PROLOG
Maj 1945.Niemcy, las w okolicach Lüneburga
Starszy szeregowy Rosenkrantz i szeregowy Guildenstern szli bardzo powoli, zachowując ostrożność, nie posuwali się naprzód najkrótszą drogą, lecz stale kluczyli. Żadnych rozmów, palenia, bo wszystko mogło ich zdradzić, nawet trzask złamanej gałązki.
Im mocniej zagłębiali się w las, tym ścieżka była cieńsza, aż w końcu stała się prawie niewidoczna. W tym miejscu las był już tak gęsty, że korony drzew stykały się ze sobą, odcinając resztki światła księżyca, które z trudem przebijało się przez gęstniejące chmury. Od czasu do czasu przystawali, żeby nasłuchiwać, czy ktoś się na nich nie czai. Nie tylko uważali na wroga, ale i na siebie samych, bo skradając się w mroku, mogli zawadzić nogą o korzeń i polecieć na twarz. W niemieckim lesie wszystko wyglądało inaczej niż na szkoleniach, co więcej: dekonspiracja i wpadka mogły pociągać za sobą poważniejsze konsekwencje, bo za błędy popełnione na poligonie groził tylko ryk sierżanta Rotha i kary w oporządzaniu sprzętu.
Prowadził Guildenstern, Rosenkrantz położył mu na ramieniu rękę, by się nie zgubić albo nie przewrócić. Miał doskonały słuch, ale kiepski wzrok. Nosił okulary, w których szkła były grube jak denka butelek, przez co przydzielono go do kancelarii, a nie pierwszoliniowego oddziału. Mimo to wziął udział w brawurowej akcji, w której ryzykował wiele, a jego kumpel z jednostki, szeregowy Guildenstern, jeszcze więcej.
Obaj byli z Brooklynu, ale poznali się dopiero w wojsku, polubili się nie tylko dlatego, że pochodzili z tego samego miejsca i byli Żydami, ale także z powodu przeciwieństw. Starszy szeregowy Rosenkrantz był w cywilu molem książkowym, a szeregowy Guildenstern łobuzem, który nie unikał ulicznych bójek. Guildenstern był chojrakiem, ale czuł, że mrok, wieczorny chłód i nerwy osłabiają go. Nogi były coraz cięższe, chód coraz mniej pewny, skoro on miał już powoli dość, to znaczy, że Rosenkrantz był już u kresu możliwości. Wtedy dostrzegł w ciemnościach zarys, jakby jaśniejszą plamę, która odcinała się od leśnej ściółki.
- To tutaj, wyciągamy! - zakomenderował.
- Skąd wiesz, że to tutaj? - zapytał nieufnie Rosenkrantz.
- Bo widzę. - W głosie Guildensterna brzmiała absolutna pewność.
- Przecież nic nie widać, nawet nie wiem, w co mamy trafić - odburknął Rosenkrantz.
- Bo jesteś ślepy jak kret.
Głos Guildensterna nie wyrażał już pewności, ale irytację. To nie była bójka z gangiem z sąsiedniej ulicy, to była ich pierwsza poważna akcja w wojsku, więc nerwy coraz mocniej brały nad nimi górę. Nie ukoił ich nawet alkohol. Nie widzieli w tym nic wstydliwego, frontowcy pili, Sowieci bez wódki i spirytusu nie wygraliby tej wojny, a Niemcy bez zażywania swoich chemikaliów już dawno by się poddali.
- Daj spokój, przecież ty też nie widzisz! - rzucił Rosenkrantz.
- Zamknij się, kurwa! - Guildenstern nie powinien mówić tak głośno, nikt nie miał prawa ich usłyszeć, ale Rosenkrantz wyprowadził go z równowagi. - Patrz, gamoniu!
Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę. Na Brooklynie w barach i na potańcówkach chłopcy i, na co przede wszystkim liczył, dziewczyny, będą ją oglądać jako poniemieckie trofeum. Była niemiecka, owszem, ale nie musiał nikomu wyjaśniać, że dostał ją od jeńca w zamian za papierosa. Jemu już nie była potrzebna, bo szkopy od dawna nie miały benzyny do czołgów i aut, a co dopiero do zapalniczek! Była dobra i miała długi płomień, oświetliła teren jak całkiem niezła latarka. Teraz nawet Rosenkrantz mógł przez swoje denka zobaczyć, że stoją nad czymś, co przypomina świeżo skopaną grządkę, którą ktoś później poddał obróbce wojskowymi butami, a następnie przyklepał łopatą. Obaj wiedzieli, że to nie grządka, tylko grób.
- Wywlókłbym z ziemi tego skurwysyna i naszczał na twarz - syknął Guildenstern.
- Na to nie mamy czasu - zaoponował Rosenkrantz, choć wiedział, że rozważania Guildensterna są tylko ściśle teoretyczne. Nie wzięli przecież łopat, a po drugie... Żaden z nich nie był herosem. On był sztabowym gryzipiórkiem, a Guildenstern tylko kierowcą. Bardzo dobrym kierowcą, ale do mistrzostwa było mu daleko. Co innego zadać kilka szybkich ciosów albo sprzedać kosę frajerom, a co innego wykopać trupa z grobu. Z godzinę by kopali, po czym pewnie padliby ze zmęczenia. Nie wróciliby na czas z lewizny, w końcu ktoś by zauważył, że nie ma ich na kwaterze. Był jednak dociekliwy, więc zapytał: - Jesteś pewien, że to tutaj?
- Czy ja jestem pewien? - Guildenstern złapał Rosenkrantza za klapy mundurowej kurtki. - To ty rozmawiałeś z Angolem, który puścił farbę!
- Ze Szkotem...
- Wszystko jedno, z jednym z tych, którzy zatargali tu to ścierwo i zakopali!
- Z kolegą jednego z nich - powiedział niepewnie Rosenkrantz. - Ale wszystko wygląda tak, jak opowiadał, zgadza się, prawda?
Tak, zgadzało się: leśna droga, na której było widać ślady po kołach i zawracaniu pojazdu, a zaraz obok ścieżka, która prowadziła do miejsca pochówku.
- No to jazda, wyciągamy! - Guildenstern zaczął rozpinać rozporek. - Dużo wypiłeś?
- W sam raz - wysapał Rosenkrantz, który czuł, że szybko wypite piwo, cztery wielkie kufle, zaraz rozsadzi mu pęcherz. Tak po prawdzie był pijany jak bela.
- Ja więcej. - Guildenstern uśmiechnął się. - To lejemy! - zawołał, zapominając o konspiracji.
Niemal w jednej chwili obaj wykonali ruch, jaki pod każdą szerokością geograficzną wykonują mężczyźni, wyjmując z rozporka członka, aby ulżyć swym pęcherzom. Lekki ruch biodrami i najważniejszy z męskich narządów był już na wolności. To była jego zdecydowana i absolutnie niezaprzeczalna przewaga nad mózgiem, który nie opuszczał czaszki, będąc jej więźniem przez całe swoje życie.
- Masz, zasrańcu, olewają cię obrzezane, żydowskie śmoki[1]! - zaśmiał się Guildenstern, a Rosenkrantz zaintonował hymn Trzeciej Rzeszy.
Szeregowy pierwszej klasy, jako mówiący biegle po niemiecku, śpiewał, a zwykły szeregowy który z języków znał brooklyński i jidysz oraz parę słów, głównie przekleństw, których używali Włosi i Polacy - akompaniował mu gwizdem. Niemal tuzin kufli piwa zostało wydalonych na grób niemieckiego zbrodniarza i parowało teraz w chłodnym, wieczornym powietrzu.
- Khiełbhasa wraca do bazy - powiedział Guildenstern, chowając swoje przyrodzenie i celebrując ten moment, jakby wciągał w spodnie strażackiego węża. Twarz wyrażała błogość, poza tym wspomnienie z Brooklynu... Kiełbasa. Kiełbasa była jednym z tych polskich słów, które znał, słowem zakazanym, bo ta cholernie smaczna wędlina była absolutnie niekoszerna.
- Sausage do bazy, my też - zakomenderował Rosenkrantz, który swojego niezbyt imponujących rozmiarów fiutka schował błyskawicznie, bo nie było czego pokazywać, ale było o czym opowiadać. - Dobra, wracamy! - powiedział mocnym, zdecydowanym głosem, jakby przypomniał sobie, że przynajmniej teoretycznie to on dowodzi. W końcu Guildenstern był tylko zwykłym szeregowym, a on private first class.
To, że Rosenkrantz był w wojsku i nosił mundur, zakrawało na jakiś żart i pewnie on sam by się śmiał z tego dwa lata temu. Nie wyglądał na takiego, którego ciągnęło do wojaczki, przecież miał pójść do college'u na wydział literatury. Zaciągnął się jednak do armii amerykańskiej w wieku osiemnastu lat, nie tylko z patriotycznego obowiązku, ale przede wszystkim, żeby strzelać w twarz tym nazistowskim skurwysynom, którzy mordowali Żydów. Tyle że zamiast wysłać go na front, wsadzili go za biurko!
- Ciesz się, że w ogóle wzięli cię do wojska - mówił sierżant Roth. - Ciesz się, że posłali cię do Europy, bo tacy gamonie jak ty zostali w domu.
I rzeczywiście, David Rozenbaum, bo tak naprawdę nazywał się Rosenkratz, odwalał kawał dobrej roboty, w końcu znał języki, pisał jak szatan, a liczył jak księgowy. Z kolei pod ksywką Guildensterna skrywał się Noam Gildman. To porucznik Oldman tak sobie wymyślił, cholerny żartowniś, który do wojska poszedł prosto ze szkoły, w której uczył literatury, a Hamleta wprost uwielbiał. Może Rosenkrantz miał u niego fory, bo mogli porozmawiać o książkach. Takie sprawy Guildensterna nie obchodziły, jego horyzont zamykała przednia szyba jeepa, którego prowadził.
Wracali już na zupełnym luzie, pęcherze były puste, a alkohol pozbawił ich resztek stresu.
- Mimo wszystko uniknął sprawiedliwości - zagaił Rosenkrantz, który lubił szukać dziury w całym. - Zażył cyjanek potasu, mam nadzieję, że cierpiał.
- Nie uniknął też naszych szczyn, i to jest najważniejsze - powiedział Guildenstern.
Wyszli na drogę prowadzącą do miejsca ich zakwaterowania, księżyc wyjrzał zza chmur, nie było już gąszczu drzew. To był czas na papierosa.
- No to zapalmy - zaproponował Guildenstern, który z miejsca teatralnie poklepał się po kieszeniach. - O kurwa, nie mam fajek - zagrał swoją rolę sztabowy kierowca.
Rosenkrantz układał w głowie jakąś kąśliwą uwagę i sięgał już do kieszeni, gdy nagle ręka zatrzymała się w pół drogi. W ich kierunku szedł człowiek w krótkiej, zapinanej na zamek błyskawiczny, mundurowej kurtce i furażerce. Stanął na szeroko rozstawionych nogach i czekał na nich, w sposób typowy dla kogoś o wyższej szarży.
Podeszli do niego na regulaminową odległość i przystanęli. Na pagonach, których dekorowanie było przywilejem oficerów i generałów, widniała belka. Porucznik, młody, nie za wysoki, nie za niski, ale nabity, waga półciężka, nos świadczył o tym, że nie wszystkie walki, które stoczył, zakończyły się sukcesem.
- Co tu robicie, szeregowi? - zapytał.
- Za potrzebą, docisnęło nas. - Guildenstern zabrał głos, chociaż to Rosenkrantz był starszy stopniem.
- Nie ma latryn? To wojsko, a nie obóz skautowy! - rzucił nieprzyjemnie oficer.
Młody porucznik wyglądał na służbistę, do tego dość specyficznego, bo nie wydarł się, jego gniew był cichy, ale przez to wcale nie bardziej przyjemny od wrzasku.
- Nie próbujcie robić ze mnie idioty, wyszliście na lewiznę! - podsumował.
Guildenstern i Rosenkrantz wyprężyli się przed porucznikiem jak przed samym generałem Pattonem. Stali i patrzyli, regulaminowo ponad głową młodego oficera. Guildenstern nie rozgryzł, czy to niepewny w swoich posunięciach świeżak, który buduje autorytet, wyżywając się na szeregowcach, czy po prostu pieprzony sadysta. I kto wie, może jeszcze dociśnie, zrobi aferę, wykaże się... Rosenkrantzowi nie grozi przeniesienie do zwykłej jednostki, bo ma okulary, do tego mówi różnymi językami i pisze na maszynie. Kurwa, czemu Rosenkrantz milczy, przecież to on jako starszy szeregowy powinien mówić!
- Panie poruczniku, to szeregowy Guildenstern. - Sztabowy pisarz wskazał ręką na kierowcę. - Druga połowa duetu z Hamleta, bo ja to przecież starszy szeregowy Rosenkrantz - odezwał się niespodziewanie i do tego dość bezczelnie.
- Nie jestem ślepy, Rosenkrantz - odpowiedział porucznik. - Spierdalać stąd - rzucił jakby od niechcenia i szybko ponaglił stojących jak słupy soli szeregowców. - Spierdalać, ale już! Na kwatery, nie chcę żadnych kłopotów, zrozumiano?
Odeszli szybkim krokiem, a oficer zamiast pójść z nimi w kierunku kwater, poszedł głębiej w las.
- Gdzie on, kurwa, idzie? - wydusił Guildenstern.
- Może na lewiznę. - Rosenkrantz wzruszył ramionami.
- Oficer? - Takie rozwiązanie nie mieściło się w głowie Guildensterna. Mieli dość rozrywek, lepsze kantyny, przepustki! Po co miałby to robić. Jak go zatrzyma Military Police, będzie miał duże problemy. Żandarmeria była twarda, a połów oficera dawał szansę na bonusy, pokazywał, że patrol MP nie pęka.
- A co? Oficer też człowiek - zaśmiał się Rosenkrantz.
- W środku lasu, w środku nocy?!
- Jego sprawa - zakończył dyskusję Rosenkrantz, wyciągając z kieszeni paczkę lucky strike'ów. Na Brooklynie nie palił, krztusił się, ale tu, w woju... Z tymi okularami ze szkłami jak denka, budową pająka i nosem wielkim jak u dziobaka musiał mieć jakąś męską sprawność. Poza tym palenie zbliża ludzi, ułatwia kontakty, a on zawsze miał papierosy i mógł częstować. Dał łaskawie jednego Guildensternowi. Po chwili palili, zaciągając się dymem po raz ostatni tego dnia.
- Skąd znasz tego młodego byczka? - zapytał Guildenstern.
- To Irlandczyk. Rudy jak lis. Chyba z Chicago, Kelly się nazywa. Connor Kelly - powiedział Rosenkrantz z taką dumą, jakby to przed nim właśnie zdrajca Joe "Ducky" Medwick wyjawiał tajemnicę ucieczki z brooklyńskich Dodgersów do Giants. - Musi być dziany. Albo jakiś mądrala jak rebe. Bez którejś z tych rzeczy nie pozwalają na Harvardzie nawet zaciągnąć się powietrzem - powiedział z nutką żalu w głosie. Rosenkrantz marzył o którejś z uczelni Ligi Bluszczowej, ale nie czuł się dość utalentowany, by myśleć o stypendium, a kasa na czesne... Musiałby wygrać na loterii.
- Harvard... Chicago... - zamyślił się Guildenstern.
To wyjaśniało ten niemal idealny, jaśnie-kurwa-pański akcent. Jebany studenciak, inteligent! A ta nutka w głosie... Nienawidził chicagowskiego akcentu od czasu, kiedy podsłuchał dwie dziewczyny: "Och, ci chłopcy z Teksasu, mają taki fajny akcent, prawdziwe mruczące słodziaki!". "Taaak - potwierdziła druga - ale ci z Chicago też seksownie mówią. Nie to, co ci nasi, Brooklyn i całe to Long Island". Żeby to były jakieś siksy, ale to były dwa żydowskie kociaki! Odebrał to jak zdradę i się nie pomylił. W chwilę później jedna z nich tańczyła z jakimś makaroniarzem z Manhattanu.
- A ty skąd wiesz takie rzeczy? - Guildenstern wrócił do tematu.
Rosenkrantz nie odpowiedział, tylko zaciągał się papierosem.
- Nie bądź śmok!
Na próżno, ten mały fiut Rosenkrantz znów delektował się milczeniem, Guildenstern z sekundy na sekundę czuł, że wzbiera w nim złość, że w końcu eksploduje, i gdy był już doprowadzony do szewskiej pasji, jego kolega przestał celebrować tajemnicę.
- To może być mój przyszły przełożony - powiedział, próbując zachować twarz pokerzysty. - To oficer z Intelligence.
- Pieprzysz, to inteligentny?
- Tak, to oficer wywiadu z Gmunden. To on rozmawiał ze mną o przeniesieniu...
Gmunden. Mocno podkreślił tę nazwę, choć nie miał pojęcia czy Guildenstern wiedział, że tam właśnie była kwatera główna Counter Intelligence Corps.
- Po tym, jak nas tu nakrył, przeniesienie do wywiadu zobaczysz jak świnia niebo - wybuchł Guildenstern.
Nie życzył Rosenkrantzowi takiej porażki, bo wtedy proporcjonalna kara spotkałaby także i jego. Palnął tak po prostu, z zazdrości, że to kumpel dostał taką propozycję. Kto wie, może po takiej służbie trafi na dobrą uczelnię, bo w przeciwnym razie mógł liczyć po powrocie z woja tylko na dalsze kręcenie fajerą. Wyżej stanowiska kierowcy limuzyny nie podskoczy, i to tylko jeśli trafi na bogatego żydowskiego przedsiębiorcę.
- Wiesz co... - Rosenkrantz znów zawiesił głos, a Guildenstern miał ochotę dać mu za to w ryja. - To fajny facet i wydaje mi się, że też poszedł się odlać na grób tego skurwysyna. A poza tym...
- Co "poza tym"? - wycedził zniecierpliwiony Rosenkrantz.
- Tak poza tym to zrobiłem ci reklamę, powiedziałem Kelly'emu, że nikt tak nie powozi jak ty! A on szuka dobrego kierowcy. - Zapadła cisza, Guildenstern obawiał się, że to podpucha. Milczał więc, bojąc się odezwać, tymczasem Rosenkrantz ciągnął dalej: - Inteligentni najchętniej werbują tych, co mówią wieloma językami, ale szukają także innych specjalności. Żydzi są mile widziani... bo orientujesz się chyba, czym przede wszystkim zajmuje się teraz Counter Intelligence Corps?
Oczywiście, że Guildenstern wiedział, czym przede wszystkim zajmuje się CIC. Łapaniem nazistów!
- Porucznik Kelly prowadzi jeden z zespołów, to znaczy dopiero co usamodzielnił się i buduje swoją grupę, a wierz mi, jest napalony na tę robotę tak jak ty i ja. Podobno ma jakichś krewnych w Europie, których zabili Niemcy!
- Mam szansę? Nie robisz sobie ze mnie jaj? - Twarz Guildensterna wykrzywiła się w bandyckim uśmiechu, złapał nagle Rosenkrantza za klapy, potrząsnął nim i zasyczał: - Pierdolisz... - Jego głos był ostry jak sprężynowy nóż, który wyciągnął z kieszeni.
- O co ci chodzi? - Rosenkrantz był przerażony.
- Przecież to nie oficer wywiadu! Okłamałeś mnie, masz mnie za idiotę? - Nóż zabłysnął na wysokości nosa sztabowego kancelisty.
Rosenkrantz czuł, jak pot spływa mu z czoła, ale się uśmiechnął.
- Kurwa, zakpiłeś ze mnie i jeszcze cię to bawi? "Inteligentni" chodzą w mundurach bez dystynkcji, robisz mnie w chuja!
Fakt, ludzie z Counter Intelligence Corps chodzili w mundurach bez oznaczenia jednostki i bez dystynkcji.
- Widocznie pożyczył. - Rosenkrantz klepnął Guildensterna w ramię. - To są za poważne sprawy, żeby sobie żartować, masz szanse jak cholera! Zobaczysz, dzień, góra dwa, i dostaniemy przeniesienie, a w przyszłym tygodniu będziemy łapać takich skurwieli jak Heinrich Hitzinger, na którego grób naszczaliśmy!
"To byłby prawdziwy home run[2] - pomyślał Guildenstern - i to taki poza stadion".
Obejrzał się za siebie, ale rudego oficera już nie było, zszedł z drogi, zatem poszedł w kierunku grobu tego skurwysyna. Równy gość, za parę dni ich dowódca!