Odzyskana tożsamość. Spadkobierca - Monika Magoska-Suchar

Kup ebooka

49.99 zł
40.99 zł (25,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Mila

Greg.

Greg...

Greg?!

Obu­dzi­łam się z imie­niem mo­je­go by­łe­go na­rze­czo­ne­go na ustach. Usia­dłam gwa­łtow­nie, zla­na po­tem.

- To kosz­mar... To wszyst­ko tyl­ko kosz­mar - wy­szep­ta­łam, przy­ci­ska­jąc dłoń do pier­si, w któ­rej jak sza­lo­ne ło­mo­ta­ło moje ser­ce.

Do­pie­ro gdy nie­co się uspo­ko­iłam, by­łam w sta­nie ze­brać my­śli i zo­rien­to­wać się w swo­im po­ło­że­niu. Pa­mi­ęta­łam je­dy­nie, że Ma­sa­ru i Ryu od­wie­źli mnie na lot­ni­sko, gdzie cze­kał na mnie pry­wat­ny sa­mo­lot oy­abu­na. Wsia­dłam na po­kład, a po­tem pła­ka­łam i pła­ka­łam, aż po­ja­wił się on - po­twór z mo­jej prze­szło­ści. Wy­ło­nił się z mro­ku tak nie­ocze­ki­wa­nie, że na­wet te­raz, gdy znaj­do­wa­łam się poza jego za­si­ęgiem, znów od­czu­wa­łam prze­ra­że­nie, ja­kie to­wa­rzy­szy­ło mi w tam­tej chwi­li.

To nie­mo­żli­we, Milo...

On na­le­ży do two­jej prze­szło­ści.

To tyl­ko wy­twór two­jej wy­obra­źni.

To tyl­ko zwi­zu­ali­zo­wa­ne lęki, któ­re wzi­ęły nad tobą górę, gdy sa­mo­lot wzbił się nad pas star­to­wy, osta­tecz­nie roz­łącza­jąc cię z Shi­nem i Hi­ro­kim...

Przez tego czło­wie­ka prze­szłam de­pre­sję, nic dziw­ne­go, że wci­ąż tkwił w mo­jej pa­mi­ęci ni­czym za­dra. Być może roz­pacz przy­wo­ła­ła przed moje oczy jego ob­raz, bo niby ja­kim cu­dem po­ja­wi­łby się na­gle w Ja­po­nii i cze­go mó­głby chcieć ode mnie? Prze­cież się roz­sta­li­śmy... Nie, to zna­czy on roz­stał się z Milą, a ja by­łam Hol­ly. By­łam Hol­ly Mo­ore i choć Greg wi­dział się z moją sio­strą kil­ka razy, gdy ona pró­bo­wa­ła na­wi­ązać ze mną kon­takt, kie­dy za jego spra­wą od­ci­ęłam się od ro­dzi­ny, to te spo­tka­nia ni­g­dy nie na­le­ża­ły do szcze­gól­nie ser­decz­nych. Greg nie miał in­te­re­su, by spo­ty­kać się z Hol­ly. Nie znał jej do­brze. Nic go z nią nie łączy­ło.

Po­wta­rza­jąc to so­bie ni­czym man­trę, wsta­łam z łó­żka.

Z łó­żka?!

Do­pie­ro w tym mo­men­cie do­ta­rło do mnie, że znaj­du­ję się w ja­kie­jś sy­pial­ni. Nie mia­łam po­jęcia, jak tu tra­fi­łam. Ob­raz Gre­ga w sa­mo­lo­cie był ostat­nim, jaki za­pa­mi­ęta­łam z mo­jej pod­ro­ży. Z pod­ró­ży do zna­nej tyl­ko dziad­ko­wi Shi­na kry­jów­ki... Czy­żbym wła­śnie do niej tra­fi­ła? Może po pro­stu za­snęłam od pła­czu i któ­ryś z lu­dzi oy­abu­na za­wió­zł mnie na miej­sce po lądo­wa­niu, a ja by­łam tak zmęczo­na, że nie za­no­to­wa­łam tego fak­tu? Może to był ja­kiś ho­tel lub se­kret­ny dom na­le­żący do Da­ichie­go, któ­ry on od­dał do mo­jej dys­po­zy­cji, by od­ci­ąć mnie od swo­je­go wnu­ka?

Tro­chę się to nie kle­iło, ale po­trze­bo­wa­łam ra­cjo­nal­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia mo­je­go po­ło­że­nia i to wy­da­wa­ło mi się naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne.

W po­miesz­cze­niu pa­no­wał mrok. W ko­ńcu na­ma­ca­łam przy­cisk lamp­ki noc­nej. Gdy ją włączy­łam i ła­god­ne świa­tło roz­ja­śni­ło wnętrze, za­ma­rłam w bez­ru­chu z sze­ro­ko otwar­ty­mi usta­mi.

Zna­łam to miej­sce... To był...

Nie, to nie­mo­żli­we...

A jed­nak!

- Hol­ly... To po­kój Hol­ly - wy­jęcza­łam, roz­gląda­jąc się po utrzy­ma­nym w ró­żo­wych ko­lo­rach oto­cze­niu.

Wszyst­ko wy­gląda­ło tak, jak to za­pa­mi­ęta­łam sprzed lat, gdy jesz­cze miesz­ka­ły­śmy ra­zem z ro­dzi­ca­mi. Nad łó­żkiem wi­siał jej por­tret - moje dzie­ło, któ­re da­łam sio­strze na szes­na­ste uro­dzi­ny. Nie był do­sko­na­ły. Wów­czas do­pie­ro roz­wi­ja­łam swój warsz­tat, a jed­nak Hol­ly tak się po­do­bał, że po­sta­no­wi­ła ude­ko­ro­wać nim swo­ją sy­pial­nię. Ścia­nę obok zaj­mo­wa­ły zdjęcia, na wi­ęk­szo­ści z nich by­ły­śmy we dwie - ro­ze­śmia­ne, bli­skie so­bie, nie­świa­do­me, że na­dej­dzie czas, gdy zo­sta­nie­my roz­dzie­lo­ne de­fi­ni­tyw­nie.

Łzy za­kręci­ły mi się w oczach, dla­te­go szyb­ko prze­nio­słam wzrok na wi­szące nie­opo­dal wy­cin­ki z ga­zet z jej ulu­bio­ny­mi ze­spo­ła­mi K-pop. Ko­cha­ły­śmy się w tych sa­mych wo­ka­li­stach i ry­wa­li­zo­wa­ły­śmy w tej mi­ło­ści, wie­rząc, że kie­dyś uda nam się sta­nąć z nimi twa­rzą w twarz... Da­lej były fisz­ki do na­uki języ­ka ja­po­ńskie­go oraz dy­plo­my uko­ńcze­nia naj­lep­szych uczel­ni i kur­sów. Cała masa dy­plo­mów, a na­wet dwie wi­try­ny za­sta­wio­ne tro­fe­ami.

Po­de­szłam do jed­nej z szaf.

Wy­ró­żnie­nie w kon­kur­sie re­cy­ta­tor­skim.

Pierw­sze miej­sce w co­rocz­nym wy­ści­gu cha­ry­ta­tyw­nym.

Dla naj­pi­ęk­niej­szej.

Grand Prix kon­kur­su wie­dzy o kul­tu­rze Ja­po­nii.

Per­fek­cja. A ja­kże...

Za­wsze, gdy je do­sta­wa­ła, by­łam dum­na z Hol­ly, choć ta duma no­si­ła zna­mię za­zdro­ści. Mama ko­cha­ła moją sio­strę bar­dziej niż mnie, bo ona ni­g­dy nie za­wo­dzi­ła. Ja nie mia­łam dy­plo­mów i pu­cha­rów. By­łam nie­sfor­na i krnąbr­na. Nie dzia­ła­łam jak w ze­gar­ku, nie by­łam spo­le­gli­wa. Wa­ga­ro­wa­łam. Ob­ra­ca­łam się w dziw­nym to­wa­rzy­stwie - już w mło­dym wie­ku zda­rza­ło mi się si­ęgać po używ­ki. Wo­la­łam ma­lo­wać ob­ra­zy, za­miast, jak moja sio­stra, ślęczeć nad ksi­ążka­mi. By­łam jej prze­ci­wie­ństwem, tą gor­szą po­łów­ką, dla­te­go mat­ka za­wsze wo­la­ła ją, cze­go na­wet nie ukry­wa­ła, mó­wi­ąc, że do­brze się sta­ło, że to wła­śnie Mila zgi­nęła pod ko­ła­mi sa­mo­cho­du, a nie Hol­ly...

Za­ci­snęłam dło­nie w pi­ęści tak moc­no, że ból wbi­ja­nych w skó­rę pa­znok­ci przy­wo­łał mnie do rze­czy­wi­sto­ści.

Mój kon­takt z mamą nie miał te­raz zna­cze­nia. Wa­żniej­sza była kwe­stia, skąd na­gle wzi­ęłam się w jej domu? Je­śli to nie sen, mu­sia­ło ist­nieć lo­gicz­ne wy­tłu­ma­cze­nie. Czy­żby dzia­dek Shi­na ode­słał mnie do ro­dzi­ny? Znał jej ad­res, ale prze­cież znał też swo­je­go wnu­ka. A ten był bez­względ­ny i nie­ustępli­wy. Prze­cież gdy Shin­ji za­cznie mnie szu­kać - a bez wąt­pie­nia to zro­bi - z całą pew­no­ścią nie po­mi­nie miej­sca za­miesz­ka­nia mo­ich ro­dzi­ców. Oy­abun wy­dał mi się oso­bą prze­ni­kli­wą i kie­ru­jącą się ra­cjo­na­li­zmem, a ta de­cy­zja z całą pew­no­ścią ra­cjo­nal­na nie była. Po­pe­łni­łby aż taki błąd? A może w umiesz­cze­niu mnie na po­wrót w ro­dzin­nym domu Da­ichi miał inny, ukry­ty przede mną plan? Tyl­ko co w tym pla­nie ro­bił Greg? A może go tam nie było?

Przy­tła­cza­ła mnie ilo­ść nie­wia­do­mych i na­tłok sprzecz­nych uczuć zwi­ąza­nych z tym miej­scem. Wy­pro­wadz­ka do Gre­ga była ni­czym po­wiew świe­że­go po­wie­trza w moim ży­ciu. W tym domu ni­g­dy nie czu­łam się w pe­łni sobą. Ko­cha­łam ojca, ale ten, ze względu na pra­cę, rzad­ko w nim by­wał. Hol­ly uwiel­bia­łam ni­czym bó­stwo, ale gdzieś na dnie ser­ca wci­ąż jej za­zdro­ści­łam. A mamę... Ech, na­sza re­la­cja nie na­le­ża­ła do naj­lep­szych, ale sko­ro już tu by­łam, mu­sia­łam sta­wić czo­ła mat­ce. Może ona wy­ja­śni mi, co tu ro­bię i jak tu tra­fi­łam...

Shin

- Jak to: ni­g­dzie jej nie ma?! - ryk­nąłem, nie pa­nu­jąc nad gnie­wem.

Sie­dzący przy sto­le obok mnie Hi­ro­ki ude­rzył w płacz. Nie mógł się po­go­dzić z za­gi­ni­ęciem Hol­ly, tak samo jak ja.

- Prze­szu­ka­li­śmy oko­li­cę, spraw­dzi­li­śmy dwor­ce i por­ty lot­ni­cze. Za­przęgli­śmy do spra­wy lu­dzi z ca­łe­go To­kio, a ta­kże wspó­łpra­cu­jącą z nami po­li­cję. Ni­g­dzie, ab­so­lut­nie ni­g­dzie nie ma Mo­ore-san - za­ra­por­to­wał Ma­sa­ru, a ja nie mo­głem uwie­rzyć w to, co do mnie mó­wił.

Znik­nęła...

Ulot­ni­ła się.

I to tuż po tym, jak w za­sa­dzie wy­zna­li­śmy so­bie mi­ło­ść.

To było nie­lo­gicz­ne, bun­to­wa­łem się prze­ciw­ko temu, nie poj­mo­wa­łem tego. Nie umia­łem też lo­gicz­nie wy­ja­śnić, jak zdo­ła­ła opu­ścić moją re­zy­den­cję bez wie­dzy ochro­ny, to było nie­mo­żli­we...

- A mo­ni­to­ring? - chwy­ci­łem się roz­pacz­li­wej my­śli, jak to­nący brzy­twy. - Za­pis z ka­mer z tam­tej nocy na pew­no coś wy­ka­że!

- Przy­kro mi, sze­fie - od­po­wie­dział Gen­ta­ra. - Ale nic się nie za­pi­sa­ło. Była awa­ria sys­te­mu.

- Awa­ria sys­te­mu? Aku­rat w nocy, gdy znik­nęła Hol­ly? Chy­ba sam nie wie­rzysz w to, co mi wci­skasz! - krzyk­nąłem, znów roz­sier­dzo­ny do gra­nic. - Ma­cie mnie za idio­tę?!

Mężczy­źni zwie­si­li gło­wy. Z tru­dem się po­wstrzy­my­wa­łem przed rzu­ce­niem się na nich z pi­ęścia­mi. Przy­naj­mniej tak od­re­ago­wa­łbym zło­ść. Ale w ja­dal­ni był ta­kże mój syn. Pła­kał. Roz­pa­czał po swo­jej uko­cha­nej opie­kun­ce, któ­rą trak­to­wał jak mat­kę.

Mu­sia­łem się opa­no­wać. Hi­ro­ki był już wy­star­cza­jąco ze­stre­so­wa­ny tym, co się sta­ło. Od­ma­wiał je­dze­nia. Nie chcia­łem, by wró­cił do kry­cia się przede mną i słu­żbą pod łó­żkiem.

- Nie de­ner­wuj się, ko­cha­nie - ode­zwa­łem się do nie­go, głasz­cząc jego mo­kry od łez po­li­czek. - Ta­tuś przy­pro­wa­dzi Hol­ly. Już wkrót­ce znów będzie­cie się ra­zem ba­wić i uczyć.

- Obie­cu­jesz? - Chłop­czyk po­pa­trzył na mnie przez łzy.

- Od­naj­dę ją. Masz moje sło­wo! - po­wie­dzia­łem z em­fa­zą, wy­ci­ąga­jąc w stro­nę ma­lu­cha mały pa­lec.

- Nie za­wie­dź Hi­ro­kie­go, ta­tu­siu - pi­snął chłop­czyk, za­ci­ska­jąc swój mały pa­lu­szek wo­kół mo­je­go.

Ski­nąłem na po­twier­dze­nie, po czym wsta­łem zza sto­łu i ru­szy­łem w stro­nę drzwi. Roz­ka­za­łem Gen­ta­rze pil­no­wać dziec­ka.

- Sze­fie...

Ma­sa­ru po­bie­gł za mną.

- Co pla­nu­jesz? - za­py­tał, zrów­nu­jąc się ze mną na ko­ry­ta­rzu.

- Chwy­cić za broń - od­po­wie­dzia­łem.

Pod­wład­ny po­pa­trzył na mnie za­sko­czo­ny.

- Za broń? Ale dla­cze­go?

- Jest tyl­ko jed­na oso­ba, któ­rej za­le­ży w tej chwi­li na tym, bym utra­cił to, co ko­cham, bo to mnie osła­bi. I tyl­ko ta oso­ba była w sta­nie po to si­ęgnąć.

- Sze­fie... Nie mó­wisz chy­ba o swo­im stry­ju? - jęk­nął mężczy­zna.

- Oczy­wi­ście, że o nim. Ma do mnie oso­bi­sty żal i w ten spo­sób mi go oka­zał. A te­raz... Te­raz ja oka­żę mu swój gniew.

- Sze­fie, ale to nie Toru... To...

Nie mia­łem ocho­ty go słu­chać.

- Zwo­łaj na­szych lu­dzi! - roz­ka­za­łem wład­czo, przy­spie­sza­jąc kro­ku.

Mila

Zbie­ra­jąc wszyst­kie siły, ru­szy­łam w stro­nę drzwi. Wy­szłam na ko­ry­tarz. Choć był wie­czór lub noc, usły­sza­łam mu­zy­kę do­bie­ga­jącą z kuch­ni na dole. Podąży­łam śla­dem dźwi­ęków, jed­nak nim do­brnęłam do scho­dów, skręci­łam w stro­nę daw­nej sy­pial­ni ro­dzi­ców, któ­rą po uda­rze ojca mama prze­ro­bi­ła na jego po­kój.

Po­czu­łam nie­od­par­tą chęć zo­ba­cze­nia się z nim. Tata był moim wy­rzu­tem su­mie­nia i moją bo­lącz­ką. Sko­ro już tu by­łam, po­win­nam go od­wie­dzić. Nie mia­łam z nim kon­tak­tu tak dłu­go... Nie wi­dzia­łam go, od­kąd przy­da­rzy­ło mu się nie­szczęście. Mama wy­dzie­la­ła mi wi­dze­nia z nim, a po­tem, gdy się wy­pro­wa­dzi­łam, Greg ca­łkiem przy­sło­nił mi świat i ro­dzi­ce wy­da­wa­li mi się zbęd­ni.

- Tato... - wy­du­ka­łam wzru­szo­na, za­gląda­jąc do po­ko­ju, jed­nak sło­wa za­ma­rły mi na ustach.

Pa­mi­ęta­łam, że sy­pial­nia za­wa­lo­na była me­dycz­ną apa­ra­tu­rą, sprzęta­mi słu­żący­mi do pie­lęgna­cji cho­re­go, a na jej środ­ku sta­ło szpi­tal­ne łó­żko. Tym­cza­sem te­raz ten po­kój był... pu­sty! Czte­ry ścia­ny i żad­nych me­bli, przy­rządów, nic!

To był ko­lej­ny szok. Naj­pierw wspo­mnie­nie Gre­ga, po­tem po­bud­ka w po­ko­ju Hol­ly, a te­raz to - pu­sty po­kój ojca! Tego było za wie­le jak dla mnie.

Żąd­na wy­ja­śnień rzu­ci­łam się w stro­nę scho­dów. Zbie­głam na dół i wpa­dłam do kuch­ni. Przy ku­chen­ce sta­ła mama. Sma­ży­ła na­le­śni­ki i nu­ci­ła pod no­sem pio­sen­kę, któ­rą wła­śnie pusz­cza­li w ra­dio. Wy­gląda­ła tak zwy­czaj­nie i nor­mal­nie, że na chwi­lę za­trzy­ma­łam się przy drzwiach, za­sta­na­wia­jąc się, cze­mu sama tak się de­ner­wu­ję, sko­ro ona jest tak spo­koj­na.

- Mamo...? - bąk­nęłam, wy­łącza­jąc sto­jący na pó­łce przy we­jściu od­bior­nik.

- Hol­ly, skar­bie. Usi­ądź. Mu­sisz być bar­dzo głod­na. Za­raz po­dam ci ko­la­cję - oświad­czy­ła, na­wet nie ob­ra­ca­jąc się w moją stro­nę.

O co tu cho­dzi­ło?

To przy­po­mi­na­ło mi sce­nę z ja­kie­goś fil­mu. Czu­łam się tak, jak­by po­byt w Ja­po­nii był tyl­ko snem. Je­dy­nie wy­po­wie­dzia­ne imię i czu­ło­ść w gło­sie ro­dzi­ciel­ki świad­czy­ły o tym, że so­bie tego nie uro­iłam. Mama ni­g­dy nie okre­śli­ła­by mnie mia­nem "skar­bu"...

- Nie je­stem głod­na - od­po­wie­dzia­łam z iry­ta­cją, bo nie by­łam w sta­nie ukryć ner­wów. - Chcę się do­wie­dzieć, co tu się dzie­je! Co ja tu ro­bię? I gdzie, do cho­le­ry, jest ta­tuś?!

- Do cho­le­ry? Ależ Hol­ly, co to za język? - zdu­mia­ła się mama, od­wra­ca­jąc gło­wę w moją stro­nę.

Gdy jej nie­bie­skie oczy spo­częły na mnie, po­czu­łam, że pło­nę ze wsty­du. Pra­wie się zdra­dzi­łam!

Mili prze­kle­ństwa nie były obce, za to Hol­ly - cho­dzący ide­ał - ni­g­dy nie prze­kli­na­ła w obec­no­ści ro­dzi­ców. Za­po­mnia­łam się. Za­po­mnia­łam, kogo uda­ję. Mu­sia­łam mieć się na bacz­no­ści, by nie wzbu­dzić w ma­mie po­dej­rzeń.

- To przez emo­cje - wy­du­ka­łam, przez chwi­lę pa­trząc w podło­gę, a nie na ko­bie­tę, któ­ra ru­szy­ła w moim kie­run­ku.

Mi­mo­wol­nie cof­nęłam się przed nią w stro­nę drzwi.

- Ro­zu­miem, ko­cha­nie, że masz wie­le py­tań i je­steś ro­ze­dr­ga­na. Za­raz po­dam ci po­si­łek i po­roz­ma­wia­my - po­wie­dzia­ła, pod­cho­dząc do mnie i bio­rąc mnie w ob­jęcia.

Po­czu­łam bi­jące od niej cie­pło i za­pach per­fum Coco Cha­nel, któ­rych za­wsze uży­wa­ła. Był zmie­sza­ny z aro­ma­tem cia­sta na na­le­śni­ki.

Dom... Przez mo­ment od­nio­słam wra­że­nie, że do nie­go tra­fi­łam.

Wzru­sze­nie chwy­ci­ło mnie za gar­dło. Za­mknęłam oczy, roz­ko­szu­jąc się bli­sko­ścią, któ­ra do­tych­czas tak rzad­ko była moim udzia­łem. Jed­nak w tym mo­men­cie mój umy­sł pod­po­wie­dział mi sło­wa, któ­re mama skie­ro­wa­ła do mnie jako do Hol­ly:

Może to strasz­ne, co te­raz po­wiem, i uznasz mnie za po­two­ra... Ale z dwoj­ga złe­go do­brze, że się sta­ło i że do­tknęło to ją, nie cie­bie.

I wte­dy do mnie do­ta­rło, że w tej chwi­li ta ko­bie­ta nie tu­li­ła Mili, lecz swo­ją uko­cha­ną, per­fek­cyj­ną có­recz­kę, któ­rą mia­ła za świ­ętą. Tyl­ko że ja nie by­łam świ­ętą, nie by­łam per­fek­cyj­na, a nade wszyst­ko nie by­łam Hol­ly!

Wy­pu­ści­łam ją z ra­mion i od­su­nęłam się gwa­łtow­nie ni­czym opa­rzo­na. Jej bli­sko­ść była zwod­ni­cza i tok­sycz­na, mu­sia­łam uwa­żać.

- Już mó­wi­łam, mamo... Chcę po­roz­ma­wiać. To dla mnie wa­żniej­sze niż je­dze­nie.

Ko­bie­ta jed­nak nie wy­gląda­ła na szcze­gól­nie prze­jętą mo­imi sło­wa­mi.

- Umyj ręce, za­raz po­dam ko­la­cję.

Przy­gry­złam war­gi. To że­nu­jące. Trak­to­wa­ła mnie jak dziec­ko. W do­dat­ku za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by to­tal­nie nic się nie sta­ło, jak­bym nie opu­ści­ła An­glii. O co w tym wszyst­kim cho­dzi­ło? A może jed­nak to sen? Niby przy­jem­ny, bo zwi­ąza­ny z do­mem, a jed­nak, pod po­zo­rem nor­mal­no­ści, będący hor­ro­rem...?

By nie przedłu­żać tej chwi­li i nie wy­wo­łać nie­po­trzeb­ne­go kon­flik­tu, wy­ko­na­łam po­le­ce­nie i za­jęłam miej­sce przy sto­le. Mama po­da­ła mi ku­bek opa­trzo­ny imie­niem mo­jej zma­rłej sio­stry oraz jej ulu­bio­ny ta­lerz. Czy za­wsze w ten spo­sób in­fan­ty­li­zo­wa­ła do­ro­słą Hol­ly? Ja­kże była na­iw­na. Mia­ła ją za nie­win­ną, tym­cza­sem jej uko­cha­na có­recz­ka była luk­su­so­wą pro­sty­tut­ką...

Skwa­szo­na upi­łam łyk go­rącej cze­ko­la­dy z kub­ka sio­stry.

- Po­wiesz mi te­raz, co tu się dzie­je?

- Jedz. - Mama uśmiech­nęła się jak gdy­by ni­g­dy nic, na­kła­da­jąc mi cie­płe na­le­śni­ki na ta­lerz.

Gdy­by wie­dzia­ła, jak bar­dzo iry­to­wa­ły mnie jej spo­kój i mil­cze­nie... Ale by­łam Hol­ly. Per­fek­cyj­na cór­ka nie mo­gła oka­zy­wać nie­za­do­wo­le­nia w obec­no­ści mamy. Poza tym by­łam głod­na. Bar­dzo głod­na. Skręca­ło mnie ze zło­ści na samą sie­bie, ale w ko­ńcu prze­ła­ma­łam nie­chęć i skosz­to­wa­łam na­le­śni­ków. Były ide­al­ne - pu­szy­ste, aro­ma­tycz­ne, bar­dzo słod­kie... Rów­nież bu­dzi­ły sen­ty­men­ty, nad któ­ry­mi nie pa­no­wa­łam...

- Cze­kasz na ko­goś? - za­py­ta­łam, gdy do­strze­głam, że mama po roz­ło­że­niu na­kry­cia dla sie­bie, szy­ku­je jesz­cze jed­no do­dat­ko­we miej­sce przy sto­le.

- Ow­szem - od­po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się ta­jem­ni­czo.

Zmarsz­czy­łam czo­ło, po czym wy­pa­li­łam:

- Masz ko­goś?

Mu­sia­łam to z sie­bie wy­rzu­cić. Mo­men­tal­nie przy­po­mniał mi się te­le­fon do niej z za­strze­żo­ne­go nu­me­ru. Wów­czas nie mia­ła po­jęcia, że to ja. Wzi­ęła mnie za mężczy­znę, na­zwa­ła naj­dro­ższym, mó­wi­ła, że tęsk­ni... Te­raz to do mnie wró­ci­ło. Gdy zo­ba­czy­łam trze­cie na­kry­cie, przy­po­mnia­ły mi się dziw­ne emo­cje, któ­re to­wa­rzy­szy­ły mi w tam­tej chwi­li. By­łam zdez­o­rien­to­wa­na i zszo­ko­wa­na. To sta­no­wi­ło ko­lej­ną kwe­stię, któ­rą po­win­ny­śmy wy­ja­śnić i po­ru­szyć pod­czas dzi­siej­szej roz­mo­wy. Nie za­mie­rza­łam z tym cze­kać!

Mat­ka ob­rzu­ci­ła mnie zdu­mio­nym spoj­rze­niem. Chy­ba nie spo­dzie­wa­ła się aż ta­kiej bez­po­śred­nio­ści. Za­pew­ne Hol­ly by się kry­go­wa­ła i w ży­ciu nie spy­ta­ła­by jej o coś po­dob­ne­go, ale ja nie by­łam Hol­ly i żąda­łam cho­ler­nej praw­dy.

- Ow­szem - od­po­wie­dzia­ła w ko­ńcu, na­kła­da­jąc so­bie na­le­śni­ki.

Ha. A więc jed­nak! Pod­czas gdy oj­ciec ci­ężko cho­ro­wał, ona ro­man­so­wa­ła! Nie­da­le­ko pa­dło ja­błko od ja­bło­ni. Hol­ly ta­kże nie mia­ła opo­rów przed od­da­wa­niem swo­je­go cia­ła za pie­ni­ądze. W do­dat­ku dla mamy nie było pro­ble­mem mo­ral­nym to, że zdra­dza­ła męża. Co za ro­dzi­na! I po­my­śleć, że przez tyle lat to ja ucho­dzi­łam za czar­ną owcę, pod­czas gdy wca­le nie by­łam naj­gor­sza. Ka­żda z nas mia­ła swo­je za usza­mi, ale to mnie mat­ka uwa­ża­ła za zło wcie­lo­ne!

Z tru­dem po­wstrzy­ma­łam się przed oka­za­niem dez­apro­ba­ty.

- Od daw­na? - wy­ce­dzi­łam lo­do­wa­tym gło­sem.

- Wy­star­cza­jąco dłu­go, by stwier­dzić, że nie jest to zwy­kłe za­uro­cze­nie - od­po­wie­dział męski głos, do­bie­ga­jący zza mo­ich ple­ców, od stro­ny we­jścia do po­miesz­cze­nia.

Bar­dzo zna­jo­my głos...

- Greg?! - Aż pod­sko­czy­łam z prze­jęcia i od­wró­ci­łam się gwa­łtow­nie w stro­nę nowo przy­by­łe­go.

- Wi­taj, Hol­ly... Po­now­nie - od­po­wie­dział blon­dyn, uśmie­cha­jąc się do mnie.

- A więc jed­nak to nie były zwi­dy! - krzyk­nęłam wzbu­rzo­na, wsta­jąc z krze­sła. - To cie­bie wi­dzia­łam w sa­mo­lo­cie! Nie uro­iłam so­bie tego!

- Aż dziw, że co­kol­wiek pa­mi­ętasz - zdu­miał się mężczy­zna. - By­łaś w złym sta­nie. Po­da­łem ci leki uspo­ka­ja­jące.

Leki uspo­ka­ja­jące?

Ach, więc dla­te­go urwał mi się film. By­łam pew­na, że to lu­dzie oy­abu­na do­tran­spor­to­wa­li mnie do ro­dzin­ne­go domu. Tym­cza­sem to był ON! Prze­klęty Greg! Czło­wiek, któ­ry mnie okra­dł i zdra­dził. A te­raz był tu, w kuch­ni mo­jej mamy, i ni­czym zwy­kły do­mow­nik zaj­mo­wał bez za­pro­sze­nia miej­sce przy na­szym sto­le!

- Je­śli on tu będzie, ja wy­cho­dzę! - oświad­czy­łam sta­now­czo.

To było po­nad moje siły psy­chicz­ne. Niby by­łam Hol­ly, ale rany w ser­cu, ja­kie no­si­łam, zo­sta­ły za­da­ne Mili. W tym wy­pad­ku ci­ężko by mi było uda­wać sio­strę, bo pod­cho­dzi­łam do Gre­ga zbyt emo­cjo­nal­nie. Niby mi­nęło tro­chę cza­su, od­kąd od­kry­łam mrocz­ną stro­nę swo­je­go na­rze­czo­ne­go, a jed­nak gdy uj­rza­łam go po­now­nie, wszyst­ko odży­ło. Wci­ąż prze­pe­łnia­ły mnie zło­ść i żal. By­ła­bym skłon­na go spo­licz­ko­wać. Nie mo­głam, ot tak, z nim roz­ma­wiać. Nie po tym, co mi za­fun­do­wał.

Zdraj­ca... Pie­przo­ny zło­dziej i oszust!

Wście­kła ru­szy­łam w stro­nę wy­jścia, jed­nak nie do­ta­rłam do drzwi, bo mężczy­zna zła­pał mnie za nad­gar­stek i ści­snął go w swo­jej dło­ni tak moc­no, że po­czu­łam ból. Aż jęk­nęłam.

- Puść mnie!

- Naj­pierw po­ga­da­my. Mia­łaś dużo py­tań. Chcesz znać od­po­wie­dzi, a te­raz od­po­wied­ni na to czas. Po­tem mogę go już dla cie­bie nie mieć - od­po­wie­dział, za­gląda­jąc mi w oczy.

Opu­ści­łam wzrok, bo prze­ra­zi­ło mnie to spoj­rze­nie. A co, je­śli pa­trząc na mnie, do­strze­że we mnie Milę? Spędzi­li­śmy ra­zem kil­ka lat, znał mnie. Chy­ba. W ka­żdym ra­zie wie­dział o Mili spo­ro. Nie mógł po­znać praw­dy, zwłasz­cza do­pó­ki ja nie po­znam jej o nim i o mo­jej mat­ce!

Wy­rwa­łam rękę z jego uści­sku i ma­su­jąc obo­la­ły nad­gar­stek, wró­ci­łam na swo­je miej­sce. Cie­ka­wo­ść zwy­ci­ęży­ła.

- Na­praw­dę je­ste­ście parą? - za­py­ta­łam, kie­ru­jąc pe­łne wy­rzu­tu spoj­rze­nie na mat­kę.

- Tak - po­twier­dzi­ła.

To bo­la­ło... Bo­la­ło, jak­by wła­śnie mnie spo­licz­ko­wa­ła.

- A tata?! - za­wo­ła­łam płacz­li­wie, bo nie pa­no­wa­łam nad swo­imi uczu­cia­mi. - A Mila?! Co z nimi? Ot tak ich skre­śli­li­ście?

- Mar­twi nie mają pra­wa gło­su - od­po­wie­dział bez­na­mi­ęt­nym to­nem Greg, nim zro­bi­ła to moja mama.

- Mar­twi? - zła­pa­łam go za słów­ko. - Mila, ow­szem, ale tata?

- Cóż, skar­bie. To było dla nie­go naj­lep­sze wy­jście. Praw­dzi­wy akt mi­ło­sier­dzia - oświad­czy­ła mat­ka, a Greg, jak­by na po­twier­dze­nie jej słów, chwy­cił jej dłoń, któ­rą trzy­ma­ła na bla­cie.

Pa­trzy­łam na ich sple­cio­ne ręce i przez mo­ment nie do­cie­rał do mo­je­go mó­zgu prze­kaz jej słów.

- Naj... Naj­lep­sze wy­jście? - po­wtó­rzy­łam po­wo­li.

- Dla nie­go, ale i dla nas, rzecz ja­sna. On już nie cier­pi, my rów­nież - sko­men­to­wa­ła mama, a jej twarz przy­bra­ła wy­raz za­do­wo­le­nia.

Zro­bi­ło mi się nie­do­brze. Świat za­wi­ro­wał wo­kół mnie. Mia­łam ocho­tę zwy­mio­to­wać na na­le­śni­ki le­żące na ta­le­rzu przed tą obrzy­dli­wą parą, sie­dzącą na­prze­ciw­ko mnie.

- To dla­te­go... - wy­du­ka­łam z tru­dem. - To dla­te­go jego po­kój jest pu­sty...

- Wczo­raj go za­bra­li. Pie­ni­ądze wpły­nęły. Spe­łni­łaś swo­ją rolę. Po co miał się dłu­żej męczyć? Poza tym An­nie... - Greg do­tknął z czu­ło­ścią po­licz­ka ko­bie­ty i za­ło­żył jej nie­sfor­ne pa­smo blond wło­sów za ucho - ...wy­star­cza­jąco dużo zła do­świad­czy­ła u jego boku. Czas, by od­sze­dł, a ona znów za­częła żyć. Musi od­zy­skać ży­cie, któ­re jej ode­brał.

Wczo­raj go za­bra­li...

Wczo­raj...

Sło­wa mo­je­go by­łe­go na­rze­czo­ne­go dud­ni­ły mi w gło­wie. Ich sens był nie­ak­cep­to­wal­ny. Nie mo­głam uwie­rzyć, że oni...

- Za­bi­li­ście tatę?

- Za­bój­stwo? Ależ skąd! - Greg otrze­pał się, jak­by moje sło­wa go mier­zi­ły. - To była eu­ta­na­zja.

- Po pro­stu nie do­stał le­ków i prze­sta­łam kar­mić go son­dą żo­łąd­ko­wą. Cała resz­ta to na­tu­ral­na ko­lej rze­czy - od­po­wie­dzia­ła bez­na­mi­ęt­nym to­nem mat­ka.

- Po pro­stu...?! - po­wie­dzia­łam, naj­pierw ci­cho, a po­tem pod­nio­słam głos do krzy­ku. Mu­sia­łam to z sie­bie wy­rzu­cić, mu­sia­łam dać upust wście­kło­ści. - Zwa­rio­wa­łaś?! Gdzie two­ja em­pa­tia? Po­świ­ęci­łaś mu tyle lat! Za­wsze mia­łam cię za anio­ła, za wzór cnót! A ty... Po­zby­łaś się taty, bo po­sta­no­wi­łaś uło­żyć so­bie ży­cie z ko­chan­kiem?! Je­śli już mu­sia­łaś to zro­bić, dla­cze­go nie od­da­łaś ojca do ośrod­ka? Przy­naj­mniej by żył!

Po­czu­łam pie­kące łzy pod po­wie­ka­mi.

Mój Boże... Jak ona mo­gła? Jak ona mo­gła zro­bić coś ta­kie­go?! To mor­der­stwo... Nie zwy­kła zdra­da, a za­bój­stwo.

Mama za­bi­ła tatę... Jak to mo­żli­we? Jak bar­dzo się co do niej my­li­łam?!

- Ży­łby i na­dal ge­ne­ro­wał pro­ble­my, opła­ty, ko­niecz­no­ść po­świ­ęca­nia mu cza­su, jak­bym już wy­stra­cza­jąco dużo nie stra­ci­ła przez jego cho­ro­bę. Gdy­by mnie ko­chał, jak de­kla­ro­wał, od­sze­dłby, a nie prze­szka­dzał ni­czym wrzód. Te­raz mam spo­kój i pie­ni­ądze. Od cie­bie i te z ubez­pie­cze­nia. Je­stem mi­lio­ner­ką. Na­wet nie wiesz, jak dłu­go cze­ka­łam na ten mo­ment...

Pa­trzy­łam na nią przez łzy i nie po­zna­wa­łam ko­bie­ty, któ­ra tak bez­re­flek­syj­nie wy­po­wia­da­ła się o wła­snym mężu i fak­cie, że do­pro­wa­dzi­ła do jego śmier­ci. To była jej wina. To ona go za­bi­ła...

Mama... Moja mama za­bi­ła tatę! Dla pie­ni­ędzy. A ja... Ja jej w tym nie­świa­do­mie po­mo­głam. Przy­jęłam pie­ni­ądze oy­abu­na, by jej po­móc. Jej i ta­cie. A ona, gdy tyl­ko prze­lew się za­ksi­ęgo­wał, wy­pra­wi­ła swo­je­go męża na tam­ten świat...

Ale prze­cież nie mia­łam po­jęcia, z jak wy­ra­cho­wa­ną oso­bą mam do czy­nie­nia. W do­dat­ku zo­sta­łam zmu­szo­na do opusz­cze­nia Ja­po­nii i zre­zy­gno­wa­nia z Shi­na. Na samo wspo­mnie­nie o nim po­czu­łam się jesz­cze go­rzej. Po­rzu­ci­łam go, by ro­dzi­com nie sta­ła się krzyw­da, a moja mat­ka to wy­ko­rzy­sta­ła. Per­fid­nie, okrut­nie...

Ode­bra­ło mi mowę. Do­słow­nie. Ogrom zła, ja­kie sta­ło się moim udzia­łem, spra­wił, że za­nie­mó­wi­łam i trwa­łam w bez­ru­chu, będąc w sta­nie je­dy­nie ci­cho szlo­chać.

- Och, wiem, że to szok dla cie­bie, skar­bie, ale to była ko­niecz­no­ść i te­raz wszy­scy na tym sko­rzy­sta­my. Nie oba­wiaj się, nie za­po­mnia­łam o to­bie. Je­steś moją uko­cha­ną có­recz­ką, nie mo­gła­bym cię nie wy­na­gro­dzić za te lata, gdy tak mnie wspie­ra­łaś, w prze­ci­wie­ństwie do tej nie­wdzi­ęcz­ni­cy, Mili! Po­dzie­li­my się spra­wie­dli­wie...

Nie­wdzi­ęcz­ni­ca Mila... Sły­sząc to, otrze­źwia­łam. Do­ta­rło do mnie, że mam do czy­nie­nia z prze­stęp­ca­mi. Ina­czej nie umia­łam okre­ślić tej dwój­ki. Szko­da, że nie mo­głam na­grać ich wy­po­wie­dzi. Ale mo­głam tro­chę po­uda­wać i w przy­szło­ści wy­ko­rzy­stać tę wie­dzę prze­ciw­ko nim. Tata mu­siał zo­stać po­msz­czo­ny. Nie zdo­ła­łam mu po­móc, gdy mnie po­trze­bo­wał, więc przy­naj­mniej tyle mo­głam zro­bić - uka­rać jego za­bój­ców.

Ota­rłam łzy. Jesz­cze przyj­dzie na nie czas. Te­raz mu­sia­łam się prze­ła­mać i udać za­in­te­re­so­wa­nie we­jściem w tę cho­rą "spó­łkę".

- Ty i ja... To jesz­cze zro­zu­miem. Ale on? - Wska­za­łam dło­nią na Gre­ga. - Nie ufam mu. Co on ta­kie­go niby zro­bił dla spra­wy, że chcesz go wy­na­gra­dzać, mamo?

Ostat­nie sło­wo z tru­dem prze­szło mi przez gar­dło. Brzy­dzi­łam się nią. Brzy­dzi­łam się ko­bie­tą, któ­ra mnie uro­dzi­ła, ale nie mo­głam jej tego oka­zać. Jesz­cze nie.

- Greg to mózg ca­łej ope­ra­cji - oświad­czy­ła z dumą mat­ka.

Zmru­ży­łam oczy.

- Mózg ope­ra­cji? Były na­rze­czo­ny Mili?

- Och, to na­rze­cze­ństwo to też był po­my­sł pączu­sia. - Mama za­śmia­ła się per­li­ście.

Pra­wie się udła­wi­łam wła­sną śli­ną.

- Po­my­sł... pączu­sia? - wy­du­ka­łam.

- Wi­dzisz, Hol­ly - ode­zwał się Greg, znów szcze­rząc do mnie swo­je śnie­żno­bia­łe li­ców­ki. - Gdy by­łem w wi­ęzie­niu, two­ja mat­ka bar­dzo mi po­mo­gła.

- By­łeś w wi­ęzie­niu?! - Zszo­ko­wa­na znów krzyk­nęłam. - Ni­g­dy mi o tym nie wspo­mi­na­łeś!

- A dla­cze­go mia­łbym ci o tym wspo­mi­nać? Wi­dzie­li­śmy się rap­tem kil­ka razy. - Po­pa­trzył na mnie jak na wa­riat­kę.

Cho­le­ra, fak­tycz­nie!

Znów by­łam nie­uwa­żna. Znów pra­wie się wy­ga­da­łam. Prze­cież Hol­ly nie zna­ła do­brze Gre­ga. Ni­g­dy nie byli przy­ja­ció­łmi, spo­tka­li się je­dy­nie prze­lot­nie, gdy sio­stra od­wie­dza­ła mnie w lof­cie, któ­ry zaj­mo­wa­li­śmy. Przy­cho­dzi­ła po­roz­ma­wiać ze mną, pró­bo­wa­ła mnie prze­ko­nać do od­no­wie­nia ze­rwa­ne­go kon­tak­tu z mamą, a nie w ce­lach to­wa­rzy­skich. Ci­ężko więc, by Greg jej to wy­znał, tym bar­dziej że nie zwie­rzał się na­wet swo­jej na­rze­czo­nej...

Tak czy siak, nie mia­łam po­jęcia, że Greg był kry­mi­na­li­stą. Spędzi­łam z nim kil­ka lat, a kom­plet­nie go nie zna­łam. To była ko­lej­na bli­ska mi oso­ba, któ­ra mnie zwo­dzi­ła i oka­za­ła się zu­pe­łnie kimś in­nym, niż sądzi­łam. Mój nie­do­szły mąż okra­dł mnie i oszu­kał, a te­raz jesz­cze wy­szło na jaw, że za­ta­ił tak wa­żne fak­ty do­ty­czące swo­jej prze­szło­ści. Do­brze się sta­ło, że go nie po­ślu­bi­łam. I po­my­śleć, że jesz­cze nie­daw­no wy­pła­ki­wa­łam się Hol­ly z tęsk­no­ty za nim...

Głu­pia! Że też po­zwo­li­łam mu się tak omo­tać i, co gor­sza, naj­wy­ra­źniej w całą in­try­gę tego zde­pra­wo­wa­ne­go typa za­mie­sza­na była moja mat­ka!

Nie mie­ści­ło mi się to w gło­wie. Mia­łam ocho­tę wy­jść. Zo­sta­wić ich sa­mych, by gni­li da­lej ra­zem. Nie chcia­łam ich znać, nie chcia­łam mieć z nimi nic do czy­nie­nia, a mu­sia­łam trwać przy sto­le i słu­chać tego, co mie­li mi do po­wie­dze­nia, bo ich wy­zna­nia da­wa­ły mi szan­sę na ze­mstę.

- Prze­języ­czy­łam się z ner­wów. Mila... - po­pra­wi­łam się. - Mila ni­g­dy nie wspo­mi­na­ła mi, że sie­dzia­łeś...

- Bo nie mia­ła o tym po­jęcia. Zresz­tą po co mia­łbym się z nią dzie­lić ta­ki­mi spra­wa­mi? - Mężczy­zna non­sza­lanc­ko wzru­szył ra­mio­na­mi. - Sta­no­wi­ła dla mnie je­dy­nie źró­dło za­rob­ku.

Źró­dło za­rob­ku... A więc tyl­ko tym dla nie­go by­łam.

Po­czu­łam ścisk w gar­dle. Spoj­rza­łam z uko­sa na mamę. Pa­trzy­ła na nie­go, jak­by był bo­giem. Kom­plet­nie nie przej­mo­wa­ła się sło­wa­mi, ja­kie rzu­cał pod ad­re­sem jej cór­ki. Aż tak bar­dzo nie­na­wi­dzi­ła Mili? Aż tak bar­dzo nie­na­wi­dzi­ła mnie, że była skłon­na uwie­ść mo­je­go fa­ce­ta i spi­sko­wać z nim za mo­imi i taty ple­ca­mi?

- Tam się po­zna­li­ście? - do­cie­ka­łam. - Wi­ęzie­nie was po­łączy­ło?

- Tak - od­po­wie­dzia­ła bez za­jąk­ni­ęcia ko­bie­ta. - Pro­wa­dzi­łam te­ra­pię uza­le­żnień, na któ­rą uczęsz­czał Gre­go­ry.

Co­raz le­piej...

- I już wte­dy za­iskrzy­ło?

Mu­sia­łam po­znać praw­dę. Mu­sia­łam wie­dzieć, czy cały mój zwi­ązek był kłam­stwem, a nade wszyst­ko, czy moja mama od po­cząt­ku bra­ła udział w in­try­dze Gre­ga.

- Wte­dy się za­przy­ja­źni­li­śmy. Praw­dzi­we uczu­cie wy­bu­chło, gdy spo­tka­li­śmy się po­now­nie, lata pó­źniej - sko­men­to­wa­ła ko­bie­ta, a jej part­ner przy­tak­nął ru­chem gło­wy.

- Do dziś pa­mi­ętam dzień, jak sta­nęłaś w drzwiach lo­ftu. To był przy­pa­dek... Ale ja­kże szczęśli­wy. - Greg po­ca­ło­wał dłoń mo­jej mamy.

- Od­wie­dzi­łaś Milę? - za­py­ta­łam zdu­mio­na, bo na­gle uświa­do­mi­łam so­bie, że ni­g­dy nie wi­dzia­łam mat­ki w na­szym miesz­ka­niu. Cze­go mia­ła­by tam szu­kać?

- Mia­łam ad­res od cie­bie. Chcia­łam prze­mó­wić tej gów­nia­rze do roz­sąd­ku, by wró­ci­ła na stu­dia. Po­szłam po­uczyć krnąbr­ną cór­kę, a spo­tka­łam mi­ło­ść ży­cia...

Znów wszyst­ko pod­je­cha­ło mi do gar­dła. Spo­ty­ka­li się za mo­imi ple­ca­mi. By­łam dziew­czy­ną, a po­tem na­rze­czo­ną Gre­ga, a on w tym sa­mym cza­sie miał ro­mans z moją wła­sną ro­dzi­ciel­ką. To było obrzy­dli­we. Podłe. Bra­ko­wa­ło mi słów na okre­śle­nie złych emo­cji, któ­re we mnie na­ra­sta­ły.

- To był wasz wspól­ny po­my­sł, by Greg przy­własz­czył so­bie jej pra­ce?

- Mila była mi win­na pie­ni­ądze - oświad­czy­ła mat­ka. - Gdy ty spraw­dza­łaś się jako cór­ka w ob­li­czu kry­zy­su, ona zwy­czaj­nie wzi­ęła nogi za pas. Ni­g­dy nie zro­bi­ła ni­cze­go, by mi po­móc. Po pro­stu ucie­kła w sztu­kę i ro­mans. Ja zo­sta­łam sama z oj­cem, któ­re­go rze­ko­mo tak ko­cha­ła.

Tak moc­no za­ci­snęłam dłoń na kra­wędzi sto­łu, że po­czu­łam ból.

- A czy za­sta­na­wia­łaś się kie­dy­kol­wiek, dla­cze­go to zro­bi­ła? Za­wsze wi­dzia­łaś tyl­ko jej winę, nie do­strze­ga­jąc przy tym wła­snych błędów - za­sy­cza­łam.

- O czym ty mó­wisz, Hol­ly? - Mama gniew­nie zmru­ży­ła oczy.

O tym, cze­go ni­g­dy nie od­wa­ży­łam się po­wie­dzieć ci pro­sto w oczy - prze­le­cia­ło mi przez myśl.

- O wa­szej re­la­cji. O tym, że ona ni­g­dy nie czu­ła się na miej­scu u two­je­go boku, bo za­wsze, ale to za­wsze wy­bie­ra­łaś mnie, ba­ga­te­li­zu­jąc ją i jej osi­ągni­ęcia. Za­wsze po­zo­sta­wa­ła w moim cie­niu, przez co trud­no jej było spro­stać two­im wy­ma­ga­niom. Ona nie była mną, była sobą. A ty nie chcia­łaś jej po­znać.

- To są ja­kieś sen­ty­men­tal­ne bzdu­ry. Do­brze, że jej już nie ma, nie będzie ci wi­ęcej mąci­ła w głów­ce. - Mama się za­śmia­ła. - Pró­bo­wa­ła za­szko­dzić Gre­go­wi, pró­bo­wa­ła znów go wsa­dzić. Po­nio­sła kon­se­kwen­cje swo­je­go czy­nu. Dla­te­go już jej nie ma. Nie myśl o niej. Była je­dy­nie two­ją uszko­dzo­ną ko­pią. Ale na szczęście nie będzie nam już prze­szka­dzać, tak samo jak mój nie­szczęsny mąż-wa­rzy­wo. Pie­ni­ądze ze sprze­da­ży jej ob­ra­zów, od­szko­do­wa­nie z jej po­li­sy i po­li­sy wa­sze­go ojca oraz wpła­ta od two­je­go ja­po­ńskie­go aman­ta za­pew­nią nam do­stat­nie ży­cie z dala od desz­czo­wej An­glii.

Pa­trzy­łam na nich sze­ro­ko otwar­ty­mi ze zdu­mie­nia ocza­mi.

Czy ona wła­śnie przy­zna­ła się do... mor­der­stwa wła­snej cór­ki? A więc to ta­kże oni? To ta para za­mor­do­wa­ła Hol­ly?!

- To ty... - Wska­za­łam oska­rży­ciel­sko pal­cem w stro­nę Gre­ga. - To ty za­bi­łeś moją sio­strę! Na mo­ich oczach! Na mo­ich, kur­wa, oczach!

- Wy­da­ła na sie­bie wy­rok śmier­ci, zgła­sza­jąc moją spra­wę na po­li­cję. Po pro­stu ka­za­łem ją usu­nąć. Po wi­ęzie­niu mam zna­jo­mo­ści, gdzie trze­ba, a ona była zbęd­nym ele­men­tem tej ukła­dan­ki. Spe­łni­ła swo­ją rolę - oświad­czył mężczy­zna bez­na­mi­ęt­nie.

- Ja cię wi­dzia­łam, ja też zgło­si­łam spra­wę! Nie da­ru­ję ci tego! Za­bi­łeś ją! A ty, ty mu w tym po­mo­głaś! Mor­der­czy­ni! - Chwy­ci­łam ku­bek z cze­ko­la­dą i pod­ry­wa­jąc się z miej­sca, ci­snęłam nim w mat­kę. Pod­nio­słam ta­lerz i sztu­ćce i rzu­ci­łam nimi w Gre­ga.

Roz­pie­ra­ła mnie nie­wy­obra­żal­na zło­ść. Krzy­cza­łam. Pła­ka­łam. Mio­ta­łam ró­żny­mi rze­cza­mi.

To była fu­ria. W tej chwi­li by­łam skłon­na ich za­bić. Nie mia­ła­bym żad­nych skru­pu­łów.

- Za­słu­gu­je­cie na śmie­rć! Ścier­wa!

- Uspo­kój się, Hol­ly, skar­bie... Do­ko­ńczy­my roz­mo­wę... Pro­szę... - Mat­ka przy­ło­ży­ła dłoń do skro­ni w miej­scu, gdzie ude­rzył ją rzu­co­ny prze­ze mnie ku­bek.

- Och, dość tej hi­ste­rii. - Greg rzu­cił się na mnie.

Za­częłam z nim wal­czyć ni­czym lwi­ca, ale był sil­niej­szy. W ko­ńcu po­wa­lił mnie na podło­gę, usia­dł na mnie i bo­le­śnie wy­kręcił mi ręce na ple­cach.

- Je­śli się nie uspo­ko­isz, po­dzie­lisz los swo­jej nie­uda­nej sio­stry! - za­gro­ził.

Pró­bo­wa­łam się uwol­nić, choć ka­żdy mój ruch wy­wo­ły­wał ból.

- Ty skur­wie­lu! - łka­łam. - Po­ża­łu­jesz tego! Obo­je po­ża­łu­je­cie!

- Och, za­mknij się, suko... - Po tych sło­wach Greg przy­ło­żył mi coś me­ta­lo­we­go do kar­ku.

Usły­sza­łam dźwi­ęk po­dob­ny do tego, któ­ry wy­da­je elek­trycz­na za­pa­lar­ka do gazu, i moje cia­ło po­ra­ził prąd. Wi­łam się z bólu. Greg jesz­cze kil­ka­krot­nie włączył to urządze­nie. Zna­la­złam się na gra­ni­cy utra­ty świa­do­mo­ści. Ostat­nim, co za­pa­mi­ęta­łam, był głos mat­ki do­cho­dzący jak­by przez mgłę:

- Za­bi­jesz ją! Za­bi­jesz... Nie za­po­mi­naj, że jest nam po­trzeb­na!

Po­tem od­pły­nęłam w mrok, któ­ry wy­dał mi się mil­szy niż rze­czy­wi­sto­ść. W nim przy­naj­mniej nie mu­sia­łam oglądać po­two­rów.

Shin

Ko­ńczy­łem roz­wa­lać ki­jem bejs­bo­lo­wym szkla­ne pó­łki wi­szące za ogrom­nym ba­rem, gdy zza mo­ich ple­ców do­bie­gł wście­kły ryk:

- Co tu się dzie­je, do cho­le­ry?!

Uśmiech­nąłem się pa­skud­nie, ob­ra­ca­jąc na pi­ęcie w stro­nę sto­jące­go po dru­giej stro­nie baru mężczy­zny, któ­re­go ota­cza­ła ob­sta­wa.

- Za­pro­si­łem cię do kon­wer­sa­cji, Toru-chan - od­po­wie­dzia­łem, zło­śli­wie uży­wa­jąc przy­rost­ka, któ­re­go stryj za­wsze sto­so­wał wo­bec mnie, czym mnie iry­to­wał.

- Nisz­cząc moją wła­sno­ść? To mój ulu­bio­ny klub! Nie mo­głeś po pro­stu za­dzwo­nić?! - wrza­snął mężczy­zna, czer­wie­nie­jąc z wście­kło­ści.

- Co two­je, to moje, je­stem w ko­ńcu ko­lej­nym oy­abu­nem, czyż nie? - od­po­wie­dzia­łem z drwi­ną w gło­sie, wy­ma­chu­jąc ki­jem bejs­bo­lo­wym przed jego no­sem. Po czym roz­wa­li­łem wi­szące nad bla­tem roz­dzie­la­jącej nas kon­so­li krysz­ta­ło­we kie­lisz­ki.

- Prze­stań! Shin­ji, opa­nuj się! - wrza­snął Toru, po czym wy­jął pi­sto­let i wy­ce­lo­wał we mnie.

- Rzuć broń, Toru-san, póki nie jest za pó­źno - oświad­czył Ma­sa­ru, wy­ła­nia­jąc się z głębi sali wraz ze swo­imi lu­dźmi, któ­rzy oto­czy­li mo­je­go krew­ne­go i jego ochro­nia­rzy.

Stryj po chwi­li wa­ha­nia opu­ścił pi­sto­let.

- Cze­go chcesz ode mnie, Shin? Nie wy­star­czy ci to, co do­sta­łeś od Da­ichie­go? Jesz­cze ci mało? Dla­te­go przy­sze­dłeś po nie swo­ją wła­sno­ść? - za­sy­czał.

- Tak jak po­wie­dzia­łem, Toru-chan. - Wspa­rłem kij bejs­bo­lo­wy na bar­kach. - Co two­je, to moje, ale nie od­wrot­nie. Za­bra­łeś coś, co na­le­ży do mnie, i do­pó­ki mi tego nie od­dasz, będę nisz­czył wszyst­ko, co na­le­ży do cie­bie!

- Chy­ba je­steś pi­ja­ny albo na­ćpa­ny, Shin - wark­nął Toru. - Nie tknąłem ni­cze­go, co na­le­ży do cie­bie, choć po dzi­siej­szym dniu może się to zmie­nić!

- Łżesz! To ty mi ją ode­bra­łeś! To ty za­bra­łeś mi Hol­ly! - pod­nio­słem głos, czu­jąc, jak moje cia­ło roz­pie­ra wście­kło­ść. Naj­chęt­niej już te­raz roz­wa­li­łbym gło­wę temu kłam­cy. Wy­star­czy­łby je­den za­mach ki­jem ze ścia­ny z tro­fe­ami otrzy­ma­ny­mi od zna­nych spor­tow­ców, któ­re tak uwiel­biał gro­ma­dzić mój stryj.

- Hol­ly? - Mężczy­zna po­pa­trzył na mnie jak na wa­ria­ta, po czym za­czął się szy­der­czo śmiać. - Żar­tu­jesz? Co mi po two­jej ko­cha­ni­cy? Gdy­bym chciał ude­rzyć w cie­bie, za­cząłbym nie od tej eu­ro­pej­skiej dziw­ki, a od Hi­ro­kie­go!

Te sło­wa spra­wi­ły, że wpa­dłem w szał. Rzu­ci­łem kij w kąt, po czym do­pa­dłem do baru. Chwy­ci­łem mężczy­znę za kra­wat i przy­ci­ągnąłem do sie­bie, by na­stęp­nie ude­rzyć jego gło­wą o blat kon­so­li. By­łem tak wście­kły, że nie pa­no­wa­łem nad sobą. On śmiał się z Hol­ly, ob­ra­żał ją i gro­ził mo­je­mu sy­no­wi. W tej chwi­li na­sze po­kre­wie­ństwo nie mia­ło zna­cze­nia, li­czy­ło się to, że sta­no­wił nie­bez­pie­cze­ństwo dla mo­ich naj­bli­ższych.

Strach i zło­ść prze­sło­ni­ły mi oczy. Po­now­nie ude­rzy­łem jego gło­wą o blat.

Znów by­łem gang­ste­rem, yaku­zą. Naj­wy­ra­źniej ina­czej się nie dało. Nie zdo­ła­łem z tym ze­rwać, ta ro­dzi­na zmu­si­ła mnie do tego, abym był okrut­ny i wró­cił do ży­cia na kra­wędzi.

- Gdzie jest Hol­ly? Gdzie, do cho­le­ry, za­bra­łeś ko­bie­tę, któ­rą ko­cham?! - wrza­snąłem, po raz ko­lej­ny wa­ląc jego gło­wą o blat. I zno­wu, i zno­wu. Stryj be­łko­tał coś nie­skład­nie o swo­jej nie­win­no­ści. Pew­nie za­tłu­kłbym go na śmie­rć, gdy­by nie Ma­sa­ru, któ­ry pod­bie­gł i chwy­cił mnie w klesz­cze swo­ich ra­mion.

- Sze­fie, uspo­kój się! Bła­gam! - krzyk­nął.

Ude­rzy­łem go łok­ciem mi­ędzy że­bra, po czym uwol­ni­łem się z nie­chcia­nych ob­jęć. Po czym otrzy­mał ko­lej­ny cios - kop­ni­ęcie, któ­re zwa­li­ło go z nóg.

- Jak śmiesz mi prze­szka­dzać? - krzyk­nąłem po­iry­to­wa­ny, go­tu­jąc się do za­da­nia mu ko­lej­ne­go kop­ni­ęcia.

- To nie on... - wy­char­czał Ma­sa­ru, chwy­ta­jąc się za brzuch, w któ­ry wcze­śniej obe­rwał.

- Coś ty po­wie­dział?! - ryk­nąłem, do­pa­da­jąc do nie­go i chwy­ta­jąc za ko­łnierz jego bia­łej ko­szu­li.

- To nie on... To nie Toru-san za­brał Hol­ly - wy­dy­szał z tru­dem, bo moc­no go przy­du­sza­łem.

Sze­ro­ko otwo­rzy­łem oczy ze zdu­mie­nia.

- Nie on?! - po­wtó­rzy­łem za nim.

- Nie - jęk­nął.

- To kto?! Kto ode­brał mi i Hi­ro­kie­mu Hol­ly?! - Po­trząsnąłem nim, jak­by był lal­ką.

- Oy­abun... To jego de­cy­zja, sze­fie.

Przez mo­ment bez­ro­zum­nie ga­pi­łem się na mo­je­go czło­wie­ka.

- Oy­abun? Co ty pie­przysz?! - krzyk­nąłem wzbu­rzo­ny. - Dla­cze­go Da­ichi mia­łby...

- Na­dal nie ro­zu­miesz... - jęk­nął Toru pod­trzy­my­wa­ny przez dwóch swo­ich pod­wład­nych. Krew za­le­wa­ła mu twarz. - Na­wet on... Na­wet twój dzia­dek nie chce tej przy­błędy u two­je­go boku. Już ci mó­wi­łem. Masz obo­wi­ąz­ki względem ro­dzin Sa­kai i Sato. Czas je wy­pe­łnić...

Da­ichi ode­brał mi Hol­ly... To była jego de­cy­zja...

Jak mógł? Jak mógł mi to zro­bić? Prze­cież wie­dział, że da­rzę ją cie­pły­mi uczu­cia­mi. Dla­cze­go za­tem tak po­stąpił? Po raz ko­lej­ny wy­brał dla mnie po­win­no­ść za­miast szczęścia. Tyl­ko że tym ra­zem nie za­mie­rza­łem ule­gać pre­sji z jego stro­ny.

Pu­ści­łem Ma­sa­ru, po czym ru­szy­łem w stro­nę wy­jścia.Chcie­li, abym był oy­abu­nem, a de­cy­zji oy­abu­na się nie kwe­stio­nu­je. Sko­ro więc mój dzia­dek ustąpił i de­sy­gno­wał mnie na na­stęp­cę, mia­łem pe­łne pra­wo de­cy­do­wać o wszyst­kim, co do­ty­czy­ło mo­jej oso­by, i czer­pać ko­rzy­ści z tej nie­mi­łej mi funk­cji.

- Do­kąd je­dzie­my, sze­fie? - za­py­tał mnie szo­fer, gdy za­jąłem miej­sce na tyl­nym sie­dze­niu mo­je­go rolls-roy­ce'a.

- Do re­zy­den­cji Da­ichi-sama - od­po­wie­dzia­łem, wy­cie­ra­jąc chu­s­tecz­ką dło­nie z krwi Toru.

Dzia­dek był mi wi­nien wy­ja­śnie­nia. I choć znaj­do­wał się w po­wa­żnym sta­nie, nie za­mie­rza­łem mu od­pusz­czać...

Mila

Otwo­rzy­łam oczy i tro­chę się po­ru­szy­łam - na tyle, na ile mo­głam.

Ból. Okrop­ny, pul­su­jący ból prze­szył moją gło­wę i cia­ło, przez co po­now­nie opu­ści­łam po­wie­ki. Co się sta­ło?

Ach, tak... Greg po­ra­ził mnie prądem, bym się uspo­ko­iła, a po­tem chy­ba stra­ci­łam przy­tom­no­ść. Po­wtór­nie spró­bo­wa­łam otwo­rzyć oczy. Tym ra­zem po­szło mi le­piej, ale wci­ąż czu­łam ból ca­łe­go cia­ła, tym bar­dziej do­tkli­wy, że nie mo­głam zmie­nić po­zy­cji.

I wte­dy do mnie do­ta­rło: by­łam przy­wi­ąza­na do ku­chen­ne­go krze­sła. Chcia­łam coś po­wie­dzieć, ale z mo­ich ust wy­do­był się je­dy­nie be­łkot.

Kne­bel... Na ustach mia­łam za­wi­ąza­ny ja­kiś ma­te­riał, być może ku­chen­ną ścier­kę, przez co nie by­łam w sta­nie się ko­mu­ni­ko­wać.

- Do­brze, że już się obu­dzi­łaś, skar­bie, bo nie sko­ńczy­ły­śmy na­szej roz­mo­wy przez twój atak - oznaj­mi­ła mama, wy­cho­dząc zza mo­ich ple­ców.

Gdy prze­cho­dzi­ła obok, by sta­nąć ze mną twa­rzą w twarz, mu­snęła z czu­ło­ścią mój po­li­czek czub­ka­mi pal­ców. Ta piesz­czo­ta za­bo­la­ła rów­nie moc­no co po­ra­że­nie pa­ra­li­za­to­ra.

- Nie­po­trzeb­nie się unio­słaś, ko­cha­nie. Nie je­ste­śmy two­imi wro­ga­mi. Je­ste­śmy two­ją ro­dzi­ną, Hol­ly - do­da­ła, roz­ci­ąga­jąc usta w sze­ro­kim uśmie­chu.

Wy­be­łko­ta­łam coś nie­skład­nie. To były prze­kle­ństwa, ale kne­bel wpro­wa­dził na nie cen­zu­rę.

- Nie de­ner­wuj się. Po­roz­ma­wiaj ze mną w czte­ry oczy.

W czte­ry oczy? Na ile mo­głam, ro­zej­rza­łam się po kuch­ni. Gre­ga w niej nie było. To do­brze, bo po tym, co mi zro­bił - a nade wszyst­ko po tym, co zro­bił Hol­ly - pa­nicz­nie się go ba­łam. Był nie­prze­wi­dy­wal­ny.

Do­strze­głam pa­ra­li­za­tor, le­żący na bla­cie sto­łu. Po­sta­no­wi­łam nie spusz­czać go z oka.

- Obie­caj mi, że nie będziesz krzy­czeć, a zdej­mę ci kne­bel - po­wie­dzia­ła ko­bie­ta, któ­rej nie chcia­łam już na­zy­wać mat­ką.

Po­ki­wa­łam gło­wą. Nic in­ne­go mi nie po­zo­sta­ło. Chcia­łam usły­szeć od niej wy­ja­śnie­nia i zna­le­źć choć cień lo­gi­ki w po­stępo­wa­niu tej mor­der­czy­ni. Gdy wy­ci­ągnęła ma­te­riał z mo­ich ust, za­czerp­nęłam po­wie­trze do płuc, by na­stęp­nie wy­rzu­cić z sie­bie płacz­li­wie:

- Dla­cze­go? Dla­cze­go mu na to po­zwo­li­łaś?! Dla­cze­go po­zwo­li­łaś mu, by za­bił moją sio­strę?!

Mat­ka przy­su­nęła so­bie krze­sło i usia­dła na­prze­ciw­ko mnie.

- Wiem, że w tej chwi­li tego nie ak­cep­tu­jesz, bo by­łaś bli­sko z Milą, ale wi­dzisz... Po pro­stu coś we mnie pękło i dla mnie to już nie jest cór­ka, nie dziec­ko, a po pro­stu ktoś, kto przy­czy­nił się do tego, że wy­szłam w ko­ńcu na swo­je. Przez lata pra­cy w wi­ęzie­niu na­pa­trzy­łam się na tyle zła i do­świad­czy­łam tylu ne­ga­tyw­nych emo­cji, że ca­łko­wi­cie na nie zo­bo­jęt­nia­łam. Nie czu­ję em­pa­tii względem ni­ko­go. Ni­ko­go, prócz sie­bie. I jest mi żal, żal stra­co­ne­go cza­su. Za­wsze po­świ­ęca­łam się dla ro­dzi­ny. Twój oj­ciec zmu­szał mnie do pra­cy, któ­rej nie­na­wi­dzi­łam, bo ci­ągle mu było mało pie­ni­ędzy i uwa­żał, że ko­bie­ta nie po­win­na sie­dzieć w domu. I te­raz to, że ni­g­dy nie uwzględ­niał mo­je­go zda­nia, ze­bra­ło żni­wo. Jego udar był mi po­nie­kąd na rękę, po­do­ba­ło mi się, że wresz­cie rzu­ci­łam etat w wi­ęzie­niu. Pro­ble­mem jed­nak sta­ły się pie­ni­ądze, bo za­si­łek pie­lęgna­cyj­ny nie star­czał na moje po­trze­by. Ten dar­mo­zjad był ni­czym wa­rzy­wo. Nie mo­głam na nie­go li­czyć. Mila wy­pro­wa­dzi­ła się do fa­ce­ta. Zo­sta­łaś mi tyl­ko ty, ty jed­na przy mnie trwa­łaś. A po­tem po­ja­wił się Greg. To on pod­su­nął mi po­my­sł, by za­ro­bić na pra­cach mo­jej nie­wdzi­ęcz­nej cór­ki. Miał do­jście do pa­se­rów, bo sam kie­dyś był jed­nym z nich. Po­sta­no­wi­li­śmy wy­do­ić Milę ni­czym kro­wę. Ma­lo­wa­ła jak sza­lo­na, on pod­sy­cał w niej nie­chęć do ro­dzi­ny, by nie pró­bo­wa­ła od nie­go ode­jść. Uza­le­żnił ją od sie­bie psy­chicz­nie i che­micz­nie. Na­wet nie wiesz, jak psy­cho­tro­py świet­nie dzia­ła­ją na wy­obra­źnię i jak bar­dzo uła­twia­ją pra­nie mó­zgu.

Psy­cho­tro­py? Greg mnie truł... Truł, a ona mu na to po­zwa­la­ła.

To był hor­ror. By­łam bo­ha­ter­ką hor­ro­ru.

W tej chwi­li ża­ło­wa­łam, że pod­da­łam się woli oy­abu­na. Trze­ba było zo­stać w Ja­po­nii, u boku Shi­na i Hi­ro­kie­go. By­ła­bym nie­świa­do­ma tego, ja­kie­go okru­cie­ństwa do­pu­ści­ła się moja mat­ka. Za­pew­ne mia­ła­bym inne pro­ble­my na gło­wie, ale na­wet gniew po­tężne­go Da­ichie­go nie prze­ra­żał mnie tak jak sło­wa mo­jej ro­dzi­ciel­ki i ozi­ębły ton, ja­kim prze­ka­zy­wa­ła mi szcze­gó­ły do­ty­czące zbrod­ni, któ­re po­pe­łni­ła. Jak­by fak­tycz­nie kom­plet­nie nie ro­bi­ło na niej wra­że­nia, że po­zwo­li­ła roz­je­chać swo­ją cór­kę. Nie mia­ła jed­nak po­jęcia, że za­bi­ła nie­wła­ści­wą oso­bę. Skrzyw­dzi­ła Hol­ly, swo­ją świ­ętą có­recz­kę, któ­rą rze­ko­mo tak bar­dzo ko­cha­ła. Sama zro­bi­ła so­bie krzyw­dę. My­śla­ła, że do­pi­ęła swe­go, a los z niej za­kpił.

W tym mo­men­cie po­czu­łam, że do­brze się sta­ło, iż prze­ży­łam. To była praw­dzi­wa ze­msta na tej po­zba­wio­nej skru­pu­łów ko­bie­cie, dla któ­rej li­czy­ły się tyl­ko pie­ni­ądze.

- Do cze­go mnie po­trze­bu­je­cie? Ma­cie for­tu­nę z prac Mili i od mo­ich pra­co­daw­ców z Ja­po­nii. Cze­go jesz­cze chce­cie? - za­py­ta­łam przez łzy.

- Po­dzie­lić się z tobą. Nie zo­sta­wię cię sa­mej, tak jak ty ni­g­dy mnie nie zo­sta­wi­łaś - od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem. Jej sze­ro­ko otwar­te oczy błysz­cza­ły go­rącz­ko­wo. - Wy­je­dzie­my ra­zem da­le­ko stąd. Wy­pro­wa­dzi­my się na raj­ską wy­spę. Będzie­my szczęśli­we i obrzy­dli­wie bo­ga­te...

W tej chwi­li moje łzy wy­schły, a ja wie­dzia­łam już, że to nie tyl­ko okru­cie­ństwo, ale też cho­ro­ba. Ta ko­bie­ta była cho­ra. A Greg to pod­sy­cał, tak samo jak ro­bił ze mną. Te­raz to spo­strze­głam: ten błysk w oku, ten sło­wo­tok, ten opty­mizm, choć to, o czym mó­wi­ła, było je­dy­nie mrzon­ką, bred­nia­mi, w któ­re uwie­rzy­ła. Tak samo jak ja... Głu­pia, na­iw­na Mila, wie­rzy­łam w to, że kie­dyś zo­sta­nę wiel­ką ar­tyst­ką, będę mieć wy­sta­wy w naj­lep­szych świa­to­wych ga­le­riach i zdo­będę for­tu­nę. Greg to samo ro­bił te­raz z moją mat­ką. Opętał ją, omo­tał, wmó­wił nie­praw­dę.

Sły­sząc te bzdu­ry, by­łam skłon­na przy­si­ąc, że Greg wszyst­ko do­kład­nie opra­co­wał i w swo­ich pla­nach na przy­szło­ść z całą pew­no­ścią nie uwzględ­nia mo­jej ro­dzi­ciel­ki, a tym bar­dziej mnie. By­ły­śmy mu po­trzeb­ne tyl­ko do cza­su. Py­ta­nie brzmia­ło tyl­ko, kie­dy sta­nie­my się zbęd­ne.

- A Greg? Jego też uwzględ­niasz w tej wi­zji? - za­py­ta­łam, sta­ra­jąc się ukryć drwi­nę.

- Oczy­wi­ście. Szy­ku­je­my ślub. Gdy tyl­ko do­pe­łnię for­mal­no­ści po­grze­bo­wych z oj­cem i za­ko­ńczy­my kwe­stię tego two­je­go Ja­po­ńczy­ka, opusz­cza­my ten prze­brzy­dły Lon­dyn.

- Kwe­stię mo­je­go Ja­po­ńczy­ka? - za­py­ta­łam. Na­gle znów po­czu­łam lo­do­wa­te mac­ki prze­ra­że­nia.

Shin... Mój Boże. Oni mie­sza­li w swo­je kno­wa­nia na­wet jego!

- Ow­szem. Tyl­ko przez to, że za­wa­rłaś tak lu­kra­tyw­ny kon­trakt z tym Azja­tą, nie po­zby­łam się wcze­śniej two­je­go nie­szczęsne­go ojca. Cze­ka­łam na pie­ni­ądze od cie­bie. Na­wet prze­ło­ży­li­śmy z Gre­giem na­sze ma­try­mo­nial­ne pla­ny, abyś mo­gła tam za­ro­bić. - Za­śmia­ła się hi­ste­rycz­nie.

- W ta­kim ra­zie dla­cze­go mnie po­rwa­li­ście? Ta wcze­śniej­sza pró­ba... Atak w zoo? To rów­nież wa­sza spraw­ka? - Zmarsz­czy­łam brwi.

Wszyst­ko po­wo­li na­bie­ra­ło sen­su. Mu­sia­łam tyl­ko usta­lić, jaką rolę w tym wszyst­kim od­gry­wał Shin. Mu­sia­łam go chro­nić. Jego i Hi­ro­kie­go. Oni dwaj nie za­słu­gi­wa­li na to, by znów do­pa­dło ich zło. Zbyt wie­le wy­cier­pie­li. Nie mo­głam do­pu­ścić do tego, by lu­dzie po­kro­ju mo­jej mat­ki czy tego śmie­cia Gre­ga wy­ci­ąga­li ku nim swo­je skrwa­wio­ne łap­ska.

- Prze­świe­tli­li­śmy tego typa, u któ­re­go się za­trud­ni­łaś. To mi­liar­der wy­wo­dzący się ze zna­czącej ro­dzi­ny. Kura zno­sząca zło­te jaj­ka. Po­sta­no­wi­li­śmy wy­ci­snąć z nie­go wi­ęcej, niż ci obie­cał.

- Dwa mi­lio­ny euro to mało? - Ze zdu­mie­nia wy­trzesz­czy­łam oczy.

- Co nam po dwóch mi­lio­nach, je­śli mo­że­my mieć ich dzie­si­ęć razy tyle, a może na­wet i wi­ęcej? - par­sk­nęła.

- Dzie­si­ęć razy tyle? Za co...? - za­py­ta­łam zszo­ko­wa­na.

- Za cie­bie, skar­bie - od­po­wie­dzia­ła z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach, po­chy­la­jąc się ku mnie, by po­gła­skać mój po­li­czek. Na­praw­dę wie­le mnie kosz­to­wa­ło, by nie od­su­nąć twa­rzy od ręki, któ­rej się brzy­dzi­łam.

- Za mnie...

A więc to wszyst­ko było dla pie­ni­ędzy... Przez nie zgi­nął tata, uma­rła Hol­ly. A te­raz ta podła baba i jej nie­szczęsny gach pró­bo­wa­li prze­jąć ma­jątek Shin­jie­go, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego jego uczu­cie do mnie.

- Tak, ko­cha­nie. Greg ma od­po­wied­nie ukła­dy. Ka­za­li­śmy was ob­ser­wo­wać. Gdy wy­szło, że ten fa­cet się za­an­ga­żo­wał i że two­ja pra­ca u nie­go to coś wi­ęcej niż tyl­ko opie­ka nad dziec­kiem, po­sta­no­wi­li­śmy wy­du­sić z nie­go wi­ęcej gro­sza. Niech nim syp­nie, je­śli chce cię od­zy­skać. Za pierw­szym ra­zem nie uda­ło nam się cie­bie prze­jąć, bo unie­mo­żli­wi­li to jego lu­dzie, ale za dru­gim sami pod­sta­wi­li cię na lot­ni­sko. A te­raz zgar­nie­my kasę, po­dzie­li­my się nią i roz­pocz­nie­my nowe ży­cie na na­szej wy­spie. Plan ide­al­ny, czyż nie?

Pa­trzy­łam na nią sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi. Ona na­praw­dę w to wie­rzy­ła. Naj­wy­ra­źniej nie mia­ła po­jęcia, że Shin­ji nie jest byle biz­nes­me­nem. Jest yaku­zą, a te­raz na­wet sa­mym oy­abu­nem. Chcie­li szan­ta­żo­wać ojca chrzest­ne­go ja­po­ńskiej ma­fii. Albo fak­tycz­nie byli nie­świa­do­mi, albo obo­je, a nie tyl­ko mat­ka, ule­gli sza­le­ństwu.

Tak czy siak, nie mo­głam do­pu­ścić do tego, by Shin stra­cił część ma­jąt­ku prze­ze mnie. Wy­star­czy­ło, że w łapy tej dwój­ki wpa­dły dwa mi­lio­ny jego dziad­ka.

- Tak... to ide­al­ny plan - po­twier­dzi­łam, sta­ra­jąc się uśmiech­nąć. - Nie mia­łam po­jęcia, że je­ste­ście tak... spryt­ni i wszyst­ko przy­go­to­wa­li­ście. Dla­te­go za­re­ago­wa­łam tak hi­ste­rycz­nie, ale po prze­ana­li­zo­wa­niu two­ich słów wiem, że chcę być częścią tego pro­jek­tu...

- Czy­li... och, ko­cha­nie. - Oczy ko­bie­ty za­szkli­ły się łza­mi szczęścia. - Czy­li wcho­dzisz w to?

- Tak, mamo... - W mo­ich oczach rów­nież po­ja­wi­ły się łzy, choć nie mia­ły nic wspól­ne­go z ra­do­ścią. To były łzy nie­na­wi­ści, zło­ści i ze­msty.

Ja tego nie od­pusz­czę. Nie da­ru­ję wam tego, co zro­bi­li­ście mi i moim naj­bli­ższym, a te­raz pró­bu­je­cie zro­bić Shi­no­wi!

Ko­bie­ta rzu­ci­ła mi się na szy­ję i za­częła okry­wać moją twarz po­ca­łun­ka­mi. To było obrzy­dli­we.

- Moja ko­cha­na, mój skar­bie... Tak się ba­łam, że się nie zgo­dzisz i będziesz mu­sia­ła po­dzie­lić los sio­stry... Roz­wa­ża­li­śmy prze­cież i ta­kie wy­jście. W ko­ńcu wi­dzia­łaś za­bój­stwo Hol­ly, ba­li­śmy się, że nas zdra­dzisz...

Czy­li roz­wa­ża­li ko­lej­ny mord. Ro­mans z Shi­nem i jego bo­gac­two w pew­nym sen­sie mnie chro­ni­ły, bo pa­zer­no­ść tej dwój­ki nie zna­ła gra­nic!

- Oczy­wi­ście, że cię nie zdra­dzę. W ko­ńcu je­steś moją mamą. Dla­cze­go mia­ła­bym to zro­bić... - pa­pla­łam, co mi śli­na na język przy­nio­sła, by wzbu­dzić w niej za­ufa­nie.

- Moja naj­dro­ższa có­recz­ko, moje ko­cha­nie. Za­wsze uwa­ża­łam, że po­win­naś być je­dy­nacz­ką... Za­wsze!

A ty ni­g­dy nie po­win­naś być mat­ką, podła suko! - do­po­wie­dzia­łam w my­ślach, na głos zaś sko­men­to­wa­łam:

- Chcę cię ob­jąć. Uwol­nisz mnie z tych wi­ęzów? Okrop­nie mi ścier­pły ręce. To boli... - jęk­nęłam bła­gal­nie.

- Oczy­wi­ście, ko­cha­nie. To było tyl­ko dla two­je­go do­bra. Przez ten atak... - za­częła, ru­sza­jąc po nóż.

- Już do­szłam do sie­bie. Wszyst­ko ro­zu­miem. Nie sta­no­wię za­gro­że­nia.

Do cza­su...

- Na­wet nie wiesz, jak bar­dzo ma­rzę o tym, byś znów mnie przy­tu­li­ła, có­recz­ko... - Ko­bie­ta obe­szła moje krze­sło i za­częła prze­ci­nać moje wi­ęzy. Gdy tyl­ko od­zy­ska­łam wła­dzę nad ręko­ma, po­sta­no­wi­łam dzia­łać.

Te­raz, Milo. Zrób to. Je­steś to win­na Hol­ly i ta­cie!

Od­wró­ci­łam się w stro­nę mat­ki i roz­ło­ży­łam ra­mio­na, by za­chęcić ją do czu­ło­ści. Ko­bie­ta rzu­ci­ła się w nie i przy­lgnęła do mnie ca­łym cia­łem. Ob­jęłam ją jed­ną obo­la­łą ręką. Dru­gą za­częłam za jej ple­ca­mi ma­cać blat sto­łu. Gdy moje ścierp­ni­ęte pal­ce na­tra­fi­ły na pa­ra­li­za­tor, po­czu­łam się tak, jak­bym wy­gra­ła na lo­te­rii.

- Nie­ste­ty, nie po­dzie­lam two­ich pra­gnień - za­sy­cza­łam, przy­kła­da­jąc urządze­nie do kar­ku ko­bie­ty.

- Hol­ly, co ty ro...

Nie zdąży­ła do­ko­ńczyć, bo prąd prze­szył jej cia­ło.

Jesz­cze kil­ka­krot­nie wci­snęłam włącz­nik pa­ra­li­za­to­ra, by mieć pew­no­ść, że ko­bie­ta stra­ci­ła przy­tom­no­ść i nie­pręd­ko ją od­zy­ska. Po­trze­bo­wa­łam cza­su. Mu­sia­łam się stąd wy­do­stać. Za­częłam prze­szu­ki­wać bez­wład­ne cia­ło mat­ki, le­żące na podło­dze u mo­ich stóp.

W kie­sze­ni jej je­an­sów zna­la­złam te­le­fon. Ko­mór­ka mi się przy­da. Chwy­ci­łam ją oraz pa­ra­li­za­tor i po­bie­głam do drzwi. Wyj­rza­łam na ko­ry­tarz.

Z sa­lo­nu do­bie­gał dźwi­ęk włączo­ne­go te­le­wi­zo­ra. Greg za­wsze oglądał wie­czor­ne wia­do­mo­ści. To była moja szan­sa.

Wy­mknęłam się do holu i po­spiesz­nie skie­ro­wa­łam do drzwi wy­jścio­wych. W chwi­li, gdy już trzy­ma­łam dłoń na klam­ce, tuż za mo­imi ple­ca­mi roz­le­gł się roz­ba­wio­ny męski głos:

- Pani się gdzieś wy­bie­ra?

Od­sko­czy­łam jak opa­rzo­na. W ko­ry­ta­rzu stał ja­kiś nie­zna­ny mi go­ryl.

Tego nie wzi­ęłam pod uwa­gę: Greg miał wspar­cie. Za­po­mnia­łam, że gdy chciał mnie po­rwać w Ja­po­nii, dys­po­no­wał tam lu­dźmi. Nic dziw­ne­go, że miał ich też w An­glii. Moja mat­ka wi­dzia­ła w nim by­łe­go wi­ęźnia z ukła­da­mi, jed­nak ja w tej chwi­li po­jęłam, że Greg jest kimś wi­ęcej - gang­ste­rem, tak jak Shin­ji. Człon­kiem ma­fii!

Boże, Greg to gang­ster...

- Nie ra­dzi­łbym opusz­czać domu. W ogro­dzie cze­ka pi­ęciu ochro­nia­rzy...

Cho­le­ra... Co ro­bić? Co ro­bić?

Za­dzia­ła­łam in­stynk­tow­nie. Chwy­ci­łam pa­ra­li­za­tor i przy­tknęłam go do ol­brzy­ma. Na­ci­snęłam gu­zik, ale nic się nie sta­ło.

- Kur­wa! - za­klęłam wście­kła, że sprzęt już się roz­ła­do­wał.

- Od­daj mi tę za­baw­kę, mała, bo jesz­cze zro­bisz so­bie nią krzyw­dę - za­drwił go­ryl.

- Pro­szę! - od­po­wie­dzia­łamm ci­ska­jąc pa­ra­li­za­tor pro­sto w jego twarz, a gdy mężczy­zna ją osło­nił, prze­mknęłam pod jego ra­mie­niem, by na­stęp­nie pu­ścić się pędem w stro­nę scho­dów. Na ich ko­ńcu było dru­gie wy­jście z domu. Mu­sia­łam spró­bo­wać wy­do­stać się z tej pu­łap­ki.

Do­ta­rłam już do tyl­ne­go wy­jścia, gdy na­gle po­tężna siła zmio­tła mnie z nóg. Ude­rzy­łam bo­le­śnie gło­wą w ścia­nę. Po­czu­łam krew za­le­wa­jącą mi...

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej