Od autora
Powieść Odyseja kosmiczna 2001 powstała w latach 1964-1968 i została opublikowana w lipcu 1968, wkrótce po
premierze filmu. Jak opisałem to w The Lost Worlds of 2001, książka i scenariusz powstawały równocześnie, z pełną wymianą informacji w obu
kierunkach. Zdarzało się zatem, że poprawiałem coś w tekście po
wprowadzeniu nowych wątków w filmowej wersji opowieści, co było
doświadczeniem osobliwym i z pewnością mało ekonomiczną formą tworzenia.
W ten sposób jednak książka i film stały się sobie bliższe, niż zwykle
się to zdarza. Z drugiej strony mamy także zasadnicze różnice. W powieści statek kosmiczny Discovery zdążał do Japetusa, najbardziej
tajemniczego z wielu księżyców Saturna. Po drodze zaś przeszedł blisko
Jowisza, wykorzystując silne pole grawitacyjne olbrzyma w celu
przyspieszenia, by przebyć ostatni odcinek podróży niczym "wystrzelony z procy". To samo zdarzyło się w 1979 roku sondom kosmicznym Voyager
podczas pierwszego dokładniejszego badania gazowych olbrzymów.
Stanley Kubrick mądrze darował sobie ten wątek w filmie i u niego do
konfrontacji człowieka i monolitu dochodzi pośród księżyców Jowisza.
Saturn całkiem zniknął ze scenariusza, lecz Douglas Trumbull wykorzystał
zdobyte wówczas doświadczenie do stworzenia pierścieni planety we
własnej produkcji Niemy wyścig.
W połowie lat sześćdziesiątych nikt nawet nie przypuszczał, że pierwsze
podejście do eksploracji księżyców Jowisza wykonany nie w następnym
stuleciu, ale już po piętnastu latach. Nikomu też nie śniły się
cudowności, na które przyjdzie tam trafić, chociaż obecnie możemy mieć
pewność, że odkrycia poczynione przez obie sondy Voyager zbledną pewnego
dnia wobec nowych znalezisk. W czasie pisania Odysei kosmicznej 2001
Io, Europa, Ganimedes i Kallisto były zaledwie punktami świetlnymi i nawet najpotężniejsze teleskopy nie były w stanie powiedzieć nam o nich
nic więcej. Teraz wiemy już, jakie to są światy, każdy z nich wyjątkowy
i niepowtarzalny, przy czym Io okazał się najbardziej aktywnym
wulkanicznie ciałem niebieskim w całym Układzie Słonecznym.
Jednak biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności, zarówno film, jak i książka całkiem nieźle się obroniły w tej próbie czasu, przedstawienia
Jowisza zaś nie są jakoś specjalnie sprzeczne z obrazami uzyskanymi z kamer Voyagera. Niemniej, cokolwiek by pisać o tym dzisiaj, trzeba brać
pod uwagę odkrycia z 1979 roku i fakt, że jowiszowe księżyce nie są już
niezbadanym terytorium.
Jest jeszcze inny, bardziej subtelny, psychologiczny czynnik, który
także należy uwzględnić. Odyseja kosmiczna 2001 powstała w epoce już
minionej, która zakończyła się w chwili, gdy Neil Armstrong postawił
stopę na powierzchni Księżyca. Gdy Stanley Kubrick i ja zaczęliśmy
pracować nad "wzorcowym filmem science fiction" (jak on to określił), do
20 lipca 1969 roku było jeszcze dobre kilka lat. Ostatecznie jednak
historia i fikcja splotły się nierozerwalnie.
Astronauci misji Apollo widzieli już nasz film, gdy szykowali się do
lotu na Księżyc. Załoga Apolla 8, która w Boże Narodzenie 1968 roku
ujrzała drugą stronę srebrnego globu - był to pierwszy raz, gdy człowiek
mógł to uczynić bezpośrednio - wspominała potem, że bardzo ich kusiło,
by zameldować przez radio o dostrzeżeniu wielkiego czarnego monolitu.
Niestety rozsądek zwyciężył.
Później zdarzyły się przedziwne wypadki, które w pewien sposób
naśladowały sztukę. Mam na myśli przede wszystkim historię lotu Apolla
13 w 1970 roku. Nie dość, że moduł załogowy otrzymał wówczas nazwę
Odyssey, to tuż przed wybuchem zbiornika z tlenem, co zmusiło załogę do
przerwania misji, odtworzyła ona Tako rzecze Zaratustra Richarda
Straussa, motyw kojarzony z filmem.
Gdy doszło do utraty zasilania, Jack Swigert zwrócił się przez radio do
kontroli misji: "Houston, mamy problem". Podobnie (i przy podobnej
okazji) zwrócił się w powieści Hal do Franka Poole'a: "Przepraszam, że
przerywam uroczystość, ale mamy problem".
Gdy później opublikowano raport z misji Apolla 13, Tom Paine,
administrator NASA, przysłał mi egzemplarz dokumentu z komentarzem przy
słowach Swigerta: "Było dokładnie tak, jak zapowiadałeś, Arthurze".
Nadal czuję się trochę nieswojo, ilekroć o tym pomyślę, całkiem jakbym w pewien sposób był odpowiedzialny za ich problemy.
Kolejne podobieństwo było znacznie mniej dramatyczne, ale za to nader
wymowne. Jedna z najciekawszych technicznie scen filmu to ta, w której
Frank Poole biega w środku olbrzymiej "wirówki" tworzącej część
załogowej przestrzeni Discovery. Może to robić dzięki sztucznej
grawitacji wytwarzanej przez ruch obrotowy modułu. Niemal dziesięć lat
później załoga stacji kosmicznej Skylab spróbowała zrobić coś podobnego
na gładkiej powierzchni w pierścieniu magazynowym. Skylab nie został
wprawiony w ruch obrotowy, ale załoganci i tak znaleźli sposób -
odkryli, że jeśli będą biegać niczym myszy w kołowrotku, osiągną efekt
optycznie nieodróżnialny od tego, co pokazano w filmie.
Przesłali nagranie z tego ćwiczenia na Ziemię, oczywiście z właściwym
podkładem muzycznym oraz komentarzem: "Stanley Kubrick powinien to
zobaczyć". I tak się stało: wysłałem mu nagranie w formacie wideo (nigdy
mi go nie odesłał, ale Stanley używa podręcznej czarnej dziury jako
systemu archiwizacji).
Innym motywem jest obraz namalowany przez dowódcę misji Apollo-Sojuz,
kosmonautę Aleksieja Leonowa, zatytułowany W pobliżu Księżyca. Po raz
pierwszy zobaczyłem go w 1968 roku, gdy film został zaprezentowany na
konferencji Organizacji Narodów Zjednoczonych w sprawie pokojowego
wykorzystania przestrzeni kosmicznej. Zaraz po seansie Aleksiej zwrócił
mi uwagę, że jego obraz (przedstawiony na 32 stronie książki Leonowa i Sokołowa Żditie nas, zwiezdy, Moskwa 1967) ukazuje tę samą
konfigurację ciał niebieskich, jaką widzimy na początku filmu: Ziemia
wschodząca nad Księżycem i Słońce wznoszące się ponad nimi. Opatrzony
autografem szkic do tego obrazu wisi teraz na ścianie mojego gabinetu, a więcej o nim można przeczytać w rozdziale 12.
To jest chyba właściwa chwila, żeby przywołać jeszcze jedną postać,
która pojawia się w tej książce. Qian Xuesen (Tsien) był jednym z założycieli Guggenheim Aeronautical Laboratory przy California Institute
of Technology (GALCIT), poprzednika słynnego Jet Propulsion Laboratory w Pasadenie. Działo się to w 1936 roku, a wiązały się z tym inne, znane
nazwiska, jak Theodore von Kármán i Frank J. Malina. Doktor Xuesen był
także pierwszym profesorem Fundacji Goddarda w California Institute of
Technology i miał duży udział w rozwoju amerykańskich badań rakietowych
w latach czterdziestych. Później, w jednym z najbardziej haniebnych
epizodów okresu McCarthy'ego, został aresztowany na podstawie fałszywych
zarzutów i musiał wrócić do ojczyzny. Obecnie od dwudziestu lat jest
jedną z najważniejszych postaci chińskiego programu
rakietowego1.
No i jest jeszcze dziwny przypadek "Oka Japetusa" - przedstawiony w rozdziale 35 pierwszej Odysei kosmicznej 2001. Opisałem tam odkrytą na
powierzchni satelity białą formację w kształcie elipsy, długą i szeroką
na setki kilometrów. Była idealnie symetryczna i miała tak ostre
krawędzie, jakby ktoś ją namalował na powierzchni globu, gdy zaś Bowman
znalazł się nieco bliżej, dostrzegł w samym środku tego "pustego oka"
ciemną plamkę, która okazała się monolitem (lub jednym z jego awatarów).
Gdy Voyager 1 przesłał pierwsze zdjęcia Japetusa, dał się na nich
dojrzeć wyraźny biały owal z małą czarną kropką pośrodku. Carl Sagan
natychmiast wysłał mi odbitkę z Jet Propulsion Laboratory z nieco
tajemniczą adnotacją: "Myślę o tobie...". Sam nie wiem, czy powinienem
czuć się rozczarowany, czy raczej się cieszyć, że Voyager 2 pozostawił
sprawę otwartą i nadal nie wiemy dokładnie, co to właściwie jest.
Można więc powiedzieć, że ta książka jest czymś więcej niż tylko
kontynuacją wcześniejszej powieści (czy filmu). Gdy występowały między
nimi jakieś różnice, podążałem zwykle tropem filmowym, lecz przede
wszystkim zwracałem uwagę na spójność wewnętrzną powieści i zgodność z obecnym stanem wiedzy.
Nawet jeśli spora część tej wiedzy zdezaktualizuje się do roku 2001...
Arthur C. Clarke
Kolombo, Sri Lanka
styczeń 1982
Zmarł w 2009 roku w Chinach. [wróć]
1. Spotkanie w ogniskowej
Nawet w nowym stuleciu, które postawiło na
system metryczny, nazywano ten teleskop tysiącstopowym, nie
trzystumetrowym. Wpasowany między wzgórza wielki spodek był już w połowie pogrążony w cieniu, ale szybko się zniżające tropikalne słońce
nadal oświetlało trójkątny pomost zawieszony nad samym środkiem
zwierciadła. Ktoś patrzący z dołu mógłby dostrzec dwie ludzkie sylwetki
zagubione pośród dźwigarów, kabli nośnych i falowodów.
- Czas wrócić do pewnych rozmów - powiedział doktor Dimitri Mojsewicz do
swojego starego przyjaciela Heywooda Floyda. - Na przykład o statkach,
składkach i łatkach, a przede wszystkim o monolitach i niesprawnych
komputerach.
- To dlatego wyciągnąłeś mnie tu z konferencji. Nie żebym miał coś
przeciwko temu. Tyle razy słyszałem, jak Carl mówi o SETI, że mógłbym go
zastąpić. Poza tym tu jest fantastyczny widok. Odwiedzam Arecibo od lat,
ale jakoś nigdy nie dotarłem na rusztowania anten.
- Kiepsko się starałeś. Ja byłem tu trzy razy. Pomyśl tylko,
podsłuchujemy cały wszechświat, ale nas nikt nie może podsłuchać.
Porozmawiajmy więc o twoim problemie.
- Jakim problemie?
- Na początek dlaczego musiałeś zrezygnować z funkcji przewodniczącego
Narodowej Rady Astronautyki.
- Nie musiałem. Po prostu Uniwersytet Hawajski płaci dużo lepiej.
- Dobrze, nie musiałeś, uprzedziłeś tylko ich działania. Ale po tylu
latach, Woody, nie oszukasz mnie tak łatwo, więc nawet nie próbuj. Gdyby
rada zaproponowała ci powrót, zgodziłbyś się bez wahania?
- Dobra, stary kozaku. Co chcesz wiedzieć?
- Po pierwsze, w raporcie, który w końcu byłeś uprzejmy opublikować,
jest wiele niedopowiedzeń. Pominę już to, jak bardzo nielegalne i dziwne
było utrzymywanie w tajemnicy odkrycia monolitu w Tychonie...
- To nie był mój pomysł.
- Miło mi to słyszeć. I nawet ci wierzę. Doceniamy, że teraz wszyscy
mają do niego swobodny dostęp. Od tego należało zacząć. Chociaż po
prawdzie wiele by to nie dało...
Na chwilę zapadła cisza. Obaj wiedzieli co nieco na temat mrocznej
księżycowej zagadki i owego tworu, który opierał się wszystkim znanym
ludzkości metodom badawczym.
- Ale czymkolwiek jest ten monolit, mamy jeszcze Jowisza - odezwał się w końcu radziecki naukowiec. - To tam został skierowany sygnał z Księżyca,
tam wasi ludzie wpadli w kłopoty. Przykro mi z tego powodu, chociaż z całej załogi znałem osobiście tylko Franka Poole'a. Spotkałem go na
kongresie IAF w 1998 roku, wyglądał na sensownego gościa.
- Dziękuję, wszyscy byli bardzo w porządku. Szkoda, że nie wiemy, co
naprawdę się z nimi stało.
- Cokolwiek to było, z pewnością się zgodzisz, że to sprawa całej
ludzkości, nie tylko Stanów Zjednoczonych. Nie powinniście rozgrywać
tych wydarzeń dla własnych politycznych korzyści.
- Dima, doskonale wiesz, że twoi rodacy postąpiliby tak samo. A ty byś
im pomógł.
- Masz całkowitą rację. Ale to już zamierzchła historia. Podobnie jak i cała wasza administracja odpowiedzialna za ten bałagan. Nowy prezydent
może się okazać znacznie mądrzejszy.
- Możliwe. Chcesz coś zasugerować? To oficjalne stanowisko czy tylko
osobiste refleksje?
- Na razie nic oficjalnego. Jak mawiają ci cholerni politycy, to wstępne
rozmowy. W razie czego zaprzeczę, że w ogóle się spotkaliśmy.
- Jasno postawiona sprawa. Mów dalej.
- Dobrze. Oto, jak przedstawia się sytuacja. Macie Discovery 2 na
orbicie parkingowej, ale chociaż bardzo się staracie, montaż elementów
postępuje tak wolno, że statek nie będzie gotowy wcześniej niż za trzy
lata. To oznacza, że przegapicie najbliższe okno startowe.
- Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam. Pamiętaj, że jestem tylko skromnym
uczelnianym kanclerzem, który nie ma nic wspólnego z Narodową Radą
Astronautyki.
- A ostatnio poleciałeś do Waszyngtonu tylko na wspominki ze starymi
kumplami. Kontynuując wątek, nasz Aleksiej Leonow...
- Myślałem, że nazwaliście go Herman Titow.
- Pomyłka, kanclerzu. Kochana stara CIA znowu zawiodła. To Leonow,
przynajmniej od stycznia. I nie powtarzaj nikomu, że według moich
informacji dotrze do Jowisza rok przed Discovery.
- A ty nie powtarzaj nikomu, że tego się właśnie obawialiśmy. Ale mów
dalej.
- Ponieważ moi szefowie są tak samo głupi i krótkowzroczni jak twoi,
chcą zrobić to sami. Co oznacza, że cokolwiek poszło nie tak w waszym
przypadku, nam też może się przydarzyć i wszyscy wrócimy do punktu
wyjścia. Albo i gorzej.
- Jak myślisz, co tam się stało? Jesteśmy tak samo zdumieni jak wy. I nie mów, że nie macie wszystkich transmisji Bowmana.
- Oczywiście, że mamy. Także ostatnią: "Mój Boże, tam jest pełno
gwiazd!". Zrobiliśmy nawet analizę głosu, żeby sprawdzić poziom stresu.
Nie sądzimy, żeby miał halucynacje, raczej starał się opisać to, co
naprawdę widział.
- A co sądzisz o przesunięciu dopplerowskim?
- To oczywiście jakiś absurd. Kiedy straciliśmy jego sygnał, oddalał się
z jedną dziesiątą prędkości światła. I osiągnął tę prędkość w niecałe
dwie minuty. To oznaczałoby ćwierć miliona g!
- Nie miałby prawa przeżyć.
- Nie udawaj naiwnego, Woody. Wasz sprzęt nadawczy nie wytrzymałby nawet
jednej setnej takiego przyspieszenia. Ale jakoś działał. A skoro tak, to
Bowman najpewniej żył, przynajmniej dopóki nie stracił z nami kontaktu.
- Sprawdzam tylko, do czego doszliście w swoim rozumowaniu. I wychodzi
na to, że wszyscy jesteśmy w ciemnej głębi. Chyba że jednak macie jakiś
pomysł?
- Mamy całą masę zwariowanych pomysłów, które wstyd nawet artykułować. Z drugiej strony podejrzewam, że żaden nie jest choć w połowie tak
niesamowity jak prawda.
Na szczytach trzech smukłych wież, które podtrzymywały konstrukcję,
zajaśniały nagle szkarłatne światła ostrzegawcze i płonęły niczym
latarnie na coraz ciemniejszym niebie. Ostatni skrawek czerwonego słońca
zniknął za okolicznymi wzgórzami. Heywood Floyd miał nadzieję zobaczyć
zielony promień, którego nigdy nie widział, ale i tym razem się nie
udało.
- Zatem przejdźmy do rzeczy, Dimitri - powiedział. - Do czego zmierzasz?
- Discovery musi skrywać ogrom bezcennych informacji. I najpewniej
nadal są one zbierane, chociaż statek zaprzestał nadawania. Chcielibyśmy
je mieć.
- To zrozumiałe. Ale gdy wasz Leonow już dotrze na miejsce, co wam
przeszkodzi w wejściu na pokład Discovery i skopiowaniu wszystkiego,
co znajdziecie?
- Nigdy nie sądziłem, że będę musiał ci przypomnieć, iż Discovery to
pod względem prawnym teren Stanów Zjednoczonych. Wtargnięcie na jego
pokład byłoby aktem piractwa.
- Z wyjątkiem sytuacji zagrożenia życia, co nie byłoby trudne do
zaaranżowania. Niby jak mielibyśmy sprawdzić, co wasi chłopcy robią w odległości miliarda kilometrów?
- Dzięki za użyteczną sugestię, przekażę to dalej. Nawet gdybyśmy weszli
na pokład, rozgryzienie waszych systemów, żeby dostać się do banków
pamięci statku, zajęłoby nam całe tygodnie. Dlatego proponuję
współpracę. Jestem przekonany, że to najlepsze wyjście. Przy czym obaj
możemy zyskać, sprzedając to we właściwy sposób naszym przełożonym.
- Chcesz, żeby jeden z naszych astronautów zabrał się Leonowem?
- Tak. I najlepiej gdyby był to inżynier specjalizujący się w systemach
Discovery. Taki jak ci, których szkolisz w Houston, żeby sprowadzili
statek do domu.
- Skąd wiesz?
- Na litość boską, Woody, "Aviation Week" puścił wideoartykuł o tym co
najmniej miesiąc temu.
- Chyba nie jestem na bieżąco. Nie powiedziano mi, że to zostało
odtajnione.
- Tym bardziej warto ponownie zajrzeć do Waszyngtonu. Wesprzesz mnie?
- Oczywiście. Zgadzam się z tobą w stu procentach. Ale...
- Ale co?
- Obaj mamy do czynienia z dinozaurami, które mają mózgi w ogonach.
Niektórzy u nas będą wywodzić, że nie ma się co spieszyć, niech Ruscy
nadstawiają karku, my i tak dotrzemy do Jowisza trochę później.
Na chwilę zapadła cisza, słychać było tylko lekkie poskrzypywanie
grubych lin nośnych utrzymujących pomost na wysokości stu metrów.
- Czy ktoś sprawdzał ostatnio orbitę Discovery? - odezwał się nagle
Mojsewicz tak cicho, że Floyd ledwie go dosłyszał.
- Właściwie nie wiem, ale pewnie tak. Chociaż to raczej zbędna fatyga.
Znajdował się na doskonale stabilnej orbicie.
- Niby. Ale pozwól, że przypomnę nietaktownie o pewnym żenującym
incydencie z historii NASA. Wasza pierwsza stacja kosmiczna Skylab.
Miała zostać na górze co najmniej dziesięć lat, ale ktoś nie wykonał
poprawnie obliczeń. Nie doszacowano oporu powietrza w jonosferze i stacja spadła lata wcześniej. Jestem pewien, że pamiętasz ten pełen
emocji epizod, chociaż byłeś wtedy dzieckiem.
- W tamtym roku skończyłem szkołę. Dobrze o tym wiesz. Ale Discovery
nie zbliża się do Jowisza. Nawet w perygeum, czy raczej peryjupiterium,
jest zbyt wysoko, żeby opór atmosfery mógł mieć na niego wpływ.
- Powiedziałem ci już tyle, że w razie czego mogą znowu zesłać mnie na
daczę. A tobie nie pozwolą ponownie mnie odwiedzić. Może po prostu
zasugeruj waszym fachowcom, żeby się przyłożyli do roboty. Możesz im
przypomnieć, że Jowisz ma najsilniejszą magnetosferę w Układzie
Słonecznym.
- Rozumiem, do czego zmierzasz, wielkie dzięki. Mamy coś jeszcze do
omówienia? Robi się zimno.
- Spokojnie, stary. Jak tylko nakarmisz tym wszystkim rybki w Waszyngtonie, to nim minie tydzień, zrobi się wręcz gorąco.
2. Dom delfinów
Delfiny zaglądały do jadalni co wieczór tuż
przed zachodem słońca. Tylko raz, odkąd Floyd zamieszkał w rezydencji
kanclerza, odstąpiły od tej rutyny. Było to w dniu tsunami w 2005 roku,
które na szczęście wytraciło większość impetu, zanim dotarło do Hilo.
Niemniej gdyby znowu ich zabrakło któregoś wieczoru, Floyd już wiedział,
że należy wówczas zapakować rodzinę do samochodu i ruszać gdzieś wyżej,
najlepiej w kierunku wulkanu Mauna Kea.
Delfiny były wręcz urocze, ale musiał przyznać, że ich skłonność do
żartów mogła czasem przysporzyć problemów. Bogaty geolog morski, który
zaprojektował dom, nie przejmował się tym, bo nie miał nic przeciwko
oblewaniu wodą. Na co dzień nosił tylko kąpielówki, a i to nie zawsze.
No i zdarzyło się raz, że gdy cała rada uczelniana popijała koktajle
przy basenie, wszyscy w wieczorowych strojach oczekujący na przybycie
dostojnego gościa z kontynentu, delfiny uznały to za świetną okazję do
zostania dodatkową atrakcją. I gdy gość w końcu się zjawił, zastał
komitet powitalny przemoczony i odziany w naprędce zorganizowane
szlafroki, wszystkie przekąski zaś okazały się mocno słone.
Floyd często się zastanawiał, co Marion pomyślałaby o tym pięknym, ale i dziwnym domu nad brzegiem Pacyfiku. Nigdy nie lubiła morza, lecz to ono
w końcu wygrało. Wprawdzie czas zacierał szczegóły, nadal jednak
pamiętał migoczący ekran, na którym pojawił się napis: DO DOKTORA FLOYDA
- PILNA WIADOMOŚĆ OSOBISTA. A potem te linijki, które dramatycznie
zmieniły jego życie. Z WIELKIM ŻALEM INFORMUJEMY ŻE MASZYNA LOTU 452
LONDYN-WASZYNGTON ROZBIŁA SIĘ W REJONIE NOWEJ FUNDLANDII. JEDNOSTKI
RATOWNICZE ZMIERZAJĄ NA MIEJSCE KATASTROFY ALE OBAWIAMY SIĘ ŻE NIKT NIE
OCALAŁ.
Niewiele brakowało, a też znalazłby się na pokładzie tej maszyny. Z początku żałował, że obowiązki zatrzymały go w Paryżu, gdzie użerał się
z Europejską Agencją Kosmiczną w sprawie ładunku Solarisa. To
uratowało mu życie.
A teraz miał nową pracę, nowy dom i nową żonę. Los też odegrał w tym
przewrotną rolę. Oskarżenia i dociekania po niepowodzeniu misji
jowiszowej zniszczyły jego karierę w Waszyngtonie, lecz ktoś o jego
zdolnościach nie musiał się obawiać bezrobocia. Poza tym spokojniejsze
tempo uniwersyteckiego życia zdecydowanie przypadło mu do gustu, a dodatkowo mógł się dzięki temu cieszyć lokalizacją, której mało co na
świecie mogło dorównać. Ledwie miesiąc po objęciu nowego stanowiska
spotkał kobietę, która miała zostać jego drugą żoną. Poznali się przy
ognistych gejzerach wulkanu Kilauea, gdzie trafili wraz z całym tłumem
turystów.
Z Caroline odnalazł spokój, który jest ważniejszy i trwalszy niż
szczęście. Była dobrą macochą dla córek, które miał z Marion, i dała mu
jeszcze Christophera. Mimo dzielących ich dwudziestu lat rozumiała jego
nastroje i pomogła mu odpędzić nawracające epizody depresji. Dzięki niej
mógł wspominać Marion bez żalu, choć nie bez tęsknego smutku, który miał
z nim pozostać do końca życia.
Caroline rzucała właśnie ryby największemu delfinowi, wielkiemu samcowi,
którego nazywali Scarback, gdy delikatne łaskotanie na nadgarstku
oznajmiło Floydowi połączenie przychodzące. Postukał w cienką metalową
opaskę, aby wygasić cichy alarm i uprzedzić ten głośny, po czym podszedł
do najbliższego z rozsianych po całym pokoju modułów łączności.
- Tu kanclerz, słucham.
- Heywood? Tu Victor. Jak się miewasz?
Floyd poczuł zalewające go mieszane emocje. Cały kalejdoskop emocji.
Jako pierwsza pojawiła się irytacja: jego następca, który bez wątpienia
odegrał główną rolę w upadku poprzednika, ani razu nie próbował się z nim kontaktować po tym, gdy Floyd opuścił już Waszyngton. Potem doszła
ciekawość: co go tak przypiliło? Za nią postępowała uparta determinacja,
aby być jak najmniej pomocnym, po której przyszły zawstydzenie tak
dziecinną postawą oraz całkiem spora ekscytacja. Tylko jedno mogło
zmusić Victora Millsona do wykonania tego telefonu.
- Nie mogę narzekać - odparł Floyd możliwie neutralnym tonem. - Jakiś
problem?
- Czy to bezpieczne połączenie?
- Nie, dzięki Bogu już takich nie potrzebuję.
- Hm. Ujmę to więc w ten sposób: pamiętasz ostatni projekt, którym
zarządzałeś?
- Trudno mi o nim zapomnieć, zwłaszcza że podkomisja do spraw
astronautyki zaledwie miesiąc temu się odezwała, chcąc wydębić ode mnie
jeszcze jakieś zeznania.
- Oczywiście, oczywiście. Muszę w końcu znaleźć chwilę, żeby przeczytać
twoje oświadczenie. Ale jestem dość zajęty dalszym ciągiem tej sprawy i to jest ten problem.
- Myślałem, że wszystko idzie zgodnie z planem.
- Niestety, ale właśnie tak. I nie możemy nic zrobić, żeby to
przyspieszyć. Nawet nadanie najwyższego priorytetu pozwoliłoby zyskać
góra kilka tygodni. Jak by na to patrzeć, zjawimy się za późno.
- Nie rozumiem - rzucił niewinnie Floyd. - Jasne, nikt nie chce marnować
czasu, ale przecież nie ma tutaj jakiegoś ostatecznego terminu.
- Właściwie to jest. Są nawet dwa.
- Zdumiewasz mnie.
Jeśli Victor wychwycił w jego tonie ironię, to całkiem ją zignorował.
- Tak, są dwa takie terminy. Jeden ludzkiego autorstwa, drugi całkiem
naturalny. Okazuje się, że nie będziemy pierwszymi, którzy wrócą... na
scenę. Nasi odwieczni rywale mają co najmniej rok przewagi.
- Wielka szkoda.
- Ale nie to jest najgorsze. Nawet gdybyśmy nie mieli konkurencji, i tak
byśmy się spóźnili. Gdy dotrzemy na miejsce, już nic tam nie będzie.
- To niedorzeczne. Jestem pewien, że dotarłoby do mnie, gdyby Kongres
uchylił zasadę grawitacji.
- Mówię poważnie. Sytuacja nie jest stabilna, nie mogę teraz podać
szczegółów. Będziesz w domu?
- Tak - odpowiedział Floyd, uświadamiając sobie z pewną satysfakcją, że
w Waszyngtonie jest już dobrze po północy.
- Świetnie. W ciągu godziny otrzymasz przesyłkę. Oddzwoń do mnie, jak
tylko się z nią zapoznasz.
- Ale to może być dość późno.
- Trudno. Zbyt wiele czasu zmarnowaliśmy i nie chcę go tracić jeszcze
więcej.
Millson dotrzymał słowa. Godzinę później pułkownik w lotniczym mundurze
dostarczył Floydowi dużą zapieczętowaną kopertę. Usiadł potem z boku,
cierpliwie rozmawiając z Caroline, podczas gdy gospodarz czytał
dokumenty.
- Obawiam się, że będę musiał je zabrać, gdy już pan skończy -
powiedział przepraszająco wysoki rangą posłaniec.
- Tym lepiej - odparł Floyd, zajmując miejsce w swoim ulubionym hamaku,
gdzie najbardziej lubił oddawać się lekturze.
W kopercie znajdowały się dwa dokumenty, pierwszy bardzo krótki. Nosił
nagłówek ŚCIŚLE TAJNE, przy czym ŚCIŚLE zostało przekreślone, a modyfikacja zatwierdzona aż trzema podpisami, z których oczywiście żaden
nie był czytelny. Okazał się on wyciągiem z innego, znacznie
obszerniejszego raportu, który na dodatek poddano daleko posuniętej
cenzurze, przez co obfitował w luki i zaciemnienia, które mocno
irytowały w trakcie lektury. Na szczęście ostateczne wnioski dawały się
sprowadzić do jednego zdania: Rosjanie mają dotrzeć do Discovery na
długo przed pełnoprawnymi właścicielami statku. To akurat Floyd już
wiedział, szybko więc zajął się drugim dokumentem. Wcześniej odnotował z satysfakcją, że tym razem wywiad uzyskał właściwą nazwę statku. Nie po
raz pierwszy Dimitri okazał się nader dobrze poinformowany. Następna
ekspedycja załogowa do układu Jowisza miałaby się odbyć na pokładzie
Kosmonauty Aleksieja Leonowa.
Ten dokument był znacznie dłuższy i jedynie poufny, w sumie stanowił
tylko szkic artykułu naukowego, który dopiero oczekiwał na akceptację do
publikacji. Tytuł nosił dość ironiczny: Anomalie w zachowaniu
orbitalnym statku kosmicznego Discovery.
Zawierał sporo wyliczeń matematycznych i astronomicznych. Floyd
przejrzał go pobieżnie, starając się wyłowić najważniejsze rzeczy i, być
może, jakieś nuty pokory lub nawet zażenowania. Gdy skończył, uśmiechnął
się z cierpkim podziwem. Najwyraźniej nikt nie oczekiwał takiego obrotu
spraw, dotąd wszyscy ufali danym ze stacji śledzących i kalkulacjom
efemeryd. Należało się spodziewać, że poleci sporo głów. W innej
sytuacji Victor Millson byłby z tego bardzo zadowolony, ale tym razem
miał dać głowę jako jeden z pierwszych. Chociaż trzeba było też
pamiętać, że głośno się skarżył, gdy Kongres obciął fundusze na system
śledzenia. Może więc jednak ocaleje.
- Dziękuję, pułkowniku - powiedział Floyd, skończywszy przeglądać
papiery. - Same tajności, całkiem jak za dawnych czasów. To chyba
jedyne, za czym naprawdę nie tęsknię.
Pułkownik ostrożnie włożył kopertę z powrotem do teczki i aktywował
zamki.
- Doktor Millson chciał, żeby pan jak najszybciej do niego oddzwonił.
- Wiem. Ale nie mam tu bezpiecznego połączenia i oczekuję niebawem kilku
ważnych gości. I niech mnie szlag, jeśli pojadę do pańskiego biura w Hilo tylko po to, żeby potwierdzić przeczytanie dwóch dokumentów. Proszę
mu przekazać, że dokładnie się z nimi zapoznałem i z zainteresowaniem
czekam na dalsze informacje.
Pułkownik zamierzał chyba zgłosić sprzeciw, ale zmienił zdanie. Pożegnał
się sztywno i rozpłynął w mroku nocy.
- O co w tym wszystkim chodzi? - spytała Caroline. - Nie spodziewamy się
dzisiaj żadnych gości, ani ważnych, ani innych.
- Nie cierpię, gdy ktoś próbuje wywrzeć na mnie presję. Zwłaszcza gdy
jest to Victor Millson.
- Założę się, że sam oddzwoni, ledwo pułkownik się zgłosi.
- No to dobrze będzie wyłączyć wizję i zadbać o jakieś imprezowe
odgłosy. Ale tak po prawdzie na tym etapie nie mam praktycznie nic
więcej do powiedzenia.
- Na jaki temat, jeśli wolno mi spytać?
- Wybacz, kochanie. Wygląda na to, że Discovery płata nam figle.
Myśleliśmy, że znalazł się na stabilnej orbicie, ale chyba jednak może
się rozbić.
- Spaść na Jowisza?
- O nie, to niemożliwe. Bowman zostawił go przy wewnętrznym punkcie
Lagrange'a, między Jowiszem a Io. I powinien mniej więcej tam pozostać,
chociaż wpływ zewnętrznych księżyców wymuszałby pewne wędrówki tam i z powrotem. Ale dzieje się z nim coś bardzo dziwnego i nie wiemy, co jest
tego przyczyną. Discovery coraz szybciej dryfuje w kierunku Io, czasem
przyspiesza, a czasem się cofa. Jeśli to będzie postępować, za dwa do
trzech lat zderzy się z księżycem.
- Myślałam, że w astronomii nic takiego nie może się zdarzyć. Mechanika
nieba jest przecież nauką ścisłą. To nam, biednym biologom, zawsze
wymyślano od zacofańców.
- To jest nauka ścisła i sprawdza się, gdy weźmie się wszystko pod
uwagę. Ale wokół Io dzieje się wiele dziwnych rzeczy. Ma czynne wulkany
powodujące silne wyładowania elektryczne, no i jest jeszcze pole
magnetyczne Jowisza, który dokonuje pełnego obrotu w ciągu dziesięciu
godzin. Zatem grawitacja nie jest jedyną siłą działającą na Discovery.
Powinniśmy pomyśleć o tym dużo wcześniej.
- Cóż, to już nie jest twój problem. Chyba powinieneś być za to
wdzięczny losowi.
Całkiem jak Dimitri, pomyślał Floyd. Szczwany z niego lis! Ale on znał
go znacznie dłużej niż Caroline. Tak, może to nie był jego problem, ale
Floyd nadal poczuwał się do pewnej odpowiedzialności. Chociaż w cały
program zaangażowanych było wielu innych ludzi, to on zatwierdził plany
misji jowiszowej i nadzorował ich wykonanie.
Nie było to dla niego łatwe. Jako naukowiec miał inne podejście do
sprawy niż przeciętny urzędnik, ale milczał, chociaż zapewne powinien
się przeciwstawić krótkowzrocznej polityce poprzedniej administracji. Z drugiej strony tak naprawdę nie wiedział, czy przyczynił się w jakimś
stopniu do fiaska wyprawy.
Może najlepiej by było, gdyby zamknął ostatecznie ten rozdział swojego
życia i skoncentrował się wyłącznie na nowej karierze, ale w głębi serca
wiedział, że nie zdoła tego zrobić. Nawet gdyby Dima nie odświeżył w nim
dawnego poczucia winy, i tak w końcu by to wypłynęło.
Czterech ludzi zginęło w trakcie tej misji, jeden zaś zapodział się bez
wieści gdzieś pośród księżyców Jowisza. Floyd uważał, że ma krew na
rękach, i nie wiedział, jak ją zmyć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki