Odzyskana miłość - Lorraine Heath

Reflow text when sidebars are open.
1
Londyn, 1853
Morgan Lyons, ósmy hrabia Westcliffe, leniwie przesuwał palcami po szczupłych nagich plecach - ich widok zawsze go zachwycał. Leciutki dotyk, delikatny jak chmurka na przedwieczornym niebie. Odkrył, że Anne najlepiej reaguje na ledwie wyczuwalne bodźce, tak jakby tortura niezaspokojenia zwiększała jej przyjemność.
Była tak cudownie cielesnym stworzeniem, gotowym poznawać rozkosz fizyczną pod wszelkimi postaciami. To dlatego pragnął jej towarzystwa.
Spała głęboko, nie odpowiadając na jego subtelne gesty, ale byłby zły na siebie, gdyby nie pożegnał się z nią w należyty sposób. Zgarnął jej włosy, w których igrały rude płomyczki, sprawiając wrażenie, że jej głowa w jednej chwili może stanąć w ogniu, i przerzucił je przez jedno ramię, odsłaniając szczupłą szyję. Przesunął się, zakrywając jej ciało swoim, przycisnął gorące, wilgotne usta do jej kręgosłupa i rozpoczął wędrówkę w dół.
Pomrukując z zadowolenia, przeciągnęła się jak wygrzewający się na słońcu kot.
- Mm... lubię sposób, w jaki mnie budzisz.
Jej leniwy, chrapliwy, zmysłowy głos pobudził go natychmiast. Kolanami rozchylił jej uda i wsunął się w aksamitne wnętrze. Tylko wtedy, zatracając się w cielesnej przyjemności, stawał się panem i władcą, a cały świat i wszelkie rozczarowania tonęły w cieniu.
Powitała go z jękiem rozkoszy, unosząc biodra. Teraz to on zaczął wydawać jęki, głębokie, gardłowe. Tego właśnie potrzebował, zawsze. Dotyk dłoni, pieszczota palców, gorące pocałunki.
Odprawiali pradawny rytuał wijących się ciał, westchnień, coraz silniejszych erotycznych doznań. Kochanka śmiała się z triumfem, po czym wykrzykiwała jego imię. On nie czuł jednak niczego poza palącym dotykiem ciała. Dlaczego, do wszystkich diabłów, nie mógł czuć nic więcej - prawdziwej radości, pełnego zaspokojenia, satysfakcji - zamiast ubogich fizycznych wrażeń?
Pokój rozbrzmiewał jękami i okrzykami. Wiedział, jak dotykać, pieścić, jak sprawić przyjemność i doprowadzić kobietę do rozkoszy.
Wyczerpany leżał pod nią, oddychając ciężko. Jak zwykle, to nie wystarczało. Jego legendarna sprawność zamieniała się w kpinę, nie dając mu satysfakcji. Ach, fizyczne spełnienie dawało rozkosz, ale potem zawsze czuł się osamotniony, jakby coś poszło nie tak, jakby czegoś brakowało, żeby ukoić jego serce i umysł.
Czuł niedosyt, chciał więcej, ale w żaden sposób nie potrafił określić, czym to "więcej" miało być.
Wiedział tylko, że ona, mimo swojej niezwykłej urody, tego mu nie dawała. Jednak pojmował także, że wina leżała po jego stronie. Brakowało mu czegoś istotnego. Dlatego żadna kobieta nigdy go nie pokochała.
Bardzo delikatnie zsunął ją z siebie. Spojrzała na niego sennymi oczami, wyginając z zadowoleniem usta - jak kot, który wylizał śmietankę. Pocałował ją w czoło, zanim zszedł z łóżka.
Zebrał ubrania z podłogi, gdzie rzucił je przed paroma godzinami. Dopiero kiedy usiadł na obitym fioletowym aksamitem fotelu, żeby wciągnąć buty, Anne uniosła się w pościeli.
- Powiedz, co cię dręczy?
Zerknął na nią, owiniętą teraz skromnie czerwonym satynowym prześcieradłem. Przerzuciła nogi przez krawędź łóżka, chwytając dłonią kolumienkę baldachimu. Wyglądała jak ktoś siedzący na huśtawce; przypomniała mu się złotowłosa dziewczynka, którą dawno temu zobaczył dokładnie w tej samej pozie. Gdyby był zdolny do romantycznych uniesień, pomyślałby, że wtedy właśnie zaczął zakochiwać się w Claire. Cóż za głupia myśl.
- Znudziłam ci się - stwierdziła Anne, zanim zdążył odpowiedzieć. To nie tak. Nie miał zwyczaju dzielić się z nikim swoimi uczuciami czy myślami. Także jej ofiarowywał jedynie zewnętrzną powłokę.
Owijając się demonstracyjnie jeszcze ciaśniej prześcieradłem, podeszła do okna.
- Powiadają, że żadna kobieta nie jest w stanie z tobą wytrzymać. Chciałam udowodnić, że wszyscy są w błędzie.
Wciągnąwszy buty, przeszedł przez pokój i objął ją w talii, wdychając jej ulatniający się zapach zmieszany z piżmową wonią namiętności pochodzącą od niego.
- Nie znudziłaś mi się.
- Więc zostań na noc. Chociaż raz zostań na noc.
Wsunął jej palec pod brodę, podniósł głowę i wziął jej usta, jakby były jego własnością. Kiedy osunęła się w jego ramiona, wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka. Posadził ją delikatnie, przykrywając pościelą.
- Nie dzisiaj.
Ruszył w stronę drzwi.
- Nienawidzę cię! - krzyknęła za jego plecami.
Te słowa go nie zatrzymały. Słyszał je niejeden raz, od innych. Za pierwszym razem miał dwadzieścia pięć lat. Wtedy go zabolały, ale potem już nie. Dlaczego kobiety nie rozumiały, że nienawiść nie boli, jeśli nie ma miłości? Nie kochała go. Wiedział o tym i zgadzał się na to.
Była równie lodowata jak on. Dlatego właśnie tak do siebie pasowali i dlatego jeszcze się nią nie znudził.
- Westcliffe?
Usiłując dać jej do zrozumienia, że nic się między nimi nie zmieniło, spojrzał przez ramię i powiedział tylko:
- Jutro.
- Spodziewam się dostać śliczną błyskotkę.
Uśmiechnął się i puścił do niej oko.
- Coś, co by pasowało do zieleni twoich oczu.
Posłała mu pocałunek. Tak łatwo można ją było udobruchać. Uważał, żeby strzec się nudy, ale nuda czaiła się tuż-tuż, czekając niecierpliwie...
Nie pozwoli, by go dopadła. Nie tym razem. Anne zasługiwała na coś lepszego.
Zbiegł po schodach i wyszedł na dwór. Siąpił deszcz, powóz hrabiego stał w świetle oddalonych latarni gazowych. Woźnica zerwał się, żeby otworzyć drzwi.
- St. James - rozkazał Westcliffe, wchodząc do środka i sadowiąc się na wyściełanej pluszem ławce. Wracał do rezydencji. Nie do domu. To było tylko miejsce, gdzie rezydował, gdzie spędzi leniwie czas na piciu whisky i zastanawianiu się, dlaczego nie zgodził się zostać u Anne. Taka drobna prośba - jednak przystając na nią, dałby jej zbyt wielką kontrolę nad sobą. On zaś należał do ludzi, którzy cenią sobie niezależność. Zbyt długo żył ani z kimś związany, ani zupełnie wolny.
Ojciec, żeby go diabli, zostawił po sobie niewiele poza długiem, dwoma synami i wdową, która na tyle dobrze rozumiała swoją rozpaczliwą sytuację, że niezwłocznie wybrała sobie na drugiego męża człowieka o bardziej znaczącym tytule i majątku - księcia Ainsley. Wydała na świat jego dziedzica, a pięć lat później owdowiała, teraz jednak nie musiała już od nikogo zależeć.
Minęły lata, zanim to samo można było powiedzieć o Westcliffie.
Był uzależniony od uprzejmości i hojności najmłodszego brata, Ransoma Seymoura, obecnego księcia Ainsley. Urodził się najpóźniej, ale zachowywał tak, jakby pierwszy pojawił się na świecie - irytująco odpowiedzialny i obdarzony obsesyjnym poczuciem obowiązku. Jego obejście bardziej pasowałoby do kogoś trzy razy starszego. Matka często zauważała, że już w kołysce sprawiał wrażenie, iż poradzi sobie z najtrudniejszymi sprawami. Morganowi było niesłychanie trudno uzurpować sobie należne miejsce wedle hierarchii urodzeń, jednak w każdej chwili życie może go zmusić, żeby wyciągnął rękę z prośbą o łaskę. Z tego między innymi powodu Westcliffe spędzał możliwie mało czasu z rodziną - chcąc uniknąć wspominania niepowodzeń, jakie odziedziczył po ojcu i które dźwigał na barkach, dorastając do wieku męskiego. Był gotów na wszystko, żeby się pozbyć tego ciężaru.
Dręczył go fakt, że musiał gołowąsa prosić o wszystko: pomoc w zarządzaniu majątkiem, ubranie, jedzenie, pieniądze na prezenty dla kochanek. Ucieszył się, mogąc wyzwolić z tego stanu, nie przewidując, że zapłaci za to jeszcze większym upokorzeniem - takim, jakiego do tej pory nie zaznał.
Koła turkotały, ochlapując wodą boki powozu. Szukał uspokojenia w jednostajnym szumie, pozwalając, żeby przeniknął w głąb jego duszy. Może dziś w nocy zapadnie w głęboki, niczym niezmącony sen. Może dzisiaj, na krótko, uda mu się zapomnieć o zdradzie Claire.
Jednak to wspomnienie wzbierało w nim goryczą jak żółć, podczas gdy powóz zatrzymał się przed rezydencją. Nie widział Claire od tamtej fatalnej nocy, kiedy wzięła do łóżka jego młodszego brata, Stephena. W następnych latach dostał od niej tylko jeden list.
Wybacz.
Jego gniewna młodość odpowiedziała na to:
Kiedy będziesz się smażyć w piekle.
Mężczyzna, jakim stał się teraz, nie odpowiedziałby w ogóle. Zmusiłby ją, żeby zadręczała się poczuciem winy i wyrzutami sumienia, bez żadnej wzmianki o jego prawdziwych uczuciach. Nieświadomość była karą, a ona zasługiwała, żeby cierpieć.
Wyskoczył z powozu; na podjeździe stał inny, również należący do niego. Gdyby od razu go nie rozpoznał, zorientowałby się, widząc kolor liberii stojących wokół służących. Co do diaska?
Przeskakując po dwa szerokie stopnie naraz, pognał po schodach. Drzwi otworzyły się, kiedy tylko do nich podszedł. Blada twarz kamerdynera powiedziała mu wszystko, co chciał wiedzieć.
- Gdzie ona, do diabła, jest?
- W bibliotece, jaśnie panie.
Żołądek mu się ścisnął. Jego sanktuarium. Nikomu nie pozwalał tam wchodzić. A już na pewno nie jej.
Zrzucając kapelusz, płaszcz i rękawiczki, nie dbając o to, czy wylądowały w ramionach Willoughbiego, czy na podłodze, ruszył korytarzem. Uświadomił sobie nagle, że pachnie inną kobietą. Bzem. Przez ułamek sekundy rozważał myśl, czyby nie pobiec szybko na górę i się nie umyć, ale uznał, że tego nie zrobi. Wciąż pamiętał woń drzewa sandałowego, zapach brata, jaki wydzielała, kiedy przyłapał ich...
Lokaj otworzył drzwi do biblioteki, kiedy się zbliżył, a on pożałował, że została w ten sposób ostrzeżona. Minęły trzy długie lata, a ta głupia ladacznica śmie wtrącać się w życie, jakie sobie stworzył pod jej nieobecność.
Wściekły wkroczył do pokoju jak burza. Doszedł niemal do połowy, mijając fotele, kiedy odwróciła się od książek poustawianych równymi szeregami na półkach.
Stanął chwiejnie, jakby otrzymał silny cios w pierś. Tak usilnie walczył, żeby o niej zapomnieć, zapomnieć o wszystkim, co się z nią wiązało.
I oto stała przed nim we własnej osobie. Nieco starsza, ale niewątpliwie dużo piękniejsza.
Claire.
Jego zdradziecka żona.
2
Nie wiedziała, czego się spodziewać - po nim czy po sobie - kiedy ta chwila wreszcie nadeszła. Z pewnością lekkiego dreszczu zgrozy. Ściśniętego żołądka. Wszystkiego, tylko nie gwałtownego bicia serca, uczucia radości na jego widok. To ją całkowicie zaskoczyło.
Gdyby tak czuła się w ten sposób przed trzema laty, w dniu ich ślubu... Gdyby jej wtedy nie przerażał. Wciąż tak było. Przerażała ją nie tylko jego fizyczność - był taki wysoki i potężny - ale także autorytet i determinacja, jakie od niego biły. Zawsze sprawiał wrażenie, że jeśli dostanie władzę, wykorzysta ją bez wahania i w taki sposób, jaki uzna za stosowny. Nigdy nie potrafiła go przeniknąć. Teraz był w dodatku starszy. I bardziej dojrzały.
To, co zobaczyła, zaskoczyło ją.
Jego przystojna twarz wykrzywiła się w grymasie niechęci, zmierzwione włosy mogłyby wskazywać, że dopiero co wstał z łóżka, ale z pewnością był aktywny przez większość dnia i wieczoru. Słyszała, że stał się chłodny jak marmur; dotarło do niej wiele plotek na jego temat. Zabolała ją jednak świadomość, że ta nieprzenikniona maska mogła być jej dziełem.
Odwrócił się od niej i podszedł do stolika w rogu pokoju, na którym stał szereg karafek. Zastanawiała się, co początkowo zamierzał, idąc w jej stronę. Raczej nie chciał jej objąć ani pocałować.
Już prędzej uderzyć. Pięścią, którą trzymał teraz u boku. Nie to żeby ją na nią kiedykolwiek podniósł. Pobił brata do nieprzytomności, ale wobec niej był w każdych okolicznościach delikatny - nawet kiedy trzymał ją mocno, prowadząc do powozu, nie czuła bólu. To, w jakiś sposób, jeszcze pogarszało sytuację.
Stał plecami do niej, nie widziała więc, co robi, ale słyszała brzęk szkła, raz głośniejszy, raz cichszy i zastanawiała się, czy zaciskające się w pięści dłonie trzęsą mu się, gdy usiłuje sobie nalać trunku. Potem nastąpiła cisza. Pokręcił głową i szkło znowu zabrzęczało. Odwrócił się do niej, trzymając w dłoni napełniony niemal po brzegi kieliszek; nie wątpiła, że wolałby te długie, mocne palce opleść wokół jej szczupłej szyi.
- Nie jesteś tutaj mile widziana - oznajmił cichym, opanowanym głosem, w którym krył się jednak gniew. - Zawarliśmy umowę, porozumienie, ty i ja. Wracaj na wieś, Claire.
- Zrobiłabym to, gdybym mogła, złożyłam jednak obietnicę, która wymaga, żebym została w Londynie.
- Obietnicę, którą mi złożyłaś, złamałaś w ciągu paru godzin. Złam i tę. To nie powinno być trudne.
Wzdrygnęła się, słysząc ostry ton jego głosu. Głupie przypuszczenie, że upływ godzin, dni, miesięcy i lat zmniejszy jego gniew. Nieśmiało podeszła w jego stronę, zatrzymały ją jego groźnie zmrużone ciemne oczy.
- Westcliffe, chcę, żebyś mi wybaczył.
- Powiedziałem ci, w jakich okolicznościach to nastąpi.
- Kiedy będę się smażyć w piekle? - Roześmiała się gorzko. - Nie sądzisz, że już tam jestem? Czy masz pojęcie, ile pań odwiedza mnie, przynosząc plotki o twoich kochankach? Nie wydajesz się przesadnie dyskretny. Jeśli chciałeś okryć mnie wstydem i upokorzyć, dopiąłeś celu w całej pełni.
- Czerpię przyjemność tam, gdzie ją znajdę, bo tak mi się podoba. Ciebie nie biorę pod uwagę. Szczerze mówiąc, Claire, odkąd odesłałem cię do majątku Lyons, nie poświęciłem ci ani jednej myśli.
- To było zawsze oczywiste.
Podszedł do fotela przy kominku i usiadł na nim, wyciągając przed sobą długie nogi. Nagle spod biurka wyczołgał się pies, owczarek szkocki. Powoli pokuśtykał do krzesła i zwinął się przy nim w kłębek. Westcliffe wyciągnął rękę i zaczął głaskać psa po głowie. Wydawało się, że robi to odruchowo, że jest to rodzaj przyzwyczajenia, rytuału. Claire zastanowiła się, ile nocy spędził w tej pozycji ze szklanką alkoholu w ręce i starym psem do towarzystwa.
Niewiele, jeśli wierzyć plotkom, które nieustannie znoszono jej do domu.
Podeszła bliżej o parę kroków, aż zobaczyła wyraźnie jego oczy. Były ciemne, niemal tak czarne jak jego włosy, nie niebieskie i łagodne jak u Stephena. Jak dwaj bracia mogli się tak od siebie różnić?
Rysy twarzy Westcliffe'a nie odznaczały się artystyczną harmonią: nos miał nieco za duży, brodę odrobinę zbyt kwadratową, brwi trochę za ciężkie. Wyraz gniewnej wyższości nadawał jego twarzy mroczną urodę, której nie mogła zaprzeczyć. Czas był dla niego łaskawy, wydawał się teraz jeszcze bardziej pociągający.
Stephen był dużo jaśniejszy, o złotobrązowych włosach, przeplatanych jasnymi pasemkami, niemal tak, jakby jego włosy bawiły się w chowanego, nie mogąc się zgodzić co do koloru. Nie było w nim niczego przerażającego. Przyjaźnił się z Claire, odkąd sięgała pamięcią, podczas gdy Morgana prawie nie znała. Nie znała jego uśmiechu, nie pamiętała, jak brzmiał jego śmiech. W ogóle niewiele miała wspomnień z nim związanych. Ale był od niej starszy osiem lat i wydawało się, że interesowało go wtedy co innego. Pobierał nauki albo przebywał z przyjaciółmi, albo uganiał się za dzierlatkami. Albo zajmował się sprawami majątku.
Jego ojciec zmarł, kiedy Morgan miał pięć lat, a Stephen ledwie kończył roczek. Westcliffe odziedziczył podupadły majątek i kontrakt małżeński z ojcem Claire, na którego mocy miał poślubić pierworodną córkę hrabiego Crestmont. Nigdy nie próbowała tego podważyć, ale w dniu ślubu uświadomiła sobie nagle, że to archaiczne, umowa jak ze średniowiecza, zwłaszcza że w momencie podpisywania dokumentów pierworodna córka nie przyszła jeszcze na świat. A co by było, jeśliby wyglądała jak ropucha?
Podejrzewała, że nic by się nie zmieniło, ponieważ nie liczyło się nic poza tym, że pierwsza, przed siostrą, wciągnęła powietrze w płuca. Nie buntowała się, ponieważ dzięki małżeństwu mogła uciec z domu ojca z jego przytłaczającą atmosferą; ojciec twardą ręką wpoił jej, że dama nie ma prawa kwestionować swojego miejsca czy obowiązków. W dniu ślubu jej obawy doszły jednak do głosu. A kiedy podzieliła się nimi ze Stephenem...
- Nic nie zaszło między mną a Stephenem - powiedziała teraz.
Westcliffe parsknął szyderczo.
- Sądzisz, że jestem taki głupi, Claire? Znalazłem go w twoim łóżku.
- Wciąż był w spodniach, kiedy go z niego ściągnąłeś.
- A zatem przyszedłem, zanim zdążył coś zrobić. Albo i nie. Potrafię się zapiąć i rozpiąć z zaskakującą szybkością, jeśli sytuacja tego wymaga. Nawet jeśli cię nie miał, to nie zmienia faktu, że leżałaś w jego ramionach!
Zerwał się z fotela z brutalną siłą, która wprawiła w drżenie powietrze, a ona, nagle przestraszona, cofnęła się o krok. Cisnął kieliszkiem w pusty kominek. Szkło się rozprysło, bursztynowy płyn rozlał się dokoła. Dysząc ciężko, hrabia chwycił się półki nad kominkiem.
- Nie zmienia faktu, że znalazł się na moim miejscu, a ty chciałaś, żeby tam był!
Jego ból sprawił, że poczuła palące łzy pod powiekami.
- Nie wiedziałam, czego chcę. Byłam dzieckiem. Głupią dziewczyną. On zawsze był moim przyjacielem. Ciebie prawie nie znałam. Gdybym mogła wybierać męża, to owszem, pewnie wybrałabym jego. Nie wiem. Wiem tylko, że przerażała mnie noc poślubna, a on powiedział, że ma plan, dzięki któremu będzie można ją odłożyć.
"Przyjdę do twojego łóżka przed nim. Obejmę cię. Nic więcej. Wścieknie się na mnie, bez wątpienia, ale w ten sposób zyskasz trochę czasu. Kiedy będziesz gotowa, po prostu powiesz mu prawdę. I wszystko będzie dobrze".
Oboje wypili dość szampana i innych trunków, żeby uznać to za wspaniały plan. Ostatecznie plan ten kosztował ją przyjaźń i męża. Podzielił rodzinę. Zniweczył nadzieje na szczęście.
Odwracając lekko głowę, Westcliffe posłał jej twarde spojrzenie.
- Nie mogłaś być tak naiwna.
- Minęło pięć dni od moich siedemnastych urodzin i nie miałam matki, która by mną pokierowała. Stara panna, moja ciotka, która zajęła się moim wychowaniem, wiedziała niewiele więcej ode mnie. Tak, myślę, że mogłam być tak łatwowierna. A Stephen był zawsze taki czarujący. Mówią, że mógłby anioła nakłonić do grzechu. A ja nie mam nic z anioła.
Pokręcił głową, wzdychając ciężko.
- Czego, do diabła, chcesz ode mnie, Claire?
- Chcę od ciebie szansy, żeby naprawdę stać się twoją żoną, a nie tylko zarządczynią majątku.
Odwrócił się do niej twarzą w twarz; wydawał się nieprzejednany. Poczuła dreszcz wzdłuż kręgosłupa, kiedy przyglądał jej się powoli, leniwie, mierząc ją od stóp do głów. Wyobrażała sobie, że widzi ją bez ubrania. Może zasłużyła na to niemiłe traktowanie, ale nie zamierzała się wycofać. Dla dobra siostry była gotowa znieść każdą karę, byle zmienić stan tego żałosnego, nieznośnego małżeństwa. Do rzeczy. Nie pozwoli, żeby ją zbył.
- A więc teraz pragniesz przyjąć mnie w swoim łóżku? - zapytał szyderczo.
Powinna zjawić się za dnia, kiedy takiej możliwości nie było, ponieważ, jak wiedziała, miłość fizyczną uprawiano tylko w nocy, sądziła jednak, że łatwiej będzie stawić mu czołO w mroku. Zaschło jej nagle w ustach i nie była w stanie ich zwilżyć, toteż jej głos zabrzmiał ochryple:
- Chcę być twoją żoną nie tylko z nazwy.
Przyglądał jej się chwilę dłużej, zanim zażądał jedwabistym głosem:
- Rozepnij stanik.
Podniosła rękę do szyi, muskając palcami zapięty kołnierzyk wełnianej podróżnej sukni. Rozejrzała się pośpiesznie dokoła.
- Tutaj?
- Jesteśmy sami. Cóż, poza psem, ale Cooper nie będzie się wtrącał ani plotkował. Jeśli rzeczywiście znasz moją reputację, jak twierdzisz, Claire, to wiesz, że nie ograniczam się w uprawianiu miłości tylko do sypialni. - Podniósł brodę. - Guziki, Claire.
W tej chwili nienawidziła go równie mocno, jak wtedy, gdy zesłał ją do rodzinnego majątku. "Nienawidzę cię!" - krzyknęła, kiedy opuszczał dworek, oznajmiwszy jej przedtem, że ma tu zostać, podczas gdy on wraca do Londynu. W tamtą burzliwą noc jego szyderczy śmiech długo rozbrzmiewał echem w korytarzach i na dworze.
Teraz miała ochotę okręcić się na pięcie i wyjść z pokoju. Chciała mu powiedzieć, żeby zginął w piekle. Zamiast tego przechyliła wyzywająco głowę, odpowiedziała chłodnym spojrzeniem na jego zimny wzrok, po czym rozkazała palcom, żeby nie drżały, rozpinając jeden przeklęty perłowy guzik po drugim. Dziwne, że nie poczuła zimna w pokoju, póki materiał się nie rozsunął. Miała wrażenie, że upłynęły godziny, zanim jej palce doszły do ostatniego guzika przy talii.
Myślała, że stoją daleko od siebie, ale podszedł do niej pięcioma szybkimi krokami, przynosząc ze sobą zapach bzu. Nie wrócił do domu z klubu, tylko z sypialni innej kobiety. Jeszcze raz poczuła palące łzy, ale je powstrzymała. Nie chciała mu pokazać, jak bardzo potrafił ją zranić, nawet nieumyślnie. Po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że on mógł się czuć podobnie tamtej odległej nocy. Zawstydziła się, że była taka młoda i skupiona na sobie, że nie zrozumiała tego od razu.
To zasłużona zemsta. Zrobiłaby wszystko, żeby móc zapomnieć o przeszłości.
Nie spuszczając z niej wzroku, położył palec w zagłębieniu jej gardła. Wyzwanie. Prowokacja. Niech tak będzie. Nie ulęknie się. Pozwoli, żeby się przekonał, że nie jest taka niemądra jak kiedyś. Przez trzy lata zarządzała domem w jego majątku. Rozkwitał pod jej troskliwym okiem, a on nie zdobył się na to, żeby jej chociaż raz podziękować - niewdzięcznik.
Opuścił wzrok i przesunął palec w dół, wsuwając dłoń pod materiał, rozchylając go bardziej, tak że ukazała się wypukłość piersi nad koszulą. Prawie przestała oddychać, kiedy pozostałe palce przyłączyły się do pierwszego, muskając obnażone ciało. Była wdzięczna, że patrzy niżej i nie może zobaczyć oczekiwania i strachu w jej oczach. Jakim cudem wywołał te niechciane emocje zwykłym subtelnym dotykiem?
Jego palce przesunęły się wolno w górę, a potem w dół, w poprzek i w drugą stronę.
- Powiedz mi, Claire, czy cała jesteś tak pociągająca?
Ich spojrzenia spotkały się i ku jej wstydowi poczuła, jak pali ją namiętność. Czy widziała kiedykolwiek tyle ognia w tak ciemnych oczach? Tak, na ich dnie dostrzegła szyderstwo. Chciał, żeby go pragnęła, żeby móc ją tym skuteczniej ukarać. Była tego pewna. To ona stworzyła tego niegodziwca - w chwili słabości, pod wpływem ulotnego marzenia o życiu zupełnie innym niż to, które jej przeznaczono. Chciała pójść inną drogą i od tego czasu tylko się potykała.
Zignorowała kpinę pewna, że wkrótce sam się przekona. Jej serce biło nierówno, oddech nie chciał się wyrównać. Słyszała, że był wprawnym uwodzicielem i mistrzem w sprawianiu przyjemności. Dziwne, ale nagle ugięły się pod nią kolana. Brakowało jej powietrza. Bała się, że zemdleje.
- Powiedziałaś, że jesteś w Londynie z powodu obietnicy. Jakiej obietnicy...? - Jego głos brzmiał tak, jakby się prawie dusił.
Koniec wersji demonstracyjnej.