Prolog. Pierworodni
Tak właśnie możemy ich nazwać: Pierworodnymi. Chociaż w najmniejszym
nawet stopniu nie przypominali ludzi, też byli cieleśni i też krwawili,
a gdy spojrzeli niegdyś w otchłań kosmosu, ogarnęły ich i podziw, i lęk
- i poczucie osamotnienia. Gdy tylko urośli w siłę, zaczęli szukać wśród
gwiazd bratniej duszy.
W trakcie dalekich wypraw natykali się na wiele rozmaitych postaci życia
w różnych stadiach ewolucji i aż nazbyt często byli świadkami, jak nikła
iskierka inteligencji gasła pośród mroku kosmicznej nocy.
Ponieważ w całej Galaktyce nie znaleźli niczego bardziej cennego niż
rozum, gdzie tylko mogli, tam wspomagali jego kiełkowanie. Niczym
farmerzy na polu gwiazd siali i bywało, że zbierali potem plony.
Niekiedy zaś, niechętnie, ale musieli pielić.
Kiedy ich statek wszedł do Układu Słonecznego, wielkie dinozaury dawno
już przeminęły, zgładzone w świcie swego istnienia przez przypadkowego
gościa z przestrzeni kosmicznej. Pierworodni przemknęli nad
zlodowaciałymi, zewnętrznymi planetami, zatrzymali się na krótko przy
pustynnym, umierającym Marsie i w końcu spojrzeli na Ziemię.
Ujrzeli świat rojący się od wszelkiego życia. Badali je całe lata,
zbierali okazy, katalogowali. Gdy dowiedzieli się już wszystkiego, czego
dowiedzieć się mogli, zaczęli działać. Ingerowali w rozwój całego
szeregu gatunków, tak lądowych, jak i morskich. Czy z powodzeniem, to
rozstrzygnąć się miało dopiero za co najmniej milion lat.
Byli cierpliwi, ale nie nieśmiertelni. Czekały na nich jeszcze miliardy
innych słońc, więc odlecieli wkrótce, zniknęli w otchłani kosmosu,
wiedząc, że nigdy tu nie wrócą. Zresztą nie było takiej potrzeby:
zostawione na miejscu sługi same mogły dokonać dzieła.
Na Ziemi epoki lodowcowe przemijały jedna za drugą, na niezmiennej
powierzchni Księżyca zaś cierpliwie czekał sekretny strażnik z gwiazd.
Jeszcze wolniejszym rytmem pulsowały w Galaktyce pływy życia. Dziwne,
czasem piękne, a czasem straszne imperia powstawały i upadały,
przekazując swą wiedzę i dorobek następcom.
Gdzieś daleko, wśród gwiazd ewolucja wkraczała w wyższe stadia. Pierwsi
odkrywcy Ziemi dawno już porzucili cielesne powłoki. Skonstruowali
sprawniejsze maszyny, organiczne nośniki, i dokonali przeprowadzki. Z początku mózgów, a potem wyłącznie myśli. W pancerzach z metalu i kryształu ruszyli jeszcze dalej w Galaktykę. Nie budowali już statków
kosmicznych, sami nimi byli.
Epoka machin nie trwała długo. Eksperymentując nieustannie, nauczyli się
składować wiedzę bezpośrednio w tkance przestrzeni. Utrwalone w zastygłych koronkach światła myśli mogły trwać wiecznie.
Pierworodni stali się postacią czystej energii. Ich porzucone na
tysiącach światów cielesne powłoki zatańczyły bezrozumnie, zadrżały i zległy, by obrócić się w pył.
Teraz byli panami Galaktyki, samą siłą woli mogli mknąć między
gwiazdami, niczym delikatna mgiełka przesączali się przez szczeliny
przestrzeni. Wolni od ograniczeń bytów materialnych nie zapomnieli
jednak o swym pochodzeniu, o tym, jak zrodzili się kiedyś w ciepłym
szlamie dawno już wyschłego morza. A ich cudowne maszyny nadal działały,
nadzorując rozpoczęte miliony lat wcześniej eksperymenty.
Jednak nie zawsze bywały posłuszne instrukcjom twórców. Jak wszystkie
maszyny ulegały niszczącemu wpływowi czasu i jego cierpliwej, wiecznie
czuwającej służki: entropii.
I niekiedy odkrywały i wyznaczały sobie nowe, własne cele.
1. Pastuch komet
Kapitan Dimitri Chandler [M2973.04.21/93.106//Mars/Akad. Kosm. 3005],
dla przyjaciół Dim, był wyraźnie rozdrażniony i miał po temu słuszne
powody. Wiadomość z Ziemi potrzebowała sześciu godzin, aby dotrzeć do
holownika kosmicznego Goliat, który krążył aż za orbitą Neptuna, i gdyby przybyła choć dziesięć minut później, mógłby z czystym sumieniem
odpowiedzieć: ,,Przykro mi, ale nic z tego. Właśnie zacząłem rozwijać
ekran przeciwsłoneczny".
I byłby usprawiedliwiony, bo opakowywanie jądra komety w grubą tylko na
kilka molekuł folię odblaskową to nie robota, którą można przerwać w połowie.
Obecnie najlepsze, co mógł uczynić, to posłuchać tego niezwykłego
żądania, tym bardziej że Przysłoneczni i tak narazili się już mocno
Żółtym, chociaż nie z własnej winy. Eksploatacja lodowych zasobów
pierścieni Saturna zaczęła się jeszcze w dwudziestym ósmym wieku, przed
trzystu laty. Kapitan Chandler nigdy nie potrafił dostrzec żadnych
różnic na zestawianych przez nowoczesnych ekologów obrazkach "przed" i "po" mających ilustrować przyszłe skutki niebieskiego wandalizmu.
Wszelako opinia publiczna, wciąż wyczulona po klęskach ekologicznych
poprzednich stuleci, spojrzała na sprawę inaczej i większość poparła
hasło: "Ręce precz od Saturna!". Tym sposobem zamiast złodziejem
pierścienia Chandler został powiernikiem. Wypasał komety.
Wypuszczał się też poza Układ Słoneczny całkiem spory kawałek drogi do
Alfy Centauri, gdzie polował na bryły krążące w Pasie Kuipera. Było tam
dość lodu, by zalać Merkurego i Wenus oceanem głębokim na parę
kilometrów, chociaż musiało minąć jeszcze kilka stuleci, nim uda się
wygasić ognie piekielne tych dwóch planet, czyniąc je zdatnymi do życia.
Żółci (dawniej Zieloni) wciąż oczywiście protestowali, ale jakby z mniejszym zapałem. Gigantyczne fale tsunami spowodowane upadkiem
wielkiego meteorytu do Pacyfiku w roku 2304 pochłonęły miliony ofiar i ludzkość uświadomiła sobie wówczas, że zbyt wiele jajek wkłada do
jednego, niebezpiecznie kruchego koszyka. O ironio, gdyby ten skalny
blok runął na ląd, szkody nie byłyby nawet w części tak dotkliwe!
Zresztą, pomyślał Chandler, przesyłka trafi na miejsce i tak dopiero za
pięćdziesiąt lat, zatem tydzień opóźnienia nie zrobi różnicy. Tyle tylko
że trzeba będzie powtórzyć wszystkie obliczenia dotyczące rotacji,
środka masy i miejsc przyłożenia wektorów ciągu. Przeliczyć i przesłać
na Marsa w celu dodatkowego sprawdzenia. Gdy w grę wchodzą miliardy ton
lodu, które z czasem mają przeciąć orbitę Ziemi, żaden środek
bezpieczeństwa nie jest zbędny.
Ludzie już od dawna robili podobne rzeczy. Nad biurkiem kapitana
Chandlera wisiała stara fotografia przedstawiająca trójmasztowy parowiec
na tle przytłaczającej jednostkę góry lodowej. W takiej samej scenerii
znajdował się obecnie Goliat.
Jakie to dziwne, myślał czasem, że jedno pokolenie widziało zarówno
takie statki jak ów Discovery ze zdjęcia, i ten drugi, identycznej
nazwy, który po raz pierwszy poniósł ludzi w pobliże Jowisza. Cóż by
powiedzieli dawni badacze Antarktyki, gdyby przyszło im stanąć dziś na
mostku Goliata?
Na pewno byliby mocno zdezorientowani ścianą lodu ciągnącą się jak
daleko sięgnąć wzrokiem w dół i w górę. Był to zresztą osobliwy lód,
niemający nic z bieli i błękitów polarnych lodowców. Wyglądał na brudny
i w rzeczy samej taki właśnie był. W dziewięćdziesięciu procentach
składał się z wody, resztę tworzyły domieszki związków węgla i siarki
parujące już w temperaturze niewiele przekraczającej zero absolutne.
Próba stopienia kostki takiego lodu dostarczyłaby wrażeń raczej
niemiłych. Jak powiedział niegdyś pewien znany astrochemik: "Komety mają
cuchnący oddech".
- Skipper do wszystkich - obwieścił Chandler. - Mała zmiana programu.
Poproszono nas o odłożenie operacji i zbadanie obiektu wychwyconego
przez radar Straży Kosmicznej.
- A konkrety? - spytał jakiś głos, gdy umilkł w interkomie chór jęków.
- Niewiele wiem, ale podejrzewam, że to sprawka jakiegoś kolejnego
komitetu obchodów tysiąclecia, który zapomniano rozwiązać.
Tym razem jęki zabrzmiały jeszcze głośniej. Wszyscy mieli już serdecznie
dość celebry towarzyszącej końcowi drugiego tysiąclecia. Gdy pierwszy
dzień stycznia roku 3001 minął wreszcie spokojnie jak każdy inny,
ludzkość odetchnęła z ulgą. Końca świata nie było, można wracać do
normalnych zajęć.
- Tak czy owak, pewnie znów fałszywy alarm, jak ostatnim razem. Zrobimy
swoje i jak najszybciej wracamy do pracy. Wyłączam się.
W karierze Chandlera był to trzeci przypadek, gdy kazano mu tropić
tajemnicze obiekty. Mimo stuleci eksploracji Układ Słoneczny wciąż
dostarczał niespodzianek, zatem może Straż wiedziała, co robi. Byle
tylko nie okazało się, że oto objawił się kolejny dureń marzący o odkryciu legendarnej złotej asteroidy. Gdyby nawet takie dziwo istniało,
w co Chandler ani trochę nie wierzył, byłaby to ledwie mineralna
ciekawostka o realnej wartości nieporównanie mniejszej niż wyprawiana ku
Słońcu życiodajna góra lodu.
Była jeszcze jedna możliwość i tę Chandler traktował poważnie.
Skonstruowane przez rasę ludzką próbniki przeniknęły już w kosmos na
odległość ponad stu lat świetlnych od Ziemi, a monolit z krateru Tycho
przypominał, że inne cywilizacje uprawiają podobną działalność. W Układzie Słonecznym mogły krążyć lub przezeń przelatywać jeszcze inne
artefakty obcych. Chandler podejrzewał, że Straż coś takiego właśnie
znalazła, bo nikt nie ośmieliłby się nakazywać holownikowi pierwszej
klasy pogoni za niezidentyfikowanym echem radarowym.
Pięć godzin później Goliat natrafił na ślad obiektu. Był jeszcze
daleko, na maksymalnym zasięgu czujników, ale i tak wydawał się
absurdalnie mały. W miarę zbliżania ustalono, że to coś jest metaliczne
i długie góra na parę metrów. Poruszało się po orbicie wybiegającej z Układu Słonecznego, co wskazywało na jakiś śmieć epoki kosmicznej. Przez
tysiąc lat zebrało się ich naprawdę sporo. Kapitan pomyślał, że być może
pewnego dnia one jedyne zaświadczą, że człowiek kiedykolwiek istniał.
Podeszli na tyle blisko, by obejrzeć obiekt przez teleskop. Wtedy
kapitan Chandler trochę pobladł. Widać jest tam na dole ktoś, kto pilnie
bada zapiski z okresu pierwszych lotów. Jaka szkoda, że komputer podał
mu dane tej orbity o kilka lat za późno. Byłoby jak znalazł na obchody
tysiąclecia.
- Mówi Goliat - nadał Chandler na Ziemię głosem nieco drżącym, ale
podniosłym. - Przyjmujemy na pokład tysiącletniego astronautę. I chyba
wiem, kto to jest.
2. Przebudzenie
Frank Poole obudził się, ale niczego nie pamiętał. Nie był pewien nawet
własnego imienia.
Bez wątpienia znajdował się w szpitalu, mimo zamkniętych powiek zmysły
odbierały proste i jednoznacznie świadczące o otoczeniu sygnały. W powietrzu unosiła się słaba woń środków odkażających, taka sama jak...
Tak, właśnie! Jak wtedy, gdy będąc nastolatkiem, złamał kiedyś żebro
podczas mistrzostw Arizony w szybowaniu pod latawcem!
Wspomnienia wracały z wolna. Nazywam się Frank Poole, jestem zastępcą
dowódcy amerykańskiego statku Discovery w ściśle tajnej misji do
Jowisza...
Nagle jego serce zmieniło się w sopel lodu. Jak na zwolnionym filmie
przewinął mu się przed oczami widok kapsuły, która wymknęła się spod
kontroli i leciała prosto na niego, wyciągała manipulatory... Potem doszło
do bezgłośnego zderzenia. I rozległ się donośny syk uciekającego ze
skafandra powietrza. Ostatnie, co pamiętał, to jak wirując bezradnie w próżni, usiłował bezskutecznie na nowo podłączyć zerwany przewód.
Cóż, cokolwiek dziwnego zdarzyło się z tą kapsułą, teraz był bezpieczny.
Zapewne Dave zorganizował błyskawiczną akcję ratunkową i sprowadził go
na statek, zanim niedotleniony mózg zaczął obumierać.
Dobry kumpel z tego Dave'a, pomyślał. Będę musiał mu podziękować,
chociaż chwilę... Z pewnością nie jestem na pokładzie Discovery.
Musiałem być nieprzytomny na tyle długo, że przetransportowano mnie aż
na Ziemię!
Gonitwa myśli została przerwana za sprawą siostry przełożonej i dwóch
pielęgniarek, które weszły do pokoju. Wszystkie trzy nosiły taki sam
biały strój, niezmienny znak ich profesji. Wyglądały na lekko zdumione.
Poole ucieszył się jak dziecko, sądząc, że pewnie obudził się
przedwcześnie i pokrzyżował im nieco plany.
- Cześć! - powiedział, ożywiwszy wreszcie po paru próbach struny
głosowe. Czuł, jakby osiadła na nich rdza. - Jak tam ze mną?
Siostra uśmiechnęła się i przyłożyła palec do ust w jednoznacznym geście
zakazującym wszelkich prób mówienia. Pielęgniarki wprawnie sprawdziły mu
tętno, temperaturę i odruchy. Gdy jedna z nich uniosła jego prawą rękę i pozwoliła jej opaść, Poole zauważył coś szczególnego. Kończyna opadała
powoli, zbyt wolno jak na normalne ciążenie. Sam też czuł się dziwnie
lekki. Z ciekawości spróbował się poruszyć.
Zatem muszę być na jakiejś innej planecie. Lub na stacji kosmicznej ze
sztucznym ciążeniem. Na pewno nie na Ziemi.
Już miał o to spytać, gdy siostra przycisnęła mu coś do szyi, poczuł
dziwne łaskotanie i momentalnie zasnął. Zanim odpłynął w ciemność bez
majaków, pomyślał sobie coś jeszcze.
Dziwne, że przez cały czas nie odezwały się ani słowem.
3. Rehabilitacja
Gdy znów się obudził, siostra i pielęgniarki stały obok łóżka. Znalazł
dość siły, by jednak się odezwać:
- Gdzie jestem? Tyle przecież możecie mi powiedzieć!
Trzy kobiety wymieniły spojrzenia. Wyraźnie nie wiedziały, co robić. W końcu siostra przemówiła. Powoli i starannie wymawiała każde słowo z osobna:
- Wszystko w porządku, panie Poole. Profesor Anderson zaraz tu będzie i wszystko panu wyjaśni.
Co wyjaśni? Poole poczuł się zdezorientowany. Dobrze chociaż, że kobieta
mówi po angielsku, chociaż ten jej akcent... Nie potrafił go rozpoznać.
Anderson musiał zostać wezwany już nieco wcześniej, bo drzwi otwarły się
ledwie po kilku chwilach. Przez mgnienie oka Poole widział zgromadzony
za nimi tłumek ciekawskich. Poczuł się jak nowy okaz w ogrodzie
zoologicznym.
Profesor był mężczyzną niskim i eleganckim, o urodzie zdradzającej nader
zróżnicowanych przodków. Poole rozpoznał rozmaite wpływy cech chińskich,
polinezyjskich i nordyckich. Przywitał pacjenta uniesieniem prawej
dłoni, potem wyraźnie coś sobie przypomniał i z niejakim wahaniem
wyciągnął tę rękę do uścisku. Zupełnie jakby ten gest był mu obcy.
- Miło mi widzieć pana w dobrym zdrowiu, panie Poole. Długo już pan u nas nie zabawi.
Znów ten dziwny akcent i staranne dobieranie słów. Ale równocześnie
pewność siebie cechująca wszystkich lekarzy w dziejach.
- Dobrze to słyszeć. A teraz może zechciałby pan odpowiedzieć na kilka
moich pytań...
- Oczywiście, oczywiście. Minutkę.
Anderson odezwał się do siostry tak cicho i szybko, że Poole wyłowił
tylko kilka słów, po części zupełnie mu nieznanych. Siostra skinęła na
jedną z pielęgniarek, która otworzyła ścienną szafkę i wyciągnęła cienką
metalową obręcz. Nałożyła ją Poole'owi na głowę.
- A to po co? - spytał, trwając w roli trudnego pacjenta, wiecznie
ciekawskiej zmory doktorów. - Odczyt EEG?
Profesor, siostra i pielęgniarki zrobili dziwne miny. Profesor aż się
uśmiechnął.
- Aha, elektro... ence... falo... gram - powiedział powoli, jakby dobywał to
pojęcie z głębi pamięci. - Mniej więcej. Chcemy monitorować funkcje
pańskiego mózgu.
Mój mózg funkcjonuje wspaniale, byleście jeszcze dali mi go używać,
pomyślał z wyrzutem Poole. Niemniej oczekiwanie zdawało się dobiegać
końca.
- Panie Poole - Anderson wciąż przemawiał z niejaką emfazą, jakby
angielski był dla niego językiem obcym. - Wie pan oczywiście, że uległ
poważnemu wypadkowi podczas pracy poza pokładem Discovery.
Poole skinął głową.
- Owszem. I zaczynam podejrzewać, że ten wypadek był naprawdę poważny.
Andersonowi widocznie ulżyło. Znów się uśmiechnął.
- Ma pan całkowitą rację. Proszę mi powiedzieć, co pańskim zdaniem mogło
się stać.
- No, w najlepszym razie Dave Bowman uratował mnie nieprzytomnego i odstawił na pokład. A co z Dave'em? Nikt mi nie chce niczego powiedzieć.
- Wszystko w swoim czasie... A w najgorszym razie?
Frank Poole poczuł, jak armia lodowatych mrówek maszeruje mu po
kręgosłupie. Z wolna utwierdzał się w podejrzeniach.
- W najgorszym razie umarłem i trafiłem tutaj, gdziekolwiek to jest, a wy mnie ożywiliście. Dziękuję...
- Całkiem trafnie. Jest pan na Ziemi. To znaczy bardzo blisko Ziemi.
Co znaczy "bardzo blisko"? Ciążenie, chociaż słabe, jednak było, zatem
pewnie chodziło o obracające się z wolna kręgi stacji orbitalnej.
Zresztą mniejsza z tym. Najpierw trzeba wyjaśnić najważniejsze.
Poole dokonał szybko w myślach kilku obliczeń. Jeśli Dave położył go do
hibernatora, obudził resztę załogi i doprowadził misję do końca, to
"śmierć" mogła potrwać nawet pięć lat!
- Którego dziś mamy? - spytał, siląc się na spokój.
Profesor i siostra wymienili spojrzenia. Poole znów poczuł mróz na
karku.
- Muszę panu powiedzieć, że Bowman nie podjął się ratowania pana. Był
przekonany, i trudno go winić, że pan zginął. Ponadto walczył wówczas o własne przetrwanie... Odleciał pan w przestrzeń, minął system księżyców
Jowisza i skierował się ku gwiazdom. Szczęśliwie zamarzł pan na tyle
solidnie, że metabolizm całkowicie ustał. To prawie cud, że w ogóle
udało się pana odnaleźć. W dziejach ludzkości nie było większego
szczęściarza.
Naprawdę?, pomyślał zmieszany Poole. Pięć lat. Dobre sobie! Możliwe, że
minął wiek albo i więcej.
- Niech wreszcie usłyszę prawdę.
Profesor i siostra sprawdzili odczyty na jakimś niewidocznym dla
pacjenta monitorze i oboje skinęli lekko głowami. Poole domyślił się, że
poprzez tę obręcz musi być podłączony do szpitalnej sieci nadzoru.
- To będzie dla ciebie ciężkie przeżycie, Frank - powiedział ciepło
profesor, zmieniając się w przyjaznego lekarza domowego. - Ale dasz
sobie radę. W twoim przypadku im szybciej się dowiesz, tym lepiej.
Jesteśmy na początku czwartego tysiąclecia. Uwierz mi, opuściłeś Ziemię
prawie tysiąc lat temu.
- Wierzę panu - szepnął spokojnie Poole, po czym nagle pokój zawirował
mu przed oczami i wszystko zniknęło.
Odzyskawszy przytomność, ujrzał nie salę szpitalną, ale luksusowy
apartament z nader uroczymi i do tego zmiennymi obrazami na ścianach.
Niektóre przedstawiały znane malowidła, inne krajobrazy, również
morskie, łudząco podobne do tych spotykanych w jego czasach. Nie
dopatrzył się w otoczeniu żadnych obcych elementów, ale jak zgadywał, te
pojawią się dopiero później.
Umeblowanie i wyposażenie dobrano starannie. Ciekawe, jak wygląda obecna
telewizja? I ile mają tu kanałów? Jednak nie znalazł przy łóżku żadnego
pilota, żadnych przełączników. Wiedział, że czeka go mozolna nauka, w końcu znalazł się w roli dzikusa, który nagle trafił do cywilizacji.
W pierwszej kolejności musiał jednak odzyskać siły i nauczyć się
współczesnego języka. Nawet system zapisu dźwięku, liczący już sobie sto
lat w chwili narodzin Poole'a, nie zapobiegł wielkim zmianom w gramatyce
i wymowie. No i pojawiły się tysiące nowych słów, głównie związanych z nauką i inżynierią. Znaczenia niektórych nie potrafił się nawet
domyślić.
A co najgorsze, minione tysiąclecie dostarczyło miriadów nazwisk ludzi
sławnych (i niesławnych), które jemu nic nie mówiły. Na razie każdą
rozmowę musiał przerywać dopominaniem się o minimum danych
biograficznych tej czy innej postaci i taki stan miał potrwać jeszcze
wiele tygodni.
Z wolna wracał do formy, zwiększała się też liczba odwiedzających go
gości. Profesor Anderson pilnie baczył na te wizyty, dopuszczając przede
wszystkim lekarzy specjalistów, uczonych kilkunastu dziedzin i dowódców
statków kosmicznych. Ci ostatni interesowali Poole'a najbardziej.
Nie był najlepszym źródłem informacji, szczególnie w zestawieniu z gigantycznymi zasobami danych gromadzonych przez wieki, jednak czasem
zaskakiwał doktorów i historyków jakimś drobiazgiem pamiętanym z własnych czasów i rzucał nowe światło na to czy inne wydarzenie,
podsuwał obce im skojarzenia. Traktowali go zawsze z szacunkiem i wysłuchiwali cierpliwie odpowiedzi, sami jednak niechętnie udzielali
wyjaśnień. Poole rozumiał potrzebę ochrony przed szokiem kulturowym, ale
gdy dokuczyła mu już nieco ta nadopiekuńczość, zaczął rozważać możliwość
ucieczki z luksusowego ośrodka odosobnienia. Nie żeby naprawdę zamierzał
coś podobnego, ale przy paru okazjach sprawdził drzwi. Nie zdumiał się
nawet, stwierdziwszy, że zamykano je porządnie za ostatnim wychodzącym
gościem.
Wszystko zmieniło się wraz z przybyciem pani doktor Indry Wallace. Mimo
nazwiska chyba pochodziła z Japonii i bez większego trudu można ją było
sobie wyobrazić w roli całkiem dobrej i doświadczonej gejszy. Niemniej
dziewczyna uchodziła za świetnego historyka i kierowała katedrą na
jednym ze szczycących się wciąż tradycją (i bluszczem) uniwersytetów. Ku
wielkiej radości Poole'a władała dawnym angielskim.
- Panie Poole - zaczęła tonem rzeczowym, jakby zamierzała robić tu
interesy - wyznaczono mnie na pańską oficjalną przewodniczkę i,
powiedzmy, mentorkę. Mam stosowne kwalifikacje, specjalizuję się w pana
okresie. Temat mojego doktoratu brzmiał: "Zanik państwa narodowego,
2000-2050". Mam nadzieję, że zdołamy sobie nawzajem pomóc.
- Nie wątpię. Przede wszystkim chciałbym, aby mnie pani stąd zabrała.
Niech ujrzę trochę tego waszego świata.
- Do tego właśnie zmierzam. Najpierw musimy jednak wyposażyć pana w identyfikator. Człowiek bez identyfikatora w zasadzie nie istnieje.
Nigdzie nie mógłby pan wejść, niczego by pan nie dostał. Nasze
urządzenia po prostu by pana nie dostrzegały.
- Czegoś takiego oczekiwałem. - Uśmiechnął się krzywo Poole. - W moich
czasach to się dopiero zaczynało, ale wielu ludziom i tak się nie
podobało.
- Niektórzy nadal narzekają. Wyprawiają się w dzikie ostępy, a jest ich
obecnie na Ziemi znacznie więcej niż w pańskich czasach! Ale zawsze
biorą ze sobą minikompy, żeby w razie potrzeby wezwać pomoc. Wytrzymują
średnio pięć dni.
- Przykro mi słyszeć, że ludzkość aż tak się zdegenerowała.
Sprawdzał dziewczynę ostrożnie, próbując ustalić granice jej tolerancji
i ogólny profil osobowościowy. Czekała ich długa współpraca, przy czym
to ona miała być stroną dominującą, on zaś zależną. Wątpił, czy zdoła ją
polubić, najpewniej uważa go jedynie za fascynujący eksponat muzealny.
Ku zdumieniu Poole'a pani doktor nie zaprotestowała.
- Zapewne tak, przynajmniej pod pewnymi względami. Fizycznie jesteśmy
słabsi, ale ogólnie zdrowsi i lepiej przystosowani do życia niż
większość ludzi w dziejach naszego gatunku. Ostatecznie opowieść o dobrym dzikusie zawsze była tylko mitem.
Podeszła do małej kwadratowej płytki osadzonej w drzwiach na wysokości
oczu. Miała rozmiar stronicy dawnych czasopism, które zalewały Ziemię w epoce słowa drukowanego. Poole już wcześniej zauważył, że w każdym
pokoju jest przynajmniej jedna. Zwykle trwały puste, czasem jednak
przesuwały się po nich linijki tekstu. Niezrozumiałego zresztą, chociaż
część słów brzmiała nawet swojsko. Któregoś razu płytka w jego pokoju
zaczęła popiskiwać natarczywie, ale zignorował sygnał, uznawszy, że to
nie jego kłopot. I rzeczywiście, odgłos umilkł wkrótce równie raptownie,
jak rozbrzmiał.
Doktor Wallace przycisnęła do płytki otwartą dłoń, po kilku sekundach ją
odjęła i spojrzała z uśmiechem na Poole'a.
- Proszę zerknąć.
Ten napis miał sens:
WALLACE INDRA
[F2970.03.11/31.885//HIST.OXFORD]
- Domyślam się, że F to female, czyli płeć żeńska, dalej mamy datę
urodzenia, jedenasty marca dwa tysiące dziewięćset siedemdziesiątego
roku. I wskazówkę, że jest pani jakoś związana z Wydziałem Historii
Oxfordu. Trzy jeden osiem osiem pięć zaś to chyba osobisty numer
identyfikacyjny. Zgadza się?
- Doskonale, panie Poole. Widziałam kilka waszych oznaczeń poczty
elektronicznej, numery kart kredytowych... Jakie to było skomplikowane!
Zupełnie niepotrzebnie, bo wszyscy znamy naszą datę urodzenia i możemy
być pewni, że dzielimy ją mniej niż ze stoma tysiącami ludzi minus dwa.
Zatem pięciocyfrowa liczba wystarczy... I nawet jak się zapomni, to też
nie szkodzi. Zawsze nosi się ją ze sobą.
- Implant?
- Tak, nanoczip wszczepiany po urodzeniu, na wszelki wypadek w obie
dłonie. Nawet pan tego nie poczuje. Mamy jednak z panem mały kłopot...
- Jaki?
- Nasze czytniki są nazbyt prostoduszne, aby uwierzyć w pańską prawdziwą
datę urodzenia. Zatem, jeśli pan pozwoli, przesuniemy ją o tysiąc lat.
- Pozwolenie udzielone. A co z resztą kodu?
- Opcjonalnie. Może zostawić pan puste miejsce, może podać swoje obecne
zainteresowania lub miejsce pobytu. Albo zaprogramować na osobiste
przekazy, globalne lub wybiórcze.
Niektóre rzeczy chyba nigdy się nie zmienią, pomyślał Poole. Zapewne
wiele z tych "wybiórczych" przekazów to sprawy nader osobiste.
Zastanowił się, czy wciąż plączą się po Ziemi stanowieni prawem lub
własną obsesją cenzorzy i czy ich wysiłki, by naprawić rzekomo
zwichnięte morale bliźnich, są choć odrobinę skuteczniejsze niż w jego
czasach.
Postanowił spytać o to doktor Wallace, gdy tylko pozna ją nieco lepiej.
4. Pokój z widokiem
Frank, profesor Anderson uważa, że masz już dość siły na mały spacer.
- Miła wiadomość. Znasz wyrażenie "świrować"?
- Nie, ale domyślam się, co może znaczyć.
Poole przywykł już do obniżonej grawitacji i bez problemów poruszał się
długimi, płynnymi skokami. Pół g, akurat dość, by poczuć się dobrze.
Po drodze napotkali tylko kilka osób, same obce twarze. Wszyscy jednak
uśmiechali się, rozpoznając Poole'a, który nawet ucieszył się, uznając z pewną dozą zarozumiałości, że w okresie rehabilitacji musiał chyba
zostać popularną personą. Przyda się, gdy spróbuje urządzić sobie jakoś
resztę życia, co najmniej pół wieku wedle zapewnień Andersona...
Korytarz ciągnął się, co pewien czas mijali ponumerowane i wyposażone w uniwersalne płytki drzwi i przeszli już ponad dwieście metrów, gdy Poole
zatrzymał się nagle porażony oczywistym odkryciem.
- To musi być naprawdę wielka stacja! - zakrzyknął.
Indra odpowiedziała uśmiechem.
- Jak to mówiliście? "Jeszcze ci oko zabieleje"?
- Zbieleje - poprawił odruchowo Poole, wciąż próbując ocenić rozmiary
stacji. Poddał się, gdy doszli do czegoś w rodzaju drogi szybkiego
ruchu. Miniaturowej wprawdzie i z tylko jednym pojazdem na dwunastu
pasażerów, ale zawsze.
- Galeria widokowa numer trzy - rozkazała Indra i kapsuła ruszyła
posłusznie.
Poole sprawdził czas na misternej bransolecie, której wszystkich funkcji
jeszcze nie zgłębił. Jednym z mniejszych zaskoczeń było powszechne
przyjęcie czasu uniwersalnego. Utrudniający życie przekładaniec stref
czasowych zniknął bez śladu za sprawą rozwoju globalnych sieci
komunikacyjnych. Dyskusje zaczęły się jeszcze w dwudziestym pierwszym
stuleciu, to wtedy zaproponowano, by czas słoneczny zastąpić gwiezdnym.
Ostateczny wynik był taki, że godziny wschodu słońca stały się ruchome:
jeśli teraz wschód przypadał gdzieś o północy, za pół roku będzie to
pora zachodu.
Jednak poza tym z owych zmian niewiele wynikło dla kalendarza. To
akurat, jak zauważono ironicznie, będzie musiało jeszcze poczekać, aż
ludzkość zdoła naprawić jeden z drobniejszych błędów Boga i tak
skoryguje orbitę Ziemi, żeby każdy z dwunastu miesięcy liczył równo
trzydzieści dni.
Sądząc po przybliżonej szybkości i długości podróży, Poole ocenił, że
musieli przebyć ze trzy kilometry, zanim pojazd zatrzymał się, drzwi
rozsunęły i rozległ się uprzejmy głos automatu:
- Szerokich widoków. Zachmurzenie wynosi dzisiaj trzydzieści pięć
procent.
Czyli dotarliśmy w pobliże zewnętrznej powłoki, pomyślał Poole i zdumiał
się raz jeszcze. Mimo przebycia sporego dystansu siła i wektor
grawitacji nie zmieniły się ani o jotę! Nie potrafił wyobrazić sobie
obracającej się w kosmosie wokół własnej osi stacji kosmicznej na tyle
olbrzymiej, by na odcinku trzech kilometrów... A może to jednak jakaś
planeta? Ale na wszystkich zamieszkanych światach Układu Słonecznego
byłby jeszcze lżejszy...
Kolejne drzwi wiodły do małej śluzy, zatem chyba jednak kosmos. A gdzie
skafandry? Rozejrzał się niespokojnie. Wpojone dawno temu odruchy wciąż
działały. Nie można igrać z próżnią. Przekonał się o tym na własnej
skórze. I ten raz powinien wystarczyć.
- Już niedaleko - stwierdziła uspokajająco Indra.
Za ostatnimi drzwiami czerniał kosmos odgrodzony tylko wielkim,
zakrzywionym we wszystkich kierunkach oknem. Poole poczuł się jak złota
rybka w szklanej bańce. Mam nadzieję, że współcześni inżynierowie
wiedzą, co robią, pomyślał. Na pewno mają do dyspozycji materiały o wiele lepsze niż w moich czasach.
Nieprzywykłe do mroku oczy nie dostrzegały jeszcze gwiazd, które powinny
być całkiem dobrze widoczne. Poole ruszył ku oknu, by ujrzeć nieco
więcej nieba, ale Indra go powstrzymała.
- Spójrz uważnie - powiedziała. - Widzisz?
Zamrugał i wbił spojrzenie w noc. Nie, to chyba złudzenie. Albo rysa na
szkle, niech mnie bogowie mają w swojej...
Poruszył lekko głową. Nie, to nie skaza, lecz coś rzeczywistego. Ale co?
Przypomniał sobie Euklidesową definicję prostej jako posiadającej tylko
jeden wymiar: długość.
Przez całe okno biegła w pionie taka właśnie linia. Ciągnęła się w dół i w górę niczym nitka światła o zgoła niemierzalnej szerokości. Jednak w regularnych odstępach widniały na niej jaśniejsze punkciki zastygłe jak
krople wody na pajęczynie.
Poole podchodził z wolna coraz bliżej okna, aż w końcu mógł spojrzeć w dół. Ujrzał znajomy widok całego kontynentu europejskiego i połaci
północnej Afryki. Wielekroć podziwiał to podczas lotów i szybko ustalił
wreszcie, gdzie jest. Jednak na orbicie, zapewne równikowej, co najmniej
tysiąc kilometrów nad powierzchnią.
Indra spoglądała nań tajemniczo.
- Podejdź jeszcze bliżej - powiedziała cicho. - I spójrz prosto pod
nogi. Mam nadzieję, że nie cierpisz na zawroty głowy.
Poole się żachnął. Z takim tekstem do astronauty! Gdybym miał lęk
wysokości, nigdy nie dostałbym tej roboty...
- Mój Boże! - krzyknął i mimowolnie odsunął się od krawędzi platformy.
Potem zebrał się w sobie i zerknął ponownie.
W dole błyszczało Morze Śródziemne, on zaś tkwił w wieży o średnicy
kilku kilometrów. Ale nie to było najniezwyklejsze. Wieża ta zdawała się
nie mieć końca. Wciąż tak samo masywna ciągnęła się w dół, aż znikała
gdzieś w mgłach nad Afryką. Najpewniej biegła do samej powierzchni
Ziemi.
- Jak wysoko jesteśmy? - wyszeptał.
- Dwa tysiące ka. Spójrz jeszcze do góry.
Tym razem wstrząs był o wiele mniejszy, Poole wiedział już, czego
oczekiwać. Wieża malała w perspektywie aż do nikłej, świetlistej nici,
która musiała niewątpliwie ciągnąć się aż na pułap orbity
geostacjonarnej, trzydzieści sześć tysięcy kilometrów nad równikiem.
Poole pamiętał, że w jego czasach snuto podobne fantazje, ale nie
sądził, że kiedykolwiek ujrzy ich urzeczywistnienie. I sam w czymś takim
zamieszka.
Wskazał na nić blasku nad wschodnim horyzontem.
- To musi być kolejna.
- Tak, Wieża Azjatycka. Dla nich musimy wyglądać równie wątło.
- Ile ich jest?
- Tylko cztery, symetrycznie rozmieszczone na równiku. Afryka, Azja,
Ameryka i Oceania. Ta ostatnia jest niemal pusta, ledwie kilkaset
ukończonych poziomów. Nic, tylko wodę z niej widać...
Poole wciąż chłonął widok, gdy nagle coś doń dotarło.
- Kiedyś wokół Ziemi krążyły tysiące sztucznych satelitów. Na wszystkich
możliwych orbitach. Jak unikacie kolizji?
- Nigdy się nad tym nie zastanawiałam - powiedziała nieco zmieszana
Indra. - To nie moja działka. - Zamyśliła się na moment. - Podejrzewam,
że musieli zarządzić jakieś wielkie sprzątanie. Obecnie wszystkie orbity
poniżej stacjonarnej są puste.
Dobrze pomyślane, stwierdził Poole. Takie cztery wieże powinny być w stanie przejąć wszystkie funkcje tysięcy satelitów i stacji orbitalnych.
- I nie było nigdy żadnych wypadków? Na przykład zderzeń ze startującymi
lub lądującymi statkami?
Indra spojrzała nań ze zdumieniem.
- Od lat nikt już ich tu nie widział - wyjaśniła i wskazała w górę. -
Wszystkie porty kosmiczne przeniesiono tam, gdzie ich miejsce, na
zewnętrzny pierścień. O ile dobrze pamiętam, ostatnia rakieta
wystartowała z Ziemi jakieś czterysta lat temu.
Kolejna nowina do przetrawienia, pomyślał Poole i nagle dojrzał dziwną
anomalię. Niby nic, jednak dawni instruktorzy skutecznie wbili mu do
głowy, iż w próżni byle drobiazg może zadecydować o życiu lub śmierci.
Słońce tkwiło niemal dokładnie ponad wieżą, oświetlając jedynie wąski
pas podłogi przy oknie. Jednak w poprzek tego pasa ciągnął się drugi,
znacznie słabszy, a rama okna rzucała podwójny cień.
Poole musiał prawie uklęknąć, by dojrzeć tajemnicze źródło światła.
Myślał, że nic go już nie zdziwi, ale widok dwóch słońc na niebie po
prostu odebrał mu mowę.
- Co to jest? - wykrztusił po dłuższej chwili.
- Och, nie powiedzieli ci? To Lucyfer.
- Ziemia ma drugie słońce?
- Cóż... Wiele ciepła nam nie daje, ale wyłączyło z użytku Księżyc...
Kiedyś, jeszcze przed drugą misją, tą, która poleciała was szukać, to
była planeta Jowisz.
Wiedziałem, że wiele będę się musiał nauczyć o tym świecie, ale żeby aż
tyle..., zasępił się Poole.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki