1. Zamrożony czas
Jak na siedemdziesięcioletniego mężczyznę
jesteś w bardzo dobrej formie - zauważył doktor Głazunow, unosząc oczy
znad finalnego wydruku Medcomu. - Nie dałbym ci więcej niż sześćdziesiąt
pięć.
- Miło mi to słyszeć, Olegu. Zwłaszcza że jak sam wiesz, tak naprawdę
mam sto trzy lata.
- Znowu zaczynasz! Ktoś mógłby pomyśleć, że nigdy nie czytałeś książki
profesor Rudenko.
- Kochana stara Katerina! Planowaliśmy spotkanie w jej setne urodziny.
Bardzo żałowałem, że nie doczekała tej chwili. Oto, jakie są skutki zbyt
długiego przebywania na Ziemi.
- Tak, jest w tym pewna ironia. W końcu to ona wymyśliła słynne hasło
"Grawitacja przyspiesza proces starzenia".
Doktor Heywood Floyd spojrzał w zamyśleniu na dynamiczną panoramę
pięknej planety, odległej o ledwie sześć tysięcy kilometrów, na którą
nigdy nie miał już wrócić. Dostrzegał ironię także w tym, że w wyniku
najgłupszego wypadku, jaki zdarzył mu się w życiu, nadal cieszył się
doskonałym zdrowiem, podczas gdy praktycznie wszyscy jego starzy
przyjaciele już nie żyli.
Po powrocie przebywał na Ziemi ledwie tydzień. Wielu go ostrzegało, by
na siebie uważał, on sam zaś przysiągł sobie, że zrobi, co w jego mocy,
aby nic złego go nie spotkało, ale i tak spadł ze znajdującego się na
drugim piętrze balkonu (tak, świętował i miał co świętować, był przecież
bohaterem tego nowego świata, który zaistniał po wyprawie Leonowa).
Skutkiem były liczne złamania i pęknięcia kości, z czego wynikły kolejne
komplikacje, te zaś najlepiej było leczyć w Szpitalu Kosmicznym
Pasteura.
Zdarzyło się to w 2015 roku. A teraz, choć nie dowierzał temu, co
obwieszczał wiszący na ścianie kalendarz, był już rok 2061.
Zegar biologiczny Heywooda Floyda spowolnił nie tylko dzięki panującej w szpitalu grawitacji wynoszącej jedną szóstą ziemskiej. Dwa razy czas
zaczął biec dla niego wręcz w drugą stronę. Obecnie dość powszechnie
uznawano, że hibernacja nie tylko zatrzymuje proces starzenia, ale
działa nawet odmładzająco. Niektórzy badacze nadal to kwestionowali, ale
wszystko wskazywało na to, że Floydowi ubyło lat podczas jego podróży do
Jowisza i z powrotem.
- Naprawdę myślisz, że mogę lecieć bezpiecznie?
- Nic we wszechświecie nie jest całkiem bezpieczne, Heywoodzie. Mogę
tylko powiedzieć, że nie ma po temu medycznych przeciwwskazań. W końcu
na pokładzie Universe będziesz przebywać w praktycznie takich samych
warunkach jak tutaj. Może nie zapewniają tam identycznego standardu
opieki medycznej jak my w szpitalu, ale doktor Mahindran ma głowę na
karku. Jeśli natrafi na problem, z którym nie zdoła sobie poradzić, po
prostu wpakuje cię do hibernatora i odeśle do nas. I tyle.
Floyd liczył na taki właśnie wynik rozmowy, ale coś jednak mąciło jego
radość. Miał na długie tygodnie opuścić miejsce, w którym od pół wieku
mieszkał, jak i przyjaciół, których pozyskał w późniejszym okresie
życia. Universe był wprawdzie niczym luksusowy liniowiec, zwłaszcza w porównaniu z prymitywnym Leonowem (nadal istniejącym na wysokiej
orbicie nad odwrotną stroną Księżyca jako jeden z głównych eksponatów w Muzeum Lagrange'a), ale każda dłuższa podróż kosmiczna niosła ze sobą
pewne ryzyko. Zwłaszcza taka pionierska, do jakiej teraz się szykował.
Jednak może właśnie tego pragnął, i to teraz, mając kalendarzowe sto
trzy lata (lub, zgodnie ze złożoną rachunkowością geriatryczną zmarłej
profesor Kateriny Rudenko, będąc zdrowym i krzepkim
sześćdziesięciopięciolatkiem). Przez ostatnie dziesięć lat narastał w nim niepokój, któremu towarzyszyło niejasne niezadowolenie ze zbyt
wygodnego i uporządkowanego życia.
Przy wszystkich ekscytujących programach realizowanych obecnie w Układzie Słonecznym, jak ożywienie Marsa, budowa bazy na Merkurym czy
zazielenienie Ganimedesa, brakowało mu czegoś, na czym naprawdę mógłby
skupić uwagę, co pozwoliłoby mu dać upust niemałej wciąż energii. Dwa
wieki wcześniej jeden z pierwszych poetów tak zwanej ery naukowej
wyraził bardzo podobne emocje ustami Odyseusza:
Życie kłębiące się na życiu
To wszystko za mało, bo cóż zostanie po mnie
Choćbym miał ich milion; wybawiam każdą godzinę
Z wieczystej ciszy. I coś jeszcze...
Ofiarodawcę nowości - choć złe są jego zamiary
Bowiem dał mi trzy słońca na zapas i przechowanie
I ponurego ducha skamlącego w pragnieniu
Pójścia tropem wiedzy, która jak spadająca gwiazda
Znika za horyzontem najdalszej ludzkiej myśli.
Trzy słońca, zaiste!, pomyślał. Tych było ponad czterdzieści, mógłby
zawstydzić Odyseusza. Kolejny fragment, tak dobrze mu znany, jeszcze
bardziej pasował do sytuacji:
Być może zmyją nas morskie prądy:
I postawimy stopę na Wyspach Szczęśliwych,
Gdzie ujrzymy wielkiego Achilla, którego znaliśmy.
Choć wiele nam zabrano, nie mniej pozostało; i choć
Brakuje nam tej siły, która w dawnych czasach
Poruszała niebo i ziemię, jesteśmy, jacy jesteśmy;
Jeden pozostał w nas duch heroicznych serc,
Rwanych zębem czasu i losu, lecz silnych wolą,
By walczyć, by szukać, by znaleźć
I nigdy się nie poddawać1.
By szukać, by znaleźć... Cóż, teraz już wiedział, czego będzie szukał i co
znajdzie, wiedział nawet, gdzie to się stanie. Nic prócz katastrofy
wielkiego kalibru nie mogło tego zmienić.
Nigdy wcześniej świadomie tego nie rozważał i także teraz nie pojmował,
dlaczego tak go to pochłonęło. Uważał dotąd, że uodpornił się na tę
gorączkę, która znowu ogarniała rodzaj ludzki, i to drugi raz w czasie
jego życia, ale może się mylił. A może to nieoczekiwana propozycja, aby
dołączył do niewielkiego grona znamienitych gości na pokładzie
Universe, tak podziałała na jego wyobraźnię i obudziła zapał, którego
nawet nie przeczuwał.
Istniała jeszcze jedna możliwość. Mimo upływu wielu lat wciąż dobrze
pamiętał, jak rozczarowujące dla ogółu społeczeństwa było spotkanie w latach 1985-1986. Teraz pojawiła się szansa, pierwsza dla ludzkości i ostatnia dla niego, żeby z nawiązką nadrobić tamte zaległości.
W XX wieku można było liczyć tylko na bliski przelot obok obiektu, teraz
możliwe było lądowanie. Na swój sposób podobnie pionierskie jak pierwsze
kroki Armstronga i Aldrina na Księżycu.
Doktor Heywood Floyd, weteran misji na Jowisza w latach 2010-2015,
puścił wodze wyobraźni, pozwalając jej wybiec na spotkanie widmowego
gościa, który ponownie wracał z głębin kosmosu, z każdą sekundą
nabierając większej prędkości i szykując się do okrążenia Słońca.
Pomiędzy orbitami Ziemi i Wenus ta najsłynniejsza z wszystkich komet
miała napotkać nieukończony jeszcze liniowiec pasażerski Universe w trakcie jego dziewiczego rejsu.
Dokładny punkt spotkania nie został jeszcze ustalony, ale wiadomo już
było, że do niego dojdzie.
- Nadchodzę, kometo Halleya - szepnął Heywood Floyd.
Alfred Tennyson, Ulisses, oba fragmenty w przekładzie Jędrzeja Polaka (przyp. tłum.). [wróć]
2. Pierwszy rzut oka
To nieprawda, że trzeba opuścić Ziemię, aby
w pełni docenić wspaniałość niebios. Nawet w kosmosie panorama gwiazd
nie robi większego wrażenia niż podobny widok z wysokiej góry,
podziwiany w idealnie pogodną noc, z dala od jakichkolwiek sztucznych
źródeł światła. Wprawdzie bez woalu atmosfery gwiazdy wydają się
jaśniejsze, lecz ludzkie oko niespecjalnie rejestruje tę różnicę,
fascynująca możliwość ogarnięcia jednym spojrzeniem połowy sfery
niebieskiej zaś jest czymś, na co żadne okno nie daje szans.
Niemniej Heywood Floyd zwykł cieszyć oczy widokiem ze swojego
apartamentu, zwłaszcza gdy okna znajdowały się w zacienionej strefie
kosmicznego szpitala. Wówczas prostokątne ramy wypełniały się blaskiem
gwiazd, planet i mgławic, czasem zaś pojawiał się przyćmiewający
wszystko Lucyfer, nowy rywal Słońca.
Około dziesięciu minut przed początkiem sztucznej nocy wyłączał
wszystkie światła, w tym nawet czerwone światło awaryjne, aby oczy
dostosowały się do ciemności. Trochę późno, jak na inżyniera
kosmicznego, ale w końcu docenił zalety uprawiania obserwacji
astronomicznych gołym okiem i teraz potrafił zidentyfikować wszystkie
konstelacje, nawet jeśli był w stanie dostrzec tylko ich drobną część.
Gdy w maju kometa zbliżyła się do orbity Marsa, prawie każdej nocy
sprawdzał jej położenie na mapach gwiezdnych i chociaż łatwo mógłby ją
dostrzec za pomocą zwykłej lornetki, wytrwale próbował namierzyć ją
nieuzbrojonym okiem. Był ciekaw, czy jego starzejące się źrenice temu
podołają, sam postawił sobie to wyzwanie. Dwóch astronomów z obserwatorium na Mauna Kea twierdziło, że udała im się już ta sztuka,
ale nikt im nie wierzył. Gdy któryś z pacjentów szpitala zgłaszał to
samo, był traktowany z jeszcze większym sceptycyzmem.
Dzisiaj jednak przewidywano, że kometa stanie się obiektem co najmniej
szóstej wielkości i mogło dopisać mu szczęście. Odszukał prostą biegnącą
między Gammą i Epsilonem, a potem przeniósł spojrzenie na wierzchołek
wyimaginowanego trójkąta równobocznego z taką nadzieją, jakby naprawdę
był w stanie sięgnąć wzrokiem do krańców Układu Słonecznego. I była tam!
Taka sama jak wówczas, gdy zobaczył ją pierwszy raz siedemdziesiąt sześć
lat wcześniej. Niepozorna, ale nie do pomylenia z niczym innym. Gdyby
nie wiedział dokładnie, gdzie szukać, pewnie by jej nie zauważył lub
uznał za poblask odległej mgławicy.
Widziana gołym okiem przedstawiała się jako maleńka, idealnie okrągła
plamka rozmytego blasku i choć bardzo się starał, nie był w stanie
dostrzec żadnego śladu ogona. Ale mała flotylla sond eskortujących
kometę od miesięcy zarejestrowała już pierwsze erupcje pyłu i gazu,
które szybko wzbogaciły obiekt o jasny pióropusz rozciągający się na tle
gwiazd i skierowany ku Słońcu, które kiedyś zrodziło tę kometę. Podobnie
jak wszyscy inni, Heywood Floyd obserwował przemianę zimnego i ciemnego,
chociaż nie całkiem czarnego jądra, która zaczęła zachodzić pośród
wewnętrznych planet. Po siedemdziesięciu latach głębokiego zamrożenia
złożona mieszanina wody, amoniaku i innych zlodowaciałych substancji
zaczęła topnieć i bulgotać. Latająca góra, z grubsza mająca kształt i rozmiary Manhattanu, wykonywała pełen obrót na kosmicznym grillu co
pięćdziesiąt trzy godziny. Gdy ciepło Słońca coraz bardziej przenikało
przez jej powłokę, zaczynała przypominać nieszczelny kocioł parowy. Z jej wnętrza wydobywały się opary i strumienie wody wymieszanej z pyłem i wszelkimi dekoktami najróżniejszej chemicznej proweniencji. Ich ujścia
znajdowały się w kilku małych kraterach; największy z nich, wielkości
mniej więcej boiska piłkarskiego, wybuchał regularnie około dwóch godzin
po lokalnym świcie. Wyglądało to jak erupcje ziemskich gejzerów i krater
od razu został ochrzczony Old Faithful.
Floyd już wtedy fantazjował, że chciałby stanąć na jego krawędzi i poczekać tam na wschód Słońca nad ciemnym i nierównym krajobrazem,
którego sporo obrazów napłynęło już z głębi próżni.
Wprawdzie nikt nie zapowiadał, że pasażerowie, w przeciwieństwie do
załogi i personelu naukowego, będą mogli opuścić statek, ale z drugiej
strony otrzymana umowa nawet małym druczkiem im tego nie zabraniała.
Niełatwo im będzie mnie powstrzymać, pomyślał Floyd. Na pewno nadal
zdołam wcisnąć się bezpiecznie w skafander.
A jeśli nie...
Przypomniał sobie, że kiedyś przeczytał, jak pewien gość w Tadź Mahal
miał powiedzieć, iż "bez wahania oddałby życie za taki pomnik".
Floyd zadowoliłby się kometą Halleya.
3. Znowu w domu
I bez tego żenującego wypadku powrót na
Ziemię nie był łatwy.
Pierwszy szok przeżył wkrótce po przebudzeniu. Gdy doktor Rudenko
wyprowadziła go z długiego snu, Walter Curnow unosił się tuż obok niej i oboje tak bardzo ucieszyli się z jego powrotu do życia, że nawet
półprzytomny pomyślał, że coś jest nie tak. Gdy w pełni doszedł do
siebie, wyjawili mu powód swojego niepokoju: doktora Chandry już z nimi
nie było.
Gdzieś przed orbitą Marsa po prostu odszedł, przebiegło to tak
niedostrzegalnie, że system monitorujący nie był w stanie precyzyjnie
określić chwili jego śmierci. Wystrzelone w próżnię ciało podążyło z wyprzedzeniem torem orbity Leonowa i już jakiś czas temu zostało
pochłonięte przez Słońce.
Przyczyna śmierci pozostała nieznana, lecz Maks Brajlowski miał na ten
temat swoje zdanie. Było ono wysoce nienaukowe, ale nawet Katerina nie
próbowała z nim dyskutować.
- Nie mógł żyć bez Hala.
Jedynie Walter zdecydował się na krótki komentarz.
- Ciekawe, jak Hal to przyjmie - rzucił. - Na pewno coś monitoruje
wszystkie nasze przekazy. Prędzej czy później się dowie.
A teraz Curnowa też już nie było, odszedł tak jak wszyscy, z wyjątkiem
małej Żeni. Floyd nie widział jej od dwudziestu lat, ale kartka od niej
przychodziła niezmiennie w każde święta Bożego Narodzenia.
Ostatnia wciąż wisiała nad jego biurkiem. Przedstawiała obładowaną
prezentami trojkę pędzącą pośród śniegów rosyjskiej zimy i obserwowaną
przez wygłodniałe wilki.
Czterdzieści pięć lat! Czasami miał wrażenie, że Leonow ledwie wczoraj
powrócił na orbitę Ziemi, zbierając oklaski od całej ludzkości. Były one
jednak dziwnie stłumione, pełne szacunku, ale brakowało w nich
prawdziwego entuzjazmu. Misja do Jowisza okazała się zbyt wielkim
sukcesem, otworzyła w pewien sposób puszkę Pandory, której zawartość nie
była jeszcze znana.
Gdy na Księżycu odkopano czarny monolit, znany jako pierwsza
Tycho-Magnetyczna Anomalia, z początku tylko garstka ludzi wiedziała o jego istnieniu. Dopiero po niefortunnej wyprawie Discovery do Jowisza
świat usłyszał, że cztery miliony lat wcześniej inna inteligentna forma
życia odwiedziła Układ Słoneczny i zostawiła tu swego rodzaju
wartownika. Była to wielka nowina, ale niekoniecznie ogromne
zaskoczenie, od dziesiątków lat oczekiwano podobnego odkrycia.
Ale tamto zdarzyło się na długo przed zaistnieniem rasy ludzkiej. To, do
czego doszło na pokładzie Discovery już na orbicie Jowisza, jakkolwiek
zdumiewające, nie wydawało się niczym więcej jak zwykłą awarią. Samo
istnienie TMA-1 rodziło wprawdzie poważne filozoficzne implikacje,
niemniej od strony czysto praktycznej ludzkość wciąż była we
wszechświecie jakby sama.
Lecz to się zmieniło. Okazało się, że ledwie trzy minuty świetlne od
Ziemi, czyli w skali kosmicznej odległość rzutu kamieniem, znajdowało
się coś, co potrafiło rozpalić nową gwiazdę i w sobie tylko znanym celu
zniszczyć planetę tysiąc razy większą od Ziemi. Jeszcze bardziej
złowieszczy był fakt, że owa siła świetnie wiedziała o istnieniu
ludzkości, czemu dała wyraz w ostatniej wiadomości, którą Discovery
przesłał z układu Jowisza, zanim ten spłonął w momencie ognistych
narodzin Lucyfera: WSZYSTKIE TE ŚWIATY SĄ WASZE - Z WYJĄTKIEM EUROPY.
NIE PRÓBUJCIE TAM LĄDOWAĆ.
Nowa, olśniewająca gwiazda, która przegnała noc, wracającą tylko na
kilka miesięcy każdego roku, gdy Lucyfer przechodził akurat za Słońcem,
budziła wśród ludzi zarówno nadzieję, jak i strach. Strach, bo trudno
nie lękać się nieznanego, zwłaszcza gdy objawia się jako siła
praktycznie wszechmocna. Nadzieję zaś budziły przemiany, do jakich
doszło w światowej polityce.
Często mawiano, że jedyną rzeczą, która może zjednoczyć ludzkość, jest
zagrożenie z kosmosu.
Nikt nie wiedział, czy Lucyfer stanowi zagrożenie, ale z pewnością było
to wyzwanie. I jak się okazało, to wystarczyło.
Heywood obserwował zmiany geopolityczne z wyżyn szpitala Pasteura, czyli
jakby trochę z zewnątrz. Jakby sam był obcym patrzącym na Ziemię z kosmosu. Z początku nie miał zamiaru tu pozostawać po całkowitym
wyzdrowieniu. Trwało to jednak na tyle długo, że zdumieni lekarze nie
kryli irytacji.
Patrząc wstecz z perspektywy późniejszych, spokojnych lat, Floyd zdawał
się rozumieć, dlaczego właściwie kości nie chciały mu się zrosnąć.
Po prostu nie pragnął wracać na Ziemię. Nic go nie łączyło z tą jasną,
niebiesko-białą kulą, która wypełniała niebo. Bywały chwile, że całkiem
dobrze rozumiał, iż Chandra mógł stracić chęć do życia.
Czysty przypadek sprawił, że stracił pierwszą żonę w locie do Europy.
Teraz Marion stanowiła wspomnienie z innego życia, niekoniecznie nawet
jego własnego, ich dwie córki zaś były sympatycznymi nieznajomymi z własnymi rodzinami.
Caroline stracił jednak przez własne postępowanie, chociaż tak naprawdę
nie miał wówczas wyboru. Nigdy nie zrozumiała, dlaczego opuścił ten
piękny dom, który razem urządzili, aby spędzić całe lata na pustkowiach
daleko od Słońca. On sam też do końca tego nie rozumiał. Zanim jeszcze
misja dobiegła końca, dowiedział się, że Caroline nie będzie na niego
czekać, ale żywił nadzieję, że chociaż Chris mu wybaczy, że na tak długo
został bez ojca. Lecz i to nie było mu dane. Jego syn znalazł ojca w kimś innym, gdy Caroline związała się ponownie z mężczyzną. Wyobcowanie
było całkowite. Myślał, że nigdy się z tym nie pogodzi, ale w pewnym
sensie jednak tak się stało.
Jego ciało także spiskowało przeciwko niemu, działając pod dyktando
pragnień nieświadomości. Gdy w końcu wrócił na Ziemię po długiej
rekonwalescencji w szpitalu Pasteura, szybko pojawiły się niepokojące
symptomy, w tym coś podejrzanie podobnego do martwicy kości, tak że czym
prędzej przewieziono go z powrotem na orbitę. I tam już pozostał, jeśli
nie liczyć kilku wypadów na Księżyc, całkowicie przystosowany do życia w reżimie grawitacyjnym wahającym się od zera do jednej szóstej ziemskiego
przyciągania, czyli maksymalnej wartości obecnej w obracającym się
powoli wokół własnej osi szpitalu kosmicznym.
Nie został odludkiem, do tego było mu daleko. Nawet podczas
rekonwalescencji dyktował raporty, składał zeznania przed mnożącymi się
żywiołowo komisjami, udzielał wywiadów przedstawicielom mediów. Był
sławny i lubił to doświadczenie, dopóki wielka sława nie przeminęła. To
pomogło mu zaleczyć wewnętrzne rany.
Wydawało się, że pierwsza dekada, lata 2020-2030, minęła tak szybko, że
teraz już nawet niezbyt potrafił ją odtworzyć. Owszem, zdarzały się
wtedy zwykłe kryzysy, skandale, zbrodnie i katastrofy, przede wszystkim
wielkie trzęsienie ziemi w Kalifornii, którego skutki obserwował z pełnym fascynacji przerażeniem na ekranach kamer szpitala. Przy
maksymalnym powiększeniu i w sprzyjających warunkach mógł dojrzeć nawet
pojedynczych ludzi, chociaż przy jego "boskim" punkcie widzenia trudno
mu było utożsamiać się z owymi sylwetkami istot uciekających z płonących
miast. Dopiero obrazy przekazywane z kamer naziemnych ukazywały
prawdziwą skalę kataklizmu.
W tamtych latach, chociaż skutki stały się widoczne dopiero później,
polityczne płyty tektoniczne poruszały się równie nieubłaganie jak
geologiczne, lecz w pewien sposób odwrotnie, jakby dla nich czas biegł
wstecz. Na początku dziejów lądy Ziemi tworzyły jeden superkontynent,
Pangeę, która przez eony podzieliła się na szereg mniejszych obszarów.
Podobnie i gatunek ludzki dzielił się w miarę biegu historii na
niezliczone plemiona i narody. Teraz zaś to wszystko zdawało się wracać
do stanu pierwotnego, dawne podziały językowe i kulturowe zaczęły się
rozmywać.
Tak naprawdę Lucyfer tylko przyspieszył proces, który zaczął się
dziesiątki lat wcześniej, gdy nadejście ery odrzutowców wywołało
eksplozję światowej turystyki. Niemal w tym samym czasie, co oczywiście
nie było przypadkiem, satelity i optyka światłowodowa zrewolucjonizowały
sektor łączności. Wraz z historycznym zniesieniem opłat za połączenia
międzystrefowe 31 grudnia 2000 roku każda rozmowa telefoniczna stała się
lokalna, rasa ludzka zaś powitała nowe tysiąclecie jako odradzająca się,
wielka i namiętnie plotkująca rodzina.
Jak w większości rodzin, nie zawsze panował w niej spokój, ale te spory
nie zagrażały już całej planecie. Podczas drugiej i ostatniej wojny z wykorzystaniem ładunków atomowych użyto nie więcej bomb niż podczas
pierwszej. Były to dokładnie dwa ładunki i chociaż oba okazały się o wiele silniejsze niż te zastosowane przed ponad pół wiekiem, liczba
ofiar okazała się znacznie niższa, ponieważ wykorzystano je do
zniszczenia słabo zaludnionych obszarów instalacji naftowych. W tym
momencie Wielka Trójka: Chiny, USA i Rosja zadziałały z godną pochwały
szybkością i mądrością, zamykając szczelnie strefę konfliktu do chwili,
gdy jego pozostali przy życiu uczestnicy nie odzyskali rozsądku.
W tamtym dziesięcioleciu wielka wojna między mocarstwami była już czymś
niewyobrażalnym, całkiem jak ewentualna bitwa między Kanadą a Stanami
Zjednoczonymi wiek wcześniej. Nie było to spowodowane jakąś ogromną
zmianą na lepsze natury ludzkiej, trudno byłoby też wyłonić jeden
odpowiedzialny za to czynnik, może poza zwykłą zasadą, żeby wybierać
raczej życie zamiast śmierci. Ta maszyneria na rzecz pokoju nie została
nawet przez nikogo świadomie zaplanowana, niemniej gdy politycy odkryli
jej istnienie, uznali ją za pożądaną i nie przeszkadzali jej działać.
Ruch "Zakładników Pokoju" też nie został wymyślony przez żadnego
polityka czy idealistę dowolnego wyznania. Nawet sama nazwa została
ukuta dopiero długo po tym, gdy ktoś to zauważył, uświadamiając
ludzkości, że w dowolnej chwili można było doliczyć się stu tysięcy
radzieckich turystów w Stanach Zjednoczonych i jakiegoś pół miliona
amerykańskich w Związku Radzieckim. Przy czym większość z nich tak samo
jak w domu narzekała z upodobaniem na systemy wodno-kanalizacyjne.
Co zaś jeszcze ważniejsze, w obu grupach było nieproporcjonalnie wiele
osób o wysokiej pozycji społecznej, synów i córek bogatych rodzin,
potomków ludzi z kręgów władzy i wpływów.
A nawet gdyby ktoś bardzo chciał, nie można już było zaplanować wojny na
dużą skalę. Lata dziewięćdziesiąte oznaczały nadejście ery jawności, gdy
co bardziej przedsiębiorcze koncerny medialne zaczęły wystrzeliwać
własne satelity ze sprzętem fotograficznym o parametrach porównywalnych
z tym, czym przez ostatnie trzydzieści lat dysponowały siły zbrojne.
Pentagon i Kreml były wręcz wściekłe, ale nie miało to większego wypływu
na poczynania Agencji Reutera i Associated Press czy czuwających
dwadzieścia cztery godziny na dobę kamer Orbitalnego Serwisu
Informacyjnego.
Wprawdzie do 2060 roku świat nie został całkowicie rozbrojony, jednak
powszechne pacyfistyczne nastawienie pozwoliło na objęcie pozostałych
jeszcze pięćdziesięciu ładunków nuklearnych międzynarodową kontrolą.
Było zaskakująco mało głosów sprzeciwu, gdy popularny monarcha Edward
VIII został wybrany na pierwszego prezydenta planetarnego. Tylko
dziesięć krajów odcięło się od tego kroku. Najbardziej znacząca była
wśród nich wciąż uparcie neutralna Szwajcaria (której restauracje i hotele i tak witały przedstawicieli nowej administracji z otwartymi
ramionami), ale były też fanatycznie niezależne Falklandy, opierające
się wszelkim próbom podejmowanym przez Brytyjczyków i Argentyńczyków,
żeby jednak przejąć kontrolę nad wyspami.
Demontaż ogromnego i wielce pasożytniczego przemysłu zbrojeniowego
wywarł olbrzymi i bezprecedensowy, chociaż czasem kłopotliwy wpływ na
rozwój światowej gospodarki. Deficytowe surowce przestały znikać w czarnej dziurze, a genialne talenty inżynierskie zamiast dziełem
zniszczenia mogły się zająć naprawą zniszczeń i odbudową tego
wszystkiego, co przez stulecia było zaniedbywane.
Jak i budową nowego świata. Ludzkość odnalazła wreszcie "moralnie
akceptowalny odpowiednik wojny" - wyzwanie zdolne wchłonąć wszystkie
nadwyżki ludzkiej energii, i to o tysiąclecia wcześniej, niż ktokolwiek
śmiał marzyć.
4. Potentat
Gdy William Tsung przyszedł na świat,
został okrzyknięty "najdroższym dzieckiem w historii". Cieszył się tym
tytułem tylko dwa lata, do chwili narodzin jego siostry. Jej nikt go nie
odebrał, teraz zaś, gdy prawo dotyczące liczebności rodziny zostało
uchylone, nie było nawet nowych pretendentów.
Ich ojciec, legendarny sir Lawrence, urodził się, gdy Chiny przywróciły
surową zasadę "jedna rodzina, jedno dziecko". W ten sposób pojawiło się
całe pokolenie dostarczające okazji do niezliczonych badań specjalistom
od psychologii i nauk społecznych. To było coś niezwykłego i niespotykanego w ludzkiej historii, tylu jedynaków, w wielu przypadkach
pozbawionych także wujków i ciotek. Jednak radzili sobie, chociaż nie
zdołano nigdy rozstrzygnąć, czy wynikało to z ogólnej odporności naszego
gatunku czy ze specyfiki chińskiego modelu "poszerzonej rodziny".
Tak czy siak, dzieci urodzone w tamtych dziwnych czasach były osobliwie
wolne od szram i blizn, chociaż z pewnością nie wyszły z tego tak
całkiem bez szwanku. Sir Lawrence też zrobił naprawdę wiele, by
zrekompensować sobie osamotnienie w okresie dzieciństwa.
Gdy w 22 roku urodziło się jego drugie dziecko, system licencjonowania
był już oficjalnym prawem. Można było mieć tyle dzieci, ile tylko się
chciało, pod warunkiem wniesienia odpowiedniej opłaty (żyjący jeszcze
komuniści ze starej gwardii nie byli jedynymi, którzy uważali cały plan
za z gruntu przerażający, ale zostali przegłosowani przez pragmatycznych
kolegów z raczkującego kongresu Partii Ludowo-Demokratycznej Republiki).
Pierwsze i drugie dziecko były bezpłatne. Trzecie kosztowało milion
soli. Czwarte już dwa miliony. Piąte cztery miliony i tak dalej.
Radośnie ignorowano przy tym fakt, że teoretycznie w Ludowej Republice
nie było ani jednego kapitalisty.
Młody pan Tsung (działo się to oczywiście lata przed tym, nim król
Edward obdarzył go szlachectwem) nigdy nie ujawnił, o czym wówczas
myślał. Gdy urodziło się jego piąte dziecko, był wciąż ledwie
milionerem. Ale miał dopiero czterdzieści lat, gdy po zakupie Hongkongu
okazało się, że cena nie była aż tak wysoka, jak się obawiał, i zostało
mu w ręku sporo drobnych.
Tak przynajmniej powtarzano, lecz podobnie jak w wielu innych
opowieściach o życiu sir Lawrence'a, tak i tutaj trudno było odróżnić
prawdę od późniejszej legendy. Z pewnością nie były prawdziwe pogłoski,
jakoby pierwszej fortuny dorobił się dzięki słynnemu pirackiemu wydaniu
Biblioteki Kongresu, które miało rozmiar pudełka po butach. Cały obrót
molekularnymi modułami pamięci odbywał się poza Ziemią, co stało się
możliwe dzięki zaniedbaniu Stanów Zjednoczonych, które nie ratyfikowały
Traktatu księżycowego.
Wprawdzie sir Lawrence nie został multibiliarderem, lecz stworzona przez
niego grupa korporacji uczyniła go najbardziej wpływowym finansowo
człowiekiem na Ziemi. Było to całkiem niezłe osiągnięcie jak na syna
skromnego handlarza kasetami wideo na obszarze znanym jako Nowe
Terytoria. Zapewne w ogóle nie zauważył wydatku ośmiu milionów na
licencję dla dziecka numer sześć ani nawet tych trzydziestu dwóch, które
kosztował go numer osiem. Sześćdziesiąt cztery musiał zapłacić za
dziewiąte, co dało mu światowy rozgłos, po dziesiątym zaś suma zakładów
postawionych na jego przyszłe plany prokreacyjne mogła przekroczyć kwotę
dwustu pięćdziesięciu sześciu milionów, które musiałby wówczas wydać.
Jednak w tym momencie lady Jasmine, która w nader harmonijny sposób
łączyła w sobie wytrzymałość stali i miękkość jedwabiu, zdecydowała
ostatecznie, że dynastia Tsungów została wystarczająco rozbudowana.
Czysty przypadek (jeśli coś takiego w ogóle istnieje) zdecydował, że sir
Lawrence zaangażował się w sektor kosmiczny. Już wcześniej inwestował
mocno w obszary powiązane z żeglugą i lotnictwem, ale za tę część
interesów odpowiedzialna była piątka jego synów i ich współpracownicy.
Prawdziwą miłością sir Lawrence darzył obszar medialny, czyli gazety
(te, które jeszcze zostały), książki, czasopisma (papierowe i elektroniczne), przede wszystkim zaś globalne sieci telewizyjne.
Wówczas kupił wspaniały stary hotel Peninsular, który w ubogich czasach
jawił mu się jako symbol bogactwa i władzy, po czym przebudował go i uczynił swoją rezydencją oraz siedzibą głównych biur. Otoczył go pięknym
parkiem, na który teren uzyskał, spychając wielkie centra handlowe pod
ziemię (jego nowo utworzona firma Laser Excavation Corporation zbiła na
tym fortunę, zwłaszcza że wiele miast poszło potem za jego przykładem).
Pewnego dnia, gdy podziwiał malowniczą panoramę miasta po drugiej
stronie zatoki, uznał, że trzeba jednak trochę tu poprawić. Widok z niższych pięter hotelu był od wielu dziesiątków lat przesłaniany przez
duży budynek przypominający zgniecioną piłeczkę golfową. Sir Lawrence
zdecydował, że pora go stamtąd usunąć.
Dyrektor planetarium w Hongkongu, powszechnie uważanego za jedno z pięciu najlepszych na świecie, miał w tej sprawie inny pogląd i sir
Lawrence był zachwycony, że spotkał kogoś, kogo za żadną cenę nie mógł
kupić. Zostali bliskimi przyjaciółmi, a gdy doktor Hessenstein
zorganizował specjalną prezentację dla uczczenia sześćdziesiątych
urodzin sir Lawrence'a, nie wiedział jeszcze, że przyczynił się w ten
sposób do zmiany historii Układu Słonecznego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki