Odyseja kosmiczna 2001 - Arthur C. Clarke

Kup ebooka

37.90 zł
29.56 zł (20,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wracając do 2001

Minęło już ponad ćwierć wieku od tam­tej wio­sny 1964 roku, gdy Stan­ley Kubrick napi­sał do mnie z pyta­niem o pomysł na "naprawdę dobry film science fic­tion". Teraz, gdy do 2001 roku zostało już tylko nieco ponad dzie­sięć lat, trudno przy­wo­łać atmos­ferę tam­tych lat, gdy więk­szo­ści żyją­cych dzi­siaj ludzi nie było jesz­cze na świe­cie...

Mimo to pozwolę sobie zacy­to­wać frag­ment książki The Lost Worlds of 2001, będą­cej rela­cją z naszej wspól­nej pracy. Napi­sa­łem to w 1971 roku, kiedy wszystko to było na­dal dla mnie bar­dzo świeże.

Wio­sną 1964 roku [...] lądo­wa­nie na Księ­życu wciąż wyda­wało się czymś odle­głym jak marze­nie. Logicz­nie rzecz bio­rąc, wie­dzie­li­śmy, że na pewno do tego doj­dzie, ale i tak trudno nam było w to uwie­rzyć [...]. Pierw­szy lot statku Gemini z dwu­oso­bową załogą (Gris­som i Young) miał się odbyć dopiero za rok, naukowcy wciąż się spie­rali, czym pokryta jest powierzch­nia Księ­życa [...]. Wpraw­dzie NASA wyda­wała dzien­nie na bada­nia tyle, ile wyno­sił cały budżet naszego filmu (czyli ponad 10 milio­nów dola­rów), lecz eks­plo­ra­cja kosmosu postę­po­wała małymi kro­kami. Ale wie­dzie­li­śmy, czego można ocze­ki­wać. Nie­raz wspo­mi­na­łem Stan­ley­owi, że pre­miera naszego filmu odbę­dzie się, gdy pierwsi ludzie naprawdę staną na Księ­życu... Naj­więk­szym wyzwa­niem było zatem stwo­rze­nie takiej opo­wie­ści, która nie zesta­rzeje się w ciągu naj­bliż­szych kilku lat. Czy też, co byłoby jesz­cze gor­sze, nie sta­nie się pośmie­wi­skiem. Musie­li­śmy odga­dy­wać kształt rze­czy, które miały dopiero nadejść. Jed­nym ze spo­so­bów na to było wyprze­dza­nie teraź­niej­szo­ści tylko na taki dystans, żeby nie zdo­łała nas dogo­nić. Nie nale­żało z tym prze­sa­dzać. Gdy­by­śmy odsa­dzili się zbyt daleko, publicz­ność mogłaby za nami nie nadą­żyć.

I wyszło świet­nie. 2001: Ody­seja kosmiczna odnio­sła spek­ta­ku­larny suk­ces i została uznana za jeden z naj­waż­niej­szych fil­mów, jakie kie­dy­kol­wiek powstały. Nie­mal zawsze tra­fia na różne listy dzie­się­ciu naj­lep­szych fil­mów wszech cza­sów. Gdyby ktoś chciał obej­rzeć osta­teczną wer­sję, mogę pole­cić wyda­nie LD firmy Voy­ager-Cri­te­rion, które zawiera nie tylko cały film, ale także wiele mate­ria­łów archi­wal­nych zwią­za­nych z jego pro­duk­cją. Są tam sceny z planu, roz­mowy z akto­rami, naukow­cami i tech­ni­kami, któ­rzy brali w tym udział. Jest rów­nież młody Arthur C. Clarke i prze­pro­wa­dzony z nim wywiad w hali mon­ta­żo­wej modułu księ­ży­co­wego w zakła­dach Grum­mana, pośród róż­nych cudów tech­niki, które kilka lat póź­niej zna­la­zły się na powierzchni Księ­życa. Edy­cja koń­czy się cie­ka­wym porów­na­niem tego, co poka­zano w fil­mie, z realiami póź­niejszych lotów w ramach pro­gra­mów Apollo, Sky­lab i waha­dłow­ców. Nie­które z tych rze­czy nie umy­wają się nawet do wizji Stan­leya.

Nic więc dziw­nego, jak sądzę, że film bywa mylony z rze­czy­wi­sto­ścią. A także z powie­ścią, kolejne tomy zaś będące jej kon­ty­nu­acją (o któ­rych niżej) jesz­cze kom­pli­kują sprawę. Dla­tego zamie­rzam teraz wró­cić do początku i przy­po­mnieć, jak to wszystko się zaczęło...

W kwiet­niu 1964 roku opu­ści­łem Cej­lon, jak wów­czas nazy­wano Sri Lankę, i wybra­łem się do Nowego Jorku, aby dokoń­czyć prace redak­cyjne nad wyda­waną przez TIME/LIFE książką Man and Space. Nie mogę się powstrzy­mać przed zacy­to­wa­niem wspo­mnień z tam­tego czasu:

