Prolog
Edward Ciosek obudził się za wcześnie. Stojący na nocnej szafce budzik
pokazywał 5.20.
Nie jest źle -?pomyślał zrezygnowany.
Przez kolejne minuty wiercił się niespokojnie na materacu i próbował
zmusić do snu. Czuł ciepło ciała leżącej do niego plecami żony, która
nie wydawała z siebie najmniejszego dźwięku.
Lata spędzone na nocnych dyżurach skutecznie rozregulowały system dobowy
Cioska. Mimo że minął rok, odkąd przeszedł na emeryturę i zwolnił
stanowisko ordynatora oddziału nefrologii w międzyleskim szpitalu
specjalistycznym, rzadko kiedy udawało mu się wstać po 6.00.
Na palcach wymknął się z sypialni i w wiatrołapie wciągnął na piżamę
ciepły dres. Felek, owoc miłości foksterierki i bezczelnego przybłędy,
czekał jak co rano przy drzwiach wyjściowych. Z wieszaka zwisała dawno
nieużywana smycz.
Po wyjściu z domu Ciosek przeciął ulicę i ruszył w stronę lasu. Okolicę
spowiła mgła, która wraz ze zbliżającym się świtem zaczynała powoli
opadać. Pies szedł równo przy nodze, a do jego okrągłego brzucha
przyklejały się mokre liście i piasek. W oddali mężczyzna dostrzegł
postać biegnącą z naprzeciwka. Kobieta ubrana była w jaskrawy dres.
Przezornie zwolniła na widok psa.
-?Dzień dobry.
-?Proszę uważać. Kawałek dalej widziałam dziki z młodymi. -?Głową
wskazała kierunek, z którego przybyła.
Nie czekając na odpowiedź, ruszyła przed siebie.
Ciosek zawrócił Felka. Przywykł co prawda do obecności dzików w pobliskich lasach, ale wolał nie ryzykować spotkania z watahą. Zwierzęta
musiały kończyć właśnie żerowanie. Dopiero teraz Ciosek zwrócił uwagę na
połacie zbuchtowanej ziemi, która ciągnęła się wzdłuż duktu. Ślady
wyglądały na świeże.
Przyspieszył kroku, ale chłód poranka nie ustąpił od razu. Dopiero gdy w oddali zaczęły majaczyć fasady domów wystające spomiędzy drzew,
uświadomił sobie, że dotarł aż do cmentarza w Starej Miłośnie. Uczucie
zimna zniknęło. Podobnie jak jego towarzysz.
-?Felek! -?zawołał.
Pies nie miał w zwyczaju oddalać się z pola widzenia.
-?Stara parówo! Wyłaź z krzaków!
Mężczyzna przez chwilę wsłuchiwał się w ciszę. Z kierunku zarośli
dobiegł go szelest. W myślach skarcił się za niefrasobliwość. Powinien
wziąć smycz. Podniósł złamany konar, który leżał niedaleko, i przysunął
się w stronę pnia brzozy. Po trwających wieczność sekundach zza gałęzi
wysunęła się biało-brązowa głowa Felka, którego stare oczy błyszczały
radością. Biegł w jego stronę, a im bliżej był, tym szybciej z twarzy
doktora Cioska znikało początkowe rozbawienie. Coś, co trzymał w pysku,
a co wydawało się patykiem, nabrało znajomych kształtów.
Mężczyzna jęknął.
Jeszcze przez chwilę łudził się, że może to jedna z tych gumowych
halloweenowych zabawek, które ktoś dla żartu zostawił w lesie.
Jednak nie.
W zaciśniętych szczękach pies trzymał ludzkie przedramię z nienaturalnie
zwisającą, wygiętą w poprzek dłonią. Grudki ziemi oblepiły skórę.
Brakowało dwóch palców. Małego i serdecznego. Od strony łokcia wystawał
biały szpikulec kości promieniowej. Ciosek machał rękami przed pyskiem
zwierzęcia.
-?Zostaw! Oddaj!
Pies się cofnął. Nie rozluźnił uścisku, za to merdał ogonem. Mężczyzna
sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął foliową torebkę. Wsadził w nią rękę i chwycił przedramię. Szarpnął, co pies uznał za dobrą zabawę. Zaparł się
łapami i opuścił ogon. Warknął. Mocowali się do momentu, gdy drugą
dłonią Ciosek uderzył go po grzbiecie. Zwierzak pisnął i rozluźnił
uścisk.
Przez cienką powierzchnię folii Ciosek czuł chłód ludzkich szczątków.
-?Gdzie to znalazłeś? Pokaż!
Felek podreptał w stronę krzaków, a Ciosek ruszył jego śladem. Sprężyste
witki biły go po twarzy, gdy przedzierał się przez chaszcze. Nie czuł
bólu ani narastającego prawie niezauważalnie ucisku w lewym ramieniu.
Po chwili stanął na zrytej przez dziki polanie. Spomiędzy pozostawionych
przez zwierzęta kolein sterczał biały patyk. Znacznie mniejszy od tego,
który Ciosek trzymał w ręku. Pies pobiegł w tamtą stronę ale nie zdążył
chwycić. Mężczyzna krzyknął:
-?Zostaw! Felek, noga!
Pies znieruchomiał, opuścił uszy i spojrzał w stronę swojego pana z wyrzutem.
Doktor Ciosek nie miał wątpliwości, że ma przed sobą kolejny fragment
ludzkiego ciała.
Rozdział 1
Niedziela, 11.00
-?Niebieski... Zabierz to! -?usłyszała swój krzyk przez sen.
Wczorajsze tabletki jeszcze działały. Błękitny balon unosił się, ciągnąc
za sobą aksamitną wstążeczkę. Oddalał się, a brzęczenie stawało się
coraz głośniejsze. Lena Korcz potrzebowała chwili, aby zrozumieć, że
dźwięk wydaje jej telefon. Upór dzwoniącego w końcu się opłacił.
Półprzytomna wysunęła rękę spod kołdry i po omacku sięgnęła po aparat.
-?Korcz ter... słucham -?gubiła końcówki słów.
-?Od pół godziny próbuję się do ciebie dodzwonić! -?odezwał się w słuchawce męski głos.
Lena próbowała zrozumieć, co się dzieje. Dopiero po kilku sekundach
dotarło do niej, że z drugiej strony ma komendanta głównego stołecznej
policji Stefana Majewskiego.
-?Lena, jesteś tam? Jesteś w Warszawie?
-?Yyy... Tak, szefie... tak... -?wymamrotała.
Koszmarny sen zaczął stopniowo ustępować miejsca narastającemu bólowi
głowy.
-?Możesz rozmawiać? To ważne...
-?O co chodzi?
-?Zaginął syn wiceministra zdrowia Jana Blotta. -?Mężczyzna zrobił
pauzę, aby dać Lenie czas na przyswojenie tego, co do niej mówi. -?Pół
miasta poderwałem na nogi. Blott zadzwonił bezpośrednio do ministra
spraw wewnętrznych Orzechowskiego, a minister do mnie.
Z trudem wstała z łóżka, kierując się do łazienki.
-?Blott... Ten od leków na padaczkę?
Odkopała w końcu z pamięci finał niedawnej afery, przy której nazwisko
polityka często się pojawiało. Ministerstwo wciągnęło na listę
refundacyjną włoski specyfik Sivix o silnych skutkach ubocznych.
Zachodnie media już wcześniej donosiły o problemach z uzyskaniem
europejskiej certyfikacji. Urzędnicy pozostali jednak głusi na te głosy.
Dopiero śledztwo dziennikarskie przeprowadzone przez "Die Zeitung" w kooperacji z "Corriere della Sera" ujawniło siatkę korupcyjnych powiązań
europosłów z włoską firmą farmaceutyczną. Z Polski lek szybko wycofano,
ale media -?a przede wszystkim Krajowy Instytut Praw Pacjenta -
odpowiedzialnością obarczyły Blotta, choć zarzutów korupcyjnych nikt mu
nie postawił. Dla większości polityków taki skandal oznaczałby zawodową
śmierć -?dla niego okazał się zaledwie turbulencją.
-?Tak... ten. -?Komendant wydał dźwięk gdzieś pomiędzy pomrukiem a chrząknięciem.
Jan Blott od lat wpływał na krajową politykę. Był szarą eminencją
radykalnego skrzydła prawicowej partii Nasza Polska, rządzącej nad Wisłą
już trzecią kadencję. Resortem zdrowia kierował z tylnego fotela.
Szefowanie ministerstwa powierzył oddanemu, bliskiemu i niezbyt lotnemu
współpracownikowi Rafałowi Płaskiemu.
Lena przetrząsała szafkę z lekami. Gdzieś tu były.
-?Ale są Jolka i Kaśka -?powiedziała.
Odnalazła opakowanie ketonalu i wysypała na dłoń dwie ostatnie tabletki.
Przez moment zawahała się, po czym połknęła lek.
-?One też jadą na miejsce. Gdyby wystarczyła grupa do przetrząsania
okolicy, nie zadzwoniłbym do ciebie.
-?Nie wiem, czy jestem w stanie... tak na szybko...
Majewski jakby nie usłyszał. Milczał po drugiej stronie słuchawki.
-?Akurat teraz... Wiesz... -?Wymówki przychodziły Lenie z trudnością. -
Nadal jestem na zwolnieniu -?powiedziała w końcu, jakby wstydząc się
wypowiadanych słów.
-?Które właśnie się kończy. Możesz uznać, że to nie jest prośba.
Kobieta się nie odezwała.
-?Pojedź na miejsce -?powiedział Majewski. -?Zaczęło się wczoraj
wieczorem. Chłopak zniknął w czasie albo tuż po swojej imprezie
urodzinowej. Rodzice odkryli to dopiero dzisiaj. Jakąś godzinę temu.
Lena spojrzała na ścianę, gdzie wisiał zegar.
-?Jest jedenasta, a oni dopiero się zorientowali?
Mężczyzna zignorował komentarz.
-?Na imprezie były dzieci. Trzeba je przesłuchać. Łatwiej będzie tobie i dziewczynom niż któremukolwiek z nas ogarnąć to towarzystwo. Żoną Blotta
jest ta aktorka Victoria Szaflarska-Blott.
Lena podeszła do kuchennego okna i rozsunęła zasłony. Gdy słońce wdarło
się do pomieszczenia, poczuła, że kręci jej się w głowie. Odkąd brała
trazodon i cital, poranki się kleiły. Nadal nie mogła dojść do siebie.
Brała leki znacznie dłużej, niż zaleciła psychiatra.
Zmrużyła oczy. Za oknem, z kosza stojącego przy osiedlowej alejce, wrona
wyciągała foliowe truchło w poszukiwaniu resztek jedzenia. Śmieci walały
się po rachitycznej trawie, połyskując niczym drogocenne kamienie.
-?Jarek Grzmiński, pamiętasz go?
-?Nie.
-?Będzie okazja do odświeżenia pamięci. Zbieraj się, niedługo
przyjedzie. Dałem mu twój adres.
Mężczyzna się rozłączył.
Lena ruszyła do łazienki. Letni prysznic nie przyniósł ukojenia. Zamiast
tego poczuła, że narasta w niej złość na Majewskiego, a przede wszystkim
na siebie, że nie była wystarczająco stanowcza, aby odmówić. Na
szczęście ból głowy ustępował. Wycierając włosy, rzuciła okiem na
telefon. Dwa połączenia, których nie usłyszała, musiał wykonać człowiek,
o którym mówił komendant. Oddzwoniła.
-?Schodzę. Dwie minuty -?rzuciła do słuchawki.
Wyszła z łazienki i podeszła w stronę szafy. Gdy ją otworzyła, jej wzrok
mimowolnie powędrował w stronę plastikowego worka wciśniętego pod
ubrania wiszące na drążku. Aż tylu rzeczy zapomniał. Ogarnęła ją niechęć
na myśl o zbliżającej się rozprawie. Ubrała się i po chwili wybiegła
przed blok.
Mężczyzna bawił się kluczykami i bez wyraźnego zainteresowania rozglądał
po okolicy. Na pozbawioną włosów głowę naciągnął czarną bejsbolówkę.
Dopiero gdy zwrócił się w jej stronę, wspomnienie wróciło. Wyglądał
znajomo.
-?Wolniej się nie dało? -?mruknął bardziej sarkastycznie, niż zamierzał.
Szyby volkswagena passata były przyciemnione. Z otwartych tylnych drzwi
wystawała nogawka zielonych męskich bojówek i oparty o próg, zbyt
masywny, przyszło jej do głowy, jak na tę porę roku but.
-?Zwykle zaczyna się od "dzień dobry".
Mężczyzna nie odpowiedział. Poprawił czapkę i wsiadł za kierownicę.
Zanim przekręcił kluczyk stacyjki, włączył radio. Lena usiadła w fotelu
pasażera, rzucając jedynie ukradkowe spojrzenie drugiemu mężczyźnie.
Samochód ruszył w dół Chełmskiej. Dopiero gdy wjechali na most
Siekierkowski, Grzmiński przerwał ciszę.
-?To może jeszcze raz -?powiedział i wyciągnął prawą rękę w stronę Leny.
-?Jarek.
Lena z ociąganiem odwzajemniła uścisk.
-?Lena Ko... -?zaczęła, ale nagle urwała. -?Pracowaliśmy kiedyś, prawda?
Sprawa Słopnickich.
Mężczyzna przytaknął. Od tamtego czasu minęło ponad dziesięć lat.
Grzmiński był wtedy zatrudniony w Komendzie Wojewódzkiej w Krakowie.
Tamara Słopnicka, nastoletnia córka właściciela sieci hoteli, zniknęła
nad ranem w trakcie powrotu z imprezy na Kazimierzu. Żądanie okupu
pojawiło się szybko, a tropy prowadziły do warszawskiej grupy zajmującej
się handlem narkotykami. Naczelnik z Krakowa, Paweł Wypych, poprosił
ówczesnego szefa wydziału terroru z Komendy Stołecznej o wsparcie.
Stefan Majewski nie tylko przystał na prośbę Wypycha, ale też
zaangażował zespół psychologów, który miał wytypować porywacza.
Grzmiński forsował podejrzenie, że sprawa ma drugie dno. Zawiłe relacje
w domu Słopnickich budziły niepokój. Ojciec despota silną ręką rządził
nie tylko wielomilionowym przedsiębiorstwem, ale też żoną i trójką
swoich małoletnich dzieci. Ci, uzależnieni od pieniędzy głowy rodu,
pokornie spełniali jego wolę.
W tym czasie Lena dopiero wkraczała w szeregi policji. Liderką zespołu,
do którego dołączyła, była Wanda Lenart, terapeutka oraz zawodowa
profilerka. Prowadziła wykłady na macierzystej uczelni Leny. Lenart
szybko poznała się na dziewczynie. Doceniła jej przenikliwość i inteligencję. Zachęciła, aby po uzyskaniu dyplomu z psychologii złożyła
papiery do akademii policyjnej w Szczytnie. Lena posłuchała. Głównie
dlatego, że nie miała na siebie innego, lepszego pomysłu. Po ukończeniu
Szczytna Lenart ściągnęła ją do zespołu.
Sprawa Słopnickiej była pierwszym śledztwem, w którym Korcz wzięła
udział. W krótkim czasie dziewczyna dowiedziała się o ukrywanym nawet
przed przyjaciółmi tajemniczym chłopaku Słopnickiej zwanym Grekiem.
Chłopak nie był obcy warszawskiej policji. Na swoim koncie miał rozboje,
kradzieże i handel narkotykami. Informacja okazała się przełomowa dla
sprawy. Tamara z Grekiem upozorowała swoje porwanie, by wyciągnąć
gotówkę od bogatego i znienawidzonego ojca.
Sukces w rozwikłaniu zagadki okazał się dla Leny trampoliną do
samodzielnego, zawodowego życia. Zaskarbiła sobie uznanie naczelnika.
Jarek dostał awans, a wkrótce potem Majewski ściągnął go do Warszawy. Po
rozwiązaniu kilku podobnych śledztw przylgnęła do niego łatka speca od
zaginięć.
Korcz poczuła szturchnięcie w bark. Milczący dotąd na tylnym siedzeniu
mężczyzna o fizjonomii zapaśnika wsunął głowę między zagłówki przednich
foteli i również wyciągnął dłoń w stronę Leny.
-?Krzysiek Cichosz -?przedstawił się.
Kobieta uścisnęła coś, co bardziej przypominało rozmiarami bochen chleba
niż ludzką rękę. W przeciwieństwie do Jarka nie narzekał na brak
owłosienia. Gęste włosy niedbale opadały mu na czoło, a wydatne szczęki
pokrywał ciemny zarost, poprzetykany srebrnymi pasmami siwizny. Z ulgą
uwolniła dłoń z długiego i jej zdaniem zbyt mocnego uścisku.
-?Max Blott, dziewięć lat. Zniknął z domu wczoraj w nocy albo dziś nad
ranem -?odezwał się Jarek, patrząc na drogę. -?Rodzice ostatni raz
widzieli go około dwudziestej, gdy poszedł do swojego pokoju. Na
imprezę, która poprzedziła jego zaginięcie, zaproszone było tylko wąskie
grono znajomych i rodziny, kilkoro dzieci ze szkoły.
Lena patrzyła na Wisłę, nad którą właśnie przejeżdżali. Woda połyskiwała
w słońcu. Ile to już tygodni nie wychodziła z mieszkania?
-?Dorośli zakończyli imprezę około drugiej, może trzeciej w nocy, ale
brak młodego odkryli dopiero rano.
-?Kto pierwszy się zorientował?
-?Jedno z nich. Żaden z gości nie został w domu na noc -?odparł.
-?Coś więcej o chłopcu? Szkoła, koledzy?
-?Tyle, że chodzi do Jozuego w Wawrze.
-?Ta katolicka? -?upewniła się Lena.
Słyszała o tym miejscu. Szkoła uchodziła za kuźnię prawicowych elit.
Świetne wyniki w rankingach dla rodziców z grubymi portfelami były
wystarczającą reklamą. W środowisku krążyły jednocześnie plotki o mniej
chwalebnej stronie placówki, jak narkotyki i przymykanie oka na wybryki
podopiecznych.
-?Rozumiem, że młody nie wziął telefonu, bo już byście go namierzyli?
Jarek przytaknął.
-?Podejrzewamy samowolne oddalenie albo... uprowadzenie. Rodzice mają
sporo wrogów.
-?Dostali ostatnio jakieś groźby?
-?Ciągle im grożą.
Dojeżdżali do Anina. Miejski krajobraz za oknem zmienił się
diametralnie. Daleki był od tego, do jakiego Lena przywykła w Śródmieściu. Wysokie bloki ustępowały miejsca domom schowanym wśród
drzew. Po drodze minęli kilka nierzucających się w oczy kawiarenek. Z ulicy Kajki Grzmiński skręcił w lewo, w jedną z przecznic. Przez chwilę
jechali wzdłuż lasu, mijając luksusowe wille.
Krzysiek, który dotąd milczał na tylnym siedzeniu, puknął palcami w szybę.
-?Grupa poszukiwawcza z psiakami będzie miała co robić -?powiedział.
Jarek tylko mruknął.
Samochód kluczył wąskimi uliczkami, by w końcu zatrzymać się przed
wysokim, ponaddwumetrowym murem porośniętym bluszczem. Ogrodzenie willi
upstrzone było kamerami monitoringu. Po chwili żółta czujka zamrugała, a metalowa brama ruszyła wolno, odsłaniając podjazd posesji.
Lena pokiwała ze zdumieniem głową.
-?To tak mieszkają wiceministrowie? Jakieś podwyżki mieli w ostatnim
czasie?
-?Tak mieszkają elity. Blott odziedziczył po matce, Marii Popławskiej,
chyba pół Anina.
-?Tej Popławskiej z Solidarności? -?przerwała Lena.
Grzmiński przytaknął. Przejechał przez bramę i skierował auto w stronę
parkingu dla gości.
-?Pamiętasz sprawę Benesza?
Kobieta spojrzała na niego, jakby nie zrozumiała. Po co do tego wraca?
Finał tamtej historii śnił jej się po nocach. Po sześciu dniach od
porwania znaleziono rozczłonkowane ciało ośmioletniego Konstantego
Benesza, rozkładające się w rowie melioracyjnym przy autostradzie A1.
Przypadkowo natrafili na nie pracownicy służb porządkowych. Cięcia
dokonano rzeźnickim nożem. Głowy nigdy nie odnaleziono.
Dzieciak był jedynym synem Anny Katarzyny Benesz, najbogatszej Polki,
która chwilę wcześniej przejęła stery w globalnym koncernie spożywczym
Katanja stworzonym przez twórcę fortuny Beneszów, jej ojca -?Jana.
-?Robiłeś przy tym? -?Lena próbowała odgadnąć intencje Grzmińskiego.
Mężczyzna zaprzeczył głową i wyłączył silnik.
-?My nie -?powiedział -?ale nasi z wydziału. Stary Benesz ma kontakty
wśród polityków i ludzi ze służb. Naciskał gdzie się da, ale śledztwo
stanęło w miejscu, w końcu zostało umorzone. Morderca nie zostawił
śladów. Podrzucił zwłoki niezauważony, ciało leżało w rowie co najmniej
trzy dni. Do tego padało. Wiele śladów utracono. Wygląda na robotę
profesjonalistów. Dlatego niektórzy forsują tezę, że w sprawę
zaangażowana jest mafia, na zlecenie jakiegoś biznesowego albo
politycznego wroga Beneszów.
Jarek odwrócił się w stronę Leny po raz pierwszy, odkąd wyruszyli z Mokotowa. Jak zwykle w towarzystwie kobiet, odczuł niepokojące napięcie.
Odruchowo odsunął się w fotelu i oparł plecami o drzwi, aby zwiększyć
dzielący ich dystans. Dopiero z bliska dostrzegł beżowe sińce okalające
jej oczy, których nie był w stanie przykryć nawet makijaż. Czas odcisnął
piętno na jej urodzie.
-?To dlatego Majewski skierował waszego naczelnika na wcześniejszą
emeryturę -?powiedziała Lena.
-?Akurat w przypadku Zbyszka Rachtana brak postępów w śledztwie to był
tylko wierzchołek góry lodowej. Już wcześniej były na niego skargi. Ale
co do zasady masz rację. Majewski potrzebował kozła ofiarnego. Musiał
udowodnić, że panuje nad sytuacją.
-?Komendant podejrzewa, że zaginięcie młodego Blotta może mieć coś
wspólnego z Beneszem?
-?Nie tylko z Beneszem...
-?O czym mówisz? -?patrząc w szare, niemal przezroczyste oczy
Grzmińskiego, Lena czuła, że brakuje jej powietrza.
-?Mogłaś nie słyszeć, bo Majewski robi wszystko, aby media nie zajmowały
się tą sprawą. Ksawery Wiśniewski, osiem lat, majętna rodzina powiązana
z ludźmi władzy. Szukamy dzieciaka od roku. Szanse, że znajdziemy go
żywego, są równe zeru. Zniknął podobnie jak Benesz. Nagle. Bez żadnych
sygnałów, że coś jest na rzeczy.
Lena potarła czoło.
-?Komendant boi się seryjnego...
-?Pogadamy potem, ale jedno jest pewne. Jeśli Maxowi coś się stanie,
Blott na pewno będzie szukał winnych. Majewski kolejny raz może się nie
wywinąć -?powiedział mężczyzna i odwrócił się w stronę drzwi wejściowych
willi, które w tym momencie się uchyliły.
Pulsowanie w skroni zagłuszone przez Lenę lekami przybrało na sile. Mimo
że oddychała coraz szybciej, nie mogła złapać tchu. Symptomy
zbliżającego się ataku nie były jej obce. Wiedziała, że nadal ma szansę
go powstrzymać. Szarpnęła za klamkę zbyt nerwowo. Nie uszło to uwadze
Krzyśka. Mężczyzna z perspektywy tylnego siedzenia obserwował ją od
dłuższej chwili. Lena wysiadła i odwrócona do policjantów plecami
wstrzymała oddech na tyle długo, by poczuć pieczenie i ból. Krew
napłynęła jej do twarzy, oczy zaszkliły się. Wtedy pozwoliła sobie na
niewielki haust powietrza i jeszcze raz zmusiła się, by nie oddychać.
Namiastka kontroli nad reakcjami ciała powoli wracała.
Rozdział 2
Sobota, 16.00
Irma Krajewska obudziła się z popołudniowej drzemki i usiadła w swoim
łóżeczku. Mimo że był środek dnia, w domu panowała cisza. Wyszła na
korytarz. Pokój starszej o siedem lat siostry znajdował się naprzeciwko.
Sara siedziała przy biurku i specjalną pęsetą przyklejała mikroskopijne
cekiny do tekturowego obrazka. Zauważyła Irmę, ale nie przerwała pracy.
-?Mamaaa... Irma wstała!
Rozespana dwulatka podeszła bliżej i długo się przyglądała kolorowym
drobinkom. Dopiero wtedy, gwałtownie, nieuważnie i bez ostrzeżenia
wyciągnęła dłoń w ich stronę. Sara, która próbowała zablokować ruch ręki
siostry, była bez szans. Setki cekinów, podskakując, cicho rozsypały się
po drewnianym parkiecie. Sara zmrużyła oczy i odepchnęła małą.
Krzyk i płacz wypełniły piętro domu. Doleciały również do gabinetu na
parterze, gdzie pochylona nad ekranem pracowała Zuzanna Krajewska.
Kobieta westchnęła, ale nie oderwała wzroku od monitora.
-?Wojtek! Znowu się kłócą! Mam jeszcze kilkadziesiąt zdjęć do obróbki!
Balkonowe okno prowadzące do ogrodu było otwarte.
-?Wojtek! -?powtórzyła, ale odpowiedź nie nadeszła.
Na górze za to rozległ się kolejny huk. Wyjrzała przez szybę. Wojtek
Krajewski ze smartfonem w dłoni wciąż leżał w hamaku.
-?Ruszysz się?! Do urodzin została godzina. Muszę to skończyć! -
krzyknęła w jego stronę.
-?Idę, idę -?mruknął, a jednocześnie nie wykonał żadnego gestu, który
mógłby świadczyć o tym, że planuje się podnieść.
-?Poczekaj. Pomogę ci!
Zuza wyrosła jak spod ziemi tuż przy nim, szarpnęła za krawędź hamaka i zrzuciła męża na idealnie przystrzyżoną, miękką i soczystą od
codziennego zraszania trawę. Na wysokości oczu zobaczył niebezpiecznie
szybko zbliżającego się w jego stronę robota koszącego. Dopiero wtedy
zerwał się na nogi.
-?Oj, teraz przesadziłaś! -?powiedział bardziej do siebie niż do żony,
bo kobieta zdążyła już zniknąć w głębi domu. -?Dziewczyny! Koniec wojny!
-?zawołał, gdy znalazł się na schodach prowadzących na piętro.
W odpowiedzi dobiegły go jedynie kolejne wrzaski.
-?To mój pokój! Zabierz ją! Doprowadza mnie do szału! -?Sara wydzierała
się w stronę matki.
Korzystając z nieuwagi siostry, ośmielona pojawieniem się rodziców, Irma
po raz kolejny rzuciła się z zaciśniętymi piąstkami w stronę Sary.
-?Dość! -?Zuza na czas doskoczyła do dwulatki i wzięła ją na ręce. -
Saro, przygotuj ubranie na urodziny. Wojtek, ogarnij obiad -?zarządziła
Krajewska.
Zanim mężczyzna zdążył wyjść na korytarz i ruszyć w stronę kuchni, jego
telefon zasygnalizował kolejne nadchodzące wiadomości. Kobieta spojrzała
na niego z wściekłością. Praca, od której nie przysługiwały mu dni
wolne, coraz mocniej wkradała się w ich domowe życie.
Speedup.com, założony przez Krajewskiego e-commerce, dostarczał
zaawansowane oprogramowanie sprzedażowe dla małych i średnich firm. Po
kilku niestabilnych pierwszych latach ostatecznie ugruntował swoją
pozycję lidera. Krajewski nie zamierzał jednak na tym poprzestać i coraz
częściej spoglądał w stronę dużego biznesu. Zdawał sobie sprawę, że
wiedza, doświadczenie czy referencje w tym przypadku mogą nie
wystarczyć. By z sukcesem startować w przetargach ogłaszanych przez
spółki Skarbu Państwa czy ministerstwa, musiał nawiązać odpowiednie
relacje w gronie decydentów.
Urodziny Maxa, dziewięcioletniego syna wpływowego polityka Jana Blotta,
stwarzały do tego idealną okazję. Choć Sara i Max byli w tym samym
wieku, lubili się i często razem bawili, Blottowie zachowywali dystans.
Nigdy nie zaprosili Krajewskich do ich odgrodzonej od świata rezydencji,
leżącej zaledwie dwa domy dalej. Aż do dziś.
W skrytości ducha Wojtek wiele sobie po tej wizycie obiecywał.
Odpisał na mail i podniósł głowę znad telefonu. Zuza, z Irmą na rękach,
stała na schodach i bez słowa uważnie mu się przyglądała. Kobieta
podeszła do męża i podała mu córkę. Zniknęła za drzwiami gabinetu, a gdy
po chwili znowu pojawiła się w salonie, w ręku trzymała torbę z laptopem.
-?Ej, co robisz? -?zapytał, gdy wreszcie pojął intencje żony. -
Wychodzisz? Teraz? Ale wrócisz na urodziny?
Kobieta milczała.
-?Zuza?!
Był bezradny.
-?Ej, przepraszam, może trochę dziś przegiąłem. Ale naprawdę muszę
pogadać z Blottem. Wiesz, że to dla mnie ważne!
Krajewska się nie odwróciła. Tymczasem rozbawiona dwulatka na rękach
ojca wkładała mu palce do ucha.
-?Nie przyszło ci do głowy, że moje zdjęcia też są dla mnie ważne?
Głos Zuzy dobiegł go z głębi garażu. Po chwili usłyszał szum podnoszonej
bramy, a na podjazd wtoczył się SUV.
Wojtek westchnął. Spojrzał na okrągłą twarzyczkę dziewczynki i zrobił
głupią minę, która zawsze wywoływała uśmiech dzieci.
-?Kreacja, obiadek i na bibkę?
Mała zamyśliła się, a potem, na znak zgody, pokiwała blond głową. Tuż
obok stała Sara. Dziewczynka ubrana w letnią beżową sukienkę przyglądała
mu się uważnie. Nadęła usta.
-?Wkurzyłeś mamę -?stwierdziła.
-?Chodź na obiad, jest jakaś zupa...
-?Rozwodzicie się? -?ciągnęła Sara.
-?No co ty... nie! -?powiedział.
Mam nadzieję, że nie -?dodał w myślach.
-?Mama musi do jutra skończyć projekt i potrzebuje spokoju. Pojechała
trochę popracować. Niedługo wróci.
-?Tata gaj upę!
Irma ożywiła się na widok siostry i wyrwała z rąk taty na podłogę.
-?Rodzice Marka, tego z trzeciej, ostatnio się rozwiedli. Mówił, że
pokłócili się o hajs, a młoda chce zupę -?wyjaśniła Sara.
Wojtek postawił dziecko i ruszył w stronę lodówki.
-?Chcesz upę, ty mały łobuzie? -?Dziewczynka połaskotała Irmę za uchem i zaczęła stroić miny. Dwulatka się uśmiechnęła.
Mężczyzna przyglądał się córkom.
-?Przed chwilą nazwałaś ją potworem!
Sara wzruszyła ramionami. Biegała wokół kanapy na tyle wolno, by Irma
miała szansę jej dotknąć.
-?Dobra, uciekaj. Teraz ja cię gonię! -?zawołała do siostry, która nadal
nie w pełni rozumiała zasady gry w berka.
Zuzanna Krajewska mijała kolejne ogrodzone domy i wille sąsiadów, a pomiędzy nimi, ukryty wśród drzew, miejski plac zabaw. Zjechała na
pobocze, aby przepuścić dwa nadjeżdżające z naprzeciwka samochody. Po
chwili dotarła do willi Blottów. Zwykle szczelnie zamknięta dwumetrowa
brama dziś była szeroko otwarta. Na podjeździe z dużego vana wysiadła
para dorosłych z trójką małych dzieci. Kobieta była w zaawansowanej
ciąży. Zarówno rodzice, jak i ich latorośle wyglądali niczym żywe
reklamy sieci odzieżowej. Na ich powitanie wyszła wysoka szatynka w kwiecistej sukni do kostek z kieliszkiem w dłoni.
Niech sam się z nimi męczy -?pomyślała o Wojtku, a wściekłość zaczęła
ustępować miejsca złośliwej satysfakcji.
Krajewska schowała głowę w ramionach i zsunęła się z fotela. Liczyła, że
w ferworze powitań nikt nie zwróci na nią uwagi. Minęła bramę i zerknęła
w tylne lusterko. W tym momencie czujniki w aucie zaczęły piszczeć i mrugać, ostrzegając przed niebezpieczeństwem. Wcisnęła hamulec.
Samochód zatrzymał się kilka metrów przed stojącym na skraju drogi
mężczyzną. W zbyt dużej ortalionowej kurtce i szarych dresach niemal
zlewał się z otoczeniem. Przeklęła go w duchu i przepraszająco kiwnęła w jego stronę głową. Powinna bardziej uważać.
Mężczyzna poprawił okulary w grubych czarnych ramkach. Spuścił wzrok i ruszył na drugą stronę jezdni. Nadwaga odebrała mu sprężystość chodu.
Zuza zauważyła, że przechyla ciało ku lewej stronie, jakby utykał. Jego
długie, zaczesane do tyłu włosy opadały na szerokie, rozlane ramiona.
Rozdział 3
Niedziela, 11.00
Dwunastoletnia skoda wolno wtoczyła się na parking przed budynkiem
redakcji "Star Expressu". Długowłosy mężczyzna, który siedział za
kierownicą, wybrał miejsce najbliżej wejścia. Zanim otworzył drzwi i sięgnął po torbę rzuconą na siedzenie pasażera, poprawił znajdujący się
w środku aparat.
Zdjęcia dla redakcji robił od sześciu lat i choć był freelancerem, na
współpracy z tabloidem zarabiał jak dotąd najlepiej. Dziś miało być
podobnie. Noc, choć długa, była udana. Polowanie na zdjęcia celebrytów,
polityków czy sportowców tylko dla niewtajemniczonych wydawało się
lekkie i proste. Całe to kombinowanie, śledzenie, wspinanie się na
drzewa albo spanie na tylnym fotelu auta przez kilka dni z biegiem lat
męczyło go coraz bardziej.
Zamknął torbę, sprawdził, czy ma przy sobie kartę otwierającą drzwi do
budynku, i wysiadł z samochodu. Dobiegły go odgłosy śmiechów i rozmów
znajomych, którzy wyszli na parking zapalić. Machnął im na powitanie.
Właśnie wtedy tuż obok niego pojawili się nie wiadomo skąd ci dwaj.
Pierwszy był niski i łysy, w białym T-shircie i dżinsach, z twarzy
podobny do nikogo. Tuż za nim stał drugi, napakowany brodacz w bojówkach
i koszulce polo, ewidentnie spędzający sporą część tygodnia na siłowni.
Przez myśl przemknęło Serkowi, żeby wziąć nogi za pas, ale szybko uznał
pomysł za absurdalny. Od dawna nie miał nic za uszami. Poza tym był
środek dnia, a kumple zdążyliby do niego dobiec, gdyby cokolwiek złego
się wydarzyło.
-?Miłosz Serek? -?zaczął wyższy.
-?Zależy, kto pyta.
-?Komenda Stołeczna. Udane łowy?
Mężczyzna wyciągnął służbową legitymację.
-?To jest kolega Jarek, ja mam na imię Krzysztof. A wracając do pytania:
jak poszło?
Serek pojął w mig. O ile gwiazdom i gwiazdeczkom złapana znienacka fota
niekiedy podbijała notowania, o tyle część polityków bardzo pilnowała
swojego życia prywatnego.
-?Nie ma paragrafu, który kazałby mi odpowiadać na takie pytania. Więc
odpalcie sobie, chłopaki, jutro naszą stronkę i sami zobaczycie, jak
było -?odpowiedział, próbując ich wyminąć.
Jarek zastąpił mu drogę.
-?Wolelibyśmy obejrzeć na miejscu. Tak przez czystą uprzejmość.
-?Chyba że wolisz, aby szefowa interweniowała? -?dodał Krzysiek.
Jakby na potwierdzenie tych słów w kieszeni kurtki Serka zaczął wibrować
telefon.
-?Widzę cię z góry -?usłyszał w słuchawce kobiecy głos.
Ewa Grajewska, naczelna "Star Expressu", stała w oknie biurowca tuż nad
głowami mężczyzn z telefonem przy uchu.
-?Zaproś panów do mojego gabinetu -?powiedziała i rozłączyła się.
Serek kiwnął w stronę tajniaków i ruszył w stronę wejścia.
Po pokonaniu bramek ochronnych na parterze wjechali windą na drugie
piętro, nie zamieniając ze sobą w tym czasie ani słowa. Kolejne
otwierane kartą drzwi odsłoniły wnętrze redakcji największego
plotkarskiego dziennika w kraju. Newsroom w centralnej części podzielony
był na małe boksy, w których zasiadali redaktorzy. Pozostałą część
zajmowały dwie przeszklone sale. Na bocznej ścianie kilka telewizorów
pokazywało programy informacyjne z Polski i zagranicy.
-?Serek, co znowu przeskrobałeś?! Nowi koledzy przyszli się na ciebie
poskarżyć mamusi? -?zawołała w stronę mężczyzny graficzka, Aneta Żar.
-?Jestem niewinny. -?Miłosz puścił oko do dziewczyny i wszedł razem z policjantami do gabinetu naczelnej.
* * *
Ewa Grajewska stała na czele tabloidu już siódmy rok. Wystarczająco
długo, by okrzepnąć i dać się poznać jako wymagająca i uczciwa szefowa,
a w przypadku nastąpienia jej na odcisk -?wyjątkowo pamiętliwa jędza. W środowisku nie było tajemnicą, że ma doskonałe kontakty nie tylko wśród
polityków, ale także w służbach. Dla Stefana Mazisa, właściciela
koncernu medialnego Vivo, w którego skład wchodził "Star Express",
koneksje Grajewskiej były kluczowym argumentem przemawiającym za
ściągnięciem jej do szefowania gazecie.
Poranny telefon od Stefana Majewskiego zaskoczył kobietę. W pierwszym
odruchu pomyślała, że dzwoni z awanturą o ostatni artykuł, w którym
tabloid mocno skrytykował brutalne działania policji podczas zatrzymania
małoletniego podpalacza na Białołęce.
Nie, Majewski nie załatwiałby takich spraw osobiście, tym bardziej w niedzielę -?pomyślała i nabrała przekonania, że musiał dzwonić z interesem.
Nie myliła się. Po zakończeniu rozmowy z komendantem, która nie trwała
dłużej niż dwie minuty, ubrała się, wsiadła do samochodu i ruszyła do
redakcji.
* * *
Zanim Miłosz i policjanci przekroczyli próg newsroomu, przyszła jej do
głowy jeszcze jedna myśl. Rozejrzała się w poszukiwaniu blond głowy
należącej do niezbyt rosłej właścicielki. Justyna Dzikowska siedziała na
biurku pod ścianą. Sączyła kawę z ogromnego różowego kubka, z którego
boku połyskiwała ozdobna, złota korona. Przywołana wzrokiem przez
szefową, ruszyła w jej stronę.
-?O nic nie pytaj. Zaraz zjawi się Serek z dwójką tajniaków. Słuchaj
rozmowy, a potem powiem, co robimy.
Dziewczyna przytaknęła i weszła za Grajewską do gabinetu.
Dział polityczny "Star Expressu" Justyna prowadziła od pięciu lat, choć
wydarzeniami na Wiejskiej zajmowała się praktycznie od początku swojej
kariery dziennikarskiej. Nawiązywanie kontaktów z politykami, których
osobiście uważała za ograniczonych darmozjadów, przychodziło jej z łatwością. Umiejętnie wykorzystywała urodę i spryt, by zdobyć potrzebne
informacje bądź zweryfikować plotki. Co głupsi z męskiego grona
reprezentantów narodu puszyli się w jej obecności, opowiadając zbyt
wiele o partyjnych naradach i wewnętrznych konfliktach.
Odskocznią od politycznego i plotkarskiego światka były dla Justyny
studia doktoranckie na Wydziale Polonistyki UW. Temat pracy doktorskiej
Żywioły w poezji Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej stanowił
niewyczerpane źródło żartów dla redakcyjnych kolegów. Tym bardziej że
realizacja przedsięwzięcia trwała zdecydowanie dłużej, niż pozwalały na
to uczelniane przepisy.
Dzikowska z Grajewską bez słowa obserwowały przemierzających newsroom
mężczyzn. Po krótkich powitaniach naczelna usiadła za biurkiem,
wskazując pozostałym miejsca na kanapie pod ścianą. Justyna jako jedyna
stała oparta o szybę przy drzwiach.
-?Załatwmy to szybko -?zaczęła naczelna. -?Was tu nie ma, a my nic nie
wiemy o zaginięciu syna wiceministra Blotta. Serek -?zwróciła się do
fotografa -?zgraj zdjęcia u Maćka, a panom zrób kopię karty. Materiału
nigdzie nie wodujesz.
Miłosz kiwnął głową i sięgnął do torby. Z aparatem w dłoni wyszedł z gabinetu, kierując się prosto do biurka edytora. Gdy wrócił, w ręku
trzymał czarne USB, które wręczył Jarkowi. Policjant schował je do
kieszeni dżinsów.
-?Pomagamy, ale też liczymy na wzajemność -?powiedziała Grajewska. -
Przedstawiam panom Justynę Dzikowską, która zajmie się sprawą. Będę
wdzięczna za okazane wsparcie.
Grzmiński rzucił dziennikarce przelotne spojrzenie.
-?To już zależy od komendanta -?powiedział.
Naczelna przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się.
-?Wszystko jest kwestią dobrej woli.
Wstała z fotela i podeszła do policjantów.
-?Nie zatrzymuję. Mam nadzieję, że Max szybko się odnajdzie. Serek panów
odprowadzi.
Gdy tylko drzwi gabinetu się zamknęły, Dzikowska wypaliła:
-?Chcesz powiedzieć, że zaginął dzieciak tego Blotta?!
O polityku miała jak najgorsze zdanie, ale jego wpływy w partii
rządzącej były niezaprzeczalne. Zaginięcie syna kogoś tak wysoko
postawionego otwierało pole do spekulacji.
-?Dziś w nocy. Akurat gdy Serek wisiał na drzewie, polując na panią
aktoreczkę. Chłopak ma dziewięć lat.
Naczelna wybrała numer wewnętrzny edytora.
-?Maciek, zablokuj dostęp do dysku, na który wrzuciłeś foty. Do
odwołania.
Odłożyła słuchawkę i przywołała Justynę przed monitor swojego komputera.
-?Większość dzieci odnajduje się sama w ciągu kilku, kilkunastu godzin -
powiedziała Grajewska. -?Do tego czasu wstrzymamy materiał. W zamian
będziesz miała dostęp do źródeł. Chłopaki, których podesłał Majewski,
wyglądają na łebskich.
-?A jeśli młodemu Blottowi coś się stanie?
Naczelna wpatrywała się w ekran, na którym pojawiały się i znikały nowe
okna. Palcem wskazującym stukała w blat biurka.
-?Wszyscy zaczną łączyć to z Beneszem.
-?Tamto śledztwo umorzono. Pisaliśmy o tym niedawno, gdy posypały się
głowy w Komendzie Stołecznej.
Na ekranie pojawił się komunikat, na który Ewa czekała. Skopiowała hasło
i odnalazła zaszyfrowany dysk.
-?No dobra, zobaczmy, czy stawki kolegi Serka nie są wygórowane.
Odpaliła zdjęcia.
Dwie przygarbione postacie kobiet, z nienaturalnie wyciągniętymi do
przodu szyjami, wpatrywały się w monitor.
Gdy Grajewska podniosła głowę, zauważyła przemykającego przez open
space Miłosza, który wrócił po odprowadzeniu policjantów. Poderwała się
z fotela i zbyt gwałtownie jak na nią otworzyła drzwi.
-?Sereeek! -?krzyknęła.
Wzrok zgromadzonych w newsroomie dziennikarzy powędrował na fotografa, a potem na naczelną. Ale kobiety już tam nie było. Usadowiła się z powrotem przed ekranem.
-?Kto to, kurwa, jest?! -?Ewa powiedziała dopiero, gdy Miłosz zamknął za
sobą drzwi akwarium. -?Miało być o rodzinnej sielance, a ty mi tu romans
przynosisz!
Chłopak odetchnął z ulgą. -?Nie dałaś szansy się pochwalić -?odparł z udawaną nonszalancją.
Kącik ust Grajewskiej poruszył się.
-?Znasz go?
-?Jurny tatuś. Przewiń, jest tego więcej -?powiedział fotograf.
Grajewska wstała z fotela, a Miłosz zajął jej miejsce. Po chwili
poszukiwań odnalazł zdjęcie, na którym niewysoki mężczyzna w różowej
koszulce polo idzie przez ogród w stronę bawiących się gości. Towarzyszy
mu dziewięcioletni chłopiec, a na powitanie tej dwójki wychodzi Jan
Blott. Serek przewinął kilka kolejnych zdjęć. Zatrzymał się na
fotografii, na której nieznajomy obejmuje Victorię Szaflarską. Dzikowska
zaśmiała się i klepnęła mężczyznę w ramię.
-?To nawet nie jest dwuznaczne.
-?To jak szefowa, negocjujemy? -?zapytał Serek.
-?Ponegocjujemy, jak dzieciak się znajdzie. Dopiero wtedy puścimy.
Ewa odwróciła się w stronę okna. Wodziła wzrokiem po zalanej słońcem
ulicy. W tym czasie Justyna pochyliła się nad ekranem i dalej
przeglądała zdjęcia. Coś przykuło jej uwagę. Zaczęła powiększać jeden z obrazów.
-?Widziałeś to? -?zwróciła się do fotografa.
Mężczyzna zaprzeczył.
-?Jest więcej?
-?Tylko na tych dwóch. -?Kobieta zbliżyła palec do ekranu. -?Może jakiś
przypadkowy spacerowicz?
Telefon Grajewskiej zaczął podskakiwać na blacie stołu. Kobieta kiwnęła
głową w stronę Dzikowskiej i Serka. Czas ich audiencji właśnie się
skończył.
-?Jedź do Anina, poszperaj -?rzuciła Ewa w stronę Justyny, gdy ta
zamykała za sobą drzwi gabinetu.
Za filarem, po drugiej stronie newsroomu, dziennikarka dostrzegła
Michalinę Zawadzką. Kiwnęła w jej stronę i ruszyła do wyjścia.
Dziewczyna podążyła za nią. Minęły obrotowe drzwi budynku i skręciły w lewo. Dopiero wtedy Justyna zreferowała jej szczegóły rozmowy z naczelną.
-?Znajdź co się da na temat śledztwa Benesza, teksty, wzmianki, plotki.
Odgrzeb też to, czego mogę nie wiedzieć o Szaflarskiej. Poszukaj jeszcze
informacji o tym dzieciaku. Max Blott. Może gdzieś udzieliła wywiadu i o nim wspominała. Sprawdź. Ja zajmę się Blottem.
Michalina szanowała i podziwiała Dzikowską, czując jednocześnie, że
także Justyna coraz bardziej jej ufa. To ona przyjęła ją na praktyki do
redakcji, a potem zasugerowała Grajewskiej, aby zaoferować Michalinie
płatny staż. Zawadzka była dociekliwa i inteligentna, co czyniło ją
idealnym materiałem na dziennikarkę. Choć nie uniknęła kilku typowych
dla jej wieku i braku doświadczenia wpadek, posiadała wystarczająco dużo
pokory, pozwalającej na wyciąganie lekcji z porażek.
-?Jeśli młody się znajdzie, rozszarpiemy Szaflarską dzięki fotkom Serka.
Taki romans to mocna rzecz. Może o zaginięciu i szczęśliwym odnalezieniu
Maxa też wspomnimy. Oczywiście w domyśle sugerując patologię w rodzinie
-?powiedziała niewinnie Dzikowska.
-?Brzmi... krwawo. -?Zawadzka się zaśmiała. -?A jeśli młody wsiąknie?
Dzikowska nie odpowiedziała od razu.
-?Nadal będziemy o pół kroku przed konkurencją. Jadę na spacer do Anina.
Daj znać, gdy wpadniesz na coś ciekawego.