TRENING MENTALNY
CECHĄ WSPÓLNĄ WSZYSTKICH LUDZI, których spotykam w mojej pracy trenera mentalnego i coacha, jest to, że chcą oni stać się lepszymi wersjami samych siebie. Najdziwniejsze, że zdecydowana większość z nas, zarówno maklerzy giełdowi, jak i stolarze, doskonale wie, czego potrzeba, by poprawić jakość życia. Ludzie mają świadomość, jak należy jeść, ile uprawiać sportu, jak myśleć i jakie wyznaczać sobie priorytety, by osiągnąć pożądane cele. Wyzwanie polega na tym, by zacząć to wszystko robić, przekuć teorię w praktykę, a myśli w czyny. Dobra wiadomość brzmi: Z reguły nie wymaga to ogromnego wysiłku. Wystarczy niewielka korekta codziennych nawyków.
Wierzę, że najlepiej jest zaczynać od początku i że takim idealnym początkiem bywa właśnie poranek.
Zainteresowałem się znaczeniem wczesnych godzin dnia dopiero po wielu latach w zawodzie trenera mentalnego. Jako coach współpracowałem z różnymi osobami: od naszych najwybitniejszych sportowców po przebojowych ludzi biznesu reprezentujących prestiżowe firmy. Pomagałem także klientom spoza pierwszych stron gazet lepiej odnaleźć się w roli rodzica, w miejscu pracy czy w życiu towarzyskim. Przeprowadziłem w tym czasie tysiące rozmów i nauczyłem się, że istnieje wiele różnych podejść, narzędzi i metod, których wykorzystanie może okazać się zasadne przy pracy z konkretnym klientem. W ostatnich latach nabierałem jednak coraz większego przekonania, że to poranek stanowi najodpowiedniejszy punkt wyjścia do wprowadzenia korekty niezbędnej dla tych wszystkich, którzy chcą zmienić swoją codzienność - nieważne, czy jest to sportowiec czy bizneswoman, bo pewne prawidłowości dotyczą każdego, niezależnie od celów, jakie sobie stawia.
W czasie mojego pobytu w ośrodku odwykowym, choć byłem na dnie jak nigdy wcześniej, docierało do mnie z coraz większą jasnością, że mój ojciec cały czas miał rację: chodzi przede wszystkim o to, by rano wstać z łóżka. Rozumiałem, że jego rada "wstawania z samego rana" to coś dużo więcej niż przykazanie wygrzebania się z łóżka o odpowiedniej porze. Równie ważna jest kwestia odpowiedzialności za wypracowanie nowych nawyków i bycie zdyscyplinowanym.
Od czegoś trzeba w końcu zacząć.
Gdy podejmie się już decyzję o zmianie kursu, nic nie przynosi lepszych skutków niż wytyczenie go zupełnie od nowa. Nieważne, czym się zajmujesz w życiu i czy chodzi o projekty długo- czy krótkotrwałe, przedsięwzięcia większe czy mniejsze, kluczem do sukcesu jest dobry początek. Wyznacza on bowiem standard dla wszystkiego, do czego zabierzesz się na późniejszych etapach. Rozumie się to właściwie samo przez się: jeśli prawidłowo wybijesz się z progu, prawdopodobieństwo długiego i eleganckiego lotu będzie dużo wyższe. Na przykład dorastanie w poczuciu bezpieczeństwa stanowi doskonały punkt wyjścia do harmonijnej dorosłości. A jeśli szukasz pracy, to kluczowe może być pierwsze wrażenie podczas rozmowy z przyszłym przełożonym.
To nie przypadek, że żołnierze otrzymują rozkaz wstawania o godzinie szóstej zero zero i dokładnego słania łóżek, ani to, że buddyjscy mnisi przeznaczają wczesne poranne godziny na medytację. I nie bez powodu wielu ludzi na świecie spośród tych odnoszących największe sukcesy pilnuje nastawiania budzika. Niektórzy uwielbiają poranki i każdego dnia zrywają się z łóżka uśmiechnięci. Inni odczuwają silny dyskomfort, lecz mimo to zwlekają się z posłania. Na przykład Michelle Obama wstaje o wpół do piątej, by odbyć codzienny trening, a szef firmy Apple, Tim Cook, rozpoczyna dzień kwadrans przed czwartą, chcąc nadrobić czytanie zaległych maili. Czytałem też, że osoba numer jeden w Twitterze, Jack Dorsey, przebiega codziennie rano dziesięć kilometrów, bo dobrze mu się myśli w samotności, na pogrążonych w mroku i ciszy ulicach.
Gdy błąd z jednej fazy planu przechodzi do kolejnej, nazywamy to często kumulacją błędów. Myślę, że analogicznie powinniśmy mówić o k u m u l a c j i d o b r y c h d e c y z j i - termin ten ukuł mój dobry przyjaciel, polarnik Inge Mel?y. Jeśli dwa okręty wyruszą z równika, obierając kursy różniące się od siebie o jeden stopień, może się to wydawać rozbieżnością minimalną. Ale gdy te same okręty okrążą Ziemię, będą już znajdowały się w odległości siedmiuset kilometrów od siebie. W życiu codziennym wygląda to tak samo. Jeśli umieścisz jeden za drugim wiele przepełnionych inercją i bezwładnością dni, otrzymasz w sumie życie, które kwalifikować się będzie co najwyżej jako "całkiem w porządku".
Film dokumentalny Per Fugelli - ostatnia recepta, opowiadający o ostatnim okresie życia chorego na nowotwór tytułowego bohatera - lekarza, zaczyna się od zbliżenia na jego sylwetkę. Widzimy, jak Fugelli zapina świeżo wyprasowaną białą koszulę, po czym zaczyna wiązać muchę. "A teraz gwóźdź programu", mówi. "Mucha o poranku. Cudownie zaczynać dzień z poczuciem zwycięstwa".
Nie twierdzę oczywiście, że wszyscy powinni zaopatrzyć się w muchy. Chodzi mi o to, że Fugelli odnalazł rytuał, który w jego przypadku dobrze działał. Sam musisz ustalić, co będzie twoją muchą, co będzie dobrze działało w twoim życiu i dobrze cię nastroi na resztę dnia.
Znaczenie takich rytuałów staje się szczególnie widoczne w sytuacjach ekstremalnych, czego sam doświadczyłem podczas dorocznego zimowego marszu zorganizowanego przez Szkołę Podoficerską w 1993 roku. Jego celem było przeszkolenie kadetów w prowadzeniu działań wojennych na górzystym terenie zasypanym śniegiem. Na początku otrzymaliśmy szczegółowy instruktaż dotyczący postępowania w sytuacji zagrożenia lawinowego, kopania śnieżnych jam, nawigacji i bezpiecznego oraz efektywnego poruszania się na obszarach arktycznych. Część druga szkolenia polegała na wdrożeniu w życie tego, czego nauczyliśmy się w teorii. Zostaliśmy podzieleni na ośmioosobowe zespoły i wysłani na marsz, który miał trwać kilka dni. Dźwigaliśmy ciężki sprzęt, poruszając się po trudnym terenie, przy bardzo dokuczliwym niekiedy mrozie - ogólnie rzecz ujmując, była to bardzo wyczerpująca wyprawa, zwłaszcza że nasze wyposażenie składało się ze starych drewnianych nart, sanek, wrzynającego się w barki plecaka i karabinu AG3, który nieustannie obijał się o kolana. Przedzieraliśmy się przez surowe norweskie góry kilometr za kilometrem, godzina za godziną, dzień za dniem. Z czasem wypracowaliśmy stałe procedury, dzięki którym udawało nam się wywiązać z zadania najlepiej, jak to było możliwe. Między innymi zaczęliśmy się wymieniać przy ciągnięciu ekwipunku i nawigacji. Na najgorszych podejściach musieliśmy wbijać kijek przy tylnej krawędzi sanek i pomagać ciągnącemu, wpy-chając je pod górę. Pot płynął nam po plecach równym strumieniem. A potem oglądaliśmy sobie nawzajem twarze, szukając śladów odmrożeń.
Gdy zbliżał się wieczór, rozbijaliśmy obóz i jedliśmy kolację. Potem zaś wpełzaliśmy do śpiworów, gotowi jak nigdy na przespanie całej nocy, ale łatwiej to było powiedzieć niż zrobić. Stare, zapinane na zatrzaski namioty i śpiwory sprawiały, że przeraźliwie marzliśmy. Musieliśmy leżeć jeden przy drugim, by zachować ciepło.
Pierwszego poranka po takiej nocy zostaliśmy obudzeni rano wcześniej, niż było to konieczne. Żaden z nas nie przyjął tego ze szczególnym zadowoleniem. Niewyspani, zesztywniali i zmarznięci, chcieliśmy, co naturalne, jeszcze trochę sobie pospać. Ale nasz kolega, kadet Gamborg, nalegał, żebyśmy wszyscy dźwignęli się do pozycji siedzącej, na długo zanim mieliśmy wyruszyć w dalszy marsz. Powiedział nam, że nie bę-dziemy tego żałować. Usiedliśmy niezadowoleni, przypominając mumie, ze śpiworami nadal naciągniętymi na głowy. Zerkałem na Gamborga spod półprzymkniętych powiek, on zaś uwijał się radośnie w kącie namiotu, oświetlony bladym płomieniem świecy.
- Panowie, wyjmujemy menażki! - zawołał. Z jego ust buchała para. Okazało się, że przygotowywał się do podania nam gorącej owsianki. Ostrożnie wysunęliśmy dłonie ze śpiworów, szykując się na to, co miało się okazać najważniejszym wydarzeniem tego dnia. W gorącej owsiance było nawet trochę rodzynek. Nie aż tyle, by móc znajdować je w każdej podnoszonej do ust łyżce, ale prawie. I wtedy, tamtego zimnego i ciemnego poranka, stało się coś pięknego. Atmosfera zaczęła powoli, ale stopniowo zmieniać się z każdą przełykaną odrobiną gorącego posiłku. Wkrótce już przestaliśmy grymasić i marudzić, że chcemy jeszcze pospać, a na naszych twarzach zagościły nieznaczne uśmiechy. Siedzące w wyziębionych namiotach mruki przeistoczyły się nagle w wesołych, patrzących z ufnością na życie ludzi. To, że nie trzeba się było spieszyć, gorąca kasza i kilka zabawnych komentarzy uczyniły z tego poranka zaskakująco przyjemne doświadczenie, pomimo obiektywnie niesprzyjających warunków. Nie stresowaliśmy się. Zamiast tego znajdowaliśmy radość w niespiesznie spożywanym śniadaniu. Wykorzystaliśmy te pierwsze godziny dnia najlepiej, jak się dało, i wkrótce już mieliśmy wypracowany codzienny poranny rytuał. Uświadomiłem sobie, że gdy ma się po przebudzeniu dużo czasu, wszystko zaczyna się lepiej układać. Po takim przyjemnym starcie w dzień lżej jest pakować śpiwór, namiot i karimatę, a pokazywanie kolegom uniesionego kciuka, gdy już wyrusza się w drogę, przychodzi bardziej naturalnie. Gorąca kasza dosłownie czyniła trudne dni nieco mniej trudnymi.
________
W pierwszym okresie spędzonym na odwyku męczyło mnie myślenie o wszystkim, co mam przed sobą: o programie na dzisiaj, na jutro, o tym, jak będzie wyglądać moje życie po po-wrocie do Norwegii. Z czasem uświadomiłem sobie, że powinienem się skupiać na tym, co zasugerował mi przed laty ojciec, najbardziej podstawowym zadaniu, niezbędnym, by móc dobrze przeżyć dzień:
Na wstawaniu z samego rana.
Pracownicy ośrodka jasno dawali nam do zrozumienia, że powinniśmy mieć kontrolę nad swoim porankiem, by móc potem pełniej korzystać w ciągu dnia z terapii, a także po prostu ułatwić sobie życie w nowej rzeczywistości. Po jakichś dwóch tygodniach porannej jogi i medytacji dotarło do mnie, że w domu w Norwegii prawie zawsze skupiałem się na tym, co zewnętrzne - i pewnie zresztą nie byłem w tym odosobniony. Już od chwili, gdy budzimy się i otwieramy oczy, nasze myśli pędzą ku otaczającej nas rzeczywistości. Przechodzimy bezpośrednio od snu i nieświadomego skupienia na swoim wnętrzu do tego, co zewnętrzne. Sprawdzamy maile i media społecznościowe, zanim jeszcze wstaniemy, pod prysznicem myślimy o czekających nas w pracy zadaniach, a przy śniadaniu czytamy wiadomości. I tak spędzamy kolejne dni, nieustannie skoncentrowani na świecie wokół nas.
W czasie odwyku joga i medytacja dały mi możliwość zrobienia kroku w przeciwnym kierunku, zajrzenia w głąb samego siebie. Odnalazłem tam świat odczuwania, emocji i oddechu, zupełnie nowe doznanie obecności, spokoju i ciszy, pomimo okoliczności, w których się znalazłem. Dawało mi to siłę, by stawiać czoła wyzwaniom czekającym mnie w kolejnych godzinach jedno po drugim.
________
Zacząłem niedawno prowadzić sesje coachingowe z kobietą, którą nazwiemy tu "Marie". W moim odczuciu była ciekawą życia, lecz mimo to całkiem zwyczajną osobą wiodącą zupełnie standardowe życie rodzinne. Miała męża, dzieci i psa. Marie liczyła na to, że nasze rozmowy pomogą jej wyjść z - jak to nazywała - skorupy. Twierdziła, że chce od życia czegoś więcej, że zaczyna mieć dość codziennej monotonii.
Z Marie dobrze się pracowało - była inteligentna i skłonna do refleksji, dodatkowo okazała się w naszych pierwszych rozmowach ponadprzeciętnie otwarta. Dyskutowaliśmy o wszystkim, od podstawowych zagadnień filozofii do jej wyobrażeń o poprawie swojego codziennego życia. Szybko zorientowałem się, że moja klientka potrafiła być również niezwykle krytyczna wobec otaczającego ją świata. Nasza trzecia rozmowa była nieustannie przerywana jej emocjonalnymi wybuchami wywołanymi coraz bardziej widocznym negatywnym nastawieniem. Marie stwierdziła, że jej swoboda działania jest ograniczona, a życie bywa niesprawiedliwe i nudne. Winiła za to wszystko i wszystkich oprócz samej siebie. Najwidoczniej nie docierał do niej fakt, że ona sama jest w tej sytuacji zamkiem szyfrowym, który trzeba otworzyć, by dotrzeć do jakiegoś rozwiązania. Ja mogłem wyłącznie pomóc jej odnaleźć odpowiedni szyfr. Ale może ona tak naprawdę tego nie chciała? Może byłoby lepiej, gdybyśmy zawiesili nasze sesje i wrócili do nich dopiero, gdy klientka poczuje się gotowa?
Mimo wszystko nie poddawałem się, choć Marie odnosiła się do naszej współpracy coraz bardziej sceptycznie. Stwierdziłem, że moja klientka postępuje bardzo odważnie, przyznając, że chce od życia czegoś więcej. Samo uświadomienie sobie tego faktu bywa zazwyczaj dobrym punktem wyjścia. Problem polegał jednak na tym, że Marie pragnęła radykalnych zmian już teraz, zaraz, a to niemal zawsze zmniejsza szanse na sukces. Wprowadzenie w swoim życiu zmiany stanowi bowiem sprawdzian cierpliwości. Jeżeli tylko nie przechodzi się akurat kryzysu - a Marie, w mojej ocenie, go nie przechodziła - należy nastawić się na niewielkie korekty pewnych zachowań rozłożone w dłuższym czasie. Rzecz jasna wyjaśniłem jej to, ale ona nie wydawała się szczególnie przekonana. Mimo to kiwała uprzejmie głową, pozwalając mi mówić dalej.
- Wyjawię ci pewną dobrze skrywaną tajemnicę - powiedziałem. - Sekret, którym ludzie sukcesu niechętnie się z kimkolwiek dzielą. I to od setek, a może nawet tysięcy lat.
Oczywiście trochę koloryzowałem, chcąc obudzić w niej ciekawość.
- Tajemnicę? - Marie złapała się na mój haczyk.
- O tak - odparłem, pochylając się do przodu. - Chcę, żebyś zaczęła wcześniej wstawać.
Moja klientka zrobiła zaskoczoną minę. Przez kilka sekund patrzyła na mnie z niedowierzaniem i powiedziała:
- Aha... czyli to będzie rozmowa z cyklu "wstawaj rano i idź pobiegać"?
Była jak zbuntowane dziecko. A jednocześnie miała przecież rację: wyglądało na to, że nasza sesja przeradza się w taką właśnie rozmowę. Czas wytoczyć cięższe działa, pomyślałem. Musiałem podnieść głos. Zacząć gestykulować. Postarać się prze-konać ją, że to, co powiem, będzie dla niej naprawdę istotne.
Musiałem przejąć kontrolę nad tą rozmową.
- Możesz postanowić, że będziesz zaczynać swój dzień wcześnie - powiedziałem. - Możesz otworzyć oczy, wstać, posłać łóżko, zjeść owsiankę, wytworzyć wokół siebie jakąś strukturę i znaleźć spokój. Możesz...
- Ale ja nie lubię owsianki - przerwała mi Marie. - A poza tym...
- Olej tę owsiankę - teraz z kolei ja wszedłem jej w słowo. - Daj sobie trochę czasu z samą sobą, zapewnij ciału i umysłowi kilka minut spokoju i ciszy, zrób coś, co sprawia ci przyjemność, możesz malować, czytać, słuchać muzyki albo przygotować najlepsze śniadanie na świecie.
- No jasne, ale...
- Możesz obudzić się wcześniej i zrobić cokolwiek - znów jej przerwałem. - COKOLWIEK. A mimo to decydujesz się spać dalej i pozwalać, by poranek rozchodził ci się potem w szwach?
Prowokowałem ją. Nadal wchodziłem jej w słowo za każdym razem, gdy próbowała usprawiedliwić swoje zamiłowanie do późnego wstawania. Poprosiłem ją, by schowała dumę do kieszeni i posłuchała mnie przez kilka minut z otwartym umy-słem. Marie skrzyżowała ramiona na piersi w pełnym rezygnacji geście i przymknęła oczy. Powiedziałem jej, że tu chodzi nie tylko o to, by wcześniej wstawać z łóżka, ale raczej o stan, który ona sama określała mianem "nudnego życia". Nic zresztą dziwnego, że takim jej się jawiło, skoro nie miała dość inicjatywy, by coś z tym zrobić. Wyjaśniłem, że biorąc odpowiedzial-ność za swój poranek, wprowadzając w życie tę pierwszą codzienną decyzję, Marie będzie mogła w końcu poczuć, że ma kontrolę nad swoim życiem. Sama trzyma w rękach klucz do dobrego startu w każdy nowy dzień, klucz, który będzie jej otwierał kolejne drzwi aż do wieczora.
- Musisz skorygować okres, w którym jesteś aktywna - powiedziałem. - Wcześniej się kłaść. Część czasu, który marnujesz wieczorem, oglądając seriale, przeznaczyć na dłuższy, spokojniejszy poranek. Aby dobrze żyć, trzeba się zmobilizować! - dodałem, waląc pięścią w blat stojącego między nami biurka.
Marie aż podskoczyła. Ale widziałem, że uważnie mnie słucha. Może ją trochę wystraszyłem? Chciałem wykorzystać tę przewagę. Zaproponowałem jej więc wykonanie prostego rachunku:
- Jeśli będziesz uprawiać sport przez pół godziny dwieście poranków w roku, zaliczysz sto godzin treningu rocznie, a to korzystne dla twojego zdrowia, prawda? A jeśli wykorzystasz ten sam czas na czytanie, zdołasz w skali roku poznać dziesięć wspaniałych książek. Dawałoby to sto najważniejszych dzieł literatury światowej na dekadę - i to w czasie, który ty przeznaczasz na sen!
Wyjaśniłem, że nie jest ważne to, c o k o n k r e t n i e się robi rano, ale raczej wytworzenie świadomej postawy wobec wchodzenia w każdy kolejny dzień.
- Jeśli ci się uda, twoje życie może się zmienić w fantastyczną przygodę! - dodałem.
Marie miała już zupełnie inny wyraz twarzy. Wpatrywała się w swoje buty i robiła wrażenie wręcz zawstydzonej. Ściszyłem nieco głos, zwolniłem tempo, nieznacznie się uśmiechnąłem i powiedziałem:
- Mogę ci obiecać, że na łożu śmierci nie powiesz sobie na pewno: "Cholera, powinnam była wieczorami oglądać więcej Netflixa". Ale niewykluczone, że westchniesz: "Szkoda, że widziałam tak niewiele wschodów słońca".
________
Może to zabrzmieć dziwnie, ale niektórych z najwspanialszych poranków w swoim życiu doświadczyłem na wojskowych misjach zagranicznych. Uczestniczyłem w operacjach o różnym charakterze, między innymi w Bośni, Kosowie, Macedonii czy Afganistanie. Wspólnym mianownikiem tych wszystkich misji było poczucie, że jestem częścią czegoś większego niż ja sam. Na takich wyjazdach zawsze wstawałem wcześnie. Wychodziłem na dwór, znajdując przestrzeń dla mentalnego wytchnienia, na chwilę, zanim moim dniem miał zawładnąć chaos.
Te wczesne poranki stanowiły dla mnie przerwę od konfliktu i poczucia zagrożenia, bycia wciąż czujnym, nieco wystraszonym i przygotowanym na najgorsze. W tych pierwszych minutach dnia rozkoszowałem się spokojem i ciszą. Mogłem oczywiście spać dłużej, zdążyć na styk na poranną odprawę, a potem wyjechać z obozu, by wykonać kolejne zadanie. Ale wtedy przechodziłbym bezpośrednio od snu do stresu i mógłbym zapomnieć o łagodnym starcie w trudny dzień. Ponadto ominęłyby mnie wtedy niektóre z najpiękniejszych chwil w moim życiu. Łatwo o tym zapomnieć, gdy jest się u siebie w domu i wpada w kierat codzienności, ale zagraniczne misje przypominały mi skutecznie, że poranne godziny potrafią stać się miłą przerwą od ciągłego napięcia i stresu.
Uważam, że to kluczowe, by mieć świadomość, w jaki sposób wychodzimy na spotkanie nowego dnia. Dzięki refleksji, umiejętności dziwienia się światu i chęci przejęcia kontroli nad swoimi myślami, by stworzyć coś nowego i pięknego, żyje się nam po prostu lepiej. Jeśli chcesz czegoś więcej, na przykład osiągać lepsze wyniki w sporcie, stać się sprawniejszym kierownikiem albo jeśli masz po prostu ambicje być lepszą wersją samego siebie, musisz zacząć od analizy tego, w jaki sposób myślisz. Sama myśl, że chcesz wstawać rano trochę wcześniej, stanowi krok na drodze ku temu, by faktycznie zacząć to robić. To przecież nic nie kosztuje, więc je-śli naprawdę pragniesz zmiany - spróbuj. Niezależnie od dystansu każdą wędrówkę rozpoczyna pierwszy krok, a ty w ten sposób możesz udowodnić, że dasz radę go wykonać.
Możesz to nazywać mentalnym efektem motyla, bo coś, co zaczyna się od jednej małej myśli, może przynieść po dłuższym czasie olbrzymie profity. Jeśli jednego dnia zrobisz "trochę", to pewnie kolejnego uda ci się osiągnąć "trochę więcej".
________
Pierwszy krok, wstanie z łóżka, ma na celu aktywność i działanie, a nie wieczne spóźnialstwo i konieczność nadganiania. Chodzi o czas, który sobie dajemy, zanim jeszcze dzień zacznie się na dobre. O stworzenie sobie punktu wyjścia, który następnym razem utoruje drogę dla kolejnych korekt i kolejnych kroków. Niektórzy potrzebują rundki albo dwóch wokół bloku na spacerze z psem, inni zadowalają się wypiciem kawy i lekturą gazety, jeszcze inni zaś spędzają pół godziny na podłodze swojego salonu w pozycji lotosu.
To, na co przeznaczysz swój dodatkowy poranny czas, jest wyłącznie twoją decyzją.
Niezależnie od tego, w jakim punkcie życia się znajdujesz, czy jest ci ciężko, czy dobrze, zawsze masz możliwość wstania z łóżka nieco wcześniej, dynamicznego rozpoczęcia dnia i uczy-nienia z poranka jak najlepszego punktu wyjścia.
Dla swoich dni.
Dla całego życia.
Bo przecież jest ono jedynym, co mamy.
________
STRAĆ GODZINĘ O PORANKU, A SPĘDZISZ CAŁY DZIEŃ, PRÓBUJĄC JĄ ODNALEŹĆ.
Richard Whately