ROZDZIAŁ I
PAŹDZIERNIK 1950
Miranda siedziała przy łóżku śpiącego brata i pielęgnowała swoją niechęć do matki. Karmiła ją wspomnieniami, głaskała pretensjami, obsypywała pocałunkami żalów. Rozpamiętywała przeżyte dni, miesiące i lata tylko na jeden sposób. Obwiniała matkę o wszelkie nieszczęścia, jakie pamiętała, łącznie z wojną. Wprawdzie wybuch wojny trudno było logicznie powiązać z postępowaniem matki, ale reszta składała się w bardzo sensowną całość. I w mniemaniu córki niczego nie zmieniał fakt, że wojna skończyła się sześć lat temu i wydawało się, że wszyscy o niej zapomnieli.
Oderwała oczy od ciemnej przestrzeni za oknem i spojrzała na Januszka. Jego blada, drobna twarzyczka ściągnięta była grymasem bólu lub strachu. A może jednym i drugim. Miranda nie raz widziała ten grymas na Syberii. U tych, którzy chcieli umrzeć i nie mogli. Jej mały, chory braciszek umierał. Umierał, odkąd się urodził. Jednak śmierć przychodziła po niego zbyt wolno. Januszek już dawno powinien był umrzeć, a mimo to nadal żył. Mirandy nie było tutaj, gdy się urodził. Nie miała pojęcia o istnieniu brata do ubiegłego tygodnia, kiedy to po wielu latach wróciła do domu i zastała matkę z Januszkiem, za to bez ojca.
Przysunęła świecę bliżej i przyjrzała się chłopczykowi. Spał mocno, pomimo bólu, jaki rysował się głębokimi bruzdami na udręczonej twarzyczce. Gdy tak patrzyła na malca, jej serce wypełniała słodycz, która po chwili rozeszła się po całym ciele, wywołując uśmiech na twarzy młodej kobiety. Jej myśli nabrały jaśniejszych barw. Pokochała braciszka od pierwszej sekundy, a miłość ta była gorąca i jasna jak syberyjskie lato. Januszek miał wysokie i szlachetne czoło, takie jak u ich ojca. Od kredowobladej twarzyczki mocno odcinały się sinoczarną kreską wąskie usta. Oczy, przysłonięte cieniutkimi jak pergamin powiekami, otaczała szara chmura cienia. Chłopiec oddychał płytko, nierówno. Miranda spojrzała na zegarek; zbliżała się północ, a matki nadal nie było w domu. Jak zawsze.
- Wmiesto towo, sztob sidiet' zdies' s toboj, maleńkaja pticzka, ona rieszajet swoi tiomnyje deliszki w gorodie - powiedziała z czułością i słodyczą po rosyjsku. - Nie wolnujs ja, ja zdies'. Ja s toboj i pozaboczus' o tiebia.
Jej ciałem wstrząsnął dreszcz. Owinęła się mocniej swetrem i wstała, żeby dołożyć do pieca. Przyszedł październik i nocami robiło się chłodno. Kiedy otworzyła drzwiczki, ciepło pomarańczowych płomieni połaskotało jej twarz. Sięgnęła do węglarki i dorzuciła do ognia parę bryłek. Węgiel był ciężki, tłusty i idealnie czarny. To bardzo dobry węgiel. Palił się długo i dawał dużo ciepła. Nie widziała takiego przez ostatnie dziesięć lat. Wstała, zostawiając otwarte drzwiczki pieca, aby szybciej podnieść temperaturę w pokoju. Matka krzyczała na nią, kiedy tak robiła.
- Mirusia, marnujesz węgiel! Zamykaj drzwiczki, będzie się palił dłużej. Trzeba oszczędzać.
- Pociemu, proszę mamy? - pytała, patrząc matce zadziornie prosto w oczy.
Była wyższa i spoglądała na nią z góry. Nie rozumiała, po co oszczędzać, skoro w piwnicy miały pełno tego czarnego złota. Wystarczyłoby na trzy syberyjskie zimy, a co dopiero na jedną białostocką.
- Na cięższe czasy - tłumaczyła matka.
- Uże sliszkom pozno - odpowiadała ze złośliwym uśmiechem Miranda i kiwała głową. - Nie znaju, znajet li mama, no samoje trudnoje wremia ostałos' pozadi. Droga mamo.
To "droga mamo" czy "proszę mamy" brzmiały zawsze jak splunięcie w ustach dziewczyny. Zawsze, to znaczy od tygodnia. Od powrotu Mirandy z Sybiru. Jak wcześniej zwracała się do matki, tego już nikt nie pamiętał.
- Nie mów po rosyjsku, kiedy do mnie się zwracasz! - mówiła ze złością matka.
Zupełnie jakby nie mogła zrozumieć, że córka już nie pamięta polskiego. W chwilach napięcia, czyli zawsze przy matce, nie panowała nad mową, polskie słowa mieszały się z rosyjskimi.
Ciekawe, jak ty byś sobie poradziła bez węgla, bez jedzenia i bez ciepłego koca w syberyjską zimę, pomyślała Miranda. Czy otoczona jedynie przez Rosjan, nędzę, wiecznie głodna, poniżana i bita dbałabyś o polską mowę? Na czym będziesz oszczędzać, jak nic nie będziesz miała? Miranda nauczyła się, że nie należy niczego oszczędzać, bo w jednej chwili można wszystko stracić.
Podeszła do okna i spojrzała na ciemną ulicę. Wzdłuż drogi stały równo małe drewniane domki, wszystkie takie same. Z dwuspadowym dachem i ścianą szczytową, zwrócone w stronę ulicy. Dwoma wąskimi oknami patrzyły znad drewnianych sztachet na uliczny bruk. Pomiędzy domami rosły już na wpół ogołocone z liści wysokie szkielety drzew. Ulica, jakich wiele w Białymstoku. Miranda rozejrzała się po okolicy. Z okien sąsiednich domów ziała głucha ciemność. Zimne światło księżyca w pełni nadawało otoczeniu upiorny klimat. Ulica wyglądała na opuszczoną w popłochu przez mieszkańców, którzy porzucili wszystko i uciekli gdzieś, gdzie jest lepiej, bezpieczniej, cieplej, a ona i Januszek pozostali sami na tym świecie. Tylko ona i mały brat.
Januszek zakaszlał, co przywołało Mirandę do rzeczywistości. Podeszła do malca i położyła mu jedną rękę na policzku, a drugą na głowie. Jego ciałko powoli traciło energię. Traciło życie. Czuła to pod rękoma. Zamknęła oczy i zobaczyła wokół brata chmurę cienia, która wsysała go w siebie. Nadal spał, lecz już nie tak głęboko. Miranda pochyliła się i przyłożyła głowę do jego pleców. Serduszko chłopca nie biło, tylko szumiało. Wydawało z siebie przeciągłe: "szszuu, szszuu", po czym następowała pauza i znowu: "szszuu, szszuu". Pauzy były nierówne, szmery też, raz dłuższe, raz krótsze. Przez chwilę stała i trzymając dłonie na ciele brata, przekazywała mu swoją miłość. Ile tylko mogła i na ile jej tej miłości wystarczało. Aż zabrakło jej tchu w piersiach. Oddałaby mu nawet ten ostatni oddech, gdyby wiedziała, że to uzdrowi Januszka.
- Pojdu, prigotowliu tiebie zielje - szepnęła.
Pocałowała Januszka delikatnie w skroń, aby nie zaburzyć snu chłopca, wzięła z nocnej szafki jedyną świecę, jaka oświetlała pokój, i poszła do kuchni. Po drodze przekręciła czarny, ebonitowy włącznik przy drzwiach. Stawiał opór, ale w końcu poddał się jej palcom i obrócił. Zgodnie z oczekiwaniami Mirandy nic to nie dało, żarówka na ścianie pozostała ciemna i martwa, podobnie jak inne w całej okolicy. Dziewczyna wiedziała, że w nocy często wyłączali prąd. Matka jej tłumaczyła, że w czterdziestym czwartym Armia Czerwona, wynosząc się z wyzwolonego Białegostoku, zabrała ze sobą całą elektrownię, każdą maszynę, urządzenie, wszystkie zapasy węgla. Rosjanie pościnali słupy elektryczne i pozwijali kable, a potem załadowali na ciężarówki i wywieźli. Elektrownię i sieć odbudowano po wojnie, w pośpiechu i tanio, więc teraz ciągle trzeba było coś naprawiać i robiono to nocą.
- Poza tym w nocy naród pracujący powinien spać i odpoczywać - tłumaczyła matka - aby rano wstać i wrócić do pracy, budować socjalistyczną Polskę. - Uśmiechała się i mrużyła oczy. Matka dużo się uśmiechała i śmiała, zbyt dużo i zbyt często.
Światło było jedynie przez parę godzin rano i wieczorem, po zmroku. Za to dla wszystkich. Każdy obywatel miał dostęp do luksusów elektryczności. Nie to, co przed wojną, za imperialistycznych rządów. Wtedy prąd mieli tylko wybrani. Obecnie mają go wszyscy i każdy równie mało. Co gorsza, ci, co przed wojną byli lepsi, to teraz stali się gorsi. Trochę jej się to myliło. Miranda nie rozumiała tylko, dlaczego oni wtedy mieli prąd, węgiel i pełną spiżarnię i teraz też tak mają. Już na zesłaniu i potem, w drodze powrotnej do Białegostoku, zorientowała się, że przez te lata wojny i po jej zakończeniu wybrani się zmienili, a im nadal się powodziło. Pytała matkę, jak to jest, że u nich piwnica pełna węgla, a spiżarnia jedzenia, kiedy u innych, sąsiadów i krewnych, jest gorzej, ale Maria zbywała ją zawsze tym samym wyjaśnieniem.
- Mirusia, to oczywiste, bo ja bardzo was kocham i dbam o was. - Mówiąc to, uśmiechała się szeroko.
Mirandzie wydawało się dziwne, że matka miałaby dbać o kogokolwiek, więc nie wierzyła w te zapewnienia. W ogóle nie wierzyła w żadne słowo matki.
Po ciemku poszła do kuchni, odchyliła pogrzebaczem fajerkę i dołożyła węgla pod blachę. Dolała do czajnika wody i postawiła go na ogniu. Januszek mógł się obudzić w każdej chwili i wtedy chętnie wypije zioła. Napar z melisy i naparstnicy, do tego trochę babki i kwiatu konwalii. Z odrobiną miodu, żeby chętniej pił. Całe szczęście, że wzięła ze sobą swoje syberyjskie zioła. Opuszczając wioskę w odległej Jugrze, gdzie spędziła tyle lat, nawet nie przypuszczała, jak bardzo będą jej potrzebne w Polsce. Usiadła na stołku przy kuchni, delektując się ciepłem. Po syberyjskich zimach już nigdy nie będzie jej dość ciepło ani nigdy nie będzie wystarczająco najedzona. Wszyscy jej to mówili, i tam, i tutaj, więc uwierzyła. Miranda jednak nie chciała się najadać, nie zależało jej na pełnym brzuchu i cieple na plecach. Miała inne, ważniejsze sprawy do załatwienia. Musiała uleczyć swojego brata. Wiedziała, miała pewność, że na nią czekał, chociaż jej nie znał. Matka i inni mówili, że Januszek jest śmiertelnie chory od urodzenia i nie ma dla niego ratunku.
- Mirusia, nie rób sobie nadziei. To tylko kwestia czasu - tłumaczyła matka.
Ale Miranda wierzyła, że brat na nią czekał, żeby to ona mogła mu pomóc. Druga sprawa była bardziej skomplikowana, może nawet beznadziejna. Młoda kobieta pragnęła całym sercem odzyskać tamto życie i rodzinę. Tę sprzed zsyłki.
Woda zabulgotała w żeliwnym czajniku, ale trzeba było odczekać, aż nabierze odpowiedniej temperatury, aby zalać zioła. Nie należało tego robić zbyt wcześnie, bo straciłyby moc i stały się jedynie ziołową herbatką. Zalała wrzątkiem melisę i syberyjską mieszankę, po czym odstawiła pod przykryciem do zaparzenia.
Teraz pomyślała o sobie. Wzięła z kredensu duży porcelanowy kubek. Lubiła te kubki od babci Szamretowej, przypominały jej tamten dom i tamtą rodzinę. Do tego domu i tej rodziny tęskniła przez dziesięć lat, a potem wracała długie tygodnie. Jak wielka była jej tęsknota za domem, rodziną i ojcem, tak wielkie przeżyła rozczarowanie po powrocie. Rodziny i domu nie było. Ojciec nie żył od pięciu lat, matka mieszkała w innym domu, przy innej ulicy. Miranda miała w sobie zbyt wiele żalu do matki, aby móc nazywać ją rodziną. Gienia wyszła za mąż, dziadek też nie żył. Nie mieszkali już razem, obok siebie. Wszystko było nie tak, jak powinno.
Nasypała do kubka kilka listków herbaty, dodała zasuszony kwiat jaśminu ze swoich zapasów i zalała wrzątkiem. W nozdrza uderzył ją zapach letniego kwiatu. Zamknęła oczy i wciągnęła aromat. Pachniało zupełnie jak w czerwcowe, ciepłe syberyjskie wieczory.
"Żasmin nigdie tak nie pachnie, kak w tajgie", zapewniali Ostiacy. Żeby się o tym przekonać, musiałaby poczekać do czerwca. Czy ona ma siłę tak długo żyć? Czy kiedy Januszek wyzdrowieje, będzie dla niej jakieś życie?
Wsypała trzy łyżeczki cukru i sacharoza osłabiła zapach. Miranda próbowała nie korzystać z luksusów, jakie oferowała matka. Nie używała kosmetyków od niej poza mydłem, nie kupiła nowych ubrań, tylko nosiła rzeczy po matce albo po ciotce Adeli. Jadła tylko tyle, ile musiała, i bardzo proste dania. Po prawdzie dlatego, że jej żołądek niczego innego nie przyjmował. Jednak przekonywała siebie samą, że stała za tym pewna ideologia. Gotowała i pracowała w domu tak, aby mieć poczucie, że odpracowuje każdy posiłek. Jedyne, czego nie umiała sobie odmówić, to biały cukier.
Gdyby mogła, wyprowadziłaby się od matki już drugiego dnia po powrocie. Jednak nie mogła, z powodu Januszka oraz ze względu na to, że nikogo z krewnych nie było stać, by ją przygarnąć. Jedyną osobą, której dobrze się powodziło i na niczym nie zbywało, była matka.
Miranda zaniosła do sypialni na drewnianej tacy trzy kubki z gorącymi napojami i zapaloną świecę. Postawiła wszystko na nocnej szafce i usiadła na brzegu dużego, małżeńskiego łóżka jej rodziców, które teraz dzieliła z bratem. Postanowiła poczekać, aż Januszek się obudzi. Popijała herbatę, trochę czytała książkę przy nikłym świetle świecy, zasłuchana w ciszę. Czuła się nieswojo, niepewnie. Ta cisza i to nieznane milczenie wiatru. Na Syberii wiatr nigdy nie ustawał. Wciąż wiał, wydając jakieś dźwięki, huczał, gwizdał, szumiał, mruczał lub szeptał. Nigdy nie milkł. Tutaj panowała idealna cisza.
Nagle przerwało ją stuknięcie drzwi wejściowych. Wyczulone w tajdze ucho Mirandy usłyszało szelest, zanim jeszcze matka nacisnęła klamkę. Szybko zerwała się z łóżka, zdmuchnęła świecę, przebiegła na drugą stronę posłania i w pośpiechu położyła się obok brata, naciągając na siebie kołdrę. Słyszała, jak matka tłucze się w sieni. Pewnie próbowała po ciemku odnaleźć drogę i omijać sprzęty. Potem skrzypnęły drzwi do kuchni. Słychać było kroki na drewnianej podłodze. Ciche, stępione, powolne i nierówne, jakby się chwiała. Widocznie zdjęła buty i szła powoli, na bosaka, aby ich nie obudzić. Rozległ się dźwięk zapałki mocno potartej o draskę, syk fosforu. Na chwilę zapadła cisza, a potem znowu zabrzmiały kroki, ciche, delikatne, coraz bliższe. Zaskrzypiała deska w podłodze. Głuchy odgłos uderzenia pięty w próg sypialni. Miranda usłyszała oddech matki tuż przy ich łóżku. Szelest kołdry po stronie Januszka, a potem kroki coraz bliżej i bliżej. Poczuła dotyk ręki na swoich plecach. Musiała bardzo nad sobą zapanować, aby się nie wzdrygnąć. Usta matki na jej włosach. Szybki pocałunek w czubek głowy. Jak wtedy, kiedy była mała i dzieliła łóżko z Busią, a rodzice przychodzili pocałować je na dobranoc. Mocniej zacisnęła powieki i pięści pod kołdrą.
Nie mogła wybaczyć matce tego, że jej nie było, kiedy przyszli żołnierze i zabrali wszystkich, których wtedy znaleźli w domu. Wzięli babcię Władzię, wujka Ziutka i Janka, a także Busię i ją, Mirandę. Nie mogła wybaczyć, że Maria nie wyciągnęła ich z baraku na Węglówce, gdzie czekały na wywózkę. Nawet nie przyszła ich pożegnać razem z ojcem. Zakradł się w nocy, przekupił strażników, przyniósł walizkę z jedzeniem, ciepłymi ubraniami i ukrytym złotem, a potem ucałował je ostatni raz. Matka nie przyszła, nie dała się z nimi wywieźć, a przecież niby tak je kochała, dbała o nie.
Słyszała, jak Adela mówiła, że podczas wojny matka umiała wszystko załatwić, a tego nie mogła? Prawie w ogóle nie przysyłała paczek. Nie miały leków, kiedy tak bardzo ich potrzebowały. Nie dostały paczki z kaszą, kiedy głodowały, i ani jednego koca przez kilka kolejnych zim. Miranda obwiniała matkę o zmarnowanie jej dziesięciu lat życia na syberyjskiej zsyłce, o śmierć babci Władzi i Busi. I miała ku temu powody. Bardzo mocne.
Długie lata nad tym myślała i wszystkie kawałki układanki połączyły się w głowie w logiczną całość. Na dodatek, kiedy wreszcie po długiej wędrówce wróciła do Białegostoku, do życia, ludzi i miejsc, które kochała i za którymi tęskniła, przeżyła olbrzymie rozczarowanie. W rzadkich listach matka nie poinformowała córki o bombie, która zniszczyła ich dom i zabiła ojca. Miranda nic nie wiedziała o narodzinach Januszka, a przede wszystkim o tym, że matka zmieniła nazwisko. Podobno "Szamreta" było zbyt ziemiańskie. Przyjęła panieńskie nazwisko swojej matki - Stasiak. Miranda Szamreta nie mogła jej tego wszystkiego wybaczyć. Po prostu i po ludzku.