Odziedziczone marzenia. Spadek po moim ojcu - Barack Obama

Reflow text when sidebars are open.
Jesteśmy bowiem pielgrzymami przed Tobą
i przychodniami, jak byli wszyscy przodkowie nasi.
1 Krn 29, 15
(Biblia Tysiąclecia)
OD PIERWSZEGO WYDANIA TEJ KSIĄŻKI UPŁYNĘŁO JUŻ PRAWIE DZIESIĘĆ LAT. Jak wspomniałem w pierwotnym wprowadzeniu, możliwość jej napisania wyłoniła się przede mną w czasie studiów prawniczych, gdy jako pierwszy Afroamerykanin w historii zostałem wybrany na prezesa "Harvard Law Review", studenckiego stowarzyszenia redagującego prawnicze pismo naukowe. Wynikłe stąd - skromne - zainteresowanie mediów skłoniło wydawcę do przekazania mi zaliczki i zabrałem się do pracy z przekonaniem, że historia mojej rodziny oraz moje wysiłki zmierzające do jej poznania w jakimś stopniu ukażą podziały rasowe charakterystyczne dla amerykańskiego losu oraz unaocznią, jak płynne jest samo pojęcie tożsamości, które naznacza współczesne życie zawieszone pomiędzy kulturami i epokami.
Jak to bywa z większością debiutujących autorów, w chwili publikacji książki przepełniała mnie mieszanka nadziei i rozpaczy - nadziei, że sukces przerośnie moje młodzieńcze marzenia, oraz rozpaczy, że nie udało mi się powiedzieć niczego wartościowego. Rzeczywistość sytuowała się gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami. Recenzje były w miarę pozytywne, na spotkaniach z czytelnikami organizowanych przez wydawcę pojawiało się trochę ludzi, sprzedaż nie była oszałamiająca. Po kilku miesiącach zająłem się z powrotem własnymi sprawami, przekonany, że moja pisarska kariera okaże się krótkotrwała, a zarazem czując ulgę, że udało mi się w sposób stosunkowo godny przeżyć cały ten proces.
Przez kolejnych dziesięć lat miałem niewiele czasu na refleksję. Podczas wyborów w 1992 roku kierowałem inicjatywą aktywizacji elektoratu, zacząłem pracę w kancelarii prawniczej zajmującej się prawami obywatelskimi i prowadziłem zajęcia z prawa konstytucyjnego na Uniwersytecie Chicago. Kupiliśmy z żoną dom, urodziły się nam dwie cudowne, zdrowe, psotne córki i jakoś wiązaliśmy koniec z końcem. Kiedy w 1996 roku w legislaturze stanowej pojawił się wakat, znajomi namówili mnie do startu w wyborach i zostałem senatorem w Illinois. Zanim zasiadłem na senatorskiej ławie, przestrzegano mnie, że polityka na szczeblu stanowym nie ma tego blichtru, który cechuje Senat USA.
Tu pracuje się bez rozgłosu i najczęściej nad sprawami, które dla niektórych środowisk są wprawdzie bardzo istotne, ale które zwykli ludzie mogą spokojnie zignorować (powiedzmy nad uregulowaniami prawnymi dotyczącymi przyczep mieszkalnych albo skutkami podatkowymi amortyzacji maszyn rolniczych). Mimo to czerpałem ze swojej pracy satysfakcję. Było tak głównie dlatego, że ze względu na mniejszą skalę polityki prowadzonej na szczeblu stanowym da się uzyskiwać konkretne rezultaty w sensownym czasie - na przykład poszerzyć zakres ubezpieczeń zdrowotnych dla biednych dzieci albo zreformować przepisy, za sprawą których niewinni ludzie dostawali wyroki śmierci - ale także dlatego, że w gmachu senatu dużego przemysłowego stanu można poznawać na co dzień oblicze narodu poprzez ciągły dialog. Można tu spotkać matki z najbiedniejszych dzielnic oraz rolników uprawiających kukurydzę i fasolę, imigrantów utrzymujących się z dorywczych prac fizycznych i pracowników banków inwestycyjnych - a wszyscy chcą być wysłuchani, każdy chce opowiedzieć własną historię.
Kilka miesięcy temu Partia Demokratyczna umieściła mnie na liście kandydatów ubiegających się o partyjną nominację w wyborach na stanowisko senatora Stanów Zjednoczonych ze stanu Illinois. Walka o ostateczną partyjną nominację była trudna - musiałem konkurować z wieloma znanymi i doświadczonymi kontrkandydatami, którzy dysponowali dużymi środkami na kampanię. Nie miałem oparcia w strukturach terenowych ani własnego majątku, a do tego jestem czarny i mam dziwaczne nazwisko, więc nie dawano mi wielkich szans. Kiedy więc zebrałem w partyjnych prawyborach większość głosów, wygrywając zarówno w białych, jak i w czarnych dzielnicach, zarówno na przedmieściach, jak i w biednych dzielnicach miejskich, reakcja mediów była podobna jak wtedy, gdy wybrano mnie na stanowisko prezesa "Harvard Law Review". Publicyści wyrażali zaskoczenie i autentyczną nadzieję, że moje wyborcze zwycięstwo okaże się przejawem głębszej przemiany amerykańskiej polityki rasowej. W reakcjach czarnej społeczności dominowała duma pomieszana z frustracją, że pół wieku po słynnej sprawie Brown przeciwko Komisji Edukacji miasta Topeka[1] i czterdzieści lat po uchwaleniu ustawy o powszechnym prawie wyborczym wciąż musimy uważać za sukces możliwość - i tylko możliwość, bo wciąż jeszcze miałem przed sobą trudną kampanię właściwą - że zostanę jedynym Afroamerykaninem aktualnie zasiadającym w Senacie Stanów Zjednoczonych i dopiero trzecią czarną osobą na takim stanowisku od okresu rekonstrukcji państwa po wojnie secesyjnej. Razem z rodziną i przyjaciółmi czuliśmy się cokolwiek oszołomieni poświęcaną mi uwagą i byliśmy nieustannie świadomi przepaści pomiędzy chłodnym blaskiem medialnych doniesień a prozą prawdziwego życia.
Tak samo jak dziesięć lat wcześniej skupiona na mnie uwaga mediów wzbudziła zainteresowanie wydawcy i skłoniła go do przygotowania drugiego wydania mojej książki. Po raz pierwszy od wielu lat ściągnąłem ją więc z półki i przeczytałem kilka rozdziałów, żeby się przekonać, do jakiego stopnia zmienił się mój głos i pisarski styl. Przyznaję, że gdzieniegdzie zdarzyło mi się skrzywić na widok źle dobranego słowa, niechlujnego zdania czy uczucia, które wydało mi się sentymentalne albo nieszczere. Do tego z upływem lat nabrałem szacunku dla zwięzłości i gdybym mógł, skróciłbym tę książkę o jakieś pięćdziesiąt stron. Nie mogłem jednak uczciwie powiedzieć, że nie przemawia ona moim głosem - że dzisiaj opowiedziałbym swoją historię zupełnie inaczej niż przed dziesięcioma laty, choć niektóre jej fragmenty okazały się niewygodne pod względem politycznym, podsycające komentarze w mediach i dostarczające wody na młyn opozycji.
Jedna dramatyczna i zdecydowana zmiana wiąże się oczywiście z kontekstem, w którym książka będzie odczytywana dzisiaj. Kiedy zaczynałem ją pisać, trwał gwałtowny rozwój przemysłu komputerowego w Dolinie Krzemowej i utrzymywała się giełdowa hossa; runął mur berliński, Nelson Mandela, powolnym, lecz zdecydowanym krokiem wyruszał z więzienia na prezydencki fotel, a Izrael podpisywał w Oslo porozumienia z Organizacją Wyzwolenia Palestyny. W Stanach Zjednoczonych spory kulturowe wokół takich kwestii, jak: dostępność broni, aborcja czy teksty rapowych utworów, wydawały się tak zaciekłe właśnie dlatego, że polityka "trzeciej drogi" Billa Clintona - wprowadzenie świadczeń socjalnych w zakresie niezbyt wprawdzie ambitnym, ale pozbawionym ostrych granic - zdawała się kreślić rozległy konsensus polityczny w zwyczajnych sprawach bytowych; konsensus, w którym zmieściłaby się nawet pierwsza kampania prezydencka George'a W. Busha, kładąca nacisk na "współczujący konserwatyzm". Na scenie międzynarodowej myśliciele obwieszczali koniec historii i nadchodzący rozkwit wolnych rynków oraz liberalnej demokracji, świat, w którym zadawnione nienawiści i międzynarodowe wojny znikną zastąpione wirtualnymi społecznościami i konkurowaniem o udziały w rynkach.
Potem, 11 września 2001 roku, świat się rozpękł.
Moje umiejętności pisarskie nie wystarczają, aby oddać atmosferę tamtego dnia i dni kolejnych - samoloty, które niczym duchy wnikały w stal i szkło; powolne kaskady zapadających się w sobie bliźniaczych wież; popiół pokrywający postacie wędrujące po ulicach; uczucie udręki i strachu. Nie próbuję też udawać, że potrafię zrozumieć nagi nihilizm, który tamtego dnia popychał terrorystów i do dziś popycha ich współbraci. Moja empatia, umiejętność dotarcia do cudzego serca nie jest w stanie przebić się przez puste spojrzenia ludzi gotowych mordować niewinne ofiary z abstrakcyjną, spokojną satysfakcją.
Wiem tylko, że tamtego dnia historia w brutalny sposób powróciła do gry; że - jak pisał Faulkner - przeszłość nigdy nie staje się martwa, a nawet nigdy nie staje się czymś przeszłym. Ta zbiorowa historia czy przeszłość dotyka mnie w sposób bezpośredni. Jest tak nie tylko dlatego, że wybuchy bomb Al-Kaidy ze zdumiewającą precyzją naznaczyły pejzaże znane mi osobiście - budynki, drogi i twarze Nairobi, Bali czy Manhattanu - i nie tylko dlatego, że wskutek ataków z 11 września moje nazwisko budzi u nadgorliwych popleczników Partii Republikańskiej nieodpartą pokusę strojenia kpin na internetowych stronach, ale także dlatego, że tkwiąca u podłoża tych ataków walka - walka pomiędzy światem obfitości a światem niedostatku; pomiędzy tym, co współczesne, i tym, co dawne; pomiędzy tymi, którzy akceptują naszą tętniącą, kolidującą i kłopotliwą różnorodność, twierdząc, że mimo to istnieją wartości, które łączą nas wspólną więzią, a tymi, którzy pod taką czy inną flagą, sloganem czy świętym tekstem szukają pewności i uproszczeń, które usprawiedliwią okrucieństwo wobec ludzi innych niż my - jest tą samą walką, którą w miniaturowej skali przedstawiam w mojej książce.
Znam i oglądałem na własne oczy desperację i zamęt wśród ludzi słabych i bezradnych, wiem, jak wypaczają one życie dzieci na ulicach Dżakarty i Nairobi - a także dzieci w biednych dzielnicach południowego Chicago; wiem, jak wąska jest ścieżka, którą ci ludzie kroczą pomiędzy upokorzeniem a nieokiełznaną wściekłością, wiem, jak łatwo popadają w rozpacz i zaczynają stosować przemoc.
Wiem, że reakcje silnych - tępe i obojętne przyzwolenie, dopóki nieporządek utrzymuje się w ryzach, oraz konsekwentne i bezmyślne użycie siły, surowsze wyroki i bardziej wyrafinowany sprzęt bojowy, kiedy zamęt przekroczy założone granice - są nieadekwatne do stojącego przed nami zadania. Wiem, że usztywnianie stanowiska, fundamentalizm i plemienna logika mogą zgubić nas wszystkich.
W ten sposób moja książka, która była jedynie intymnym, wewnętrznym wysiłkiem zrozumienia tej walki i odnalezienia w niej własnego miejsca, zbiegła się z szerszą debatą publiczną, w którą pozostaję zawodowo zaangażowany, a która na długie lata ukształtuje życie nasze i naszych dzieci.
Polityczne implikacje tych zdarzeń byłyby tematem na osobną książkę, zamiast tego chciałbym więc zakończyć nutą bardziej osobistą. Większość postaci z tej książki nadal pozostaje obecna w moim życiu, chociaż w różnym stopniu, zależnym od zawodowych i rodzicielskich obowiązków oraz kaprysów losu.
Wyjątkiem jest moja matka, którą kilka miesięcy po premierze tej książki z brutalnym pośpiechem odebrał nam rak.
Ostatnich dziesięć lat życia matka spędziła, robiąc to, co kochała. Podróżowała po świecie, pracowała w odległych azjatyckich i afrykańskich wioskach, pomagała kobietom kupować maszyny do szycia, mleczne krowy albo zdobywać wykształcenie, które pozwoli im znaleźć zaczepienie we współczesnej gospodarce. Zyskała grono najróżniejszych przyjaciół, chodziła na długie spacery, wpatrywała się w księżyc i szperała na targowiskach Delhi czy Marrakeszu w poszukiwaniu drobiazgów - chustki czy kamiennej figurki - które poprawiały jej nastrój albo cieszyły oko. Pisała raporty, czytała powieści, naprzykrzała się dzieciom i czekała na wnuki.
Nasza więź przetrwała nietknięta i widywaliśmy się często. Kiedy pisałem tę książkę, matka czytała jej wstępne wersje, poprawiała przeinaczone przeze mnie opowieści. Starannie unikała komentarzy na temat tego, w jaki sposób odmalowałem ją samą, za to żywo stawała w obronie ojca, próbując tłumaczyć przede mną mniej pochlebne cechy jego charakteru. Chorobę znosiła z godnością i humorem.
Pomagała nam z siostrą żyć dalej pomimo naszego przerażenia, upartych zaprzeczeń i nagłego ścisku w sercu.
Czasami przychodzi mi do głowy, że gdybym wiedział, że matka nie przeżyje choroby, być może napisałbym inną książkę. Byłaby ona w mniejszym stopniu medytacją o nieobecnym rodzicu, a w większym - upamiętnieniem tego rodzica, który pozostał jedynym stałym punktem w moim życiu. Codziennie widzę matkę w moich córkach, widzę w nich jej radość, jej umiejętność zadziwienia światem. Nawet nie próbuję opisać, jak dotkliwie opłakuję jej brak. Wiem, że matka była najlepszą, najbardziej szczodrą duszą, jaką kiedykolwiek poznałem, i że wszystko, co jest we mnie dobrego, zawdzięczam właśnie jej.
PIERWOTNIE ZAMIERZAŁEM STWORZYĆ ZUPEŁNIE INNĄ KSIĄŻKĘ. Możliwość jej napisania pojawiła się, kiedy studiowałem prawo i jako pierwszy Afroamerykanin w historii zostałem wybrany na prezesa studenckiego stowarzyszenia redagującego "Harvard Law Review", prawniczy periodyk naukowy, mało znany poza fachowymi kręgami. Mojemu wyborowi towarzyszyła fala zainteresowania mediów, pojawiło się nawet kilka artykułów prasowych będących miarą nie tyle moich skromnych dokonań, ile szczególnego miejsca, jakie Wydział Prawa Uniwersytetu Harvarda zajmuje w amerykańskiej mitologii, a zarazem ukazujących głód dobrych wieści z rasowego frontu, który trawił Amerykę. Skontaktowało się ze mną kilku wydawców, ja zaś - wyobrażając sobie, że mam coś oryginalnego do powiedzenia na temat aktualnych stosunków rasowych w społeczeństwie - zgodziłem się zrobić po ukończeniu studiów roczną przerwę i przelać swoje myśli na papier.
Na ostatnim roku studiów z niepokojącą pewnością siebie zacząłem porządkować w głowie układ książki. W otwierającym eseju chciałem napisać, że skala równości rasowej, jaką można wywalczyć na drodze sądowych procesów, jest ograniczona; następnie w książce miały być refleksje na temat sensu pojęcia "społeczność" oraz odrodzenia życia publicznego za sprawą oddolnych organizacji społecznych, a także moje przemyślenia na temat działań afirmatywnych oraz afrocentryzmu - sama lista tematów zajęła mi całą stronę. Oczywiście zamierzałem włączyć do książki osobiste anegdoty oraz przeanalizować źródła pewnych pojawiających się u mnie regularnie emocji, ale ogólnie rzecz biorąc, planowałem podróż intelektualną i ustaliłem sobie całą jej mapę wraz z planem postojów i ściśle wytyczoną trasą: część pierwsza miała być gotowa do marca, drugą miałem złożyć do korekty w sierpniu...
Kiedy jednak zasiadłem do pisania, stwierdziłem, że mój umysł wybiega w stronę bardziej skalistych brzegów. Początkowo odzywały mi się w sercu jakieś nikłe pragnienia, pojawiały się odległe głosy, słabły, a następnie dały się słyszeć znowu. Wspominałem opowieści, które słyszałem w dzieciństwie od matki i dziadków - historie rodziny poszukującej wytłumaczenia dla własnej przeszłości. Przypominałem sobie swój pierwszy rok pracy w charakterze działacza społecznego w Chicago oraz niezgrabne kroki, które stawiałem na drodze do męskości. Słyszałem opowieści babci siedzącej pod mangowcem i zaplatającej włosy mojej siostrze, gdy opisywała mojego ojca, którego nigdy naprawdę nie poznałem.
W zetknięciu z tym zalewem wspomnień moje uładzone teorie wydały się błahe i przedwczesne. Mimo to odczuwałem silną niechęć na myśl o przedstawieniu swojej przeszłości w formie książki; odbierałem to jako obnażenie, czułem wręcz pewien wstyd. Nie w tym rzecz, jakoby moja przeszłość była szczególnie bolesna czy skrzywiona, jednak mówi ona o tych aspektach mojej osoby, które opierają się świadomym wyborom i przynajmniej z pozoru stoją w sprzeczności ze światem, który obecnie zamieszkuję. W końcu mam już trzydzieści trzy lata; prowadzę praktykę prawniczą i angażuję się w społeczne i polityczne życie Chicago, miasta nawykłego do rasowych ran i szczycącego się brakiem sentymentów.
Choć udało mi się przemóc w sobie cynizm, to jednak chciałbym móc się uważać za człowieka doświadczonego życiowo, unikającego nadmiernych oczekiwań.
Mimo to, kiedy myślę o historii własnej rodziny, najbardziej uderza mnie w niej właśnie ta niezmienna skłonność do niewinności, która wydaje się niewyobrażalna, nawet gdyby ją mierzyć kategoriami dzieciństwa. Tę niewinność zdążył już zatracić sześcioletni kuzyn żony, który przed kilkoma tygodniami opowiedział rodzicom, że koledzy z klasy nie chcą się z nim bawić ze względu na jego piękną, ciemną skórę. Rodzice chłopca, którzy wychowali się w Chicago, stracili podobną niewinność dawno temu i choć nie noszą w sobie goryczy - wewnętrzną siłą, dumą ani zaradnością nie ustępują żadnemu rodzicowi, jakiego znam - to jednak w ich głosie słychać ból, kiedy zastanawiają się, czy słusznie uczynili, przeprowadzając się z miasta na przedmieście zamieszkane głównie przez białych, mimo że zrobili tak właśnie po to, aby uchronić syna przed ryzykiem zaplątania się w strzelaninę pomiędzy gangami oraz koniecznością uczęszczania do niedofinansowanej szkoły.
Ci ludzie wiedzą zbyt wiele - wszyscy naoglądaliśmy się w życiu zbyt wiele - żeby móc patrzeć bez podtekstów na krótkie małżeństwo moich rodziców: małżeństwo czarnego mężczyzny z białą kobietą, Afrykanina z Amerykanką. Kiedy ludzie, którzy nie znają mnie bliżej - czy to biali, czy czarni - odkrywają moje mieszane pochodzenie (a zazwyczaj jest to dla nich odkrycie, bo sam przestałem o tym mówić w wieku dwunastu czy trzynastu lat, kiedy nabrałem podejrzenia, że w ten sposób staram się jedynie przypodobać białym), dostrzegam, jak w ułamku sekundy dokonują mentalnej korekty, jak doszukują się w moich oczach jakiegoś wymownego znaku. Przypuszczam, że po cichu szukają u mnie znękanego ducha - zmieszana krew, rozdarta dusza, widmowy wizerunek tragicznego Mulata tkwiącego w potrzasku pomiędzy dwoma światami. Gdyby więc udało mi się wyjaśnić, że ten los bynajmniej nie jest moją tragedią, a przynajmniej nie tylko moją - to również wasza tragedia, synowie i córki Plymouth Rock i Ellis Island[2], a także wasza, synowie i córki Afryki. To tragedia zarówno sześcioletniego kuzyna żony, jak i jego białych kolegów z pierwszej klasy, więc nie musicie się zastanawiać, co mnie nęka - każdy może to obejrzeć w wieczornych wiadomościach, i gdybyśmy byli gotowi przyznać choć tyle, być może ten tragiczny krąg zacząłby się kruszyć... Moje słowa zabrzmią zapewne jak przejaw nieuleczalnej naiwności, jakbym trwał przy dawno utraconych nadziejach niczym komuniści, którzy wciąż sprzedają swoje gazetki na obrzeżach różnych uniwersyteckich miast. Albo, co gorsza, zabrzmi to tak, jakbym próbował się ukrywać przed sobą samym.
Nie obwiniam ludzi za ich podejrzliwość. Już dawno temu nauczyłem się traktować nieufnie własne dzieciństwo i opowieści, które nadały mu kształt. Dopiero wiele lat później, kiedy usiadłem nad grobem ojca i przemówiłem do niego przez warstwę czerwonej afrykańskiej ziemi, zdołałem powrócić do początku i na nowo poddać zasłyszane historie własnej ocenie. Czy może, ściślej rzecz biorąc, dopiero wtedy zrozumiałem, że dużą część życia spędziłem, starając się przepisać te historie na nowo, uzupełniając istniejące w nich luki, próbując się pogodzić jakoś z niechcianymi szczegółami, doszukując się indywidualnych wyborów w ślepym biegu historii, licząc, że zdołam z nich wydobyć granitową płytę prawdy, na której moje nienarodzone dzieci znajdą pewne oparcie dla stóp.
W taki oto sposób, na przekór uporczywej chęci uchronienia się przed cudzym wzrokiem, pomimo powracającego impulsu każącego mi porzucić całe przedsięwzięcie w pewnej chwili na tych stronicach znalazł się zapis osobistej podróży wewnętrznej - zapis starań młodego chłopaka, który poszukiwał ojca, ale zarazem sensu własnego życia jako czarny Amerykanin. Powstała książka autobiograficzna, chociaż przez ostatnie trzy lata, kiedy mnie pytano, o czym właściwie piszę, starałem się unikać takiego sformułowania. Autobiografia wskazuje na istnienie dokonań godnych uwiecznienia, rozmów ze sławnymi ludźmi, odegranie głównej roli w jakichś ważnych wydarzeniach. Tutaj nie ma żadnej z tych rzeczy. Zarazem autobiografia sugeruje przynajmniej pewnego rodzaju podsumowanie czy zamknięcie, co również nie pasuje do osoby w moim wieku, wciąż jeszcze zaprzątniętej wytyczaniem własnej drogi przez życie. Nie mogę nawet twierdzić, jakoby moje życie było w jakimś sensie reprezentatywne dla doświadczenia ogółu czarnych Amerykanów ("W sumie nie da się powiedzieć, że pan pochodzi z rodziny upośledzonej społecznie" - zauważył życzliwie pewien wydawca z Manhattanu); przeciwnie, ta książka w dużej mierze jest właśnie o tym, jak uczyłem się akceptować tę prawdę - że mam prawo utożsamiać się z czarnymi braćmi i siostrami w Ameryce czy w Afryce i twierdzić, że łączy nas wspólne przeznaczenie, nie pretendując przy tym do miana rzecznika naszych rozmaitych zmagań.
Na koniec pozostają jeszcze zagrożenia związane z każdą książką autobiograficzną: pokusa podkoloryzowania wydarzeń w sposób pochlebny dla piszącego, skłonność do przeceniania tego, na ile moje własne doświadczenia mogą zainteresować innych, wybiórcze luki w pamięci. Takie zagrożenia są tym poważniejsze, gdy piszącemu brakuje mądrości przychodzącej z wiekiem i życiowego dystansu, który potrafi leczyć z rozmaitych próżnostek. Nie twierdzę, że udało mi się uniknąć wszystkich tych pułapek. Chociaż książka w dużej mierze oparta jest na pamiętnikach i mówionej historii rodziny, dialogi z konieczności stanowią tylko przybliżoną wersję słów wypowiedzianych albo przekazanych mi w rzeczywistości. Dla większej zwięzłości niektóre z pojawiających się tu postaci powstały z połączenia różnych znajomych osób, a część wydarzeń wyłamuje się ze ścisłego porządku chronologicznego. Z wyjątkiem członków rodziny i garstki osób publicznych nazwiska i imiona większości bohaterów zostały zmienione w celu zachowania ich prywatności.
Niezależnie od tego, która z etykietek przylgnie do tej książki - autobiografia, wspomnienia, saga rodzinna czy jeszcze coś innego - postarałem się spisać uczciwą relację z konkretnej sfery własnego życia. Kiedy zaczynałem zbaczać z drogi, moja agentka Jane Dystel niezawodnie dodawała mi wiary i otuchy, redaktor książki Henry Ferris wprowadzał łagodne, lecz zdecydowane poprawki, a Ruth Fecych i pracownicy wydawnictwa Times Books z entuzjazmem i wielką starannością prowadzili rękopis przez kolejne etapy procesu wydawniczego. Przyjaciele, w szczególności Robert Fisher, nie szczędzili czasu na lekturę. Na koniec - moja cudowna żona, Michelle, wnosiła humor, cierpliwość, szczerość i nieomylną umiejętność wspierania moich najlepszych impulsów.
Najgłębszą wdzięczność jestem jednak winien własnej rodzinie - matce, dziadkom i rodzeństwu rozproszonym po wielu kontynentach - i to im dedykuję tę książkę. Nigdy nie zdołałbym jej dokończyć, gdyby nie ich niewzruszona miłość i wsparcie; gdyby nie ich zgoda na to, abym właśnie ja opowiedział rodzinną historię, i gdyby nie ich tolerancja dla popełnianych przeze mnie błędów. Chciałbym się im w ten drobny sposób odwdzięczyć i mam nadzieję, że miłość i szacunek, którymi ich otaczam, przebijają z każdej strony tej książki.
KILKA MIESIĘCY PO SWOICH DWUDZIESTYCH PIERWSZYCH URODZINACH OTRZYMAŁEM WIADOMOŚĆ TELEFONICZNĄ od nieznajomej kobiety. Mieszkałem wtedy w Nowym Jorku przy Dziewięćdziesiątej Czwartej ulicy, w kwartale pomiędzy Pierwszą a Drugą aleją - w nieokreślonej, bezimiennej strefie granicznej oddzielającej Harlem Wschodni od reszty Manhattanu. Okolica była niezachęcająca, wyjałowiona z drzew i roślin; kamienice w kolorze sadzy nie miały wind i przez większość dnia rzucały na ulicę ciężki cień. Mieszkanie było małe, miało pochyłą podłogę i nieprzewidywalne ogrzewanie. Domofon był popsuty, więc goście musieli się wcześniej meldować z telefonu na stacji benzynowej na rogu, całą noc patrolowanej czujnie przez czarnego dobermana wielkości wilka z nieodłączną butelką po piwie w zaciśniętych szczękach.
Nie przejmowałem się tym wszystkim zanadto, bo i tak mało kto mnie odwiedzał. Byłem wtedy niecierpliwy, zaprzątnięty pracą i realizacją planów, więc w ludziach byłem skłonny widzieć źródło zbędnego rozproszenia. Nawet nie w tym rzecz, że nie lubiłem towarzystwa. Lubiłem wymieniać z sąsiadami (przeważnie portorykańskimi) codzienne uprzejmości po hiszpańsku, a wracając z uczelni, zazwyczaj zatrzymywałem się na pogawędkę z chłopakami, którzy przez całe lato przesiadywali pod klatką - rozmawialiśmy wtedy o drużynie Knicksów albo o strzelaninie, którą słyszeli poprzedniego wieczoru. W ładną pogodę siadałem czasami ze współlokatorem na składanych schodach przeciwpożarowych na zewnątrz budynku. Paliliśmy papierosy i przyglądaliśmy się, jak granatowy zmierzch kładzie się na miasto, a biali z pobliskiej lepszej dzielnicy zabierają psy na spacer do naszego kwartału, żeby narobiły na nasze chodniki. - Posprzątajcie po sobie, bydlaki! - wydzierał się wtedy kumpel z imponującą furią i ze śmiechem patrzyliśmy na jednakowo ponure i zacięte miny psa i jego pochylonego właściciela.
Lubiłem takie chwile - ale tylko na krótko. Kiedy rozmowa zaczynała się rwać albo przekraczać granicę zażyłości, zaraz znajdowałem wymówkę, żeby wrócić do swojego pokoju. Zbyt dobrze się czułem w samotności, najbezpieczniejszym ze znanych mi miejsc. Pamiętam, że obok mieszkał starszy pan, który najwyraźniej miał podobne usposobienie. Żył samotnie, a kiedy wychodził z domu - co zdarzało się rzadko - swą zgarbioną, chudą postać przyodziewał w ciężki czarny płaszcz i zakładał zdefasonowany pilśniowy kapelusz. Czasami spotykałem go, kiedy wracał ze sklepu, a ja proponowałem mu wtedy pomoc we wniesieniu zakupów. Spoglądał na mnie, wzruszał ramionami i zaczynaliśmy wspinaczkę, zatrzymując się na każdej kondygnacji, żeby złapał oddech. Na górze stawiałem ostrożnie torby przy drzwiach, na co staruszek sucho kiwał głową, po czym szurającym krokiem wchodził do mieszkania i zamykał drzwi na łańcuch. Nie padało między nami ani jedno słowo, nigdy nie odezwał się, żeby podziękować za pomoc.
Milczenie staruszka robiło na mnie wrażenie; uważałem go za bratnią duszę. Jakiś czas później mój współlokator znalazł go leżącego na klatce schodowej na drugim piętrze z szeroko otwartymi oczami i zesztywniałymi już kończynami skulonymi jak u niemowlęcia. Zrobiło się zbiegowisko, niektóre kobiety kreśliły znak krzyża, mniejsze dzieci szeptały między sobą w podnieceniu. W końcu przyjechała karetka i sanitariusze zabrali ciało, a do mieszkania wkroczyła policja. Było schludne, niemal puste - fotel, biurko, na kominku wyblakłe zdjęcie portretowe kobiety z gęstymi brwiami i łagodnym uśmiechem. Ktoś otworzył lodówkę i znalazł prawie tysiąc dolarów w drobnych banknotach zawiniętych w stare gazety i starannie ułożonych za słoikami z majonezem i marynatą.
Przygnębiła mnie samotność bijąca z tej sceny i na krótką chwilę zrobiło mi się przykro, że nawet nie dowiedziałem się, jak staruszek miał na imię. Jednak równie szybko pożałowałem tego pragnienia i związanego z nim smutku; miałem poczucie, że łamało ono istniejące pomiędzy nami porozumienie - tak jakby staruszek w pustym pokoju szeptał niewypowiedzianą historię, zdradzał rzeczy, których wolałem nie podsłuchiwać. Może miesiąc później - w zimny i ponury listopadowy poranek, kiedy nikłe słońce wyglądało zza półprzejrzystej gazy chmur - dostałem telefon, o którym wspomniałem na początku. Robiłem wtedy śniadanie: nastawiłem akurat kawę i wbiłem na patelnię dwa jajka, kiedy współlokator podał mi słuchawkę. Rozmowę zagłuszały głośne trzaski i szumy.
- Barry? Barry, to ty?
- Tak, a kto dzwoni?
- Tak, Barry... Dzwoni ciocia Jane. Z Nairobi. Słyszysz mnie, Barry?
- Przepraszam, jeszcze raz: kto dzwoni?
- Ciocia Jane. Barry, posłuchaj, twój ojciec nie żyje. Zginął w wypadku samochodowym. Halo? Słyszysz mnie? Mówiłam, że ojciec nie żyje. Barry, zadzwoń do stryja w Bostonie i mu powiedz. Teraz nie mogę rozmawiać, dobrze? Spróbuję zadzwonić później...
I tyle. Rozłączyliśmy się, a ja usiadłem na sofie, czując zapach przypalonej jajecznicy z kuchni, wpatrując się w kreski na spękanym tynku i próbując oszacować rozmiar poniesionej straty.
W chwili śmierci ojciec był dla mnie mitem - był więcej niż zwyczajnym człowiekiem, zarazem będąc człowiekiem niepełnym. Wyjechał z Hawajów w 1963 roku, kiedy miałem zaledwie dwa lata, więc jako dziecko znałem go wyłącznie z opowieści matki i dziadków. Każde miało na jego temat swoją ulubioną historię - wycyzelowaną i wygładzoną od stałego powtarzania. Do dziś widzę dziadka wygodnie rozpartego po kolacji w wyściełanym fotelu, jak sączy whisky, czyści sobie zęby celofanową folią z paczki po papierosach i opowiada, jak ojciec o mały włos nie zrzucił pewnego człowieka z urwiska Pali Lookout z powodu fajki...
- To było tak, że twoi rodzice chcieli pokazać wyspę koledze ojca. Wjechali na szczyt urwiska Pali... Nawiasem mówiąc, Barack całą drogę przejechał pewnie po niewłaściwej stronie jezdni...
- Ojciec był strasznie marnym kierowcą - wyjaśnia matka.
- Zawsze zjeżdżał na lewą stronę, tak jak jeżdżą w Wielkiej Brytanii, a kiedy coś mu się powiedziało, sarkał tylko na idiotyczne amerykańskie przepisy...
- W każdym razie - ciągnął dziadek - tym razem dotarli na miejsce w jednym kawałku, wysiedli i stanęli przy barierce, żeby podziwiać widoki. Barack palił fajkę, którą mu dałem na urodziny, i pokazywał widoki cybuchem, jak kapitan statku...
- Ojciec był strasznie dumny z tej fajki - przerywa znowu matka.
- Kiedy się uczył, palił ją całą noc, a czasami...
- Słuchaj no, Ann, masz zamiar sama opowiedzieć, czy może dasz mi skończyć?
- Przepraszam, tato. Mów dalej.
- No więc ten biedaczysko... To też był student z Afryki, nie? Dopiero co przyjechał... Takie perorowanie z fajką w ręku zrobiło chyba na chłopaku wrażenie, bo zapytał, czy też mógłby spróbować. Twój tata zastanowił się i w końcu się zgodził. Chłopak zaciągnął się raz i dostał kaszlu, ale takiego, że upuścił fajkę, a ta poleciała za barierkę w trzydziestometrowe urwisko.
Tu dziadek urywa, żeby sobie pociągnąć z flaszki, po czym opowiada:
- No więc twój tata uprzejmie zaczekał, aż kolega przestanie kaszleć, a następnie kazał mu przeleźć przez barierkę i przynieść fajkę. Chłopak tylko zerknął na pionową ścianę i powiedział Barackowi, że mu kupi nową...
- I bardzo rozsądnie - dorzuca z kuchni Tutu (na babcię mówimy "Tutu" albo "Toot"; po hawajsku tak się mówi na dziadków, a kiedy się urodziłem, Tutu uznała, że jest za młoda, żeby wołać na nią "babcia"). Dziadek robi marsową minę, ale postanawia zignorować jej uwagę.
- Ale Barack był nieugięty - ciągnie dziadek. - Domagał się swojej fajki, bo dostał ją w prezencie, więc nie można jej było zastąpić inną. Chłopak znowu spojrzał w dół urwiska i tylko pokręcił głową, a wtedy twój ojciec jak go złapie! Przerzucił go nad barierką i zawiesił nad przepaścią!
Dziadek wydaje triumfalny okrzyk i jowialnie klepie się w kolano. Kiedy dziadek rechocze, w wyobraźni unoszę wzrok na ciemną sylwetkę ojca na tle słonecznego nieba, jak trzyma winowajcę rozpaczliwie machającego ramionami w powietrzu - straszliwa wizja sprawiedliwości.
- Tato, tak naprawdę on go wcale nie trzymał za barierką - mówi matka, spoglądając na mnie z niepokojem, ale dziadek tylko pociąga łyczek whisky i ciągnie dalej.
- Ludzie zaczęli się gapić, a twoja matka błagała Baracka, żeby już dał spokój. Kolega pewnie tylko wstrzymywał oddech i klepał pacierze. W każdym razie po paru chwilach tata postawił chłopaka na nogi, poklepał go po plecach i spokojniutko zaproponował, żeby się wszyscy wybrali teraz na piwo. I tak się już zachowywał do końca wycieczki, jak gdyby nigdy nic. Oczywiście twoja matka, kiedy dotarli do domu, była porządnie zeźlona. Prawie się nie odzywała do ojca. Barack też nie poprawił sytuacji, bo kiedy matka próbowała nam opowiedzieć, co się stało, pokręcił tylko głową i zaczął się śmiać. "Anna, odpręż się", powiedział. Twój ojciec mówił takim głębokim barytonem, no i ten angielski akcent. - Dziadek przyciska podbródek do piersi, aby w pełni oddać efekt. - "Odpręż się", mówi, "chciałem mu tylko dać nauczkę, jak trzeba dbać o cudzą własność!".
W tym momencie dziadek znowu wybuchał śmiechem, aż dostawał kaszlu, a Tutu mruczała pod nosem, że na całe szczęście ojciec zorientował się, że kolega upuścił fajkę przypadkiem, bo kto wie, co mogłoby się stać. Matka z kolei przewracała oczami, żeby dać mi do zrozumienia, że dziadkowie przesadzają.
- Twój ojciec potrafi być trochę apodyktyczny - przyznawała matka z leciutkim uśmiechem. - Ale to dlatego, że tak naprawdę jest szalenie uczciwy. Dlatego czasami zachowuje się bezkompromisowo.
Matka wolała malować ojca w łagodniejszych barwach. Opowiadała mi, jak przyszedł raz po odbiór odznaki członkowskiej stowarzyszenia Phi Beta Kappa[3] w swoim ulubionym stroju: dżinsach i starej koszulce w lamparcie cętki.
- Nikt mu nie powiedział, że to wielkie wyróżnienie, więc po prostu wchodzi, a tam ludzie stoją w eleganckiej sali, wszyscy w garniturach. To był jedyny raz, kiedy widziałam, że jest zażenowany.
A dziadek, nagle pogrążony w zadumie, kiwał głową do własnych myśli. - To fakt, Bar - stwierdzał. - Twój ojciec potrafił się znaleźć w każdej sytuacji i dlatego wszyscy go lubili. Pamiętacie, jak miał zaśpiewać na Międzynarodowym Festiwalu Muzycznym? Zgodził się zaśpiewać parę afrykańskich piosenek, ale jak przyjechał, okazało się, że ta cała impreza to nie przelewki. Babka, która miała występ przed nim, była półprofesjonalną śpiewaczką, to była Hawajka, akompaniował jej cały zespół muzyków. Każdy na jego miejscu dałby sobie od razu spokój i wytłumaczył, że doszło do pomyłki. Każdy, ale nie Barack. On stanął przed tą całą wielką publiką i zaczął śpiewać. A coś takiego to nie w kij dmuchał, ja ci to mówię. Może nie był nadzwyczajny, ale miał taką pewność siebie, że ani się obejrzałeś, a już mu wszyscy klaskali tak samo jak pozostałym.
Dziadek potrząsał głową i wstawał z fotela, żeby włączyć telewizor.
- Tego możesz się uczyć od swojego ojca - mawiał. - P e w n o ś ć s i e b i e. Oto tajemnica sukcesu mężczyzny.
Takie to były historie - zwięzłe, ubarwiane, to opowiadane jedna za drugą tego samego wieczoru, to znowu odkładane na długie miesiące - czasami lata - w zbiorowej pamięci rodziny. Tak samo jak nieliczne fotografie ojca, które pozostały w domu: stare, czarno-białe odbitki pozowanych zdjęć, na które trafiałem przypadkowo, szperając w szafkach w poszukiwaniu ozdób choinkowych albo maski do nurkowania. Zaczynałem gromadzić zaczątki własnych wspomnień w czasie, kiedy matka rozpoczynała związek z drugim mężem, i bez wyjaśnień wyczuwałem, dlaczego zdjęcia taty muszą być schowane. Od czasu do czasu siadałem jednak z matką na podłodze, ze zniszczonego albumu unosił się zapach kurzu i naftaliny, a ja patrzyłem na podobizny ojca - ciemnoskórą, roześmianą twarz, wypukłe czoło, postarzające go grube okulary - i słuchałem opowieści, w których rozmaite zdarzenia z jego życia łączyły się w jedną całość.
Tak dowiedziałem się, że ojciec był Afrykaninem - pochodził z kenijskiego plemienia Luo i urodził się nad Jeziorem Wiktorii, we wsi o nazwie Alego. Wieś była biedna, ale jego ojciec - a mój dziadek, Hussein Onyango Obama - był poważanym rolnikiem, członkiem plemiennej starszyzny i uzdrowicielem leczącym choroby. Ojciec pasał w dzieciństwie dziadkowe kozy i chodził do miejscowej szkoły (założonej przez brytyjską administrację kolonialną), gdzie wykazał się ponadprzeciętnymi zdolnościami. Wreszcie zdobył stypendium na wyjazd na studia do Nairobi, a w przededniu zdobycia przez Kenię niepodległości otrzymał od kenijskiej starszyzny i amerykańskich sponsorów możliwość wyjazdu na studia do Stanów Zjednoczonych. Przybył do USA z pierwszą wielką falą Afrykanów, którzy mieli opanować zachodnie technologie i wykorzystać je u siebie przy wykuwaniu odmienionej, nowoczesnej Afryki.
W 1959 roku dwudziestotrzyletni wtedy ojciec pojawił się na Uniwersytecie Hawajskim, gdzie został pierwszym czarnym studentem w historii uczelni. Studiował ekonometrię - pracował z niezrównanym skupieniem i ukończył studia w trzy lata jako najlepszy student na roku. Poznał niezliczonych przyjaciół, współorganizował na uczelni międzynarodowe zrzeszenie studenckie, którego został pierwszym prezesem. Na kursie rosyjskiego poznał nieśmiałą osiemnastoletnią Amerykankę i zakochali się w sobie. Rodziców dziewczyny, początkowo ostrożnych, szybko sobie zjednał osobistym urokiem i inteligencją; młodzi pobrali się i dziewczyna urodziła mu syna, któremu nadał własne imię, Barack. Zdobył kolejne stypendium - tym razem doktoranckie na Uniwersytecie Harvarda - które nie zapewniało jednak możliwości utrzymania rodziny na miejscu. Małżonkowie rozdzielili się, po czym mąż wrócił do Afryki, aby wypełnić obietnicę złożoną własnemu kontynentowi. Matka z dzieckiem zostali na Hawajach, ale więź ich miłości przetrwała rozłąkę...
Tu strony albumu się zamykały, a ja odchodziłem zadowolony, otulony opowieścią, która dawała mi miejsce w centrum ogromnego i uporządkowanego wszechświata. Nawet w tej skrótowej wersji przedstawianej przez matkę i dziadków nie rozumiałem wielu rzeczy. Rzadko jednak pytałem o szczegóły, które pomogłyby wyjaśnić, co to takiego "doktorat" czy "kolonializm" albo zlokalizować Alego na mapie. W moim myśleniu ścieżka życia ojca zajmowała to samo miejsce, co otrzymana kiedyś od matki książka zatytułowana Początki, zbiór opowieści o stworzeniu świata - Księga Rodzaju z historią o drzewie i stworzeniu człowieka, dzieje Prometeusza i daru ognia, hinduska legenda o żółwiu płynącym w przestworzach z brzemieniem świata spoczywającym na skorupie. Później, kiedy poznałem już węższą ścieżkę do szczęścia wiodącą poprzez film i telewizję, zaczęły mnie nękać pytania. Na czym opierał się żółw? Dlaczego wszechmocny Bóg pozwolił wężowi wywołać tyle cierpienia? Dlaczego ojciec nie wrócił? Jednak w wieku pięciu czy sześciu lat nie przeszkadzało mi, że tajemnice pozostają nieodkryte. Każda historia stanowiła całość sama w sobie, każda była równie prawdziwa jak pozostałe, każda znajdowała sobie miejsce w moich spokojnych snach.
Fakt, że ojciec całkowicie różnił się wyglądem od otaczających mnie osób - że był czarny jak sadza, a matka biała jak mleko - pozostawał w mojej świadomości niemal niezauważony.
Właściwie przypominam sobie z tamtych czasów tylko jedną opowieść, która otwarcie dotyczyła problemu rasy; w miarę dorastania opowiadano mi ją coraz częściej, jakby niosła w sobie kwintesencję tego moralitetu, którym stało się życie ojca. Otóż po wielu godzinach spędzonych na nauce ojciec poszedł raz z dziadkiem i paroma kolegami do miejscowego baru w Waikiki. Wszyscy byli w szampańskich nastrojach, jedli i pili przy wtórze hawajskiej gitary, gdy jakiś biały mężczyzna nagle oznajmił - ale tak, żeby słyszeli go wszyscy - że nie życzy sobie popijać dobrych trunków "obok jakiegoś czarnucha". W barze zapadła cisza i wszyscy popatrzyli na ojca, spodziewając się bójki. Tymczasem ojciec podniósł się, podszedł do mężczyzny, uśmiechnął się i rozpoczął wykład o głupocie bigoterii, obietnicy amerykańskiego snu i uniwersalnych prawach człowieka.
- Kiedy Barack skończył, chłopu było tak głupio - opowiadał dziadek - że sięgnął do kieszeni i dał Barackowi sto dolarów. Wystarczyło nam na drinki i przystawki do końca wieczoru, a ojcu zostało jeszcze na opłacenie czynszu za resztę miesiąca.
Jako nastolatek zacząłem powątpiewać w prawdziwość tej historii i odłożyłem ją na bok wraz z pozostałymi. Jednak wiele lat później zadzwonił do mnie pewien Amerykanin japońskiego pochodzenia, który przedstawił się jako kolega ojca ze studiów na Uniwersytecie Hawajskim, a obecnie wykładowca na którejś z uczelni ze środkowego zachodu Stanów. Był bardzo uprzejmy i nieco zakłopotany własną impulsywnością; wyjaśnił mi, że przeczytał wywiad ze mną w miejscowej gazecie i na widok nazwiska ojca nasunęły mu się wspomnienia. W rozmowie powtórzył mi tę samą historię, którą opowiadał dziadek - o białym mężczyźnie, który próbował kupić przebaczenie ojca.
- Nigdy tego nie zapomnę - powiedział mężczyzna przez telefon. W jego głosie usłyszałem tę samą nutę, co wiele lat wcześniej w głosie dziadka; nutę niedowierzania - i nadziei.
S k r z y ż o w a n i e r a s - w języku angielskim to niezgrabne, brzydkie sformułowanie prawne, miscegenation, wydaje się z góry zapowiadać jakieś spotworniałe skutki. W amerykańskiej świadomości wywołuje obrazy z innej epoki poprzedzającej wojnę secesyjną, odległego świata batogów i płomieni, uschłych magnolii i łuszczącej się farby na gankach rezydencji plantatorów. A jednak aż do 1967 roku - obchodziłem wtedy szóste urodziny, Jimi Hendrix grał słynny koncert na festiwalu w Monterey, a trzy lata później Martin Luther King miał otrzymać Nagrodę Nobla; Amerykę zaczynały już nużyć żądania równości dla czarnych, skoro w ogólnym odczuciu problem dyskryminacji został rozwiązany - aż do 1967 roku zatem zeszło Najwyższemu Sądowi Federalnemu, zanim przekazał stanowi Wirginia, że obowiązujący tam zakaz zawierania małżeństw mieszanych rasowo jest sprzeczny z amerykańską konstytucją. W 1960 roku, kiedy pobrali się moi rodzice, "krzyżowanie ras" pozostawało przestępstwem w ponad połowie stanów. W wielu miejscach na Południu wystarczyłoby, żeby ojciec spojrzał na moją matkę nie tak jak trzeba, a zadyndałby na suchej gałęzi; nawet w najbardziej postępowych z miast Północy wrogie spojrzenia i poszeptywania potrafiły popchnąć kobiety będące w sytuacji mojej matki do nielegalnej aborcji - albo co najmniej do jakiegoś odległego klasztoru, który zająłby się kwestią adopcji. Sam widok moich rodziców wydawał się wówczas szokujący i perwersyjny; istnienie tego rodzaju par ochoczo wykorzystywano jako argument przeciw garstce niedowarzonych liberałów opowiadających się za powszechnym dostępem do praw obywatelskich. "Wszystko dobrze, ale czy pozwoliłbyś własnej córce wyjść za czarnego?".
Fakt, że moi dziadkowie odpowiedzieli sobie na to pytanie twierdząco - choćby nawet bez entuzjazmu - do dzisiaj pozostaje dla mnie zagadką. Nic w ich środowisku czy wychowaniu nie zapowiadało takiego obrotu sprawy; w rodzinie nie było żadnych utopijnych transcendentalistów z Nowej Anglii ani nawiedzonych socjalistów. Owszem, w wojnie secesyjnej Kansas stanęło po stronie wojsk Północy i dziadek z upodobaniem przypominał mi, że wśród różnych odnóg rodzinnego drzewa genealogicznego byli gorliwi abolicjoniści.
Gdyby zapytać o poglądy babcię, odwróciłaby tylko twarz, aby z profilu pokazać swój orli nos, który w połączeniu ze smolistymi oczami miał świadczyć o indiańskiej domieszce w jej krwi.
Jednak ich korzenie najwymowniej ukazywała stara fotografia w kolorze sepii ustawiona na półce z książkami. Na zdjęciu byli wywodzący się z Anglii i Szkocji dziadkowie babci w szorstkich, wełnianych ubraniach. Stali przed zaniedbanym gospodarstwem i przez zmrużone powieki bez uśmiechu patrzyli na swoją spieczoną słońcem, usianą kamieniami dolę. Surowe oblicza tych ubogich krewnych wpływowej warstwy białych protestantów pasowałyby do obrazu w stylu amerykańskiego gotyku, a z ich spojrzenia dałoby się wyczytać fakty, które dane mi było poznać dopiero później: że do wolnych stanów Północy Kansas przyłączyło się dopiero w następstwie brutalnego preludium wojny secesyjnej - po bitwie, w której szabla słynnego abolicjonisty Johna Browna po raz pierwszy zakosztowała krwi; że choć jeden z moich prapradziadów, Christopher Columbus Clark, został odznaczony jako żołnierz wojsk Północy, to przecież szeptano, że jego teściowa była daleką krewną Jeffersona Davisa, prezydenta Konfederacji stanów Południa; że choć inny odległy przodek rzeczywiście był rdzennym Czirokezem, to jednak takie pochodzenie stanowiło źródło poważnego wstydu dla matki mojej babci, która zawsze bladła jak chusta na wspomnienie o indiańskim przodku i liczyła na to, że zabierze ten sekret do grobu.
W takim świecie wychowali się dziadkowie - w samym głuchym środku kraju, gdzie takie cechy jak przyzwoitość, wytrwałość czy pionierski duch łączyły się nierozerwalnie z konformizmem, podejrzliwością, a potencjalnie również beznamiętnym okrucieństwem. Dziadkowie wychowali się niecałe dwadzieścia mil od siebie - babcia w Auguście, ojciec w El Dorado, miasteczkach zbyt małych, żeby zasłużyć na tłustą czcionkę na mapie - i ich dzieciństwo, które lubili przy mnie wspominać, ukazywało małomiasteczkową Amerykę ery Wielkiego Kryzysu w pełnym blasku jej niewinności: parady podczas Święta Niepodległości i objazdowe ruchome obrazki wyświetlane na ścianie stodoły; robaczki świętojańskie w słoikach i smak dojrzałych na słońcu pomidorów słodkich jak jabłka; burze piaskowe i gradobicia, klasy pełne chłopaków z rolniczych rodzin, zaszywanych w wełnianą bieliznę na początku zimy i śmierdzących jak kozły przez kolejne miesiące.
Historie tkane krosnem ich pamięci nabierały romantycznego zabarwienia, nawet gdy opowiadały o szoku wywołanym bankructwami banków i licytacją zadłużonych gospodarstw - stawały się kroniką czasu, w którym wszystkich zbliżył niedostatek, wielki niwelator międzyludzkich różnic. Trzeba się było uważnie wsłuchać w ich opowieści, by wychwycić subtelne hierarchie i niewypowiedziane kodeksy rządzące młodością dziadków, rozróżnienia dokonywane przez niezamożnych ludzi z prowincji. Wiązały się one z tym, co nazywano "porządnością" - ludzie dzielili się na porządnych i niezbyt porządnych - i choć nie trzeba było być bogaczem, żeby zostać uznanym za porządnego człowieka, to z pewnością biednemu o wiele trudniej było zdobyć taką opinię.
Rodzina babci była porządna. Ojciec utrzymał stałą pracę przez cały okres Wielkiego Kryzysu, zarządzając umowami dzierżawy pól naftowych w firmie Standard Oil. Zanim pojawiły się dzieci, matka babci uczyła w studium nauczycielskim. Rodzina utrzymywała dom w nieskazitelnym porządku i abonowała w sprzedaży wysyłkowej książki z serii klasyków cywilizacji. Czytali Biblię, ale zwykle trzymali się z daleka od objazdowych kaznodziejów, skłaniając się raczej ku sztywniejszej odmianie metodyzmu, stawiającej rozum ponad emocjami, a wstrzemięźliwość ponad rozumem.
Pozycja społeczna dziadka była bardziej kłopotliwa. Powody tego stanu rzeczy nie były dla wszystkich jasne. Jego dziadkowie, którzy wychowywali dziadka i jego brata, byli wprawdzie niezamożnymi, ale za to przyzwoitymi i bogobojnymi baptystami utrzymującymi się z prac przy szybach naftowych w okolicach Wichita. Mimo to dziadek miał dość nieokiełznaną naturę. Część sąsiadów wskazywała na samobójstwo jego matki: wszak to on, wówczas ośmioletni, odnalazł jej zwłoki. Inni, mniej tolerancyjni dla cudzych wad, kręcili tylko głowami. Chłopak wrodził się w swojego ojca, orzekali, kobieciarza, który niewątpliwie popchnął nieszczęsną żonę do samobójstwa.
Wydaje się jednak, że niezależnie od przyczyn dziadek solidnie zasłużył na swoją marną reputację. Jako piętnastolatek wyleciał z liceum za zdzielenie dyrektora pięścią w nos. Przez kolejne trzy lata utrzymywał się z przypadkowych zajęć, podróżując na gapę towarowymi wagonami najpierw do Chicago, potem do Kalifornii, wreszcie z powrotem; parając się bimbrownictwem i szulerką oraz uwodzeniem kobiet. Jak lubił mawiać, już on znał okolice Wichita (gdzie w tym czasie sprowadziły się rodziny jego i mojej babci), a babcia nie zaprzeczała. W każdym razie jej rodzice z pewnością dawali wiarę zasłyszanym opowieściom na temat dziadka i wyrazili wobec rodzącego się uczucia zdecydowany sprzeciw. Kiedy babcia przedstawiała go rodzicom, jej ojciec rzucił tylko wzrokiem na czarne, gładko zaczesane do tyłu włosy dziadka oraz jego nieodłączny uśmieszek mądrali i bez ogródek podzielił się swoją opinią:
- On wygląda jak makaroniarz.
Babci to nie przeszkadzało. Była świeżo upieczoną maturzystką z dyplomem zarządzania gospodarstwem domowym, doskwierała jej rodzinna zacność i dziadek musiał jej się wydawać prawdziwym galantem. Czasami wyobrażam ich sobie w typowym amerykańskim miasteczku przed wojną - on, chłopak w luźnych spodniach, krochmalonym podkoszulku i kapeluszu zsuniętym na tył głowy, podaje papierosa jej, wygadanej, przesadnie umalowanej czerwoną szminką dziewczynie z tlenionymi włosami i nogami, z którymi mogłaby reklamować pończochy dla miejscowego domu towarowego. On jej opowiada o wielkich miastach i autostradach bez końca, o tym, że już wkrótce ucieknie z tych pustych, zasypanych piachem równin, gdzie wielkie plany życiowe oznaczają stanowisko kierownika oddziału banku, a rozrywką są lody z gazowaną lemoniadą i wyprawa do teatru w niedzielne popołudnie, gdzie brak wyobraźni i strach dławią marzenia, gdzie od chwili narodzin wiadomo dokładnie, w jakim miejscu przyjdzie ci umrzeć i kto cię pochowa. On tak nie skończy, zaznacza dziadek; on ma marzenia, plany. Dziadek zaszczepi babci bakcyla tułaczki, który przed laty niósł ich przodków przez Atlantyk i połowę kontynentu.
Dziadek i babcia uciekli z domu i pobrali się tuż przed japońskim nalotem na Pearl Harbor, więc wkrótce potem dziadek zaciągnął się do wojska. Tu ich historia przyspiesza mi w umyśle niczym scena w starym filmie, gdzie niewidzialna ręka coraz szybciej zrywa kartki ze ściennego kalendarza - pojawiają się wirujące gazetowe nagłówki o Hitlerze, Churchillu, Roosevelcie i inwazji w Normandii, a w tle słychać buczenie silników bombowców, głos legendarnego dziennikarza Edwarda R. Murrowa i audycje BBC. Widzę narodziny mojej matki w bazie wojskowej, gdzie stacjonuje jednostka dziadka; widzę babcię przy linii produkcyjnej w fabryce samolotów, dziadka brnącego przez błoto Francji z armią generała Pattona.
Dziadek powrócił z wojny, ani razu nie wziąwszy udziału w poważnej walce, i wyruszył z żoną do Kalifornii, gdzie zapisał się na Uniwersytet Berkeley dzięki specjalnej ustawie o darmowym kształceniu wyższym dla demobilizowanych żołnierzy. Jednak uniwersyteckie sale okazały się za ciasne dla jego ambitnego i niespokojnego ducha i rodzina przeprowadziła się znowu - najpierw z powrotem do Kansas, potem do różnych teksańskich miasteczek, w końcu do Seattle, gdzie pozostali na dłużej, aż moja matka ukończyła szkołę średnią. Dziadek pracował jako handlowiec w branży meblowej; kupili z babcią dom i znaleźli sobie partnerów do brydża. Cieszyli się ze szkolnych sukcesów mojej matki, kiedy jednak dostała się w przyspieszonym trybie na Uniwersytet Chicago, dziadek zabronił jej wyjeżdżać - stwierdził, że jest za młoda, żeby mieszkała sama.
W tym miejscu historia ta mogłaby dobiec końca: dom, rodzina, zacne życie. Mimo to wciąż jeszcze coś musiało nie dawać dziadkowi spokoju. Wyobrażam go sobie, jak stoi na brzegu Pacyfiku: przedwcześnie posiwiały, wysoki, choć już nie tak szczupły jak kiedyś. Wpatruje się w horyzont, szuka jego krzywizny, a w głębi nozdrzy wciąż jeszcze czuje zapach naftowych szybów, kukurydzianych liści i twardego życia, które pozostawił za sobą. Kiedy więc szef napomknął, że firma otwiera nowy sklep meblowy w Honolulu, i dodał, że nowe miejsce zapewnia praktycznie nieograniczone perspektywy dla biznesu, bo Hawaje z pewnością staną się pełnoprawnym amerykańskim stanem, dziadek tego samego dnia popędził do domu i namówił babcię na sprzedaż domu i jeszcze jedną przeprowadzkę, po czym wyruszyli w ostatni etap swojej podróży na zachód, ku zachodzącemu słońcu...
Dziadek taki już był: zawsze próbował zaczynać od nowa, ciągle uciekał przed tym, co znajome. Przypuszczam, że w chwili przeprowadzki na Hawaje jego charakter był już w pełni uformowany: już wtedy cechowały go hojność i potrzeba bycia lubianym, niezręczne połączenie wyrafinowania i prowincjonalności oraz nieskrywana emocjonalność, która sprawiała, że potrafił być zarazem nietaktowny i wrażliwy na urazy. Dziadek miał amerykański charakter, typowy dla mężczyzn z jego pokolenia, którzy wierzyli w wolność, indywidualizm i otwartą drogę, ale czasem nie znali ich ceny; mężczyzn, których entuzjazm mógł równie łatwo prowadzić do tchórzostwa epoki makkartyzmu, jak do bohaterstwa podczas drugiej wojny światowej. Byli to mężczyźni niebezpieczni, a zarazem obiecujący właśnie ze względu na swoją fundamentalną niewinność - mężczyźni, którzy często doznawali w życiu rozczarowania.
Jednak w 1960 roku życiową próbę dziadek miał jeszcze przed sobą. Rozczarowania przyszły dopiero później, i to powoli, bez gwałtowności, która mogłaby go przemienić - czy to na lepsze, czy na gorsze. W głębi duszy uznawał się za wolnomyśliciela, wręcz członka bohemy. Pisywał wiersze, słuchał jazzu, wielu z jego najbliższych znajomych z pracy było Żydami. Jedynym zetknięciem dziadka ze zorganizowaną religią okazało się zapisanie rodziny do lokalnego zboru unitarian uniwersalistów. Podobało mu się to, że uniwersaliści czerpią z pism wszystkich wielkich religii równocześnie ("To tak, jakby mieć pięć religii w jednej" - mawiał). Babcia w końcu zdołała mu wyperswadować podobne poglądy ("Na miłość boską, Stanley, przecież religia to nie płatki śniadaniowe!"), ale choć była z natury bardziej sceptyczna niż dziadek i spierała się z nim na temat co dziwaczniejszych zasad uniwersalistycznej doktryny, to jednak za sprawą jej konsekwentnej niezależności umysłowej, która w wielu sprawach kazała jej zajmować odrębne zdanie, ich poglądy z grubsza się pokrywały.
Wszystko to w zasadzie czyniło z nich liberałów, choć z ich poglądów nigdy nie wykrystalizowała się jakaś określona ideologia - również pod tym względem byli typowymi Amerykanami. Kiedy więc matka przyszła pewnego dnia do domu i wspomniała, że poznała na uczelni kolegę z Afryki imieniem Barack, w pierwszym odruchu zaprosili go na kolację. Biedak pewnie się czuje samotny - pomyślał sobie dziadek - taki szmat drogi do domu. Trzeba mu się przyjrzeć - powiedziała sobie pewnie babcia. Kiedy mój przyszły ojciec stanął w drzwiach, dziadka mogło uderzyć jego podobieństwo do Nata Kinga Cole'a, jednego z jego ulubionych piosenkarzy; wyobrażam sobie, jak dziadek pyta ojca, czy umie śpiewać, nie rozumiejąc wyrazu skrępowania na twarzy córki. Pewnie jest zbyt pochłonięty opowiadaniem jednego ze swoich dowcipów albo sprzeczką z babcią na temat tego, jak najlepiej smażyć steki, żeby zauważyć, jak moja matka wyciąga rękę i ściska spoczywającą obok gładką, żylastą dłoń. Babcia zauważa, ale ma tyle uprzejmości, żeby zagryźć wargę i poczęstować wszystkich deserem - instynkt ostrzega ją, że lepiej nie robić scen. Kiedy wizyta dobiega końca, dziadkowie są zgodni co do tego, że młodzieniec robi wrażenie bardzo inteligentnego i pełnego godności; jest układny, z wdziękiem zakłada nogę na nogę - no i ten brytyjski akcent!
Wszystko dobrze - ale czy mają pozwolić własnej córce w y j ś ć z a c z a r n e g o?
Tego na razie nie wiemy; jednak nasza opowieść nie odkryła jeszcze wszystkiego. Rzecz w tym, że jak większość ówczesnych białych Amerykanów dziadkowie tak naprawdę nigdy wcześniej nie poświęcali większej uwagi czarnym. Segregacja rasowa dotarła do Kansas na długo przed ich urodzeniem, jednak przynajmniej w okolicach Wichita praktykowano ją w bardziej nieformalny i wytworny sposób, więc była niemal pozbawiona przemocy, która przenikała tradycyjne stany południowe. Te same niewypowiedziane zasady, które regulowały życie białych, ograniczały zarazem do minimum kontakty międzyrasowe. Jeżeli we wspomnieniach dziadków w ogóle pojawiają się czarni, to tylko przelotnie - jako pracownicy od czasu do czasu szukający dorywczego zajęcia na polach naftowych, praczki zbierające u białych bieliznę czy sprzątaczki w ich domach. Czarni byli marginalni, obecni i nieobecni zarazem, tak jak pianista Sam z Casablanki, gosposia Beulah w telewizyjnym serialu albo Amos i Andy z radiowych audycji: cienie, milczące postaci niebudzące ani namiętności, ani lęków.
Kwestia rasy zaczęła się odciskać na życiu rodziny dopiero, gdy dziadkowie przeprowadzili się po wojnie do Teksasu. W pierwszym tygodniu kolega w nowej pracy udzielił dziadkowi przyjaznej rady na temat obsługiwania czarnych i meksykańskich klientów: "Jak kolorowi chcą oglądać towar, muszą przyjść po godzinach i załatwić sobie własny transport". W późniejszym czasie babcia zatrudniła się w banku i poznała tam woźnego, wysokiego i pełnego godności weterana drugiej wojny światowej. Zapamiętała tylko jego nazwisko, bo zawsze zwracała się do niego "panie Reed". Kiedy pewnego razu rozmawiali na korytarzu, jedna z sekretarek dopadła do nich i syknęła, żeby babcia nigdy, przenigdy "nie nazywała żadnego czarnucha panem". Wkrótce potem babcia natknęła się na pana Reeda w jakimś zakamarku budynku, gdzie płakał w milczeniu. Kiedy zapytała, co się stało, wyprostował plecy, przetarł oczy i odpowiedział pytaniem:
- Co my takiego zrobiliśmy, żeby nas tak podle traktować?
Babcia nie miała wtedy gotowej odpowiedzi, ale pytanie zapadło jej w pamięć i czasami rozmawiali o tym z dziadkiem przed zaśnięciem. Doszli do wniosku, że powinna nadal zwracać się do woźnego per pan, choć babcia z mieszaniną ulgi i smutku zauważyła, jak konsekwentnie woźny trzymał się odtąd z dala, kiedy mijali się w pracy. Dziadek zaczął odrzucać zaproszenia na piwo z kolegami, twierdząc, że musi wracać do domu, do żony. Stali się zamknięci w sobie, nerwowi, pełni niejasnych obaw, jakby na zawsze mieli pozostać tam obcy.
Zła atmosfera najsilniej odbiła się na mojej matce. Miała wtedy jedenaście czy dwanaście lat, była jedynaczką i wychodziła z ciężkiej astmy. Choroba i liczne przeprowadzki zrobiły z niej samotniczkę: była pogodna i spokojna, ale często chowała się z książką albo wychodziła na samotne spacery i babcia zaczęła się martwić, czy ta kolejna przeprowadzka do Teksasu nie wzmogła przypadkiem jej ekscentryczności. Matka miała w nowej szkole niewielu znajomych. Była bezlitośnie wykpiwana za swoje imię, Stanley Ann (był to jeden z mniej rozważnych pomysłów dziadka, który bardzo pragnął syna). Stanley to imię męskie ("Patrzcie, idzie nasz stary dobry Stanley!"), a na domiar złego słynna marka zabytkowych automobilów napędzanych parą ("Patrzcie, jedzie parowiec Stanley!"). Wracając z pracy, babcia zastawała zwykle córkę samą przed domem, jak siedziała z nogami przewieszonymi przez balustradę ganku albo leżała na trawniku pogrążona we własnym, samotniczym świecie.
Z jednym wyjątkiem. Raz zdarzył się upalny, duszny dzień, kiedy babcia po powrocie do domu zastała przy parkanie gromadę obcych dzieci. Kiedy podeszła, zauważyła ich złośliwe śmieszki i twarze wykrzywione wściekłością i obrzydzeniem. Dzieciaki skandowały na zmianę cienkimi głosami:
- Lata z czarnymi!
- Biała szmata!
- Lata z czarnymi!
- Biała szmata!
Na widok babci dzieci rozbiegły się, ale jeden z chłopaków zdążył jeszcze cisnąć przez parkan kamieniem. Babcia odprowadziła wzrokiem kamień - ten spadł pod drzewem, gdzie zobaczyła przyczynę poruszenia: moją matkę i jej czarnoskórą rówieśniczkę, które leżały obok siebie na brzuchach z czubkami butów zanurzonymi w trawie i głowami podpartymi na rękach, czytając jakąś książkę. Z daleka dziewczyny leżące w cieniu drzewa robiły wrażenie całkowicie niewzruszonych i dopiero kiedy babcia otworzyła bramę, zauważyła, że czarna dziewczyna cała się trzęsie, a oczy córki błyszczą od łez. Sparaliżowane strachem dziewczyny tkwiły bez ruchu, aż babcia pochyliła się i położyła im dłonie na głowach.
- Jak się chcecie bawić - stwierdziła - to na miłość boską wejdźcie do domu. No już, chodźcie. - Podniosła córkę i wyciągnęła dłoń do drugiej dziewczyny, ale zanim zdołała cokolwiek dodać, ta puściła się pędem i niczym chart zniknęła w głębi ulicy.
Kiedy dziadek usłyszał, co się stało, prawie wyszedł z siebie. Zrobił córce przesłuchanie, spisał nazwiska. Następnego dnia rano wziął wolne w pracy i poszedł do dyrektora szkoły. Osobiście obdzwonił rodziców niektórych dzieci, żeby im powiedzieć, co o tym wszystkim myśli. Każdy dorosły, z którym rozmawiał, udzielił mu takiej samej odpowiedzi:
- Niech pan lepiej porozmawia z córką, panie Dunham. W naszym mieście białe dziewczynki nie bawią się z kolorowymi.
Trudno ocenić, czy takie epizody mają znaczenie - czy już wtedy zostały zawarte bądź złamane jakieś trwałe sojusze, czy też zdarzenia te nabierają wagi tylko ze względu na późniejsze wypadki. Opowiadając mi o tych zdarzeniach, dziadek zawsze podkreślał, że dyskomfort wywołany rasizmem był jedną z przyczyn ich przeprowadzki z Teksasu. Babcia była bardziej powściągliwa; raz powiedziała mi na osobności, że jedynym powodem ich przeprowadzki były problemy dziadka w pracy, które zbiegły się z propozycją lepszej pracy od znajomego z Seattle. Jej zdaniem w tamtym czasie słowo "rasizm" nie istniało w ich słownictwie. - Barack, myśmy z dziadkiem po prostu uważali, że ludzi trzeba traktować przyzwoicie. I tyle.
Babcia jest pod tym względem mądrą osobą; podejrzliwie odnosi się do wyszukanych emocji i wzniosłych stwierdzeń, zadowala się zdrowym rozsądkiem. Dlatego bardziej ufam jej wersji wydarzeń - jest ona zgodna z tym, co wiem na temat dziadka, jego skłonności do wymyślania własnej historii na nowo tak, aby ją dopasować do wyobrażeń o samym sobie.
Mimo to nie odrzucam w pełni wspomnień dziadka jako poręcznych przechwałek czy formy białego rewizjonizmu. Nie mogę się na to zdobyć właśnie dlatego, że wiem, jak mocno dziadek wierzył we własne złudzenia, jak bardzo chciał, żeby były prawdą, nawet jeśli nie zawsze wiedział, jak je urzeczywistnić. Sądzę, że po doświadczeniach dziadka w Teksasie czarni stali się częścią składową tych złudzeń, opowieścią nierozerwalnie zrośniętą z jego marzeniami. Sytuacja czarnej rasy z jej bólem i ranami w umyśle dziadka stopiła się z jego własnym położeniem: brakiem ojca, zszarganą reputacją, matką-samobójczynią, okrucieństwem innych dzieci, świadomością, że sam nie jest pięknym blondynem - że "wygląda jak makaroniarz". Instynkt podpowiadał mu, że rasizm jest składnikiem jego własnej przeszłości, składnikiem obyczajów i uprzywilejowania, za którym szedł status, a także docinków i plotek wykluczających go ze wspólnoty.
Sądzę, że ten instynkt również ma swoją wartość. Wielu białym z pokolenia dziadków instynkt podpowiadał coś przeciwnego, każąc im iść za oszalałym, zgiełkliwym tłumem. Chociaż w małżeństwie dziadka jeszcze przed przyjazdem na Hawaje istniały napięcia - babcia nigdy nie wybaczyła mu do końca emocjonalnego rozchwiania przechodzącego niekiedy w agresję i z czasem zaczęła się wstydzić jego prostactwa i towarzyskich lapsusów - to jednak właśnie to jego pragnienie wymazania przeszłości, jego pewność, że świat da się przerobić na nowo, okazały się jego najtrwalszym dziedzictwem. Być może dziadek sam nie zdawał sobie z tego sprawy, ale w pewnym głębszym, nieuświadomionym sensie związek jego córki z czarnym mężczyzną stanowił wgląd w jego własne serce.
Nie oznacza to bynajmniej, że tego rodzaju samoświadomość - nawet gdyby mu była dostępna - w najmniejszym stopniu pomogłaby dziadkowi przełknąć zaręczyny córki z czarnym mężczyzną.
Okoliczności i termin ślubu pozostają dosyć niejasne - nigdy nie miałem odwagi dociekać szczegółów. Nie zachowały się żadne ślady prawdziwego wesela z tortem, obrączkami i odprowadzaniem panny młodej do ołtarza. Rodziny nie przyjechały na ślub, nie wiadomo nawet, czy krewni z Kansas zostali o wszystkim poinformowani - odbyła się tylko cicha ceremonia cywilna. Z perspektywy czasu całe przedsięwzięcie wydaje się kruche i chwiejne i być może tego właśnie chcieli dziadkowie - próby, która z czasem się skończy.
To tylko kwestia czasu, trzeba się przemęczyć i nie robić nic pochopnie.
Jeśli tak było, ich kalkulacje zawiodły - nie tylko z uwagi na milczącą determinację mojej matki, ale również ze względu na odmianę ich własnych uczuć. Najpierw pojawiło się dziecko: trzy kilogramy sześćset pięćdziesiąt gramów, dziesięć paluszków u rąk i tyle samo u nóg, głodne - co tu, u diabła, można było poradzić?
Potem sam czas i miejsce sprzysięgły się, żeby zmienić potencjalny dopust w coś znośnego, a wręcz w źródło dumy. Być może dziadek, sącząc z zięciem piwo i słuchając jego tyrad o polityce i ekonomii albo odległych miejscach, takich jak Kreml czy londyński Whitehall, zaczynał wierzyć, że patrzy w nową przyszłość? Może zaczął się wczytywać w gazety, odnajdywać wzmianki o polityce integracji rasowej kiełkującej wówczas w Ameryce i doszedł do wniosku, że oto kurczy się świat i zmieniają się sympatie, że jego zwyczajna rodzina z Wichita staje się w istocie pionierem społecznych przemian, o których porywająco mówił prezydent Kennedy; że stanowią część wspaniałego snu Martina Luthera Kinga. W końcu jak to możliwe, żeby Ameryka wysyłała ludzi w kosmos, a zarazem utrzymywała czarnych obywateli w niewoli? Jedno z moich najwcześniejszych wspomnień pochodzi z bazy lotniczej w Hickam: siedzę dziadkowi na barana, gdy astronauci wracają z udanego lądowania na oceanie po jednej z misji Apollo. Samych astronautów w lotniczych okularach zapamiętałem tylko jako odległe, ledwie widoczne sylwetki, jednak dziadek za każdym razem przysięgał, że jeden z nich pomachał do mnie, a ja mu odmachałem. W jakimś sensie dziadek opowiadał tę historię samemu sobie - była to opowieść o tym, jak ze swoim czarnym zięciem i brązowym wnukiem wkroczył w erę lotów kosmicznych.
A czy dla rozpoczęcia nowej przygody mógł istnieć dogodniejszy port niż Hawaje, najmłodszy z członków unii? Jeszcze dziś, choć ludność stanu powiększyła się czterokrotnie, Waikiki pęka w szwach od barów fast foodowych i sklepów z filmami pornograficznymi, a nowe osiedla mieszkaniowe nieubłaganie wkraczają w każdy zakątek zielonych wzgórz, potrafię odtworzyć w myślach pierwsze kroki, które stawiałem tu w dzieciństwie, oraz mój ówczesny zachwyt nad pięknem tych wysp. Wciąż widzę drżącą, błękitną płaszczyznę Pacyfiku, omszałe urwiska i chłodny pęd wodospadów Manoa z kwiatami imbiru i śpiewem ptaków ukrytych wysoko w koronach drzew, grzmiące fale na północnym wybrzeżu wyspy O'ahu, łamiące się niczym film puszczany w zwolnionym tempie, i cienie rzucane przez wierzchołki urwiska Pali; wciąż czuję wonne i parne powietrze wysp.
Hawaje... W oczach mojej rodziny, która przybyła tu w 1959 roku, te wyspy musiały robić wrażenie, jakby sama ziemia, znużona tratującymi ją armiami i goryczą cywilizacji, postanowiła wydźwignąć łańcuch szmaragdowych skał, które pionierzy z całego świata zaludnią dziećmi brązowymi od słońca. Niegodziwy podbój tubylczych mieszkańców wysp, który odbył się za sprawą zrywanych układów i niszczących chorób przywleczonych przez misjonarzy; chciwość amerykańskich firm, które rozdrapały między siebie żyzną wulkaniczną glebę na plantacje trzciny cukrowej i ananasów; system pracy przymusowej, w którym imigranci z Chin, Japonii i Filipin musieli od wschodu do zachodu słońca zginać karki na tychże plantacjach; internowanie Amerykanów japońskiego pochodzenia w czasie drugiej wojny światowej - wszystkie te rzeczy były wówczas świeżą historią, a mimo to przed przybyciem mojej rodziny w jakiś sposób zdołały wyparować ze zbiorowej pamięci niczym poranna mgła na słońcu. Wyspy zamieszkiwało wiele różnych ras, a siły każdej były zbyt rozproszone, żeby narzucić ścisły system kastowy w kontynentalnym wydaniu; a przy tym było tu tak niewielu czarnych, że nawet najzagorzalsi zwolennicy segregacji rasowej mogli się rozkoszować urlopem w błogim poczuciu, że nawet jeśli na Hawajach rasy się mieszają, pozostaje to praktycznie bez związku z porządkami, które znali na co dzień z rodzinnych stron.
[...]