Wracając do 2001
Minęło już ponad ćwierć wieku od tamtej
wiosny 1964 roku, gdy Stanley Kubrick napisał do mnie z pytaniem o pomysł na "naprawdę dobry film science fiction". Teraz, gdy do 2001 roku
zostało już tylko nieco ponad dziesięć lat, trudno przywołać atmosferę
tamtych lat, gdy większości żyjących dzisiaj ludzi nie było jeszcze na
świecie...
Mimo to pozwolę sobie zacytować fragment książki The Lost Worlds of
2001, będącej relacją z naszej wspólnej pracy. Napisałem to w 1971
roku, kiedy wszystko to było nadal dla mnie bardzo świeże.
Wiosną 1964 roku [...] lądowanie na Księżycu wciąż wydawało się czymś
odległym jak marzenie. Logicznie rzecz biorąc, wiedzieliśmy, że na pewno
do tego dojdzie, ale i tak trudno nam było w to uwierzyć [...]. Pierwszy
lot statku Gemini z dwuosobową załogą (Grissom i Young) miał się odbyć
dopiero za rok, naukowcy wciąż się spierali, czym pokryta jest
powierzchnia Księżyca [...]. Wprawdzie NASA wydawała dziennie na badania
tyle, ile wynosił cały budżet naszego filmu (czyli ponad 10 milionów
dolarów), lecz eksploracja kosmosu postępowała małymi krokami. Ale
wiedzieliśmy, czego można oczekiwać. Nieraz wspominałem Stanleyowi, że
premiera naszego filmu odbędzie się, gdy pierwsi ludzie naprawdę staną
na Księżycu... Największym wyzwaniem było zatem stworzenie takiej
opowieści, która nie zestarzeje się w ciągu najbliższych kilku lat. Czy
też, co byłoby jeszcze gorsze, nie stanie się pośmiewiskiem. Musieliśmy
odgadywać kształt rzeczy, które miały dopiero nadejść. Jednym ze
sposobów na to było wyprzedzanie teraźniejszości tylko na taki dystans,
żeby nie zdołała nas dogonić. Nie należało z tym przesadzać. Gdybyśmy
odsadzili się zbyt daleko, publiczność mogłaby za nami nie nadążyć.
I wyszło świetnie. 2001: Odyseja kosmiczna odniosła spektakularny
sukces i została uznana za jeden z najważniejszych filmów, jakie
kiedykolwiek powstały. Niemal zawsze trafia na różne listy dziesięciu
najlepszych filmów wszech czasów. Gdyby ktoś chciał obejrzeć ostateczną
wersję, mogę polecić wydanie LD firmy Voyager-Criterion, które zawiera
nie tylko cały film, ale także wiele materiałów archiwalnych związanych
z jego produkcją. Są tam sceny z planu, rozmowy z aktorami, naukowcami i technikami, którzy brali w tym udział. Jest również młody Arthur C.
Clarke i przeprowadzony z nim wywiad w hali montażowej modułu
księżycowego w zakładach Grummana, pośród różnych cudów techniki, które
kilka lat później znalazły się na powierzchni Księżyca. Edycja kończy
się ciekawym porównaniem tego, co pokazano w filmie, z realiami
późniejszych lotów w ramach programów Apollo, Skylab i wahadłowców.
Niektóre z tych rzeczy nie umywają się nawet do wizji Stanleya.
Nic więc dziwnego, jak sądzę, że film bywa mylony z rzeczywistością. A także z powieścią, kolejne tomy zaś będące jej kontynuacją (o których
niżej) jeszcze komplikują sprawę. Dlatego zamierzam teraz wrócić do
początku i przypomnieć, jak to wszystko się zaczęło...
W kwietniu 1964 roku opuściłem Cejlon, jak wówczas nazywano Sri Lankę, i wybrałem się do Nowego Jorku, aby dokończyć prace redakcyjne nad
wydawaną przez TIME/LIFE książką Man and Space. Nie mogę się
powstrzymać przed zacytowaniem wspomnień z tamtego czasu:
Dziwne było znaleźć się znowu w Nowym Jorku po kilku latach spędzonych w tropikalnym raju Cejlonu. Korzystanie z komunikacji miejskiej, nawet gdy
były to tylko trzy przystanki na linii IRT, dostarczało egzotycznych
przeżyć po mojej szarej egzystencji wśród słoni, raf koralowych,
monsunów i wypełnionych skarbami wraków. Uśmiechnięte pogodnie twarze i zdecydowane głosy, niezmiennie nienaganne maniery mieszkańców
Manhattanu, ciągle w pogoni za własnymi sprawami, wszystko to wielce
mnie zafascynowało, podobnie jak wygodne pociągi przemykające cicho
przez nieskazitelnie czyste podziemne stacje, a nawet reklamy (nierzadko
dodatkowo przyozdobione przez pomysłowych artystów amatorów) tak
dziwacznych produktów, jak chleb Levy's, nowojorski "Post", piwo Piel i tuzina konkurencyjnych marek doustnych substancji rakotwórczych. Ale
gdzieś po kwadransie zacząłem do tego wszystkiego przywykać.
(z książki Raport on Planet Three, rozdział Son of Dr Strangelove)
Moja praca nad Man and Space szybko posuwała się do przodu, ponieważ
ilekroć któryś z gorliwych redaktorów TIME/LIFE pytał mnie, od kogo taki
czy inny osąd zapożyczyłem, posyłałem mu spojrzenie bazyliszka i odpowiadałem: "Ta osoba siedzi przed tobą". Miałem więc dość czasu i sił, żeby dodatkowo spotykać się ze Stanleyem, a pierwszy raz
pogadaliśmy sobie 23 kwietnia w lokalu sieci Trader Vic's (powinni tam
chyba umieścić tablicę pamiątkową). Stanley wciąż cieszył się sukcesem
ostatniego filmu, Doktor Strangelove, ale poszukiwał bardziej
ambitnego tematu. Chciał nakręcić film o miejscu człowieka we
wszechświecie. Był to pomysł, który mógł przyprawić o zawał serca
każdego szefa studia ze starej szkoły, chociaż po prawdzie do tych z nowej szkoły też pewnie trzeba by wzywać ambulans. Hollywood
zdecydowanie nie lubi takich udziwnień.
Stanley, który gdy czymś się zajmie, zaraz dochodzi do poziomu eksperta,
pochłonął już kilka bibliotek książek popularnonaukowych i spory tonaż
fantastyki naukowej. Nabył także prawa do ekranizacji tekstu o intrygującym tytule Shadow on the Sun. Nic mi z niego w głowie nie
zostało, nie pamiętam nawet nazwiska autora, przypuszczalnie nie był to
więc żaden z tych regularnie pisujących tego rodzaju literaturę.
Kimkolwiek był, mam nadzieję, że nigdy się nie dowie, iż dokonałem
sabotażu jego kariery. Kubrick usłyszał na wstępie, że Clarke nie jest
zainteresowany rozwijaniem cudzych pomysłów (chociaż z drugiej strony
można zerknąć do mojego posłowia do Ramy II, gdzie przedstawiłem
osobliwy ciąg zdarzeń, który ponad dwadzieścia lat później wpłynął na
zmianę mojego nastawienia w tej sprawie przy okazji pisania powieści
Kolebka). Po wyjaśnieniu tej kwestii postanowiliśmy stworzyć coś
całkiem nowego.
I właśnie - zanim zrobi się film, trzeba mieć scenariusz. Żeby napisać
scenariusz, trzeba wymyślić jakąś historię. Owszem, zdarzają się
reżyserzy tak awangardowi, że obywają się bez fabuły, lecz ich dzieła
trafiają później najwyżej do kin studyjnych. Już wcześniej przekazałem
Stanleyowi listę moich krótszych utworów i zdecydowaliśmy, że jeden z nich, opowiadanie Posterunek, nadaje się do czegoś i posłuży nam za
podstawę dalszej pracy.
Tekst ten powstał w napadzie twórczego entuzjazmu w Boże Narodzenie 1948
roku, gdy BBC ogłosiło konkurs na opowiadanie. Nie zwrócił wówczas
niczyjej uwagi i w sumie nie wiem nawet, jaki utwór wtedy wygrał
(zapewne jakaś epicka opowieść o grozie angielskiej prowincji). Obecnie
jednak często pojawia się w antologiach1, wystarczy więc
powiedzieć, że jest to utrzymane w gatunkowej konwencji opowiadanie o odkryciu na Księżycu obcego artefaktu będącego czymś w rodzaju alarmu
antywłamaniowego oczekującego przybycia wyprawy z Ziemi.
Często się mówi, że Odyseja kosmiczna 2001 jest "oparta na"
Posterunku, ale to rażące uproszczenie. Mają coś wspólnego, lecz w podobnym stopniu jak żołędź i dąb. Do nakręcenia filmu potrzeba było
znacznie więcej materiału. Część dobraliśmy z opowiadania Encounter in
the Dawn (znanego także jako Expedition to Earth) i czterech innych
krótkich form. Większość pomysłów była jednak całkiem nowa i pojawiła
się w trakcie całych miesięcy rozmów ze Stanleyem, dopracowywana zaś
była samotnymi wieczorami w pokoju 1008 słynnego hotelu Chelsea przy
Zachodniej 23 Ulicy.
Tam też powstała większa część powieści, a relację z tego bolesnego
niekiedy procesu można znaleźć w The Lost Worlds of 2001. Ale po co
powieść, możecie spytać, skoro pracowaliśmy nad filmem? Zazwyczaj takie
utwory powstają później, na podstawie filmów (i z bardzo różnymi
skutkami). W tym przypadku Stanley uznał, że powinniśmy odwrócić
kolejność.
Ponieważ scenariusz musi być niezmiernie szczegółowy, jego lektura jest
niemal tak samo żmudna jak pisanie. John Fowles ujął to znakomicie:
"Pisanie powieści jest jak pływanie po morzu, pisanie scenariusza
filmowego jest jak przedzieranie się przez melasę". Stanley, który
wiedział, jak nie cierpię nudnych zajęć, zasugerował na wstępie, żeby
zamiast siadać od razu do mozolnego tworzenia scenariusza, pozwolić
sobie najpierw na swobodną grę wyobraźni przy pracy nad powieścią. I z niej mieliśmy później wyprowadzić scenariusz (oraz, jak liczyliśmy,
trochę gotówki).
W sumie tak mniej więcej to wyszło, chociaż pod koniec powieść i scenariusz powstawały równocześnie, pomysły zaś przepływały w obu
kierunkach. Dlatego przepisałem niektóre fragmenty po obejrzeniu
roboczej wersji filmu. Była to dość pracochłonna forma pisarstwa, w której mało który autor by zagustował. Jeśli w ogóle można to polubić.
Aby oddać nieco gorączkowy klimat tamtych dni, przytoczę kilka zapisków
z mojego dziennika, który uzupełniałem wówczas pospiesznie, na kolanie,
w godzinach porannych:
28 maja 1964. Zasugerowałem Stanleyowi, że "oni" mogą być maszynami,
które uważają życie organiczne za patologię. Stanley uznał, że to uroczy
pomysł [...].
2 czerwca. Średnio tysiąc, dwa tysiące słów dziennie. Stanley mówi:
"Mamy bestseller".
11 lipca. Spotkałem się ze Stanleyem, aby omówić rozwój fabuły, ale
prawie cały czas zszedł na sporze o zbiory nieskończone Cantora...
Odniosłem wrażenie, że S. jest w głębi ducha geniuszem matematycznym.
12 lipca. Mamy już wszystko - oprócz fabuły.
26 lipca. Trzydzieste szóste urodziny Stanleya. Gdy zjawiłem się w Village, znalazłem kartkę z notatką: "Co to za urodziny, gdy świat może
w każdej chwili zginąć w ogniu?"2.
28 września. Śniło mi się, że jestem robotem, który się odbudowuje.
Przekazałem dwa rozdziały Stanleyowi, który przygotował mi wyśmienity
stek, mrucząc przy tym "Joe Levine nie robi tego dla swoich autorów".
17 października. Stanley wymyślił w przebłysku szaleństwa roboty o kamerdynerskim zacięciu, które tworzą wiktoriańskie środowisko, żeby
nasi bohaterowie czuli się jak u siebie.
28 listopada. Zadzwoniłem do Isaaca Asimova, aby omówić biochemię
przekształcania się wegetarian w mięsożerców.
10 grudnia. Stanley zadzwonił do mnie po obejrzeniu Rzeczy, które
nadejdą według powieści H.G. Wellsa. Powiedział, że nie spojrzy już
nigdy na żaden film, który bym mu polecał.
24 grudnia. Dopracowuję powoli ostatnie strony, Stanley dostanie je na
Gwiazdkę.
Ostatni wpis zdaje się sugerować, że praca nad powieścią dobiegła
wówczas końca, ale tak naprawdę mieliśmy tylko wstępny szkic dwóch
trzecich tekstu i póki co opowieść urywała się w najbardziej
ekscytującym momencie, ponieważ nie mieliśmy zielonego pojęcia, co
będzie dalej. Ale i to wystarczyło, żeby Stanley zawarł umowę z Metro-Goldwyn-Mayer i Cineramą na obraz zatytułowany roboczo Journey
Beyond the Stars (Wyprawa poza gwiazdy, był jeszcze drugi wariant:
Jak zdobyto Układ Słoneczny; niezły tytuł, teraz może by się przyjął,
i nie, nie oczekuję komentarzy w tej sprawie).
Przez cały 1965 rok Stanley był zaangażowany w niezwykle złożony proces
przedprodukcyjny, co mocno utrudniał mu fakt, że film miał być kręcony w Anglii, on zaś przebywał w Nowym Jorku i pod żadnym pozorem nie
zamierzał korzystać z komunikacji lotniczej. Nie mogę go krytykować.
Stanley oduczył się latania, gdy próbował zdobyć licencję pilota, ja z podobnego powodu nie usiadłem za kierownicą od dnia, gdy w 1956 roku
starałem się zdać na prawo jazdy w Sydney w Australii. Trauma była tak
silna, że wszelkie motoryzacyjne ciągoty przeszły mi jak ręką odjął.
Podczas gdy Stanley kręcił film, ja starałem się ukończyć ostateczną
wersję powieści, która oczywiście musiała otrzymać jego
błogosławieństwo, zanim mogła pójść do publikacji. Okazało się to
niezwykle trudne, jako że Stanley był wówczas bardzo zajęty w studiu i nie miał kiedy pochylić się nad maszynopisem. Poza tym zależało mu, żeby
film ukazał się przed książką. I tak też się stało, wyprzedził ją o kilka miesięcy, miał premierę wiosną 1968 roku.
Biorąc pod uwagę złożoność procesu twórczego, nie ma nic dziwnego w tym,
że powieść różni się od filmu pod kilkoma względami. Przede wszystkim
inny jest cel wyprawy. Stanley zdecydował się na Jowisza (i chociaż
wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, był to szczęśliwy wybór), podczas
gdy mój Discovery wziął kurs na Saturna, wykorzystując po drodze pole
grawitacyjne Jowisza do zwiększenia prędkości.
Analogiczny "manewr perturbacyjny" wykonała jedenaście lat później sonda
Voyager, a gdy piszę te słowa, wieczorem 24 sierpnia 1989 roku, Voyager
II zbliża się w identycznym celu do Neptuna, który będzie ostatnim
przystankiem przed zniknięciem wśród gwiazd.
O co chodziło z tą zamianą Saturna na Jowisza? Z jednej strony uprościło
to fabułę, z drugiej ułatwiło życie działowi efektów specjalnych, gdyż
nie był on w stanie stworzyć takiego Saturna, który zyskałby aprobatę
Stanleya. I dobrze się stało, gdyż dopiero misje Voyagera ukazały, jak
złożona jest struktura pierścieni tej planety. Gdyby przedstawić je w filmie wedle dawnych wyobrażeń, obraz bardzo szybko stałby się
nieaktualny.
Przez ponad dziesięć lat po ukazaniu się powieści (w lipcu 1968 roku) z wielkim przekonaniem zaprzeczałem pogłoskom, jakobym miał kiedyś napisać
jej kontynuację. Błyskotliwy sukces misji Voyagera sprawił jednak, że
zmieniłem zdanie. Odległe światy, o których nic nie było wiadomo, gdy
Stanley i ja rozpoczynaliśmy naszą współpracę, nagle zyskały na
realności i okazały się nader ciekawymi obiektami. Wcześniej nikt nie
wyobrażał sobie wielkich księżyców ze stałą pokrywą lodową czy też
wulkanami zdolnymi wyrzucać kłęby siarki na wysokość stu kilometrów.
Fantastyka naukowa wiele zyskała dzięki tym danym, ja zaś miałem powód,
żeby wrócić w okolice Jowisza i jego gromady satelitów. I tak powstała
2010: Odyseja kosmiczna.
Istnieje również inna ważna różnica między tymi książkami. 2001 to
owoc poniekąd minionej epoki. Nowa rozpoczęła się w chwili, gdy Neil
Armstrong i Buzz Aldrin stanęli na Morzu Spokoju. Od tamtej pory fikcja
literacka i rzeczywistość splotły się w jedno. Astronauci ze statku
Apollo mieli okazję zobaczyć ten film, zanim wyruszyli na Księżyc.
Załoga Apolla 8, która w Boże Narodzenie 1968 roku jako pierwsza w historii ludzkości ujrzała drugą stronę Księżyca, powiedziała mi nawet,
że kusiło ich tam, żeby zgłosić przez radio odkrycie dużego czarnego
monolitu. Niestety rozsądek zwyciężył.
Lecz podczas misji Apolla 13 Odyseja w pewien sposób wróciła. Gdy
komputer Hal zgłaszał "awarię" modułu AE-35, powiedział: "Przepraszam,
że przerywam uroczystość, ale mamy problem".
Cóż, moduł dowodzenia Apolla 13 nosił nazwę Odyssey, a załoga właśnie
zakończyła transmisję telewizyjną z wykorzystaniem słynnego motywu z Tako rzecze Zaratustra, gdy eksplodował zbiornik tlenu. Zaraz po tym
odezwali się do Ziemi: "Houston, mamy problem".
Dzięki kongenialnej improwizacji (z użyciem modułu księżycowego jako
"łodzi ratunkowej") astronauci zostali bezpiecznie sprowadzeni. Gdy
administrator NASA Tom Paine przesłał mi raport z misji, napisał na
okładce: "Było, jak uprzedzałeś, Arthurze".
Pojawiły się jeszcze inne zbieżności, w tym historia satelitów
komunikacyjnych Wester VI i Palapa B-2, które wystrzelono w lutym 1984
roku, ale na skutek usterki rakiet trafiły na całkiem bezużyteczne
orbity.
We wcześniejszym szkicu powieści David Bowman opuścił w jednej z kapsuł
statek, żeby odzyskać moduł antenowy Discovery (fragment ten można
odnaleźć w rozdziale 26 The Lost Worlds of 2001). Dogonił go, ale nie
był w stanie zatrzymać jego powolnego wirowania i ściągnąć z powrotem do
statku.
W listopadzie 1984 roku astronauta Joe Allen opuścił wahadłowiec
kosmiczny Discovery (nie, nie zmyślam) i użył silniczków manewrowych,
aby zbliżyć się do satelity Palapa. Jemu udało się wygasić ruch obrotowy
obiektu (silniczkami plecakowymi wyrzucającymi strumienie azotu), dzięki
czemu obiekt został wprowadzony do ładowni Discovery. Dwa dni później
powtórzono to samo z satelitą Wester. Powróciły cało na Ziemię, gdzie
mogły zostać odnowione i ponownie wysłane w przestrzeń kosmiczną. Była
to jedna z najbardziej udanych misji wahadłowców.
To jeszcze nie koniec. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Joe
wychodził w próżnię, otrzymałem egzemplarz jego świetnej książki
Entering Space: An Astronaut's Odyssey z dedykacją, która brzmiała:
"Drogi Arthurze, gdy byłem jeszcze chłopcem, zaraziłeś mnie zarówno
bakcylem pisania, jak i bakcylem kosmosu, tylko nie uprzedziłeś, jak
trudna to będzie robota...".
Nie muszę chyba dodawać, że tego rodzaju wyrazy uznania przynoszą
naprawdę wiele satysfakcji, a poza tym poczułem się dzięki temu trochę
jak bracia Wright.
Po ukończeniu dwóch pierwszych Odysei, tak powieściowych, jak i filmowych, zyskałem dobrą wymówkę, by odstawić Hala, Bowmana i monolit
co najmniej do grudnia 1990 roku. Rzecz w tym, że w grudniu 1988 roku
miała dotrzeć do Jowisza sonda Galileo, będąca jednym z najambitniejszych projektów NASA. Jej start z wykorzystaniem wahadłowca
zaplanowano na maj 1986 roku. Należało oczekiwać, że dostarczy nam wielu
nowych danych o Jowiszu i jego satelitach, przez co wszystko, co mógłbym
ewentualnie napisać wcześniej, raptownie straci na aktualności. O nowych
zagadkach i przyczynkach do kolejnych spekulacji nie wspominając.
Niestety tragedia Challengera zmieniła bieg zdarzeń. Sonda Galileo ma
zostać wyniesiona na orbitę przez wahadłowiec Atlantis w październiku
1989 roku. Do Jowisza dotrze dopiero w grudniu 1995, siedem lat później,
niż pierwotnie planowano. Jak napisałem w przedmowie do 2061: Odyseja
kosmiczna - "Postanowiłem nie czekać".
No i jeszcze zapewne nieuniknione pytanie: czy będzie kolejny tom
Odysei? Choć trzecia część kończy się pewnym zawieszeniem akcji, nie
myślałem o kontynuacji. Wydawało mi się to całkiem dobrym zamknięciem
tej opowieści.
To, czy czwarta Odyseja się zmaterializuje, nie zależy tylko ode mnie.
Jeśli Galileo wyruszy wreszcie w drogę, szanse na to znacznie wzrosną.
Tyle że potem trzeba będzie poczekać jeszcze sześć lat, aż dotrze do
Jowisza i jego księżyców.
Jeśli tak się stanie i nadal będzie mi dopisywać zdrowie, wówczas ta
finalna Odyseja najpewniej zaistnieje na moim kompie. Chciałbym ją
napisać, ale raczej niespiesznie, tak aby trafić z datą wydania w 1
stycznia 2001 roku3.
Bibliografia
Literatura na temat filmu 2001: Odyseja kosmiczna jest obecnie całkiem
spora; zapewne najbardziej użytecznym z tych źródeł jest książka The
Making of Kubrick's 2001 Jerome'a Agela (New American Library, 1970).
Niestety jej nakład już dawno się wyczerpał.
Oprócz trzech powieści 2001, 2010 i 2061 opublikowałem też dwie
książki non fiction powiązane z całą historią: The Lost Worlds of 2001
(NAL; Sidgwick i Jackson, 1972) oraz The Odyssey File (Del Rev;
Granada, 1986).
Report on Planet Three (Harper and Row; Gollancz, 1972) zawiera dwa
eseje Son of Dr Strangelove i The Myth of 2001, które opisują
wczesną historię projektu.
25 sierpnia 1989
Kolombo, Sri Lanka
Zostało zamieszczone w mojej pierwszej antologii Expedition to Earth. [wróć]
W 1989 roku są to słowa jeszcze bardziej aktualne... [wróć]
Powieść 3001: Odyseja kosmiczna. Finał ukazała się wcześniej - w 1997 roku (przyp. tłum.). [wróć]
1. Droga do zagłady
Okres panowania wielkich gadów dawno
przeminął, ale po nim nadeszła susza, która trwała już dziesięć milionów
lat. Na równiku, na kontynencie, który pewnego dnia zostanie nazwany
Afryką, walka o przeżycie przybrała nader okrutny charakter i na razie
trudno było orzec, kto wyjdzie z niej zwycięsko. Jałowa, spękana ziemia
dawała szansę na przetrwanie tylko istotom małym, zwinnym i zaciekle
walczącym o swoje.
Zamieszkujące sawannę małpoludy nie zaliczały się do żadnej z tych grup
i tym samym kiepsko im się powodziło. Ten gatunek bliski był wyginięcia.
Grupa około pięćdziesięciorga osobników zajmowała kilka jaskiń z widokiem na małą, spieczoną słońcem dolinę, którą przecinał leniwie
płynący strumień zasilany śniegiem topniejącym w górach odległych o ponad trzysta kilometrów na północ. Niekiedy strumień całkiem wysychał i plemieniu groziło zabójcze pragnienie.
Nigdy nie mieli wiele pożywienia, ale teraz umierali z głodu. Kiedy
pierwszy słaby blask świtu zakradł się do jaskini, Obserwator Księżyca
zauważył, że jego ojciec zmarł w nocy. Nie wiedział, że Stary był jego
ojcem, pokrewieństwo pozostawało jeszcze poza ich sferą pojmowania, ale
kiedy spojrzał na wychudzone ciało, odczuł osobliwy niepokój, który w jego świecie był nieśmiałym poprzednikiem smutku.
Dwoje dzieci zapiszczało, domagając się jedzenia, ale zamilkły, gdy
Obserwator Księżyca na nie warknął. Jedna z matek mruknęła gniewnie w obronie dziecka, którego nie była w stanie wykarmić. On jednak nie miał
dość siły, żeby szturchnąć ją za nieposłuszeństwo.
Na zewnątrz było już dość jasno, żeby wyjść z jaskini. Obserwator
Księżyca uniósł pomarszczone zwłoki i pochylony pod niskim sklepieniem
zaczął ciągnąć je za sobą. Gdy wyszedł, przerzucił ciało przez ramię i stanął prosto, był jedynym stworzeniem na tym świecie zdolnym to
uczynić.
Wśród swoich był niemal olbrzymem. Miał ponad półtora metra wzrostu i chociaż niedożywiony, ważył około pięćdziesięciu kilogramów. Jego
owłosione i umięśnione ciało było w połowie małpie, w połowie zaś
zapowiadało człowieka. Głowa była już prawie ludzka. Miał niskie czoło i masywne wały nadoczodołowe, ale w jego spojrzeniu było coś, czego nie
spotykało się u małp. Ciemne oczy spoglądające na wrogi mu plejstoceński
krajobraz zdradzały pierwsze ślady świadomości. Zawartą w genach
obietnicę inteligencji, która potrzebowała jednak jeszcze wielu lat,
żeby dojrzeć, i mogła niebawem zgasnąć - nieodwołalnie i na zawsze.
Obserwator Księżyca, nie dostrzegłszy żadnego zagrożenia, zaczął
schodzić po prawie pionowym zboczu, co nawet z dodatkowym ciężarem nie
było dla niego problemem. Reszta plemienia jakby tylko na to czekała,
wszyscy ruszyli na dół w kierunku błotnistego strumienia, żeby ugasić
poranne pragnienie.
Obserwator Księżyca zlustrował dolinę w poszukiwaniu Innych, ale nie
było po nich śladu. Może nie wyszli jeszcze ze swoich jaskiń albo
żerowali gdzieś dalej na zboczu. Skoro zaś ich nie było, Obserwator
Księżyca zaraz o nich zapomniał. Nie był w stanie zajmować się dwiema
rzeczami naraz.
Najpierw musiał się pozbyć Starego, co nie wymagało specjalnego wysiłku.
Było już wiele zgonów, z czego jeden wcześniej w jego jaskini. Musiał
tylko zanieść zwłoki tam, gdzie niedawno przy pierwszej kwadrze Księżyca
zostawił truchło nowo narodzonego dziecka. Hieny zajmą się resztą.
Zwierzęta już czekały, jakby wiedziały, że przyjdzie. Obserwator
Księżyca położył ciało pod niewielkim krzakiem. Po poprzednim nie
zostały już nawet kości. Potem wrócił pospiesznie do plemienia. Nigdy
więcej nie pomyślał o swoim ojcu.
Dwaj dorośli z innych jaskiń, jak i większość młodzieży żerowali wśród
poskręcanych suszą drzew w dolinie, szukając jagód, soczystych korzonków
i liści, czasem trafiając na niespodzianki w rodzaju jaszczurki czy
małych gryzoni. W jaskiniach pozostały tylko niemowlęta i najsłabsi ze
starych. Jeśli pod koniec dnia zostanie coś do jedzenia, to się ich
nakarmi. Jeśli nie, hieny znowu się ucieszą.
Ale ten dzień był dobry, chociaż Obserwator Księżyca nie pamiętał
przeszłości na tyle, żeby porównywać dni. Znalazł gniazdo pszczół w pniu
martwego drzewa, uraczył się więc najdelikatniejszym ze znanych
małpoludom przysmaków. Prowadząc późnym popołudniem grupę do jaskini,
wciąż od czasu do czasu oblizywał palce. Oczywiście zebrał też sporo
użądleń, ale prawie ich nie zauważył. Był tak zadowolony, jak było to w jego przypadku możliwe, bo choć nadal głodny, nie osłabł jednak z wycieńczenia. To był szczyt marzeń małpoludów.
Dobry nastrój go opuścił, gdy dotarli do strumienia. Inni już tam byli.
Zjawiali się codziennie, ale za każdym razem budziło to w nim taką samą
irytację.
Tamta grupa liczyła około trzydzieściorga osobników, którzy niczym się
nie różnili od plemienia Obserwatora Księżyca. Gdy go ujrzeli, zaczęli
skakać, machać rękami i pokrzykiwać, pozostając jednak na swoim brzegu.
Jego plemię odpowiedziało tym samym.
I to było wszystko. Chociaż często zdarzało im się walczyć, zmagania
rzadko skutkowały poważnymi obrażeniami. Nie mieli pazurów ani kłów,
sierść zaś dobrze chroniła skórę, niezbyt więc mogli sobie nawzajem
zaszkodzić. Poza tym obecnie nie mieli sił na takie bezproduktywne
zachowanie, groźne powarkiwanie było znacznie prostszym sposobem zajęcia
stanowiska.
Trwało to jakieś pięć minut i skończyło się równie raptownie, jak się
zaczęło. Zaraz potem wszyscy napili się mętnej wody. Duma została
ocalona, obie strony zgłosiły roszczenia do własnego terytorium.
Załatwiwszy to, plemię ruszyło dalej wzdłuż strumienia. Najbliższa żyzna
łąka znajdowała się ponad kilometr od jaskiń i musieli się nią dzielić
ze stadem dużych, podobnych do antylop stworzeń, które ledwo tolerowały
ich obecność. Nie było jak ich odpędzić, bo miały ostre rogi, naturalną
broń, której małpoludy nie posiadały.
Tak zatem Obserwator Księżyca i jego towarzysze przeżuwali jagody, owoce
i liście i wciąż odczuwali głód, chociaż stworzenia, z którymi
rywalizowali o ten pokarm, stanowiły potencjalnie niewyczerpane źródło
pożywienia; tysiące ton mięsa pozostawały jednak poza ich zasięgiem. I tak pośród obfitości powoli zmierzali ku śmierci z głodu.
Plemię wróciło do jaskiń w gasnącym świetle dnia. Obyło się bez
incydentów. Ranna kobieta, która nie wyszła żerować, gorąco wyraziła
wdzięczność, gdy Obserwator Księżyca dał jej specjalnie przyniesioną
gałąź z jagodami. Rzuciła się na nie żarłocznie. Nie było to wiele, ale
dawało jej szansę przeżycia do chwili wygojenia się rany zadanej przez
lamparta. Potem będzie mogła już sama szukać pożywienia.
Nad doliną wschodził księżyc w pełni, z odległych gór wiał zimny wiatr.
Noc zapowiadała się bardzo chłodna, ale to, podobnie jak głód, nie
stanowiło szczególnego problemu. Ot, jeden ze zwykłych elementów życia.
Obserwator Księżyca drgnął, gdy z niższej jaskini dobiegły ich krzyki i wrzaski. Nawet nie słysząc powarkiwania lamparta, wiedział, co tam się
działo.
Biały Włos i jego rodzina. Walczyli i umierali. Obserwator Księżyca w ogóle nie pomyślał, żeby jakoś im pomóc. Brutalna logika przetrwania
wykluczała takie reakcje. W innych jaskiniach członkowie plemienia też
milczeli, wyłącznie nasłuchując. Nikt nie chciał ściągnąć na siebie
nieszczęścia.
Zgiełk ucichł i niebawem Obserwator Księżyca usłyszał odgłos ciała
wleczonego po skałach. Trwało to kilka sekund, później lampart lepiej
uchwycił swoją ofiarę i nie powodując już żadnych hałasów, oddalił się z nią w zębach.
Przez parę dni powinien dać im spokój, ale trzeba było też pamiętać o innych napastnikach, którzy mogli przybyć z dalszych okolic, korzystając
z tego zimnego małego słońca, które świeciło tylko nocą. Gdyby dały się
zauważyć dość wcześnie, można by spróbować odstraszyć mniejsze
drapieżniki samym wrzaskiem. Obserwator Księżyca wyczołgał się z jaskini, wspiął na duży głaz przy wejściu i przykucnął na nim, żeby
zlustrować dolinę.
Ze wszystkich stworzeń, które dotąd chodziły po Ziemi, tylko
człekokształtnym zdarzało się spoglądać wytrwale na księżyc. On sam tego
nie pamiętał, ale gdy był jeszcze bardzo młody, wyciągał niekiedy rękę i próbował dotknąć tej upiornej twarzy nad wzgórzami. Nigdy mu się to nie
udało, a teraz był na tyle dorosły, by zrozumieć dlaczego. Musiałby
znaleźć dość wysokie drzewo, żeby się na nie wspiąć.
Obserwował dolinę i księżyc, ale cały czas nasłuchiwał. Raz czy dwa
zdrzemnął się na moment, lecz pozostał na tyle czujny, że każdy dźwięk
by go obudził. W zaawansowanym wieku dwudziestu pięciu lat nadal był
silny i sprawny. Jeśli szczęście dalej będzie mu dopisywać, jeśli zdoła
uniknąć wypadków, chorób, drapieżników i nie umrze z głodu, może
przeżyje jeszcze nawet dziesięć lat.
Zimna i pogodna noc emanowała spokojem. Księżyc wędrował powoli pośród
równikowych konstelacji, których ludzkie oko nie miało nigdy sposobności
zobaczyć. W jaskiniach tymczasem, między niespokojną drzemką i bojaźliwym czuwaniem, rodziły się koszmary, dziedzictwo przyszłych
pokoleń.
W górze dwa razy przemknął przez nieboskłon punkt jaśniejszy niż
wszystkie gwiazdy, a osiągnąwszy zenit, opadał na wschodzie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki