Ofiara - Håkan Östlundh

Kup ebooka

35.90 zł
26.93 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

7

Go­spo­dar­stwo Tra­neu­sów mie­ściło się na gra­nicy mię­dzy Le­vide a Ge­rum, po­mię­dzy Hemse a Klin­te­hamn na po­łu­dnio­wej Go­tlan­dii. Więk­szość go­spo­darstw wy­bu­do­wano w ma­łych od­stę­pach, a to na­le­żące do Tra­neu­sów le­żało na ubo­czu, zaj­mo­wało kilka hek­ta­rów ziemi upraw­nej i było oto­czone la­sem. Po­zo­stałe wło­ści były roz­siane po oko­licy.

Główny bu­dy­nek go­spo­dar­stwa skła­dał się z dwóch od­nóg - jed­nej z po­łowy dzie­więt­na­stego wieku i dru­giej z ty­siąc dzie­więć­set je­de­na­stego roku. Tę drugą zbu­do­wano w taki spo­sób, że sta­no­wiła mniej­szy na­roż­nik no­wego domu. Obie były po­bie­lone wap­nem, z ce­ra­micz­nymi da­chów­kami w pięk­nym po­ma­rań­czo­wo­czer­wo­nym od­cie­niu, wi­docz­nymi zza buj­nej ko­rony wy­ro­śnię­tego kasz­tana. Sześć­dzie­siąt kilka me­trów za do­mami znaj­do­wały się duża sto­doła i star­sza od niej staj­nia, rów­nież wy­bu­do­wana w ty­siąc dzie­więć­set je­de­na­stym.

Amanda Wahlby otwo­rzyła drzwi kuchni i we­szła do środka.

- Halo? - krzyk­nęła, ale nie tra­ciła czasu, cze­ka­jąc na od­po­wiedź.

Zdjęła buty, wy­cią­gnęła z trzy­ma­nej re­kla­mówki pla­sti­kowe klapki i wsu­nęła je na stopy, po­wie­siła kurtkę i we­szła do to­a­lety. Tam zmie­niła ob­ci­słą ró­żową ko­szulkę na białą ze spra­nym na­dru­kiem, znacz­nie luź­niej­szą.

Była dzie­wiąta rano w pierw­szy pią­tek paź­dzier­nika. Niebo po­kry­wała cienka war­stwa mgły, a słońce po­śród sza­ro­ści było jak roz­lana żółta farba. Amanda sprzą­tała u Tra­neu­sów od pół roku, od­kąd po­przed­nia sprzą­taczka po­szła na zwol­nie­nie le­kar­skie z po­wodu pro­ble­mów z ko­la­nami.

Miała zwy­czaj dzwo­nić dwa razy. Je­śli nikt nie otwie­rał, wcho­dziła do środka, wy­krzy­ki­wała po­wi­ta­nie i za­czy­nała pracę. Miała też klucz, na wy­pa­dek gdyby ni­kogo nie było w domu, ale od roz­po­czę­cia pracy mu­siała go użyć tylko raz.

Idąc do kuchni, krzyk­nęła: "dzień do­bry". Z szafki z przy­rzą­dami do sprzą­ta­nia wy­jęła od­ku­rzacz, ście­reczki, środki czysz­czące, mopa i gu­mowe rę­ka­wiczki, na­lała wody do pla­sti­ko­wego wia­dra i do­dała dwie po­kaźne dawki ajaxu.

To była do­bra fu­cha - u Tra­neu­sów ni­gdy nie trzeba było zbie­rać wielu rze­czy ani dużo sprzą­tać. Za­sta­na­wiała się, dla­czego Kri­stina Tra­neus nie robi tego sama. Prze­cież nie miała pracy, która za­bie­ra­łaby jej cały czas, a skoro i tak utrzy­my­wała jako taki po­rzą­dek... Cho­ciaż Amanda wie­działa, że to nie jej pro­blem, i była za­do­wo­lona, że ma tę pracę.

Wzięła od­ku­rzacz jedną ręką, wia­dro drugą, a mopa wci­snęła pod pa­chę. Zwy­kle za­czy­nała od­ku­rza­nie od sa­lonu i prze­cho­dziła przez cały dom. Na ko­niec zo­sta­wiała kuch­nię i to­a­lety. Naj­czę­ściej zaj­mo­wało jej to cztery go­dziny. Ła­twa ro­bota, ale ob­szerna.

Amanda po­czuła ten za­pach już w drzwiach do sa­lonu. Był słodki i na­tar­czywy, lekko mdlący, jak... no wła­śnie, co? Co­kol­wiek wy­dzie­lało ten za­pach, nie po­winno się tam znaj­do­wać. Może po pro­stu cięte kwiaty spę­dziły zbyt dużo czasu w tej sa­mej wo­dzie - cza­sem po­tra­fią cuch­nąć jak naj­bar­dziej nie­świeży od­dech. Ale zo­sta­wia­nie wa­zo­nów z ze­psutą wodą po kwia­tach nie było w stylu Kri­stiny Tra­neus.

Po chwili to zo­ba­czyła. Wia­dro z wodą wy­pa­dło jej z ręki. Nie mo­gąc się po­wstrzy­mać, zwy­mio­to­wała pro­sto na klu­bowy fo­tel obity sza­rym ak­sa­mi­tem.

8

Bam! Krzywo tra­fił w piłkę, po­sy­ła­jąc ją ostro w prawo za­miast do bramki, jak za­mie­rzał. Ko­le­dzy z prze­ciw­nej dru­żyny wy­szcze­rzyli zęby, za­do­wo­leni z tego nie­po­wo­dze­nia.

- Przy­nieś piłkę, Bro­man. Mu­sisz przy­nieść piłkę - stęk­nął czer­wony na twa­rzy Ove Gahn­ström, nad­bie­ga­jąc z po­zy­cji le­wego obrońcy. Spo­dzie­wał się ataku na bramkę.

W dupę się po­ca­łuj­cie, po­my­ślał Fre­drik, ale zro­bił do­brą minę do złej gry.

Ove, spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby już za­po­mniał o tym bla­mażu, wy­co­fał się do sie­bie. Na jego świeżo ostrzy­żo­nych wło­sach błysz­czał pot.

Ja­kiś fut­bo­lowy cym­bał wpadł na po­mysł, by za­czy­nać piątki od tre­nin­gów piłki noż­nej, w ra­mach od­miany od me­czów uni­ho­keja w bu­dynku X klubu spor­to­wego P18 w Visby. Piłka nożna nie była ulu­bio­nym spor­tem Fre­drika. Ni­gdy się nie za­przy­jaź­nił z fut­bo­lówką, w prze­ci­wień­stwie do wielu ko­le­gów nie grał w żad­nym klu­bie, je­dy­nie ko­pał piłkę na prze­rwach w szkole. Fut­bol fi­gu­ro­wał na­prawdę ni­sko na li­ście jego prio­ry­te­tów. Kiedy ka­nał TV4 emi­to­wał re­klamę te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych z Da­vi­dem Bec­kha­mem w roli głów­nej, Fre­drik nie roz­po­znał gwiazdy fut­bolu i zu­peł­nie nie zro­zu­miał prze­sła­nia, do­pa­tru­jąc się tam ja­kie­goś nie­ja­snego żartu z ge­jów.

Nie na­le­żał do mi­ło­śni­ków spor­tów dru­ży­no­wych. Wo­lał in­dy­wi­du­alne, na­wet te­nisa. Sporty dru­ży­nowe wy­zwa­lały w nim chęć, by mocno ko­goś kop­nąć w pisz­czel.

Grali na py­li­stym żwi­ro­wym pla­cyku mię­dzy szkołą Lyc­k?ker a ja­snymi bu­dyn­kami wie­lo­ro­dzin­nymi przy Gr?bo. Fre­drik zer­k­nął na ze­ga­rek. Zo­stał jesz­cze kwa­drans.

Si­mon nie­dawno za­czął tre­no­wać grę w piłkę czy też "w gałę", jak na­zy­wali to ko­le­dzy w jego wieku. Mimo braku en­tu­zja­zmu do tego sportu Fre­drik był za­do­wo­lony, że syn po­łknął bak­cyla. Dzięki temu miał tro­chę ru­chu, a poza tym zdo­był nie­kwe­stio­no­waną po­zy­cję w gru­pie. Dzie­wię­cio­letni chło­pak sta­wał się czę­ścią paczki dzięki piłce noż­nej i wie­dzy o dru­ży­nach i gwiaz­dach fut­bolu. Chyba nie dało się tego prze­sko­czyć.

Ove po­słał strzał nad po­przeczką. Roz­legł się chrzęst ogro­dze­nia za bramką.

Zo­stało dzie­sięć mi­nut. Obie­cali, że będą wię­cej się ru­szać, by Ove nie miał po­wodu do na­rze­kań. Po jego stro­nie nad­bie­gła Sara Oskars­son. W swo­jej zie­lo­nej, błysz­czą­cej ko­szulce spor­to­wej i z czar­nymi wło­sami, utrzy­my­wa­nymi w miej­scu przez dwie rów­nie czarne gumki, wy­glą­dała jak pro­fe­sjo­na­listka. W za­sa­dzie była dla niego za szybka, ale w przy­pły­wie szału udało mu się od niej uwol­nić. Wy­ko­nał ob­rót, by po­dać piłkę do Gu­stava Wal­lina, ale oka­zało się, że Gu­stav roz­ma­wia przez te­le­fon. Ktoś mu­siał wziąć tę rolę na sie­bie. Wszy­scy nie mo­gli odło­żyć te­le­fo­nów.

Sa­rze wy­star­czyło se­kun­dowe za­wa­ha­nie. Fre­drik usły­szał dy­sze­nie, po­czuł woń potu i znik­nęła mu z oczu wraz z piłką. Jed­nak se­kundę póź­niej mecz i tak był już za­koń­czony. Gu­stav uniósł rękę ni­czym ar­bi­ter, który chce od­gwiz­dać rzut wolny. Jesz­cze za­nim zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, można było za­uwa­żyć, że stało się coś po­waż­nego.

- Ro­bota! - krzyk­nął.

Zdy­szany Fre­drik ru­szył w stronę Gu­stava. Po nie­daw­nym zry­wie czuł ból w płu­cach. Gu­stav po­cze­kał, aż wszy­scy się zbiorą, a po­tem zdu­szo­nym gło­sem za­czął oma­wiać szcze­góły.

- Dwa trupy w go­spo­dar­stwie w Le­vide. Za­bój­stwa, to nie ulega wąt­pli­wo­ści.

Ko­le­dzy sku­pieni wo­kół Fre­drika w dal­szym ciągu dy­szeli. Sara się po­chy­liła i splu­nęła na żwir.

- Trzeba się prze­brać i je­chać - oznaj­mił Ove.

9

- Kto zło­żył za­wia­do­mie­nie? - za­py­tał Ove. Stał na trzesz­czą­cym par­kie­cie w prze­stron­nym sa­lo­nie. Ski­nął głową w kie­runku ra­dio­wozu sto­ją­cego na dzie­dzińcu.

Amanda Wahlby sie­działa z tyłu, wpa­trzona w za­głó­wek przed sobą. Przez otwarte drzwi wy­chy­lał się ko­lega Ovego w mun­du­rze, pró­bu­jąc z nią roz­ma­wiać.

- Tak - od­parł Fre­drik. - Za­dzwo­niła z te­le­fonu ko­mór­ko­wego, a kiedy po­ja­wił się pierw­szy czło­wiek, stała na dro­dze sto me­trów da­lej. Po­wie­działa, że nie ma od­wagi zo­stać przy domu.

- No tak - zgo­dził się Ove. - To zro­zu­miałe.

Ove był po­staw­nym męż­czy­zną, li­czą­cym metr sie­dem­dzie­siąt osiem wzro­stu i osiem­dzie­siąt pięć ki­lo­gra­mów wagi. Trzy­dzie­ści je­den lat wcze­śniej, gdy był ak­tyw­nym ho­ke­istą, wa­żył pra­wie tyle samo, ale wów­czas te ki­lo­gramy miały nieco inną ja­kość i były ina­czej roz­miesz­czone.

Spoj­rzał na dwa po­cięte ciała. Ko­bieta le­żała na pod­ło­dze przy so­fie, a męż­czy­zna w rogu po­koju, przy prze­wró­co­nym sto­liku i roz­bi­tej lam­pie ze srebr­nego szkła.

Do po­koju wcho­dziło się przez ja­dal­nię, która wy­glą­dała tak, jakby mo­gła po­mie­ścić dwa­dzie­ścia kilka osób. Po pra­wej stro­nie, tuż obok niego, stały dwa szare fo­tele przy ni­skim okrą­głym sto­liku z no­gami jak fi­lary. Blat był zdo­biony in­tar­sją z pa­li­san­dru przed­sta­wia­jącą dwa je­le­nie. W głębi po­koju stały dwie sofy i dwa fo­tele, wszyst­kie obite tym sa­mym ja­snym ma­te­ria­łem i ota­cza­jące wy­pu­co­wany na błysk stół z białą por­ce­la­nową mi­ską w cha­rak­te­rze je­dy­nej de­ko­ra­cji.

- Dużo krwi - stwier­dził Fre­drik.

- Tak, mu­siał zo­stać z niej cał­ko­wi­cie opróż­niony - do­dał Ove, wska­zu­jąc ciało w rogu.

Głowa męż­czy­zny, wi­sząca pod dziw­nym ką­tem z po­wodu w po­ło­wie od­cię­tej szyi, była kom­plet­nie zma­sa­kro­wana. Bra­ko­wało oczu, a z twa­rzy zo­stały tylko krew i głę­bo­kie rany. Dło­nie były od­cięte do po­łowy, a na resz­cie ciała było mnó­stwo dłu­gich, głę­bo­kich ran cię­tych. Z otwar­tej jamy brzusz­nej zwi­sała część na­rzą­dów. Fre­drik miał wra­że­nie, że na wy­wi­nię­tej otrzew­nej do­strzega skra­wek wą­troby, ale nie było ła­two stwier­dzić, co jest czym. Ciało było uło­żone we wręcz nie­wia­ry­god­nie du­żej ka­łuży za­schnię­tej krwi, a spodnie zo­stały za­bar­wione in­ten­sywną czer­wie­nią. Z ko­lei ciało ko­biety miało tylko jedno głę­bo­kie roz­cię­cie - bie­gnące przez klatkę pier­siową, tuż pod ser­cem. Rów­nież ona mocno krwa­wiła. Więk­szość krwi wchło­nął wielki per­ski dy­wan, który wy­glą­dał na obecny w ro­dzi­nie od po­ko­leń.

W po­wie­trzu czuć było woń wy­mio­cin i ze­psu­tego mięsa. Mgła na dwo­rze zgęst­niała, dzień stał się szary i po­nury.

Ove miał na so­bie zie­loną wia­trówkę i zno­szone dżinsy. Fre­drik zo­sta­wił swoją kurtkę w sa­mo­cho­dzie. Był ubrany w gra­na­tową ko­szulkę i dżinsy, rów­nie zu­żyte jak te Ovego. Służ­bowy pi­sto­let trzy­mał na pra­wym bio­drze. Obaj mieli na bu­tach ja­sno­nie­bie­skie ochra­nia­cze.

Kiedy Fre­drik zo­ba­czył przed sobą ciała, jak zwy­kle w ta­kich sy­tu­acjach ude­rzyła go myśl, jak są za­pad­nięte i po­sza­rzałe. Wszyst­kie próby upo­zo­ro­wa­nia śmierci w fil­mie i te­le­wi­zji w po­rów­na­niu z rze­czy­wi­sto­ścią były pełne ży­cia. Praw­dziwi umarli naj­bar­dziej przy­po­mi­nali od­pady. Brzmiało to po­gar­dli­wie, ale wła­śnie taka myśl prze­mknęła mu przez głowę: są jak śmieci. Wszel­kie ży­cie z nich uszło. Le­żące na po­sadzce ciała w bar­dzo nie­wiel­kim stop­niu ko­ja­rzyły się z tym co ludz­kie. Po­nura per­spek­tywa, ale wła­śnie ona po­zwa­lała znieść ich wi­dok.

Fre­drik pod­niósł wzrok znad dwóch ciał i wyj­rzał przez okno z wi­do­kiem na tyły bu­dynku. Zo­ba­czył za­dbane pa­stwi­sko z wy­so­kim ogro­dze­niem, a na pierw­szym pla­nie ro­do­den­drony i ścięte póź­no­let­nie kwiaty, le­żące w su­chych sto­sach obok se­ka­tora z ja­skra­wo­czer­wo­nym uchwy­tem. Traw­nik był równy i bujny, miał in­ten­syw­nie zie­lony ko­lor.

- Mnó­stwo krwi i mnó­stwo pie­nię­dzy - po­wie­dział Ove.

Nie po­trzeba było re­gu­lar­nej lek­tury ko­lo­ro­wych ma­ga­zy­nów wnę­trzar­skich, by zro­zu­mieć, że Tra­neu­so­wie byli do­brze sy­tu­owani. Miesz­kali w du­żym domu i wy­glą­dało na to, że ktoś za­in­we­sto­wał czas, wy­si­łek i masę pie­nię­dzy w urzą­dze­nie po­koi. Przy­naj­mniej na ile Fre­drik i Ove zdą­żyli się zo­rien­to­wać. Wszystko zo­stało do­pa­so­wane ko­lo­ry­stycz­nie i prze­my­ślane we wszyst­kich szcze­gó­łach. Nie było żad­nych wkrę­tów im­bu­so­wych ko­ja­rzą­cych się z Ikeą i sa­mo­dziel­nym mon­ta­żem.

- My­ślisz o za­bój­stwach na tle ra­bun­ko­wym? - spy­tał Fre­drik.

- Tak - od­parł z pew­nym ocią­ga­niem Ove. - Ale nie wiem, jak to wszystko ze sobą po­łą­czyć.

Znów wska­zał zma­sa­kro­wa­nego męż­czy­znę.

Ove miał ra­cję. Ko­bieta miała tylko jedną ranę klatki pier­sio­wej, ale jak wy­tłu­ma­czyć wście­kłość wy­mie­rzoną w męż­czy­znę?

- Nie­spo­dzie­wany opór, nie­zrów­no­wa­żony wła­my­wacz - pod­su­nął Fre­drik.

- Nie­zrów­no­wa­żony - po­wtó­rzył Ove i po­kle­pał się dło­nią w klatkę pier­siową. - Jak cho­lera.

Roz­le­gły się kroki na par­kie­cie i do po­koju wszedł Gu­stav Wal­lin. Było to nieco ko­miczne wej­ście. Miał na so­bie do­brze skro­jony ciem­no­brą­zowy gar­ni­tur w dys­kretną czarną kratkę, który kiep­sko pa­so­wał do ja­sno­nie­bie­skich ochra­nia­czy na buty.

- Są­dzi­cie, że ko­nie po­trze­bują wody? No bo skoro ci tu­taj le­żeli od kilku...

Na wi­dok ciał Gu­stav umilkł.

- Ktoś nad tym pra­cuje - od­parł Ove.

Gu­stav w dal­szym ciągu nic nie mó­wił. Pierw­szy rzut oka na ciała uci­szył także Fre­drika. Trupy były szare i nieme, ale za to po­kój aż krzy­czał, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie całą bru­tal­ność i nie­na­wiść, która mu­siała eks­plo­do­wać w sprawcy.

- Wiemy, kim oni są? - za­py­tał w końcu Gu­stav.

- Ko­bieta to Kri­stina Tra­neus, za­mel­do­wana pod tym ad­re­sem, a je­śli cho­dzi o męż­czy­znę...

Fre­drik za­wie­sił głos. Zma­sa­kro­wane zwłoki mó­wiły same za sie­bie.

- Sprzą­taczka roz­po­znała Kri­stinę Tra­neus, ale nie po­tra­fiła po­wie­dzieć, kim jest męż­czy­zna - cią­gnął. - Rzu­ciła tylko na niego okiem i ra­czej nie bę­dzie miała na­stroju, by wró­cić i bli­żej mu się przyj­rzeć.

- Hmm, trudno się dzi­wić - mruk­nął Gu­stav. - Ale ist­nieje chyba ja­kiś pan Tra­neus?

- Tak. Arvid Tra­neus. Sprzą­taczka twier­dzi, że mają dwoje dzieci. Żadne z nich nie mieszka z nimi w domu.

- Czyli do­brze się do­my­ślam, że to Arvid tam leży? - spy­tał Gu­stav, marsz­cząc czoło.

- Tak, tak - od­parł Ove, prze­cią­ga­jąc dłoń po czar­nych, krótko przy­strzy­żo­nych wło­sach, do któ­rych naj­wy­raź­niej nie zdą­żył się przy­zwy­czaić.

Gu­stav zro­bił krok w bok.

- Można się tu do­stać na trzy spo­soby. Są dwie drogi z pół­nocy i jedna z po­łu­dnia - ta, którą sami przy­je­cha­li­śmy.

Ove pod­niósł na niego wzrok.

- Ide­alne miej­sce na do­ko­na­nie za­bój­stwa.

Gu­stav ski­nął głową i po­now­nie spu­ścił wzrok na ciała. Dłuż­szą chwilę stali kom­plet­nie nie­ru­chomo. Nad­le­ciała mu­cha i usia­dła na ra­mie­niu zmar­łej. Ove ją od­go­nił.

- Wście­kłość... nie­mal sza­leń­stwo i spora siła - pod­su­mo­wał Gu­stav.

- Wiele za­leży od na­rzę­dzia - stwier­dził Fre­drik.

- Od na­rzę­dzia?

- Tak. Lu­dzie rzadko bie­gają z mie­czem, więc je­śli nie mamy do czy­nie­nia z wa­ria­tem, po­winno ist­nieć ja­kieś na­rzę­dzie.

Na­gle coś za­kłó­ciło ich kon­cen­tra­cję. Ja­kiś głos mó­wiący o wiele za gło­śno i stopy po­ru­sza­jące się zbyt szybko, by pa­so­wało to do zwy­czaj­nej pracy na miej­scu zbrodni. Wszy­scy troje za­re­ago­wali jed­no­cze­śnie, od­wró­cili się w kie­runku przed­po­koju i drzwi. Ktoś szar­pał za klamkę.

- Puść­cie mnie! Puść­cie!

Po­trzeba było dwóch sil­nych po­li­cjan­tów, by utrzy­mać męż­czy­znę, wy­glą­da­ją­cego na sie­dem­dzie­siąt kilka lat. Za­party sto­pami, rzu­cał się do przodu, a brą­zową za­mszową kurtkę miał za­rzu­coną na ra­miona.

- Chcę wejść.

Wy­trzesz­czone oczy były utkwione w domu i nie wi­działy nic oprócz drzwi, które wła­śnie za sobą za­mknął Ove. Męż­czy­zna był blady jak ściana i tylko na jego szyi wid­niały małe czer­wone plamy. Od­dy­chał z wy­sił­kiem i dy­szał.

Ove, Gu­stav i Fre­drik pod­bie­gli do ko­le­gów zma­ga­ją­cych się z męż­czy­zną. Fre­drik pró­bo­wał po­chwy­cić jego spoj­rze­nie, sta­nął mu na dro­dze, ale tam­ten pa­trzył przez niego na wy­lot.

- Dla­czego chce pan tu wejść? - spy­tał Fre­drik, ale si­wo­włosy nie re­ago­wał.

- Pro­szę od­po­wie­dzieć na py­ta­nie - do­dał Gu­stav.

- Pró­bo­wa­li­śmy - wy­dy­szał je­den z ko­le­gów, któ­rzy usi­ło­wali unie­ru­cho­mić męż­czy­znę.

Si­wo­włosy za­czął wy­ko­ny­wać głową ru­chy w bok - w kie­runku dwóch sa­mo­cho­dów sto­ją­cych na pod­jeź­dzie do ga­rażu.

- To prze­cież jego sa­mo­chód. Tam stoi, nie ro­zu­mie­cie? Je­śli on jest w środku, za­biję skur­wy­syna, za­biję go.

Męż­czy­zna do­no­śnie krzy­czał, ale było sły­chać, że jego głos w każ­dej chwili może się za­ła­mać z roz­pa­czy.

Ove zro­bił zmę­czoną minę.

- Wnie­ście go do sa­mo­chodu i niech tam sie­dzi, do­póki się nie uspo­koi.

Ko­le­dzy ner­wowo ski­nęli gło­wami i z wy­sił­kiem po­cią­gnęli opie­ra­ją­cego się, wierz­ga­ją­cego no­gami męż­czy­znę do ra­dio­wozu. Przy uży­ciu umiar­ko­wa­nej siły udało im się go umie­ścić na tyl­nym sie­dze­niu. Gu­stav po­szedł za nimi i otwo­rzył przed­nie drzwi po stro­nie pa­sa­żera. Zaj­rzał do środka.

- Kto we­dług pana jest w domu? - spy­tał spo­koj­nie nie­mal szep­tem.

- Mój syn. To prze­cież jego auto. To jego sa­mo­chód tam stoi.

Męż­czy­zna na­gle za­czął mó­wić bła­gal­nym gło­sem, jakby chciał, by pię­ciu ota­cza­ją­cych go po­li­cjan­tów za­pro­te­sto­wało. Aby go prze­ko­nali, że się po­my­lił, wsa­dzili do sa­mo­chodu i za­brali z tego miej­sca.

Fre­drik i Ove mil­czeli, sto­jąc z boku. Nie chcieli prze­szka­dzać, skoro Gu­stav naj­wy­raź­niej na­wią­zał z nim kon­takt.

- Kim jest pań­ski syn? - za­py­tał.

Męż­czy­zna od­po­wie­dział do­piero po chwili, jakby nie do końca ro­zu­miał, że ocze­kuje się od niego po­da­nia na­zwi­ska. Głos do­bie­gał z sa­mo­chodu przy­tłu­miony. Gu­stav zro­zu­miał tylko "Tra­neus". Wsu­nął głowę głę­biej do sa­mo­chodu.

- Arvid Tra­neus? - za­py­tał.

Można było od­nieść wra­że­nie, że na­ci­snął ja­kiś gu­zik. Męż­czy­zna rzu­cił się do drzwi i usi­ło­wał wyjść z sa­mo­chodu. Kiedy zro­zu­miał, że drzwi są za­mknięte, pró­bo­wał się prze­ci­snąć mię­dzy fo­te­lami z przodu, ale po­wstrzy­mał go funk­cjo­na­riusz znaj­du­jący się w sa­mo­cho­dzie.

- Arvid! Je­śli tam jest mój syn, je­śli w domu leży mar­twy An­ders, to zna­czy, że to on. Arvid jest sprawcą. Je­śli w domu prze­bywa mój syn, to za­bił go Arvid. Jest zdolny do wszyst­kiego, na­prawdę do wszyst­kiego...

Gu­stav spoj­rzał na Fre­drika i Ovego, ale nic w ich oczach nie zdra­dzało, by z wy­po­wie­dzi męż­czy­zny zro­zu­mieli wię­cej niż on.

- Czyli nie jest pan oj­cem Arvida Tra­neusa? - spró­bo­wał.

- Ja? - wy­pa­lił męż­czy­zna i splu­nął na pod­łogę.

Gu­stav się wzdry­gnął.

- To bez sensu - mruk­nął.

- Arvid! - syk­nął męż­czy­zna. - Arvid! Tam ma­cie wa­szego mor­dercę.

Gu­stav za­trza­snął drzwi. Od­wró­cili się ple­cami do ra­dio­wozu, czu­jąc ulgę, że nie mu­szą w nim sie­dzieć z czło­wie­kiem, który do­stał ataku wście­kli­zny.

- Jak on się tego, do cho­lery, do­wie­dział? - za­py­tał Fre­drik.

- Nie na­leży lek­ce­wa­żyć go­tlandz­kich tam-ta­mów - od­parł Ove.

Fre­drik przyj­rzał się czło­wie­kowi wi­docz­nemu mię­dzy od­bi­ciami w bocz­nej szy­bie ra­dio­wozu.

- Po pro­stu się za­sta­na­wiam, jak to moż­liwe, że po usły­sze­niu tej po­gło­ski na­tych­miast po­biegł do sa­mo­chodu i przy­je­chał tu­taj, żeby się do­wie­dzieć, czy to jego syn zo­stał za­mor­do­wany.

Nie­dziela, 29 paź­dzier­nika, szpi­tal Ka­ro­lin­ska, Solna

Sara Oskars­son, sto­jąc ple­cami do Fre­drika, spo­strze­gła, że drzwi szpi­tal­nej sali się otwie­rają, miękko i bez­gło­śnie. Od wcze­snego dzie­ciń­stwa żyła z prze­ko­na­niem, że szpi­tale mają spe­cy­ficzny, nie­ko­niecz­nie przy­jemny za­pach. Tym ra­zem uświa­do­miła so­bie na­gle, że nie czuje nic. Szpi­tal był sta­ran­nie wy­sprzą­tany, wolny od ku­rzu i bez­wonny.

Wy­czuła od­dech Fre­drika i się od­wró­ciła. Pa­trzył na nią. Zro­biła kilka kro­ków w stronę nóg łóżka, mi­gnęło jej wła­sne od­bi­cie w lu­strze - czarne włosy, które za­pu­ściła do ra­mion. Fre­drik śle­dził ją wzro­kiem. To mu­siał być do­bry znak. Oczy­wi­ście po­zo­sta­wało jesz­cze py­ta­nie, czy ją roz­po­znał, czy po pro­stu zo­ba­czył ruch.

Le­ka­rze nie mó­wili nic kon­kret­nego. Z ich słów można było wy­wnio­sko­wać za­równo, że cał­kiem wy­zdro­wieje, jak i że po­zo­sta­nie na po­zio­mie, na któ­rym był obec­nie. Mózg do­świad­czył szoku i na­pię­cia. Na ra­zie nie dało się stwier­dzić, czy wy­stą­pią w nim nie­od­wra­calne zmiany. Jak do­tąd wszystko szło we wła­ści­wym kie­runku.

Głowa Fre­drika była ogo­lona po le­wej stro­nie. Jesz­cze nie­za­go­joną ranę po ope­ra­cji za­kry­wały kom­pres i biały ban­daż owi­nięty wo­kół głowy jak apaszka u ja­poń­skiego su­shi ma­stera. Na to na­cią­gnięte było coś w ro­dzaju pół­prze­zro­czy­stej skar­pety, która ko­ja­rzyła się z ja­kimś cool ra­pe­rem. Tyle że Fre­drik nie wy­glą­dał szcze­gól­nie cool. Mimo to ta­kie my­śli po­ma­gały. Uła­twiały pa­trze­nie na niego.

Fre­drik był jed­nym z jej naj­bliż­szych ko­le­gów z pracy, na­pły­wo­wym sztok­holm­czy­kiem tak samo jak ona. Kiedy była nowa w Visby, po­do­bało jej się, że może z kimś po­roz­ma­wiać bez obaw, że na­dep­nie na od­cisk ja­kimś bu­ra­kom. Zdą­żyła bo­wiem za­uwa­żyć, że o to nie­trudno. Nie tyle wśród ko­le­gów, ile w in­nych sy­tu­acjach. Jako miesz­kanka kon­ty­nentu i pra­cow­nica służb spo­ty­kała się cza­sem z po­dwój­nym opo­rem.

Nie była już taka pewna Go­tlan­dii. Po pierw­szym, peł­nym en­tu­zja­zmu roku po­ja­wiły się trud­no­ści. Praca nie sta­no­wiła pro­blemu, Sara do­brze się w niej czuła. W po­cząt­ko­wym okre­sie miała obawy, że przy­padną jej zbyt try­wialne obo­wiązki służ­bowe, ale z per­spek­tywy czasu była zda­nia, że przy­da­łoby się mniej dra­ma­ty­zmu. Dwa lata wcze­śniej zna­la­zła się w in­nej sali szpi­tal­nej przed łóż­kiem ko­legi, który le­żał ze zła­maną ręką i ob­ra­że­niami na ca­łym ciele po wy­bu­chu bomby na po­kła­dzie jed­nego z pro­mów.

Ko­muś z ze­wnątrz jej ży­cie poza ko­mi­sa­ria­tem mo­głoby się wy­da­wać nie ta­kie złe. Po­znała sporo osób, miała za sobą zwią­zek, a ostat­nio za­częła się spo­ty­kać bar­dziej re­gu­lar­nie z pew­nym męż­czy­zną.

Mimo wszystko do­sta­nie się do to­wa­rzy­stwa wciąż było trudne. Ist­niała za­sad­ni­cza róż­nica mię­dzy mia­stem a wsią - czy ra­czej ma­łym mia­stecz­kiem, je­śli mowa o Visby. Więk­szość miesz­kań­ców du­żych miast też nie ma ko­rzeni i zmaga się ze stre­sem. Wpraw­dzie czę­sto po­chop­nie skre­ślają lu­dzi, ale są też cie­kawi i otwarci na pró­bo­wa­nie no­wych rze­czy. W du­żym mie­ście ży­cie może ulec zmia­nie w jed­nej chwili, a tu­taj zmiany za­cho­dzą naj­wy­żej raz na pięć lat. Dla­tego sztok­holm­czy­kom ła­twiej się od­na­leźć w Am­ster­da­mie, Ber­li­nie czy Ko­pen­ha­dze niż w Visby. Tu jest tak wiele dłu­go­trwa­łych więzi mię­dzy­ludz­kich. Jakby wszystko zo­stało za­pi­sane w ka­mie­niu. W po­je­dynkę nie da się go na­wet dra­snąć. Z młod­szymi było ła­twiej, ale miała już trzy­dzie­ści cztery lata i nie mo­gła bez końca za­da­wać się z dwu­dzie­sto­sied­mio­lat­kami.

Nie twier­dziła, że ży­cie w du­żym mie­ście jest lep­sze od ży­cia w ma­łym, ale w Sztok­hol­mie miesz­kało się ina­czej niż w Visby i wła­śnie do tej in­no­ści przy­wy­kła. Moż­liwe, że na po­nowną na­ukę było już za późno.

Fre­drik wy­rwał ją z za­my­śle­nia, bo na­gle za­czął mam­ro­tać długą wią­zankę słów.

- Co? - ode­zwała się bez na­my­słu Sara.

Jego słowa do sie­bie nie pa­so­wały, nie two­rzyły żad­nego sensu. Czy to w ogóle była próba po­wie­dze­nia cze­goś zro­zu­mia­łego?

Na swoje "co" nie do­stała żad­nej od­po­wie­dzi.

Jesz­cze nie­dawno było dla niej oczy­wi­ste, że po­winna usiąść przy łóżku i mó­wić do Fre­drika, ale gdy byli w po­koju tylko we dwoje, czuła się nie­pew­nie. Sy­tu­acja na­tych­miast za­czy­nała być nie­zwy­kle in­tymna.

Za­pro­po­no­wała Ninni, że przez chwilę po­sie­dzi z Fre­dri­kiem, żeby ona w tym cza­sie mo­gła zejść na kawę, za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza czy co tam so­bie chce. Przez chwilę ża­ło­wała, że zło­żyła tę pro­po­zy­cję. Po... jak by to na­zwać... przy­go­dzie? Skoku w bok? - z Evą Kar­lén by­łoby dziwne, gdyby Ninni czuła się kom­for­towo przy jego ko­le­żan­kach. Naj­wy­raź­niej jed­nak do­brze ją oce­niła, bo tylko ski­nęła głową i uśmiech­nęła się do niej z wdzięcz­no­ścią.

Sara mu­siała oczy­wi­ście ją okła­mać, ale po­słu­żyła się tym sa­mym bia­łym kłam­stwem, które wcze­śniej za­ser­wo­wała wszyst­kim oprócz Görana Eidego. Nic jej nie cią­żyło na su­mie­niu.

10

Gu­stav pro­wa­dził, a Fre­drik sie­dział z tyłu, obok męż­czy­zny, który jesz­cze nie­dawno tak się wście­kał. Zi­den­ty­fi­ko­wali go jako Ru­nego Tra­neusa. Je­chali do domu jed­nej z jego wnu­czek - So­fii Tra­neus-He­lin. Miesz­kała w mie­ście - to zna­czy w Visby - na Gr?bo.

Rune Tra­neus zaj­mo­wał miej­sce obok Fre­drika i zwie­siw­szy głowę, wpa­try­wał się w swoje dło­nie - uło­żone w łó­deczki jedna na dru­giej. Był rów­nie nie­spo­kojny jak chwilę wcze­śniej przed do­mem, a poza tym zgar­biony i za­mknięty w so­bie.

Fre­drik z na­ra­sta­jącą pa­niką my­ślał, co po­wie So­fii Tra­neus. To było na­wet gor­sze niż przy­cho­dze­nie z in­for­ma­cją o śmierci: mu­siał ją po­in­for­mo­wać, że jej tata być może zmarł, ale nie są co do tego pewni.

Oczy­wi­ście nie dało się tego zro­bić. Mu­siał się opie­rać na re­ak­cji Ru­nego. Zna­leźli mar­twego męż­czy­znę, dzia­dek So­fii z ja­kie­goś po­wodu po­dej­rze­wał, że to jego syn, a jej oj­ciec. Nie, to też nie było do­bre. Poza tym mieli jesz­cze sa­mo­chód. Wpi­sali go w wy­szu­ki­warkę i rze­czy­wi­ście: oka­zało się, że na­le­żał do An­dersa Tra­neusa.

- Co pana skło­niło do przy­jazdu tu­taj? - pod­jął próbę Fre­drik.

Rune Tra­neus nie od­po­wie­dział.

- Skąd miał pan pew­ność, że znaj­dzie tu swo­jego syna?

Ci­sza. Czy on go w ogóle usły­szał? Wy­da­wało się, że prze­bywa gdzieś zu­peł­nie in­dziej.

Do­tarli do Visby, skrę­cili na Gr?bo po­mię­dzy skle­pem Ica a kio­skiem Si­bylla i za­trzy­mali się na Al­léga­tan, przed jed­nym z po­ma­lo­wa­nych w pa­ste­lowe pro­sto­kąty do­mów sze­re­go­wych z lat pięć­dzie­sią­tych. Po dru­giej stro­nie ulicy znaj­do­wał się sze­reg willi z czer­wo­nej ce­gły. Wszyst­kie wy­glą­dały tak samo.

Fre­drik sły­szał miesz­kań­ców Visby ma­wia­ją­cych: "Je­śli czło­wiek wy­lą­duje w Gr?bo, ni­gdy się stąd nie wy­do­sta­nie", a po­tem na­rze­ka­ją­cych, że ta dziel­nica jest tak da­leko od cen­trum. To prawda, że nikt tu nie przy­jeż­dżał, je­śli nie miał do za­ła­twie­nia kon­kret­nej sprawy, ale do cen­trum szło się nie­wiele dłu­żej niż na przy­kład z Öster, a jego zda­niem oko­lica była cał­kiem przy­jemna.

Praw­do­po­dob­nie to nie uro­cze za­bu­do­wa­nia z lat pięć­dzie­sią­tych są przy­czyną ne­ga­tyw­nych opi­nii, lecz bu­dynki miesz­kalne z lat sie­dem­dzie­sią­tych w cen­trum Gr?bo, po­my­ślał Fre­drik, dzwo­niąc do miesz­ka­nia Tra­neus-He­lin.

Ko­bieta, która otwo­rzyła drzwi, wy­glą­dała na dwa­dzie­ścia pięć-trzy­dzie­ści lat i mo­głaby być mo­delką w re­kla­mie cze­goś ty­powo szwedz­kiego albo wzbu­dzać ta­kie sko­ja­rze­nia. Była wy­soka i chuda, ale mimo to miała so­lidną po­stawę. Ja­sno­włosa, nie­bie­sko­oka, o zde­cy­do­wa­nych ustach, strze­gą­cych rów­nych bia­łych zę­bów. Na ręce trzy­mała dwu­mie­sięczne dziecko. Na­gie, je­śli nie li­czyć pie­luszki. W głębi miesz­ka­nia zza drzwi wy­glą­dała za­cie­ka­wiona dziew­czynka w wieku około trzech lat.

- Pra­dzia­dek! - za­wo­łała i po­pę­dziła do nich, ale mniej wię­cej w po­ło­wie drogi zwol­niła, a po­tem przy­sta­nęła nie­pewna i wy­raź­nie wy­stra­szona - przez nie­zna­jo­mych albo przez to, że wy­da­wało się, że pra­dzia­dek nie zwraca na nią uwagi.

Rune Tra­neus spoj­rzał na pra­wnuczkę pu­stym wzro­kiem.

- Dziadku, o co cho­dzi? - za­py­tała So­fia Tra­neus, a kiedy zro­zu­miała, że nie otrzyma od­po­wie­dzi, od­wró­ciła się do Fre­drika z py­ta­ją­cym wy­ra­zem twa­rzy.

Fre­drik i Gu­stav wy­jęli już iden­ty­fi­ka­tory i się przed­sta­wili.

- Skoro przy­cho­dzi­cie, za­kła­dam, że wy­da­rzyło się coś okrop­nego. Coś, o czym nie chcia­ła­bym sły­szeć - po­wie­działa So­fia.

Lekko unio­sła dziecko i przy­ci­snęła je moc­niej do sie­bie.

- Wy­da­rzyło się coś po­waż­nego, ale nie wiemy, czy ma to zwią­zek z wami. Przy odro­bi­nie po­mocy pew­nie to usta­limy - rzekł Fre­drik. - Mo­żemy na chwilę wejść?

- Tak, tak. Wchodź­cie - od­parła So­fia.

Fre­drik spo­strzegł zmianę w jej oczach. Po­cząt­kowe za­gu­bie­nie ustą­piło miej­sca prze­czu­ciu ka­ta­strofy. Spoj­rze­nie So­fii stało się jed­no­cze­śnie zwró­cone do we­wnątrz i zu­peł­nie na­gie. Już wiele razy wi­dział taką trans­for­ma­cję.

We­szli ra­zem do sło­necz­nej kuchni. Dziew­czynka mocno się trzy­mała ma­mi­nych dżin­sów na wy­so­ko­ści zgię­cia w ko­la­nie. Po­sa­dzili Ru­nego Tra­neusa na jed­nym z krze­seł przy stole w kuchni, a po­tem Fre­drik szybko przed­sta­wił sprawę w jak naj­de­li­kat­niej­szej i naj­bar­dziej nie­zro­zu­mia­łej dla trzy­let­niej dziew­czynki wer­sji.

- Pani dzia­dek naj­wy­raź­niej są­dzi, że wśród za­bi­tych może być pani oj­ciec. Nie do końca wiemy dla­czego. Nic na to nie wska­zuje.

Rune Tra­neus po­woli po­krę­cił głową. Naj­wi­docz­niej przy­swoił coś z ich słów. So­fia spoj­rzała na niego błysz­czą­cymi oczami i opa­dła na krze­sło na­prze­ciwko.

- Dziadku? - wy­szep­tała.

Fre­drik nie wspo­mniał, że sa­mo­chód An­dersa Tra­neusa stał za­par­ko­wany przed do­mem. Nie było po­wodu, by te­raz to wy­cią­gać. So­fia Tra­neus już i tak była wy­star­cza­jąco za­nie­po­ko­jona.

- Nie wie pani, skąd się u niego wzięła taka myśl?

So­fia pod­nio­sła wzrok na Fre­drika. Było ja­sne, że nie ma bla­dego po­ję­cia.

Dziew­czynka wczoł­gała się na jej ko­lana - ko­bieta nie po­my­ślała o tym, by jej po­móc, i wkrótce sie­działa ob­cią­żona dwójką dzieci. Trzy­latka oparła głowę o piersi mamy, ści­snęła ją za ra­mię i ukrad­kiem zer­kała na pra­dziadka.

- Mamo? Mamo?

- Tak, skar­bie, wszystko jest do­brze. Mama tylko chwilę po­roz­ma­wia z wuj­kami.

Fre­drik po­pa­trzył na sie­dzą­cych przy stole przed­sta­wi­cieli trzech po­ko­leń i zre­zy­gno­wał z wszel­kich am­bi­cji na­ka­zu­ją­cych urzą­dzić ko­bie­cie prze­słu­cha­nie z praw­dzi­wego zda­rze­nia. To nie był od­po­wiedni mo­ment.

- Ma pani zdję­cie taty? W miarę nowe. Bar­dzo by nam po­mo­gło - po­wie­dział, jed­no­cze­śnie roz­wa­ża­jąc w my­ślach, czy rze­czy­wi­ście będą mieli ja­kiś po­ży­tek ze zdję­cia, skoro twarz męż­czy­zny była tak po­cięta.

So­fia ski­nęła głową i wstała. Dziew­czynka zsu­nęła się z jej ko­lan i chwy­ciła obu­rącz jej prawą nogę.

- Coś chyba mam.

Ru­szyła do drzwi po­koju, a córka wcze­piła się jej w nogę jak małpka.

- Emma, prze­stań - po­wie­działa bez­rad­nie So­fia i czła­pała da­lej.

Fre­drik i Gu­stav wy­mie­nili spoj­rze­nia. W tej sa­mej chwili roz­legł się huk. To Rune Tra­neus z wielką siłą wal­nął pię­ścią w stół.

- Ten skur­wiel. Ka­wał skur­wiela z niego. Tak jak z jego prze­klę­tego ojca. Mor­derca.

- Mamo! - roz­legł się prze­ra­ża­jący okrzyk Emmy z po­koju obok, a po­tem dziew­czynka za­częła gło­śno wyć.

Rune Tra­neus stał wpa­trzony we Fre­drika i Gu­stava, wy­krzy­ki­wał słowa, które jed­nak nie sta­wały się krzy­kiem, jakby na­po­ty­kały opór, w wiel­kich, cięż­kich mę­czar­niach.

Gu­stav był już przy Ru­nem, aby - je­śli to się okaże ko­nieczne - stłu­mić wy­buch po­dobny do tego, który wi­dzieli przed do­mem. Jed­nak było już po wszyst­kim. Rune Tra­neus sta­nął jak wryty, to­czył sko­ło­wa­nym wzro­kiem, a jego sina dolna warga drżała. Stary, wą­tły czło­wiek. Gu­stav ostroż­nie chwy­cił jego wy­cią­gniętą lewą rękę i po­mógł mu z po­wro­tem usiąść.

- Pójdę tam - po­wie­dział ła­god­nie Fre­drik.

Kiedy wszedł do sa­lonu, zo­ba­czył ku­ca­jącą So­fię Tra­neus, która pró­bo­wała po­cie­szyć wcze­pioną w nią szlo­cha­jącą córkę. Po­liczki ma­łej były czer­wone od pła­czu.

So­fia pod­nio­sła na niego wzrok. Pa­trzyła ner­wowo sze­roko otwar­tymi oczami.

- Nic złego się nie dzieje - oznaj­mił. - Przy­naj­mniej na ra­zie... Rune był jed­nak bar­dzo wzbu­rzony, kiedy przy­szedł do domu. Da pani so­bie radę? Może jest ktoś, kto mógłby pani po­móc? A może... po­win­ni­śmy go za­brać? W sen­sie: do le­ka­rza.

- Dam so­bie radę - od­parła po krót­kim za­sta­no­wie­niu So­fia. - Za­dzwo­nię do męża. Bę­dzie tu w ciągu pię­ciu mi­nut.

- A Rune?

- Niech le­piej zo­sta­nie.

Umil­kła.

- Zdję­cie - przy­po­mniał Fre­drik po chwili. - Je­śli można - do­dał, zer­ka­jąc na dzieci. - Za­wsze mo­żemy wziąć pasz­por­towe.

- Nie, nie, mam je.

Udało jej się uwol­nić od Emmy i po­sa­dziła ją na so­fie obok ma­lu­cha. Dziew­czynka zo­stała na miej­scu, a So­fia szyb­kim kro­kiem po­de­szła do re­gału z książ­kami i otwo­rzyła dolną szafkę.

- Tu­taj - po­wie­działa i wró­ciła z otwar­tym al­bu­mem opra­wio­nym w bor­dową imi­ta­cję skóry.

Było tam gru­powe zdję­cie przed­sta­wia­jące pięć osób w rów­nym rzę­dzie. Fre­drik na­tych­miast roz­po­znał So­fię i Ru­nego. W jego oczach ko­bieta obok niego nie była wiele star­sza od dziew­czyny na zdję­ciu, mo­gła mieć osiem­na­ście-dzie­więt­na­ście lat.

- Wpraw­dzie zo­stało zro­bione pięć lat temu, ale od tego czasu tata nie­wiele się zmie­nił. Oprócz niego są tu mój brat i mama. Zro­bi­li­śmy je na uro­dzi­nach taty. Dwa mie­siące póź­niej się roz­wie­dli.

Wsu­nęła po­ma­lo­wany pa­zno­kieć pod kra­wędź zdję­cia.

- Cie­kawe tylko, czy uda mi się je od­cze­pić.

Fre­drik już miał za­pro­po­no­wać, że po­ży­czy cały al­bum, żeby nie mu­siała go nisz­czyć, gdy ode­rwała zdję­cie od czar­nego kar­tonu.

Po­dała mu je. Wziął je do ręki, pró­bu­jąc nie do­ty­kać błysz­czą­cej po­wierzchni - bar­dziej z sza­cunku dla So­fii niż z tro­ski o zdję­cie.

- Czy pani tata nie ma ja­kichś zna­ków szcze­gól­nych, o któ­rych pani wia­domo? Cho­dzi mi o bli­zny, ta­tu­aże, ta­kie rze­czy.

Wy­buch­nęła śmie­chem.

- Ta­tu­aże?

- Na przy­kład.

Po­krę­ciła głową i spoj­rzała na Fre­drika nieco scep­tycz­nie, jakby pro­sił ją o coś nie­sto­sow­nego.

- O to chyba le­piej spy­tać mamę.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Nie­dziela, 22 paź­dzier­nika, szpi­tal Ka­ro­lin­ska, Solna

Uno­sił się w ciem­no­ści, roz­ko­ły­sany i po­zba­wiony cię­żaru, po­śród cze­goś, co było nie tylko nocą. Świat nie miał końca ani po­czątku. Gę­sta czerń mo­gła być wła­śnie ni­co­ścią. A jed­nak ist­niał, miał świa­do­mość ru­chu i ko­ły­sząc się, su­nął przez po­kój. Albo w próżni.

Czy to było do­świad­cze­nie śmierci? Czyżby wła­śnie tak wy­glą­dało ba­lan­so­wa­nie na gra­nicy ży­cia i śmierci? Na ziemi ni­czy­jej, gdzie czło­wiek nie jest ani żywy, ani mar­twy? Czy po pro­stu umarł? Nie było mu nie­przy­jem­nie, nie czuł bólu ani w ogóle ni­czego prócz wra­że­nia, że się ko­ły­sze w wiel­kiej czar­nej prze­strzeni. Czy kiedy ten ruch do­bie­gnie końca, on prze­sta­nie ist­nieć? Czy ten ruch ozna­cza ży­cie? Koń­cówkę ży­cia? Ale prze­cież w jego gło­wie za­cho­dziły pro­cesy my­ślowe. A skoro tak, to na pewno żył. Prawda? Kiedy się za­sta­no­wił, o czym my­śli, do­szedł do wnio­sku, że o czymś in­nym niż huś­ta­nie. Czy to w ogóle może się li­czyć jako myśl? Nie ma nic wię­cej? Żad­nych in­nych my­śli, które są nim? Pró­bo­wał, pró­bo­wał... Ale jak można pró­bo­wać? To nie­moż­liwe. Ist­niały tylko noc i ruch.

An­to­nia Ca­pucci i druga pie­lę­gniarka, w tym sa­mym wieku, cze­kały przy tyl­nych drzwiach ka­retki. Sze­roko otwie­rały oczy w ciem­no­ści, ale nie wi­działy zbyt wiele, bo ośle­piały je re­flek­tory lą­do­wi­ska dla he­li­kop­te­rów znaj­du­ją­cego się na da­chu.

Sły­szały to na długo przed tym, jak zo­ba­czyły. Wście­kły ryk sil­ni­ków i szum śmi­gła prze­ci­na­ją­cego po­wie­trze, tam, w gó­rze, po­śród czar­nej nocy.

- Za­dzwo­nię na blok ope­ra­cyjny - oznaj­miła druga pie­lę­gniarka i ru­szyła do te­le­fonu ścien­nego.

An­to­nia jesz­cze raz przej­rzała no­tatki na ta­ble­cie.

Męż­czy­zna, czter­dzie­ści cztery lata, nie­przy­tomny, z ura­zem czaszki. Po­li­cjant - do­pi­sano też w la­ko­nicz­nych no­tat­kach. Le­karz, który przy­je­chał trans­por­tem me­dycz­nym, miał im wszystko opo­wie­dzieć, kiedy będą zjeż­dżać windą.

Na­gle po­ja­wił się w świe­tle re­flek­to­rów - czer­wony he­li­kop­ter me­dyczny Falck, ha­ła­śliwy i chłosz­czący po­wie­trze pod sobą. Mocny po­dmuch spra­wił, że po da­chu po­to­czyła się błę­kitna ra­kieta śnieżna. He­li­kop­ter co­raz bar­dziej zni­żał lot, aż w końcu sta­nął sta­bil­nie na lą­do­wi­sku. Pi­lot wy­łą­czył sil­niki, śmi­gło stop­niowo zwal­niało.

Ko­le­żanka otwo­rzyła drzwi na dach, a za­łoga śmi­głowca po­spie­szyła na tył po pa­cjenta. Po­li­cjant ranny na służ­bie za­wsze wzbu­dzał więk­sze niż zwy­kle po­ru­sze­nie. Na­tych­miast za­częli dzwo­nić dzien­ni­ka­rze, cho­ciaż wie­dzieli, że szpi­tal nie może udzie­lać żad­nych ko­men­ta­rzy.

Trans­port przy­le­ciał z Go­tlan­dii, ale to nie było na­pi­sane na ta­ble­cie, który miała w rę­kach. Po­rów­nała PE­SEL z pla­sti­ko­wego pa­ska, który miał zo­stać za­pięty na nad­garstku pa­cjenta, z tym wi­docz­nym na for­mu­la­rzu, żeby mieć pew­ność, że są zgodne. Po­tem spraw­dziła na­zwi­sko. Fre­drik Bro­man. Spró­bo­wała za­pa­mię­tać.

1

W ciem­nej szkla­nej fa­sa­dzie na­prze­ciwko miesz­ka­nia Arvida Tra­neusa - mię­dzy Rop­pongi a Aka­saką w to­kij­skiej dziel­nicy Mi­nato - od­bi­jał się ru­chomy neo­nowy koń. Typ chodu był trudny do okre­śle­nia, bo zwie­rzę z każ­dym kro­kiem zmie­niało ko­lor w desz­czu gwiazd. Po dzie­cię­cemu krą­głe, miało nie­wiele wspól­nego z praw­dzi­wym ko­niem. Gdzieś znik­nęły wy­raź­nie za­ry­so­wane mię­śnie, nie­spo­kojny wzrok i groźna siła, którą mia­łoby żywe zwie­rzę ta­kich roz­mia­rów. Ma­sywne ciel­sko bez trudu mo­głoby zro­bić krzywdę czło­wie­kowi, na­wet przy­pad­kiem.

Po­mię­dzy dra­pa­czami chmur prze­le­ciał kruk o cięż­kich skrzy­dłach, pra­wie nie­wi­dzialny w ciem­no­ści. Kiedy po raz pierw­szy usły­szał wy­da­wany przez niego prze­cią­gły od­głos, prze­szedł go dreszcz. W To­kio to nie mewy brały mia­sto we wła­da­nie, gdy lu­dzie szli spać, lecz kruki.

Można było się przy­zwy­czaić.

Arvid Tra­neus od­wró­cił się ple­cami do paź­dzier­ni­ko­wej nocy za pa­no­ra­micz­nym oknem sy­pialni, upar­cie bie­gną­cego ko­nia i mi­ga­ją­cych świa­teł mia­sta. Spoj­rzał na Kass, młodą ko­bietę, która wła­śnie we­szła do po­koju, lekko prze­krzy­wiła głowę i smutno się uśmiech­nęła. Jej czarne włosy opa­dały na ra­miona i czer­woną je­dwabną su­kienkę. Obu­rącz trzy­mała kie­li­szek, a w nim resztkę che­val blanc z bu­telki, którą od­kor­ko­wał.

To było po­że­gna­nie.

Pier­wot­nie zle­ce­nie miało być szybką kon­sul­ta­cją. Skoń­czyło się na sied­miu la­tach do­jaz­dów i trzech w tym miesz­ka­niu. W su­mie de­kada w To­kio, z czego dwa ostat­nie lata prze­żył z Kass. A te­raz przy­szedł czas wró­cić do domu. To ko­niec. Ze wszyst­kim. Z pracą, tym mia­stem i tą ko­bietą.

Ru­szył w jej stronę, a ona spo­tkała się z nim w po­ło­wie drogi. Ode­brał jej kie­li­szek i po­sta­wił na we­wnętrz­nym pa­ra­pe­cie. Przy­cią­gnął ją do sie­bie i po­ło­żył dłoń na zło­to­brą­zo­wym udzie wy­sta­ją­cym spod krót­kiej su­kienki. Przy­warła do niego.

- Kass - mruk­nął, wtu­lony w jej włosy, ozdo­bione błysz­czą­cymi wstą­żecz­kami w tym sa­mym od­cie­niu czer­wieni co su­kienka.

Upięk­szyła jego dwa ostat­nie lata w tym mie­ście. Spra­wiła, że w krót­kich wol­nych chwi­lach, na które so­bie po­zwa­lał mię­dzy pracą a snem, ła­twiej mu się od­dy­chało.

Za­czął gła­dzić ją dło­nią mię­dzy no­gami i roz­warł pal­cami jej bez­włosą wulwę. Jęk­nęła, gło­śno i prze­ni­kli­wie. W pierw­szej chwili po­my­ślał, że to z pod­nie­ce­nia, kiedy jed­nak za­czął da­lej po­ru­szać pal­cami w spo­sób, który - jak mu się wy­da­wało - lu­biła, za­uwa­żył, że ze­sztyw­niała. Jak skuta lo­dem.

Wy­dała ko­lejny jęk, tym ra­zem bar­dziej pi­skliwy i już z całą pew­no­ścią nie­wy­wo­łany pod­nie­ce­niem. Za­częła dy­szeć w spo­sób ty­powy dla ko­goś, kto się bar­dzo cze­goś boi.

Spoj­rzał na nią. Wpa­try­wała się w ska­czą­cego ko­nia z mangi.

- Kass?

Nie od­po­wie­działa.

- Kass, co się dzieje?

Prze­su­nął dłoń przed jej sze­roko otwar­tymi oczami.

- Kazu-mi!

Krzyk­nął. Tak jak się krzy­czy na małe dziecko, które chce po­ło­żyć dłoń na go­rą­cym piecu.

Wzdry­gnęła się i spoj­rzała na niego spło­szo­nym wzro­kiem.

- Co się dzieje? - za­py­tał znowu.

Po­trzą­snęła głową i ner­wowo prze­cze­sała pal­cami włosy, aż czer­wone wstą­żeczki spa­dły na pod­łogę.

- Nie wiem. Nic. To tylko ta­kie głu­poty...

Mimo to jej wzrok padł z po­wro­tem na okno i za­gu­bił się w od­dali, jakby wi­działa coś zu­peł­nie in­nego niż nie­re­gu­larny bieg neo­no­wego ko­nia.

Pół roku wcze­śniej ani­mo­wa­nego zwie­rzę­cia tam nie było. Wy­brał tę dziel­nicę, bo była od­da­lona od neo­nów i noc­nego ży­cia. Dziel­nicę rządu, am­ba­sad i kom­plek­sów biu­ro­wych, mię­dzy któ­rymi znaj­do­wały się osie­dla miesz­ka­niowe. Po dzie­więt­na­stej na chod­niku nie spo­ty­kało się ży­wej du­szy. Mia­sto jed­nak ule­gało cią­głym prze­obra­że­niom, za­równo z ze­wnątrz, jak i pod po­wierzch­nią. Ze swo­jego okna wi­dział trzy nowe dra­pa­cze chmur, co­raz wyż­sze. Wi­doczne wy­soko w gó­rze dźwigi za­trzy­mały się na noc i tylko mru­gały czer­wo­nymi świa­teł­kami, ostrze­ga­jąc pi­lo­tów.

Nie­ustanna zmiana, nie­prze­rwany roz­wój. Neony mru­gały. Pie­nią­dze prze­cho­dziły z rąk do rąk. Sumy, przy któ­rych bu­dżet ta­kiego ma­łego kraju jak Szwe­cja przy­po­mi­nał drob­niaki, co­dzien­nie prze­pły­wały przez giełdy i rynki wa­lu­towe. Mię­dzy­na­ro­dowe firmy współ­pra­co­wały ze sobą, zwal­czały i za­bi­jały się na­wza­jem. Tu wkra­czał Arvid Tra­neus. Kiedy cho­dziło o za­bi­ja­nie. Firm.

To zle­ce­nie po prze­dłu­ża­ją­cej się walce źle się skoń­czyło dla kon­ku­renta. Znacz­nie go­rzej, niż pla­no­wano. A rzeź była wła­ści­wie nie­po­trzebna. Jego zle­ce­nio­dawca i tak mógł wy­peł­nić tylko część pustki, która zo­stała po zli­kwi­do­wa­nej fir­mie. Reszta wpad­nie we wdzięczne ręce in­nego kon­ku­renta.

Po­gła­skał Kass po ple­cach.

- Już le­piej? - spy­tał.

- W po­rządku - od­parła i po­ca­ło­wała go w szyję. - Ko­chaj się ze mną - wy­szep­tała.

Unio­sła ręce nad głowę, a on jed­nym ru­chem z sze­le­stem zdjął z niej su­kienkę. Sta­nęła przed nim naga, pach­nąca zie­mią i gumą od cięż­kiego czer­wo­nego wina, wa­ni­lią z nutą cy­tryny od per­fum i czymś jesz­cze, co było nią samą. Cie­płą skórą i ło­nem.

Skło­niła go do cof­nię­cia się w kie­runku łóżka, jed­no­cze­śnie gme­ra­jąc przy jego opor­nym czar­nym pa­sku, który ku­pił ty­dzień wcze­śniej. Roz­pięła mu spodnie i po­ło­żyła dłoń na jego fiu­cie.

- On chce do Kass - wy­szep­tała, lekko wy­dy­ma­jąc wargi. Z jej ust spa­dła wą­ska strużka śliny, tra­fiła czu­bek pe­nisa i dłoń, za­ci­śniętą na nim od dołu. Szyb­kim, płyn­nym ru­chem wma­so­wała w niego ślinę, a Arvid po­czuł, że ugi­nają się pod nim nogi.

Dzie­sięć lat. Czy było warto?

Dla Arvida Tra­neusa od­po­wiedź z całą pew­no­ścią była twier­dząca. W ciągu tych lat do­ro­bił się for­tuny. Dla jego zle­ce­nio­daw­ców to i tak były ochłapy, więc oni też naj­praw­do­po­dob­niej od­po­wie­dzie­liby, że tak, gdyby w ogóle po­tra­fili my­śleć w ten spo­sób. Tylko że dla nich walka ni­gdy się nie koń­czyła. Wszyst­kie zwy­cię­stwa były tym­cza­sowe. Za dzie­sięć i za dwa­dzie­ścia lat na­dal będą wal­czyli.

On miał do­łą­czyć i opra­co­wać stra­te­gię zwięk­sze­nia udziału kon­cernu w rynku o pięć pro­cent. Tak się umó­wili na sa­mym po­czątku. Nie była to pro­sta ro­bota, ale przy­naj­mniej o ja­sno okre­ślo­nych gra­ni­cach i moż­liwa do wy­ko­na­nia. Po­tem skala wzro­sła. Am­bi­cje były co­raz więk­sze, a on co­raz bar­dziej się wcią­gał, sku­szony ofertą nie do od­rzu­ce­nia - astro­no­miczną pen­sją i opcjami, któ­rych war­tość dzięki jego pracy mo­gła wy­strze­lić. Je­śli mu się po­wie­dzie.

Stwo­rzył swój sztab. La­tał tam i z po­wro­tem, by wresz­cie w ostat­nich la­tach prak­tycz­nie za­miesz­kać w To­kio.

Kass uklę­kła przy łóżku i spoj­rzała na niego w ten swój ukrad­kowy, po­żą­dliwy spo­sób, co do któ­rego ni­gdy nie miał pew­no­ści, czy jest au­ten­tyczny czy uda­wany. To mu jed­nak nie prze­szka­dzało. Je­śli grała, była w tym prze­ko­nu­jąca, a ro­biła to, by spra­wić mu przy­jem­ność. Ni­czego wię­cej nie pra­gnął.

Z winy Kass pra­wie stra­cił naj­lep­szego współ­pra­cow­nika. Wcze­śniej była dziew­czyną Ste­phena i tak się po­znali. Przez cały tam­ten wie­czór wzrok Arvida nie­ustan­nie wę­dro­wał w jej kie­runku. Ste­phen mu­siał to wi­dzieć. Dzień póź­niej zdo­był jej ad­res i nu­mer te­le­fonu, a kiedy za­dzwo­nił z pro­po­zy­cją spo­tka­nia, na­tych­miast na nią przy­stała.

Nie miał złu­dzeń, gdy cho­dziło o Kass i jej styl ży­cia, ale wie­dział, że zo­sta­wia­jąc Ste­phena, nic nie zy­skała. Zro­biła to tylko dla­tego, że tak jej się po­do­bało. Był pewny.

Ste­phen ciężko to prze­żył. Naj­pierw pró­bo­wał dys­ku­to­wać, skło­nić go, by zo­sta­wił ją w spo­koju. Kiedy to nie po­skut­ko­wało - Arvid wręcz twier­dził, że nie może nic zro­bić, bo wy­boru do­ko­nała Kass - Ste­phen do­stał szału. Gro­ził, że odej­dzie z pracy, i rze­czy­wi­ście zwi­nął ma­natki i wró­cił do Wiel­kiej Bry­ta­nii, choć wy­po­wie­dze­nia ni­gdy nie zło­żył.

Arvid od­wo­łał się do pro­fe­sjo­na­li­zmu Ste­phena. Tam­ten chwilę się opie­rał, ale oczy­wi­ście wró­cił. Miał sta­now­czo zbyt wiele do stra­ce­nia, gdyby zre­zy­gno­wał w imię... no wła­śnie, czego? Dumy? Tylko by się ośmie­szył. Ale prze­cież cho­dziło o ja­kąś ku­rewkę. Na­wet je­śli nie z tych, które można zna­leźć na rogu naj­bliż­szej ulicy.

Ostroż­nie po­ca­ło­wała jego fiuta.

- Po­wiedz kiedy - wy­szep­tała, a na­stęp­nie znik­nęła mię­dzy jego no­gami.

Za­wsze tak mó­wiła. Uśmiech­nął się do czar­nej czu­pryny pod­ska­ku­ją­cej w dole. Je­śli po tak dłu­gim cza­sie nie znała go na tyle do­brze, by wie­dzieć, kiedy nad­cho­dzi ten mo­ment, sama jest so­bie winna.

Na po­mysł, który oka­zał się roz­strzy­ga­jący, wpadł Ste­phen. Wraz z tym uta­len­to­wa­nym nor­we­skim ge­niu­szem kom­pu­te­ro­wym Ola­ise­nem. Ale kiedy przy­stą­pili do dzia­ła­nia, to Arvid po­cią­gał za sznurki. W końcu ani stra­te­gie mar­ke­tin­gowe, ani roz­wój pro­duk­tów nie do­pro­wa­dziły do upadku firmy Pri­com. Spra­wiła to pre­cy­zyj­nie ukie­run­ko­wana gra z ak­cjami spółki, która była moż­liwa, bo Ola­isen wła­mał się do ich sys­temu kom­pu­te­ro­wego. Mo­gli zaj­rzeć pro­sto w serce swo­jego kon­ku­renta. A po­tem go zmiaż­dżyli. Oczy­wi­ście była to brzydka gra, ale w in­te­re­sach za­wsze jest nie­ład­nie, więc zbyt wiele nie dało się po­wie­dzieć na ten te­mat.

Ję­zyk Kass trze­po­tał jak mo­tyl z mo­krego mięsa. Arvid po­gła­dził ją po lśnią­cych czar­nych wło­sach, złą­czył palce za jej kar­kiem i przy­trzy­mał głowę. Pa­trzył w mrok, a kiedy do­cho­dził, mi­mo­wol­nie śle­dził wzro­kiem ru­chy neo­no­wego ko­nia.

Po prze­dłu­ża­ją­cej się chwili ci­szy i skur­czu, który spra­wił, że wszystko ustało, zwol­nił uścisk i wy­su­nął się z jej ust. Po­woli unio­sła lewą rękę i wierz­chem dłoni otarła usta i brodę. Pa­trząc na Kass, Arvid Tra­neus czuł, że wy­peł­nia go ja­kiś mroczny cię­żar. To uczu­cie dawno nie było tak in­ten­sywne. Pra­wie go du­siło.

Nie ko­chał jej, ale przy­jem­nie się z nią spę­dzało czas, była miła dla oka i świetna w łóżku. Mała, drobna i lekka ni­czym piórko. Mógł ją unieść jak dziecko. Ni­gdy nie sły­szał, żeby na­rze­kała, ma­ru­dziła czy coś kwe­stio­no­wała. Kiedy byli ra­zem poza do­mem, nie za­uwa­żył, by choć raz spoj­rzała na in­nego męż­czy­znę.

Ale jed­no­cze­śnie... Nie miał złu­dzeń. Zo­sta­wiła Ste­phena, żeby być z nim. A te­raz ich wspólny czas do­biegł końca. Mógłby ją za­brać ze sobą. Wie­dział, że sama ni­gdy go o to nie po­prosi. On po­wi­nien wyjść z pro­po­zy­cją. Prze­szło mu to przez myśl, ale cze­kało na niego inne ży­cie, a poza tym ona była, kim była. Do­szłoby do dziw­nego po­mie­sza­nia ży­cia pry­wat­nego i in­te­re­sów.

Ich wspólny czas do­biegł końca. Arvid miał wy­je­chać, a ona zo­stać w miej­scu, do któ­rego pa­so­wała. Sama. Wolna. Do­stępna. Do kogo pój­dzie po nim? Do ko­goś, kogo znał? Czy pla­no­wała to już wcze­śniej? Czy już ju­tro znaj­dzie się w łóżku in­nego męż­czy­zny? Bę­dzie na niego pa­trzyła tym swoim po­żą­dli­wym wzro­kiem i mó­wiła: "On chce do Kass"? Ro­biła mu loda?

Spoj­rzał w oczy, które na niego pod­nio­sła, i na­tych­miast do niego do­tarło, że nie ma po­ję­cia, co się dzieje w jej gło­wie. Czyżby w ciem­nych oczach Kass do­strze­gał smu­tek po roz­sta­niu? A może była to tylko gra, tak samo jak wtedy, kiedy wy­glą­dały na zwę­żone z po­żą­da­nia i pod­nie­ce­nia? Czy tak na­prawdę była po pro­stu obo­jętna? Gar­dziła nim? Uśmie­chała się w du­chu, choć ką­ciki jej ust były lekko opusz­czone? Szy­dziła z niego?

Sam sie­bie za­ska­ki­wał. Nie miał w zwy­czaju roz­pa­mię­ty­wać. Bar­dzo świa­do­mie i zde­cy­do­wa­nie od­su­wał na bok my­śli o Kass. Wszyst­kie te py­ta­nia do ni­czego nie pro­wa­dziły. W końcu byli w trak­cie roz­sta­nia. Ona miała swoje ży­cie, a on swoje.

Chyba po pro­stu na chwilę ogar­nął go sen­ty­men­talny na­strój. To nie było w jego stylu. Po­pra­wił ubra­nie, z po­wro­tem za­piął krnąbrny za­mek i pod­niósł z pod­łogi czer­woną je­dwabną su­kienkę.

Spoj­rzała na niego zdez­o­rien­to­wana.

Wy­cią­gnął rękę, po­mógł jej wstać. Czuł pod pal­cami cie­pło jej skóry, ale po­zo­sta­wał obo­jętny na tem­pe­ra­turę i za­pa­chy. Po­dał jej ubra­nie.

- Naj­le­piej już idź - po­wie­dział.

Dolną wargę, jesz­cze chwilę wcze­śniej lekko wy­dętą, te­raz przy­gry­zła i po­ja­wiło się w niej ja­kieś na­pię­cie. W dal­szym ciągu pró­bo­wała zło­wić jego spoj­rze­nie, py­ta­jąco, jakby zo­stało jesz­cze coś do po­wie­dze­nia.

Wrę­czył jej su­kienkę i po­woli pod­szedł do stołu w dru­gim po­koju, żeby spraw­dzić, czy w bu­telce wina jesz­cze coś jest. Za ple­cami sły­szał, jak Kass się ubie­rała.

2

Dzwo­nek te­le­fonu prze­szył cały dom. Za­wsze kiedy to on dzwo­nił, był gło­śniej­szy. Prze­ci­nał czas i prze­strzeń.

Kri­stina prze­bie­gła przez sa­lon do kuchni. Jej stopy w skar­pet­kach były mo­kre. Spóź­niła się. Nie­na­wi­dziła się spóź­niać, kiedy dzwo­nił. Chciała być do­brze przy­go­to­wana i opa­no­wana, spo­koj­nie od­dy­chać, czuć su­chość mię­dzy pal­cami. Arvid był czujny. Za­uwa­żał naj­drob­niej­sze od­chy­le­nie od normy.

Od­su­nęła od stołu jedno z dę­bo­wych krze­seł w stylu se­ce­sji, usia­dła, trzy razy ode­tchnęła głę­boko i w sku­pie­niu, nie po­świę­ca­jąc ani jed­nej my­śli ha­ła­su­ją­cemu te­le­fo­nowi. Pró­bo­wała so­bie przy­po­mnieć, co mó­wiła No­riko na ich wspól­nej zmia­nie w ubie­głą środę. Kri­stina po­dzi­wiała przed­się­bior­czość tej ko­biety. Przy­je­chała z mę­żem z Wa­szyng­tonu i ze wszyst­kich miejsc na świe­cie osie­dliła się aku­rat na Go­tlan­dii. Już po kilku mie­sią­cach uru­cho­miła dzia­łal­ność w po­staci kur­sów jogi - w domu na­prze­ciwko sta­cji ben­zy­no­wej Sta­toil w Ha­vdhem, za ro­le­tami z ja­poń­skiego pa­pieru ry­żo­wego.

Dwa lata wcze­śniej Kri­stina na­wet by nie śniła o za­ję­ciu się jogą. To było na­zbyt obce. Te­mat być może za­cie­ka­wił ją dzięki temu, że No­riko była Ja­ponką, przy­naj­mniej z po­cho­dze­nia. W końcu Ja­po­nia była nie­ustan­nie obecna w jej ży­ciu, na­wet je­śli na od­le­głość. Co­dzien­nie roz­mowy z To­kio sta­no­wiły stałe punkty jej dni, a śro­dowe zmiany z No­riko w oso­bliwy spo­sób po­ma­gały osią­gnąć rów­no­wagę. Zneu­tra­li­zo­wać to co złe.

Pod­nio­sła słu­chawkę. W Le­vide na Go­tlan­dii była czter­na­sta, a w To­kio dwu­dzie­sta druga.

- Cześć, ko­cha­nie. Jak tam? Wszystko do­brze?

Głos Arvida jak zwy­kle był ni­ski i opa­no­wany. Wy­raźny, choć mu­siał po­ko­nać pół kuli ziem­skiej.

- Wszystko w po­rządku - od­parła.

Jej głos brzmiał kla­row­nie i nie drżał. Czy jed­nak nie był tro­chę, ciut za wy­soki w po­rów­na­niu ze zwy­kłym?

- Przy­jeż­dżam do domu - oznaj­mił Arvid. Je­śli zwró­cił uwagę na jej głos, nie dał tego po so­bie po­znać.

- Aha. A kiedy?

Już wie­działa, że od­po­wie "ju­tro". Albo może "po­ju­trze". Gdyby nie to, że za­wsze chciał być od­bie­rany z lot­ni­ska, może w ogóle by jej nie za­wia­do­mił.

- Nie. Cho­dzi mi o to, że przy­jeż­dżam.

Mil­czała, ści­ska­jąc słu­chawkę. Nie ro­zu­miała.

- Wra­cam do domu. Już po wszyst­kim. To ko­niec. Tak po pro­stu, z dnia na dzień. Nie­wia­ry­godne. Po... jak dłu­gim cza­sie? Dzie­się­ciu la­tach?

W dal­szym ciągu mil­czała, a wo­kół niej za­pa­dał mrok. Wska­zówka ze­gara w kuchni przy­go­to­wy­wała się do wy­ko­na­nia skoku w przód, ste­ro­wana sła­bym im­pul­sem elek­trycz­nym.

Sko­czyła.

Jak długo Kri­stina mo­gła mil­czeć? Oczy­wi­ście można onie­mieć z za­sko­cze­nia, ale chyba nie po­winno to trwać w nie­skoń­czo­ność? Poza tym oczy­wi­ście miało zna­cze­nie nie tylko, że ode­brała te­le­fon, ale też co po­wie­działa i ja­kim to­nem. Po­trze­bo­wa­łaby par­ty­tury i co naj­mniej dwóch ty­go­dni na przy­go­to­wa­nie, a tym­cza­sem sie­działa tu jak idiotka. Jakby tra­fił ją grom z ja­snego nieba.

Se­kund­nik prze­sko­czył do przodu.

Była idiotką, a nie tylko tak się za­cho­wy­wała. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że ten dzień na­dej­dzie. Wie­działa o tym. Nic nie mo­głoby być bar­dziej pewne.

Trzy se­kundy. Już dłu­żej się nie dało.

- Arvid!

Może jed­nak nie idiotką. Przez chwilę wy­da­wała się na­prawdę za­do­wo­lona z sie­bie. Wy­mó­wiła jego imię prze­cią­gle, chyba na­wet na lek­kim przy­de­chu. Co prawda dla­tego, że stra­ciła kon­trolę nad od­dy­cha­niem, ale za­brzmiało do­brze. Pra­wie jakby z ra­do­ści za­bra­kło jej tchu.

- By­łem tu tak za­jęty, że nie mia­łem czasu się nad tym za­sta­no­wić, ale te­raz? Wspa­niale bę­dzie wró­cić do domu. A naj­lep­sze, że nie mu­szę już prze­pra­co­wać ani jed­nego dnia, do końca ży­cia. Bę­dziemy mo­gli miesz­kać, gdzie ze­chcemy, i ro­bić to, na co naj­dzie nas ochota. Ni­gdy wię­cej nie będę mu­siał na tak długo wy­jeż­dżać z domu, masz moje słowo.

- Nie do wiary.

Ra­dość, ra­dość.

Kiedy kon­ty­nu­ował mo­no­log, mu­siała się wy­si­lić, żeby zro­zu­mieć, co mówi. Jakby dźwięk w słu­chawce za­ni­kał wraz ze świa­tłem w po­koju. Kiedy Kri­stina wresz­cie się do­wie­działa, o któ­rej na­leży go ode­brać z Visby, i odło­żyła słu­chawkę, nie mo­gła wstać. Była prze­ko­nana, że je­śli nie ru­szy się z miej­sca, po­żyje jesz­cze tro­chę, ale je­śli się pod­nie­sie, wpad­nie pod pod­łogę i znik­nie na za­wsze, po­chło­nięta przez wielką ciem­ność. Po na­my­śle do­szła do wnio­sku, że może nie by­łoby to ta­kie złe.

Chciała jed­nak żyć.

Kim wła­ści­wie była? Wie­działa, że ten dzień na­dej­dzie, a mimo to wo­lała za­kryć oczy.

Na­chy­lała się z rę­kami sple­cio­nymi na ko­la­nach i mocno za­ci­skała po­wieki, żeby wy­łą­czyć uczu­cia, które wy­peł­niały jej klatkę pier­siową, za­po­wia­da­jąc ka­ta­strofę.

- Jak ja­kiś cho­lerny struś - wy­szep­tała do sie­bie.

Na­gle uświa­do­miła so­bie, że rze­czy­wi­ście bar­dzo go przy­po­mina, gdy tak sie­dzi zgięta wpół z za­ci­śnię­tymi po­wie­kami. Wy­pro­sto­wała się i otwo­rzyła oczy.

Omio­tła wzro­kiem prze­stronną, do­brze wy­sprzą­taną kuch­nię - w sta­ro­świec­kim stylu, ale tak na­prawdę świeżo zbu­do­waną i po­sta­rzoną, za cenę się­ga­jącą dzie­się­ciu ty­sięcy ko­ron za szafkę. Sama wy­brała tę kuch­nię, za­mó­wiła ją, tar­go­wała ceny, do­pil­no­wała in­sta­la­cji, zgło­siła usterkę drzwi­czek, dzięki czemu zo­stały wy­re­gu­lo­wane i do­stała na nie zniżkę. No i reszta: ka­felki, pie­kar­nik, okap... Czasu jej nie bra­ko­wało. A wszystko za zgodą Arvida.

Miała do dys­po­zy­cji dzie­siątki lat. Mo­gła za­pla­no­wać wszystko w każ­dym szcze­góle, a któ­re­goś dnia po pro­stu znik­nąć. Co ją tu trzy­mało? Nie wie­rzyła, że mo­głoby się udać, czy po pro­stu była głu­pia? Wpraw­dzie wy­dzie­lał jej pie­nią­dze i nie mo­głaby za­brać ze sobą znacz­nej sumy, ale mo­gła od­kła­dać. Gdyby za­częła... po­wiedzmy, dwa lata temu, gdy te my­śli po­woli na­bie­rały kształtu w jej gło­wie, gdy ona i An­ders... Wtedy z całą pew­no­ścią mo­głaby co mie­siąc za­osz­czę­dzić cztery ty­siące ko­ron. Uzbie­ra­łoby się pra­wie sto ty­sięcy w go­tówce. Ileż miała ma­rzeń, a na­wet pla­nów ucieczki. Nie! Nowa, tajna toż­sa­mość... Ale czy zro­biła choćby krok w tym kie­runku?

Po­cią­gnęła no­sem, lecz za­mie­niła płacz w zimny, szy­der­czy śmiech. Śmiała się sama z sie­bie. Jak naj­bar­dziej za­słu­że­nie. Mo­gła już być w dro­dze, ale tak się nie stało.

Arvid oczy­wi­ście od razu by się zo­rien­to­wał, że coś jest nie tak, skoro nie od­biera, jed­nak za­nim zdą­żyłby co­kol­wiek zro­bić, by­łaby da­leko stąd, może w in­nym kraju, z setką ty­sięcy w go­tówce, po któ­rej nie zo­sta­łyby żadne ślady. Z no­wym na­zwi­skiem, PE­SEL-em, no­wym ko­lo­rem wło­sów... Nie miałby szans jej zna­leźć.

Co się te­raz sta­nie? Z nią i An­der­sem? Zdzie­li­łaby sama sie­bie, gdyby mo­gła. Spo­licz­ko­wa­łaby się. Boże je­dyny, miała czter­dzie­ści sie­dem lat, już dawno do­ro­sła. Co z nią jest nie tak?

An­ders! - po­my­ślała. Trzeba za­dzwo­nić do An­dersa.

Kiedy o nim my­ślała, chciało jej się pła­kać. Od­zy­skała ży­cie, ale znowu je zmar­no­wała. Jak to, u dia­bła, moż­liwe, że była tak... No wła­śnie. Głu­pia? Nie­zdolna do dzia­ła­nia? Spa­ra­li­żo­wana stra­chem? Tchórz­liwa? Ślepa? Wszystko było ta­kie in­ten­sywne - w ciągu tych dwóch lat wy­peł­niały ją nie tylko mi­łość i po­żą­da­nie - dwójka do­brze zna­jo­mych to­wa­rzy­szy, ale także ra­dość, za­ufa­nie i na­prawdę... na­dzieja.

Na­gle po­czuła ucisk w piersi i zmro­ziło ją od środka. Było tak, jakby na nowo otwo­rzyła oczy, mimo że już były otwarte. Wstała i z sy­kiem wcią­gnęła po­wie­trze.

Czy to było tak pro­ste? Na­prawdę na tym po­le­gało? Czyżby po raz ko­lejny za­mknęła się w mi­ło­ści? Ni­czym zwie­rzę w klatce - wdzięczne i za­do­wo­lone, by nie po­wie­dzieć: ogar­nięte ob­se­sją na punk­cie co­dzien­nej por­cji karmy, nie­zdolna do tego, by spoj­rze­niem i my­ślami wy­kro­czyć poza kraty, za któ­rymi była prze­trzy­my­wana?

Po­pę­dziła jak naj­szyb­ciej w kie­runku drzwi. Czuła się tak, jakby coś za­mknęło jej drogi od­de­chowe, a serce prze­stało bić. Przed oczami za­częły jej tań­czyć czarne punk­ciki. Czyżby tra­ciła przy­tom­ność? Nie, po­wie­działa so­bie. Nie ze­mdleję, do cho­lery. Co by to było za gów­niane wyj­ście. Przez głowę prze­mknęło jej zda­nie ze sta­rej ko­me­dii: "Chyba za­raz za­nie­mogę!". Czy do niej pa­so­wało? Nie, to nie była ona i już nie bę­dzie. Chcąc zna­leźć uj­ście dla emo­cji, kop­nęła buty sta­ran­nie usta­wione w rząd w przed­po­koju, kon­kret­nie te na­le­żące do Arvida, z brą­zo­wej cie­lę­cej skóry, któ­rych nie wkła­dał od mie­sięcy. Buty roz­le­ciały się na wszyst­kie strony, a półka się prze­krzy­wiła.

Kri­stina wal­czyła z po­wie­trzem. Po ta­kim wy­bu­chu ła­twiej jej się od­dy­chało. Po­kuś­ty­kała do drzwi i je otwo­rzyła. Po­czuła świeży po­wiew. Może jesz­cze nie było za późno. Gdyby ze­brała wszystko, co miała - go­tówkę, bi­żu­te­rię, wa­zon Ko­sta Boda, który jesz­cze rok wcze­śniej zo­stał wy­ce­niony na sie­dem­dzie­siąt ty­sięcy... zmie­ściłby się jej w tor­bie. Mo­gła sprze­dać sa­mo­chód czy w ten spo­sób ścią­gnę­łaby so­bie na głowę po­li­cję? Był za­pi­sany na niego? Uświa­do­miła so­bie, że nie wie. Nie wy­bie­gła my­ślami na­wet o tyle.

Mniej­sza z tym, nie ma co roz­my­ślać, ża­ło­wać, spo­glą­dać wstecz. Trzeba do­strze­gać moż­li­wo­ści. Wło­żyć do torby ubra­nia, bi­żu­te­rię i ten prze­klęty wa­zon. Po­je­chać na kon­ty­nent sa­mo­cho­dem, po­tem sprze­dać go w Sztok­hol­mie, a po­tem ru­szyć da­lej do... Było tuż po dru­giej. Gdyby wsia­dła na sta­tek od­pły­wa­jący za pięt­na­ście piąta, za sie­dem go­dzin by­łaby w Sztok­hol­mie. O któ­rej otwie­rają han­dla­rze sa­mo­cho­dów? Po­wiedzmy, że o dzie­sią­tej. Ju­tro o je­de­na­stej to wszystko mo­głoby się speł­nić.

Wy­szła na schody, zro­biła kilka kro­ków w przód, wy­peł­niła płuca po­wie­trzem - od­dy­chała już pra­wie nor­mal­nie - a po­tem ru­szyła nie­dawno uło­żoną ścieżką. I się za­trzy­mała.

Za­marła w pół kroku i za­wie­siła wzrok na żmii, która wy­po­czy­wała zwi­nięta na cie­płym wa­pie­niu nie­całe dwa me­try da­lej.

3

Je­śli ko­goś długo nie ma, pod­czas jego nie­obec­no­ści wiele może się zmie­nić. Czas na ni­kogo nie czeka.

Cze­kał za to Em­rik Jans­son. Stał na wą­skiej as­fal­to­wej szo­sie, a na sza­rym pa­sie drob­nego żwiru na po­bo­czu le­żały czarne opony dam­skiego ro­weru. Długa biała broda Em­rika wo­kół ust była żółta od ni­ko­tyny, żółte były też wska­zu­jący i środ­kowy pa­lec pra­wej dłoni. Em­rik Jans­son mocno trzy­mał kie­row­nicę obu­rącz. Jeź­dzić na ro­we­rze prze­stał już rok wcze­śniej. Obec­nie ro­wer słu­żył mu głów­nie jako pod­par­cie. Lep­sze ta­kie roz­wią­za­nie niż je­den z tych czte­ro­ko­ło­wych rzę­chów, z któ­rymi cho­dziły stare baby z ośrodka w ich miej­sco­wo­ści. Trzeba się go­dzić na swój los, po pro­stu, ale można go tro­chę umaić. Em­rik miał osiem­dzie­siąt sie­dem lat, więc był w wieku przed­po­grze­bo­wym. Na wy­lo­cie. Tkwił jedną nogą w gro­bie.

Wzdłuż drogi le­ciała, bzy­cząc, mała ważka z in­ten­syw­nie nie­bie­skim od­wło­kiem. Em­rik Jans­son śle­dził wzro­kiem jej szar­pany ruch, do­póki nie znik­nęła gdzieś nad po­lem. Wzrok miał bez za­rzutu. Jed­nak nogi były do ni­czego, a słuch taki so­bie.

Z wiel­kim na­masz­cze­niem, lekko drżą­cymi dłońmi wy­cią­gnął paczkę ty­to­niu z we­wnętrz­nej kie­szeni ma­ry­narki. Od­cze­pił ta­śmę, którą była za­bez­pie­czona, roz­wi­nął opa­ko­wa­nie i po­czuł za­pach lekko wil­got­nego ty­to­niu do skrę­ca­nia pa­pie­ro­sów. Prze­wi­du­jąco wło­żył do paczki trzy go­towe szlugi. Na skrę­ca­nie na sto­jąco przy ro­we­rze miał za mało siły i za słabą ko­or­dy­na­cję ru­chową. Wy­jął pa­pie­rosa, wło­żył do ust i scho­wał paczkę z po­wro­tem do we­wnętrz­nej kie­szeni, a na­stęp­nie z kie­szeni spodni wy­cią­gnął żółtą pla­sti­kową za­pal­niczkę i za­pa­lił skręta.

Em­rik Jans­son cze­kał z nie­po­ko­jem na po­wrót Arvida Tra­neusa. Sły­szał, że Arvid miał dziś wró­cić. Wie­dział jed­nak, że nie można bez­kry­tycz­nie wie­rzyć w po­gło­ski. Plotki. O Arvi­dzie Tra­neu­sie i jego dłu­gich po­dró­żach lu­dzie ga­dali od dawna. Co ja­kiś czas po­ja­wiał się ktoś, kto mó­wił, że Arvid po­dobno wraca do domu, ale za­wsze się oka­zy­wało, że to było tylko ta­kie ga­da­nie. Albo na­prawdę wra­cał, ale kilka dni póź­niej znowu wy­jeż­dżał.

Tym ra­zem miało się stać ina­czej. Przy­naj­mniej tak mó­wiono. Miał już zo­stać.

Em­rik Jans­son usły­szał to dwa dni wcze­śniej u są­siada, u któ­rego ku­po­wał ziem­niaki. Tak to już było. Je­śli nie dało się cze­goś zo­ba­czyć na wła­sne oczy, za­wsze zna­lazł się ktoś zo­rien­to­wany. A wie­ści się roz­cho­dziły. W for­mie swo­bod­nych a pro­pos, jakby rzu­cane mi­mo­cho­dem. Żad­nych plo­tek, ale roz­ma­wiano na różne te­maty, wy­mie­niano na­zwi­ska.

Usły­szał nad­jeż­dża­jący z tyłu trak­tor. Kie­rowca zwol­nił i po­mału prze­to­czył się obok męż­czy­zny z bujną brodą, który mimo sil­nego słońca miał na so­bie czarny gar­ni­tur z gru­bej wełny. Pod ma­ry­narkę wło­żył lekko po­żół­kłą ko­szulę, która kie­dyś była biała.

Em­rik, mru­żąc oczy, spoj­rzał w kie­runku zie­lo­nej ma­szyny i uniósł rękę na znak po­zdro­wie­nia. Kie­rowca od­ma­chał. To był Ma­gnus Hjälm­rud z Kau­pa­rve, naj­star­szy syn Hansa-Görana. Em­rik Jans­son uczył go w szkole przez ostat­nie trzy lata przed przej­ściem na eme­ry­turę. Ale nie dla­tego go pa­mię­tał. Pa­mię­tał wszyst­kich. Głowa nie po­trze­bo­wała żad­nego pod­par­cia na ko­łach. Na ra­zie. Pa­mię­tał każ­dego ucznia, który za­li­czył pro­gram szkolny w ich ma­łej osa­dzie w ciągu jego czter­dzie­stu lat w za­wo­dzie. Wie­dział, jak się na­zy­wają i w ja­kich la­tach ich uczył. Je­śli miesz­kali wy­star­cza­jąco bli­sko, znał imiona ich dzieci i ro­dzi­ców, a także ad­resy. Wi­dział, jak prze­jeż­dżali drogą. Po­ja­wiali się i zni­kali. Je­śli po­goda po­zwa­lała, po­tra­fił go­dzi­nami cho­dzić wzdłuż drogi. To było za­da­nie, które sam so­bie na­rzu­cił - mieć oko na lu­dzi, a tym sa­mym na sie­bie.

Arvida Tra­neusa też uczył. Arvida, jego ku­zy­nów i naj­star­sze dzieci. To było dawno, ale wielu z nich wi­dy­wał co­dzien­nie także po za­koń­cze­niu szkoły. Oczy­wi­ście tych, któ­rzy jesz­cze żyli. Wi­dział ich, ob­ser­wo­wał, pa­trzył na przy­jeż­dża­jące i od­jeż­dża­jące sa­mo­chody. Ru­chy, które dla więk­szo­ści lu­dzi - nie­ma­ją­cych czasu na re­flek­sję i pa­mięć - naj­czę­ściej były bez zna­cze­nia.

Jed­nak Em­rik Jans­son za­równo pa­mię­tał, jak i dys­po­no­wał cza­sem. Dziś po­świę­cał go na cze­ka­nie na Arvida Tra­neusa. Ale też na coś wię­cej. Wła­śnie tak. Na coś wię­cej. Ode­tchnął i pod­niósł wzrok na niebo. Ani jed­nej chmurki, po­my­ślał. Ani jed­nej ciem­nej chmury na ho­ry­zon­cie. Ale on i tak je wi­dział.

Był wy­soki i blady, lewą dłoń we­tknął głę­boko do kie­szeni spra­nych czar­nych dżin­sów. Pod­niósł koł­nierz gra­na­to­wej bluzy spor­to­wej i pod­cią­gnął su­wak pod samą brodę. Nie­dawno w wię­zie­niu w Nor­r­tälje świę­to­wał trzy­dzie­ste uro­dziny. Choć może "świę­to­wał" to nie­wła­ściwe słowo. Ukoń­czył trzy­dzie­ści lat - to było bliż­sze prawdy. Nikt się tym nie prze­jął, łącz­nie z nim. Wy­szedł na wol­ność i to było naj­waż­niej­sze.

Wiatr zdmuch­nął po­piół z pa­pie­rosa, który trzy­mał w pra­wej dłoni. Po­piół, tań­cząc i wi­ru­jąc w po­wie­trzu, wzniósł się i po­le­ciał nad Bał­ty­kiem.

Dwa dni temu dzwo­nił do daw­nego ko­legi i za­częli roz­ma­wiać o Ste­fa­nii. On za­czął o niej mó­wić. Wtedy wła­śnie ko­lega po­wie­dział, że Arvid Tra­neus przy­jeż­dża do domu. Przy­naj­mniej sły­szał, że skoń­czył to coś, czym się zaj­mo­wał w Ja­po­nii, i za­mie­rza wró­cić do domu do Le­vide.

- Pie­prze­nie!

Taka była jego pierw­sza re­ak­cja. Druga po­le­gała na tym, że nie chciał nic wie­dzieć. Co, do cho­lery, miał te­raz wspól­nego z Arvi­dem Tra­neu­sem? Po­czuł jed­nak, że bu­dzi się w nim coś, co we­ssało tę in­for­ma­cję ni­czym su­chy grzyb wodę. Ro­sło nie­ubła­ga­nie, roz­gła­szało plany jakby samo z sie­bie, a im dłu­żej słu­chał, tym ja­śniej­sze się sta­wało, że to coś przy­szło w cha­rak­te­rze swo­istego pre­zentu dla niego. Jakby los, który rzadko - o ile w ogóle - miał mu coś do za­ofe­ro­wa­nia, po­kle­pał go po ra­mie­niu i dał mu szansę.

Po­woli prze­su­nął spoj­rze­nie od mo­rza do wiel­kich sto­sów drewna za dru­cia­nym ogro­dze­niem tar­taku. Bryza od Bał­tyku po po­łu­dniu przy­brała na sile i mio­tała ko­smy­kami jego się­ga­ją­cych do ra­mion wło­sów to tu, to tam.

Mocno wcią­gnął dym z pa­pie­rosa. Co się, do cho­lery, stało? Nikt już nie pa­lił. Kiedy za­pa­lił na ter­mi­nalu pro­mo­wym, lu­dzie ga­pili się na niego, jakby był ćpu­nem albo wła­śnie wy­cią­gnął sprzęt, któ­rym za­mie­rzał za­bić fokę. Prze­pro­sił. Oczy­wi­ście wie­dział o za­ka­zie, ale ja­koś nie we­szło mu to w na­wyk. Kiedy stał z pa­pie­ro­sem w dłoni, nie po­my­ślał o tym. Może prze­pra­szał tro­chę za długo i za gło­śno, bo miał wra­że­nie, że lu­dzie od­wra­cają wzrok, od­su­wają się o kilka me­trów, moc­niej trzy­mają małe dzieci. Pew­nie ist­niało to tylko w jego gło­wie. Po­czu­cie, że się wy­róż­nia, nie bar­dzo wie, jak na­leży się za­cho­wy­wać, by pa­so­wać do tłumu sta­ty­stycz­nych Szwe­dów.

Wrzu­cił pa­pie­rosa do wody. Nie­sa­mo­wite, że jed­nak tu był. Cho­ler­nie nie­sa­mo­wite. Dru­giego dnia wol­no­ści wsiadł na prom i wra­cał tam, gdzie zgod­nie z obiet­nicą zło­żoną sa­memu so­bie jego noga miała ni­gdy wię­cej nie po­stać. "Po moim tru­pie" - za­rze­kał się.

- Zo­ba­czymy, jak z tym bę­dzie - po­wie­dział sam do sie­bie.

Był w tym miej­scu tylko z jed­nego po­wodu. Przez Arvida Tra­neusa. Nie miał żad­nego planu ani po­ję­cia, co się sta­nie. Po pro­stu nie miał wy­boru. Mu­siał wsiąść na ten prom.

Na­prawdę my­ślał, że Ste­fa­nia zo­stała za­po­mniana i prze­pa­dła na za­wsze, ale przez lata, które spę­dził w wię­zie­niu, wgry­zła się w jego głowę i nie da­wała mu spo­koju. Za pierw­szym ra­zem po­ja­wiła się we śnie, a po prze­bu­dze­niu był zszo­ko­wany i otu­ma­niony. Po­tem była obecna w jego my­ślach. Po­cząt­kowo spo­ra­dycz­nie, po­tem co­raz czę­ściej.

Tak wła­śnie "prze­pa­dła na za­wsze".

Gwał­tow­nie od­wró­cił się ple­cami do mo­rza i ru­szył przed sie­bie. Uczu­cia w nim sza­lały. W jed­nej chwili była pło­mienna ra­dość wy­wo­łana świa­do­mo­ścią, że jest w dro­dze, bu­cha­jący ogień, silny jak le­dowa ża­rówka roz­ja­śnia­jąca mrok, a w na­stęp­nej zimny wiatr, który skła­niał go do za­mknię­cia oczu i spoj­rze­nia na sie­bie z ze­wnątrz. Kiedy to ro­bił, krę­cił głową z po­wąt­pie­wa­niem. A po­tem znowu przy­cho­dził czas na go­rąco i świa­tło, które z każdą ko­lejną osza­ła­mia­jącą falą wzma­gały się kosz­tem zim­nego wia­tru.

4

Pod sto­pami czuł ko­ły­sa­nie się świata. Był po dwu­dzie­sto­go­dzin­nej po­dróży z Na­rity na He­ath­row, pod­czas któ­rej czas pra­wie stał w miej­scu. Czuł ssa­nie w żo­łądku i wziął duży kęs omletu biał­ko­wego. Za­mó­wił go w jed­nej z re­stau­ra­cji po­nuro oświe­tlo­nej hali lot­ni­ska. Było ciemno jak w li­sto­pa­dowy dzień.

Omlet biał­kowy, ugo­to­wane na pa­rze bro­kuły i kilka za­gu­bio­nych zia­ren cie­cie­rzycy w oli­wie zio­łowo-cy­try­no­wej. Nie był to po­si­łek dla fa­ceta, ale do­świad­cze­nie na­uczyło go ostroż­no­ści przy je­dze­niu w dłu­gich tra­sach lot­ni­czych. Poza tym były inne po­wody. Mu­siał za­ostrzyć re­żim die­te­tyczny. Sporo przy­tył. Zbyt­nio mu to nie prze­szka­dzało, nie miał nic prze­ciwko by­ciu du­żym. Jed­nak ten mały za­su­szony le­karz, u któ­rego zgod­nie z za­pi­sa­nymi drob­nym drucz­kiem wa­run­kami ubez­pie­cze­nia miał od­by­wać wi­zytę co pół roku, pod­niósł wzrok znad wy­ni­ków ba­dań i przyj­rzał mu się ze zmar­twioną miną.

Za­re­zer­wo­wał dwa stałe ter­miny w ty­go­dniu na po­twor­nie dro­gim kor­cie te­ni­so­wym i ra­dy­kal­nie zmie­nił zwy­czaje ży­wie­niowe. Nie po to uzbie­rał ma­ją­tek, by przy­pły­nąć na Go­tlan­dię i umrzeć. Nie za­mie­rzał przed­wcze­śnie za­koń­czyć ży­cia z głową w garnku peł­nym pu­rée ziem­nia­cza­nego, ma­sła i ka­wioru.

Po­zwo­lił so­bie na piwo. Zwy­kle pod­czas dłu­gich lo­tów uni­kał też al­ko­holu, ale tym ra­zem do­tarł aż do Lon­dynu i była to jego ostat­nia po­dróż z Ja­po­nii. Nie wró­cił do domu, by umrzeć, ale też nie po to, by żyć jak mnich. Dla niego pora ide­al­nie sprzy­jała wy­pi­ciu piwa, mimo że w Lon­dy­nie był do­piero po­ra­nek.

Ła­two można się stać zbyt za­chłan­nym. W kwe­stii Pri­comu wy­ka­zali zbyt da­leko idącą pa­zer­ność, mu­siał to przy­znać. Cho­ciażby tylko przed sobą. Kiedy jed­nak mieli szansę, trudno było się po­wstrzy­mać przed ogry­zie­niem ko­ści. Pri­com mógł się oka­zać wręcz pro­ble­mem dla jego zle­ce­nio­dawcy. Cał­ko­wite znik­nię­cie spółki z rynku jest oznaką nie­pew­no­ści, a nie­prze­wi­dy­wal­ność ni­gdy nie jest do­bra. Ide­al­nym roz­wią­za­niem by­łoby za­pewne za­gar­nię­cie po­kaź­nego ka­wałka tortu i po­zo­sta­wie­nie reszty Pri­co­mowi, by dziel­nie jej bro­nił. Ale po­to­czyło się, jak się po­to­czyło. Nikt nie miał do niego pre­ten­sji. Wszy­scy byli za­do­wo­leni i mi­nie tro­chę czasu, za­nim za­czną się ob­ja­wiać ewen­tu­alne ne­ga­tywne skutki. Do tego czasu za­po­mną, jak się na­zy­wał, a on bę­dzie pie­lę­gno­wał swój ma­ją­tek po dru­giej stro­nie kuli ziem­skiej. W tym świe­cie wszy­scy pa­trzyli w przód.

Do rzędu sto­li­ków pod­biegł kel­ner, a on, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, wy­cią­gnął rękę z kartą, chcąc za­pła­cić. Kel­ner po­wstrzy­mał go ge­stem, ni­czym po­li­cjant z dro­gówki.

- Przy­kro mi, pro­szę pana, alarm prze­ciw­po­ża­rowy, musi pan na­tych­miast wyjść - po­wie­dział po an­giel­sku.

- Alarm prze­ciw­po­ża­rowy?

- Tak, musi pan wyjść.

Arvid scho­wał kartę z po­wro­tem do port­fela i wstał, trzy­ma­jąc czarną skó­rzaną teczkę.

Alarm prze­ciw­po­ża­rowy. Dziwne, nie sły­szał żad­nego alarmu. Wo­kół niego biz­nes­meni, a także kilku tu­ry­stów z ple­ca­kami, spo­koj­nie kie­ro­wali się do wyj­ścia, wy­mie­nia­jąc szyb­kie spoj­rze­nia - bar­dziej py­ta­jące niż ner­wowe.

- Tędy, pro­szę, tędy.

Pra­cow­nicy lot­ni­ska, w ja­skra­wo­żół­tych ka­mi­zel­kach, pró­bo­wali po­spie­szać po­wol­nych pa­sa­że­rów, wska­zu­jąc nie­okre­ślone miej­sce po dru­giej stro­nie przy­ciem­nio­nej hali. Ka­wiar­nie, sklepy wol­no­cłowe i inne wy­pra­szały klien­tów, za­my­kały kraty i opusz­czały ro­lety.

Tro­chę przy­spie­szył kroku, ale bez prze­sady. Nie po to też się do­ro­bił, by zgi­nąć na lot­ni­sku He­ath­row. Alarm prze­ciw­po­ża­rowy? O co mo­gło cho­dzić? Za­mach bom­bowy, po­żar? Może ktoś za­pa­lił cy­garo pod wy­kry­wa­czem dymu?

Arvid czła­pał z in­nymi pa­sa­że­rami, aż do­tarli do od­le­głego skrzy­dła ter­mi­nala, które wy­glą­dało jak ślepa uliczka. Je­den po dru­gim zwal­niali i się za­trzy­my­wali. Pra­cow­ni­ków w ka­mi­zel­kach nie było już ni­g­dzie wi­dać.

Jego ró­wie­śnik w gar­ni­tu­rze i de­si­gner­skich oku­la­rach, ze skó­rzaną teczką, roz­ło­żył ręce z wy­ra­zem re­zy­gna­cji na twa­rzy. Arvid skwi­to­wał tę re­ak­cję wzru­sze­niem ra­mion.

Ewa­ku­acja wy­raź­nie ro­ze­szła się po ko­ściach i nie było ni­kogo, kto po­tra­fiłby im po­wie­dzieć, czy są w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie, czy to był tylko fał­szywy alarm.

Arvid spo­strzegł wolne miej­sce na ławce i usiadł. Wy­peł­niło go ab­sur­dalne prze­świad­cze­nie, że nic nie ma sensu. Tego ro­dzaju uczu­cia były mu naj­zu­peł­niej obce. Dla niego za­zwy­czaj wszystko miało zna­cze­nie. Oczy­wi­ście różne w za­leż­no­ści od kwe­stii i we­dług tego ukła­dał prio­ry­tety, ale uwa­żał, że z czło­wie­kiem, który za­czyna my­śleć, że nic nie ma zna­cze­nia, nie jest naj­le­piej.

Nie otrzy­mał in­for­ma­cji, któ­rej po­trze­bo­wał, by móc pod­jąć de­cy­zję. Czy po­wi­nien po­biec do wyj­ścia ewa­ku­acyj­nego, czy może wró­cić do ogar­nię­tej wieczną je­sie­nią hali tran­zy­to­wej i za­mó­wić nowe piwo w miej­sce tam­tego, któ­rego nie miał oka­zji wy­pić? A może zo­stać na tej ławce, jak w czyśćcu?

Dla za­bi­cia czasu pró­bo­wał po­sor­to­wać swoje na ra­zie jesz­cze bar­dzo szki­cowe plany do­ty­czące wła­snej firmy kon­sul­tin­go­wej. Ta gadka, że już ni­gdy wię­cej nie trzeba bę­dzie pra­co­wać, była oczy­wi­ście wy­łącz­nie spo­so­bem na mó­wie­nie o pie­nią­dzach bez po­da­wa­nia kon­kret­nej sumy. Nie my­ślał o eme­ry­tu­rze. Kom­plet­nie nie po­tra­fił zro­zu­mieć lu­dzi, któ­rzy dążą do nie­za­leż­no­ści fi­nan­so­wej tylko po to, by móc po­świę­cić cały czas na golfa i wy­le­gi­wa­nie się na plaży.

Jego plan za­kła­dał, że roz­pocz­nie od bazy w po­staci dzie­się­ciu za­trud­nio­nych na stałe star­szych kon­sul­tan­tów, a resztę pra­cow­ni­ków bę­dzie wer­bo­wał do kon­kret­nych pro­jek­tów. Prze­wi­dy­wał, że faza pla­no­wa­nia i bu­dowy - po­le­ga­jąca na szli­fo­wa­niu po­my­słów i na­wią­zy­wa­niu od­po­wied­nich kon­tak­tów - po­trwa rok. By­łoby to coś zu­peł­nie in­nego niż jed­no­oso­bowy pro­jekt, który pro­wa­dził do tej pory. Z suk­ce­sami, to prawda, ale wła­sna firma kon­sul­tin­gowa otwo­rzy­łaby zu­peł­nie inne moż­li­wo­ści. Pew­nie trudno by­łoby da­lej miesz­kać w Szwe­cji, ale nie miał nic prze­ciwko prze­pro­wadzce do Lon­dynu czy Zu­ry­chu. Tym ra­zem za­mie­rzał wziąć Kri­stinę ze sobą.

Na ławce przy ścia­nie na wprost niego dwoje Azja­tów - męż­czy­zna i ko­bieta - dys­ku­to­wało o czymś ści­szo­nymi gło­sami, ale ży­wio­łowo. Sły­szał, że to Ja­poń­czycy, i miał dzie­więć­dzie­siąt pięć pro­cent pew­no­ści, że zaj­mują wy­so­kie po­zy­cje w biz­ne­sie.

Je­den z człon­ków za­rządu Pri­comu po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, uprzed­nio za­strze­liw­szy żonę i sied­mio­let­nią có­reczkę. Ty­powo ja­poń­skie, o ile było prawdą. Ci lu­dzie nie umieli so­bie ra­dzić z prze­ciw­no­ściami. Obo­wią­zy­wał u nich swo­isty feu­da­lizm - jakby nie po­tra­fili się po­go­dzić z tym, że w no­wo­cze­snym spo­łe­czeń­stwie lu­dzie się wspi­nają, spa­dają i znów za­czy­nają wspi­naczkę. Nie­ustan­nie obej­mują nowe sta­no­wi­ska, w za­leż­no­ści od wy­bo­rów i osią­gnięć, a cza­sami z po­wodu wy­da­rzeń, nad któ­rymi dana jed­nostka nie miała kon­troli. W tym świe­cie nie było miej­sca na ho­nor i wstyd.

Arvid za­sło­nił dło­nią usta, bo mi­mo­wol­nie za­czął zie­wać.

Kri­stina ze­rwała się od stołu w kuchni i po­pę­dziła do sa­lonu, w któ­rym te­le­wi­zor nada­wał po­ranny pro­gram. Na ekra­nie ko­bieta o krę­co­nych wło­sach w cie­płym od­cie­niu czer­wieni, przy­ja­znym uśmie­chu i nieco smut­nych oczach mó­wiła o Lon­dy­nie. Na wiel­kim lot­ni­sku He­ath­row pod Lon­dy­nem wy­buchł po­żar.

Kri­stina po­czuła, że ogar­nia ją fala cie­pła. Na lot­ni­sku się pa­liło. Nie­szczę­ście, ter­ror, bomby, ślepe ka­prysy losu, śmierć, znisz­cze­nie.

Pro­myk na­dziei.

Cie­pło zo­stało w jej wnę­trzu. Ob­jęła je, pró­bo­wała za­trzy­mać. Czuła, jak otula serce i uspo­kaja du­szę. Przed oczami za­częły jej się prze­wi­jać ob­razy. Przed­sta­wiały przy­szłość, po­dobną do tego, co się działo obec­nie. Bę­dzie mo­gła da­lej żyć tak jak przez więk­szą część dwóch ostat­nich lat. A co jesz­cze lep­sze: bez zim­nego lęku, wi­zyt za­po­wia­da­nych z krót­kim wy­prze­dze­niem, te­le­fo­nów co­dzien­nie o czter­na­stej i dni, w cza­sie któ­rych od­li­czała se­kundy, oba­wia­jąc się, że w każ­dej chwili on może coś wy­niu­chać, zde­ma­sko­wać ją swoim wy­czu­lo­nym no­sem i znisz­czyć jej wszyst­kie po­wody do ży­cia. Bę­dzie tylko to, co było do tej pory.

- Służby ra­tow­ni­cze szybko opa­no­wały po­żar. Nie zgło­szono żad­nych ob­ra­żeń, ale przed­sta­wi­ciel li­nii lot­ni­czych po­in­for­mo­wał, że pa­sa­że­ro­wie mogą się spo­dzie­wać opóź­nień wy­no­szą­cych od dwóch na­wet do dzie­się­ciu go­dzin.

Ko­bieta z czer­wo­nymi lo­kami znów miała w gło­sie cie­pło. Kri­stinę ściął lód.

Na­dzieja zga­sła.

Kri­stina ode­rwała wzrok od ekranu te­le­wi­zora. Naj­pierw do­pu­ściła się zdrady, a po­tem chciała, by czło­wiek, któ­rego zdra­dziła, oka­zał się mar­twy. Wsty­dziła się, choć wie­działa, że nie ma ta­kiej po­trzeby. Gdy znik­nęło cie­pło, za­stą­pił je wstyd. Żadne ra­cjo­nalne uczu­cia na świe­cie nie były w sta­nie za­trzy­mać wra­że­nia, że jest złym czło­wie­kiem. Kim wła­ści­wie była? Czy to wszystko nie miało żad­nego dna?

Nie wolno mi mieć na­dziei? Ży­czyć so­bie cze­goś in­nego? - pró­bo­wała się bro­nić. Kim wła­ści­wie je­stem, że sie­dzę tu przed te­le­wi­zo­rem z idio­tyczną na­dzieją, za­miast być w po­ciągu w po­ło­wie drogi do Ber­gen z za­pa­ko­wa­nym wa­zo­nem Ko­sta Boda, już po sprze­da­niu sa­mo­chodu? Kim ja, do dia­bła, je­stem?

Wstała z ka­napy, po­szła do pra­cowni Arvida i ru­chem myszki wy­bu­dziła kom­pu­ter z trybu uśpie­nia. Kiedy po­ja­wił się ob­raz, otwo­rzyła Fli­ght Trac­ker, do któ­rego już wcze­śniej wpi­sała nu­mer lotu Arvida. In­for­ma­cja po­dana przez rudą re­por­terkę oka­zała się praw­dziwa. Trzy go­dziny opóź­nie­nia. Do Visby po­winna do­trzeć naj­wcze­śniej o szes­na­stej, a jesz­cze póź­niej, je­śli na po­kła­dzie pro­mów ze Sztok­holmu bę­dzie kom­plet.

5

An­ders Tra­neus wy­szedł na oszkloną we­randę, skrzy­piącą pod no­gami. Nie chciał ob­wi­niać Kri­stiny, ale jego my­śli krą­żyły w kółko i z każ­dym ob­ro­tem wra­cały w to samo miej­sce - do niej. Uświa­da­miał so­bie, że nie można jej ufać. Po­tem szybko się z tego wy­co­fy­wał. Kri­stina. Trudno oskar­żać ko­goś, kogo się ko­cha.

Jed­nak przede wszyst­kim ob­wi­niał sam sie­bie. Po raz drugi we­tknął łeb w to samo gniazdo os. Jak cho­ler­nie głu­pim można być? W końcu do­cho­dził do nie­ubła­ga­nego py­ta­nia: Czy to była głu­pota? A może i tak po­stą­piłby w ten spo­sób, na­wet gdyby mógł zaj­rzeć w przy­szłość?

Czter­dzie­ści sie­dem lat. Ży­cie się za­wę­ziło. Nie­kiedy uwa­żał, że na­dal jest młody. Czuł się młody. Jego ciało było silne, nie oka­zy­wało żad­nych oznak nad­cho­dzą­cej sta­ro­ści, a w ostat­nich la­tach jego, mu­siał to przy­znać, dość ogra­ni­czone ży­cie na­brało roz­ma­chu i wy­peł­niło się ra­do­ścią. Kiedy so­bie uświa­da­miał, że ta ra­dość zo­sta­nie mu ode­brana, czuł, że nie ma zbyt wiel­kiego pola ma­newru. Nie było już tak ła­two od­wró­cić się w prze­ciw­nym kie­runku i za­cząć od nowa. W ta­kich chwi­lach czuł się sę­dziwy.

Gdyby jed­nak miał osiem­na­ście lat, też nie by­łoby ła­two za­cząć od nowa. Jak długo może w czło­wieku tkwić osoba, która go od­rzu­ciła?

W jego przy­padku o wiele za długo.

Czy tym ra­zem tak to się miało za­koń­czyć? W po­nie­dzia­łek na po­czątku paź­dzier­nika, gdy nie­zdolny do dzia­ła­nia stał na wła­sno­ręcz­nie zbu­do­wa­nej we­ran­dzie i pa­trzył na sza­ro­bure ścier­ni­sko?

Słońce wi­siało ni­sko na nie­bie, pa­da­jąc pro­sto na niego. Wi­dział, że całe pole jest pełne cien­kich, cie­niut­kich pa­ję­czyn. Całe pole. Nie­po­jęta praca.

Nie­zdolny do dzia­ła­nia? Tak, a co mógł zro­bić? Wziąć ją siłą? Nie był Arvi­dem. Może wła­śnie cze­goś ta­kiego chciała. Miała w gło­wie ja­kiś de­fekt, który spra­wiał, że wy­bie­rała tych, któ­rzy naj­go­rzej ją trak­to­wali? A może to wła­śnie było dla niej naj­bar­dziej od­po­wied­nie - siła i bez­względ­ność?

Pró­bo­wał zwal­czyć te my­śli. Idio­tyczne ro­zu­mo­wa­nie. Go­rycz.

Otwo­rzył okno i grzbie­tem dłoni zmiótł z pa­ra­petu kilka mar­twych much. Mia­rowy szum wen­ty­la­tora na si­lo­sie pa­szo­wym u Hed­berga był dziś wy­jąt­kowo wy­raźny. Po­wie­trze stało nie­ru­chomo, rów­nie parne na ze­wnątrz co w środku.

Kiedy In­ger go zo­sta­wiła, stał się zgorzk­niały. Roz­pa­mię­ty­wał to kilka lat. Na­wet oszklona we­randa była jej po­my­słem, ale to on ją zbu­do­wał. Dla niej. Może nie pa­so­wała ide­al­nie do reszty domu - wy­glą­dała bar­dziej jak no­wo­cze­sny do­mek dla pta­ków, który przy­warł do wiel­kiej willi z lat dwu­dzie­stych. Była to jed­nak so­lidna ro­bota.

Po­tem wszystko się od­wró­ciło. Za­czął przy­zna­wać jej ra­cję. Uwa­żał, że po­stą­piła słusz­nie, po­rzu­ca­jąc go. Lu­bił In­ger, ale nie był na nią go­towy. Nie mógł prze­stać my­śleć o Kri­sti­nie, cho­ciaż go od­rzu­ciła. In­ger nie miała naj­mniej­szych szans ze wspo­mnie­niem Kri­stiny. A mimo to... Przez więk­szość do­ro­słego ży­cia da­wał jej do zro­zu­mie­nia, że ją ko­cha. Może zresztą nie­kiedy ko­chał, mie­wał ta­kie prze­bły­ski. Mógł wska­zać wiele plu­sów... Dzieci. Jed­nak tem­pe­ra­tura mię­dzy nimi za­wsze była let­nia. Przy­naj­mniej tem­pe­ra­tura jego uczuć do niej.

Czy nie można było tego uznać za ro­dzaj prze­mocy albo przy­naj­mniej zdrady?

Te­raz za­po­wia­dało się, że znów zo­sta­nie sam - w ci­chym domu po­śród pól mię­dzy Klin­te­bys a Sanda. Dzieci wy­fru­nęły z gniazda i zaj­mo­wały się swo­imi spra­wami. Wszystko tak, jak po­winno być. Ich nie mógłby za­trzy­mać. Ale czuł się tak cho­ler­nie stary.

W do­ro­słym wieku zbyt długo wma­wiał so­bie, że ży­cie to coś, co po pro­stu po­winno trwać. Te­raz ro­zu­miał, że to nie­prawda. Rzecz nie tylko w tym, że ży­cie było krót­sze, niż so­bie wy­obra­żał. Cho­dziło rów­nież o to, że koń­czyło się o wiele wcze­śniej.

Co się z nią działo? Było ciemno. Po we­wnętrz­nej stro­nie ud czuła przy­jem­nie draż­niące do­zna­nia wo­kół wulwy, wy­wo­łane przez dwa okrężne ru­chy w prze­ciw­nych kie­run­kach. Po chwili prze­szyły brzuch, sta­jąc się źró­dłem cięż­kiego pod­nie­ce­nia, które ro­ze­szło się po ca­łym ciele i przy­spie­szyło jej od­dech.

Co się z nią działo? Była z kimś? Z An­der­sem? Nie, ni­kogo tam nie było. Czyżby sama się pie­ściła? Po­czuła wręcz za­wsty­dze­nie, jakby sama sie­bie na tym przy­ła­pała.

Gdzie były jej ręce? Mię­dzy no­gami? Nie, jedno przed­ra­mię spo­czy­wało pod po­duszką, na któ­rej nikt nie le­żał, a dru­gie w nie­wy­god­nej po­zy­cji, wci­śnięte za plecy. Nie, nie pie­ściła się. Miała nie­wi­dzial­nego ko­chanka. Czuła, jak się w niej po­ru­szał: ła­god­nie i bar­dzo, bar­dzo po­woli. Na­wet naj­mniej­szy ruch po­wo­do­wał przy­jemne mro­wie­nie. Było to jak szyb­kie prysz­nice, na prze­mian lo­do­wate i go­rące, nie­bez­pieczne skraj­no­ści, które wciąż za­trzy­my­wały się na­wza­jem na gra­nicy bólu, za­mie­nia­jąc go w roz­kosz.

Wy­ko­ny­wał ru­chy w jej wnę­trzu, a ona nie mo­gła się opa­no­wać i przy­su­wała się do niego co­raz bli­żej i bli­żej...

Co on z nią ro­bił? Po­wolne, wę­żowe ru­chy zda­wały się nie mieć końca, ni­gdy nie zmie­niać kie­runku, jakby ich źró­dło było we­wnątrz, jakby coś z niej wy­cho­dziło. Od­gar­nęła koł­drę, usia­dła na łóżku, zu­peł­nie naga, i utkwiła wzrok w swo­ich roz­ło­żo­nych no­gach.

Pro­sto w jej oczy pa­trzyły czarne wę­żowe śle­pia, osa­dzone w zgru­bie­niach na gło­wie gada. Zmar­z­nięta na kość, nie­zdolna do wy­ko­na­nia ru­chu, pa­trzyła na wy­cho­dzącą z jej łona żmiję z zyg­za­ko­wa­tym wzo­rem. Wszel­kie pod­nie­ce­nie mo­men­tal­nie mi­nęło. Je­dyne do­zna­nie fi­zyczne przy­po­mi­nało chłód ka­mieni wy­do­by­tych z ziemi tak głę­boko, że nie czuły cie­pła od ty­sięcy lat.

Łu­sko­wata skóra żmii była błysz­cząca, po­kryta jej ślu­zem. Gad wił się szyb­ciej i sy­czał, kiedy już z niej wy­szedł i su­nął przez włosy ło­nowe i da­lej na brzuch. Nie czuła jego ru­chów, a je­dy­nie ów bez­denny chłód, który miał źró­dło gdzieś w dole i piął się po krę­go­słu­pie.

Żmija zbli­żała się co­raz bar­dziej, z prze­krzy­wioną głową, lekko się po­ru­sza­jącą w takt ru­chów, które pro­wa­dziły ją na­przód. Do­tarła do jej pra­wej piersi. Czarne oczy zda­wały się wi­dzieć wszystko i nic. Otwarła sze­roki pysk, ob­na­ża­jąc dłu­gie zęby, a za­raz po­tem uką­siła. Za­to­piła zęby w ciem­no­czer­wo­nej bro­dawce sutka, a ból...

Kri­stina otwo­rzyła oczy. Po kilku szyb­kich, pa­nicz­nych spoj­rze­niach zo­rien­to­wała się w cza­sie i prze­strzeni. Ka­napa w sa­lo­nie, po­po­łu­dniowe słońce za oknem.

Klatka pier­siowa uno­siła się szybko i nie­re­gu­lar­nie. Kri­stina po­woli usia­dła. Po­czuła, że ma zdrę­twiałą lewą rękę, a prawą od­ru­chowo unio­sła do piersi pod cien­kim bia­łym weł­nia­nym swe­ter­kiem. W gło­wie miała kom­pletną pustkę. Żad­nych my­śli oprócz stra­chu, w chwili gdy zęby żmii za­głę­biły się w ciało.

Po­woli od­zy­ski­wała sie­bie. Sen, sen, sen, po­wta­rzała so­bie. Ale jaki! Skąd się ta­kie biorą? Kilka dni temu na ścieżce wi­działa żmiję, tyle zro­zu­miała. Mimo to...

Boże, która jest go­dzina? - po­my­ślała na­gle. Z wy­sił­kiem unio­sła zdrę­twiałą lewą rękę. Za dzie­sięć czwarta. Zdąży na lot­ni­sko na styk.

6

Em­rik Jans­son stał ple­cami do słońca, trzy­mał obie ręce na kie­row­nicy ro­weru i pa­trzył na drogę. Sze­roka szosa, po­my­ślał. Znaj­do­wał się na jej krańcu. W miej­scu, w któ­rym koń­czył się as­falt. Da­lej było już tylko kilka so­lid­nych be­to­no­wych blocz­ków ozna­czo­nych od­bla­skami. Był tam, ale mimo wszystko nie czuł się cał­kiem po­ko­nany. Wy­glą­dało to tak, jakby można było usiąść na jed­nej z tych be­to­no­wych brył i chwilę od­sap­nąć, za­nim zo­sta­nie się ze­pchnię­tym za kra­wędź.

Em­rik zwy­kle wcze­śnie za­sy­piał i wcze­śnie się bu­dził, czę­sto jesz­cze za­nim noc prze­mie­niła się w dzień. Jed­nak po­przed­niej nocy pra­wie nie zmru­żył oka. My­śli nie po­zwa­lały mu za­snąć. Nie­do­rzeczne, że tak bar­dzo się mar­twił czymś, co w za­sa­dzie nie było jego sprawą, ale nie dało się tego unik­nąć, gdy ży­cia nie wy­peł­niało już nic, co można by uznać za jego sprawy.

Mar­twił się, i to nie bez po­wodu, ale co wła­ści­wie chciał zo­ba­czyć czy osią­gnąć, sto­jąc tam, gdzie stał? Mi­ja­jący go sa­mo­chód Kri­stiny Tra­neus, mach­nię­cie zza szyby, a po­tem już nic? Mniej wię­cej na coś ta­kiego mógł li­czyć. Może jesz­cze na to, że w tym sa­mym au­cie mi­gnie mu Arvid Tra­neus.

Zdur­niały sta­ruch ze mnie, po­wi­nie­nem pójść do domu i się po­ło­żyć, prze­mknęło mu przez głowę. Za­czął błą­dzić po­żół­kłymi pal­cami w po­szu­ki­wa­niu ty­to­niu, ale znie­ru­cho­miał. Przez brak snu czuł się słaby i nie był pe­wien, czy pa­pie­ros go wzmocni, czy każe mu usiąść na tyłku przy dro­dze. Em­rik wie­dział z do­świad­cze­nia, że je­śli już klap­nie, nie da rady wstać bez po­mocy. To ostat­nie, czego chciał - by ktoś mu­siał przy­cho­dzić i wy­cią­gać go z rowu.

Uznał, że naj­le­piej dać so­bie spo­kój z pa­pie­ro­sem. Po­now­nie chwy­cił obu­rącz kie­row­nicę ro­weru i prze­szedł kilka me­trów. Po­winni nad­je­chać lada chwila. Lada chwila.

Duży miej­ski jeep Kri­stiny Tra­neus - srebr­no­szary le­xus - zje­chał z przy­brzeż­nej drogi w oko­li­cach Klinte i su­nął da­lej w kie­runku Hemse. O ile to w ogóle był jej sa­mo­chód. Jeź­dziła nim dwa lata i przy­zwy­cza­iła się do trak­to­wa­nia go jak swoją wła­sność, ale już nie ona sie­działa za kie­row­nicą.

Od czasu, gdy ode­brała Arvida z lot­ni­ska w Visby, mi­nęło nieco po­nad pół go­dziny. Przy­tu­lił ją już przed drzwiami hali przy­lo­tów. Mocno przy­ci­snął do swo­jego wiel­kiego i sil­nego ciała, a po­tem mu­siał się po­chy­lić, by schryp­nię­tym szep­tem wy­mru­czeć jej do ucha:

- Kri­stino, je­ste­śmy już tylko ty i ja.

Skóra jego twa­rzy na­pi­nała się od sze­ro­kiego uśmie­chu.

Kri­stina mocno do niego przy­warła, pra­wie się go kur­czowo ucze­piła, żeby nie stra­cić rów­no­wagi. Po­czuła za­wroty głowy.

"Tylko ty i ja". Co to zna­czyło? Co ta­kiego zo­ba­czył?

- Nie masz wię­cej ba­gażu? - za­py­tała, kiedy już się od­wa­żyła z po­wro­tem sta­nąć na nogi i spoj­rzała na teczkę z czar­nej skóry i małą ka­bi­nową wa­lizkę na kół­kach.

- Przy­ślą resztę.

Na par­kingu wy­cią­gnął rękę po klu­czyki do sa­mo­chodu.

- Nie je­steś zmę­czony? - za­py­tała.

Był na no­gach od dwu­dzie­stu czte­rech go­dzin, je­śli li­czyć opóź­nie­nie w Lon­dy­nie.

- Nie, wszystko w po­rządku. Ja po­pro­wa­dzę.

Za­częła na­tych­miast szu­kać klu­czy­ków w tor­bie.

Tak się zna­lazł za kie­row­nicą sa­mo­chodu, który za­częła trak­to­wać jak wła­sny. Po­je­chali mo­no­tonną trasą przez las mię­dzy Klinte a Le­vide, skrę­cili na Ge­rum i od domu dzie­lił ich już tylko ostatni od­ci­nek.

- Em­rik, o cho­lera. Ile jesz­cze ten fa­cet po­żyje? - mruk­nął Arvid.

Kri­stina na­wet nie za­uwa­żyła, że mi­nęli swo­jego si­wo­bro­dego daw­nego na­uczy­ciela. Jej my­śli były za­jęte czymś in­nym, a poza tym, w prze­ci­wień­stwie do Arvida, była przy­zwy­cza­jona do oglą­da­nia Em­rika.

- Już le­dwo cho­dzi - od­parła nie­obec­nym to­nem.

Do­je­chali do ta­blicy i Arvid skrę­cił w kie­runku go­spo­dar­stwa. Kri­stina oparła prawą dłoń na klamce i za­częła wdy­chać przez nos za­pach Arvida. Skła­dał się na niego w po­ło­wie on, a w po­ło­wie coś ob­cego - za­wsze tak było, gdy wra­cał do domu z po­dróży. Jakby czło­wiek, któ­rego znała, zo­stał roz­cień­czony przez coś in­nego. Już wiele razy tak sie­działa obok niego w sa­mo­cho­dzie, czu­jąc ten sam za­pach i ma­jąc w gło­wie tę samą myśl. Jed­no­cze­śnie to coś, co było nim, wy­peł­niło ją ciężką tę­sk­notą, która roz­pro­szyła wszyst­kie inne roz­my­śla­nia. Je­śli ist­niały ja­kieś wąt­pli­wo­ści, zni­kały ni­czym rosa w sło­neczny lip­cowy po­ra­nek, a Kri­stina była w sta­nie my­śleć tylko o jed­nym - wy­obra­żała so­bie, jak to bę­dzie, kiedy znów ją obej­mie, po raz pierw­szy od dni, ty­go­dni, mie­sięcy. Jego na­gie ra­miona wo­kół jej na­giego ciała, po­żą­dliwe, wy­ma­ga­jące dło­nie, sztywny ku­tas ocie­ra­jący się o jej brzuch. Jak mo­głaby wziąć...

Arvid kilka razy za­kasz­lał i skrę­cił przed duży dom.

Tym ra­zem nie czuła nic ta­kiego. Kiedy wcią­gnęła po­wie­trze, do­tarła do niej tylko woń al­ko­holu i sta­rego sa­mo­lotu. Z nutą potu.

Co czuł on? Czy pach­niała dla niego ina­czej? Czy mógł coś roz­po­znać w jej za­pa­chu?

Arvid za­trzy­mał sa­mo­chód na as­fal­to­wym pod­jeź­dzie przed ga­ra­żem. Wy­siadł i ru­szył po wa­lizkę, ale kiedy ba­gaż­nik był otwarty do po­łowy, znie­ru­cho­miał.

Czuł się nie­swojo.

Pu­ścił klapę i ogar­nął spoj­rze­niem ogród przed białą fa­sadą. Po­czuł się tak, jakby za­par­ko­wał przy nie­wła­ści­wym bu­dynku, choć prze­cież nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że to jego dom. Wła­ściwy, choć tak się nie wy­da­wało. Czyżby był nie­obecny tak długo, że w ogro­dzie zdą­żyły uro­snąć drzewa i krzewy? A może po pro­stu czas uczy­nił jego wła­sny dom ob­cym?

- Co my­ślisz?

Kri­stina. Słabo ją sły­szał, nie bar­dzo po­tra­fił zro­zu­mieć.

Nie, coś na pewno się zmie­niło.

Kiedy już to od­krył, po­czuł zdzi­wie­nie, że przed­tem mo­gło mu to umknąć. Od pod­jazdu do drzwi, rów­no­le­gle do domu, bie­gła wy­bru­ko­wana ścieżka. Po­mię­dzy nią a pod­jaz­dem ro­sło mo­rze pur­pu­ro­wo­czer­wo­nych kwia­tów, gę­ste jak gruby dy­wan.

Znów Kri­stina. Tym ra­zem ją usły­szał. W jej gło­sie po­brzmie­wała na­dzieja.

- Tak...

Spoj­rzał na nią, ale stra­cił re­zon. Z ja­kie­goś po­wodu nie mógł wy­krztu­sić słów. Tak samo jego ro­dzący się uśmiech ze­sztyw­niał i zgasł.

Arvid od­wró­cił wzrok w kie­runku ścieżki i kwia­tów. Wcze­śniej był tam żwir. Wy­sy­pana nim ścieżka bie­gła uko­śnie, prze­ci­na­jąc traw­nik, do­kład­nie w miej­scu, gdzie kwiaty na świe­żej ra­ba­cie ra­ziły go wście­kłą czer­wie­nią.

- To da­lie - oznaj­miła Kri­stina.

W jej gło­sie za­szła ja­kaś zmiana. Stał się nie­pewny.

- Co to jest? - za­py­tał, wpa­tru­jąc się w kwiaty.

Kri­stina, od­po­wia­da­jąc, ba­wiła się gu­zi­kami bluzki.

- Po­my­śla­łam, że to bę­dzie miła od­miana.

Za­trzy­mała na nim wzrok i pró­bo­wała prze­ka­zać en­tu­zjazm, ale w sła­bym uśmie­chu na jej twa­rzy wi­dać było prze­pro­siny.

- Od­miana?

- Tak, a co?

Wzru­szył ra­mio­nami.

- Tak, tak - po­wie­dział, wyj­mu­jąc wa­lizkę z sa­mo­chodu.

Zro­bił kilka kro­ków w kie­runku wa­pien­nej ścieżki, ale gwał­tow­nie przy­sta­nął. Kilka se­kund stał w zu­peł­nym bez­ru­chu, a po­tem, kie­ro­wany im­pul­sem nie do od­par­cia, skró­cił so­bie drogę do drzwi, jakby wciąż była tam ścieżka wy­sy­pana żwi­rem. Po­czuł, że wy­peł­nia go mie­szanka pa­lą­cego dys­kom­fortu i gniewu - i że to ona kie­ruje jego ru­chami. Cięż­kim i zde­cy­do­wa­nym, ale nie prze­sad­nie wy­dłu­żo­nym kro­kiem prze­szedł po ra­batce. Jego wy­pa­sto­wane czarne buty roz­miaru czter­dzie­ści sie­dem ła­mały i miaż­dżyły ło­dyżki i czer­wone płatki kwia­tów.