Dziwne było zna­leźć się znowu w Nowym Jorku po kilku latach spę­dzo­nych w tro­pi­kal­nym raju Cej­lonu. Korzy­sta­nie z komu­ni­ka­cji miej­skiej, nawet gdy były to tylko trzy przy­stanki na linii IRT, dostar­czało egzo­tycz­nych prze­żyć po mojej sza­rej egzy­sten­cji wśród słoni, raf kora­lo­wych, mon­su­nów i wypeł­nio­nych skar­bami wra­ków. Uśmiech­nięte pogod­nie twa­rze i zde­cy­do­wane głosy, nie­zmien­nie nie­na­ganne maniery miesz­kań­ców Man­hat­tanu, cią­gle w pogoni za wła­snymi spra­wami, wszystko to wielce mnie zafa­scy­no­wało, podob­nie jak wygodne pociągi prze­my­ka­jące cicho przez nie­ska­zi­tel­nie czy­ste pod­ziemne sta­cje, a nawet reklamy (nie­rzadko dodat­kowo przy­ozdo­bione przez pomy­sło­wych arty­stów ama­to­rów) tak dzi­wacz­nych pro­duk­tów, jak chleb Levy's, nowo­jor­ski "Post", piwo Piel i tuzina kon­ku­ren­cyj­nych marek doust­nych sub­stan­cji rako­twór­czych. Ale gdzieś po kwa­dran­sie zaczą­łem do tego wszyst­kiego przy­wy­kać.

(z książki Raport on Pla­net Three, roz­dział Son of Dr Stran­ge­love)

Moja praca nad Man and Space szybko posu­wała się do przodu, ponie­waż ile­kroć któ­ryś z gor­li­wych redak­to­rów TIME/LIFE pytał mnie, od kogo taki czy inny osąd zapo­ży­czy­łem, posy­ła­łem mu spoj­rze­nie bazy­liszka i odpo­wia­da­łem: "Ta osoba sie­dzi przed tobą". Mia­łem więc dość czasu i sił, żeby dodat­kowo spo­ty­kać się ze Stan­leyem, a pierw­szy raz poga­da­li­śmy sobie 23 kwiet­nia w lokalu sieci Tra­der Vic's (powinni tam chyba umie­ścić tablicę pamiąt­kową). Stan­ley wciąż cie­szył się suk­ce­sem ostat­niego filmu, Dok­tor Stran­ge­love, ale poszu­ki­wał bar­dziej ambit­nego tematu. Chciał nakrę­cić film o miej­scu czło­wieka we wszech­świe­cie. Był to pomysł, który mógł przy­pra­wić o zawał serca każ­dego szefa stu­dia ze sta­rej szkoły, cho­ciaż po praw­dzie do tych z nowej szkoły też pew­nie trzeba by wzy­wać ambu­lans. Hol­ly­wood zde­cy­do­wa­nie nie lubi takich udziw­nień.

Stan­ley, który gdy czymś się zaj­mie, zaraz docho­dzi do poziomu eks­perta, pochło­nął już kilka biblio­tek ksią­żek popu­lar­no­nau­ko­wych i spory tonaż fan­ta­styki nauko­wej. Nabył także prawa do ekra­ni­za­cji tek­stu o intry­gu­ją­cym tytule Sha­dow on the Sun. Nic mi z niego w gło­wie nie zostało, nie pamię­tam nawet nazwi­ska autora, przy­pusz­czal­nie nie był to więc żaden z tych regu­lar­nie pisu­ją­cych tego rodzaju lite­ra­turę. Kim­kol­wiek był, mam nadzieję, że ni­gdy się nie dowie, iż doko­na­łem sabo­tażu jego kariery. Kubrick usły­szał na wstę­pie, że Clarke nie jest zain­te­re­so­wany roz­wi­ja­niem cudzych pomy­słów (cho­ciaż z dru­giej strony można zer­k­nąć do mojego posło­wia do Ramy II, gdzie przed­sta­wi­łem oso­bliwy ciąg zda­rzeń, który ponad dwa­dzie­ścia lat póź­niej wpły­nął na zmianę mojego nasta­wie­nia w tej spra­wie przy oka­zji pisa­nia powie­ści Kolebka). Po wyja­śnie­niu tej kwe­stii posta­no­wi­li­śmy stwo­rzyć coś cał­kiem nowego.

I wła­śnie - zanim zrobi się film, trzeba mieć sce­na­riusz. Żeby napi­sać sce­na­riusz, trzeba wymy­ślić jakąś histo­rię. Ow­szem, zda­rzają się reży­se­rzy tak awan­gar­dowi, że oby­wają się bez fabuły, lecz ich dzieła tra­fiają póź­niej naj­wy­żej do kin stu­dyj­nych. Już wcze­śniej prze­ka­za­łem Stan­ley­owi listę moich krót­szych utwo­rów i zde­cy­do­wa­li­śmy, że jeden z nich, opo­wia­da­nie Poste­ru­nek, nadaje się do cze­goś i posłuży nam za pod­stawę dal­szej pracy.

Tekst ten powstał w napa­dzie twór­czego entu­zja­zmu w Boże Naro­dze­nie 1948 roku, gdy BBC ogło­siło kon­kurs na opo­wia­da­nie. Nie zwró­cił wów­czas niczy­jej uwagi i w sumie nie wiem nawet, jaki utwór wtedy wygrał (zapewne jakaś epicka opo­wieść o gro­zie angiel­skiej pro­win­cji). Obec­nie jed­nak czę­sto poja­wia się w anto­lo­giach1, wystar­czy więc powie­dzieć, że jest to utrzy­mane w gatun­ko­wej kon­wen­cji opo­wia­da­nie o odkry­ciu na Księ­życu obcego arte­faktu będą­cego czymś w rodzaju alarmu antyw­ła­ma­nio­wego ocze­ku­ją­cego przy­by­cia wyprawy z Ziemi.

Czę­sto się mówi, że Ody­seja kosmiczna 2001 jest "oparta na" Poste­runku, ale to rażące uprosz­cze­nie. Mają coś wspól­nego, lecz w podob­nym stop­niu jak żołędź i dąb. Do nakrę­ce­nia filmu potrzeba było znacz­nie wię­cej mate­riału. Część dobra­li­śmy z opo­wia­da­nia Enco­un­ter in the Dawn (zna­nego także jako Expe­di­tion to Earth) i czte­rech innych krót­kich form. Więk­szość pomy­słów była jed­nak cał­kiem nowa i poja­wiła się w trak­cie całych mie­sięcy roz­mów ze Stan­leyem, dopra­co­wy­wana zaś była samot­nymi wie­czo­rami w pokoju 1008 słyn­nego hotelu Chel­sea przy Zachod­niej 23 Ulicy.

Tam też powstała więk­sza część powie­ści, a rela­cję z tego bole­snego nie­kiedy pro­cesu można zna­leźć w The Lost Worlds of 2001. Ale po co powieść, może­cie spy­tać, skoro pra­co­wa­li­śmy nad fil­mem? Zazwy­czaj takie utwory powstają póź­niej, na pod­sta­wie fil­mów (i z bar­dzo róż­nymi skut­kami). W tym przy­padku Stan­ley uznał, że powin­ni­śmy odwró­cić kolej­ność.

Ponie­waż sce­na­riusz musi być nie­zmier­nie szcze­gó­łowy, jego lek­tura jest nie­mal tak samo żmudna jak pisa­nie. John Fow­les ujął to zna­ko­mi­cie: "Pisa­nie powie­ści jest jak pły­wa­nie po morzu, pisa­nie sce­na­riusza fil­mo­wego jest jak prze­dzie­ra­nie się przez melasę". Stan­ley, który wie­dział, jak nie cier­pię nud­nych zajęć, zasu­ge­ro­wał na wstę­pie, żeby zamiast sia­dać od razu do mozol­nego two­rze­nia sce­na­riusza, pozwo­lić sobie naj­pierw na swo­bodną grę wyobraźni przy pracy nad powie­ścią. I z niej mie­li­śmy póź­niej wypro­wa­dzić sce­na­riusz (oraz, jak liczy­li­śmy, tro­chę gotówki).

W sumie tak mniej wię­cej to wyszło, cho­ciaż pod koniec powieść i sce­na­riusz powsta­wały rów­no­cze­śnie, pomy­sły zaś prze­pły­wały w obu kie­run­kach. Dla­tego prze­pi­sa­łem nie­które frag­menty po obej­rze­niu robo­czej wer­sji filmu. Była to dość pra­co­chłonna forma pisar­stwa, w któ­rej mało który autor by zagu­sto­wał. Jeśli w ogóle można to polu­bić.

Aby oddać nieco gorącz­kowy kli­mat tam­tych dni, przy­to­czę kilka zapi­sków z mojego dzien­nika, który uzu­peł­nia­łem wów­czas pospiesz­nie, na kola­nie, w godzi­nach poran­nych:

28 maja 1964. Zasu­ge­ro­wa­łem Stan­ley­owi, że "oni" mogą być maszy­nami, które uwa­żają życie orga­niczne za pato­lo­gię. Stan­ley uznał, że to uro­czy pomysł [...].

2 czerwca. Śred­nio tysiąc, dwa tysiące słów dzien­nie. Stan­ley mówi: "Mamy best­sel­ler".

11 lipca. Spo­tka­łem się ze Stan­leyem, aby omó­wić roz­wój fabuły, ale pra­wie cały czas zszedł na spo­rze o zbiory nie­skoń­czone Can­tora... Odnio­słem wra­że­nie, że S. jest w głębi ducha geniu­szem mate­ma­tycz­nym.

12 lipca. Mamy już wszystko - oprócz fabuły.

26 lipca. Trzy­dzie­ste szó­ste uro­dziny Stan­leya. Gdy zja­wi­łem się w Vil­lage, zna­la­złem kartkę z notatką: "Co to za uro­dziny, gdy świat może w każ­dej chwili zgi­nąć w ogniu?"2.

28 wrze­śnia. Śniło mi się, że jestem robo­tem, który się odbu­do­wuje. Prze­ka­za­łem dwa roz­działy Stan­ley­owi, który przy­go­to­wał mi wyśmie­nity stek, mru­cząc przy tym "Joe Levine nie robi tego dla swo­ich auto­rów".

17 paź­dzier­nika. Stan­ley wymy­ślił w prze­bły­sku sza­leń­stwa roboty o kamer­dy­ner­skim zacię­ciu, które two­rzą wik­to­riań­skie śro­do­wi­sko, żeby nasi boha­te­ro­wie czuli się jak u sie­bie.

28 listo­pada. Zadzwo­ni­łem do Isa­aca Asi­mova, aby omó­wić bio­che­mię prze­kształ­ca­nia się wege­ta­rian w mię­so­żer­ców.

10 grud­nia. Stan­ley zadzwo­nił do mnie po obej­rze­niu Rze­czy, które nadejdą według powie­ści H.G. Wel­lsa. Powie­dział, że nie spoj­rzy już ni­gdy na żaden film, który bym mu pole­cał.

24 grud­nia. Dopra­co­wuję powoli ostat­nie strony, Stan­ley dosta­nie je na Gwiazdkę.

Ostatni wpis zdaje się suge­ro­wać, że praca nad powie­ścią dobie­gła wów­czas końca, ale tak naprawdę mie­li­śmy tylko wstępny szkic dwóch trze­cich tek­stu i póki co opo­wieść ury­wała się w naj­bar­dziej eks­cy­tu­ją­cym momen­cie, ponie­waż nie mie­li­śmy zie­lo­nego poję­cia, co będzie dalej. Ale i to wystar­czyło, żeby Stan­ley zawarł umowę z Metro-Gol­dwyn-Mayer i Cine­ramą na obraz zaty­tu­ło­wany robo­czo Jour­ney Bey­ond the Stars (Wyprawa poza gwiazdy, był jesz­cze drugi wariant: Jak zdo­byto Układ Sło­neczny; nie­zły tytuł, teraz może by się przy­jął, i nie, nie ocze­kuję komen­ta­rzy w tej spra­wie).

Przez cały 1965 rok Stan­ley był zaan­ga­żo­wany w nie­zwy­kle zło­żony pro­ces przed­pro­duk­cyjny, co mocno utrud­niał mu fakt, że film miał być krę­cony w Anglii, on zaś prze­by­wał w Nowym Jorku i pod żad­nym pozo­rem nie zamie­rzał korzy­stać z komu­ni­ka­cji lot­ni­czej. Nie mogę go kry­ty­ko­wać. Stan­ley oduczył się lata­nia, gdy pró­bo­wał zdo­być licen­cję pilota, ja z podob­nego powodu nie usia­dłem za kie­row­nicą od dnia, gdy w 1956 roku sta­ra­łem się zdać na prawo jazdy w Syd­ney w Austra­lii. Trauma była tak silna, że wszel­kie moto­ry­za­cyjne cią­goty prze­szły mi jak ręką odjął.

Pod­czas gdy Stan­ley krę­cił film, ja sta­ra­łem się ukoń­czyć osta­teczną wer­sję powie­ści, która oczy­wi­ście musiała otrzy­mać jego bło­go­sła­wień­stwo, zanim mogła pójść do publi­ka­cji. Oka­zało się to nie­zwy­kle trudne, jako że Stan­ley był wów­czas bar­dzo zajęty w stu­diu i nie miał kiedy pochy­lić się nad maszy­no­pi­sem. Poza tym zale­żało mu, żeby film uka­zał się przed książką. I tak też się stało, wyprze­dził ją o kilka mie­sięcy, miał pre­mierę wio­sną 1968 roku.

Bio­rąc pod uwagę zło­żo­ność pro­cesu twór­czego, nie ma nic dziw­nego w tym, że powieść różni się od filmu pod kil­koma wzglę­dami. Przede wszyst­kim inny jest cel wyprawy. Stan­ley zde­cy­do­wał się na Jowi­sza (i cho­ciaż wtedy jesz­cze o tym nie wie­dzie­li­śmy, był to szczę­śliwy wybór), pod­czas gdy mój Disco­very wziął kurs na Saturna, wyko­rzy­stu­jąc po dro­dze pole gra­wi­ta­cyjne Jowi­sza do zwięk­sze­nia pręd­ko­ści.

Ana­lo­giczny "manewr per­tur­ba­cyjny" wyko­nała jede­na­ście lat póź­niej sonda Voy­ager, a gdy piszę te słowa, wie­czo­rem 24 sierp­nia 1989 roku, Voy­ager II zbliża się w iden­tycz­nym celu do Nep­tuna, który będzie ostat­nim przy­stan­kiem przed znik­nię­ciem wśród gwiazd.

O co cho­dziło z tą zamianą Saturna na Jowi­sza? Z jed­nej strony upro­ściło to fabułę, z dru­giej uła­twiło życie dzia­łowi efek­tów spe­cjal­nych, gdyż nie był on w sta­nie stwo­rzyć takiego Saturna, który zyskałby apro­batę Stan­leya. I dobrze się stało, gdyż dopiero misje Voy­agera uka­zały, jak zło­żona jest struk­tura pier­ścieni tej pla­nety. Gdyby przed­sta­wić je w fil­mie wedle daw­nych wyobra­żeń, obraz bar­dzo szybko stałby się nie­ak­tu­alny.

Przez ponad dzie­sięć lat po uka­za­niu się powie­ści (w lipcu 1968 roku) z wiel­kim prze­ko­na­niem zaprze­cza­łem pogło­skom, jako­bym miał kie­dyś napi­sać jej kon­ty­nu­ację. Bły­sko­tliwy suk­ces misji Voy­agera spra­wił jed­nak, że zmie­ni­łem zda­nie. Odle­głe światy, o któ­rych nic nie było wia­domo, gdy Stan­ley i ja roz­po­czy­na­li­śmy naszą współ­pracę, nagle zyskały na real­no­ści i oka­zały się nader cie­ka­wymi obiek­tami. Wcze­śniej nikt nie wyobra­żał sobie wiel­kich księ­ży­ców ze stałą pokrywą lodową czy też wul­ka­nami zdol­nymi wyrzu­cać kłęby siarki na wyso­kość stu kilo­me­trów. Fan­ta­styka naukowa wiele zyskała dzięki tym danym, ja zaś mia­łem powód, żeby wró­cić w oko­lice Jowi­sza i jego gro­mady sate­li­tów. I tak powstała 2010: Ody­seja kosmiczna.

Ist­nieje rów­nież inna ważna róż­nica mię­dzy tymi książ­kami. 2001 to owoc ponie­kąd minio­nej epoki. Nowa roz­po­częła się w chwili, gdy Neil Arm­strong i Buzz Aldrin sta­nęli na Morzu Spo­koju. Od tam­tej pory fik­cja lite­racka i rze­czy­wi­stość splo­tły się w jedno. Astro­nauci ze statku Apollo mieli oka­zję zoba­czyć ten film, zanim wyru­szyli na Księ­życ. Załoga Apolla 8, która w Boże Naro­dze­nie 1968 roku jako pierw­sza w histo­rii ludz­ko­ści ujrzała drugą stronę Księ­życa, powie­działa mi nawet, że kusiło ich tam, żeby zgło­sić przez radio odkry­cie dużego czar­nego mono­litu. Nie­stety roz­są­dek zwy­cię­żył.

