Odyseja Jansona - Robert Ludlum, Paul Garrison

-
Proszę czekać

PROLOG Odsiecz

Trzy lata temu

41° 13' N, 111°57' W

Ogden, Utah

- Ogden to świetne miasto, jeżeli ktoś lubi wycieczki, rowery górskie i narty. - Doug Case położył dłonie na sfatygowanych podłokietnikach kupionego z drugiej ręki wózka inwalidzkiego, udając, że to kijki narciarskie. - Tym się właśnie tutaj zajmuję, jeśli chcesz wiedzieć. Jak mnie wytropiłeś? Usunąłem swoje dane z komputerów Departamentu do spraw Weteranów.

- Kiedy wszystko się wali, ludzie wracają do domu - odparł Paul Janson.

- Do domu to musi cię ktoś przyjąć. To nie dla mnie. Nie potrzebuję łaski.

- I jak widzę, los nie był dla ciebie szczególnie łaskawy.

Dom Case'a stanowiła wylotowa część nieczynnego tunelu kolejowego z widokiem na zaśmieconą, pustą działkę, spalony bar KFC i ośnieżone zbocza Wasatch Mountains. Siedział na wózku zgarbiony, z brudnym, wystrzępionym plecakiem na kolanach i twarzą pokrytą tygodniowym zarostem. Co kilka minut obojętnym wzrokiem popatrywał w kierunku czwórki nastoletnich mięśniaków z jakiegoś ulicznego gangu, obserwujących ich z hondy zaparkowanej obok ruin KFC.

Janson przysiadł na przewróconym wózku sklepowym. Miał na sobie wełniane spodnie, sweter i luźną, czarną kurtkę narciarską, na nogach lekkie wojskowe półbuty.

- Zabij mnie i skończ z tym - powiedział Case. - Nie mam ochoty na jakieś gierki.

- Nie przyszedłem cię zabić.

- Po prostu zrób to! Nie martw się, nie będę się bronić. - Poprawił leżący na kolanach plecak.

- Zakładasz, że nadal pracuję dla Wydziału Operacji Konsularnych.

- Nikt nie odchodzi z OPKON-u.

- Zawarłem układ. Pracuję na własny rachunek, jako korporacyjny doradca do spraw ochrony i zabezpieczeń. Od czasu do czasu z OPKON-u dzwonią do mnie. Od czasu do czasu oddzwaniam.

- Fakt, nigdy nie paliłeś za sobą wszystkich mostów - przyznał Case. - Pracujesz sam?

- Mam się do kogo zwrócić, jeśli potrzebuję snajpera.

- Dobry jest?

- Najlepszy, jakiego spotkałem.

- Skąd go wziąłeś? - zapytał Case ciekaw, jakiegoż to speca udało się tamtemu zwerbować.

- Z banku talentów - wymijająco odparł Janson.

- Dlaczego odszedłeś z Operacji?

- Obudziłem się pewnego ranka i przypomniałem sobie wszystkich tych ludzi, których zabiłem bez słusznych powodów.

Case roześmiał się.

- Na miłość boską, Paul! Departament Stanu nie może pozwolić, by tajni agenci decydowali, kogo zabić. Jeśli musisz kogoś ukatrupić, żeby wykonać zlecenie, robisz to. Dlatego nazywa się to usankcjonowanymi zabójstwami podczas akcji w terenie.

- Usankcjonowanymi seryjnymi zabójstwami. Tak byłoby bliżej prawdy. Leżę sobie w łóżku i liczę je. Te powinienem był popełnić. Tych nie powinienem.

- I jaki jest bilans? Tych, co powinieneś i nie powinieneś?

- Czterdzieści sześć.

- Niech mnie diabli! Zaliczyłem ciut więcej.

- Czterdzieści sześć potwierdzonych - poprawił się Janson.

- Widzę, że twój testosteron się nie przeterminował - uśmiechnął się Case. Obrzucił rozmówcę taksującym spojrzeniem. Sukinsyn nic się nie postarzał. Nadal wyglądał na trzydzieści kilka lat, może czterdzieści kilka, pięćdziesiąt. Trudno powiedzieć, widząc jego krótko ostrzyżone włosy neutralnej, stalowoszarej barwy. Nadal też wyglądał na kogoś, na kogo nie należy spoglądać dwa razy. Chyba że samemu jest się zawodowcem i to naprawdę, naprawdę dobrym, i wówczas, spoglądając nań drugi raz, należałoby zwrócić uwagę na jego okryte kurtką ramiona i czujne oczy. Tyle że wtedy może już być za późno.

- Mamy towarzystwo - mruknął Janson.

Młodociani gangsterzy niespiesznie zmierzali w ich kierunku.

- Zajmę się nimi - stwierdził Case. - Ty zamów sobie lunch. - Pod jedno z kół wózka wetknięty był pęk równo poskładanych torebek po burgerach Sonic. Doug Case pozwolił młodzikom zbliżyć się na kilka metrów i dopiero wtedy przemówił: - Panowie, proponuję jedną darmową lekcję survivalu. Jeśli chcecie przeżyć, nigdy nie podejmujcie walki z góry skazanej na przegraną. Zróbcie w tył zwrot i idźcie stąd.

Trzej z grupy nastroszyli się groźnie, ale ich prowodyr, najmniejszy wzrostem, taksującym spojrzeniem obrzucił kalekę, potem Jansona i powiedział:

- Spadamy stąd.

- Przecież facet siedzi na pieprzonym wózku inwalidzkim.

Herszt zdzielił niesfornego kompana w ucho i pogonił całą trójkę w kierunku hondy.

- Hej, młody! - zawołał za nim Case. - Masz jaja, chłopie. Wstąp do wojska. Tam cię nauczą, jaki zrobić z nich pożytek. - Uśmiechnął się do swojego towarzysza. - Czy nie raduje cię widok takiego prawdziwego talentu?

- Raduje - odparł tamten i głosem kogoś nawykłego do wydawania rozkazów zawołał: - Chodź tu! - Chłopak podszedł do niego, zwinny, ostrożny jak bezpański pies. Janson podał mu wizytówkę. - Wstąp do wojska. Zadzwoń do mnie, jak zostaniesz sierżantem specjalistą.

- A kto to taki?

- To szczebel w hierarchii. Od niego zaczyna się prawdziwą karierę.

Paul Janson milczał, dopóki honda nie oddaliła się z piskiem opon.

- Przypomniałem sobie jeszcze coś. Te wszystkie myślowe wybiegi, do których się uciekałem, by uwierzyć, że mam to już za sobą.

- Przydałaby się dawka amnezji.

- Tego towaru nie ma na składzie.

Case znów się roześmiał.

- Pamiętasz, jak to się przydarzyło jednemu agentowi? Zapomniał wszystko. Oprzytomniał i stwierdził, że leje jakichś ludzi. Nie pamiętał, jak i gdzie nauczył się walki wręcz. Jak on się, do cholery, nazywał...? Nie pamiętam. On zresztą też nie. Co innego ty; ty pamiętasz wszystko. Okay, Paul, skoro nie przyjechałeś mnie zabić, to co robisz w pieprzonym Ogden?

- Mówienie o przeszłości nie ma sensu, jeśli nie idzie za tym odkupienie.

- Chcesz to odkupić? A niby jak? Jak pijak na mityngu AA przepraszający ludzi za to, że był dla nich niedobry?

- Tego, co zrobiłem, nie mogę zmienić, ale mogę spłacić dług, pomagając swojemu następcy.

- Dlaczego po prostu nie kupisz odpustu od papieża?

Sarkazm nie zadziałał. Janson okazał się głuchy na takie teksty.

- Uruchom swoją umiejętność obserwacji, której nas wyuczono, i popatrz na siebie; nie jest to piękny widok.

- Saul na drodze do Damaszku odnalazł swój moralny kompas i zmienił imię na Paweł. Ty jednak już jesteś Paulem. Co chcesz zmienić? Świat?

- Chcę zrobić co w mojej mocy, aby uratować wszystkich tych tajnych agentów rządowych, których życie zrujnowała służba w terenie. Gości takich jak ty i ja.

- Mnie do tego nie mieszaj.

- Nie da rady.

- Jak to?

- Jesteś pierwszy na liście moich projektów.

- Milion ludzi ma zezwolenie na dostęp do informacji ściśle tajnych. Jeśli jedna setna to tajni agenci, mógłbyś uratować dziesięć tysięcy osób. Dlaczego ja?

- Są tacy, którzy twierdzą, że byłeś najgorszy.

- Są tacy, którzy twierdzą, że byłem najlepszy - z gorzkim uśmiechem odparł Case.

- Faktem jest, że byliśmy najgorsi.

- Nie chcę, żeby mnie ratowano.

- Mieszkasz pod chmurką. Idzie zima. Jesteś uzależniony od percocetu, a lekarze zakręcili ci kurek. Kiedy wykorzystasz recepty na ten miesiąc, zaczniesz szukać opiatów na ulicy.

- Skrupulatny jak zawsze wywiad Paula Jansona?

- Do walentynek będziesz trupem.

- Wytrawny kunszt analityczny Jansona?

- Potrzebujesz ratunku.

- Nie proszę o niego. Wynoś się. Daj mi spokój.

- Mam furgonetkę z rampą.

Blade, pokryte siwym zarostem policzki Douga Case'a zalał wściekły rumieniec.

- Masz furgonetkę z rampą? Masz furgonetkę z rampą? A w furgonetce kilku płatnych zbirów, żeby ci pomogli wepchnąć mnie po tej pieprzonej rampie?

Na twarzy Jansona zastygł niepewny uśmiech. Po raz pierwszy od początku wizyty w smętnym królestwie Douga Case'a wyglądał na zbitego z tropu. Człowiek noszący przydomek Maszyna nagle okazał się bezbronny. Inwalida tylko nasilił obstrzał.

- Zawalasz swój plan, koleś. Żadnych opryszków w furgonetce. Żadnego przygotowania. Żadnego wsparcia. Żadnego planu awaryjnego. Powinieneś był podejść do sprawy tak jak wtedy, gdy planowałeś akcje w OPKON-ie. Udręczona dusza brnie na oślep ku odkupieniu, tak? I ty mnie zamierzasz wyprostować?

- Więcej, niż wyprostować. Zamierzamy przywrócić cię światu żywych.

- Światu żywych? A więc na początek wyciągniesz mnie z percocetu? Potem oddasz psychiatrom, żeby wyreperowali mi głowę? A kiedy lekarze skończą ze mną, znajdziesz mi robotę, w której będę wykorzystywał swoje szczególne talenty? Idź do diabła.

- Wyleczą cię.

- Może nawet znajdziesz mi dziewczynę?

- Poskładają cię na tyle, że jeśli zechcesz, sam ją sobie znajdziesz.

- Jezu, Paul, jesteś tak samo pokręcony i walnięty jak ja. Czy w twojej mentalnej puszczy postała myśl, kto zapłaci za te fantazje?

- Kiedy wykonywałem swoje ostatnie zadanie, ktoś wpłacił masę pieniędzy na moje zagraniczne konta, by wyglądało na to, że zdradziłem. Ten ktoś już nie żyje. Pieniądze nie stanowią problemu.

- Jeśli nawet wciągniesz jakiegoś biednego głupka do udziału w tej swojej mrzonce, potrzebne ci będzie coś więcej niż pieniądze. Będziesz potrzebował pomocy. Dużo pomocy. I ludzi. Do diabła, musisz mieć do tego całe przedsiębiorstwo.

Janson znów zrobił niepewną minę.

- Nie znam się na tym. Dość mam przedsiębiorstw. Dość mam instytucji. Nie ufam już więcej niż dwu ludziom naraz, jeśli przebywają ze mną w jednym pokoju.

- Biedny, udręczony Paul. Próbujesz wszystko naprawić, w pojedynkę ratując najgorszego drania, z jakim zetknął cię los? Jak zamierzasz nazwać tę firmę? Instytut Paula Jansona do spraw Wyciągania Popieprzonych Byłych Agentów Terenowych z Gówna po Uszy? Nie, lepiej prosto: Fundacja Feniks!

- Chodźmy, przyjacielu.

- Facet, do którego się zwracasz, nigdzie się nie wybiera. I nie jest twoim przyjacielem.

- Pewnie nie - zgodził się Janson. - Ale pracowaliśmy razem i to ja mógłbym teraz siedzieć na tym wózku, jesteśmy więc braćmi.

- Braćmi? Aureola uciska ci mózg? - Case pokręcił głową, podrapał się pod pachą i zakrył twarz brudnymi dłońmi. Po chwili opuścił lewą rękę i powiedział przez palce prawej: - Nazywali cię Maszyna. Pamiętasz? Niektórych agentów terenowych nazywano zwierzętami. Innych maszynami. Maszyna zwykle pokonuje zwierzę. Ale nie zawsze.

Case wykonał niemal niedostrzegalny, płynny, przećwiczony dziesięć tysięcy razy ruch. Jego lewa ręka wyskoczyła z plecaka z 9-milimetrowym glockiem 34 trzymanym za zamek kciukiem i palcem wskazującym. Prawa dłoń zacisnęła się na rękojeści, jej palec wskazujący spoczął na osłonie spustu, a jednocześnie lewa dłoń odciągnęła zamek, wprowadzając nabój do komory. Z szybkością płynnego ognia przeładował pistolet.

Janson kopnięciem wytrącił mu go z ręki.

- Kurwa!

Case masował nadgarstek w miejscu, gdzie zetknął się z butem Jansona. Powinien był pamiętać, co mówili instruktorzy walki wręcz z OPKON-u, przecież najlepsi na świecie: jest szybkość błyskawicy, nanoszybkość i szybkość Jansona.

Tymczasem sprawca jego upokorzenia podniósł broń, nagle uśmiechnięty od ucha do ucha, pełen optymizmu i nadziei, całkowicie przekonany, że jest w stanie naprawić to, co zostało zniszczone.

- Widzę, że nie całkiem spierniczałeś.

- Skąd ci to przyszło do głowy?

Janson poklepał glocka.

- Wymieniłeś gówniane fabryczne przyrządy na celownik przeziernikowy.

Wyjął magazynek, wyrzucił nabój z komory i porwawszy plecak z kolan Case'a, z jego bocznej kieszeni wyciągnął dwa zapasowe magazynki, trzeci zaś zza gumki dresu Douga. Podał mu rozładowaną broń.

- Kiedy oddasz mi resztę?

- Na uroczystości wręczenia dyplomów.

Rozdział 1

- Reguła Vegas - oznajmiła Janet Hatfield, kapitan trzytysięcznika Amber Dawn. Jej pomocnicza jednostka obsługi technicznej czarną nocą przemierzała Zatokę Gwinejską, kiwając się i kołysząc na sztormowej fali. W ciszy zaciemnionej sterówki jej głos pobrzmiewał tonem spokojnego autorytetu. - Co zobaczyłeś na Amber Dawn, zostaje na Amber Dawn.

- Przysiągłem już przestrzegać Reguły Vegas, kiedy wypłynęliśmy z Nigerii.

- Nie żartuję, Terry. Jeśli w spółce dowiedzą się, że przemyciłam cię na pokład, dobiorą mi się do tyłka.

- A jest się do czego dobrać - odrzekł Terrence Flannigan, doktor medycyny, lekarz korporacyjny bez stałego miejsca zamieszkania, zmienny w uczuciach kobieciarz, światowej klasy kombinator. Uniósł prawą dłoń i posłał Janet Hatfield senny uśmiech. - Okay, raz jeszcze przysięgam nie ględzić o Amber Dawn, o ropie naftowej w ogólności i eksploracji złóż głębinowych w szczególności, masz moje słowo honoru.

Kapitan, mocno zbudowana trzydziestopięcioletnia blondynka, odwróciła się i niespokojnie spojrzała na ekran radaru. Od kilku minut widniał na nim jakiś niewyraźny obiekt. Tajemniczy świetlisty punkcik, co rusz gasnący i pojawiający się na nowo. Zbyt ciemny jak na inny statek, ale też

na tyle jasny, aby zmusić kapitan do zastanawiania się, co to, do licha, jest. Radar, nowy model furuno, był najzupełniej godny zaufania. Ona jednak musiała dbać o bezpieczeństwo dwunastu ludzi: pięciu filipińskich marynarzy, sześciu Amerykanów, naukowców petrologów, i jednego pasażera na gapę. Trzynastu, gdyby doliczyła siebie, czego zresztą wolała nie robić.

Czy ten świecący punkt to tylko zakłócenia radiolokacyjne? Albo pusta beczka po ropie podskakująca na sztormowych falach, co pewien czas chowająca się w dolinach między nimi? A może coś większego, na przykład niezgłoszony, częściowo zatopiony kadłub jakiegoś statku, na który wolałaby nie wpaść z prędkością piętnastu węzłów?

Znów zaświecił, bliżej, jakby nie tylko dryfował, ale poruszał się w jej kierunku. Podstroiła radar, regulując zasięg i rozdzielczość. Poza nieznanym obiektem morze wyglądało na puste, jeśli nie liczyć kilku dużych tankowców oddalonych o bezpieczne dwadzieścia mil na zachód. Jedyny obiekt lądowy widoczny w górnej części ekranu stanowił szczyt Pico Clarence, wysokiej na dwa tysiące sto metrów wulkanicznej góry wznoszącej się w centrum Isle de Foree, ich punktu docelowego na dzisiejszą noc.

Spojrzała na inne przyrządy. Kompas i autopilot dawały normalny odczyt. Podobnie wskaźniki w szerokim panelu monitorującym pracę dieslowskich generatorów zasilających bliźniacze silniki elektryczne o mocy trzech tysięcy koni mechanicznych każdy. Popatrzyła uważnie w ciemne okna sterówki i sięgnęła po noktowizor. Pchnięciem ramienia otworzyła ciężkie, wodoszczelne drzwi i wyszła na krótki mostek. Ogarnął ją równikowy żar, powietrze było tak gęste od wilgoci, że można by je kroić nożem, generatory wyły ogłuszająco.

Podmuchy południowo-wschodniego monsunu od rufy spowijały nadbudówkę chmurą spalin z diesli. Fale, toczące się po morzu wzdłuż wybrzeża Afryki na przestrzeni trzech tysięcy mil, od okolic Kapsztadu, nabrały ogromnej mocy. Teraz unosiły wysoko rufę statku, zanurzając dziób aż po przedni pokład. W wilgotnym upale kapitan po chwili spływała potem.

Noktowizor za tysiąc osiemset dolarów sprawiła sobie na urodziny, żeby ułatwiał jej wypatrywanie boi nawigacyjnych i małych statków. Nie powiększał, ale skutecznie przebijał ciemność. Omiotła obiektywem morze przed dziobem. Wzmacniacz obrazu drugiej generacji barwił wszystko na zielono. Nie zauważyła niczego, tylko grzywy fal niczym kłęby zielonożółtego szyfonu. Pewnie to tylko beczka. Janet czym prędzej skryła się w ciszy i chłodzie klimatyzowanej sterówki. Czerwonawa poświata przyrządów nawigacyjnych odbijała się w wyszczerzonych w zapraszającym uśmiechu zębach Flannigana.

- Nawet o tym nie myśl - rzuciła ostrzegawczo.

- Chciałem tylko wyrazić swoją wdzięczność.

- Za cztery godziny będziesz mógł wyrazić swoją wdzięczność panienkom z salonów masażu w Porto Clarence.

Wschodnioeuropejskie i chińskie tanie statki wycieczkowe zdążyły już odkryć stolicę Isle de Foree. Połączenie biedy, zabiegów miejscowego dyktatora rozpaczliwie poszukującego żywej gotówki i legendarnej urody wyspiarek, w których żyłach płynęła krew mieszkańców Afryki Zachodniej i Portugalczyków, sprawiło, że w dawnym pełnomorskim porcie epoki kolonialnej rozkwitła turystyka erotyczna.

Terry przechadzał się po sterówce.

- Pracowałem jako lekarz w tylu spółkach naftowych, że umiem trzymać gębę na kłódkę. Ta podróż jest jednak otoczona niezwykłą tajemnicą. Nigdy się z czymś takim nie zetknąłem.

- Przestań o tym ględzić.

- Przez tydzień nic, tylko holowałaś hydrofony i działka powietrzne. Kiedy ostatnio twój statek pomocniczy udawał stację sejsmologiczną?

- W zeszłym miesiącu. - Janet Hatfield nieco za późno ugryzła się w język.

- Kapitańska klątwa - zaśmiał się Terry. - Zanadto kochasz swój statek, żeby utrzymać sekret. To nie pierwszy raz? Wolne żarty. Amber Dawn to jednostka pomocnicza obsługi technicznej, nie statek do poszukiwania złóż ropy. O co tu chodzi?

- Zapomnij, że to słyszałeś. Nie powinnam... to wszystko jest takie pokręcone. Ale co tam. Kiedy spółka zrobi mnie wiceprezesem do spraw floty pomocniczej, będę zadawać pytania. Na razie dowodzę tym statkiem. A teraz zamknij się, ani słowa na ten temat. Jezu, powinnam zostawić cię w Nigerii.

- Już bym nie żył.

- Fakt - zgodziła się Janet. Nietrudno było zginąć w przesiąkniętej ropą naftową delcie Nigru. Lewackie bojówki porywały pracowników spółek naftowych prosto z platform wiertniczych, pijani żołnierze ostrzeliwali własne posterunki kontrolne, fanatycy różnej maści niszczyli co popadnie w imię Jezusa czy Mahometa. Ale doktor Terry jako pies na kobiety omal nie zginął w bardziej staromodnych okolicznościach: uganiał się za nim z maczetą zazdrosny mąż, ni mniej, ni więcej, tylko szef policji z koneksjami politycznymi, gotów porąbać na kawałki kłusownika, którego przyłapał na buszowaniu w jego ogródku.

- Powiedz, Janet, gdzie popełniliśmy błąd? - zapytał Terry z kolejnym, tym razem smutnym uśmiechem.

- Nasz związek rozpadł się z powodu różnicy wzajemnych oczekiwań.

Terry przyjaciel był więcej wart niż Terry kochanek. Jako życiowy partner zdradzał bez skrupułów, rozkochany w sobie do nieprzyzwoitości. Ale jako przyjaciel Terry Flannigan miał w sobie jakąś rzetelność, która kazała wierzyć, że własnym ciałem osłoni cię przed kulą. To dlatego Janet Hatfield bez wahania wzięła go na pokład, chroniąc przed szukającym zemsty facetem. Od dziesięciu dni ukrywała go przed załogą w swojej kajucie, "wietrząc" podczas swojej wachty.

Sterówka i przylegająca do niej kajuta Janet znajdowały się na szczycie czteropoziomowej nadbudówki w dziobowej części statku, w pewnym oddaleniu od pozostałych pomieszczeń. Poniżej mieściły się kajuty załogi, mesa i kambuz oraz świetlica, zamieniona przez naukowców w pokój komputerowy i centrum łączności. Petrolodzy ogłosili, że załodze wstęp tam jest zabroniony. Zakomunikowali kapitan, że nawet ona ma prosić o pozwolenie na wejście. Janet poinformowała ich, że nie zamierza tam wchodzić, chyba że wybuchnie pożar, a w takim przypadku na pewno najpierw nie zapuka.

- Wiesz, co aktualnie robią twoi petrolodzy?

Terry wyglądał przez tylny bulaj, wychodzący na blisko trzydziestometrowy, niski i płaski pokład towarowy, pusty tej nocy, jeśli nie liczyć sprzętu do holowania, dźwigu pokładowego i kabestanów.

- Odejdź od bulaja, zanim cię zauważą.

- Wyrzucają jakieś rzeczy za burtę.

- Ich sprawa.

- Jeden z nich łazi na czworakach z latarką... A, coś upuścił.

- Co wyrzucają? - mimowolnie zainteresowała się Janet.

- Komputery.

***

Pod pokładem, w pustym obecnie pokoju komputerowym, uszczęśliwieni petrolodzy, zrzuciwszy przepocone koszule, tańczyli taniec zwycięstwa. Przez dziesięć dni pracowali po dwadzieścia cztery godziny na dobę, uwięzieni na statku, gdzie posiadanie alkoholu czy narkotyków, a nawet butelki piwa oznaczało dożywotnie wykluczenie z naftowego biznesu. Teraz, po udanym przesłaniu terabajtów najgorętszych na Ziemi trójwymiarowych danych sejsmologicznych, czekała ich zasłużona hulanka w burdelach Porto Clarence.

Dane zostały uzyskane, model sejsmologiczny klienta dopracowany. Potwierdzono ponad wszelką wątpliwość, że to, co nafciarze nazywają polowaniem na słonie, zakończyło się sukcesem. Klient potwierdził odbiór głęboko zaszyfrowanego przekazu satelitarnego i polecił im wrzucić komputery do morza. Każdy laptop, komputer stacjonarny, nawet wartą pięćdziesiąt tysięcy dolarów stację roboczą do modelowania podpowierzchniowego. Trzeba było dwóch ludzi, żeby ją dźwignąć i wyrzucić za burtę. W ślad za nią poleciały także monitory, by nikt ciekawski nie wypytywał, do czego służyły, oraz hydrofony, działka powietrzne do prowadzenia badań sejsmicznych i ich zgodny ze specyfikacją wojskową przekaźnik satelitarny.

Za kilka godzin petrolodzy zamierzali świętować odkrycie "matki wszystkich złóż" - miliardów baryłek ropy naftowej i bilionów metrów sześciennych naturalnego gazu. Isle de

Foree z niegdyś utrzymującej się z rolnictwa wyspy, gdzie przez zaniedbane instalacje sączyła się wąska strużka ropy, miała się przeistoczyć w zachodnioafrykańską Arabię Saudyjską.

***

- Hej, Janet, ilu trzeba zdechłych dinozaurów, żeby powstało złoże ropy?

- Alg, nie dinozaurów.

Terry Flannigan zapatrzył się w ciemność przed dziobem statku. Ten wielki sekret mógł łączyć się tylko z ropą naftową. Morze tutaj było głębokie na kilka kilometrów, ale jeśli miało się przed oczami minione eony, ery i epoki, stawało się jasne, że dno stanowiło przedłużenie płytkiego szelfu afrykańskiego. Od niepamiętnych czasów rzeka Niger zrzucała osady do Oceanu Atlantyckiego. Maź złożona z mułu, piasku, martwych roślin i zwierząt wypełniała oceaniczne rowy, szczeliny i rozpadliny, poprzez stok cokołu kontynentalnego, aż zaczęła się przelewać, coraz dalej w głąb morza, i tam zaległa. Pewna petrolożka powiedziała mu kiedyś, że warstwa sprasowanego osadu osiągnęła grubość piętnastu kilometrów.

- A co powstało z dinozaurów? Węgiel?

- Węgiel powstał z drzew - z roztargnieniem odpowiedziała Janet ze wzrokiem utkwionym w ekranie radaru. Włączyła światła cumowania. Potężne lampy rozjaśniły mrok w promieniu stu metrów.

- O, cholera!

- Co?

Z ciemności wyłonił się sześciometrowy ponton ze sztywnym dnem, napędzany przez dwa olbrzymie silniki zaburtowe Merkury, najeżony lufami karabinów szturmowych i ręcznymi wyrzutniami rakiet. Chwyciła za ster, przechodząc na sterowanie ręczne. Ponton zmagał się ze wzburzonym Atlantykiem. Może zdoła go wyprzedzić. Ustawiła Amber Dawn tyłem do pontonu, zadała autopilotowi nowy kurs, silniki przestawiła na pełną moc i porwała zwisający z sufitu mikrofon radiostacji.

- Mayday, Mayday, Mayday. Tu Amber Dawn, Amber Dawn, Amber Dawn. Jeden stopień, dziewiętnaście minut szerokości północnej. Siedem stopni, czterdzieści trzy minuty długości wschodniej.

Kilkakrotnie powtórzyła swoją pozycję. Nikt jej nie pomoże, jeśli nie będzie mógł znaleźć statku.

- Piraci wdzierają się na pokład Amber Dawn. Jeden stopień, dziewiętnaście minut szerokości północnej. Siedem stopni, czterdzieści trzy minuty długości wschodniej.

Nigdy nie było pewności, że ktokolwiek cię słyszy. Ale znajdująca się na mostku, nadająca na częstotliwości 406 MHz satelitarna radioboja EPIRB w wodoszczelnej obudowie miała bez przerwy sygnalizować pozycję statku, nawet po jego zatonięciu. Janet raz jeszcze wyszła ze sterówki, by ręcznie włączyć urządzenie.

Ponton znajdował się na tyle blisko, że widziała ośmiu ludzi w mundurach maskujących. Leśny kamuflaż na łodzi?

Musieli przypłynąć z Isle de Foree, pomyślała, to jedyny ląd pozostający w zasięgu pontonu. Ale żołnierze wojsk rządowych nie płynęliby takim małym pontonem desantowym. Rebelianci z Ruchu Wolnej Foree? Piraci czy rebelianci, czego chcieli? Na tym statku pomocniczym tylko załoga przedstawiała jakąś wartość. Można jąbyło uprowadzić jako zbiorowego zakładnika lub dla okupu. Nie powinni więc zabić jej ludzi. Przynajmniej na razie.

Ponton zajaśniał błyskami wystrzałów niczym bożonarodzeniowa choinka i w jednej chwili kule strzaskały wszystkie szyby sterówki. Janet Hatfield poczuła silne uderzenie w brzuch. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa i poleciała do tyłu, prosto w ramiona Terry'ego. Nigdy nie przestajesz próbować, co? - chciała zapytać ze śmiechem, tyle że nie mogła mówić i nagle zaczęła się bać.

***

Sieć załadunkowa zawisła na hakach bosaków na niskiej krawędzi głównego pokładu Amber Dawn. Siedmiu powstańców z RWF z karabinkami w dłoniach wdrapało się na pokład. Byli szczupli, sprawni, prawdziwi wojownicy o surowych rysach twarzy i skórze barwy cafe au lait, jak większość mieszkańców Isle de Foree. Dowodził jednak nimi barczysty południowoafrykański najemnik, Hadrian Van Pelt.

Afrykaner trzymał w dłoni kopię listy pasażerów i załogi Amber Dawn.

Dwóch ludzi posłał do maszynowni, skąd po chwili dobiegł odgłos wystrzałów i generatory stanęły, poza jednym, który zasilał oświetlenie. Ludzie Van Pelta odkręcili zawory denne i do kadłuba statku zaczęła wpływać woda.

Dwaj inni kopniakami otworzyli drzwi pokoju komputerowego. Dowódca szedł za nimi z listą załogi i pasażerów.

- Tam! Pod ścianę.

Petrolodzy, półnadzy i przerażeni, ustawili się pod ścianą, wymieniając spojrzenia pełne niedowierzania. Van Pelt policzył ich i krzyknął:

- Pięciu! Kogo brakuje?

Wzrok stojących pod ścianą powędrował ku szafie. Afrykaner ruchem głowy dał znak jednemu ze swoich ludzi, a ten krótką serią rozpruł drzwi szafy. Statek zakołysał się i z wnętrza wypadło ciało ukrytego tam naukowca. Van Pelt ponownie skinął głową i rebelianci rozstrzelali pozostałą piątkę.

Odgłos wystrzałów dobiegający z wyższego pokładu oznaczał zagładę filipińskiej załogi Amber Dawn. Jedenastu załatwionych, pozostała tylko kapitan. Najemnik wyciągnął pistolet i wspiął się po schodkach na mostek. Stalowe drzwi do sterówki nie dawały się otworzyć. Na jego znak jeden z żołnierzy srebrzystą taśmą przykleił do drzwi porcję C-4. Ukryli się w połowie schodów i zasłonili uszy. Wybuch z donośnym hukiem wyrwał drzwi i Van Pelt wpadł do sterówki.

Ku zaskoczeniu najemnika kapitan nie była sama. Leżała na podłodze, ładna blondynka w spodniach i bluzce przesiąkniętych krwią. Obok klęczał jakiś mężczyzna i pochylony nad ranną opatrywał ją pewnymi, oszczędnymi ruchami, jak pracujący na pobojowisku sanitariusz.

Afrykaner uniósł pistolet.

- Jesteś lekarzem?

Terry Flannigan wyczuwał śmierć pod dłońmi, a kiedy podniósł wzrok znad podziurawionej kulami piersi Janet i spojrzał na stojącego w drzwiach człowieka z bronią, patrzył śmierci w oczy.

- Jakiej specjalności lekarzem? - dopytywał się tamten.

- Chirurgiem urazowym, dupku. A co ja tu robię?

- Pójdziesz ze mną.

- Nie mogę jej zostawić. Ona umiera.

Najemnik podszedł bliżej i strzelił Janet Hatfield w głowę.

- Już nie. Ładuj się do pontonu.

Rozdział 2

221 West 46th Street1

Nowy Jork

Paul Janson zszedł po stromych schodach do Sofia's Club Cache mieszczącego się w suterenie hotelu Edison. Kędzierzawa brunetka, która z olśniewającym uśmiechem, zarezerwowanym dla nowych klientów, przyjęła odeń piętnastodolarową opłatę za wstęp, widziała go takim, jakim chciał być widziany. Miała oto przed sobą biznesmena spoza Nowego Jorku, liczącego na to, że Vince Giordano i jego słynna dixielandowa kapela Nighthawks ożywią nieco samotny poniedziałkowy wieczór. Jego granatowy garnitur, przemyślnie skrojony tak, by skrywał atletyczną sylwetkę, wyglądał jak klasyczny, workowaty produkt Brooks Brothers, ani elegancki, ani kosztowny. Zadbał o to krawiec Jansona, rezygnując z guzików przy mankietach i obszytych butonierek. Zmarszczki na czole Paula nadawały mu wygląd mężczyzny cokolwiek po trzydziestce, a ledwo widoczna blizna mogła być pamiątką po uprawianych w college'u sportach.

Janson odebrał resztę, odpowiedział brunetce niezapadającym w pamięć uśmiechem i jak połowa wchodzących do klubu osób, zauważył:

- Aż się buda trzęsie.

W głębi obszernego, niskiego pomieszczenia jedenastoosobowy zespół wyfraczonych muzyków wygrywał z wigorem Shake That Thing. Były tam saksofony, klarnety, trąbki, puzon, bandżo, fortepian i aluminiowy podwójny bas. Przy stolikach pożywiała się i popijała setka ludzi. Na parkiecie uwijał się w tańcu tuzin par. Wielu tancerzy wykazywało ponadprzeciętne umiejętności. Mężczyźni i kobiety po trzydziestce mieli na sobie garnitury i suknie jak z epoki jazzu nowoorleańskiego. Młodsi woleli T-shirty i workowate spodnie.

Jedna z tych młodszych, atrakcyjna kobieta o wyrazistych, regularnych rysach twarzy, wydatnych kościach policzkowych, pełnych ustach i nastroszonych, kasztanowych włosach "jak prosto z łóżka", tańczyła popularnego w latach dwudziestych szybkiego one-stepa z intensywnością i precyzją laserowego plottera. Janson powstrzymał pełen uznania uśmiech. Jessica Kincaid stawiała sobie niemałe wymagania: "Ostro do przodu, dopóki nie zacznie boleć, potem włączyć drugi bieg i to samo zrobić lepiej".

Dziewczyna rzuciła Paulowi spojrzenie, w którym fascynacja mieszała się z zazdrością. Janson był niedościgłym mistrzem kamuflażu i to ją wściekało. Ciężko pracowała, by zasłużyć na opinię kameleona. Zmieniając ubiór, uczesanie, biżuterię i makijaż, umiała z dwudziestopięciolatki przeistoczyć się w trzydziestopięciolatkę i z aktoreczki z Brooklynu w poczciwą barmankę z obskurnego baru z szafą grającą lub w zapiętą na ostatni guzik pracownicę banku. Nigdy jednak nie nauczyła się wyglądać nijako, a gdy próbowała, Janson ze śmiechem zauważył, że słów "nijaka" i "interesująca" nie da się użyć w tym samym zdaniu.

Paul Janson po prostu był. Chyba że go nie było. Potrafiłby się ukryć w najbardziej widocznym miejscu. Gdyby zechciał, umiałby zwrócić na siebie uwagę. Bardziej jednak prawdopodobne, że wszedłby niezauważony - tak jak teraz - i tak samo wyszedł. Znał nawet sztuczkę z takim ustawieniem ramion, że wyglądał na osobę średniego wzrostu. Kincaid ponownie spojrzała w jego kierunku. Tym razem na chwilę pochwycił jej wzrok i skierował się ku schodom.

- Muszę iść - powiedziała swojemu instruktorowi tańca.

- Obowiązki wzywają.

Taksówka Town Car wyglądała identycznie jak tysiąc innych czarnych firmowych taksówek w śródmieściu. Ale chłopak siedzący za kierownicą prowadził kiedyś w Iraku pojazdy opancerzone osłaniające konwoje cystern z paliwem i kiedy Jessica otworzyła drzwi, wewnątrz wozu nie zapaliło się światło.

- Dokąd jedziemy? - zapytała, spoglądając na niemal niewidoczną w mroku masywną sylwetkę Jansona.

- Pierwszy przystanek: Houston, Teksas. Kwatera główna American Synergy Corporation.

Niezły początek. Największa spółka naftowa w kraju. Po katastrofie w Zatoce Meksykańskiej, która nadwyrężyła pozycję BP, przechwyciła dzierżawy najbogatszych złóż.

- A potem?

- Przypuszczam, że do Afryki Zachodniej. Jeśli weźmiemy tę robotę. Jeżeli nie, do domu. A pewnie nie weźmiemy.

- Po co więc w ogóle jechać do Houston?

- Prezes ASC do spraw bezpieczeństwa globalnego jest moim starym przyjacielem.

W ciemności dziewczyna skinęła głową. Janson miał mnóstwo starych przyjaciół, i kiedy któryś z nich zadzwonił, spieszył mu na spotkanie. Podał jej gruby ręcznik.

- Nie przezięb się.

Spocona po tańcu na wysokich obrotach trzęsła się z zimna w klimatyzowanym wnętrzu taksówki.

- Chcesz powiedzieć, że śmierdzę?

Mimo znajomości kilku języków i nieocenionego talentu do naśladowania najróżniejszych akcentów Kincaid nie do końca wyzbyła się pozostałości nosowej wymowy mieszkańców Kentucky, gdzie się wychowała. Ujawniało się to, zwłaszcza gdy przebywała sam na sam z Jansonem.

- Właśnie na takie okazje mamy w samolocie prysznic.

Trafili na zielone światło w kierunku Madison Avenue, którą dojechali aż do Major Deegan, a następnie skręcili w Hutchinson River Parkway. Późną nocą ruch na przedmieściach był niewielki. Czterdzieści minut po opuszczeniu hotelu Edison dotarli do portu lotniczego Westchester. Ominęli terminal pasażerski i podjechali do części lotniska ogrodzonej płotem z bramą otwieraną silnikiem elektrycznym. Z głośnika dobiegł ich głos ochroniarza pytającego o cel przyjazdu.

- Numer rejestracyjny samolotu osiem-dwa-dwa-Romeo-Echo - podyktował kierowca. Brama rozsunęła się i wjechali na teren lotniska. Strażnik otworzył drugą bramę, otwierając im drogę ku płycie lotniska. Ogromną, ciemną przestrzeń rozjaśniały jedynie niebieskie, żółte i zielone światełka znaczące krawędzie dróg kołowania, pasów startowych i ich progów. Samochód zatrzymał się obok srebrnego embraera legacy 650 z parą ogromnych silników odrzutowych Rolls-Royce'a AE 3007 zamontowanych w tylnej części kadłuba. Piloci odczytywali listy kontrolne. Janson i Kincaid weszli na pokład samolotu, wciągnęli składane schodki, umożliwiające szybkie wyjście bez potrzeby korzystania z lotniskowych schodni, i zamknęli drzwi.

Luksusowy odrzutowiec dalekiego zasięgu, przeznaczony pierwotnie do przewożenia czternastu pasażerów, dwojgu zapewniał maksymalny komfort. Firma Embraer przebudowała samolot zgodnie z wymaganiami Jansona. Przystosowano go do jednorazowego przerzucania dwóch, trzech agentów terenowych, tak by wypoczęci, nakarmieni, odpowiednio przygotowani i dysponujący kompletem informacji byli w stanie wykonać każde zadanie w dowolnym miejscu na świecie. Kuchenka, znajdująca się bezpośrednio za kabiną pilotów, została unowocześniona, toaletę zaś i tylną część kabiny pasażerskiej zmieniono w przebieralnię i kompletnie wyposażoną łazienkę. W przedniej części dawnej kabiny pasażerskiej urządzono pracownię i jadalnię, w środkowej zainstalowano składane łóżka na wypadek rejsów międzykontynentalnych.

Samolot osiągnął wysokość trzynastu tysięcy pięciuset metrów i pilot wywołał centrum kontroli obszarowej:

- Centrum Nowy Jork, embraer dwa-dwa-Romeo na wysokości przelotowej cztery-jeden-zero.

W tym właśnie momencie z łazienki wyszła Jessica owinięta we frotowy szlafrok. Janson siedział w swoim zielonym skórzanym fotelu, studiując akta opatrzone etykietą "ASC - American Synergy Company". Na stoliku obok stał otwarty laptop i szklanka wody. Identyczna teczka z aktami i laptop czekały obok czerwonego fotela Kincaid, razem z wodą i opakowaniem cytrynowych tabletek elektrolitowych Camelbak Elixir.

Paul spojrzał na nią znad drucianych okularów do czytania i stwierdził, że w zupełności spełnia jego niewinne wymagania starszego faceta.

- Gdybyśmy umieli butelkować zapach kobiety po kąpieli, bylibyśmy bogaci - powiedział.

- Znam takich, którzy uważają, że już jesteśmy bogaci.

Dotknęła czytnika linii papilarnych, by otworzyć schowek na bagaż, otworzyła wewnętrzną skrytkę i wyjęła swój samopowtarzalny karabin snajperski Knight M110. Broń była doskonale wyczyszczona i naoliwiona, ale Jessica i tak rozłożyła ją, układając części na składanym kuchennym stoliku. Przetarła i posmarowała każdą, sprawdziła stopień zużycia i złożyła karabin. Janson miał wrażenie, że patrzy na kota, który choć już czysty, wciąż jeszcze się myje, szykując do polowania.

Przed schowaniem karabinu Kincaid chętnie wyjęłaby kasetę z akcesoriami i podobnej kontroli poddała celowniki optyczne dzienny i nocny, dwójnóg i celownik laserowy, ale koło fotela leżała teczka z aktami czekającymi na przeczytanie.

- Mogę rozpakować jedną z twoich koszul?

- Oczywiście - odparł Janson, nie odrywając wzroku od dokumentów.

Jessica wyjęła z szuflady wbudowanej w ścianę komódki świeżo uprasowaną bladoniebieską koszulę Burberry, ostrożnie wyciągnęła z niej kartonowy usztywniacz z pralni i na powrót umieściła koszulę w szufladzie. Usiadła w fotelu i otworzyła dossier American Synergy Corporation. Przytrzymała kartonik u góry pierwszej strony i w miarę czytania przesuwała go w dół, zasłaniając kolejne linijki tekstu. Gdyby tego nie robiła, bez przerwy wracałaby do przeczytanych fragmentów i czytała na nowo, w obawie, że gdzieś się pomyliła.

- Dysleksja - wyjaśniła, kiedy po raz pierwszy rozmawiała na ten temat z Jansonem. - Niezbyt poważny przypadek. Po prostu dysleksja. Tam, w Red Creek, tak tego nie nazywali. Wszyscy uważali, że jestem nieco opóźniona w rozwoju. Ale nie martw się o mnie - dodała szybko. - Strzelałam lepiej niż chłopaki i umiałam naprawić każdy samochód na stacji benzynowej mojego taty.

Sztuczki z kartonikiem nauczyła się, brnąc w college'u przez rozmaite kursy, by wstąpić do FBI, co okazało się pierwszym krokiem w kierunku służby w OPKON-ie.

Przeczytała raport na temat ASC od deski do deski. Ilekroć musiała sprawdzić jakiś szczegół w laptopie, ustawiała kursor u dołu strony i przewijała tekst strzałką w dół, zasłaniając to, co już przeczytała. Kiedy jednak w pewnym momencie "b" zrobiło fikołka i zmieniło się w "p", zrozumiała, że jest już zbyt zmęczona, by kontynuować pracę nad aktami.

Uznała, że nadeszła pora załadować promocyjny film w formacie Blu-ray zatytułowany American Synergy Corporation - Nowa energia na nowe jutro.

Paul rozłożył fotel i zasnął. Nacisnęła przycisk, który i jej fotel ustawił w pozycji poziomej, i leżąc, słuchała Kingsmana Helmsa, prezesa ASC Petroleum Division przemawiającego do udziałowców. Przystojny i wygadany, przypominał ewangelickich kaznodziejów z jej rodzinnych stron.

"Nie chodzi o to, aby lepiej opowiedzieć naszą historię. Musimy stworzyć lepszą historię. Długotrwały wzrost oznacza długie trwanie. Ropa naftowa to niejedyne źródło energii, które nas interesuje. Także energia wiatrowa, słoneczna, jądrowa oraz uzyskiwana ze spalania biomasy i węgla jest w centrum naszej uwagi. Naszą misją jest dostarczanie, z gwarancją ciągłości dostaw, bezpiecznej, niezagrażającej środowisku, taniej energii - nie tylko dziś, ale przez najbliższe dwadzieścia lat. Wiele złych rzeczy wydarzyło się ostatnio". Helms przerwał i spojrzał prosto w obiektyw kamery wzrokiem, który mówił, że wszyscy wiedzą, co ma na myśli: bajzel na Wall Street, wścibstwo rządu, wycieki ropy wywołane przez nieudolną konkurencję. "Amerykanie liczą na nas bardziej niż kiedykolwiek. ASC ich nie zawiedzie, bo w ASC nigdy nie zapominamy, że przywództwo - to nie dbałość o teraz, o dziś. Przywództwo to dbałość o przyszłość, o jutro".

Naukowcy na usługach ASC dołączyli do filmu czytany przez lektora aneks: "Jeśli chodzi o takie źródła energii jak wiatr, światło słoneczne, biomasa, rozpad atomu i węgiel, korporacja przestała się interesować biomasą, którą w notatce do użytku wewnętrznego określono jako "wielki kawał zrobiony Kongresowi przez stany rolnicze". W biomasę zainwestowano dość, by móc skupić się na nowych przedsięwzięciach z zakresu energetyki słonecznej i na producentach turbin wiatrowych, ostatnio zgromadzono też znaczną ilość akcji spółek węglowych z Appalachów". Kincaid zjeżyła się wewnętrznie; to oznaczało koniec górnictwa, najlepsi opuszczą góry. Naukowcy zwrócili uwagę na największe wyzwanie stojące przed ASC: bezpośrednią rywalizację o dostęp do nowych złóż podmorskich ze strony China National Offshore Oil Corporation. "Mówiąc po prostu, choć ASC jest wielką, potężną globalną korporacją, Chiny ograniczają możliwości jej działania za granicą. Aby przez najbliższe dwadzieścia lat pozostać na szczycie, ASC będzie musiała prowadzić swoje interesy w sposób jeszcze bardziej bezwzględny".

***

O trzeciej rano embraer wylądował w porcie lotniczym Hobby w Houston. Pilot podkołował pod obsługujący prywatne loty terminal Million Air i o szóstej obudził szefostwo na przygotowane przez siebie śniadanie.

- Wiesz, Mike - powiedział Janson, wiążąc klubowy krawat w drobny powtarzalny deseń - czego się boję najbardziej? Że któregoś dnia rzucisz latanie i otworzysz restaurację.

- Samochód będzie za dwie minuty - oznajmiła Kincaid, wychodząc z przebieralni. Miała na sobie garsonkę, włosy gładko zaczesane do tyłu i związane odsłaniały uszy i wysokie czoło. Nadawało to jej wygląd menedżerki niższego szczebla. Tryskała energią.

Firmowy samochód Million Air zawiózł ich do hotelu Hilton Americas-Houston. Przeszli przez hol i wmieszali się w tłum biznesmenów, po hotelowym śniadaniu spieszących do przyległego Brown Convention Center. Po wyjściu z łącznika minęli jednak recepcję i niebawem znaleźli się na zewnątrz, rozglądając się za taksówką.

Centrala American Synergy Corporation mieściła się w okrągłym, trzydziestopiętrowym budynku odsuniętym nieco od Sam Houston Tollway. Wyglądał jak olbrzymi brązowy silos. W podjazd, wejście frontowe i hol wycelowane były kamery monitoringu. Strażnicy w holu obsługujący wykrywacz metali nosili broń u boku. Ci w recepcji ukrywali jąpod odzieżą.

- Paul Janson i Jessica Kincaid do Douglasa Case'a.

Drukowane identyfikatory gości już na nich czekały.

Windą dla VIP-ów wjechali na dwudzieste dziewiąte piętro, gdzie mieściły się biura zarządu. Z okien foyer widać było zalegający poniżej smog, zabarwiony przez słońce na pomarańczowo. Niemal niesłyszalne buczenie elektrycznego wózka z napędem pasowym przerwał radosny okrzyk:

- Paul!

Janson zatrzymał toczący się jeszcze sześciokołowy, wykonany na zamówienie pojazd i wyciągnął rękę.

- Cześć, Doug. Jak leci?

- Świetnie. Świetnie. Niesamowicie.

Uścisnęli sobie dłonie i przez dłuższą chwilę nawzajem badali wzrokiem swoje twarze. Dwaj dobrze ubrani biali faceci wchodzący w wiek średni, pomyślała Jessica. Doug Case wyglądał na równie twardego jak Paul. Gładko ogolony, ostrzyżony krótko, po wojskowemu, ale przez drogiego fryzjera, miał na sobie garnitur za cztery tysiące dolarów, świeżo wyprasowaną koszulę i połyskliwy żółty krawat.

- Dzięki za szybkie przybycie.

- Cała przyjemność po naszej stronie. To moja współpracowniczka, Jessica Kincaid.

Dłoń Douga Case'a miała giętką twardość laminowanego kevlaru. Wpił w nią badawcze, przenikliwe spojrzenie, a potem zapytał przez ramię Jansona:

- Co ona wie?

- O nas? - Janson znacząco spojrzał w głąb foyer. Choć nikogo w nim nie było, to nadal pozostawało miejscem publicznym. - Służyliśmy w siłach specjalnych. Ciebie postrzelili, mnie nie.

- A ty, Jessico? Gdzie byłaś?

- To nie twój interes - odparł za Jessicę Janson tonem zarówno przyjaznym, jak i wykluczającym dalszą dyskusję.

- Wiesz, Jessico, że mój dawny, a twój obecny współpracownik znany był kiedyś w kręgu tajnych agentów jako Maszyna?

- Twoje śledztwo kuleje - zaripostowała. Biorąc przykład z Jansona, powiedziała to z uśmiechem.

- Maszyna miał opinię najlepszego z najlepszych. Słyszałaś o tym?

- Zostaw to, stary - wtrącił Paul. - Temat zakazany.

- Tak czy inaczej, wszyscyśmy się zmienili, prawda? Ostatnio chwalebnych czynów dokonuję głównie na polu ochrony zagrożonych systemów SCADA - powiedział Doug i spojrzał zaczepnie na nieprzestającą się uśmiechać dziewczynę. - Supervisory Control And Data Aquisition, system kontroli i nadzoru procesów przemysłowych, jest w coraz większym stopniu podatny na różne incydenty w obrębie zabezpieczeń sieciowych, od kiedy korporacje celem ograniczenia kosztów zaczęły rezygnować z własnych bezpiecznych sieci na rzecz sieci bazujących na internecie.

- Ale SCADA to nie jest powód, dla którego nas tutaj zaprosiłeś, Doug - stwierdził Janson.

- Tu masz rację. Chodźcie do mojego biura.

Szli za wózkiem Douga, mijając ciąg zamkniętych drzwi po obydwu stronach szerokiego korytarza.

- Jak się leciało? - zapytał przez ramię.

- Według rozkładu.

W sekretariacie biura Douga elegancka kobieta w średnim wieku, którą przedstawił jako Kate, dyrygowała parą pomocnic, uśmiechniętych sztucznie niczym panny z Junior League. Okna jego gabinetu wychodziły na południe.

- Jak nie ma smogu, widać stąd Zatokę Meksykańską.

- Ale w tej chwili - zauważył Janson - wolałbyś oglądać Zatokę Gwinejską.

- Skąd ten pomysł?

- W jakim stanie jest ASC?

- Wspaniałym. Stosujemy najwyższe standardy bezpieczeństwa. Nie chrzanimy roboty w terenie i jesteśmy najlepsi, jeśli chodzi o kontrolowanie kosztów. Dlatego wyciągamy większy zysk z baryłki ropy niż ktokolwiek. Do tego American Synergy nie straciła głowy, kiedy wszyscy inni dostawali świra na punkcie alternatywnych źródeł energii i robili suche odwierty.

- Wy też nie zrobiliście zbyt wielu mokrych. Złoża pozostające w dyspozycji ASC kurczą się. W tej chwili jedynym miejscem na świecie, gdzie moglibyście znaleźć nowe, jest Afryka Zachodnia. Cullen trafił w dziesiątkę niedaleko Wybrzeża Kości Słoniowej i wy prawdopodobnie liczycie na to samo, zanim z okazji skorzystają Chińczycy. Tak więc wasze kłopoty mają źródło w Zatoce Gwinejskiej.

- Odrobiłeś lekcję, Paul. Jak zwykle. Ale nie do tego zadania. Ono nie ma nic wspólnego ze złożami ropy.

- Co stanowi wasz problem?

- Pewnie słyszałeś, że w zeszłym tygodniu straciliśmy serwisowy statek pomocniczy.

- Widziałem informację o zatonięciu w Zatoce Gwinejskiej jakiegoś statku pomocniczego z całą załogą. Nie wiedziałem, że należał do American Synergy. Był zarejestrowany na jakąś holenderską firmę.

- Ustaliliśmy, że zaatakowali go powstańcy z Ruchu Wolnej Foree.

- Dlaczego?

- Wymordowali załogę.

- Dlaczego?

- A kto to, do diabła, wie? Problem w tym, że ci obłąkani mordercy porwali jednego z naszych ludzi. Musimy go uwolnić. I tu wkraczasz ty.

- Jeśli zabrali go do swojej bazy na Pico Clarence, nie będzie lekko.

- Przetrzymują go właśnie na Pico Clarence. Gdzieś wysoko na zboczach góry, w głębi interioru.

- Wracając do moich pytań... Dlaczego? Powstańcy RWF mordujący załogę waszego statku... To nie ma sensu. RWF wygrywa swoją wojnę. "Dożywotni prezydent" Iboga jest powszechnie znienawidzony.

- Zjadanie jąder i mózgów swoich politycznych konkurentów na ogół wkurza ludzi - zgodził się Case. - Nawet w Afryce.

- Iboga przegrywa - rzekł Janson. - Jeszcze trochę i zostanie obalony.

Dożywotni prezydent Iboga doprowadził do ruiny gospodarkę Isle de Foree. Swego czasu przy militarnym wsparciu Nigerii wyspa odłączyła się od Gwinei Równikowej. Iboga, lider opozycji w parlamencie Isle de Foree i były uczestnik wojen w Angoli, przechwycił władzę w drodze zamachu stanu. Zmienił imię na Iboga, od nazwy pewnego halucynogenu występującego w lasach deszczowych, rozdał plantacje kawy i kakao swoim skorumpowanym przyjaciołom, a niewielkie, przestarzałe państwowe instalacje naftowe zupełnie go nie interesowały.

- Jak rozumiem, rebelianci kupują uzbrojenie od angolskich i południowoafrykańskich przemytników broni. Już oczyścili niebo wokół Pico Clarence z helikopterów Ibogi. Właśnie uwolnili swojego przywódcę z więzienia Black Sand, co dodatkowo czyni bezsensownym zabicie waszych ludzi. Ferdinand Poe jest nadzieją demokracji. Dlaczego jego bojownicy mieliby psuć wizerunek słusznego buntu, mordując niewinnych? Poe nie może sobie pozwolić na drażnienie opinii międzynarodowej, bo zależy mu na uznaniu jego nowego rządu.

- Dobre pytanie - przyznał Case. - Ale powtarzam: kto wie? Szał wojenny? Mylne informacje? Zemsta? To długa, krwawa wojna z mnóstwem brutalnych aktów po obu stronach.

- Czy zażądali okupu? - zapytała Jessica.

- Nie. Nasz człowiek jest lekarzem. Wygląda na to, że potrzebowali lekarza dla Ferdinanda Poego. Nietrudno sobie wyobrazić, co wyprawiali z nim strażnicy w Black Sand.

- Ale jeśli statek zatonął, załoga została wymordowana, a rebelianci nie żądają okupu, skąd wiesz, że RWF uprowadził jednego z waszych ludzi?

- Domyśliłem się.

- Domyśliłeś się? - Jessica spojrzała na swojego towarzysza wzrokiem, który mówił: A co to za palant?

Janson nie miał już wątpliwości, że Jessica i Doug od początku znajomości poczuli do siebie nawzajem silną awersję, toteż odezwał się uspokajającym tonem:

- Przypuszczam, że kiedy ASC zainstalowała się w kilku strefach Zatoki Gwinejskiej objętych programem wspólnego rozwoju, Doug oderwał się na pewien czas od swoich wyczynów ze SCADA i nawiązał kontakt z afrykańskimi handlarzami bronią, żeby sprawdzić, co się dzieje w obozie powstańców. Mam rację, stary?

Case puścił oko do Jansona.

- Kolejny punkt dla Maszyny. - Odwrócił się do dziewczyny i powiedział: - Faceci zaopatrujący RWF w artylerię doszli do wniosku, że mogę być zainteresowany tym, co się dzieje na Pico Clarence.

- Dlaczego więc nie wynająć przemytników broni i nie zlecić im odbicia doktora?

Szef bezpieczeństwa ASC zaśmiał się i znów puścił oko do dawnego kolegi.

- Oto słowo dzidzi.

- Co? - warknęła Kincaid.

- To są przemytnicy broni. Oni przynoszą, nie wynoszą. Poza tym nie zrobią niczego, co mogłoby im zepsuć następną transakcję. A jeśli, jak uważa Paul, RWF wygrywa wojnę z Ibogą, przemytnicy będą działali z dużą rozwagą w nadziei, że wzmocnią swoją pozycję wobec handlarzy, sprzedając droższą broń zwycięskim przyjaciołom w nowym rządzie.

Zabrzęczał telefon komórkowy. Case wyrwał aparat z uchwytu na pełnym przycisków i wskaźników podłokietniku.

- Mówiłem, żadnych telefonów. Dobrze, dziękuję. - Odłożył telefon i oznajmił: - Za chwilę poznacie Kingsmana Helmsa, prezesa Działu Wydobycia ASC.

- Widzieliśmy film - rzekła Jessica.

Case skrzywił się.

- Wcielenie korporacyjnej arogancji - stwierdził i małpując sposób mówienia Helmsa, wyrecytował: - Nie chodzi o to, żeby lepiej opowiedzieć naszą historię. Musimy stworzyć lepszą historię. A może taka historia: wielka ropa i węgiel od dwudziestu lat blokują produkcję naturalnego gazu ze złóż amerykańskich. Z jakiegoś powodu udziałowcy uważają, że słońce wschodzi i zachodzi dla tego sukinsyna.

- Wygląda na to, że jesteś skonfliktowany ze swoim pracodawcą - uśmiechnął się Janson.

- Helms jest pierwszym wężem w kłębowisku żmij Buddy.

- Kto to jest Budda? - zapytała Jessica.

- Tak nazywamy Starego.

- A Stary to dyrektor generalny American Synergy, Bruce Danforth?

- Zgadza się. Kingsman Helms jest jedną z sześciu osób: czterech mężczyzn i dwu kobiet, które wyprułyby flaki własnym matkom, gdyby im to pomogło zająć w American Synergy miejsce Buddy.

- Czy jesteś jednym z tych mężczyzn?

Case uśmiechnął się chłodno.

- Nie ta ścieżka kariery. Ja zajmuję się sprawami bezpieczeństwa, ochrony.

- Właśnie ochrona - odgryzła się Kincaid - ostrzegła cię przed chwilą, że nadchodzi Helms. Masz konkurencję na oku.

- Szefowie ochrony, podobnie jak konsultanci do spraw bezpieczeństwa, są sługami, Jessico. To coś, co będziesz musiała zaakceptować, jeśli zostaniesz w naszym biznesie. My chronimy, nie rozkazujemy.

Drzwi otworzyły się raptownie. Do gabinetu wszedł bez pukania trzydziestoośmioletni wysoki blondyn, Kingsman Helms.

- Jak rozumiem, Doug, wezwałeś marines.

Przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu Helmsa zatrzymało się na Jessice.

- Czołem, marines.

Teraz prezes wwiercił wzrok w Paula.

- Kingsman Helms - przedstawił się, wyciągając rękę. - A pan?

Ze skrywanym uśmiechem Kincaid przyglądała się, jak Janson wkracza w przestrzeń, ku której kierował się Helms, hamuje jego pęd, zmuszając do ściągnięcia cugli.

- Paul Janson. CatsPaw Associates.

- O jaką to kocią łapę miałoby chodzić? O "szybkie łapy kocie" Keatsa, które zabiły tłustego marudera? Czy o kocią łapę, którą małpa papieża zwykła wyciągać kasztany z ognia? A może o naszą współczesną wścibską łapę?

- Zapewniamy pełną obsługę klienta.

Helms uśmiechnął się z uznaniem.

- To ładnie.

- Moja partnerka, Jessica Kincaid.

- Miło panią poznać, Jessico. - Prezes uśmiechnął się i już całkowicie rzeczowym tonem człowieka interesu zwrócił się do Jansona: - Dla kogo wy dwoje pracujecie?

- CatsPaw Associates jest niezależną firmą.

- Niezależną, więc małą.

- Klienci zaakceptowani przez nas liczą na naszą mobilność i elastyczność.

- Pytam - chłodno odrzekł Helms - czy mała firma jest w stanie uruchomić środki niezbędne do wykonania tego zadania.

Ku zaskoczeniu Jansona do rozmowy wtrącił się Douglas Case, rzucając krótkie:

- Odpuść sobie, Kingsman. To moja sprawa.

Prezes zignorował go.

- Nie mogę sobie wyobrazić powodu, dla którego mielibyśmy płacić dwóm osobom. Facetowi w średnim wieku oraz kobiecie - nikogo nie obrażając - za przeprowadzenie operacji o charakterze wojskowym koniecznej do uwolnienia naszego pracownika.

Douglas Case zatoczył wózkiem półkole i zatrzymał się naprzeciw Helmsa. Nacisnął guzik na podłokietniku i hydrauliczny podnośnik uniósł jego fotel, a jednocześnie z podstawy wózka wysunęły się zakończone kółkami wysięgniki, przeciwdziałając skutkom podwyższenia środka ciężkości. Znalazłszy się oko w oko z prezesem, Case przemówił głosem ociekającym sarkazmem:

- Wyobraź sobie coś takiego: nasz lekarz jest więziony na odległej wyspie ogarniętej wojną domową. Przetrzymują go żądni krwi rebelianci otoczeni przez znaną z okrucieństwa armię dyktatora. "Środki", o których pleciesz, snując swoje fantazje cywila, doprowadzą do wybuchu trójstronnej wojny, a nasz lekarz zostanie zabity.

- Ja tylko...

Case znów wpadł Helmsowi w słowo.

- Isle de Foree leży pieprzone dwieście pięćdziesiąt mil od stałego lądu, a żaden z ewentualnych punktów wyjściowych na afrykańskim wybrzeżu zupełnie nie nadaje się do akcji dla dużej grupy. Takie działanie nie ocali naszego człowieka. Szybkie, przeprowadzone cichaczem i małymi siłami - tak. Lekarz znalazł się w cholernych opałach, a nie znam nikogo, kto bardziej by się nadawał do wyciągnięcia go z kłopotów niż Paul Janson. Stawiam na to swoje stanowisko.

- To brzmi jak ostateczna aprobata - powiedział Helms. - Wygląda na to, że dostałeś tę robotę, Paul. Ile to będzie nas kosztowało?

- Nic, dopóki nie sprowadzimy waszego człowieka. Pokryjemy nasze koszty. Douga potraktujemy jak członka rodziny. Pięć milionów dolarów.

- To mnóstwo pieniędzy.

- W rzeczy samej - odparł Janson.

- W porządku! Oto wasze wytyczne: za wszelką cenę uratować doktora; niczego nie szczędzić. ASC stoi murem za swoimi ludźmi. Jesteśmy rodziną.

- Jeszcze nie przyjęliśmy zlecenia - zastopował go Janson.

- Nie? Co was powstrzymuje?

- Musimy więcej wiedzieć o okolicznościach. Co on tam robił?

- Co robił? Wykonywał swoją pracę.

- Jak się nazywa? - spytała Kincaid.

Helms spojrzał na Case'a, ten zaś odpowiedział:

- Flannigan. Doktor Terrence Flannigan.

- Co doktor Flannigan robił na serwisowym statku pomocniczym? Na jednostkach obsługiwanych przez sześcioosobową załogę nie ma etatowego lekarza. A może go dokądś przewozili?

Helms znów spojrzał na szefa bezpieczeństwa korporacji, jakby nie interesowały go szczegóły pracy etatowego lekarza. Na pytanie Jansona odpowiedział więc Case:

- Przypuszczamy, że wieźli go na jakąś platformę wiertniczą do rannego w wypadku.

- Dlaczego ofiary wypadku nie przerzucono helikopterem na brzeg? Zwykle tak się robi.

- Przyjrzyj się temu, Doug - rzucił Helms. - Ustal, dokąd płynął doktor Flannigan. - Pokazał zęby w uśmiechu.

- A jeszcze lepiej, Paul, gdybyś go szybko uwolnił, żeby samemu go o to zapytać. Cieszę się, że cię poznałem. Ciebie też, Jessico. Muszę iść. Naprawdę mam nadzieję, że weźmiecie tę robotę - powiedział i wyszedł.

- I co ty na to, Paul? - zapytał szef ochrony. On, oczywiście, też chciał, żeby dawny kolega przyjął zlecenie. Janson nie przywiązywał do tego wielkiej wagi. Ludzie zawsze wolą pracować z kimś, kogo znają.

- Sprawdzimy, jak wygląda wykonalność tej operacji - oznajmił. - W ciągu dwunastu godzin dostaniesz odpowiedź.

Jessica pierwsza ruszyła do drzwi i przytrzymała je dla niego. Ale Doug Case zawołał:

- Paul, mógłbyś chwilkę zaczekać?! Chciałbym z tobą porozmawiać sam na sam.

Janson cofnął się do gabinetu i zamknął drzwi.

- O co chodzi?

- Naprawdę jestem wdzięczny za to, co robisz.

- Zrobię, co się da.

- Jeszcze raz: jestem twoim dłużnikiem.

- Już ci mówiłem: jeśli jesteś coś winny, oddaj swojemu następcy.

- Dzięki. Zrobię to. Teraz posłuchaj. Czy Helms zostanie naszym następnym dyrektorem generalnym, czy nie, nie ma znaczenia w sytuacji gdy chodzi o porwanie. Budda nie odejdzie jutro. Tak więc nie przejmuj się Kingsmanem Helmsem.

- Nie przejmuję się.

- To, co mu powiedziałem, to prawda. Nie przychodzi mi do głowy nikt inny, kto podołałby temu zadaniu bez przypadkowego wciągnięcia spółki w pieprzoną wojnę domową. Chcemy tylko, żeby nasz człowiek wrócił. I nie muszę ci mówić, że umocniłoby to moją pozycję.

- Czuję, że dam radę, wezmę tę robotę.

- Czy Jessica Kincaid jest tym snajperem, o którym mi mówiłeś? Tym najlepszym, jakiego spotkałeś?

- Nie twój interes.

- Pytam, bo mam nadzieję, dla dobra nas obu, że skoro już pracujesz z kobietą, to poznałeś ją na tyle, żeby naprawdę na niej polegać.

- Polegam na niej - Janson wykazywał wobec dawnego kumpla sporo cierpliwości. - Jest świetna we wszystkim, do czego się weźmie.

- Maszyn-etka? - uśmiechnął się Case.

Janson natychmiast się zreflektował. Jak już wspomniał Dougowi, szkolenie Kincaid do pracy w terenie, jej mistrzostwo w "sztuce uśmiercania" i przebieg służby nie powinny nikogo interesować. Nie widział jednak powodu, by ukrywać swój podziw dla dziewczyny.

- Jest perfekcjonistką z kolosalnym zapałem do nauki - taniec, szabla, narciarstwo zjazdowe, pływanie, boks. Bierze lekcje wymowy u pewnego aktora, by przy okazji nauczyć się symulować mową ciała. Uczy się języków, o których większość ludzi nawet nie słyszała, i jest o krok od uzyskania licencji pilota odrzutowców.

- Czyżbyśmy byli karzełkami zdominowanymi przez naszą protegowaną?

- Raczej pełnymi podziwu - poprawił Janson. - Jeszcze coś? Muszę już iść.

Skierował się do drzwi i położył dłoń na klamce, kiedy Case powiedział:

- Pracowałem z kobietami. Są cholernie sprytne. O wiele sprytniejsze niż my.

- Mając na uwadze wszystkie dowody, zgadzam się.

- Ale nigdy nie pracowałem z kobietą w terenie. W każdym razie nie pod ogniem, kiedy ołów śmiga nad głową. Jak to jest?

Janson zawahał się. Pytanie Douga - nawet jeśli pytał ogólnie, jak po prostu pracuje się z kobietami - zbiło go z tropu. Poczuł się zaskoczony. Analizował własne życie na miarę swoich umiejętności, stosując stałe kryteria. Ale niezbędny do przetrwania zwyczaj klasyfikowania swoich myśli, emocji i pragnień tkwił w nim głęboko. Czy to możliwe, że do tej chwili nigdy w pełni nie przyznał, albo nie pozwolił sobie przyznać, jak ważną rolę odgrywa Jessica Kincaid w jego życiu jako protegowana, wspólniczka w interesach i przyjaciółka?

- Masz słownik w tym komputerze?

Case przejechał w poprzek gabinetu, obniżył fotel do poziomu biurka, otworzył w komputerze stosowne okno i zawiesił potężne dłonie nad klawiaturą.

Janson uśmiechnął się, nagle rozjaśniło mu się w głowie.

- Pytasz, jak to jest? Sprawdź "towarzysz broni".

Tamten wpisał staroświecki wojskowy termin, przewinął tekst w dół i odczytał na głos:

- "Ten, kto wspólnie z kimś walczy, jest przy nim obecny w doli i niedoli"?

- O to właśnie chodzi.

- Ale - rzekł Case - minusem pracy z kobietą jest moim zdaniem to, że gdy się wpadnie w opresję, kiedy zaczynają latać kule, naturalne jest, że stajesz się niespokojny, rozproszony, martwisz się o nią. Zwłaszcza jeśli jest twoją protegowaną. Oddani wychowankowie mają zwyczaj ginąć, pracując z nami. Traciłem ich. Ty też.

- Jessica jest drapieżnikiem, nie ofiarą.

***

W chwili gdy drzwi gabinetu zamknęły się za Jansonem, Doug Case sięgnął po telefon.

Bill Pounds, eksranger, jeden z agentów terenowych ASC podległych szefowi bezpieczeństwa korporacji pilnował holu.

- Tak jest?

- Idą. Melduj dokąd. Nie daj im się podejść.

- Nikt nie podejdzie niewidzialnego człowieka.