Odwrotniak - Jakub Małecki

Reflow text when sidebars are open.
Dziewięćdziesięciojednoletnia Izabela Grycz, kobieta unikająca zwykle wyrażania swojej opinii, której zresztą na większość tematów nie miała, kobieta sukcesu, doświadczona, utytułowana, a zarazem skłonna do depresji i - jak sama o sobie lubiła mawiać - "przez większość czasu pogodnie nieszczęśliwa", o niewielu rzeczach w życiu przekonana była tak mocno jak o tym, że pierwsze zdanie powieści - zwłaszcza długie, skomplikowane, a do tego odrobinę chaotyczne - napisać jest banalnie wręcz łatwo. Tak, myślała, wciskając powoli czubek łyżeczki w parującą na podstawce torebkę zaparzonej herbaty, pierwsze zdanie zawsze jest piękne, nic, tylko chwycić pióro i przenieść je z głowy na papier, coś tam poprawić, albo i nie, potem wstać od stołu i - choćby dla przewietrzenia myśli - przejść się po pokoju. Niestety, po napisaniu pierwszego zdania wikłała się zwykle w następne; nie potrafiła skończyć na jednym - bo i jak? - tymczasem entuzjazm opuszczał ją z kolejnymi słowami pojawiającymi się na papierze z cichym skrzypieniem przeciąganej po nim stalówki. Pisała w tempie coraz wolniejszym, by po pewnym czasie, dręczona mieszaniną ciekawości i niepokoju, wrócić do samego początku i uznać, że pierwsze zdanie wcale nie jest aż tak piękne i w zasadzie należałoby je poprawić, o tu, tutaj i jeszcze tu, może nawet napisać je w całości od początku. A potem je czytała. Czytała powoli, czytała szybko, czytała w myślach i czytała na głos, czytała, popijając wino, popijając herbatę, albo i nic nie popijając, i niemal zawsze dochodziła do wniosku, że jest raczej słabe, może odrobinę zbyt patetyczne, a na pewno nieudolne.
Napisała w życiu setki pierwszych zdań.
Najlepiej myślało się jej przy oknie, stawała więc naprzeciwko szyby i niezależnie od tego, czy widziała po jej drugiej stronie lśniące lwowskie uroborosy szyn tramwajowych, wznoszący się niezmordowanie stołeczny Pałac Kultury i Nauki czy chude kikuty gdańskich dźwigów portowych, myślała o sobie jako żałośnie nieskutecznym siewcy początków powieści: rozpoczęła ich całe mnóstwo, rozpoczynała właściwie jeśli nie co miesiąc, to przynajmniej co dwa, rozpoczynała je gwałtownie albo ze spokojem, w nerwach i w wyciszeniu, rozpoczynała pijana i trzeźwa, ukończyła tylko raz, i to za pierwszym razem.
Potem nie miała już o czym pisać.
Izabela, jak większość ludzi, rodziła się dwukrotnie. Po raz pierwszy w tysiąc dziewięćset dwudziestym pierwszym, wrzeszcząca, czerwona i ślepa, wypchnięta z matki w wielkim pokoju lwowskiego mieszkania przy Brajerowskiej, po raz drugi dwadzieścia trzy lata później, młoda, wysoka i niezdrowo chuda, a jednak na swój sposób ładna, pełna nienawiści i złośliwa, siedząc przy wielkim drewnianym stole w Warszawie przy Łowickiej.
Jak większość ludzi, to za drugim razem zaistniała naprawdę, a narodzinom tym towarzyszyła, w zasadzie zainicjowała je zasłyszana przy stole historia, jedna z tych wyolbrzymianych opowieści, które z każdym kolejnym opróżnionym kieliszkiem prężą coraz większe fabularne muskuły. Opowiedziano jej wtedy o mężczyźnie z kulą w głowie.
Była środa, dziewiąty sierpnia czterdziestego czwartego, niebo otwierało się nad Warszawą, ciemne i pomarszczone chmurami, a w mieszkaniu obok pies usiłował zaszczekać się chyba na śmierć. Wariata, który od kilku dni średnio trzy razy na godzinę wrzeszczał na schodach: "Do schronu!", jakoś wreszcie uciszono, nie ucichły za to uderzenia; trrach, trrrach, wydłużały się podziemne tunele i padały kolejne ściany w piwnicach. W korytarzu stały trzy łóżka, o jedno z nich opierała się beczka ze śmierdzącą wodą, o inne chłopiec, uparcie starający się wymyślić, w jaki sposób można by użyć obcęgów do zabawy. Drzwi za chłopcem zabito deskami, były to deski sosnowe, sękate i brudne od białej farby, a charakteryzował je jeszcze mniejszy potencjał rozrywkowy niż nieszczęsne obcęgi. Co więcej, deski odgradzały chłopca od dwóch pokoi, w których zwykł się bawić, a których okna wychodziły na ulicę.
A ulice, wiadomo: bomba za bombą, a jak nie bomby, to kucie chodników, brzmiące nieśmiało strzały gołębiarzy i te okropne dźwięki pękających mebli. Wyrzucane z okien przez właścicieli, uderzały o bruk, aby zaraz, ze złamanymi nogami, z wyprutymi szufladami, pęknięte na pół, z krzeseł, pianin, stołów i szaf stać się barykadą. Przede wszystkim jednak krowy. Krowy straszne i wielolufowe, krowy w każdej chwili gotowe rykiem nakręcanego mechanizmu obwieścić swoją bardzo niechcianą obecność. Pociski zapalające, wypadłszy z ciała krowy, nie żyły dłużej niż kilkadziesiąt sekund, a sensem ich krótkiego istnienia było wpaść do mieszkania, zburzyć i zapalić. Izabela myślała wtedy o tych pociskach z zazdrością.
W swoim dwudziestotrzyletnim życiu jak dotąd nie znalazła żadnego sensu, ciągnęła je, bo wszyscy ciągnęli. Lwów i bogactwo, w które tam opływała, nie dostrzegając go, później Warszawa i uświadomienie sobie skali doświadczonego dobrobytu, kiedy ten zdążył wyschnąć, zaraz potem wojna, która jej nie dotyczyła, rozgrywała się obok, bo to nie była jej wojna, tylko ICH wojna, wreszcie tych kilka związków z mężczyznami, którzy nie wiedzieć czemu szybko znikali z jej życia, aby nigdy się już nie pojawić. Nic sensownego. A wypluwane przez krowy pociski żyły zaledwie kilkadziesiąt sekund i można było o nich powiedzieć, że istniały w jakimś celu.
Chłopiec uśmiechnął się do niej szelmowsko; miał osiem lat, na imię Romek i wyraźny zamiar naplucia do któregoś z leżących obok butów. Izabela zdecydowała się nie odwzajemniać uśmiechu. Podniosła do ust filiżankę, mimo że kawy już w niej nie było, zasłoniła się tą odrobiną porcelany, a kiedy odstawiała naczynie na spodeczek, Romek zajęty był już czymś innym.
Wyjęła z paczki kolejnego playersa, zapaliła i z ulgą wypuściła z płuc pierwszą chmurę dymu, rozglądając się po zgromadzonych przy stole osobach. Miejsce po jej lewej zajmował właściciel mieszkania, Krzysztof Załoga, wysoki i szczupły miłośnik polowań, obdarzony przez naturę potworną wadą wzroku i silnym węglowoczarnym zarostem. Był człowiekiem nad wyraz opanowanym, mówił spokojnie i cicho, poglądy miał radykalne, a majątek - znaczny. Izabela podejrzewała, że sytuacja materialna Krzysztofa nie była bez znaczenia dla decyzji siedzącej obok niego żony, kiedy ta oddawała mu rękę. Na wielu płaszczyznach Julianna Załoga stanowiła zdecydowane przeciwieństwo męża: mówiła dużo i głośno, jej wypowiedzi odznaczały się gwałtownością i zaciekłością, a i z wyglądu niezbyt pasowała do stonowanego brodacza. Będąc kobietą o nieznacznym wzroście, miała szerokie biodra i masywne nogi, gęstwa rudych włosów sprawiała wrażenie niechlujnej, natomiast niesprawna noga, pozostałość po trudnym porodzie Romusia, nadawała jej wygląd dalece niedoskonały, boleśnie kontrastujący z idealnym krojem marynarek Krzysztofa i bielą jego kołnierzyków.
Zgniatając kolejne niedopałki na owalnym dnie kryształowej popielniczki i obracając w palcach wykwintnie zdobioną srebrną łyżeczkę, Julianna raz po raz podejmowała próby zwrócenia uwagi zebranych na syna, który - jeśli wierzyć jej słowom - brał czynny udział w walkach, przecinając wraz z innymi dziećmi kable goliatów. Nieprzypadkowo tego wieczoru rolę zabawki w dłoniach malca pełniły obcęgi.
Najcierpliwszym słuchaczem kolejnych wysławiających cnoty Romusia litanii był brat Julianny, Leszek, który zajmował przy stole miejsce naprzeciw Izabeli.
Leszek Trzeciak był wątłym początkującym poetą, a jako że coraz popularniejszy stawał się pogląd, iż stolica składa się niemal wyłącznie z wątłych i początkujących poetów, starał się sprawiać wrażenie poety wybitnego, czego jednak nie dało się zweryfikować opublikowanym dorobkiem, jako że opublikowanego dorobku nie było. Brak publikacji nie musiał oczywiście niczego przesądzać - cóż, kiedy żywiono wobec autora dość uzasadnione podejrzenie, iż w ogóle nic jeszcze nie napisał.
Trzeciak jednak miał wiele cech, które uważano powszechnie za typowe dla poetów, nawet wybitnych: był słabego zdrowia, garderobę nosił zaniedbaną, a włosy w nieładzie, przede wszystkim zaś szalenie był kochliwy. Kochliwość ta odcisnęła piętno także na życiu Izabeli, jako że ta ku swemu sporemu niezadowoleniu stała się obiektem, w który Leszek Trzeciak wymierzył ostatnio potężne swe sercowe armaty. Robił przy tym wiele, by nie dać po sobie poznać, jak bardzo nieobojętna jest mu młoda przyjaciółka znajomej bibliotekarki.
Spoglądał właśnie na Romusia poważnym wzrokiem, obserwował jego małe dłonie zaciśnięte na obcęgach i wzdychał cicho, wciągając przy tym na twarz dobrotliwy uśmiech.
Spokój Leszka Trzeciaka kontrastował z rozbieganym wzrokiem, obgryzionymi paznokciami i poczerwieniałą twarzą ostatniego z zasiadających przy stole.
Mężczyzna ten z wielu względów podobał się Izabeli: po pierwsze dlatego, że był blondynem, po drugie dlatego, że był mężczyzną potężnym i gwałtownym - a takich lubiła najbardziej - po trzecie i najważniejsze dlatego, że wydawał się dość prymitywny.
Nazywał się Stefan Rzepecki i można było powiedzieć, iż był to człowiek nader wesoły, a zarazem niewymownie smutny. Radosne podejście do życia określało go w wymiarze ogólnym, natomiast smutek, który ogarniał go ostatnio coraz częściej, wynikał z niedawnych dramatycznych wydarzeń. Rzepecki miał dwóch braci, bliźniaków, młodszych o trzy lata, z których jeden był bardzo skryty, do tego wstydliwy, a drugi jeszcze gorzej - potwornie wręcz się jąkał. Tydzień wcześniej obaj zostali rozstrzelani przez żołnierza wermachtu, a ich śmierć można by zaliczyć do śmierci najstraszliwszych, jako że nosiła znamiona banału. Niektórym mogłaby nawet wydać się zabawna - żołnierz zatrzymujący braci w celu, którego nigdy nie zdążyli poznać, również się jąkał. Usłyszawszy pytanie, obydwaj bracia struchleli, wiedzieli bowiem, że wstydliwy odpowiedzieć nie zdoła i będzie to musiał uczynić jąkała. Tak też się stało, a w oczach żołnierza natychmiast pojawiła się złość, zmaterializowana chwilę później w postaci trzech kul. Wstydliwy dostał w oko, jąkała najpierw w usta, za drugim razem w skroń.
Wiadomość o śmierci braci dotarła do Stefana Harcerską Pocztą Polową, a jej nadawcą był przyjaciel rodziny, fryzjer Krzakowski, który egzekucję bliźniaków oglądał z okna swojego mieszkania. Po przeczytaniu krótkiej notatki doręczonej przez chłopca o pogodnej twarzy Stefan podjął decyzję, aby nie mówić nic matce; po tym, jak pierwszego sierpnia ojciec wyszedł z domu swoim powolnym, silącym się na dostojność krokiem i już nie wrócił, pani Rzepecka sprawiała wrażenie, jakby na tym świecie trzymał ją już tylko strach o dzieci.
Rozmowa przy stole zogniskowała się tymczasem na ewentualnych możliwościach wyjazdu na wieś, Izabela natomiast znowu wpatrywała się w Romusia - jadł właśnie pajdę chleba z cukrem - podejmując kolejną próbę wyobrażenia go sobie, jak czołga się w pyle zalegającym ulice w kierunku nadjeżdżających goliatów.
- Zdrowie! - przerwał nagle dyskusję Krzysztof Załoga, wznosząc napełniony kieliszek.
Stefan, który od paru chwil wyglądał, jakby usiłował poruszyć swój siłą woli, wyrwał się z zamyślenia, ochoczo przytaknął i nie czekając na innych, wlał w siebie alkohol. Otarł usta i wskazał na opróżnione szkło, które gospodarz gorliwie zaraz napełnił. I tak, zdruzgotany śmiercią dwóch braci wesołek w ponurym tonie nadał piciu rytm: walono kieliszek za kieliszkiem, kolejne stuknięcia szkła o blat stołu stawały się coraz głośniejsze, głosy podnosiły się, oczy mętniały, tylko Romuś, coraz bardziej rozdrażniony, bezlitośnie grzmocił obcęgami o podłogę, zerkając raz po raz w stronę stołu. Gdzieś w oddali trzy bomby, jedna za drugą, posunęły naprzód zmiany w krajobrazie miasta.
- Jeszcze trochę i wszyscy oszalejemy - rzucił Leszek Trzeciak, który najgorzej z zebranych radził sobie z absorpcją alkoholu i od dłuższego czasu z obwisłą twarzą oddawał się kontemplacji rzadkich włosów na swoich białych dłoniach. - Jeśli to się szybko nie skończy - tu zatoczył ręką szeroki łuk - wszyscy się pożegnamy z rozumem.
- Wczoraj, jak byłem w wychodku, sedes aż się trząsł od bombardowania. Nie można być normalnym w czasach, kiedy nawet sedes trzęsie się pod człowiekiem - wtrącił Stefan, znajdujący się w kondycji nieco lepszej niż Leszek, którą to jednak kondycję mimo wszystko należało zaliczyć do beznadziejnych.
Leszek zbył uwagę milczeniem, przywdziewając na twarz minę pogardliwej obojętności, i nalał sobie wódki, po czym, nie czekając na pozostałych, wypił i złożył głowę na stole, do ostatniej chwili dbając o to, by nie pozbawić swojego wyglądu godności.
- Zresztą, co tam sedes. - Stefan kręcił się na krześle i gniótł jedną pięść w drugiej. Wyglądał jak ktoś, kto najchętniej wykrzyczałby, co go męczy, ale jakoś nie może.
Wreszcie, po kolejnym kieliszku i palonym długo papierosie, opowiedział.
Wtedy to właśnie Izabela Grycz po raz pierwszy usłyszała historię o mężczyźnie z kulą w głowie.
Drugiego sierpnia, wracając po południu od Załogów, Stefan natknął się na czołg. Zza barykady wzniesionej z cegieł i ramy okiennej co chwilę wylatywały w kierunku maszyny kule albo granaty. Schwytano zatem kilku przechodniów i powleczono przed czołg. Z uniesionymi rękoma szli przed toczącym się powoli metalowym drapieżnikiem - strzały zza barykady zrzedły.
Skulony w bramie Stefan modlił się, by zabrali wszystkich, tylko nie jego. Widział dobrze, jak energiczny żołnierz, robal, przypominał z twarzy robala, zbliża się do jakiegoś niespełna rozumu śmiałka, siedzącego jak gdyby nigdy nic na krawężniku. Był to potężny mężczyzna o młodej twarzy i z wielkim brzuchem opartym na kolanach. W ręku trzymał patyk, którym usiłował wydłubać spod podeszwy cuchnącą nieczystość.
Stefan słyszał, jak Niemiec mówi do siedzącego podniesionym głosem, i widział dłoń sięgającą po pistolet o cienkiej lufie, tymczasem olbrzym uniósł jedną otwartą dłoń, nie odrywając wzroku od podeszwy, zupełnie jakby chciał tym gestem powiedzieć: "Momencik!". Wydłubał, co miał wydłubać, i podniósł wzrok na Niemca. Tamten bez słowa zdzielił go pistoletem w twarz i mierząc w niego, zaczął coś mówić, i mówił, wcale nie wrzeszcząc, lecz cicho, aż w końcu grubas dołączył biegiem do mężczyzn kroczących przed czołgiem.
Stefan nie potrafił powiedzieć, jaka to była ulica, bo prawie wszystkie wydawały mu się już takie same, pamiętał za to, jak kulił się w bramie i patrzył, a oni szli. I każdy z nich - było ich ośmiu - wyglądał, jakby głęboko był przeświadczony o tym, że on iść nie powinien, że ci co obok niego - owszem, jak najbardziej, że oni pewnie zasłużyli - ale on?
I w końcu zza barykady wzmógł się znowu świst kul. Strzelali jedni i drudzy, mury aż się trzęsły, pięciu z tych ośmiu już padło, aż w którymś momencie gruby mężczyzna, ten od patyka i buta, wywinął się do tyłu, upadł, ale wstał od razu, jakby go ziemia sparzyła. W jednej chwili odwrócił się i runął na czołg. Stefan wyraźnie widział, że jedną stronę twarzy ma czerwoną od krwi i że ręka dziwnie mu zwisa, ale drugą, sprawną, ucapił się i jakimś cudem klęczał zaraz na metalowej maszynie. Tą zdrową ręką walił jak szalony, bił w blachę, aż w końcu zsunął się na ziemię, przekoziołkował i runął w dół po schodach, przy których wisiał wielki kolorowy szyld "Fryzjer". Stefan nigdy nie był u tego fryzjera.
Ktoś wychylił się wreszcie z czołgu, maszyna jednak nie zwalniała, tylko kilka serii z karabinu rozgrzechotało się w stronę schodów i wtedy, nie mogąc już wytrzymać, Stefan uciekł.
- Spodnie miałem mokre w kroku i na udach... - dokończył, uśmiechając się krzywo.
Po tych słowach w mieszkaniu zaległa cisza, wszystkich ogarnął ponury jakiś bezruch, tylko Leszek wstał, do regałów podszedł i oglądać zaczął, jak gdyby nigdy nic, książki, których nie wysuwał, a tylko jeździł po nich powoli palcem.
- A ty nic, tylko te książki oglądasz - powiedziała Julianna. - Jeszcze nie widziałam, żebyś którąś przeczytał, tylko patrzysz, oglądasz, nie weźmiesz do ręki nawet, tylko patrzysz.
Leszek odwrócił się powoli i popatrzył na nią obojętnym wzrokiem.
- A co wy wszyscy wiecie...
- Tamten człowiek - odezwał się znowu Stefan. - To, że on się rzucił na czołg, to nie była jego świadoma decyzja, on otrzymał strzał w głowę. Za to ten moment, kiedy spokojnie wygrzebywał sobie spod buta gówno, nie patrząc na stojącego nad nim żołnierza...
Znowu zrobiło się cicho i w tej ciszy Julianna, Iza, Kazimierz i Stefan wypili kolejkę na cześć tamtego człowieka. Iza, spoglądając na wysokie regały i stojące przed nimi worki z ziemniakami, uświadomiła sobie, że bardzo chciałaby poznać mężczyznę z kulą w głowie. Poczuła się tak, jakby ktoś ją właśnie obudził, jakby coś w niej pękło. Kiedy Krzysztof podniósł się w bliżej nieokreślonym celu, Stefan odezwał się nagle:
- Pewnie nie uwierzycie, ale ja chyba wiem, kto to był, ten mężczyzna. Wydaje mi się, że ja go znam... Wy też go znacie. Dałbym głowę, że to był Kazek Człapka.
I zaraz gonitwa wspomnień, scena za sceną, wszystkie rozmyte, we wszystkich on lub słowa na jego temat: Kazimierz Człapka, leń i wariat, komediant-uwodziciel, obżartuch, zboczeniec i grubas, człowiek z kulą w głowie.
Łyżka uporczywie wciska się w chłodną już torebkę po herbacie. Izabela wstaje, niemal zrywa się, kolana bolą, ręce gorączkowo szukają stabilnego oparcia, ciało przeszkadza, to już nie jest jej ciało, bolesne worki z przelewającym się tłuszczem, wreszcie udaje się, idzie. Idzie do kuchni. Przystaje, opiera się, znowu jest tam. Zanim Stefan zdąży powiedzieć, jak bardzo mu ulżyło, zanim podniosą się krzyki - Człapka? Na czołg? Dobre sobie! - zanim we wściekłości Julianna wyjawi niechcący, że Romuś wcale nie przecinał kabli goliatów, przeciwnie, od pierwszego sierpnia ani na chwilę nie opuścił mieszkania, zanim Leszek Trzeciak orzeknie, że mieszkanie Człapki było mieszkaniem bez duszy, posiadało, owszem, wiele fragmentów różnych dusz, ale duszy całej nie - duszy, jak ułamków, dodawać się nie da! dwie połówki duszy to jest żadna dusza! - zanim wreszcie krzyki umilkną, a Izabela nie wiedzieć czemu zapragnie za wszelką cenę poznać Człapkę, wspomnienie gaśnie, zostaje już tylko walka o włącznik światła. Sięgnie czy nie sięgnie, wyciąga rękę, ściana w dotyku nie przypomina ściany, wreszcie jest, pstryk! Kuchnia rozjaśnia się, szklanka po herbacie stuka o dno zlewu, Izabela siada, zmęczona. Spogląda na drewnianą półkę nad kaloryferem, ze zdziwieniem zauważa, że nawet tam, między Kuchniami świata a porcelanowym dzbankiem w zielone serduszka, stoi wyblakły egzemplarz Odwrotniaka. Podejmuje trudną decyzję i podnosi się po raz kolejny, mogłaby siedzieć dalej, a siły zaoszczędzić na później, na coś ważniejszego, na przykład wędrówkę po słuchawkę domofonu z nadzieją, że tym razem to nie będą ci od ulotek. Opiera się o wykonaną z boazerii obudowę kaloryfera, bierze do ręki książkę, okładka mogłaby wzbudzić tyle wspomnień, nie wzbudza. To jedno z pierwszych wydań, nazwisko wypisane u góry czcionką...
...lekko pochyłą, na środku rozstrzelonym pismem tytuł. Pod nim gałązka, Ignacy przesuwa po niej wzrokiem i nagle, niespodziewanie, wszystko to wydaje mu się zabawne.
Zabawne! Prawie nie zdążył.
Co było w tym zabawnego, nie miał pojęcia, bo gdyby do spóźnienia istotnie doszło, zmuszony byłby spojrzeć w ponure oblicze największej życiowej klęski, a misterna konstrukcja makiawelicznego planu runęłaby cicho i wstydliwie, grzebiąc może na zawsze jego wzniosłe i piękne, ale także wyniszczające marzenie, jednak tak jak czasem żałobnik nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego nagle zaczyna pękać ze śmiechu w trakcie pogrzebowej ceremonii, tak i on nie rozumiał, jakim cudem przyszło mu do głowy, że niedotarcie na miejsce o czasie można by nazwać zabawnym.
Miotając się po pokoju w poszukiwaniu plecaka, gazety i aparatu, w skazanym na porażkę wysiłku usiłował jeszcze wypchnąć z głowy myśli, które zawsze w sytuacjach wymagających największego skupienia pojawiały się z dużym nasileniem. Kiedy tylko przychodziło mu zmierzyć się w życiu z czymś istotnym, głowę rozpychały absurdalne i niezwiązane z sytuacją myśli, tak samo teraz, zamiast w spokoju zastanowić się, czy aby niczego nie zapomniał, najpierw ta zabawność, a potem nagłe i niespodziewane zastanowienie nad tym, czy nie powinien sam siebie znienawidzić za ten brak kontroli nad własnymi myślami, zaraz też z myśli tej, jak matrioszka, wykluła się kolejna: jeśli znienawidzi siebie, to cała obszerna historia jego nienawiści zyska nagle mocny finał, nader efektowne zwieńczenie. Przez długi czas Ignacy żywił bowiem przekonanie, iż każdy człowiek posiada własną historię nienawiści, że ludzie wzajemnie się nie cierpią, nie okazując tego ze względu na oplatające ich społeczne pajęczyny. Swoją własną historię nienawiści opracował więc dokładnie: zaczynała się naturalnie od postaci Kotleta, a kończyła, jakżeby inaczej, na Adzie. Później, na skutek poznania kilku osób, które wydawały się wolne od tego uczucia - przede wszystkim pewnego chłopca z ubłoconą piłką i może jeszcze kilku oprócz niego - zrewidował swoje kategoryczne poglądy i uznał, że istnieją osoby nienienawidzące, wkrótce jednak ogrom liczby tych nienawidzących zaczął skłaniać go z powrotem ku pierwotnej wersji. Co jednak, jeśli znienawidzi sam siebie?
Zaczerpnąwszy kilka głębokich oddechów, przerzucił jakieś papiery, w tym Odwrotniaka, ze stołu na szafkę, rozejrzał się jeszcze, cisnął aparat w ciemną jamę plecaka, z wizgiem zetknął ze sobą dwa motylki błyskawicznego zamka i po chwili pędził już po schodach, wystukując podeszwami rwane staccato i mrucząc jednocześnie pod nosem, jak zaklęcie, uspokajające słowo "czekolada". Zaraz wpadł do taksówki i przez kolejnych jedenaście minut pocierał spoconymi dłońmi o sztruksowy materiał spodni, wypierając w tym samym czasie z głowy natrętnych intruzów.
Za czasów licealnych Ignacy żywił nienawiść do zaledwie jednego człowieka. Był nim nielubiany powszechnie Kotlet, syn bogatych dentystów, który nosił wyłącznie bluzy z kapturem, a swój pseudonim zawdzięczał pulchnej twarzy. Nigdy nie dawał gryza, oszukiwał w kosza, ściągał, ale nie dawał ściągać, a co najgorsze, kiedy brał łyka pepsi od kogoś, kto lekkomyślnie nie odmówił mu go pod szkolnym sklepikiem, ostentacyjnie oblizywał szyjkę butelki.
Okres egzaminów maturalnych przyniósł ze sobą drugi obiekt nienawiści w osobie polonicy Zalewskiej, którą Ignacy traktował wcześniej z obojętnością, a która na ustnym polskim zmiażdżyła go, przekonana, że to on szarpał się dzień wcześniej z jej synem na przystanku linii osiemdziesiąt jeden; po maturze nienawidził więc już dwoje: Kotleta i panią Zalewską.
Co tydzień przed wykładami z antropologii kultury na trzecim roku studiów czwórka chłopaków urządzała grę, której zasad nie rozumiał, a która charakteryzowała się tym, że pod koniec zabawy prawie zawsze naśmiewali się z niego, i to w obecności dziewczyn. Na początku próbował tłumaczyć ich przed sobą i wbijał do własnej głowy, że to całkiem fajni koledzy, że zupełnie przypadkiem co wtorek śmieją się właśnie z niego, że to, co dostrzega w oczach Iwony, to wcale nie współczucie, tylko zwykła niechęć do tego typu zabaw, że następnym razem, już za tydzień, śmiać się będą wszyscy, w tym on sam, z kogoś zupełnie innego. Wreszcie ich znienawidził.
Rok później pierwszą pracę załatwił mu inny kolega ze studiów, choć właściwie nie był kolegą, ale znajomym; miał na imię Błażej, był najlepszy z grupy w kuciu dat na pamięć i nosił za krótkie spodnie od garnituru. Poza dyrektorem, którego nie dało się lubić, ludzie w firmie okazali się całkiem znośni, a po siedmiu miesiącach Ignacy dostał szansę pracy u swojego dotychczasowego klienta, producenta żaluzji. Został asystentem z pensją wyższą od dotychczasowej o trzysta dwadzieścia złotych brutto, ale współpracownicy okazali się zbieraniną karierowiczów gotowych na wszystko; atmosfera w firmie panowała jak w słoiku kiszonych. Zdołał wytrzymać niecały rok, zanim zrozumiał, że więcej nienawiści nie przełknie, i zdobył się na odwagę, by złożyć wypowiedzenie. Dwa miesiące bezrobocia zaowocowały zdanym wreszcie egzaminem na prawo jazdy, rozpoczęciem kursu grafiki komputerowej i zdobyciem tytułu magistra z trzecią najlepszą średnią ocen na roku.
Z rodzicami nigdy nie potrafił się porozumieć; należeli do innego świata, poruszały ich niezrozumiałe dla niego idee, a system wartości, z którego wyrastało ich wspólne małżeńskie życie, wydawał mu się rażąco nietrafiony. Tłumaczył sobie, że to, co do nich czuje, to wcale nie nienawiść.
Świat zaczął coraz chętniej kopać go w tyłek i z początku Ignacy usiłował nawet z tym walczyć. Próbował poznawać nowych ludzi, mimo że do każdego wcześniej czy później się zniechęcał, każdego w końcu zaczynał nienawidzić. W kolejnej pracy ekipa składała się wyłącznie z osób bez życia osobistego, za to z wielkim mniemaniem o sobie, ale starał się z niektórymi zaprzyjaźnić. Mimo że dwa razy okradli go, kiedy wracał ze Starego Rynku, nie przestał wychodzić do miasta. Świat też posiada tyłek, wmawiał sobie - wystarczy go znaleźć i z całej siły kopnąć. Szukał więc, ale bezskutecznie. Wreszcie się poddał.
Usiadł na ławce przed uniwersytetem i w tej chwili mógł przyznać sam przed sobą, że oprócz jednej osoby na całym świecie, Ady, nienawidzi już chyba wszystkich.
Drzwi uczelni otworzyły się, wypuszczając na zewnątrz strużkę ludzi. Ada szła w przedostatniej grupce: ona, dwie przezroczyste dziewczyny i chłopak, który wyglądał niczym żywa reklama H&M. Ignacy poczuł, jak w brzuchu bucha płomieniami rozpalone nagle ognisko, ale wiedział, że stawka jest wysoka - "czekolada, czekolada", powtórzył w myślach kilka razy. Położył na kolanach Świętego Graala marki Jansport i włożył rękę do środka. Usłyszał cichy świst obiektywu wysuwanego w stronę otworu w materiale. W lewej ręce trzymał, nakrywając plecak, drżącą "Wyborczą", podczas gdy spoconym palcem wskazującym prawej gorączkowo naciskał spust migawki.
Sfruwały na niego strzępy rozmowy jak banknoty spadające z nieba.
- ...straszna, mogłaby chociaż...
- ...odreaguję, może dwa, nie wiem...
- ...do Fraglesa?
- Pewnie tak... ty?
- ... ja chyba pójdę... to w sobotę?...
Tak rozmawiając, przeszli obok niego, nieświadomi ani skrytego w plecaku cyfrowego ślepia, ani ognia, który pożerał właśnie ciało Ignacego Korzenia.
Odczekać jeszcze piętnaście sekund, dziesięć, pięć, a potem to, o czym marzył: wróci do domu, zgra pliki na komputer i skrupulatnie zabezpieczy je na przenośnych dyskach. Zrobi sobie kawę, przesunie zasuwkę w drzwiach i przebierze się w coś wygodnego. Będzie oglądał zdjęcia.
Ignacy schował aparat do bocznej kieszeni plecaka i ostrożnie, jak złodziej z wypchanymi kieszeniami, ruszył w stronę przystanku tramwajowego.
W tramwaju głowa wciśnięta w szybę, wzrok ślizgający się po uciekających szynach, kawałek Głogowskiej i kilkadziesiąt metrów Sczanieckiej, cztery porcje schodów.
Nareszcie u siebie. Brunona nie było.
Powiesił kurtkę, buty starannie ustawił na brązowym chodniczku, umył ręce.
Usiadł przy masywnym okrągłym stole, który zajmował prawie jedną trzecią jego pokoju, i ostrożnie wyjął z plecaka aparat.
Na blacie obok folderów reklamowych i wewnętrznych procedur firmy piętrzyły się wieżowce związanych białym sznurkiem wspomnień po studiach: metody badań kulturoznawczych, współczesne orientacje w humanistyce, kognitywne teorie religii. Kubek po kawie uśmiechał się zaschniętym łukiem pozostawionym na ceramicznej powierzchni przez wczorajsze usta. Na porysowanej obudowie laptopa popielniczka wyglądająca jak jeż.
Ignacy zdjął ją i połączył komputer z pożyczonym od Brunona aparatem. Trzy minuty później we wnętrzu laptopa wygenerowany ciąg zer i jedynek zapamiętał każdy detal uchwyconej aparatem Ady. Ignacy skopiował zdjęcia na dwa dyski zewnętrzne; jeden umieścił w szafce obok okna, drugi położył na stercie książek pod ścianą. Po stole wolno pełzł robak, jeden z tych, które całymi stadami atakowały ich znajdujące się niedaleko zsypu śmieci mieszkanie - Ignacy automatycznie zgniótł go Perspektywami refleksji kulturoznawczej Sójki.
Podwójnym kliknięciem wyświetlił na ekranie pierwsze zdjęcie i natychmiast z uśmiechem je zamknął.
Biorąc prysznic, spoglądał na swoje szczupłe, białe ciało. Lubił przesuwać namydloną dłonią po szyi, ramionach i brzuchu, przypominając sobie, że jest materialny, że można go dotknąć i poczuć. Zamknął oczy i odchylił głowę do tyłu, wyobrażając sobie, że za chwilę będzie oglądał Adę.
Po kąpieli, jak zwykle, poczuł się dobrze. Włożył dresowe spodnie i bawełnianą koszulkę z rozpostartym na plecach logo FixArtu. Zaparzył mocną lavazzę. Kiedy aromat przyjemnie roznosił się po pokoju, Ignacy wyszedł na balkon. Odkładał oglądanie zdjęć tak samo jak za młodu, rzadko jadając słodycze, zostawiał otrzymaną w prezencie czekoladę na później.
Zapalił, oparł się o barierkę i pozwolił, żeby wiatr targał go za włosy. Spoglądał na grubego davidoffa, obracając go w palcach, i czuł się śmietankowo. Biały filtr, głowa pachnąca palmolive spa, wilgotna skóra na ramionach i czekające w pokoju rarytasy: kawa oraz Ada.
Strumienie obciążonych zakupami starców, mężczyzn z poluzowanymi krawatami i stukających obcasami kobiet omijały stojący na chodniku samochód Brunona, czerwoną octavię, wabik na dziewczyny, które współlokator Ignacego zwoził do mieszkania, a potem ewidencjonował w pliku na komputerze.
W życiu Ignacego Brunon stanowił naturalne następstwo Kotleta oraz chłopaków ze studiów i wydawał się składać wyłącznie z wad, jednak to dzięki niemu Ignacy poznał Adę; no właśnie, Ada.
Pet zgasł w słoiku na parapecie, Ignacy siadł za stołem, upił pierwszy łyk kawy i poczuł się jeszcze bardziej śmietankowo. Na przystanku stęknął autobus. To był bardzo przyjemny dźwięk. Tak przyjemny jak nocny szum neonu zawieszonego na ścianie kamienicy niedaleko okna albo deszcz bębniący o parapety w czasie burzy. Ignacy zamknął oczy i delektował się kolejnym sapnięciem ciężkiego neoplanu, pokornie transportującego ludzi asfaltowymi żyłami miasta.
Uczucie minęło, autobus odjechał. Ignacy otworzył pierwsze zdjęcie i przybliżył twarz do monitora.
Na biurku duża lampka, pod biurkiem stopy w wygodnych kapciach, na ścianach rysunki i kilkanaście olejnych obrazów bez ram, wszystkie kolorowe, wypełnione treścią, a jednak z odległości przypominające pochlapane bez sensu bohomazy, na łóżku zmięta pościel, obok sterty książek, biografie malarzy, całe serie kryminałów, opasłe tomy klasyki i wielotomowe cykle fantasy, między nimi kolejne części komiksowych nowości w twardych oprawach, przed łóżkiem duży monitor z kablem ciągnącym się ku stołowi, zawalona półka z Ikei, na niej też książki, ułożone w chybotliwe wieże, i pękata szafka przy oknie, taboret ochlapany farbami, trzy popielniczki rozstawione w strategicznych miejscach, słoik z pędzlami i mocny zapach kawy.
To wszystko...
...nie istniało. To wszystko nie istniało, pomyślała, odkładając książkę na miejsce i wyruszając w drogę powrotną do stołu, ja także nie istnieję. Podejrzenie to wprawiło ją w smutny nastrój - wiedziała, że nie ma nic gorszego, jak odpaść od świata tak bardzo, by poczuć się nieważnym, poczuć, że się nigdy nie było, zaraz więc podjęła usilną próbę przypomnienia sobie ich wszystkich - Julianny, Krzysztofa, Leszka i Stefana - nawet chłopca, jak mu było? Romuś. Jeśli oni żyli, istniała też ona.
Zanurzanie się we własnej pamięci jest jak grzebanie w starej szufladzie, w której oprócz zdjęć rodzinnych, kartek i pamiątek z zagranicznych wojaży walają się też fotografie nieznajomych, śmieci i dziwne przedmioty wrzucone tam przez kogoś złośliwego. Izabela coraz częściej z furią wywracała szufladę swojego życia do góry nogami, popadając niekiedy w drażniące przekonanie, że szuflada nie należy wcale do niej, że pomyliła się i szpera we wspomnieniach cudzych, a nie swoich. Ci obcy ludzie, sceny, w których nie mogła brać udziału, to wszystko zniechęcało ją, ale daleka była jeszcze od rezygnacji. To przecież naprawdę nic w porównaniu z sytuacją, której obawiała się najbardziej, a która wydawała się prawie nieuchronna: że pewnego dnia jej szuflada okaże się pusta.
Tym razem szczęście uśmiechnęło się do Izabeli dość szybko. Miało kształt żetonu z Kasino Zoppot.
Ach, tak, Krzysztof. Krzysztof Załoga.
Jeszcze przed powstaniem zdradzał pierwsze oznaki uległości względem hazardowego nałogu, który w latach sześćdziesiątych przybrał rozmiary kolosalne. Większość nieruchomości wymsknęła mu się z rąk podczas długich, siwych od cygarowego dymu wieczorów, i wpadła do kieszeni dobrze lub źle skrojonych marynarek zarzuconych na ciała statecznych lub zupełnie niestatecznych panów zza zielonego stolika. Majątek topniał, Krzysztof grał coraz zacieklej - odegra się, wiedział, że się przecież odegra. Któregoś wieczoru postawił wszystko. Dwa mieszkania w Warszawie i ostatni spłachetek ziemi w nadmorskim Jarosławcu - wiedział, że jeśli przegra, zostaną mu wyłącznie długi i przekonanie, że zabrakło jednej, jednej jedynej lub tylko dwóch, ale najwyżej dwóch kart, by się naprawdę, NAPRAWDĘ odegrać. Postawił wszystko. Wygrał. Z wekslem i prawem własności maleńkiego gospodarstwa rolnego w miejscowości, której nazwy nie zapamiętał, wrócił do domu i nie budząc Julianny, zaparzył kawę. Upił jeden łyk - była przepyszna. Następnie wyszedł z mieszkania i na pasku, który trzy tygodnie wcześniej kupił w sklepie odzieżowym Telimena, powiesił się w piwnicy.
A więc istniał kiedyś ktoś taki. To wszystko prawda, Krzysztof Załoga był, więc i ona była. Izabela odetchnęła z ulgą, podczas gdy ręka w szufladzie pamięci trafiła na zgiętą ukośnie fotografię. Trzeciak. Leszek Trzeciak. W dzień po tamtej kolacji, przygnieciony ciężarem kaca, roztrzęsiony z emocji i pragnienia dokonania wreszcie CZEGOŚ, stanął przed drzwiami kolegi, który mógł mu w tym pomóc. Jeszcze tego samego wieczoru z torbą kamieni przewieszoną przez ramię pędził po schodach kamienicy do wskazanego mieszkania, do okien. Rzucił dokładnie cztery razy. Cztery kamienie poszybowały ku opancerzonym głowom, cztery szybkie ruchy ręką, cztery uderzenia serca przed każdym rzutem - tak przynajmniej lubił o tym później myśleć - i dużo ponad cztery godziny nieprzytomności po tym, jak zemdlał. Izabela słyszała, że niedługo potem zawarł kruchy związek małżeński, który przesypał się przez palce, zanim Leszek zdążył spędzić z żoną pierwsze święta. Ponownie ożenił się grubo po czterdziestce i grubo po wydaniu trzeciego tomu esejów; kariery nie zrobił nigdy, spłodził za to trójkę synów i umarł jako starzec. Tak, tak. Leszek Trzeciak istniał. Lawina wspomnień osunęła się i niepowstrzymana przewaliła się przez jej głowę: Julianna wyjeżdżająca z genialnym Romkiem do Birdsboro i kariera chłopaka na Wydziale Fizyki Uniwersytetu w Princeton, pijaństwo Stefana, jego wypadek na torach kolejowych i dożywotne sprzężenie z inwalidzkim wózkiem, wszystko to wróciło, wszystko było jeszcze w szufladzie pamięci.
Myśli, które powinny ją uspokoić, nie uspokoiły jej, podobnie jak nie ułatwiały jej zasypiania tabletki, które miały ułatwiać zasypianie, jak nie grzał wcale lepiej grzejnik, który po naprawie miał grzać lepiej, jak nie uszczelnił okna ten silikon, który je miał - zgodnie z obietnicą wychudzonego majstra - uszczelnić i jak nie odwiedzał jej wcale częściej wnuk, który przecież obiecał - OBIECAŁ! - ją częściej odwiedzać.
Szurając łapciami po podłodze, podeszła do czajnika. Gwizd coś jej przypominał.
Ach, tak. Podobnie gwizdał tamten masywny czajnik we Lwowie.
Izabela, wtedy jeszcze Baczko, po raz pierwszy urodziła się we Lwowie dwunastego września tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku - zodiakalna Panna, więc porządna, skrupulatna, dokładna, wybredna, samodzielna i obowiązkowa, od dziecka bardzo chuda i raczej wysoka, obdarzona przez Boga lub przypadek spiczastym nosem, ładnymi oczami, ustami mającymi pewien powab, za to rzadkim i brzydkim owłosieniem. Z czasem dostała szerokich bioder i kształtnych pośladków; piersi miała przy tym mniej niż małe. Trzypiętrowa kamienica przy Brajerowskiej 4 kojarzyła jej się przede wszystkim z gwizdem czajnika i fikusami, wznoszącymi ohydnie lśniące liście pod sam sufit, pochylającymi się nad nią, szepczącymi do niej, ocierającymi się o falującą firanę. Bała się tych fikusów.
Taty nigdy nie znała, a ten, który pojawiał się w zasłyszanych pod kuchennym stołem opowieściach, wydawał się jej tak poważny i wspaniały, że aż kamienny, zupełnie nieprawdziwy. Adolf Jerzy Warszawski prócz tego, że jej ojcem, był też Żydem, robotniczym działaczem, dziennikarzem, publicystą i posłem na Sejm; zakładał Związek Robotników Polskich, emigrował do Paryża i Moskwy, siedział w Cytadeli, w lipcu trzydziestego siódmego podczas czystek partyjnych aresztowało go NKWD i życie Warszawskiego niespodziewanie się urwało - karę śmierci wykonano natychmiast. Z kochanką, Jadwigą Baczko, widział się zaledwie kilka razy, odsunął ją od siebie aż do Lwowa, ciężarną, kłopotliwą; obsypał pieniędzmi i lekceważeniem, o córce zapomniał.
Mama Izabeli pochodziła spod Sochaczewa, ze wsi Wikcinek, wokół której na stu dwudziestu czterech hektarach rozpościerała się odziedziczona po krewkim Zorohastrze ojcowizna Baczków. Jadwisia nie umiała czytać ani pisać, a życiorys miał jeszcze ładnych parę lat na to, by przygiąć ją do ziemi i wsunąć na jej dłonie sfałdowane rękawice wiejskiej dorosłości. Oczy Jadwisi były wielkie jak stawy, tonęła w niej połowa chłopów żyjących w Wikcinku, tonął trzydziestosiedmioletni wtedy wikary, co wieczór padający na kolana i błagający w ciszy czarny drewniany krzyż, by zabrał od niego to brzemię rozrywające mu trzewia, utonął wreszcie Warszawski, człowiek dostojny i z innego całkiem świata. Ten kamienny pan tato z matczynych opowieści, snutych wieczorami przy mocnej herbacie.
Po otrzymaniu zapewnienia, że środków do życia przez jakiś czas jej nie zabraknie, Jadwiga Baczko niczego już od życia nie śmiała oczekiwać, a jednak spotkało ją we Lwowie to szczęście, że poznała Sabinę Woller, mówiącą po polsku żonę laryngologa, przystojnego pana Samuela, która wkrótce stała się jej wierną przyjaciółką. Podobnie jak w Jadwidze, w Sabinie także rozwijał się wtedy mały i śliski zalążek człowieka - żartowały nawet, że tego samego dnia urodzą. Jak to czasem bywa, na żartach się nie skończyło i dwunastego września obydwie, z trudem chwytając powietrze, wydały na świat po ludzkiej istocie. Spomiędzy białych ud Sabiny wyłonił się Staś o wyłupiastych oczach, jeden z najtęższych polskich umysłów w historii literatury. Z łona Jadwigi wyślizgnęła się tylko Izabela.
Dwadzieścia trzy lata później, już w Warszawie, w tej samej Izabeli po raz pierwszy zakiełkowała myśl o samobójstwie, która jak chwast porastała jej głowę już do końca życia. Było to drugiego sierpnia, dokładnie tydzień przed pamiętnym wieczorem u Załogów, Warszawa padała tymczasem na kolana pod ogniem karabinów maszynowych i grzechotem wielkich czołgów SS. Tamtej środy Iza wraz z matką wyszły popatrzeć na powstańców, którzy w niemieckich strojach, ale z polskimi insygniami i koślawymi orzełkami na wymiętolonych czapkach przechodzili sąsiednią ulicą po zdobyciu Umschlagplatzu. Ludzie płakali i rzucali kwiaty.
Izabela nie płakała, rzucać niczym także nie miała zamiaru. Pożerana przez palącą zazdrość, przyglądała się chłopcom, tym uśmiechniętym i tym obojętnym, na których cześć wznoszono wiwaty i którzy z całą pewnością mieli w życiu jakiś cel - wzniosły czy głupi, nieważne. Ona nigdy żadnego celu w życiu nie miała i tamtego upalnego dnia przyszło jej na myśl, by podbiec do któregoś z tych maszerujących pięknisiów, przyłożyć sobie lufę jego broni do oka i chłodnym metalowym spustem zamknąć za sobą drzwi w tym świecie pełnym kochliwych Leszków Trzeciaków, złowieszczych fikusów i ciał leżących na ulicach.
Jej mama pracowała wtedy jako kawiarka w Gospodzie Sportowców i wmawiała sobie, że wcale nie podkochuje się w swoim przełożonym. Trzykrotnie załatwiała córce płatne zajęcia, ta jednak za każdym razem kazała jej w atmosferze blamażu sprawę odwoływać. Izabela dużo wtedy czytała, głównie biblioteczne skarby przynoszone mamie przez sąsiadkę; pochłaniała wszystko, co wpadło jej w ręce, ale o największe dreszcze przyprawiały ją romansowe powieścidła francuskie - po lekturze większości z nich nie mogła spać w nocy. Obżarta takimi książkami spoglądała drugiego sierpnia na kroczących powstańców i jeden z nich, szczupły, z krzywo zrośniętym nosem po złamaniu, z mięsistymi wargami i wysokim czołem, przyciągnął jej wzrok na dłużej. On sam patrzył na nią bezwstydnie, uśmiechnął się, pomachał i zniknął zaraz w tłumie sobie podobnych.
Ich drogi życia przecięły się ponownie przypadkiem dwa lata później, kiedy podczas prywatek śpiewało się już Maki na Monte Cassino i Rozszumiały się wierzby płaczące, a z truchła zgwałconej Warszawy, spomiędzy cegieł, można było wygrzebać nie tylko zwłoki, ale też złote ruble, szkocką wełnę czy nawet befsztyk z polędwicy. Ona pracowała wtedy jako kelnerka w restauracji powstałej w podziemiach Hotelu Europejskiego, a w soboty można ją było zobaczyć na dansingu Kongo; on zarabiał na cudzoziemcach, którzy napływali do Polski, by zakładać filie linii lotniczych, przeprowadzać akcje dobroczynne albo wywozić za granicę materiały dziennikarskie.
Wiele nie mówili. Po wymianie spojrzeń i uśmiechów padli sobie w ramiona i nic by w tym wielkiego nie było - w ramiona wpadano sobie wtedy przy byle okazji - gdyby nie jego dłonie na jej twarzy i jego usta przyciskające się do jej ust. Z tej ulicy, na której zetknęły się ich życiorysy, mogli iść choćby do kawiarni Kruszynka albo do literackiego Kopciuszka. Poszli tam, gdzie chodziła większość - w ruiny.
W całym czterdziestym szóstym osłonecznione ułamki ścian i kikuty żelaznych belek konstrukcyjnych świadkowały miłosnym schadzkom tak samo często jak łóżka, a zwisające z murów marynarki łopotały na znak triumfu pożądania nad okupantem.
Zerwała z niego jedwabną koszulę z monogramem i rozłożyła na fragmencie muru przypominającym nagrobek. W podnieceniu on powtarzał coraz szybciej kłamliwe "Kocham! Kocham!", ona mówiła mu do ucha rzeczy, których się przez następne lata wstydziła.
Palili potem jego philipy morrisy, które pokazał jej z dumą, i prosto z butelki pili jego czarnorynkowy koniak - kieliszek tego cuda kosztował równowartość tygodniowej dyrektorskiej pensji - który pokazał jej z dumą jeszcze większą.
Ona mówiła niewiele, on czuł się w obowiązku mówić bez przerwy: o cudzoziemcach, o planach na przyszłość, o rodzicach i o młodszym bracie.
- On jest wariat, trzeba mu pomagać. Jednego dnia potrafiłby wiedzą zawstydzać naukowców, a innego podchodzi na ulicy do obcej kobiety i mówi jej takie rzeczy, że ucho więdnie...
Kiwała w milczeniu głową, wyciągając z paczki kolejnego philipa morrisa.
- Kaziu, nasz drogi Kaziu... Uwierzysz, że on żyje z kulą w głowie?
I zaraz serce jak werbel, a potem bezwstydnie chciwe pytania: jak wygląda, co robi, gdzie mieszka i czy pracuje, a jeśli tak, to gdzie. Wydobyła z Mikołaja wszystko, co mogła, po czym padli ponownie na jego koszulę, ale to już nie było to samo.
Chwyciła się jego mocnych, żylastych ramion opartych o nadpaloną belkę i patrząc w niebo, na chmury i ptaki płynące po błękicie, starała się nie patrzyć mu w twarz. Z szyi Mikołaja Człapki, kołysząc się rytmicznie nad jej głową, zwisał złoty łańcuszek z krzyżykiem. Próbował podarować go jej na odchodne, ale Izabela prezentu nie przyjęła. Krzyżyk był maleńki, raczej brzydki...
...a na jednym z ramion matowy. Ignacy przejechał po nim dłonią, wsłuchując się w nocną ciszę; nie spał już od prawie półgodziny.
Stres zaciskał mu się na brzuchu, a z ciemności powoli wyłaniały się kolejne kształty: szafka przyczajona pod oknem, złowieszcze wieże z książek i stół jak gigantyczny pająk. Zastanawiał się, czy walka między chęcią pozostania w łóżku na zawsze a poczuciem obowiązku, by jednak zacząć jakoś dzień, zakończy się kiedykolwiek odmiennym niż zwykle wynikiem. Tym razem znowu zaskrzypiało łóżko, znowu bose stopy zaklaskały o panele, znowu ręce zacisnęły się na parapecie, a oczy upewniły się, że za oknem nic się nie zmieniło. Znowu jak duch między kuchnią a pokojem, znowu bulgot wody uwięzionej w nowoczesnej obudowie, znowu nieprzyjemny dotyk spodni na udach siłą wyrwanych spod kołdry, znowu kawa, zasuwka, balkon, płomyk nad stalowym krzesiwem zapalniczki.
Latarnie wyginały się w dół, żółte kule światła ciążyły ku chodnikom, pojedyncze samochody cicho przemykały obok innych, śpiących na miejscach parkingowych, chodnikiem przebiegł kot, tuż obok wiatr kartkował darmową gazetę. Większość ludzi pogrążona była we śnie, ich ciepłe ciała wtulały się w poduszki i w inne ciepłe ciała, ich oddechy ulatywały w ciemność, a budziki cierpliwie oczekiwały poranka. Tylko sny szalały, kolorowe, szybkie i nielogiczne. Ignacy nigdy nie pamiętał własnych.
Umył zęby i osuszył pędzle szmatką. Zaschnięta jak zawsze zakrętka lnianego oleju nie chciała puścić, ścisnął mocniej - puściła; opięty płótnem blejtram stuknął o blat stołu, a farby jak glisty wypełzły z tubek na drewnianą paletę. Łyk kawy.
Stanął u stóp pokracznego drzewa, wieszając na nim liście i ptaki. Kolejne gałęzie wyginał ku dołowi, wczepiając je w ziemię i obwiązując długimi paluchami trawy. Pies, słońce, klatka dla królików i opałowe drewno. Pomiędzy gałęziami karłowatego drzewa miejsce na dom, ale na razie pusta faktura białego, zagruntowanego płótna. Dom wymyśli Ada.
Po dwóch godzinach, kiedy miasto za oknem zaczynało rozjaśniać się i brzęczeć, odłożył pędzle, zdjął ze stołu obraz i obrzucił wzrokiem te, które wisiały na ścianach. Większość przedstawiała to samo: dwoje ludzi pomiędzy ściągniętymi ku ziemi gałęziami drzewa, wielki kudłaty pies, króliki i trawa. Widok z góry, z boku i z perspektywy żabiej. Niebem pływały ławice ryb i czarne kalmary, w oddali pioruny wyrastały z ziemi jak płonące krzewy, a przy brzegach obrazów, jakby zza kadru, przyglądały się temu wszystkiemu płaskie twarze bez oczu, fikusy i kolorowe kruki, obwisłe pozszywane gęby, bezzębni starcy i twarze odwrócone brodami ku górze - odwrotniaki.
Jeszcze tylko chwila na łóżku, by smakować ulgę, jeszcze ostatnie łyki zimnej kawy i zęby sklejone przez moment połową tabliczki wygrzebanej spomiędzy papierów czekolady, jeszcze papieros na balkonie i ostatnia walka, by odeprzeć pokusę powrotu pod kołdrę.
Codziennie od ósmej do szesnastej na trzecim piętrze sześciokondygnacyjnego budynku przy ulicy Bukowskiej, na biurowym krześle Perfect profil GTP, za biurkiem Ogi Office, przed monitorem Fujitsu, z rękoma na klawiaturze HP i myszce tej samej marki, z telefonem Cisco po prawej, a trzema przezroczystymi kuwetami po lewej stronie, obracał się wśród innych trybików jednej z korporacyjnych machin. Po odejściu z poprzedniej pracy, z ukończonym kulturoznawstwem i coraz gorszym mniemaniem o świecie, nie wiedział, jaką zawodową drogę obrać; zanim zdążył zdecydować, ojciec porozmawiał ze znajomym, dyrektorem biura, który obiecał zająć się Ignacym, przeprowadził z nim rozmowę i wbił do głowy dwie wzniosłe biznesowe maksymy plus jeden cytat z Piłsudskiego.
Droga do pracy zajmowała Ignacemu trzydzieści minut, niezależnie od wykorzystywanego środka lokomocji, zwykle więc spacerował. W okolicach parku Wilsona wypowiadał na głos słowo "czekolada" i starał się wymawiać je jak najdłużej, co poprawiało mu nastrój i przez kolejnych kilkanaście minut myślał o rzeczach przyjemnych. W spożywczym niedaleko pracy kupował drożdżówkę z budyniem, a jeśli nie było, z kruszonką.
Siedział przy biurku tyłem do okna, wypijał w biurze trzy kawy: o ósmej trzydzieści, o jedenastej i o piętnastej, a na parkingu przed budynkiem wypalał trzy papierosy, jednego po każdej kawie.
Codziennie czytywał w pracy efemerydy i odwiedzał stronę, na której użytkownicy opisywali swoje sny, wchodził na blog chłopca geniusza, który mnożył w pamięci matryce i sześciocyfrowe liczby, a potem na blog mężczyzny tarzającego się publicznie we wspomnieniach próby samobójczej. Przeglądał też zwykle witryny z horoskopami, wpisy na dwóch forach astronomicznych i strony poświęcone współczesnemu polskiemu malarstwu.
Około dwunastej wyczekiwał chwili, kiedy w małej kuchni nie było żadnego ze współpracowników, po czym pospiesznie zjadał w niej drożdżówkę. O szesnastej czuł się zwykle jak torba wypełniona zaschniętym cementem i przywracał się do życia myślą o ciepłej pościeli.
Tego dnia czas upływał szybciej: kiedy nie patrzył w róg monitora, minuty znikały i przeskakiwały się nawzajem, a słońce za oknem wydawało się oszukiwać. Plany na wieczór, scenariusze, które opracowywał w ujęciach tabelarycznych, możliwe dialogi, zagadnięcia, odpowiedzi, słowne natarcia i odwroty; powtarzał je w głowie, powtarzał, powtarzał, powtarzał.
Kiedy wracał do domu, chodnik sam uciekał mu spod butów, a mijani ludzie byli ciągiem połączonych kończyn i szarych głów, nie istnieli. Usiadł na ławce, w usta wetknął papierosa i patrzył na kiwające się wolno korony drzew zawieszone nad alejkami parku. Raz jeszcze uważnie przestudiował wydrukowaną mapę, na której długopisem zaznaczony był budynek przy ulicy Dożynkowej, starannie podpisany jako Dewizka.
Z realizacją planu na wieczór wiązało się spore ryzyko wygłupienia się i bezpowrotnej utraty szansy na spotkanie z Adą, ale była to jednocześnie jedyna okazja, jaka dotąd mu się przytrafiła. Brunona przecież nie poprosi.
Nie bez trudu zebrał się w sobie i ruszył w stronę domu. Szum miasta oddalił się, tylko auta przemykały obok, jedno, drugie, trzecie, i tylko cienie ludzi mijały go z różnych stron, jeden, piąty, dziesiąty, i tylko zamazane witryny zapraszały go do kolejnych małych sklepów spożywczych, do pierwszego, drugiego, trzeciego - do czwartego wszedł i kupił dwa lechy mocne.
Zjadł pół mlecznej czekolady, wziął prysznic i przebrał się w czystą koszulkę. Leżąc na łóżku z komiksem w dłoni, wypił dwa piwa i poczuł, że zdenerwowanie powoli zaczyna z niego uchodzić. Powtórzył w myślach plan i wyszedł z mieszkania.
Fragles mieszkał w akademiku Dewizka i szczodrze dzielił się swoim życiem prywatnym na Twitterze, Facebooku, Google+ i Foursquare. Przyjaźnił się z Adą. W internecie można było zapoznać się z jego planami na najbliższe kilka dni: czwartkowy wieczór to wyjście do Muchos Patatos; piątek to próba przygotowania się do kolokwium z prawa publicznego międzynarodowego, a sobota - impreza w Dewizce.
Dzięki znajomości planu zajęć grupy szesnastej studiów dziennych na wydziale prawa (postępowanie karne, ćwiczenia, piątek, 7:30), Ignacy wiedział, że w Muchos Patatos Ady raczej nie będzie, za to z rozmowy, którą podsłuchał przed uczelnią, wnioskował, że w sobotę powinna pojawić się w akademiku.
W tramwaju nie było wolnych miejsc siedzących, a uchwyt, którego się przytrzymał, okazał się opluty. Wysiadł przy placu Wielkopolskim i ze zwieszoną głową ruszył w stronę klubu.
Po kolejnym piwie poczuł się nieco lepiej. Coraz mniej zależało mu na powodzeniu. Zamówił pięćdziesiątkę wódki i jeszcze jednego żywca w butelce.
Fragles pojawił się pół godziny później w towarzystwie dwóch chłopaków i gdyby nie kolczyk w nosie, Ignacy nie skojarzyłby go ze zdjęciem z portalu. Usiedli przy barze.
Fale ludzi przepływały w tę i z powrotem, drzwi toalety trzaskały regularnie, z głośników wylewała się muzyka latino, a ochroniarze siedzący przy drzwiach na barowych krzesłach wyglądali jak śmiertelnie znudzone żelowe figurki.
W końcu chuda sylwetka Fraglesa ruszyła w kierunku drzwi. Ignacy upił duży łyk piwa, po czym odstawił je i śladami chłopaka udał się na zewnątrz, gdzie dwie osoby raczyły się tytoniowym dymem, a trzecia, przyklejona plecami do ściany, odsuwała właśnie zapalniczkę od czerwonego żądła papierosa; tą trzecią osobą był Fragles. Obejmując ustami biały filtr davidoffa, Ignacy przetrząsał kieszenie.
- Przepraszam, masz ognia? - zapytał po chwili.
Chłopak bez słowa wyciągnął zapalniczkę i przysunął ją w stronę twarzy Ignacego, który lewą ręką osłaniał płomyk, a prawą przytrzymywał w ustach papierosa. Starał się, żeby drżenie palców wyglądało jak najbardziej naturalnie.
Z tego, co później mówił, wynikało, że nie zapamiętał niczego. Przygotowany scenariusz zrealizował się sam, w niekontrolowany sposób, więc niby to noc spędzona na oglądaniu serialu, dalej niby konkrety, niby obojętność, faza rozmowy o niczym, potem niby powrót do wspólnego hobby, a chwilę później finał - zaproszenie na piwo.
Usiedli w czwórkę, każdy zaopatrzony w żywca i pięćdziesiątkę gorzkiej żołądkowej. Ignacy pił i słuchał opowieści o dziewczynach, zdobytych i tych, które dopiero zostaną zdobyte, o samochodach, o uczelni, o wrednych profesorach, jednym gorszym od drugiego, ale przede wszystkim o przeżytych imprezach, wypitych oceanach alkoholu i kilometrach sześciennych wciągniętego w płuca marihuanowego dymu, śmiał się z żartów i z udawaną obojętnością opowiadał przygotowane wcześniej anegdoty. Zaproszenie na imprezę do akademika padło dopiero po kilku godzinach, kiedy przy stoliku siedziały już dodatkowe cztery osoby, a Ignacy ledwie trzymał się na krześle.
Półtorej godziny później przyjemny chłód owiewał mu stopy. Wystawił na balkon taboret, nogi oparł o barierkę i jadł mleczną czekoladę, wsłuchując się w ciche brzęczenie zawieszonego nieopodal neonu.
Czy nadal nosi włosy spięte w kucyk, czy może rozpuściła je albo w ogóle zmieniła fryzurę i skrywa teraz czoło pod grzywką? Czy zmieniła kolor? Nie przypuszczał. Miała wąskie usta i jasną karnację. Prawie się nie malowała. Delikatnie podkreślała tylko oczy.
Ciekawe, czy zmieniła się od tamtego poranka. Schudła? Przytyła?
Ada była raczej niska i miała kobiece kształty. Piersi ani duże, ani małe, szerokie biodra, na obecnie obowiązujący kanon kobiecego ciała zdecydowanie zbyt szerokie.
Zdarzały się chwile, kiedy wściekał się na siebie, że w ogóle dał się porwać takiemu uczuciu - kiedyś obiecywał sobie, że nigdy się nie zakocha. Nie mógł jednak nic poradzić, więc najpierw próbował temu ulżyć. Obserwował ją, robił zdjęcia i skrupulatnie przeczesywał społecznościowe portale i strony uczelni w poszukiwaniu informacji na jej temat. Na komputerze utworzył folder z ukrytym atrybutem i umieszczał w nim wszystko, co dotyczyło Ady. Miał w nim już sto osiemdziesiąt dwa różnego rodzaju pliki. Kiedy zrozumiał, że na ulgę liczyć nie może, najwyżej na szaleństwo, zaczął obmyślać plany.
Po zjedzeniu czekolady jak zwykle czuł się jak cukier rozpuszczany w herbacie: miał ochotę otulić się czymś ciepłym i leżeć tak, ale nie zasypiać. Przyniósł kołdrę na balkon, owinął nią nogi - nic, tylko wsadzić w usta termometr, zapalić marię mancini i czytać do rana Czarodziejską górę. Może więc wcale nie był chory na Adę? Może to wszystko tylko mu się wydawało? Może sam wykreował w sobie potrzebę zakochania się, potrzebę fascynacji kimkolwiek?
Co, gdyby tamtego dnia podeszła do ławki jakaś inna dziewczyna?
Spojrzał na zegarek i uświadomił sobie, że zostały mu góra dwie godziny snu. Położył na balkonie koc, nastawił budzik i nakrył się kołdrą. Zaraz też w zatoczce zatrzymał się autobus i westchnął sennie, przerywając na moment swą całonocną podróż.
Sen trwał dosłownie chwilę.
I piątek.
Ludzie na ogół kochają piątki; wydaje im się, że kolejny zwiastuje najwspanialszy weekend w ich życiu. Ignacy piątków nienawidził.
Dni powszednie, schwytane w imadło rutyny, dawały mu poczucie bezpieczeństwa i pewność, że nic go nie zaskoczy. Poranne malowanie, praca, kawa i papierosy, drożdżówka, szybki obiad w drodze do domu, a potem już tylko książki, filmy, komiksy. Swoją przyszłość widział właśnie tak: kolejne dni jak z kserokopiarki, poranki i wieczory zlepione tak, by nie można ich było potem rozróżnić.
Piątek z reguły stanowił niewiadomą. Mogły być imprezy w mieszkaniu na górze albo, rzadziej, na dole, schadzki urządzane przez Brunona i jego prośby o podwózkę na rynek, telefony od rodziców, od czasu do czasu firmowe pikniki; zdarzyły się też dwa wyjścia z ludźmi z firmy do kina.
W pracy ledwo wysiedział, na zmianę śpiący i targany emocjami. Kiedy wreszcie dotarł do domu, zagrzebał się pod kołdrą i przespał dwie godziny. Potem wziął prysznic i poczuł się potwornie. Snuł się po mieszkaniu z kubkiem kakao, próbował czytać, oglądać i palił jednego za drugim. Brunon najwyraźniej spał.
Współlokator Ignacego miał dwadzieścia sześć lat i prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Kilka razy w tygodniu jeździł na siłownię, w szafkach pod zlewem trzymał pękate wiaderka białkowych i kreatynowych suplementów diety, a ubiór uważnie dobierał w taki sposób, aby jak najbardziej podkreślał wypracowywaną latami sylwetkę. Nosił kilkudniowy zarost i fryzurę, którą niektórzy nazywali warszawską, z krótkimi bokami i starannie wymodelowanym nieładem. Twarz miał surową, szczękę szeroką, a na policzkach ślady po trądziku. Spomiędzy oczu zwisał wielki, garbaty nos.
Pochodził z Mosiny, nie miał rodzeństwa, jego ojciec pracował w firmie ochroniarskiej, a matka, była przedszkolanka, większość czasu spędzała w klinikach i szpitalach; rak piersi.
Ignacy nie lubił miewać teorii na temat ludzi, których znał, co oczywiście wcale nie znaczyło, by ich na temat wszystkich nie miał. Także rodziców Brunona - uważał, że cierpieli na kompleksy związane z pochodzeniem, wykształceniem i wykonywanym zawodem, usiłowali więc różnymi metodami podnosić swój społeczny status. Sposobów na to jest mnóstwo, chwytali się więc rozmaitych; wśród nich było także pchanie syna pod górę. Studia na dobrej uczelni, modny samochód i kupione u dewelopera mieszkanie, które do odbioru miało być co prawda za ponad rok, ale o którym mówić można było znajomym już od dawna, nowoczesny telefon, dobre kosmetyki, drogie ciuchy, nowy laptop co pół roku i kieszonkowe, od którego niejednemu studentowi zakręciłoby się w głowie.
Ignacy usiadł przy stole, zwiesił głowę nad kartką papieru i po raz kolejny spisał wszystkie gesty i słowa, których zamierzał jutro użyć.
Utrwalał je, przegrupowywał i rozpościerał na kolejnych kartkach w drzewiaste algorytmy, różne dla odmiennych scenariuszy spotkania. A jeśli nie przyjdzie? Istniało takie ryzyko i należało się z nim liczyć. Ignacy był pewien, że znajdując się już na imprezie, będzie marzył o tym, aby Ada się tam nie zjawiła.
Ile jeszcze razy odtworzy w głowie dzień, w którym ją poznał?
Była wtedy niedziela, ósma rano, Ignacy czuł jeszcze na skórze ciepło po wziętym prysznicu; włączył komputer i wślizgnął się pod kołdrę, wyposażony w bezprzewodowe słuchawki i kubek gorącej czekolady.
Zadzwonił Brunon. Że ma nadzieję, że nie obudził, że wielka prośba, że impreza, utknął, tutaj psy nie mają już czym szczekać, więc, jak już wspomniał, wielka prośba, strasznie daleko, pół dnia autobusem, kluczyki i dokumenty w przedpokoju - podjechałby?
Wsiadając do auta Brunona, Ignacy rozmyślał o własnej asertywności, nadającej się jedynie do spuszczenia w toalecie. Piętnaście minut jazdy, papieros jeden, drugi, trzeci, potem telefon, "zaraz będę!", może jeszcze dzień się uda uratować. Słońce dźwigało się powoli nad dachy wieżowców, było ciepło, sucho i niedzielnie, nic, tylko leżeć w łóżku i wychodzić czasami na balkon. Wyciągnął się na ławce, w myślach powtarzał "czekolada". Niech już schodzi, niech schodzi.
- Chyba pierwszy raz widzę odwrotniaka.
Otworzył oczy. Dziewczyna. Uśmiechała się, a przez jej jasne włosy przeświecało słońce.
- Proszę? - zapytał, nie podnosząc się z ławki.
Odwrócona twarz dziewczyny przechyliła się na bok.
- Odwrotniak. Jak patrzysz na czyjąś twarz do góry nogami, to w pewnym momencie widzisz ją odwróconą, nos jest powyżej oczu, na czole są usta, ale widzisz tę twarz, tyle że straszną. To ty przyjechałeś po Brunona?
Podniósł się, wstał z ławki i chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył.
- Ledwo was spuścić z oczu! - Zza dziewczyny wyłonił się Brunon z butelką pepsi w ręku. - Zaraz na ławeczkę!
Ignacy wyciągnął dłoń w stronę blondynki. Zanim się przedstawił, jej ciemnowłosa koleżanka, ostrzyżona na zapałkę i naszpikowana kolczykami, pociągnęła ją za bluzkę, wskazując nadjeżdżający samochód.
- No to my idziemy.
- Do zobaczenia - powiedział Brunon, wciskając butelkę w wyciągniętą rękę współlokatora.
Z tego, co działo się później, Ignacy pamiętał jedynie strzępy: samochód gasnący przed skrzyżowaniami, opowieść Brunona o tym, jak zaliczył kogoś na imprezie, oślepiająco jasne słońce wpadające przez przednią szybę i jeden wielki sztorm w głowie.
Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia.
Ale trzeba będzie wstać. To dzisiaj.
Mijając bezszelestnie, piątek zamienił się w sobotę.
Ukryte w koronach drzew ptaki koncertowały od samego rana, a słońce, które wyskoczyło znad horyzontu, wydawało się większe niż zwykle. Ignacy leżał na łóżku i czuł, jak w miejscu żołądka obraca się w nim powoli kula kolczastego drutu.
Mijały kolejne godziny, wskazówka zegara zjadała pogodną sobotę, a on leżał, przywalony stresem, utrwalając w myślach opracowane scenariusze.
Wychodził z domu trzy razy, za czwartym udało mu się nie zawrócić.
Ulica Głogowska szczerzyła się nowym lśniącym torowiskiem, a ściśnięte kamienice po obydwu jej stronach rywalizowały o miano najbrzydszej.
Ignacy palił bez przerwy, wciskając jednocześnie drugą dłoń głęboko w kieszeń dżinsów, i niecierpliwie rozglądał się dookoła: mijani ludzie byli wyraźni do przesady, ich twarze wyostrzone, a miny twarde, jakby ulepione z gipsu.
Kolejne krople potu spływały po zgarbionych plecach, wsiąkając w koszulkę i spodnie, wskazujące palce orały twardą skórę wokół paznokci kciuków, a żołądek stał w ogniu.
W ciągu dwóch kwadransów spędzonych na ławce w cytadeli Ignacy próbował wyobrażać sobie siebie w najgorszych możliwych sytuacjach - rak jelita grubego, wydalanie przez usta, utrata wszystkich kończyn, upublicznienie treści pisanych na komputerze listów, popadnięcie w astronomicznie wielkie długi - a potem porównywać je z obecną, aby uwypuklić jej błahość. Niewiele to jednak dawało i perspektywa uczestnictwa w nadchodzącej imprezie w akademiku wydawała się najgorszą rzeczą, jaka może się człowiekowi przydarzyć.
Szedł więc dalej, wlókł się przez zadbany park, na przejściach dla pieszych rozbudzał samochodowe klaksony, patrzył na swoje stopy i szedł jeszcze wolniej, mijał ludzi niewyraźnych niczym wykonane na wysłużonym biurowym kombajnie kopie samych siebie i budynki wyglądające jak tekturowe makiety scenografii filmu o zbyt niskim budżecie.
Kiedy dotarł do akademika, jego żołądek był już zwęgloną kulą.