Lecz pod­czas misji Apolla 13 Ody­seja w pewien spo­sób wró­ciła. Gdy kom­pu­ter Hal zgła­szał "awa­rię" modułu AE-35, powie­dział: "Prze­pra­szam, że prze­ry­wam uro­czy­stość, ale mamy pro­blem".

Cóż, moduł dowo­dze­nia Apolla 13 nosił nazwę Odys­sey, a załoga wła­śnie zakoń­czyła trans­mi­sję tele­wi­zyjną z wyko­rzy­sta­niem słyn­nego motywu z Tako rze­cze Zara­tu­stra, gdy eks­plo­do­wał zbior­nik tlenu. Zaraz po tym ode­zwali się do Ziemi: "Houston, mamy pro­blem".

Dzięki kon­ge­nial­nej impro­wi­za­cji (z uży­ciem modułu księ­ży­co­wego jako "łodzi ratun­ko­wej") astro­nauci zostali bez­piecz­nie spro­wa­dzeni. Gdy admi­ni­stra­tor NASA Tom Paine prze­słał mi raport z misji, napi­sał na okładce: "Było, jak uprze­dza­łeś, Arthu­rze".

Poja­wiły się jesz­cze inne zbież­no­ści, w tym histo­ria sate­li­tów komu­ni­ka­cyj­nych Wester VI i Palapa B-2, które wystrze­lono w lutym 1984 roku, ale na sku­tek usterki rakiet tra­fiły na cał­kiem bez­u­ży­teczne orbity.

We wcze­śniej­szym szkicu powie­ści David Bow­man opu­ścił w jed­nej z kap­suł sta­tek, żeby odzy­skać moduł ante­nowy Disco­very (frag­ment ten można odna­leźć w roz­dziale 26 The Lost Worlds of 2001). Dogo­nił go, ale nie był w sta­nie zatrzy­mać jego powol­nego wiro­wa­nia i ścią­gnąć z powro­tem do statku.

W listo­pa­dzie 1984 roku astro­nauta Joe Allen opu­ścił waha­dło­wiec kosmiczny Disco­very (nie, nie zmy­ślam) i użył sil­nicz­ków manew­ro­wych, aby zbli­żyć się do sate­lity Palapa. Jemu udało się wyga­sić ruch obro­towy obiektu (sil­nicz­kami ple­ca­ko­wymi wyrzu­ca­ją­cymi stru­mie­nie azotu), dzięki czemu obiekt został wpro­wa­dzony do ładowni Disco­very. Dwa dni póź­niej powtó­rzono to samo z sate­litą Wester. Powró­ciły cało na Zie­mię, gdzie mogły zostać odno­wione i ponow­nie wysłane w prze­strzeń kosmiczną. Była to jedna z naj­bar­dziej uda­nych misji waha­dłow­ców.

To jesz­cze nie koniec. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie, gdy Joe wycho­dził w próż­nię, otrzy­ma­łem egzem­plarz jego świet­nej książki Ente­ring Space: An Astro­naut's Odys­sey z dedy­ka­cją, która brzmiała: "Drogi Arthu­rze, gdy byłem jesz­cze chłop­cem, zara­zi­łeś mnie zarówno bak­cy­lem pisa­nia, jak i bak­cy­lem kosmosu, tylko nie uprze­dzi­łeś, jak trudna to będzie robota...".

Nie muszę chyba doda­wać, że tego rodzaju wyrazy uzna­nia przy­no­szą naprawdę wiele satys­fak­cji, a poza tym poczu­łem się dzięki temu tro­chę jak bra­cia Wri­ght.

Po ukoń­cze­niu dwóch pierw­szych Ody­sei, tak powie­ścio­wych, jak i fil­mo­wych, zyska­łem dobrą wymówkę, by odsta­wić Hala, Bow­mana i mono­lit co naj­mniej do grud­nia 1990 roku. Rzecz w tym, że w grud­niu 1988 roku miała dotrzeć do Jowi­sza sonda Gali­leo, będąca jed­nym z najam­bit­niej­szych pro­jek­tów NASA. Jej start z wyko­rzy­sta­niem waha­dłowca zapla­no­wano na maj 1986 roku. Nale­żało ocze­ki­wać, że dostar­czy nam wielu nowych danych o Jowi­szu i jego sate­li­tach, przez co wszystko, co mógł­bym ewen­tu­al­nie napi­sać wcze­śniej, rap­tow­nie straci na aktu­al­no­ści. O nowych zagad­kach i przy­czyn­kach do kolej­nych spe­ku­la­cji nie wspo­mi­na­jąc.

Nie­stety tra­ge­dia Chal­len­gera zmie­niła bieg zda­rzeń. Sonda Gali­leo ma zostać wynie­siona na orbitę przez waha­dło­wiec Atlan­tis w paź­dzier­niku 1989 roku. Do Jowi­sza dotrze dopiero w grud­niu 1995, sie­dem lat póź­niej, niż pier­wot­nie pla­no­wano. Jak napi­sa­łem w przed­mo­wie do 2061: Ody­seja kosmiczna - "Posta­no­wi­łem nie cze­kać".

No i jesz­cze zapewne nie­unik­nione pyta­nie: czy będzie kolejny tom Ody­sei? Choć trze­cia część koń­czy się pew­nym zawie­sze­niem akcji, nie myśla­łem o kon­ty­nu­acji. Wyda­wało mi się to cał­kiem dobrym zamknię­ciem tej opo­wie­ści.

To, czy czwarta Ody­seja się zma­te­ria­li­zuje, nie zależy tylko ode mnie. Jeśli Gali­leo wyru­szy wresz­cie w drogę, szanse na to znacz­nie wzro­sną. Tyle że potem trzeba będzie pocze­kać jesz­cze sześć lat, aż dotrze do Jowi­sza i jego księ­ży­ców.

Jeśli tak się sta­nie i na­dal będzie mi dopi­sy­wać zdro­wie, wów­czas ta finalna Ody­seja naj­pew­niej zaist­nieje na moim kom­pie. Chciał­bym ją napi­sać, ale raczej nie­spiesz­nie, tak aby tra­fić z datą wyda­nia w 1 stycz­nia 2001 roku3.

Bibliografia

Lite­ra­tura na temat filmu 2001: Ody­seja kosmiczna jest obec­nie cał­kiem spora; zapewne naj­bar­dziej uży­tecz­nym z tych źró­deł jest książka The Making of Kubrick's 2001 Jerome'a Agela (New Ame­ri­can Library, 1970). Nie­stety jej nakład już dawno się wyczer­pał.

Oprócz trzech powie­ści 2001, 2010 i 2061 opu­bli­ko­wa­łem też dwie książki non fic­tion powią­zane z całą histo­rią: The Lost Worlds of 2001 (NAL; Sid­gwick i Jack­son, 1972) oraz The Odys­sey File (Del Rev; Gra­nada, 1986).

Report on Pla­net Three (Har­per and Row; Gol­lancz, 1972) zawiera dwa eseje Son of Dr Stran­ge­love i The Myth of 2001, które opi­sują wcze­sną histo­rię pro­jektu.

25 sierp­nia 1989

Kolombo, Sri Lanka

Zostało zamiesz­czone w mojej pierw­szej anto­lo­gii Expe­di­tion to Earth. [wróć]

W 1989 roku są to słowa jesz­cze bar­dziej aktu­alne... [wróć]

Powieść 3001: Ody­seja kosmiczna. Finał uka­zała się wcze­śniej - w 1997 roku (przyp. tłum.). [wróć]

1. Droga do zagłady

Okres pano­wa­nia wiel­kich gadów dawno prze­mi­nął, ale po nim nade­szła susza, która trwała już dzie­sięć milio­nów lat. Na rów­niku, na kon­ty­nen­cie, który pew­nego dnia zosta­nie nazwany Afryką, walka o prze­ży­cie przy­brała nader okrutny cha­rak­ter i na razie trudno było orzec, kto wyj­dzie z niej zwy­cię­sko. Jałowa, spę­kana zie­mia dawała szansę na prze­trwa­nie tylko isto­tom małym, zwin­nym i zacie­kle wal­czą­cym o swoje.

Zamiesz­ku­jące sawannę mał­po­ludy nie zali­czały się do żad­nej z tych grup i tym samym kiep­sko im się powo­dziło. Ten gatu­nek bli­ski był wygi­nię­cia. Grupa około pięć­dzie­się­ciorga osob­ni­ków zaj­mo­wała kilka jaskiń z wido­kiem na małą, spie­czoną słoń­cem dolinę, którą prze­ci­nał leni­wie pły­nący stru­mień zasi­lany śnie­giem top­nie­ją­cym w górach odle­głych o ponad trzy­sta kilo­me­trów na pół­noc. Nie­kiedy stru­mień cał­kiem wysy­chał i ple­mie­niu gro­ziło zabój­cze pra­gnie­nie.

Ni­gdy nie mieli wiele poży­wie­nia, ale teraz umie­rali z głodu. Kiedy pierw­szy słaby blask świtu zakradł się do jaskini, Obser­wa­tor Księ­życa zauwa­żył, że jego ojciec zmarł w nocy. Nie wie­dział, że Stary był jego ojcem, pokre­wień­stwo pozo­sta­wało jesz­cze poza ich sferą poj­mo­wa­nia, ale kiedy spoj­rzał na wychu­dzone ciało, odczuł oso­bliwy nie­po­kój, który w jego świe­cie był nie­śmia­łym poprzed­ni­kiem smutku.

Dwoje dzieci zapisz­czało, doma­ga­jąc się jedze­nia, ale zamil­kły, gdy Obser­wa­tor Księ­życa na nie wark­nął. Jedna z matek mruk­nęła gniew­nie w obro­nie dziecka, któ­rego nie była w sta­nie wykar­mić. On jed­nak nie miał dość siły, żeby szturch­nąć ją za nie­po­słu­szeń­stwo.

Na zewnątrz było już dość jasno, żeby wyjść z jaskini. Obser­wa­tor Księ­życa uniósł pomarsz­czone zwłoki i pochy­lony pod niskim skle­pie­niem zaczął cią­gnąć je za sobą. Gdy wyszedł, prze­rzu­cił ciało przez ramię i sta­nął pro­sto, był jedy­nym stwo­rze­niem na tym świe­cie zdol­nym to uczy­nić.

Wśród swo­ich był nie­mal olbrzy­mem. Miał ponad pół­tora metra wzro­stu i cho­ciaż nie­do­ży­wiony, ważył około pięć­dzie­się­ciu kilo­gra­mów. Jego owło­sione i umię­śnione ciało było w poło­wie mał­pie, w poło­wie zaś zapo­wia­dało czło­wieka. Głowa była już pra­wie ludzka. Miał niskie czoło i masywne wały nado­czo­do­łowe, ale w jego spoj­rze­niu było coś, czego nie spo­ty­kało się u małp. Ciemne oczy spo­glą­da­jące na wrogi mu plej­sto­ceń­ski kra­jo­braz zdra­dzały pierw­sze ślady świa­do­mo­ści. Zawartą w genach obiet­nicę inte­li­gen­cji, która potrze­bo­wała jed­nak jesz­cze wielu lat, żeby doj­rzeć, i mogła nie­ba­wem zga­snąć - nie­odwo­łal­nie i na zawsze.

Obser­wa­tor Księ­życa, nie dostrze­gł­szy żad­nego zagro­że­nia, zaczął scho­dzić po pra­wie pio­no­wym zbo­czu, co nawet z dodat­ko­wym cię­ża­rem nie było dla niego pro­ble­mem. Reszta ple­mie­nia jakby tylko na to cze­kała, wszy­scy ruszyli na dół w kie­runku błot­ni­stego stru­mie­nia, żeby uga­sić poranne pra­gnie­nie.

Obser­wa­tor Księ­życa zlu­stro­wał dolinę w poszu­ki­wa­niu Innych, ale nie było po nich śladu. Może nie wyszli jesz­cze ze swo­ich jaskiń albo żero­wali gdzieś dalej na zbo­czu. Skoro zaś ich nie było, Obser­wa­tor Księ­życa zaraz o nich zapo­mniał. Nie był w sta­nie zaj­mo­wać się dwiema rze­czami naraz.

Naj­pierw musiał się pozbyć Sta­rego, co nie wyma­gało spe­cjal­nego wysiłku. Było już wiele zgo­nów, z czego jeden wcze­śniej w jego jaskini. Musiał tylko zanieść zwłoki tam, gdzie nie­dawno przy pierw­szej kwa­drze Księ­życa zosta­wił tru­chło nowo naro­dzo­nego dziecka. Hieny zajmą się resztą.

Zwie­rzęta już cze­kały, jakby wie­działy, że przyj­dzie. Obser­wa­tor Księ­życa poło­żył ciało pod nie­wiel­kim krza­kiem. Po poprzed­nim nie zostały już nawet kości. Potem wró­cił pospiesz­nie do ple­mie­nia. Ni­gdy wię­cej nie pomy­ślał o swoim ojcu.

Dwaj doro­śli z innych jaskiń, jak i więk­szość mło­dzieży żero­wali wśród poskrę­ca­nych suszą drzew w doli­nie, szu­ka­jąc jagód, soczy­stych korzon­ków i liści, cza­sem tra­fia­jąc na nie­spo­dzianki w rodzaju jasz­czurki czy małych gry­zoni. W jaski­niach pozo­stały tylko nie­mow­lęta i naj­słabsi ze sta­rych. Jeśli pod koniec dnia zosta­nie coś do jedze­nia, to się ich nakarmi. Jeśli nie, hieny znowu się ucie­szą.

Ale ten dzień był dobry, cho­ciaż Obser­wa­tor Księ­życa nie pamię­tał prze­szło­ści na tyle, żeby porów­ny­wać dni. Zna­lazł gniazdo psz­czół w pniu mar­twego drzewa, ura­czył się więc naj­de­li­kat­niej­szym ze zna­nych mał­po­lu­dom przy­sma­ków. Pro­wa­dząc póź­nym popo­łu­dniem grupę do jaskini, wciąż od czasu do czasu obli­zy­wał palce. Oczy­wi­ście zebrał też sporo użą­dleń, ale pra­wie ich nie zauwa­żył. Był tak zado­wo­lony, jak było to w jego przy­padku moż­liwe, bo choć na­dal głodny, nie osłabł jed­nak z wycień­cze­nia. To był szczyt marzeń mał­po­lu­dów.

Dobry nastrój go opu­ścił, gdy dotarli do stru­mie­nia. Inni już tam byli. Zja­wiali się codzien­nie, ale za każ­dym razem budziło to w nim taką samą iry­ta­cję.

Tamta grupa liczyła około trzy­dzie­ściorga osob­ni­ków, któ­rzy niczym się nie róż­nili od ple­mie­nia Obser­wa­tora Księ­życa. Gdy go ujrzeli, zaczęli ska­kać, machać rękami i pokrzy­ki­wać, pozo­sta­jąc jed­nak na swoim brzegu. Jego ple­mię odpo­wie­działo tym samym.

I to było wszystko. Cho­ciaż czę­sto zda­rzało im się wal­czyć, zma­ga­nia rzadko skut­ko­wały poważ­nymi obra­że­niami. Nie mieli pazu­rów ani kłów, sierść zaś dobrze chro­niła skórę, nie­zbyt więc mogli sobie nawza­jem zaszko­dzić. Poza tym obec­nie nie mieli sił na takie bez­pro­duk­tywne zacho­wa­nie, groźne powar­ki­wa­nie było znacz­nie prost­szym spo­so­bem zaję­cia sta­no­wi­ska.

Trwało to jakieś pięć minut i skoń­czyło się rów­nie rap­tow­nie, jak się zaczęło. Zaraz potem wszy­scy napili się męt­nej wody. Duma została oca­lona, obie strony zgło­siły rosz­cze­nia do wła­snego tery­to­rium. Zała­twiw­szy to, ple­mię ruszyło dalej wzdłuż stru­mie­nia. Naj­bliż­sza żyzna łąka znaj­do­wała się ponad kilo­metr od jaskiń i musieli się nią dzie­lić ze sta­dem dużych, podob­nych do anty­lop stwo­rzeń, które ledwo tole­ro­wały ich obec­ność. Nie było jak ich odpę­dzić, bo miały ostre rogi, natu­ralną broń, któ­rej mał­po­ludy nie posia­dały.

Tak zatem Obser­wa­tor Księ­życa i jego towa­rzy­sze prze­żu­wali jagody, owoce i liście i wciąż odczu­wali głód, cho­ciaż stwo­rze­nia, z któ­rymi rywa­li­zo­wali o ten pokarm, sta­no­wiły poten­cjal­nie nie­wy­czer­pane źró­dło poży­wie­nia; tysiące ton mięsa pozo­sta­wały jed­nak poza ich zasię­giem. I tak pośród obfi­to­ści powoli zmie­rzali ku śmierci z głodu.

Ple­mię wró­ciło do jaskiń w gasną­cym świe­tle dnia. Obyło się bez incy­den­tów. Ranna kobieta, która nie wyszła żero­wać, gorąco wyra­ziła wdzięcz­ność, gdy Obser­wa­tor Księ­życa dał jej spe­cjal­nie przy­nie­sioną gałąź z jago­dami. Rzu­ciła się na nie żar­łocz­nie. Nie było to wiele, ale dawało jej szansę prze­ży­cia do chwili wygo­je­nia się rany zada­nej przez lam­parta. Potem będzie mogła już sama szu­kać poży­wie­nia.

Nad doliną wscho­dził księ­życ w pełni, z odle­głych gór wiał zimny wiatr. Noc zapo­wia­dała się bar­dzo chłodna, ale to, podob­nie jak głód, nie sta­no­wiło szcze­gól­nego pro­blemu. Ot, jeden ze zwy­kłych ele­men­tów życia.

Obser­wa­tor Księ­życa drgnął, gdy z niż­szej jaskini dobie­gły ich krzyki i wrza­ski. Nawet nie sły­sząc powar­ki­wa­nia lam­parta, wie­dział, co tam się działo.

Biały Włos i jego rodzina. Wal­czyli i umie­rali. Obser­wa­tor Księ­życa w ogóle nie pomy­ślał, żeby jakoś im pomóc. Bru­talna logika prze­trwa­nia wyklu­czała takie reak­cje. W innych jaski­niach człon­ko­wie ple­mie­nia też mil­czeli, wyłącz­nie nasłu­chu­jąc. Nikt nie chciał ścią­gnąć na sie­bie nie­szczę­ścia.

Zgiełk ucichł i nie­ba­wem Obser­wa­tor Księ­życa usły­szał odgłos ciała wle­czo­nego po ska­łach. Trwało to kilka sekund, póź­niej lam­part lepiej uchwy­cił swoją ofiarę i nie powo­du­jąc już żad­nych hała­sów, odda­lił się z nią w zębach.

Przez parę dni powi­nien dać im spo­kój, ale trzeba było też pamię­tać o innych napast­ni­kach, któ­rzy mogli przy­być z dal­szych oko­lic, korzy­sta­jąc z tego zim­nego małego słońca, które świe­ciło tylko nocą. Gdyby dały się zauwa­żyć dość wcze­śnie, można by spró­bo­wać odstra­szyć mniej­sze dra­pież­niki samym wrza­skiem. Obser­wa­tor Księ­życa wyczoł­gał się z jaskini, wspiął na duży głaz przy wej­ściu i przy­kuc­nął na nim, żeby zlu­stro­wać dolinę.

Ze wszyst­kich stwo­rzeń, które dotąd cho­dziły po Ziemi, tylko człe­ko­kształt­nym zda­rzało się spo­glą­dać wytrwale na księ­życ. On sam tego nie pamię­tał, ale gdy był jesz­cze bar­dzo młody, wycią­gał nie­kiedy rękę i pró­bo­wał dotknąć tej upior­nej twa­rzy nad wzgó­rzami. Ni­gdy mu się to nie udało, a teraz był na tyle doro­sły, by zro­zu­mieć dla­czego. Musiałby zna­leźć dość wyso­kie drzewo, żeby się na nie wspiąć.

Obser­wo­wał dolinę i księ­życ, ale cały czas nasłu­chi­wał. Raz czy dwa zdrzem­nął się na moment, lecz pozo­stał na tyle czujny, że każdy dźwięk by go obu­dził. W zaawan­so­wa­nym wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lat na­dal był silny i sprawny. Jeśli szczę­ście dalej będzie mu dopi­sy­wać, jeśli zdoła unik­nąć wypad­ków, cho­rób, dra­pież­ni­ków i nie umrze z głodu, może prze­żyje jesz­cze nawet dzie­sięć lat.

Zimna i pogodna noc ema­no­wała spo­ko­jem. Księ­życ wędro­wał powoli pośród rów­ni­ko­wych kon­ste­la­cji, któ­rych ludz­kie oko nie miało ni­gdy spo­sob­no­ści zoba­czyć. W jaski­niach tym­cza­sem, mię­dzy nie­spo­kojną drzemką i bojaź­li­wym czu­wa­niem, rodziły się kosz­mary, dzie­dzic­two przy­szłych poko­leń.

W górze dwa razy prze­mknął przez nie­bo­skłon punkt jaśniej­szy niż wszyst­kie gwiazdy, a osią­gnąw­szy zenit, opa­dał na wscho­dzie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki