Odysejki - Dorota Combrzyńska-Nogala

Kup ebooka

29.90 zł
23.92 zł (23,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Ryfka nie miała jeszcze sześciu lat, kiedy nauczyła się czytać z kalendarza1 kucharki swoich rodziców, Petroneli Wapno, nazywanej zdrobniale Petrą. To właśnie ta prosta kobieta, a nie wiecznie zajęci rodzice, nauczyła ją liter polskiego alfabetu, choć sama ledwie dukała.

- Co to za znak? - pytała, stojąc na krześle, Ryfka.

Kobieta odkładała nóż i podchodziła do dziewczynki. Marszczyła czoło i po namyśle odpowiadała z nabożnym szacunkiem do słowa pisanego:

- To A.

- Jak arbuz?

- Jak arbuz, auszpik2, Ala...

- Akademia, As, Adam, Archangielsk - dopowiadała Ryfka.

- Co to jest Archangielsk? - pytała z kolei kucharka, bo czuła, że musi być jakaś równowaga między nią a dzieckiem, w dodatku naprawdę nie miała pojęcia, co to jest Archangielsk.

Pytaniom nie było końca.

- Prawdziwy z ciebie młotek, Ryfka. Łup, łup w moją obolałą głowę - wzdychała często zmęczona pracą i koniecznością nieustannego skupienia uwagi na dziecku pracodawców.

- Prawdziwy ze mnie młotek! - zaśmiewała się dziewczynka. - Jestem Ryfka Młotek i prawdziwy ze mnie młotek. Ha, ha, ha!

- Ha, ha, ha! - śmiała się Petronela Wapno.

I tak Ryfka Młotek wiedziała coraz więcej i więcej i nie wiadomo właściwie skąd, bo na pewno nie z tego kalendarza, z którego wiedzę wchłonęła już w kwietniu. Ale i tak oprócz Petry nikt na to nie zwracał uwagi, bo matka Ryfki, pobożna Ruchla Młotek, z domu Szampan, dawno, dawno temu urodziła pięć swoich córek, z których każda również miała po pięć córek. I nagle po latach, będąc wielokrotną babcią, zaczęła gwałtownie tyć, a potem okazało się, że przytrafiła jej się Ryfka Młotek.

- Coś ty narobiła? - zafrasował się stary mąż Ruchli, Mosze, pochylając się nad świeżo urodzoną córką.

- Ja?! - wrzasnęła wymęczona porodem żona.

- No dobrze, już dobrze... - powiedział pojednawczo. - I cośmy najlepszego zrobili?

- Bóg nam pobłogosławił! - napomniała go Ruchla.

- Dlaczego On nie może mi błogosławić w interesach? - Mosze Młotek wzniósł oczy do sufitu.

- Co prawda, to prawda - wymknęło się kobiecie. - Boże, wybacz!

- Może zbyt gorliwie chwalimy Go w sypialni po sobotnich nabożeństwach? - zastanowił się mąż.

- Jak można zbyt gorliwie chwalić Jego imię? - zdumiała się Ruchla, ale musiała mu przyznać rację. - No może i prawda, ale przykazane jest, żeby mąż z żoną obcowali... Już zapomniałam, jak być matką - chlipnęła. - Nie mam siły na kolejną córkę.

- Nie możemy jej reklamować! - zachichotał Mosze. - Panie Boże, jak już musiałeś nam błogosławić dzieckiem pod koniec życia, to czy to przynajmniej nie mógłby być chłopiec?

- Może to coś znaczy? - zastanowiła się Ruchla. - Może jest w tym jakiś Boży zamysł?

- Jak w Biblii! Cóż, pożyjemy, zobaczymy! - westchnął filozoficznie.

Mimo niezbyt gorącego przyjęcia Ryfka Młotek rozwijała się nadzwyczaj zdrowo, domagając się uwagi głośnym krzykiem lub osobistym urokiem, a dosyć szybko odkryła, że ten drugi działa dużo lepiej. Najpewniej czuła się w kuchni pod troskliwym okiem Petry, która - od kiedy coraz częściej pozostawiano dziecko pod jej opieką - zażyczyła sobie, żeby powyginane nogi wielkiego stołu pomalowano na czerwono.

- Dlaczego akurat na czerwono? - spytała mama Ryfki, ale kucharka tylko wzruszyła ramionami, bo przecież każdy wiedział, że czerwony chroni przed nieszczęściem.

Zawiesiła kosz na linkach zamocowanych pod blatem. Kiedy mała zakwiliła, szturchała kolanem kołyskę i mogła dalej zajmować się siekaniem, tarciem, krojeniem i zagniataniem, jak to w kuchni.

Gdy dziecko podrosło, postawiono większy kosz pod stołem. To było ulubione miejsce Ryfki. Starzy rodzice trochę się wstydzili swojego najmłodszego dziecka, trochę nie mieli dla niego czasu, a trochę już im się po prostu nie chciało, bo odwykli od niańczenia pociech, dlatego najmłodszą Młotkównę wychowywała kucharka.

Petronela niczego jej nie zabraniała, a w kuchni działo się o wiele więcej niż w pozostałych częściach dużego mieszkania w kamienicy. Razem z Młotkami mieszkali tu różni ludzie, mówiący w wielu językach.

Gdyby Ryfka była chłopcem, z pewnością w stosownym czasie zaczęłaby uczęszczać do jesziwy3, żeby nauczyć się czytać i studiować święte księgi. Ale nie była i sama musiała zadbać o swoją edukację. Ojciec całymi dniami ukrywał się w swoim gabinecie, a potem wyjeżdżał w interesach. Matka bardzo mu pomagała, prowadząc księgi rachunkowe i sprzedając jedwabne krawaty, kolorowe chusty i szale z kaszmiru w sklepiku dwie ulice dalej. Wtedy w domu królowała Petronela Wapno.

- Szkoda, że nie mamy innego kalendarza - żałowała znudzona Ryfka, która przeczytała już cały kalendarz i nauczyła się wszystkich polskich liter.

- Pożycz sobie książkę od taty - poradziła jej kucharka.

- Nie rozumiem ich, są inne, nie mają liter, tylko jakieś znaczki.

- Są w jidysz - wytłumaczyła kucharka.

- Wiem przecież! - obruszyła się Ryfka. - Nie jestem głupia, tylko mi się nudzi.

Nie mogąc znieść jej marudzenia, Petronela Wapno pewnego wyjątkowo deszczowego dnia pożyczyła kalendarz w jidysz od służącej z parteru.

- Tylko niech nie zniszczy! - ostrzegła ją koleżanka.

- Nie, ona jest uważna. A czy Ryfka może tu do ciebie czasem przylecieć z pytaniem?

- Może, ale po południu, tylko wtedy mam wolną chwilę.

I tak Ryfka Młotek czytała w jidysz i mogła korzystać z książek papy, chociaż większość i tak była po hebrajsku, dlatego czytała głównie codzienne gazety, ale niespecjalnie ją interesowały, więc znowu zaczęła się nudzić, bo lubiła się uczyć.

- Nie ma jakichś innych kalendarzy w naszym domu? - spytała pewnego dnia Petrę, kiedy wracały z zakupów przez długie podwórko, żeby dotrzeć do klatki schodowej dla służby.

Kucharka zadarła głowę. Patrzyła na błękitny prostokąt nieba nad nimi, wyznaczony przez cztery wysokie oficyny, i w skupieniu lustrowała wszystkie okna.

- Na drugim w oficynie mieszka drukarz z żoną Matyldą. Są Niemcami. Na pewno mają kalendarz. Pójdzie ci łatwo, bo niemiecki jest podobny do waszego. Na ucho jest podobny, ale w pisaniu to całkiem inny.

Ryfka z radości zaczęła podskakiwać:

- Petra! Kochana moja, zrób to, proszę! Poproś ich!

Pani Matylda Rausch zrobiła niezadowoloną minę.

- Jak ja sobie poradzę bez kalendarza? Mam tu wszystko zapisane. Kiedy pranie, kiedy przychodzi zdun do pieca, kiedy krawcowa, kiedy będą święta. No i mam tu również wiele bardzo pożytecznych rad. O, na przykład jak wywabić plamy po czerwonym winie. Albo mogę skorzystać z przepisu na doskonały gulasz wieprzowy, gęś nadziewaną...

Ciągnęłaby tak pewnie jeszcze z godzinę, wymieniając zalety swojego niemieckiego kalendarza, gdyby nie jej mąż Werner Rausch, który ze stołowego słyszał jej gromki głos.

- Ależ Matyldo! Nie musisz dawać temu dziecku bieżącego kalendarza. Daj jej jakiś stary. Na przykład z ubiegłego roku. A ja pożyczę wam książkę z bajkami braci Grimm - jedyną z mojej biblioteki nadającą się dla dzieci... No... - zastanowił się. - Powiedzmy, że dla dzieci, ale to jedyna, więc... - rozłożył swoje krótkie ręce.

- Jest pan bardzo dobrym człowiekiem - z wdzięcznością podziękowała Petra.

- Mój mąż to zawsze coś wymyśli! - pokiwała głową dumna pani Rauschowa.

I tak Ryfka siedziała przy stole kuchennym między garem parujących ziemniaków a miską ryb na gefiłte fisz4 i sumiennie dukała, zachwycając się każdym nowym słowem. Petra wielkim nożem kroiła drobno cebulę i marchewkę.

- Schme?tterling! Schme?tterling5! - powtarzała dziewczynka w uniesieniu, a potem zsunęła się z krzesła i zatańczyła dookoła stołu. - Wiesz, co to jest? - spytała z ustami pełnymi rodzynek i migdałów.

- Nie mam pojęcia, ale brzmi groźnie. Może to smok?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

1 Kalendarz - tutaj: kalendarz z poradami i przepisami kulinarnymi.
2 Auszpik - mięsna galaretka.
3 Jesziwa - szkoła żydowska.
4 Gefiłte fisz - faszerowana ryba.
5 Schme?tterling (niem.) - motyl.