do końca odpuściła
marzenia o podróżach.
Życie na Uniwersytecie Herte w Sjandra Kei powinno być dla niej idealne.
Wszystko tam mogło się toczyć szczęśliwie przez całe życie... tylko że
podczas jej ostatniego roku studiów zorganizowano konkurs Odległych
Praktyk Organizacji Vrinimi. Główną nagrodą były trzy lata pracy i studiów w archiwum przy Przekaźniku. Wygrana była życiową szansą -
wróciłaby, mając więcej doświadczenia niż dowolny miejscowy akademik.
I w taki to sposób Ravna Bergsndot wylądowała ponad dwadzieścia tysięcy
lat świetlnych od domu, w ośrodku sieci miliona światów.
* * *
Było już godzinę po zachodzie, gdy Ravna dryfowała przez park miejski w stronę rezydencji Grondra Vrinimikalira. Od czasu przybycia do układu
Przekaźnika była na planecie zaledwie kilka razy. Większość pracy
wykonywała w samym archiwum -?tysiąc godzin świetlnych stąd. W tej
części planety panowała wczesna jesień, choć zmierzch zmienił kolory
drzew w odcienie szarości. Z wysokości stu metrów nad ziemią, gdzie
szybowała, powietrze niosło już pierwsze oznaki nadchodzącego mrozu. Pod
stopami widziała ogniska piknikowe i boiska. Organizacja Vrinimi nie
wydawała wiele na planetę, choć ta była bardzo piękna. Jak długo
skupiała wzrok na ciemniejącym gruncie, Ravna prawie mogła sobie
wyobrazić, że znajduje się gdzieś na swojej rodzimej planecie Sjandra
Kei. Choć wystarczyło spojrzeć na niebo... i natychmiast przypominała
sobie, że jest bardzo daleko od domu: dwadzieścia tysięcy lat świetlnych
od niego wir galaktyki wspinał się ku zenitowi.
O zmierzchu wciąż nie był zbyt jasny i tej nocy może nie zrobić się
wiele wyraźniejszy. Nisko na zachodnim niebie zespół fabryk układowych
jarzył się jaśniej niż jakikolwiek księżyc. Ich praca generowała jasne
migotanie gwiazd i promienie, czasami tak intensywne, że rzucały na
wschód ostre cienie gór miejskiego parku. Jeszcze pół godziny i zza
horyzontu wyłonią się Doki. Nie były tak jasne jak fabryki, ale wygrają
jasnością ze wszystkim, co dobiegało z odległych gwiazd.
Poprawiła się w uprzęży antygrawitacyjnej i opadła nieco niżej. Zapach
jesieni i pikników się nasilił. Nagle otoczyło ją klikanie śmiechu
Kalirów: przez nieuwagę trafiła w środek rozgrywki piłki powietrznej.
Ravna rozłożyła ręce w udawanym zawstydzeniu i uskoczyła z drogi graczy.
Jej spacer przez park prawie dobiegł końca -?zobaczyła przed sobą cel
drogi. Rezydencja Grondra Vrinimikalira była czymś rzadkim w krajobrazie
miejskiego parku: rozpoznawalnym budynkiem. Pochodziła z czasów, gdy
Organizacja wkupiła się w obsługę Przekaźnika. Z wysokości
osiemdziesięciu metrów dom był kanciastą sylwetką na tle nieba. Gdy
rozbłysły światła fabryki, gładkie ściany monolitu rozjarzyły się
oleistymi barwami. Grondr był szefem szefa jej szefa. Przez ostatnie dwa
lata rozmawiała z nim dokładnie trzy razy.
Dość ociągania się. Zdenerwowana i bardzo zaciekawiona Ravna opuściła
się niżej i pozwoliła, by elektronika domu przeprowadziła ją pomiędzy
drzewami do wejścia.
* * *
Grondr Vrinimikalir potraktował ją ze standardową uprzejmością
Organizacji, wspólnym mianownikiem łączącym kilka składających się na
nią ras. Pokój ich spotkania urządzono meblami odpowiednimi zarówno dla
Vrinimi, jak i Ludzi. Czekały na nią przekąski i pytania o jej pracę w archiwum.
-?Wyniki są mieszane, proszę pana -?szczerze odpowiedziała Ravna. -
Mnóstwo się nauczyłam, praktyka jest wszystkim, czym powinna być. Ale
obawiam się, że nowy dział będzie wymagał dodatkowej warstwy indeksu. -
Wszystko to było w raportach, które staruszek mógł wyświetlić jednym
ruchem palca.
Grondr nieobecnym ruchem przesunął ręką po piegach swoich oczu.
-?Tak, to spodziewane rozczarowanie. Z tą rozbudową sięgamy granic
możliwości zarządzania informacją. Egravan i Derche -?odpowiednio szef i szef szefa Ravny -?są bardzo zadowoleni z twoich postępów. Przyleciałaś
dobrze wykształcona i szybko się uczysz. Myślę, że w Organizacji
znajdzie się miejsce dla Ludzi.
-?Dziękuję panu. -?Ravna się zaczerwieniła. Ocena Grondra została
wypowiedziana luźnym tonem, jednak była dla niej bardzo ważna. I prawdopodobnie oznaczała przybycie kolejnych Ludzi, może nawet przed
końcem jej stażu. Czy to było powodem spotkania?
Próbowała nie gapić się na swojego gospodarza. Do tej pory przyzwyczaiła
się do wyglądu głównej rasy Vrinimi. Z oddali Kalir wyglądali na
humanoidów, ale z bliska różnice były dość znaczne. Jego rasa pochodziła
od czegoś w rodzaju owada. W procesie zwiększania rozmiarów ewolucja z konieczności przeniosła wsporniki wzmacniające wewnątrz ciała, aż na
wierzchu pozostało tylko połączenie wyglądającej jak u larwy skóry i arkuszy jasnej chityny. Na pierwszy rzut oka Grondr był niewyróżniającym
się przedstawicielem swojej rasy, ale gdy się ruszał, choćby w celu
poprawienia marynarki lub podrapania piegów ocznych, w gestach kryła się
dziwna precyzja. Egravan powiedział, że szef jest bardzo, bardzo stary.
Grondr nieoczekiwanie zmienił temat.
-?Jesteś świadoma... zmian w Królestwie Straumli?
-?Chodzi panu o upadek Straum? Tak. -?Choć dziwi mnie, że pan o tym
wie. Królestwo Straumli było istotną cywilizacją Ludzi, ale jej udział
w ruchu wiadomości Przekaźnika był niezmiernie mały.
-?Proszę przyjąć moje wyrazy współczucia. -?Pomimo radosnych komunikatów
ze Straum było jasne, że Królestwu Straumli przydarzyła się całkowita
katastrofa. Niemal każda rasa z czasem zaczynała grzebać w Transcendencji, zwykle nie zmieniając się w superinteligencję, czyli
Potęgę. Jednak teraz stało się już jasne, że mieszkańcy Straum stworzyli
lub obudzili Potęgę o zabójczych skłonnościach. Ich los był równie
straszny jak najmroczniejsze przewidywania ojca Ravny. Ich pech stał się
też katastrofą obejmującą wszystko, co było wcześniej Królestwem
Straumli. Grondr mówił dalej. -?Czy te wiadomości wpłyną na twoją pracę?
Dziwniej i dziwniej, mogłaby przysiąc, że jej rozmówca przechodził do
sedna. Może to właśnie nim było?
-?Hm, nie, proszę pana. Sprawa Straumli jest straszna, zwłaszcza dla
ludzkości, ale moim domem jest Sjandra Kei. Królestwo Straumli wywodzi
się od nas, ale nie mam tam żadnych krewnych. -?Choć gdyby nie mama i tata, mogłabym tam teraz być. Tak naprawdę gdy Przekaźnik Główny
Straumli wypadł z Sieci, Sjandra Kei była nieosiągalna przez niemal
czterdzieści godzin. To bardzo ją zaniepokoiło, ponieważ przekierowanie
ruchu powinno się odbyć natychmiastowo. Łączność została w końcu
nawiązana, a problem wynikał z niewłaściwie skonfigurowanych tabel
przekierowania na alternatywnym łączu. Ravna zużyła nawet półroczne
oszczędności na wymianę wiadomości z rodziną. Lynne i rodzicom nic nie
było, a sprawa Straumli była tematem stulecia dla ludzi na Sjandra Kei,
ale mimo wszystko była to dla nich dość odległa katastrofa. Ravna
zastanawiała się, czy jacyś rodzicie udzielili kiedyś dziecku lepszej
rady niż jej.
-?Dobrze, dobrze. -?Części jego ust poruszyły się w odpowiedniku
ludzkiego przytaknięcia. Przechylił głowę tak, że patrzyły na nią tylko
obwodowe piegi -?wydawał się prawie onieśmielony! Ravna spoglądała na
niego w milczeniu. Grondr Kalir mógł być najdziwniejszym dyrektorem
Organizacji. Był jedynym, którego główna siedziba znajdowała się na
planecie. Oficjalnie odpowiadał za archiwa, choć faktycznie kierował
marketingiem Vrinimi (czyli wywiadem). Słyszała opowieści, że odwiedzał
Szczyt Poza, a Egravan twierdził, że miał sztuczny układ odpornościowy.
-?Widzisz, katastrofa Straumli przypadkiem uczyniła z ciebie jedną z najcenniejszych pracownic Organizacji.
-?Ja... nie rozumiem.
-?Ravna, plotki na grupie dyskusyjnej Zagrożenia są prawdziwe.
Straumerzy mieli laboratorium w Dolnej Transcendencji. Bawili się
przepisami ze straconego archiwum i stworzyli nową Potęgę. Wydaje się to
Perwersją drugiej klasy.
Znana Sieć notowała Perwersję drugiej klasy średnio raz na stulecie.
Takie Potęgi miały zwykle "czas życia" około dziesięciu lat, jednak były
jednoznacznie złowrogie, a przez dziesięć lat mogły dokonać niezwykłych
zniszczeń. Biedny Straum.
-?Rozumiesz chyba, że wiąże się z tym niezwykły potencjał zysków lub
strat. Jeśli katastrofa się rozszerzy, utracimy klientów sieciowych. Z drugiej strony wszyscy w pobliżu Królestwa Straumli chcą śledzić rozwój
wydarzeń, co może zwiększyć nasz ruch sieciowy o kilka procent.
Grondr przedstawił to w sposób bardziej wyrachowany, niż chciała
usłyszeć, ale miał rację. Właściwie okazja zysku była bezpośrednio
powiązana z ograniczaniem Perwersji. Gdyby nie pogrążyła się tak bardzo
w pracy w archiwum, sama by do tego doszła. A skoro już zaczęła o tym
myśleć...
-?Istnieją jeszcze bardziej spektakularne możliwości. Historycznie rzecz
biorąc, takie Perwersje były obiektem zainteresowania innych Potęg. Będą
chciały dostępu do Sieci oraz... informacji o rasie, która ją stworzyła.
-?Ucichła, gdy w końcu zrozumiała powód tego spotkania.
Części ustne Grondra zaklikały na potwierdzenie.
-?Faktycznie, tu w Przekaźniku znajdujemy się w dobrym położeniu, by
dostarczać wiadomości do Transcendencji. Mamy też naszego własnego
człowieka. W ciągu ostatnich trzech dni otrzymaliśmy kilkadziesiąt
zapytań od cywilizacji w Wysokim Poza, niektóre twierdzą, że
reprezentują Potęgi. To zainteresowanie może oznaczać duże zwiększenie
dochodów Organizacji w ciągu następnej dekady. Wszystko to mogłaś
przeczytać w grupie Zagrożenia. Jest jednak jeszcze jedna sprawa, co do
której poproszę cię o zachowanie jej na razie w tajemnicy. Pięć dni temu
w nasz rejon wleciał statek z Transcendencji. Twierdzi, że jest
bezpośrednio kontrolowany przez Potęgę.
Ściana za jego plecami zmieniła się w okno na gościa. Statek był
nieregularnym zbiorem ości i grud. Pasek skali informował, że ma
zaledwie pięć metrów.
Ravna poczuła, że jeżą się jej włosy na karku. Tutaj, w Środkowym Poza,
powinni być stosunkowo bezpieczni przed kaprysami Potęg, ale... wizyta
była niepokojąca.
-?Czego chce?
-?Informacji na temat Perwersji Straumli. W szczególności wykazuje
zainteresowanie twoją rasą. Jest gotowy zapłacić bardzo dużo za zabranie
ze sobą żywego człowieka...
-?Nie jestem zainteresowana -?przerwała mu Ravna.
Grondr rozłożył blade dłonie. Światło zamigotało na chitynie
pokrywającej wierzch palców.
-?Byłaby to niezwykła okazja. Praktyka u bogów. W zamian obiecano nam
ustanowienie tu wyroczni.
-?Nie! -?Ravna na wpół uniosła się z krzesła. Była jedynie człowiekiem
znajdującym się ponad dwadzieścia tysięcy lat świetlnych od domu. Na
początku praktyki bardzo jej to ciążyło. Od tamtej pory zdobyła
przyjaciół, dowiedziała się więcej na temat etyki Organizacji i nauczyła
się ufać tym istotom niemal równie mocno jak Ludziom z Sjandra Kei.
Jednak... obecnie w Sieci istniała tylko jedna częściowo wiarygodna
wyrocznia i miała już prawie dziesięć lat. Potęga kusiła Organizację
Vrinimi niezwykłym skarbem.
Grondr zaklikał z zawstydzeniem. Gestem poprosił ją, żeby usiadła.
-?To była tylko sugestia. Nie wykorzystujemy naszych pracowników. Gdybyś
po prostu zechciała pełnić rolę naszej lokalnej ekspertki...
Ravna kiwnęła głową.
-?Doskonale. Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że przyjmiesz tę
ofertę. Mamy dużo bardziej prawdopodobnego ochotnika, ale wymaga
przeszkolenia.
-?Człowieka? Tutaj? -?Ravna ustawiła w miejscowym katalogu aktywne
zapytanie o innych Ludzi. Przez ostatnie dwa lata widziała troje i wszyscy byli tu tylko przejazdem. -?Jak długo ona... on tu jest?
Grondr wyemitował coś pomiędzy uśmiechem a pełnym śmiechem.
-?Nieco ponad stulecie, choć zdaliśmy sobie z tego sprawę dopiero parę
dni temu. -?Obraz za jego plecami uległ zmianie. Ravna rozpoznała
"strych" Przekaźnika, śmietnisko porzuconych statków i urządzeń
transportowych unoszących się zaledwie tysiąc sekund świetlnych od
archiwum.
-?Odbieramy dużo jednostronnego frachtu, rzeczy wysyłanych do nas w nadziei, że je kupimy lub sprzedamy za prowizję. -?Obraz przejechał na
zniszczony statek mający może dwieście metrów, z wąską talią typową dla
silnika strumieniowego. Jego ości ultranapędu były niewiele więcej niż
kikutami.
-?Lugier denny? -?zapytała Ravna.
Grondr zaklikał potwierdzająco.
-?Draga. Ten statek ma około trzydziestu tysięcy lat. Większość tego
czasu spędził na głębokiej penetracji Powolnej Strefy, a do tego
dziesięć tysięcy lat w Bezrozumnej Otchłani.
Na zbliżeniu kadłuba zobaczyła, że jest silnie pobrużdżony w wyniku
tysięcy lat erozji relatywistycznej. Takie wyprawy, nawet bez pilotów,
były rzadkie. Głęboka penetracja nie mogła powrócić do Poza w okresie
życia twórców pojazdu. Niektóre nie wracały w ciągu życia rasy
budowniczych. Istoty wysyłające takie misje były nieco dziwne, za to
stworzenia, które je potem pozyskiwały, mogły na tym dobrze zarobić.
-?Ten tutaj dotarł z bardzo daleka, nawet jeśli jego lot nie był do
końca wielkim sukcesem. Nie zobaczył niczego ciekawego w Bezrozumnej
Otchłani, co nie jest dziwne, biorąc pod uwagę, że zawodzi tam nawet
prosta automatyka. Niezwłocznie sprzedaliśmy większość jego ładunku.
Reszta została skatalogowana i zapomniana... do czasu sprawy Straumli. -
Gwiazdy zniknęły. Oboje patrzyli na ekran medyczny z przypadkowymi
kończynami i częściami ciała. Wyglądały bardzo ludzko. -?W układzie
słonecznym na dnie Powolności draga znalazła wrak. Nie miał ultranapędu,
był czystym projektem Powolnej Strefy. Układ słoneczny był
niezamieszkany, przypuszczamy, że na statku doszło do awarii albo po
prostu Otchłań wpłynęła na załogę. W każdym razie skończyli jako
zamrożona mieszanka.
Tragedia na dnie Powolności, tysiące lat temu. Ravna z trudem oderwała
wzrok od jatki.
-?Chcecie to sprzedać naszemu gościowi?
-?Nawet lepiej. Gdy zaczęliśmy się temu przyglądać, odkryliśmy poważny
błąd w katalogu. Jedna z ofiar była prawie cała. Naprawiliśmy ją
częściami pochodzącymi od pozostałych. Co było kosztowne, ale w efekcie
uzyskaliśmy żyjącego człowieka. -?Obraz znów się zmienił i Ravna
gwałtownie wciągnęła powietrze. Na animacji medycznej części ciała
zgrabnie ułożyły się w prawidłową konfigurację. Miała przed sobą
kompletne ciało, poszarpane nieco w okolicy brzucha. Części zeszły się
razem i... to nie była "ona". Unosił się cały i nagi, jak we śnie. Ravna
nie miała wątpliwości co do jego człowieczeństwa, choć cała ludzkość w Poza pochodziła od Nyjorańczyków. Ten mężczyzna nie miał w sobie nic z tych genów. Jego skóra była mgliście szara, nie brązowa, a włosy
czerwonawobrązowe -?w kolorze, który znała tylko z historii sprzed
czasów Nyjory. Kości twarzy miały układ nieco odmienny od współczesnych
Ludzi. Te drobne różnice drażniły ją dużo bardziej niż całkowita obcość
współpracowników.
Teraz postać miała na sobie ubranie. W innej sytuacji Ravna by się
uśmiechnęła. Grondr Kalir wybrał absurdalny kostium, coś z epoki Nyjory.
Postać miała zwieszony przy pasie miecz i pistolet na pociski... Śpiący
książę z Ery Księżniczek.
-?Oto praczłowiek -?oznajmił Grondr.