JOACHIM
Furgonetka
- Czy możemy pójść do góry zobaczyć tę lokalizację, pokój, z którego widać ten parking? - zapytał ten drugi.
- Tak, oczywiście - mówi Marcelina, po czym wszyscy wstajemy ze swoich miejsc.
Policjanci w ciszy idą za nami. Marcelina prowadzi, ja dotrzymuję jej kroku, podążając zaraz za nią.
Wchodzimy do pokoju, w którym goszczę prawie od roku, ale dopiero dzisiaj zacząłem znów pisać. Na swoim koncie mam osiemnaście powieści. Same thrillery i kryminały, i pewnie gdyby nie przerwa wynikająca z mojego nałogu, która stoczyła mnie na dno, już dawno wydałbym kolejną książkę. Ale nie żałuję, chyba musiałem odchorować śmierć żony, którą kochałem nad życie. I gdyby nie moja siostra, chyba umarłbym z przedawkowania. Bez ośrodka leczenia uzależnień i wsparcia, jakie tam otrzymałem, nie byłbym teraz w tym miejscu, w jakim się znajduję. Nic nie dzieje się bez przyczyny.
- Czy to przez to okno widział pan ten samochód? - pyta mnie aspirant Sławomir.
- Tak - odpowiadam i podchodzę bliżej okna, zza którego widać parking po przeciwnej stronie ulicy.
- Proszę dokładnie nam pokazać, w którym stał miejscu. - Tym razem pytanie zadaje pan Sylwester.
- To może usiądę w pozycji, jaką zawsze przyjmuję, gdy tylko chcę zacząć pisać. - Przez moment się zastanawiam, bo ostatnio w ogóle nic nie pisałem. Ile to trwało? Dziesięć miesięcy bezsensownego siedzenia i czekania, aż coś przyjdzie mi do głowy. - Tak naprawdę to ostatnimi czasy cały czas patrzyłem w okno, ciągle obserwowałem naszą ulicę i czekałem na wenę, która dopiero dzisiaj do mnie przyszła.
- Gratuluję - odpowiada ten policjant, który jest zachwycony moją książką - ale przejdźmy do rzeczy: gdzie stało auto i co dokładnie pan widział? Wie pan, że może być to kluczowe dla śledztwa, a liczą się pierwsze godziny po zaginięciu.
- Porwaniu - mówię, a oni obaj dziwnie na mnie patrzą, ale po chwili zaczynają kiwać głowami z zaciśniętymi ustami, przyznając mi rację.
- Tak, raczej taką przyjęliśmy wersję. Antosia została porwana, na to też wskazują rozmowy z jej rodzicami.
Siadam w fotelu przed komputerem, skąd, kiedy nie patrzę w ekran monitora, mam widok za oknem prosto na nasz osiedlowy parking. Widzę domy w zabudowie szeregowej z łączącą je wiatą. Razem jest ich dziesięć, ale przez delikatny zakręt w zasięgu wzroku mam ich siedem. Dom Antosi znajduje się dosłownie naprzeciw naszego.
- Samochód stał zaparkowany pod domem numer dwanaście. To jest cztery domki za Lewandowskimi.
- Proszę wstać, ja usiądę i zobaczę, jaka jest widoczność. - Podchodzi do mnie bliżej jeden z policjantów, a ja podnoszę się z krzesła i ustępuję mu miejsca.
- Czy z tej odległości było widać osobę, która była w środku, jak pan powiedział, na miejscu pasażera?
- Raczej niezupełnie, nie widać, kto to był, ale był zarys postaci, który można było zaobserwować.
- A kierowca? Widział pan kierowcę?
- Niestety nie. Jakoś nie zwracałem szczególnie uwagi na tę furgonetkę... - Zamyślam się na moment. - Dziś zacząłem pisać książkę o dziewczynce, która została porwana przez sprawcę w furgonetce, było to też dziecko, tylko że trochę starsze od naszej małej sąsiadki...
- Joachim - mówi do mnie Marcela, a ja, ocknąwszy się z zamyślenia, odpowiadam:
- Zawsze siedział pasażer i teraz, jak tak myślę, to mogła to być kobieta.
- Dlaczego pan tak sądzi? - pyta aspirant Sylwester.
- Upięte włosy... - Chwilę myślę, po czym dodaję: - Na pewno kobieta. Nie widziałem dokładnie twarzy, a jej pozycja nie pozwalała na rozpoznanie sylwetki, ale miała wysoko upiętą kitkę, kok, coś w tym rodzaju.
- Mężczyzna też może mieć długie włosy - zwraca się do mnie moja siostra.
- Tak, wiem. Ale jak tak sobie przypominam, to jestem pewien, że to była kobieta.
- A tablice rejestracyjne? Pamięta pan? - Tym razem pytanie zadaje drugi policjant.
- Długo tak siedzę w tym oknie i może to dziwnie zabrzmieć, ale zapisałem je sobie. - Gdy to wypowiadam, uświadamiam sobie, że bezwiednie zanotowałem sobie numery tego samochodu. - O tu mam, proszę zobaczyć.
Podaję policjantom swój notes, w którym nieraz zapisuję dziwne rzeczy, wydawałoby mi się zupełnie niepotrzebne. A jednak może teraz się na coś przyda.
- GDA35673 - czyta na głos Sylwester i natychmiast zwraca się do kolegi, aby szybko sprawdził te numery.
- Już się robi - stwierdza Sławomir. Dzwoni od razu na komendę i podaje numery rejestracyjne do namierzenia.
Czekamy chwilę w milczeniu, zanim w słuchawce słychać, jak odzywa się głos innego funkcjonariusza. Nie słyszę, co mówi, ale po minie aspiranta Sławomira mogę wywnioskować, że nie jest to dobra wiadomość. Rozłącza się i zwraca się do swojego kolegi:
- Kradzione. Przedwczoraj ktoś zgłosił kradzież obu tablic z auta.
- Czyli nasz porywacz musiał być wcześniej w Gdyni, jeśli tablice należały do mieszkańca Gdyni.
- Niekoniecznie, pamiętaj, że od kilku miesięcy zmieniło się prawo i można zostawić numery po zakupie auta.
- Fakt, a mamy właściciela tych tablic?
- Zaraz wyślą mi dane na maila. - W tym momencie słychać odgłos przychodzącej wiadomości. - O, już mam, właściciel jest znanym aktorem. Zobacz. - Pokazuje wiadomość koledze, po czym ponownie się po cichu do niego zwraca, ale udaje mi się usłyszeć, co mówi: - Zaraz wyślę prośbę o przesłuchanie w roli świadka i ściągnę dokumenty ze zgłoszenia kradzieży.
- Czyli na razie dalej nic - dodaje już głośno Sławomir do Sylwestra, ale patrzy raz na mnie, raz na moją siostrę. - Mamy prośbę, jeśli coś sobie państwo przypomną, to prosimy o jak najszybszy kontakt. Tu są nasze wizytówki.
Dostajemy namiary na policjantów i powoli wszyscy razem w ciszy i skupieniu schodzimy z powrotem do salonu.
- A panu, panie Joachimie, życzę mnóstwa weny, żeby pan napisał kolejną świetną książkę, chociaż w to nie wątpię - zwraca się do mnie funkcjonariusz, gdy już prawie stoją w drzwiach wyjściowych.
- Dziękuję, mam nadzieję, że wróciłem do siebie i co najważniejsze, do pisania - odpowiadam, gdy Marcelina zamyka za nimi drzwi, więc nie jestem pewien, czy słyszy moją odpowiedź.
- Jak myślisz? Znajdą Antosię? - Moja siostra zadaje mi to pytanie, gdy tylko wchodzi do salonu.
- Mam taką nadzieję, Marcela. Mam taką nadzieję... - powtarzam i od razu mam w głowie obraz zamkniętej w jakimś ciemnym pomieszczeniu małej dziewczynki ze związanymi rączkami i nóżkami oraz zakneblowaną małą buźką.
- Słuchaj, a jak to najbliższa rodzina? - Marcela zadaje mi pytanie i patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. - Wiesz, że nieraz najbliżsi nas krzywdzą najbardziej.
- Co ty gadasz? - odpowiadam jej pytaniem na pytanie, ale wiem, że takie rzeczy się zdarzają. Sam o takich pisałem.
- Widziałam kiedyś taki film, gdzie szukali zaginionego dziecka, a to sami rodzice je zabili i zgłosili porwanie... - na chwilę przerywa, po czym dopowiada: - To nawet był film na faktach, to się zdarzyło naprawdę, Joachim. To się zdarzyło naprawdę.
- Teraz już w tym rola policji, żeby dowieść prawdy i odnaleźć dziecko całe i zdrowe - wypowiadam te słowa do niej, gdy wstaję z fotela i kieruję się w stronę schodów. Mam w głowie plan na nową fabułę. Muszę usiąść do pisania, więc zwracam się do Marceliny: - Idę do pokoju. Tylko teraz, proszę, nie przeszkadzaj mi, bo nie ręczę za siebie, a na kolację wieczorem sam zejdę, jak zgłodnieję.
- Dobra. Już dobra. Idź pisać. Cieszę się, że w końcu jesteś sobą. - Klepie mnie po plecach, a ja odwracam się i zmierzam w stronę mojego biurka. - Pójdę na spacer. - Gdy kończy zdanie, znikam na górze w korytarzu i wchodzę do swojego pokoju, nie słyszę, czy mówi do mnie coś jeszcze.