Ogień - Marcin Ciszewski

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Wie­żo­wiec za­czął pło­nąć tuż przed świ­tem. Po­żar, zrazu nie­wielki, ogra­ni­czony do po­miesz­czeń tech­nicz­nych i frag­men­tów ko­ry­ta­rzy, roz­prze­strze­nił się z prze­ra­ża­jącą szyb­ko­ścią, by szybko prze­ro­dzić w praw­dziwe pie­kło w sa­mym sercu War­szawy.

Jakby za­mie­rzał za­pre­zen­to­wać je­dyny w swoim ro­dzaju spek­takl stru­chla­łym miesz­kań­com mia­sta.

Pło­mie­nie po­że­rały pię­tro po pię­trze, ja­skrawe świa­tło od­bi­jało się od szkla­nych ścian bu­dynku, two­rząc na gra­fi­to­wym nie­bie upiorną ilu­mi­na­cję. Zda­wały się kie­ro­wać wła­snym umy­słem, za­rzą­dza­ją­cym ich mar­szem ku gó­rze. Okna wy­bu­chały gniew­nymi eks­plo­zjami, żół­to­po­ma­rań­czowe ję­zory ognia, ni­czym pie­kielne du­chy, tań­czyły dance ma­ca­bre wo­kół wspie­ra­ją­cych kon­struk­cję gru­bych, be­to­no­wych fi­la­rów. Tok­syczny dym za­ście­łał oko­liczne ulice, wzma­ga­jąc za­mie­sza­nie w sze­re­gach przed­sta­wi­cieli co­raz licz­niej przy­by­wa­ją­cych na miej­sce służb ra­tow­ni­czych.

Wy­da­rze­nia te, jak­kol­wiek dra­ma­tyczne, bla­dły jed­nak w ob­li­czu tego, co działo się we­wnątrz.

Kiedy za­czął się po­żar, zde­cy­do­wana więk­szość miesz­kań­ców była po­grą­żona w głę­bo­kim śnie, z któ­rego wy­rwały ich krzyki są­sia­dów i wy­cie sy­ren. Apar­ta­menty, jesz­cze przed chwilą ema­nu­jące dys­kret­nym (albo cał­kiem osten­ta­cyj­nym) luk­su­sem, wy­peł­niły się zgieł­kiem, cha­osem i pa­niką, wzma­ganą przez szybko roz­prze­strze­nia­jący się (choćby ka­na­łami wen­ty­la­cyj­nymi, któ­rych nie od­ciął, choć po­wi­nien, sys­tem prze­ciw­po­ża­rowy) dym. Lu­dzie w pa­nice opusz­czali miesz­ka­nia, od­ru­chowo kie­ru­jąc się do wind. Gdy prze­ko­nali się, że są one mar­twe, ru­szyli do kla­tek scho­do­wych.

Za­miesz­ku­jący wie­żo­wiec mi­lio­ne­rzy ucie­kali z pło­ną­cych pię­ter w ta­kim sta­nie, w ja­kim za­stał ich alarm: w bie­liź­nie lub bez, po­pa­rzeni, po­si­nia­czeni, z szo­kiem wy­ma­lo­wa­nym na twa­rzach. Szybko oka­zało się, że są ta­kimi sa­mymi ludźmi jak wszy­scy inni śmier­tel­nicy. Od­czu­wali strach, wpa­dali w pa­nikę, byli skłonni użyć prze­mocy, by ura­to­wać ży­cie. Z miej­sca prze­stały ob­wią­zy­wać za­sady sa­voir-vi­vre'u czy - sze­rzej - norm cy­wi­li­za­cyj­nych. Do przodu wy­sfo­ro­wali się naj­sil­niejsi i naj­bar­dziej bez­względni. Długi, wi­jący się wąż lu­dzi do­biegł do pię­tra dwu­dzie­stego pierw­szego, po czym za­trzy­mał się, po­wstrzy­many przez ścianę sza­le­ją­cych pło­mieni i nie­ludz­kiego żaru. Pa­nika na­ra­stała szyb­ciej niż po­żar. Lu­dzie wbie­gli do kilku przed chwilą opusz­czo­nych miesz­kań na pię­trze dwu­dzie­stym dru­gim i trze­cim. Nie­któ­rzy są­dzili, że uda się tam prze­cze­kać do mo­mentu przy­by­cia służb ra­tun­ko­wych. Inni - ci któ­rzy mieli dość przy­tom­no­ści umy­słu, by za­brać ze sobą te­le­fony ko­mór­kowe, pró­bo­wali za­wia­do­mić po­li­cję, straż po­żarną, po­go­to­wie, woj­sko, sa­pe­rów, służby spe­cjalne, rząd lub swo­jego praw­nika albo po pro­stu chcieli po­łą­czyć się z ro­dzi­nami.

Ogień jed­nak nie za­trzy­mał się ani na pierw­szym, ani dwu­dzie­stym pierw­szym pię­trze, tylko szedł da­lej, za­równo w górę, jak i w dół, tra­wiąc, z ogromną szyb­ko­ścią, ko­lejne kon­dy­gna­cje.

Ko­lejny akt dra­matu roz­po­czął się na ostat­nim pię­trze wie­żowca, na któ­rym znaj­do­wał się sze­ściu­set­me­trowy pen­tho­use z za­pie­ra­ją­cym dech w pier­siach, pa­no­ra­micz­nym wi­do­kiem na mia­sto. Kosz­to­wał for­tunę i sta­no­wił naj­bar­dziej spek­ta­ku­larny atry­but pre­stiżu, jaki można so­bie wy­obra­zić w sto­łecz­nym mie­ście. Wła­ści­ciel, oprócz wi­doku, miał rów­nież windę do swo­jego wy­łącz­nego użytku, a także umiesz­czone na da­chu lą­do­wi­sko dla śmi­głow­ców.

Czło­wiek ów, pięć­dzie­się­cio­dwu­letni pre­zes jed­nej z naj­więk­szych grup ka­pi­ta­ło­wych, dzia­ła­ją­cych na war­szaw­skim rynku, na co dzień ob­ra­cał mi­liar­dami zło­tych, de­cy­do­wał o lo­sie ma­łych firm i wiel­kich kon­cer­nów, wy­da­wał wy­roki, ofe­ru­jąc ży­cie lub ska­zu­jąc na śmierć. Za­wsze po­dej­mo­wał słuszne de­cy­zje, co udzia­łowcy bar­dzo w nim ce­nili i wy­na­gra­dzali su­tymi pre­miami. Po­my­lił się tylko raz, tej wła­śnie nocy - mógł spę­dzić ją w luk­su­so­wym apar­ta­men­cie ko­chanki (który zresztą sam jej spre­zen­to­wał), po­czuł się jed­nak zmę­czony i wró­cił do domu.

Obu­dziło go do­cho­dzące gdzieś z dołu wy­cie sy­ren. Po­cząt­kowo nie czuł nie­po­koju. Wyj­rzał przez okno, do­strzegł mi­ga­jące na dole nie­bie­skie świa­tła straży po­żar­nej, po­cią­gnął no­sem, po­czuł dym, po czym uznał, że naj­roz­sąd­niej bę­dzie zro­bić to, co kie­dyś wy­czy­tał w re­gu­la­mi­nie, czyli zje­chać na dół. Ubrał się, z pewną iry­ta­cją przy­jął fakt, że nie działa winda, po czym ru­szył do pu­blicz­nej klatki scho­do­wej, obie­cu­jąc so­bie, że z sa­mego rana od­bę­dzie po­ważną roz­mowę z ad­mi­ni­stra­to­rem, bo nie chciało mu się scho­dzić czter­dzie­stu pię­ter po scho­dach tylko dla­tego, że gdzieś na dole ja­kiś idiota nie zga­sił pa­pie­rosa.

Marsz nie trwał długo. Gdy szarp­nął za klamkę, buch­nęła nań fala żaru, która go wy­wró­ciła. Z tru­dem za­mknął drzwi i wtedy za­czął trak­to­wać sy­tu­ację po­waż­niej.

Miał jesz­cze jedną drogę ucieczki - dach. Jego pry­watny he­li­kop­ter stał na Okę­ciu, o kilka mi­nut lotu. Umowa zo­bo­wią­zy­wała pi­lota dy­żur­nego do zna­le­zie­nia się w ka­bi­nie w ciągu kwa­dransa od we­zwa­nia. Ten cho­lerny bu­dy­nek chyba wy­trzyma dwa­dzie­ścia mi­nut, za to za­pła­cił pie­przone osiem mi­lio­nów euro.

Zła­pał za­sięg (do­brze, że dzia­łało cho­ciaż to), za­dzwo­nił, za­spany pi­lot obie­cał przy­le­cieć. Mi­lio­ner po­czuł się tyle do­brze, by jesz­cze na­pić się drinka. Po kilku mi­nu­tach jego wzrok przy­kuł prze­są­cza­jący się przez drzwi dym. Po­żar roz­prze­strze­niał się szyb­ciej niż przy­pusz­czał. Za­brał więc teczkę z do­ku­men­tami i osobną klatką scho­dową, pro­wa­dzącą bez­po­śred­nio z apar­ta­mentu, wy­szedł na dach.

I tu prze­stra­szył się nie na żarty.

Pło­mie­nie wy­peł­zły przez okna kon­dy­gna­cji tech­nicz­nej i w kilku miej­scach li­zały ob­ra­mo­wa­nie da­chu. Ha­łas po­żaru i tem­pe­ra­tura na­ra­stały z każdą chwilą. Coś po­tęż­nie huk­nęło, ło­skot tłu­czo­nego szkła nie­mal go ogłu­szył. To wy­la­ty­wały szyby opusz­czo­nego przed chwilą pen­tho­use'u.

Jesz­cze nie do końca zda­wał so­bie sprawę z tego, co go czeka. Przy­kleił się ple­cami do ma­łej be­to­no­wej bu­dowli sta­no­wią­cej wyj­ście z klatki scho­do­wej i po­now­nie pró­bo­wał po­łą­czyć się z pi­lo­tem - za­sięg jed­nak się urwał. Za­częło do­cie­rać do niego, że dach może oka­zać się pu­łapką bez wyj­ścia. Mo­dlił się, by śmi­gło­wiec przy­le­ciał jak naj­szyb­ciej. Ob­ser­wo­wał z prze­ra­że­niem, jak po­żoga cał­kiem otwar­cie wy­cho­dzi na dach. Żar nie po­zwa­lał od­dy­chać. Po­woli za­czął mieć pew­ność, że gi­gan­tyczna plama ognia i wy­wo­łane nią gwał­towne ru­chy po­wie­trza są zbyt wiel­kie, by śmi­gło­wiec mógł zbli­żyć się do bu­dynku, nie ry­zy­ku­jąc ka­ta­strofy.

W końcu, gdy znów coś huk­nęło po­tęż­nie, gdy z trzech stron oto­czyły go pło­mie­nie, zdał so­bie sprawę, że po­moc nie na­dej­dzie ni­gdy.

Miał tylko jedno wyj­ście - a wła­ści­wie dwa. Mógł sko­czyć lub zgi­nąć w pło­mie­niach.

Dia­bel­ska al­ter­na­tywa. Trudno to so­bie na­wet wy­obra­zić. Od frontu: stu­dwu­dzie­sto­me­trowa prze­paść wio­dąca na po­ziom ulicy przez pół­mrok roz­ja­śniony świa­tłami wiel­kiego mia­sta. Na dole tro­chę ga­piów, za­dzie­ra­ją­cych głowę naj­wy­żej jak się da, więk­szość z pra­cu­ją­cymi ko­mór­kami w wy­cią­gnię­tych dło­niach. Upior­nie czer­wone wozy straży po­żar­nej. Mro­wi­sko szybko po­ru­sza­ją­cych się po­staci w heł­mach i ognio­od­por­nych kom­bi­ne­zo­nach.

Za ple­cami - po­su­wa­jąca się, hu­cząca, zło­wroga ściana ognia.

Nie mógł się zde­cy­do­wać.

To­czył nie­przy­tom­nym wzro­kiem do­okoła, chwy­ta­jąc się ostat­nich skraw­ków na­dziei. Nie zwra­cał uwagi, że jest uwa­lany wła­snymi wy­dzie­li­nami ustro­jo­wymi, po­pa­rzony, na poły świa­domy, na poły osza­lały. Roz­pacz­li­wie wal­czył o ko­lejny haust po­wie­trza, pa­zu­rami wcze­pia­jąc się w ostat­nie se­kundy ży­cia. W końcu, gdy za­pa­liła się na nim ko­szula, gdy jego mózg w za­sa­dzie prze­stał od­bie­rać ko­lejne bodźce, wrza­snął w udręce, roz­pę­dził się i sko­czył.

Dwa­dzie­ścia pię­ter ni­żej czter­dzie­sto­letni oj­ciec dwóch có­rek i mąż pięk­nej, mą­drej żony stał na kra­wę­dzi okna, które udało mu się z ogrom­nym tru­dem wy­bić - mimo iż miesz­kał sześć­dzie­siąt me­trów nad po­wierzch­nią gruntu, miał w umo­wie pa­ra­graf mó­wiący o do­dat­ko­wych wzmoc­nie­niach an­tyw­ła­ma­nio­wych - i spo­glą­dał w ot­chłań. Zie­mia zda­wała się być nie­skoń­cze­nie da­leko. Sły­szał do­cho­dzący z głębi miesz­ka­nia płacz i roz­pacz­liwy krzyk trzech swo­ich ko­biet, bez któ­rych - jesz­cze przed pół­go­dziną był skłonny przy­siąc, że to prawda - nie wy­obra­żał so­bie ży­cia. Te­raz my­ślał tylko o so­bie. Chciał mieć ten kosz­mar jak naj­szyb­ciej za sobą. Li­czył się on i tylko on, reszta go nie ob­cho­dziła.

Ze ska­mie­nia­łym ser­cem do­strzegł wrzesz­czące na cały głos ciało, cią­gnące za sobą war­kocz zło­żony z pło­mieni i ja­snego dymu, które prze­mknęło mu w ułamku se­kundy przed oczami i po­le­ciało w dół. Do­szedł do wnio­sku, że je­śli na­tych­miast nie pój­dzie śla­dem de­spe­rata, nie zrobi tego ni­gdy. Prze­mknęło mu przez głowę, że tak mu­sieli się czuć lu­dzie wy­ro­kiem sądu ska­zani na śmierć na sto­sie tuż przed pod­pa­le­niem go przez kata. Po­tem przy­po­mniał so­bie za­pie­ra­jące dech w pier­siach ob­razki z je­de­na­stego wrze­śnia dwa ty­siące pierw­szego roku i lu­dzi ska­czą­cych w prze­paść z Bliź­nia­czych Wież.

Na­brał w płuca po­wie­trza i sko­czył.

Po­tem byli inni. Nikt tak na­prawdę nie wie, ilu. Z ca­łego bu­dynku ura­to­wa­nych zo­stało trzy­dzie­ści sześć osób, za­miesz­ku­ją­cych nie wy­żej niż na szó­stej kon­dy­gna­cji. Stra­żacy wy­cią­gnęli ich przez wy­bite okna za po­mocą dra­bin i wy­się­gni­ków. Trzy osoby zmarły póź­niej w szpi­talu.

Bu­dy­nek pło­nął jesz­cze kilka go­dzin, by nad ra­nem, gdy wscho­dzące słońce na do­bre roz­świe­tliło oko­licę, na oczach ty­sięcy ga­piów i mi­lio­nów lu­dzi zgro­ma­dzo­nych przed te­le­wi­zo­rami, za­wa­lić się w akom­pa­nia­men­cie upior­nego huku i fali pyłu, który ob­le­pił cen­tralną część Śród­mie­ścia.

Smród spa­le­ni­zny uno­sił się w po­wie­trzu przez ty­go­dnie.

***

Ba­va­ria Cru­iser 46 pły­nęła kur­sem za­chod­nim. Jed­no­stajny, po­zba­wiony czę­stych o tej po­rze roku zry­wów wschodni wiatr nada­wał ło­dzi pręd­kość pię­ciu i pół wę­zła, nie zmu­sza­jąc do więk­szego wy­siłku ani moc­nego ka­dłuba, ob­li­czo­nego na znacz­nie więk­sze prze­cią­że­nia, ani ster­nika. Ża­gle pra­co­wały równo, ster, trzy­many pew­nymi dłońmi że­gla­rza, wy­zna­czał kurs pro­sto do portu.

Ja­kub Tysz­kie­wicz obej­rzał się. Ni­sko le­żące, za­mglone, jakby wy­co­fane słońce wy­raź­nie zbie­rało się do snu. Na za­cho­dzie gęst­niały ciemne, bu­rzowe chmury. Nie­ba­wem przyj­dzie deszcz, wiatr na­bie­rze mocy, niebo roz­świe­tli się bły­ska­wi­cami. Od­ru­chowo ujął moc­niej koło ste­rowe - na wszelki wy­pa­dek; wie­dział, że bu­rza nad­cią­gnie nie wcze­śniej niż za czter­dzie­ści mi­nut.

Ame­ry­ka­nin obej­rzał się rów­nież. Na jego na­la­nej, po­kry­tej kro­plami potu twa­rzy po­ja­wił się wy­raz za­nie­po­ko­je­nia. Tłu­ste ciało spięło się, jakby w ocze­ki­wa­niu ude­rze­nia.

- Zła­pie nas bu­rza? Do­pad­nie nas, tak? - za­py­tał. Ja­kub zdą­żył się już przy­zwy­czaić do cięż­kiego po­łu­dnio­wego ak­centu i zro­zu­miał py­ta­nie. Nie zdą­żył jed­nak od­po­wie­dzieć. Ubie­gła go Maya.

- Bez obaw - uśmiech­nęła się. - Gdy za­cznie pa­dać, bę­dziesz przy dru­gim pi­wie.

Nie uko­iło to obaw Ame­ry­ka­nina. Fa­cet na­zy­wał się Sher­man i był w pro­stej li­nii po­tom­kiem do­wódcy ar­mii Unii w cza­sie wojny se­ce­syj­nej, czym zresztą chwa­lił się przy każ­dej oka­zji. Ja­kub nie za to go nie lu­bił, czego, świa­dom re­la­cji usłu­go­dawca - klient, sta­rał się nie oka­zy­wać. Fa­cet miał ba­jeczną for­tunę, nie tar­go­wał się o cenę i pła­cił go­tówką, miał więc pewne za­lety. A że na­der czę­sto oka­zy­wał się trudny do znie­sie­nia? Tra­fiali się i tacy klienci.

- Szybko się zbliża - za­gul­go­tał jesz­cze bar­dziej nie­zro­zu­miale Sher­man. - Ta­kie chmury nie wróżą nic do­brego. Bę­dzie wiało jak dia­bli. Po­wi­nie­neś włą­czyć sil­nik. Chcę szybko do­bić do brzegu.

Maya uśmiech­nęła się jesz­cze sze­rzej. Nie mu­siała oglą­dać się na ster­nika, by od­gad­nąć jaką ma opi­nię na te­mat do­brych rad udzie­la­nych przez go­ścia.

- Uwierz mi John, mamy co naj­mniej pół go­dziny, za­nim za­cznie wiać - po­wie­działa pew­nym to­nem. - Za kwa­drans bę­dziemy w por­cie.

- Po­win­ni­śmy im wie­rzyć, ko­cha­nie - stwier­dziła Mary Sher­man. Co naj­mniej o dwa­dzie­ścia lat młod­sza od swo­jego męża, wy­glą­dała na ty­pową zdo­bycz znu­dzo­nego po­przed­nią żoną mi­lio­nera. Bar­dzo atrak­cyjna i nie­zbyt in­te­li­gentna. Pierw­sze wra­że­nie było jed­nak mylne; Mary kie­ro­wała się wła­snym ro­zu­mem i trzeź­wym osą­dem rze­czy­wi­sto­ści. Ja­kub po­czuł do niej sym­pa­tię, od­kąd we­szła na po­kład. - Znają się na tym.

John Sher­man sap­nął wście­kle. Łyp­nął na Ja­kuba. Ten od­po­wie­dział bez­na­mięt­nym spoj­rze­niem. Maya spoj­rzała na niego z nie­po­ko­jem.

Nie mo­żesz w ten spo­sób trak­to­wać klien­tów, wbi­jała mu do głowy, od­kąd tylko za­częli ra­zem pły­wać. Nie mo­żesz za każ­dym ra­zem, gdy cię zde­ner­wują, da­wać do zro­zu­mie­nia, że na­kar­misz nimi re­kiny. Tu w za­sa­dzie nie ma re­ki­nów, od­po­wia­dał bez prze­ko­na­nia, a ona uśmie­chała się czule.

Jesz­cze przed ro­kiem tak wła­śnie by za­re­ago­wał. Może na­wet pół roku temu. Po­szedłby na zwar­cie. Te­raz jed­nak uda­wało mu się trak­to­wać wy­bryki i za­chcianki klien­tów z dy­stan­sem. By­wali zresztą gorsi od Johna Sher­mana. Nie­któ­rym wy­da­wało się, że za pie­nią­dze, obok ło­dzi i pro­fe­sjo­nal­nych umie­jęt­no­ści za­łogi, mogą ku­pić też cha­rak­ter ka­pi­tana.

Te­raz Ja­kub po­wstrzy­mał się więc od ko­men­ta­rza, jed­nak sil­nika nie włą­czył. Pa­trzył wprost przed sie­bie, na ro­snące z każdą chwilą za­bu­do­wa­nia mia­steczka roz­par­tego na wzgó­rzach ota­cza­ją­cych port. Po­tem zer­k­nął na Mayę i po­czuł lek­kie cie­pło w żo­łądku. Chyba, w końcu, udało mu się do­bić do swej pry­wat­nej przy­stani. Jesz­cze nie­dawno nie do­pusz­czał do sie­bie tej moż­li­wo­ści. A jed­nak: ta ko­bieta i to miej­sce przy­nio­sły mu uko­je­nie i spo­kój.

Pierw­szy szkwał do­padł ich pół mili przed ce­lem. Go­rący i su­chy wiatr za­ata­ko­wał nie­mal ide­al­nie pro­sto­pa­dle do osi ło­dzi, od ster­burty, niósł w so­bie dro­binki pia­chu, jakby wprost z Sa­hary. Silne ude­rze­nie mocno prze­chy­liło jacht. Ja­kub szybko po­lu­zo­wał szot grota, Maya zro­biła to samo z ge­nuą. Łódź zmniej­szyła prze­chył, ale rów­nież wy­raź­nie przy­spie­szyła. Ko­lejny szkwał był moc­niej­szy i znacz­nie dłuż­szy. Pły­nęli z pręd­ko­ścią ośmiu wę­złów i przy­spie­szali. Oli­no­wa­nie ję­czało pod na­po­rem siły ży­wiołu.

- Mó­wi­łem - wrza­snął Sher­man. Ge­nua za­ło­po­tała wście­kle. Da­leki grzmot go­nił łódź ba­so­wym po­mru­kiem. - Na­tych­miast włącz sil­nik. Mu­simy jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w por­cie.

Ja­kub zi­gno­ro­wał go. Moc­niej za­ci­snął dło­nie na kole ste­ro­wym i jesz­cze bar­dziej po­lu­zo­wał szoty obu ża­gli. Jacht osią­gnął pręd­kość je­de­na­stu wę­złów. Fale stały się wyż­sze. Piana z od­ko­sów dzio­bo­wych biła pro­sto w twarz. Wkła­dał sporo wy­siłku, by kontr­ując prze­chyły ko­łem ste­ro­wym, utrzy­mać się na po­żą­da­nym kur­sie. Dawno nie czuł się tak do­brze.

Za­sta­na­wiał się, czy nie zre­fo­wać ża­gli. Ocean by­wał chi­me­ryczny. Ładna po­goda po­tra­fiła być fał­szywa ni­czym po­li­tyk w trak­cie kam­pa­nii wy­bor­czej, w dzie­sięć mi­nut za­mie­nia­jąc ocean w pu­łapkę bez wyj­ścia. Każdy ko­lejne ude­rze­nie wia­tru mo­gło być na tyle silne, by wy­wró­cić łódź; nie ma nic głup­szego niż stra­cić wart sto ty­sięcy euro jacht - a może i ży­cie - o dwie­ście me­trów od portu.

Zo­sta­wił jed­nak sprawy swemu bie­gowi. Nie zwra­ca­jąc uwagi na wście­kłe po­sa­py­wa­nie Sher­mana i co­raz bar­dziej za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nia jego żony, pły­nął pro­sto mię­dzy główki fa­lo­chronu. Ko­lejny, ostry szkwał do­dał mu jesz­cze pręd­ko­ści. Na te­ren portu wpły­nął ni­czym na fi­ni­szu re­gat. Log po­ka­zy­wał osiem­na­ście wę­złów.

- Zrzuć ge­nuę - za­ko­men­de­ro­wał.

Maya pu­ściła ża­giel w ło­pot i ener­gicz­nie za­krę­ciła ka­be­sta­nem. Wielki trój­kątny ża­giel owi­nął się wo­kół sztagu, szybko zmniej­sza­jąc po­wierzch­nię na­tar­cia wia­tru.

Ba­va­ria wy­raź­nie zwol­niła. Ro­bili już tylko dwa­na­ście wę­złów.

Ja­kub zro­bił gwał­towny zwrot, po­sta­wił łódź rów­no­le­gle do li­nii wia­tru, grot, główny ża­giel jachtu, na­tych­miast wpadł w ło­pot. Po­szły w ruch korby wspo­ma­ga­jące ka­be­stany. Me­cha­nizm wsu­nął lśniąco białą, ol­brzy­mią ta­flę da­cronu do ko­mory wo­kół masztu.

Ja­kub włą­czył sil­nik, znów zro­bił zwrot i z pręd­ko­ścią dwóch wę­złów po­ste­ro­wał ku ma­ri­nie. Nie pa­trzył na Sher­mana. Przy­glą­dał się ciem­nie­ją­cemu z każdą chwilą niebu.

Nie za­uwa­żył mło­dego, wy­so­kiego męż­czy­zny sto­ją­cego w cie­niu nie­wiel­kiego bu­dynku, w któ­rym urzę­do­wał bos­man. Gdy bli­sko pięt­na­sto­me­trowy jacht przy­bił do kei i Maya wy­sko­czyła z cumą w ręku na ka­mienne płyty na­brzeża, czło­wiek ten wy­jął z kie­szeni ko­mórkę.

- Przy­pły­nęli - po­wie­dział.

***

Ja­kub zer­k­nął na od­jeż­dża­jący sa­mo­chód i wes­tchnął. Miał szczerą na­dzieję, że wi­dział Sher­ma­nów po raz ostatni w ży­ciu. Maya po­kle­pała go po ra­mie­niu. Wiatr roz­wie­wał jej ja­sne włosy. Za­grzmiało.

- Dzię­kuję - po­wie­działa.

- Za co?

- Że nie wy­rzu­ci­łeś go za burtę.

Od­wza­jem­nił uśmiech.

- Ale wiesz, że on miał ra­cję? - za­py­tała. - Też nie bar­dzo ro­zu­miem, dla­czego nie prze­sze­dłeś na sil­nik.

Kiw­nął głową. Oczy­wi­ście, po­wi­nien tak zro­bić. Atlan­tyk na­prawdę bywa zdra­dliwy, na­wet bli­sko brzegu. Zrzu­ce­nie ża­gli i do­pły­nię­cie do portu na sil­niku zre­du­ko­wa­łoby ry­zyko wy­wrotki wła­ści­wie do zera. Ża­den dys­ho­nor, wszy­scy tak ro­bili. Być może o to wła­śnie cho­dziło. Gdzieś na dnie swej oso­bo­wo­ści tkwił w po­przed­nim ży­ciu.

- To się już nie po­wtó­rzy - od­parł.

Przy­zna­wał się do błędu, choć nie mó­wił tego wprost. Znała go na tyle, by wie­dzieć, że in­nej od­po­wie­dzi nie uzy­ska; i że ra­czej nie po­wie­dział prawdy.

- Skla­ruję łódź - za­de­kla­ro­wała.

- Ra­zem skla­ru­jemy.

- Idź, idź - po­pchnęła go lekko. - Na­leży ci się szybki drink na ta­ra­sie.

Po­ca­ło­wał ją. Na ło­dzi pa­no­wał po­rzą­dek - na­wet ca­ło­dniowe nie­chluj­stwo Sher­mana nie zdo­łało go w istotny spo­sób na­ru­szyć. Wie­dział, że uło­że­nie lin w ba­ki­stach i ze­bra­nie do worka po­zo­sta­ło­ści po obie­dzie nie zaj­mie jej wię­cej niż dzie­sięć mi­nut. Mo­gła to zro­bić sama. Lu­bił przyj­mo­wać ta­kie ge­sty, a ona lu­biła je ofia­ro­wy­wać.

- Przy­go­tuję też dla cie­bie - po­wie­dział. - Gin, to­nik, cy­tryna?

- I dwie kostki lodu. Pro­szę.

Wy­sko­czył na keję i ru­szył w stronę wyj­ścia z portu. Marsz do domu sta­no­wił ry­tuał: dy­stans wy­ma­ga­jący kwa­dransa nie­zbyt szyb­kiego mar­szu naj­czę­ściej po­ko­ny­wał w cza­sie dwa razy dłuż­szym. Po dro­dze za­wsze za­trzy­my­wał się przed wie­ko­wym ko­ściół­kiem i po pro­stu mu się przy­glą­dał. Tym ra­zem jed­nak stał kró­cej niż zwy­kle. Czuł silny wiatr na twa­rzy, a niebo ro­biło się co­raz ciem­niej­sze. Ko­lejny raz zła­pał się na tym, że trak­to­wał to miej­sce jak swoje. Do­mi­nu­jące z po­czątku wra­że­nie ob­co­ści stop­niowo bla­dło; na­wet nie za­uwa­żył, kiedy mi­nęło zu­peł­nie. Ja­kiś czas temu - może rok - prze­stał się czuć obco.

Tuż po śmierci He­leny bar­dzo cier­piał. Naj­gor­szy kry­zys przy­szedł jed­nak w mo­men­cie, gdy na do­bre do­tarło do niego, że zo­stał sam z Lol­kiem. Sa­motny oj­ciec z sze­ścio­let­nim sy­nem. Uświa­do­mił so­bie, że wła­ści­wie nic o nim nie wie, że po pro­stu nie ma po­ję­cia o jego po­trze­bach. Każ­dego dnia stą­pał po polu mi­no­wym. Był pe­wien, że so­bie nie po­ra­dzi. Że się nie na­uczy. Zresztą do tej na­uki czę­sto bra­ko­wało mu za­pału. A jed­nak stop­niowo, krok po kroku, ro­biąc ogromną liczbę błę­dów, po­su­wał się do przodu. Po­zna­wał na­wyki i pra­gnie­nia dziecka, aż w końcu do­wie­dział się o nim tyle, by każdy dzień nie sta­wał się wy­zwa­niem po­nad siły. Uśmiech­nął się na tę myśl. Mój Boże, ależ długą drogę prze­był.

Zer­k­nął po raz ostatni na ozdo­biony nad­kru­szo­nymi zę­bem czasu rzeź­bami tym­pa­non ko­ściółka, scho­wał do kie­szeni oku­lary, które moc­niej­szy od in­nych po­dmuch usi­ło­wał ze­rwać mu z głowy, po czym ru­szył da­lej. Wkro­czył na ga­nek domu, po­gwiz­du­jąc, otwo­rzył drzwi, mi­nął ma­leńki ko­ry­ta­rzyk, po czym znik­nął w sy­pialni.

Męż­czy­zna z ko­mórką szedł w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, ani na mo­ment nie tra­cąc go z oczu.

***

Czło­wiek ob­ser­wu­jący przy­by­cie jachtu do portu nie dzia­łał sam. Dwaj to­wa­rzy­sze od kilku go­dzin cze­kali w za­par­ko­wa­nym kilka ki­lo­me­trów od mia­steczka sa­mo­cho­dzie. Byli za­wo­dow­cami: umieli po­ra­dzić so­bie za­równo z nudą, jak i zmę­cze­niem. Ży­cie i dłu­go­trwałe szko­le­nie na­uczyło ich cier­pli­wo­ści. Cze­kali w bez­ru­chu. Upał da­wał im się we znaki, ale przy­naj­mniej wpa­da­jący przez otwarte okna nie­bie­skiego se­dana wiatr przy­jem­nie chło­dził twa­rze.

Sie­dze­nie pa­sa­żera zaj­mo­wał do­bie­ga­jący pięć­dzie­siątki męż­czy­zna o syl­wetce zdra­dza­ją­cej za­mi­ło­wa­nie do in­ten­syw­nego wy­siłku fi­zycz­nego i przy­pró­szo­nych si­wi­zną skro­niach. Do­wo­dził ope­ra­cją i nie lu­bił zbyt dużo ga­dać; kie­rowca, młod­szy i wyż­szy, miał w twa­rzy coś zło­wro­giego i, co bar­dzo od­po­wia­dało Si­wemu, był in­tro­wer­tycz­nym, mil­kli­wym gbu­rem. Pra­co­wali ra­zem po raz czwarty. Do tej pory nie po­peł­nili zbyt wielu błę­dów. W kwe­stiach za­wo­do­wych mo­gli so­bie za­ufać.

Ob­ser­wa­tor za­dzwo­nił i prze­ka­zał in­for­ma­cję. Kie­rowca uru­cho­mił sil­nik i w ciągu pię­ciu mi­nut, nie prze­kra­cza­jąc do­zwo­lo­nej pręd­ko­ści, po­ko­nał dy­stans dzie­lący ich od domu Ja­kuba. Za­par­ko­wał sa­mo­chód sto me­trów da­lej, na są­sied­niej ulicy.

Ob­ser­wa­tor za­mel­do­wał, że cel zna­lazł się w środku.

Męż­czyźni wy­sie­dli bez po­śpie­chu, prze­cięli wą­ską uliczkę, na któ­rej, ku swej wiel­kiej uldze, nie spo­tkali żad­nego przy­pad­ko­wego prze­chod­nia i zna­leźli się przy po­se­sji ozna­czo­nej nu­me­rem sześć. Brama oka­zała się otwarta na oścież. Ni­kogo. Ci­sza i spo­kój. Da­le­kie po­mruki bu­rzy.

Ostroż­nie prze­mie­rzyli dzie­dzi­niec. Siwy po­ło­żył dłoń na klamce. Drzwi uchy­liły się bez­gło­śnie. Ja­kub Tysz­kie­wicz, co było po­wszech­nym zwy­cza­jem w tym re­jo­nie Por­tu­ga­lii, nie miał zwy­czaju uży­wać klu­cza.

We­szli.

Star­szy z in­tru­zów trzy­mał już w dłoni Sig Sau­era z tłu­mi­kiem. Bar­dzo lu­bił ten ciężki, nie­za­wodny pi­sto­let; mimo wielu prób ja­koś nie mógł się prze­ko­nać do, na poły pla­sti­ko­wego, Glocka. Młod­szy po­słu­gi­wał się wy­po­sa­żo­nym w ko­li­ma­tor pi­sto­le­tem ma­szy­no­wym UZI w wy­tłu­mio­nej wer­sji. Wśród nie­któ­rych spe­cja­li­stów broń ta ucho­dziła za lep­sze na­rzę­dzie do walki w po­miesz­cze­niach niż le­gen­darny Hec­kler & Koch MP-5.

We­wnątrz pa­no­wał przy­jemny chłód, któ­rego źró­dło sta­no­wiła, jak w więk­szo­ści miej­sco­wych do­mów, wy­ło­żona ka­mien­nymi pły­tami pod­łoga. Nie­wielki sa­lo­nik cza­ro­wał ja­skra­wymi ko­lo­rami po­du­szek, obić me­bli i wi­szą­cych na ścia­nach ob­ra­zów. Ka­napa, dwa fo­tele, nie­wielki sto­lik, drugi, więk­szy, pod ścianą, w czę­ści ja­dal­nej. W rogu te­le­wi­zor, pod nim sprzęt ste­reo, kilka so­lid­nie wy­pcha­nych sza­fek na old­scho­olowe już kom­pakty, osobny re­ga­lik z wi­ny­lami.

Za­moż­ność, ale pod­parta do­brym gu­stem.

W domu pa­no­wała ci­sza, za­kłó­cana tylko sen­nym brzę­cze­niem much. Bu­rza naj­wy­raź­niej zre­zy­gno­wała z ata­ko­wa­nia mia­steczka i po­pę­dziła da­lej, na wschód. Niebo stało się ja­śniej­sze, uci­chły po­mruki wy­ła­do­wań. Słońce po­mału ukła­dało się do snu w le­ni­wie szu­mią­cych fa­lach oce­anu. Pa­no­wał sie­lan­kowy spo­kój.

Obaj męż­czyźni nie lu­bili ta­kiego spo­koju ani ta­kiej ci­szy. Roz­dzie­lili się bez słowa. Młod­szy do­koń­czył spraw­dze­nie sa­lonu, jed­nak za bar­kiem od­dzie­la­ją­cym prze­strzeń ku­chenną od wy­po­czyn­ko­wej nie zna­lazł ni­kogo. Sta­nął w progu. Sły­szał tylko kroki swego kom­pana, nic wię­cej.

Siwy w tym cza­sie zna­lazł się w wą­skim ko­ry­ta­rzyku pro­wa­dzą­cym do pry­wat­nej czę­ści domu. Drzwi jed­nego z po­koi były otwarte. Skar­petki i pił­kar­skie spodenki na pod­ło­dze, pla­katy na ścia­nach, ga­min­gowy fo­tel, nie­dbale rzu­cone na biurko słu­chawki z mi­kro­fo­nem, sta­cjo­narny kom­pu­ter po­łą­czony z wiel­kim ekra­nem - ty­powe kró­le­stwo na­sto­latka. Tu rów­nież pa­no­wała ci­sza.

Do spraw­dze­nia po­zo­stały dwie sy­pial­nie.

Nie­mal bez­sze­lest­nie zna­lazł się w pierw­szej.

Do­cho­dzący z sa­lonu na­gły jęk bólu i głu­chy ło­mot po­de­rwały go do biegu.

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki