Odwrotna strona złotej płyty - Andrzej Kosmala

Kup ebooka

37.90 zł
31.46 zł (26,53 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czym była muzyka w moim życiu

Była psy­chicz­nym wyrwa­niem się na nie­pod­le­głość. Zato­piony w niej, nie dostrze­ga­łem pro­ble­mów ota­cza­ją­cego mnie świata, i to na każ­dym eta­pie życia. Była powie­wem wol­no­ści w trud­nych cza­sach; mala­rze, reży­se­rzy teatralni i fil­mowi byli recen­zo­wani, ale muzyka jakby wyrwała się spod urzęd­ni­czej kon­troli. Była na swój spo­sób wolna! Jak mawiał Ryszard Pozna­kow­ski, to zor­ga­ni­zo­wane powie­trze. Oczy­wi­ście wła­dzy ludo­wej nawet tutaj było bli­żej do muzyki ludo­wej, bo prze­cież pod­kre­ślała ludyczne pocho­dze­nie swego pano­wa­nia. Sza­no­wała także muzykę poważną, bo oka­zu­jąc jej sza­cu­nek, dowar­to­ścio­wy­wała sie­bie i swoją ide­olo­gię. Nie mogłem tylko zro­zu­mieć miło­ści towa­rzy­szy do tanga. Był to taniec z towa­rzy­szącą muzyką rodem z kapi­ta­li­stycz­nych rau­tów, przed­wo­jen­nych kaba­re­tów, teatrów i fil­mów muzycz­nych. Ale chcieli też liznąć tam­tych cza­sów, bo każda wła­dza tak samo znie­pra­wia i tak samo budzi zachwyt. Bo wyra­sta z zazdro­ści do poprzed­niej.

Była to rów­nież rewo­lu­cja poko­le­niowa. I to na skalę całego świata. Oczy­wi­ście w róż­nych rejo­nach roz­gry­wała się na tle miej­sco­wych, ustro­jo­wych, poli­tycz­nych, eko­no­micz­nych, spo­łecz­nych uwa­run­ko­wań.

Rewo­lu­cja roc­kowa w Euro­pie Zachod­niej i Sta­nach Zjed­no­czo­nych była powo­do­wana innymi nastro­jami wśród mło­dzieży, powie­dział­bym nawet z dobro­bytu po odbu­do­wie rze­czy­wi­sto­ści wol­no­ryn­ko­wej w tam­tych kra­jach, niż w kra­jach tzw. socja­li­stycz­nych. Świat był podzie­lony po dru­giej woj­nie świa­to­wej nie tylko ide­olo­giczno-poli­tycz­nie, ale także kul­tu­rowo.

Na przy­kład mój wielki guru Fran­ci­szek Walicki, o któ­rym będzie jesz­cze wiele w tej książce, w liście do mnie pisał tak:

Nie witano rock'n'rolla w Pol­sce chle­bem i solą. Prze­ciw­nie... Przy­po­mi­nał groź­nego Bel­ze­buba, któ­rego trzeba było prze­pę­dzić, gdzie pieprz rośnie. Nie dotarło do decy­den­tów, że rock'n'roll to nie prze­lotna moda, że to jeden z naj­więk­szych feno­me­nów kul­tu­ro­wych dru­giej połowy XX wieku, zapis nastro­jów i ocze­ki­wań kilku nie­głu­pich poko­leń...

Napi­sano na ten temat grube tomy i nie ma potrzeby przy­po­mi­nać, że naro­dziny "moc­nego ude­rze­nia", albo sze­rzej - naro­dziny "kul­tury w stylu blue jeans" były czę­ścią pro­cesu two­rze­nia się nowych fak­tów kul­tu­ro­wych, nowych oby­cza­jów i wkra­cza­nia w taki etap roz­woju cywi­li­za­cyj­nego, w któ­rym prze­pływ wzor­ców zaczy­nał zmie­niać kie­ru­nek i prze­bie­gać nie od sta­rych do mło­dych, jak dotych­czas, a odwrot­nie: to mło­dzi zaczy­nali narzu­cać star­szemu poko­le­niu modę, styl bycia i życia. Ido­lami mojej mło­do­ści (rocz­nika lat dwu­dzie­stych) byli doj­rzali męż­czyźni i kobiety-wampy: Clark Gable, Gary Cooper, Mar­lena Die­trich, Greta Garbo... W latach pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych ido­lami nasto­lat­ków były nasto­latki. Mło­dzież świata gwał­tow­nie powstała prze­ciwko pie­czo­ło­wi­cie pie­lę­gno­wa­nym tra­dy­cjom. Poko­le­nie lat sześć­dzie­sią­tych zde­cy­do­wa­nie odmó­wiło obję­cia dzie­dzic­twa naszej pla­nety. A ser­cem rebe­lii, siłą napę­dową i źró­dłem inspi­ra­cji stała się zaraź­liwa muzyka roc­kowa. Już sam cha­rak­ter grup roc­ko­wych (np. The Rol­ling Sto­nes), wygląd tych zespo­łów i drwiące zacho­wa­nie się - nawo­ły­wały do pro­te­stu prze­ciw panu­ją­cemu porząd­kowi, a nowa muzyka uwy­dat­niała nastroje panu­jące w tam­tych latach. To ona była siłą napę­dową pro­te­stów. To rock'n'roll zjed­no­czył tamto zbun­to­wane poko­le­nie.

Więk­szość decy­den­tów, a także star­sze poko­le­nie, z nie­do­wie­rza­niem, a potem z nie­za­do­wo­le­niem i zło­ścią, obser­wo­wało najazd prysz­cza­tych, nie­do­my­tych rock­ma­nów, na widok któ­rych mdlały z zachwytu dziew­czyny, a tysiące mło­dych ludzi wpa­dało w histe­rię.

Do Pol­ski nowa muzyka dotarła z kil­ku­let­nim opóź­nie­niem - ale dotarła! W roku 1959 prze­ko­na­łem się, że i w Pol­sce świat ludzi doro­słych i świat ludzi mło­dych zaczy­nają nie paso­wać do sie­bie. Lata sześć­dzie­siąte i sie­dem­dzie­siąte pogłę­biły ten pro­ces. Naj­pierw zasko­czyła mnie popu­lar­ność nowej muzyki. Już pierw­sze kon­certy pre­kur­so­rów rock'n'rolla w Pol­sce - zespołu Rhy­thm & Blues - wywo­łały reak­cje, które powinny były zain­te­re­so­wać socjo­lo­gów. Rock'n'roll two­rzył wokół sie­bie cha­rak­te­ry­styczną otoczkę - wła­sne obrzędy, oby­czaje i modę, ozna­cza­jącą przy­na­leż­ność do okre­ślo­nego poko­le­nia. Obok idoli, peł­nią­cych rolę kapła­nów nowej gene­ra­cji, ujaw­niły się tłumy wier­nych, zafa­scy­no­wane już nie tylko muzyką, ale udzia­łem w czymś, co nie było jesz­cze jasne i wyraźne, ale co zapo­wia­dało odkry­wa­nie nowych hory­zon­tów.

Muzyka rozrywkowa czy poważna?

Muzykę uwa­żam za jedną z mistycz­nych dzie­dzin sztuki. A sztuce ni­gdy nie słu­żyło kate­go­ry­zo­wa­nie. Teatr dra­ma­tyczny czy kome­diowy, a muzyka poważna czy roz­ryw­kowa? Może ta tęsk­nota ludzi do jakie­goś porząd­ko­wa­nia, nazy­wa­nia, usta­wia­nia w sze­regu - nie ma sensu. Sztuka jest dobra albo zła, praw­dziwa albo fał­szywa.

Ale muzyka poważna i roz­ryw­kowa? Może to i mia­łoby sens, gdyby jed­no­cze­śnie nie było próbą war­to­ścio­wa­nia.

Muzyka roz­ryw­kowa to nie jest tylko zaspo­ko­je­nie naszych pod­sta­wo­wych potrzeb na melo­dyjne dźwięki. To jest i było odbi­cie naszych zacho­wań i pra­gnień. Tę muzykę opi­sał­bym jako ilu­stru­jącą nasze życie, będącą odbi­ciem prze­żyć, ale też i tęsk­not zmie­rza­ją­cych ku przy­szło­ści. Muzyka zamy­ka­jąca pewną epokę i wyzna­cza­jąca czas i przy­szłość.

Pycha ludzi od tzw. wiel­kiej sztuki zawsze mnie iry­to­wała. Naj­le­piej ujął to Siara w Kil­le­rze: "Myślisz, że taki Sza­kal to nie ma co robić?! On ma zamó­wień do 2008 roku, jak Pen­de­recki, jego trzeba nad­pła­cić, prze­pła­cić, prze­bić".

Uwa­żam, że w tzw. muzyce poważ­nej współ­cze­snej jest o wiele wię­cej braku uczci­wo­ści niż w muzyce roz­ryw­ko­wej, oczy­wi­ście wyłą­cza­jąc po tej stro­nie wszyst­kie wyna­tu­rze­nia typu disco polo. Ale to coś na wzór muzycz­nej kako­fo­nii War­szaw­skiej Jesieni.

I jesz­cze bar­dziej to było widoczne w muzyce roz­ryw­ko­wej, która nie miała prawa rów­nać się z cha­ry­zma­tem muzyki poważ­nej.

Gdy­bym został fanem muzyki poważ­nej (kla­sycz­nej) czy opery, zanu­dził­bym się na śmierć. Choć nie wszy­scy tak uwa­żali.

Mia­łem moż­li­wość zaob­ser­wo­wa­nia tego dzięki zaprzy­jaź­nio­nej rodzi­nie dok­tora Żuraw­skiego z Anto­ninka pod Pozna­niem, który zawsze jak był z wizytą w nie­dzielę u wuja Kazia w Swa­rzę­dzu czy też u rodziny lub zna­jo­mych, grzecz­nie prze­pra­szał i wycho­dził do pokoju obok, w któ­rym było radio. Wszy­scy wie­dzieli, że jeżeli przy­cho­dzi w nie­dzielę dok­tor Żuraw­ski, to o godzi­nie 17.20 trzeba umoż­li­wić mu spo­kojne wysłu­cha­nie kon­certu szo­pe­now­skiego w pro­gra­mie pierw­szym Pol­skiego Radia. I to pośród szumu fal śred­nich, a nie jakie­goś tam UKF. Co by się nie działo, o godzi­nie 17.20 w pro­gra­mie pierw­szym Pol­skiego Radia (cho­dzi o tamte nie­wolne czasy) dok­tor Żuraw­ski musiał wysłu­chać kon­certu cho­pi­now­skiego.

Mój wujek Kaziu śmiał się z tego: "Prze­cież grają wciąż to samo". Cho­pin wiel­kim był kom­po­zy­to­rem, ale nie stwo­rzył aż tylu dzieł, by zaspo­koić ocze­ki­wa­nia dok­tora Żuraw­skiego. A on mówił z prze­ką­sem: "Grają niby to samo, ale ina­czej. Każdy ina­czej inter­pre­tuje te dzieła". Nawet kom­pu­te­rowy ana­li­zer nie byłby dziś w sta­nie wyła­pać róż­nic, a co dopiero przy­głusi recen­zenci?

Po latach zro­zu­mia­łem, że w tym sza­leń­stwie jest metoda. Trzeba było widzieć twarz i ruch pal­ców dok­tora Żuraw­skiego, kiedy naśla­do­wał ruch pal­ców u rąk pia­ni­sty w powie­trzu, choć nawet nie wiem, czy sam grał na for­te­pia­nie.

Ten rytuał słu­cha­nia Cho­pina w radiu, o tej samej porze w każdą nie­dzielę to było kathar­sis dla jego duszy. Być może dla­tego był tak spo­koj­nym czło­wie­kiem, nawet w trud­nych chwi­lach. Wspa­nia­łym czło­wie­kiem, bo tylko tacy pozo­stają w naszej pamięci. I potwier­dze­niem, że muzyka łago­dzi oby­czaje.

Prolog

To nie jest typowa auto­bio­gra­fia. Jako czło­wiek, który mocno uczest­ni­czył w życiu tego kraju, i przede wszyst­kim miał oka­zję poznać i współ­pra­co­wać z oso­bami o gło­śnych nazwi­skach, spró­buję poka­zać atmos­ferę dru­giej połowy dwu­dzie­stego wieku i przy­po­mnieć ludzi z sze­ro­kiego kręgu spo­łecz­nego, dzia­ła­ją­cych w róż­nych dzie­dzi­nach. Nie mam tak wyso­kiego poczu­cia wła­snej war­to­ści, by pisać o sobie książkę. Zawsze uwa­ża­łem się za czło­wieka dru­giego planu, który jed­nak nie tyle ukry­wał się za tymi z pierw­szego, ile był ich pod­porą, doradcą czy nawet ster­ni­kiem na morzu codzien­no­ści, ale przede wszyst­kim bacz­nym obser­wa­to­rem.

Chcę przy­po­mnieć prze­szłe wyda­rze­nia ludziom mojego, czy też zbli­żo­nego do mojego, poko­le­nia, by wywo­łać u nich łezkę wzru­sze­nia, bo jakby nie oce­niać tam­tych cza­sów, byli­śmy mło­dzi. Ale chciał­bym tra­fić z moimi wspo­mnie­niami do współ­cze­snego mło­dego poko­le­nia. Z zawodu jestem magi­strem histo­rii i mogę Wam auto­ry­ta­tyw­nie powie­dzieć, że pod­ręcz­niki histo­rii są nudne i służą głów­nie edu­ka­cji szkol­nej.

Praw­dzi­wej histo­rii należy się uczyć na wspo­mnie­niach ludzi, któ­rzy ją two­rzyli i na sta­rość chcą je utrwa­lić w postaci książki, filmu, audy­cji. A nawet z gawędy, jak u sta­rego bacy. Czę­sto jest to zestaw aneg­dot, dyk­te­ry­jek i roz­mów nie­ko­niecz­nie uło­żo­nych chro­no­lo­gicz­nie, ale wcią­ga­ją­cych odbiorcę w atmos­ferę tam­tych cza­sów. I taki zamysł mi towa­rzy­szy, kiedy sia­dam do pisa­nia tych wspo­mnień.

W tej książce odwo­łuję się głów­nie do mojej pamięci, mimo że sie­dem­dzie­się­cio­sied­mio­let­niej, to jed­nak nie­źle funk­cjo­nu­ją­cej, ale mam też bogate autor­skie archi­wum sprzed kilku, a nawet kil­ku­dzie­się­ciu lat. Posta­no­wi­łem w kilku wypad­kach zacy­to­wać tamte tek­sty, bo już traf­niej tam­tych lat nie potra­fię opi­sać, ale co naj­waż­niej­sze, w wielu przy­pad­kach nie stra­ciły one na aktu­al­no­ści i przede wszyst­kim oddają atmos­ferę tam­tych cza­sów, bo fakty można na upar­tego odtwo­rzyć, można je nawet, jak to się czę­sto zda­rza, współ­cze­śnie kre­ować. Odda­nie jed­nak tam­tej atmos­fery jest trudne, bo jej cechą jest ulot­ność.

Długo zasta­na­wia­łem się, czy w ogóle napi­sać tę książkę. Mia­łem bar­dzo cie­kawe życie w bar­dzo cie­ka­wych cza­sach i w bar­dzo cie­ka­wym oto­cze­niu. I do tego w eks­cy­tu­ją­cej muzycz­nej branży, do któ­rej tra­fi­łem, bo chcia­łem być w nie­wol­nym świe­cie wol­nym czło­wie­kiem. Każdy wtedy szu­kał swego kawałka pod­łogi, choć byli tacy, któ­rzy woleli pałace. To były czasy, kiedy star­to­wa­łem w doro­słe życie, kiedy moje pań­stwo i mój naród były znie­wo­lone. Ale były poletka, które ówcze­sna wła­dza uznała za nie­istotne, które dawały oka­zję do uda­wa­nia wol­no­ści, jak mówili niektó­rzy, były wen­ty­lem bez­pie­czeń­stwa.

Poza tym, czy pisząc te wspo­mnie­nia jako czło­wiek w sumie dru­giego planu, o nazwi­sku nie­istot­nym, czy mam prawo do ujaw­nia­nia tylu zaku­li­so­wych tajem­nic, które mogą oba­lać wiele mitów, a może nawet w oczach co nie­któ­rych sta­no­wić dowód mało­ści czy wręcz zała­twia­nia oso­bi­stych żalów. Wcho­dzić nawet na drogę spo­rów praw­nych. Do tego wiele osób nie żyje i nie może pole­mi­zo­wać, przed­sta­wić swo­jej wer­sji zda­rzeń. Czy to uczciwe?

Mecha­ni­zmy zda­rzeń są czę­sto cie­kaw­sze od ich boha­te­rów. Tym bar­dziej że poda­wa­nie ich nazwisk naru­sza ich prawa do wize­runku.

Dla­tego pozwo­li­cie, że w nie­któ­rych przy­pad­kach, by nie budzić ostra­cy­zmu towa­rzy­skiego w sto­sunku do tych ludzi, nie podam ich per­so­na­liów. Będą też pseu­do­nimy, czę­sto zmy­ślone. Domy­sły pozo­sta­wiam inte­li­gen­cji czy­tel­ni­ków.

W ten spo­sób, znany nie od dziś, chcę pozbyć się roz­te­rek i nie chcę krzyw­dzić ludzi, czę­sto moich, przy­naj­mniej dotych­czas, przy­ja­ciół.

Nie chcę też scho­dzić do poziomu pom­po­ni­ków i bul­wa­ró­wek.

Kiedy zda­rze­nie prze­ma­wia swoją siłą, uwa­żam, że nie potrzeba poda­wać nazwisk "boha­te­rów" tych kre­acji. Były czasy, że nazwi­ska naj­więk­szych ban­dy­tów w gaze­tach poda­wano pod ini­cja­łami.

Tak zresztą naka­zuje prawo i dobry oby­czaj. Ale kto dzi­siaj przej­muje się pra­wem, kiedy prze­ciętna sprawa o naru­sze­nie dóbr oso­bi­stych trwa cztery lata, a dobry oby­czaj mają wszy­scy w dupie. Jak pisał przed laty Mły­nar­ski: "Byle na chama, byle głu­pio!".

Moje wąt­pli­wo­ści roz­wiały w końcu liczne książki o gwiaz­dach, napi­sane przez ludzi, któ­rzy ich nie znali. Dostaję skrętu kiszek, kiedy czy­tam opi­nie o zna­nych mi gwiaz­dach wyra­żane przez osoby, które swoim boha­te­rom nie miały szczę­ścia podać nawet ręki. Ba, przejść koło nich.

Do tego jako histo­ryk z wykształ­ce­nia, dzien­ni­karz i ani­ma­tor muzyki z zawodu, poczu­łem ogromną potrzebę zosta­wie­nia auten­tycz­nego śladu doświad­czeń i prze­my­śleń z cza­sów mojej pracy w bran­żach, które budziły i budzą tyle emo­cji. I do tego pracy w cza­sach, które były szcze­gólne. Bo w dwóch ustro­jach spo­łeczno-poli­tycz­nych. Jestem przed­sta­wi­cie­lem poko­le­nia wyżu po II woj­nie świa­to­wej. Prze­ży­łem dwa ustroje: komuny i Soli­dar­no­ści. A teraz jakiś trzeci nie­wy­da­rzony. Nie, nie mogę swo­ich wspo­mnień i prze­my­śleń zabrać do grobu. Prze­cież prze­szłość inspi­ruje następne poko­le­nia. Nie byłoby dzi­siaj bez wczo­raj. Pod jed­nym warun­kiem: że nie jest to prze­szłość opo­wie­dziana i inter­pre­to­wana przez opo­wia­da­czy - od dzien­ni­karzy skan­da­li­zu­ją­cych do naukow­ców budu­ją­cych teo­rie naukowe na banal­nych zda­rze­niach. Naj­więk­szą, bo źró­dłową war­tość mają wspo­mnie­nia ludzi, któ­rzy sami te zda­rze­nia two­rzyli i prze­żyli. I chcą zosta­wić pamięć o tym następ­nym poko­le­niom. Niech ta książka spełni też te kry­te­ria!

Co nam zostało z tych lat?

Sta­ram się opo­wie­dzieć w tej książce o moim życiu, które dzięki temu, że tra­fi­łem do dzien­ni­kar­stwa i show-biz­nesu obfi­to­wało w cie­kawe i nie­ba­nalne zna­jo­mo­ści. Były to jed­nak w więk­szo­ści, jak się dzi­siaj im przy­glą­dam z per­spek­tywy czasu, zna­jo­mo­ści inte­re­sowne, szcze­gól­nie ze strony śpie­wa­ków, muzy­ków, auto­rów tek­stów i kom­po­zy­to­rów. Wia­domo, że jako czło­wiek umo­co­wany w show-biz­ne­sie, zwa­nym w socja­li­zmie prze­my­słem roz­ryw­ko­wym, mogłem im pomóc roz­wią­zy­wać pro­blemy wystę­pu­jące na dro­dze ich kariery. Z kolei ja, szcze­gól­nie na początku mojej drogi zawo­do­wej, poczy­ty­wa­łem sobie za zaszczyt obco­wa­nie z nimi. I nie myśl­cie sobie, że miało to wymiar mate­rialny. Jeżeli nawet, to było to ewen­tu­al­nie zapro­sze­nie na ele­gancką kola­cję, dobry koniak albo pre­zent w postaci zachod­niej płyty.

Każda nowa zna­jo­mość w okre­sie zgrzeb­nej socja­li­stycz­nej rze­czy­wi­sto­ści była dla mnie dowar­to­ścio­wa­niem zawo­do­wym i emo­cjo­nal­nym, kolej­nym kro­kiem w budo­wa­niu pozy­cji zawo­do­wej. Kiedy legenda pol­skiej pio­senki Mie­czy­sław Fogg powie­dział do mnie: "Panie dyrek­to­rze", to prze­szły mi po ple­cach ciarki zado­wo­le­nia. I z jaką dumą pochwa­li­łem się tym fak­tem moim rodzi­com. Fogg był dla nich mitem, legendą.

Pra­cu­jąc bli­sko sześć­dzie­siąt lat w branży muzycz­nej, prak­tycz­nie bar­dziej lub mniej pozna­łem wszyst­kie jej naj­więk­sze posta­cie, ale tak naprawdę praw­dzi­wym przy­ja­cie­lem oka­zał się Krzysz­tof Kraw­czyk. Aż do jego śmierci. I choć nie ma go już wśród nas, dla mnie on ni­gdy nie umarł. I nie umrze... Zresztą tam, na górze, prę­dzej czy póź­niej się spo­tkamy.

Ale nie jest to wbrew pozo­rom kolejna książka o Krzysz­to­fie Kraw­czyku. Choć ja, który poświę­ci­łem mu 47 lat życia i pracy, nie potra­fię ode­rwać się od jego nazwi­ska, aneg­dot, zda­rzeń. Bo to wszystko działo się w tym samym cza­sie, w tym samym kraju peł­nym pro­ble­mów spo­łecz­nych i poli­tycz­nych. Żyli­śmy w tym naszym pol­skim kotle, pod któ­rym co pewien czas jakiś dia­beł pod­sy­cał ogień.

Ale skoro padły tutaj obok sie­bie dwa wiel­kie nazwi­ska, sym­bole dwóch epok: Mie­czy­sława Fogga i Krzysz­tofa Kraw­czyka, to zacznę od nich. Tym bar­dziej, że śpie­wają już wspól­nie w chó­rze na górze.

Uwaga na Krzysztofa Krawczyka

Autor tek­stu: Andrzej Kosmala. Tekst zamiesz­czony na łamach "Głosu Wiel­ko­pol­skiego" 22.10.1975 roku.

Od lat pol­skie pio­sen­kar­stwo cha­rak­te­ry­zuje liczebna prze­waga śpie­wa­ją­cych pań nad panami. Długo można bez więk­szego zasta­no­wie­nia recy­to­wać nazwi­ska pol­skich pio­sen­ka­rek, ale spró­buj­cie wymie­nić choćby dzie­się­ciu pio­sen­ka­rzy. Nie­men, Borys, Połom­ski, Dąbrow­ski i jesz­cze kilka nazwisk. Tro­chę sytu­ację ratują grupy wokalno-instru­men­talne. Bo też przy­czyn popu­lar­no­ści męskich zespo­łów można się na siłę dopa­trzyć w dzia­ła­niu obron­nym brzyd­szej, oczy­wi­ście pod wzglę­dem fizycz­nej powłoki, a nie walo­rów gło­so­wych czę­ści rodu ludz­kiego. Domi­na­cji pio­sen­ka­rek prze­ciw­sta­wiono się wów­czas w myśl staropol­skiego zawo­ła­nia: "Kupą, mości pano­wie!".

Nie na długo! Panie, w oso­bach swych naj­bar­dziej bojo­wych przed­sta­wi­cie­lek: Jan­tar, Sipiń­skiej, Sośnic­kiej, Jaroc­kiej, Frąc­ko­wiak znów są górą, i to wcale nie z powodu Mię­dzy­na­ro­do­wego Roku Kobiet. Powo­dów jest zapewne wiele innych i to zarówno natury poza­ar­ty­stycz­nej, jak i arty­stycz­nej. Z tych ostat­nich jeden jest bez­sporny: każda z naszych czo­ło­wych gwiazd pio­senki posiada mniej lub bar­dziej ukształ­to­wany wła­sny wize­ru­nek arty­styczny.

Gorzej z pio­sen­ka­rzami. Na obli­czu męskiej pio­senki zawa­żyły dwie indy­wi­du­al­no­ści: Cze­sław Nie­men (pio­senka współ­cze­sna) i Jerzy Połom­ski (pio­senka tra­dy­cyjna). Więk­szość star­tu­ją­cych mło­dych soli­stów nie potrafi się od tych wpły­wów uwol­nić.

To wszystko napi­sa­łem, by uwy­pu­klić w spo­sób szcze­gólny szansę, jaka sta­nęła przed Krzysz­to­fem Kraw­czy­kiem. On wła­śnie potra­fił się uwol­nić zarówno od wpły­wów Nie­mena, jak i Połom­skiego. Mało tego: sta­nął mię­dzy nimi jako kom­pro­mis mię­dzy nowo­cze­sno­ścią a tra­dy­cją pio­sen­kar­ską. Z tra­dy­cji wziął to, co naj­czę­ściej bywa dziś odrzu­cane: solidne przy­go­to­wa­nie zawo­dowe. Dys­po­nuje sil­nym, nośnym bary­to­nem. Umie­jęt­nie ope­ruje nim zarówno w utwo­rach lirycz­nych, jak i eks­pre­syj­nych. Śpiewu uczył się w śred­niej szkole muzycz­nej w Łodzi u prof. J. Śle­dzic­kiego.

Jed­no­cze­śnie wła­sną, usilną pracą zdo­był umie­jęt­ność nowo­cze­snej inter­pre­ta­cji pio­senki, pro­wa­dze­nia głosu, agre­syw­nego wibrata, które tak bar­dzo upo­dab­nia go do Toma Jonesa.

Kraw­czyk posiada wiele cech raso­wego show­mana: apa­ry­cję, swo­bodę estra­dową, umie­jęt­ność szyb­kiego nawią­zy­wa­nia kon­taktu z widow­nią. Posiada też sze­roki reper­tuar, co jest warun­kiem pro­gramu reci­ta­lo­wego.

Rok 1975 przy­niósł mu wiele suk­ce­sów, które zdają się świad­czyć, że już nie­ba­wem sta­nie się gwiazdą nr 1 pol­skiej estrady. Jego pierw­szy long­play "Byłaś mi nadzieją" (SXL1092) roz­szedł się w nakła­dzie 100 000 egzem­pla­rzy.

Na początku lipca na Festi­walu Prze­bo­jów w Ros­to­cku otrzy­mał nagrodę pisma "Melo­die und Rhyt­mus" dla naj­lep­szej kom­po­zy­cji, za wła­sną pio­senkę "Nie żałuj róż, gdy pło­nie las", a w kilka dni póź­niej wygrał Festi­wal Pio­senki Żoł­nier­skiej w Koło­brzegu pio­senką "Czym dla woj­ska jest pio­senka".

Jest czę­stym gościem kra­jo­wych list prze­bo­jów. Obec­nie notują one ogromną popu­lar­ność pio­senki lau­re­atki z Koło­brzegu oraz pio­senki Jerzego Miliana "Desz­czowe spo­tka­nie".

No cóż, po latach mogę się przy­znać, że tekst był tro­chę, a nawet bar­dzo kumo­ter­ski, gdyż tak naprawdę już od przy­naj­mniej trzech lat dobrze się zna­li­śmy, przy­jaź­ni­li­śmy, a nawet współ­pra­co­wa­li­śmy.

Ale czy mogli­śmy wtedy przy­pusz­czać, że czeka nas czter­dzie­ści sie­dem lat przy­jaźni i współ­pracy? Że będę mene­dże­rem Krzysz­tofa i to przez czter­dzie­ści sie­dem lat, co sta­nowi rekord świa­towy.

A zaczęło się nie­cie­ka­wie...

Krawczyk - oddam panu pieniądze za bilet

Kraw­czyk - oddam panu pie­nią­dze za bilet

Nasze pozna­nie w Pozna­niu było dosyć nie­for­tunne i opi­sane już w wielu publi­ka­cjach.

Mimo że nazwi­sko Kraw­czyk było dla mego ucha miłe, gdyż moja mama nazy­wała się z domu Kraw­czyk. Była z ple­szew­skich Kraw­czyków, Krzysz­tof był z Kraw­czyków ślą­skich. Czę­sto jed­nak, czy to prze­by­wa­jąc z rodziną moich Kraw­czyków, czy z rodziną Krzysz­tofowych, zawsze odno­si­łem wra­że­nie, że pocho­dzimy z jed­nego rodu: ludzi dyna­micz­nych, wręcz hała­śli­wych, gada­tli­wych i żeby nie było tak pięk­nie: swar­nych. Ludzi lubią­cych dobrze zjeść, no i wypić. Jak to mówią: i do bitki, i do wypitki. No i oczy­wi­ście do kobitki.

Ale zamilcz waść! Były w naszych rodzi­nach zawody arty­styczno-biz­ne­sowe: akto­rzy, śpie­wacy, muzycy, mala­rze. A mój dzia­dek Andrzej Kraw­czyk pro­wa­dził w Ple­sze­wie nie­zły wyszynk, który ja nawet pamię­tam, jak po woj­nie pro­spe­ro­wał, ale nie­stety w ramach nacjo­na­li­za­cji został mojej babci ode­brany.

Na końcu jak korona rodu: Krzysz­tof Kraw­czyk - król pol­skiej pio­senki po 50 latach ude­ko­ro­wany ber­łem i koroną przez Ninę Teren­tiew, Orde­rem Krzyża Kawa­ler­skiego, orderu nada­nego przez pre­zy­denta Alek­san­dra Kwa­śniew­skiego, a wrę­czo­nego przez pre­zy­denta Lecha Kaczyń­skiego, Glo­ria Artis, Fry­de­ry­kami, Super­je­dyn­kami, Tele­ka­merą i Super Wik­to­rem.

Wszyst­kie te zaszczyty osią­gnął Krzysz­tof, mając mnie za ple­cami jako mene­dżera, albo jak woli­cie po angiel­sku: mana­gera.

Poza pierw­szą dekadą kariery spę­dzoną przez Krzysz­tofa jako ten czwarty po pra­wej w Tru­ba­du­rach, przez następne czter­dzie­ści lat solo­wej kariery zawsze miał mnie Krzysz­tof za swo­imi ple­cami. Wska­zy­wa­łem i wyty­cza­łem mu drogę arty­styczną, nawet wtedy, kiedy na emi­gra­cji pró­bo­wał prze­żyć swój ame­ry­kań­ski sen. Kiedy wra­cał do kraju, orga­ni­zo­wa­łem mu mięk­kie lądo­wa­nie. Czter­dzie­ści sie­dem lat byłem jego cie­niem, byłem Kraw­czy­kiem zaku­li­so­wym. Jak upa­dał w sen­sie zawo­do­wym czy dosłow­nym, to ja go pod­no­si­łem z zapa­łem, coraz cięż­szego arty­stę, cięż­szego wagą arty­styczną i fizyczną.

Od czter­dzie­stu sied­miu lat byli­śmy ze sobą na dobre i złe. Liczby mi w tej książce będą się myliły, bo piszę ją po jego śmierci, ale poświę­cam cza­som, kiedy byli­śmy mło­dzi i świat stał przed nam otwo­rem, mimo naszego geo­po­li­tycz­nego i ide­olo­gicz­nego umiej­sco­wie­nia. Co ważne, nasze mał­żonki i rodziny też. Jak więc wyglą­dało to nie­for­tunne nasze pozna­nie?

Przy­znam się, że nie lubi­łem Tru­ba­du­rów. Mimo że grupa była wielką gwiazdą lat 60. Dziś ina­czej spo­glą­dam na tam­ten zespół, może bar­dziej z per­spek­tywy kariery Kraw­czyka. Wtedy, w każ­dym razie po kon­cer­cie Tru­ba­du­rów, posze­dłem za kulisy i gło­śno wyra­ża­łem swoją opi­nię: "Jak ten Kraw­czyk śpiewa, to jakby do mikro­fonu dorwał się jakiś pijany Cygan". Nie zauwa­ży­łem, że obok stoi obiekt moich kry­tycz­nych uwag. "Nie podo­bało się panu? Mogę oddać pie­nią­dze za bilet"! Ale zoba­czył u mnie w kla­pie mary­narki zna­czek Pol­skiego Radia i zmiękł od razu. Zaczął się żalić, jaka to jest trudna dola pio­sen­ka­rza. Gdy tak mówił, usły­sza­łem w jego gło­sie wszystko, co chcia­łem usły­szeć w gło­sie współ­cze­snej gwiazdy pol­skiej pio­senki. Coś z Elvisa Pre­sleya, Toma Jonesa, B.J. Tho­masa z zespołu Blood Sweat and Tears, a także Demisa Rous­sosa i Julio Igle­siasa. To wszystko pod­lane sło­wiań­ską melo­dyką i jego cygań­skim zaśpie­wem.

Cho­dziło o roc­kowe podej­ście do melo­dyj­nych pio­se­nek. Jak ja to wtedy pode­ner­wo­wany wysły­sza­łem w jego gło­sie, do dzi­siaj nie potra­fię zro­zu­mieć. Potem oczy­wi­ście doszło do wielu spo­tkań towa­rzy­skich, ale połą­czo­nych z dys­putą o spra­wach zawo­do­wych. Ze wszyst­kich tych spo­tkań wyno­si­łem coraz głęb­sze prze­ko­na­nie: Kraw­czyk ma przed sobą przy­szłość! A resztę już zna­cie.

Wtedy nie wie­dzia­łem, że także moja przy­szłość będzie tak bar­dzo zwią­zana z jego...

Czy śpiewa jeszcze u was Fogg?

Mie­czy­sław Fogg był arty­stą mię­dzy­po­ko­le­nio­wym. I, jak dzi­siaj okre­śla się tym mia­nem wielu innych, na przy­kład mojego Krzysz­tofa Kraw­czyka, to okre­śle­nie w sto­sunku do Mie­czy­sława Fogga miało zna­cze­nie szcze­gólne. Był kimś wię­cej niż arty­stą mię­dzy­po­ko­le­nio­wym, był arty­stą mię­dzy­epo­ko­wym. Bo prze­cież zaczął karierę w przed­wo­jen­nej Pol­sce, która odzy­skała nie­pod­le­głość po stu dwu­dzie­stu trzech latach zabo­rów, potem nastą­piła oku­pa­cja hitle­row­ska, następ­nie odbu­dowa Pol­ski, choć znie­wo­lo­nej, i próba w niej nor­mal­nego życia. Fogg był ze swo­imi pio­sen­kami sym­bo­lem tych cza­sów, nawet komu­ni­ści musieli usza­no­wać jego inte­gral­ność.

I tak, zrzą­dze­niem losu czy też łaski boskiej, przy­szło mi na mojej dro­dze zawo­do­wej spo­tkać tego wiel­kiego czło­wieka. Rodzina z nie­do­wie­rza­niem, a nawet nie­chę­cią spo­glą­dała na moje dzia­ła­nia na polu muzyki roz­ryw­ko­wej - uznała je za wła­ściwe, dopiero kiedy dowie­działa się, że pra­cuję z Fog­giem. Bo któż nie kochał i nie nucił jego pio­se­nek? Oczy­wi­ście ja jako przed­sta­wi­ciel nowego poko­le­nia patrzy­łem na niego z estymą, jaką obda­rza się posta­cie histo­ryczne. Wszak rodził się wtedy rock and roll i gdzie mi tam było do Tanga Milonga czy Tej ostat­niej nie­dzieli. Ale w 1976 roku obją­łem posadę dyrek­tora arty­stycz­nego Estrady Poznań­skiej, w któ­rej jedną z gwiazd był wła­śnie Mie­czy­sław Fogg. Zna­łem go z płyt, wystę­pów tele­wi­zyj­nych i uwiel­bie­nia moich rodzi­ców. Ni­gdy nie byłem na jego kon­cer­cie. I nagle jed­nym z pierw­szych zadań, jakie zle­cił mi mój szef, dyrek­tor Sta­ni­sław Nowotny, był nad­zór nad pro­duk­cją, pre­mierą i trasą kon­cer­tową reci­talu Mie­czy­sława Fogga, ponoć ostat­niego, ale nikt nie miał odwagi wypo­wie­dzieć tego słowa, szcze­gól­nie w jego obec­no­ści.

Był to rok 1978. "Ostatni" wystawny reci­tal przy­go­to­wa­li­śmy w ówcze­snym Teatrze Żydow­skim, dziś już nie­ist­nie­ją­cym, na placu Grzy­bow­skim. W przed­dzień kon­certu wraz z całą ekipą, w tym z żeń­skim zespo­łem big beato­wym Baby Jagi i grupą wokalną Clipsy, auto­bu­sem marki Jelcz poje­cha­li­śmy do War­szawy, gdzie miał na nas cze­kać mistrz Mie­czy­sław Fogg. Wszystko pod nad­zo­rem Zosi Szy­na­giel, mene­dżerki Fogga i powiedzmy dziś, gdy nie jest to już tajem­nicą, kimś wię­cej niż mene­dżerki. Po śmierci żony zawarł zresztą z Zosią zwią­zek mał­żeń­ski. Ja, zawia­du­jąc całym tym przed­się­wzię­ciem arty­stycz­nym, wie­dzia­łem dużo wcze­śniej o ich związku. Kie­dyś Zosia Szy­na­giel w pory­wie szcze­ro­ści powie­działa do mnie: "Mało, że ma żonę i mnie, to jesz­cze ogląda się za dziew­czę­tami z zespołu". Kochliwy był więc ten nasz mistrz. I jak pomy­ślę, że miał wtedy tyle lat co ja teraz, kiedy piszę te słowa, to tylko drżę z zazdro­ści. Kiedy opowie­dzia­łem o tym mojemu wuj­kowi, dok­to­rowi Kaziowi Kosmali ze Swa­rzę­dza, powie­dział: "Tak to jest, że jed­nym na sta­rość w gło­wie pęka ta ważna żyłka, a dru­giemu nie pęka, i może za dwóch".

Ale wróćmy do naszej pre­miery "ostat­niego" reci­talu Mie­czy­sława Fogga. Mimo że auto­bus psuł nam się po dro­dze cztery razy i spóź­ni­li­śmy się cztery godziny, to mistrz cze­kał na nas dostoj­nie przed hote­lem Bri­stol. Ele­gancki, uśmiech­nięty, bez cie­nia znie­cier­pli­wie­nia. Bił od niego blask wiel­kiego czło­wieka. Wyca­ło­wał się z dziew­czę­tami, a kiedy podał mi rękę ze sło­wami: "Witam, panie dyrek­to­rze" - prze­szły mi wspo­mniane już ciarki po ple­cach. Mimo że rok spra­wo­wa­łem tę funk­cję, chyba pierw­szy raz poczu­łem się naprawdę dyrek­to­rem! I te słowa: "Nie boję się o jutrzej­szą pre­mierę, bo nie takie spek­ta­kle już kła­dli­śmy. Ale jutro po pre­mie­rze zapra­szamy z Zosią na kola­cję w restau­ra­cji przy Teatrze Żydow­skim. Będziemy tylko we troje". Mia­łem wtedy trzy­dzie­ści jeden lat, a on sie­dem­dzie­siąt sie­dem. Poczu­łem się jak sztyft przy mistrzu, jak paź przy królu!

Być może inny dyrek­tor Estrady nie poczułby takich emo­cji, bo byli z reguły z nada­nia wła­dzy w myśl zasady: mierny, ale wierny. Z Mie­czy­sła­wem Fog­giem od razu poczu­li­śmy do sie­bie nić sym­pa­tii. Panu Mie­czy­sła­wowi bar­dzo się podo­bało, że Estrada Poznań­ska jest jak teatr, który dba o swo­ich arty­stów, nie zaj­muje się tylko eks­plo­ata­cją w głę­bo­kim tere­nie. On prze­cież wyszedł z teatrzy­ków muzycz­nych przed­wo­jen­nej War­szawy.

Pod­czas tej nie­za­po­mnia­nej kola­cji po uda­nej pre­mie­rze jego spek­ta­klu, bo było to coś wię­cej niż występ estra­dowy, poczu­łem się jak prze­nie­siony do świata przed­wo­jen­nej epoki, którą zna­łem przede wszyst­kim z fil­mów z Bodo, Żab­czyń­skim, Zimiń­ską, Barsz­czew­ską, Dym­szą, Sie­lań­skim.

Sia­da­jąc z nim do stołu i słu­cha­jąc jego aneg­dot, moja wyobraź­nia się­gała lat, które zna­łem tylko z opo­wie­ści rodzi­ców i wspo­mnia­nych fil­mów. Poczu­łem się przy nim, jak­bym był w Qui Pro Quo. Ele­gan­cja z przed­wo­jen­nego kaba­retu w każ­dym sło­wie, geście, uśmie­chu. I to na mnie spa­dło w cza­sach sza­rej komuny! Jak ten sym­bol innej epoki prze­trwał te czasy? Ci komu­ni­ści nie zawsze byli tacy głupi. Takich ludzi jak on, a byli jesz­cze: Adolf Dym­sza, Ludwik Sem­po­liń­ski, Lopek Kru­kow­ski, Mira Zimiń­ska, pozo­sta­wiali jak zabytki minio­nej epoki. A te "zabytki" pozwo­liły nam prze­trwać ten trudny czas.

Nasza tamta kola­cja była suto zakra­piana, pan Mie­czy­sław z Zosią i ja nie żało­wa­li­śmy sobie wódeczki wybo­ro­wej, ale nawet tutaj pan Mie­czy­sław zacho­wał klasę.

Kiedy roz­ma­wia­łem wtedy z Mie­czy­sła­wem Fog­giem, z tyłu głowy mia­łem myśl: kto będzie jego następcą? Już wtedy pra­co­wa­łem owoc­nie z Krzysz­to­fem Kraw­czy­kiem. I powie­dzia­łem: "Mój wujek Kaziu, lekarz ze Swa­rzę­dza, który jest pana wiel­bi­cie­lem, powie­dział mi ostat­nio, że Krzysz­tof Kraw­czyk będzie pana następcą". Pan Mie­czy­sław się jakby zasę­pił: "Tak, bar­dzo lubię Krzy­sia, wspa­niale śpiewa, ma piękne pio­senki. Ale wie pan, panie dyrek­to­rze, to nie o to do końca cho­dzi. Ja naprawdę nie byłem przed wojną naj­lep­szy. Kole­dzy z chóru Dana byli może wokal­nie nawet lepsi. Ale cho­dzi o to, by zna­leźć spo­sób na sie­bie i umie­ścić się w świa­do­mo­ści narodu, dla któ­rego się śpiewa. I trzeba temu naro­dowi towa­rzy­szyć swoim śpie­wem w chwi­lach i trud­nych, i rado­snych. Ja byłem w kaba­re­tach przed­wo­jen­nej War­szawy, śpie­wa­łem na jej gru­zach, towa­rzy­szy­łem jej odbu­do­wie. Jak ludzie rano wsta­wali, patrzyli przez okno, jaka jest pogoda, włą­czali radio i słu­chali Fogga. Fogg był tak oczy­wi­sty w ich życiu jak ta pogoda za oknem. Żeby być gwiazdą, musisz być czę­ścią życia tego narodu".

Opo­wie­dzia­łem to kilka dni póź­niej Krzysz­to­fowi Kraw­czy­kowi i widzia­łem, jakie wra­że­nie wywarły na nim te słowa. Ale nie minęły dwa tygo­dnie i w poznań­skiej Are­nie na tym samym kon­cer­cie wystę­pują Fogg i Kraw­czyk. Nie wiem, czy tamta moja roz­mowa z panem Mie­czy­sła­wem na niego wpły­nęła, ale popro­sił Krzysz­tofa na stronę i mówi: "Panie Krzysz­to­fie! Chce pan tak długo śpie­wać jak ja? To dam panu tele­fon do mojego laryn­go­loga".

Nama­wia­łem przez te lata pana Mie­czy­sława do nagra­nia nowej płyty, tro­chę nowo­cze­śniej­szej. Wyma­rzy­łem sobie płytę z Alex Ban­dem. Ostat­nią taką roz­mowę odby­li­śmy przy śnia­da­niu na Festi­walu Opol­skim w 1986 roku. Odpo­wie­dział mi wów­czas: "Panie dyrek­to­rze, niech mnie pan nie nama­wia! Dla mnie te orkie­stry grają po pro­stu za gło­śno!".

No cóż! Czło­wiek to styl. A styl to epoka... Zda­wało się, że będzie trwała wiecz­nie, kiedy pan Mie­czy­sław mówił ze sceny i w wywia­dach: "Oświad­czam pań­stwu, że byłem młody, jestem młody i będę młody tak długo, jak pań­stwo będzie­cie sobie tego życzyć...".

Nato­miast jego lekarz mówił mu, nie­za­leż­nie od badań lekar­skich i ich wyni­ków: "To mogę panu jedno powie­dzieć: umrze pan, jak prze­sta­nie pan śpie­wać". I tak się stało.

Mie­czy­sław Fogg był sym­bo­lem dłu­go­wiecz­no­ści na pol­skiej estra­dzie. Krą­żył taki dow­cip: w Egip­cie wyko­pali kolejną mumię. Roz­wi­jają ją, a ona zadaje pyta­nie: a Fogg jesz­cze u was śpiewa?

Pan Mie­czy­sław powie­dział mi kie­dyś w zaufa­niu: "Wie pan, ja sam wymy­śli­łem ten dow­cip!".

Brunetki, blondynki - czyli Jan Kiepura

Bru­netki, blon­dynki - czyli Jan Kie­pura

Mie­czy­sława Fogga kocha­li­śmy jako pomost do tam­tej przed­wo­jen­nej Pol­ski, jako jej spad­ko­biercę. I on tę rolę wypeł­nił jako wielki arty­sta i wielki czło­wiek. Ale był też w świa­do­mo­ści moich rodzi­ców inny pol­ski śpie­wak, świa­towa legenda: Jan Kie­pura. Polak, któ­rego kochała cała Pol­ska, tym bar­dziej że wystę­po­wał na naj­więk­szych sce­nach ope­ro­wych i ope­ret­ko­wych świata, ale przede wszyst­kim tra­fił też do stu­diów fil­mo­wych i był gwiazdą wiel­kich fil­mo­wych pro­duk­cji muzycz­nych: od ber­liń­skiej UFY do Hol­ly­wood. Wystą­pił w dwu­na­stu fil­mach muzycz­nych w latach 1926-1952.

Należy pamię­tać, że mody muzyczne nie były wyzna­czane jesz­cze wtedy przez tele­wi­zję, która się dopiero rodziła, ale wła­śnie przez sale kinowe. Jan Kie­pura był jedną z pierw­szych gwiazd kul­to­wych. Śpie­wał nie tylko na sce­nie i ekra­nie, ale także dla swo­ich wiel­bi­cieli na ulicy, na dachu samo­chodu, w pocze­kalni dwor­co­wej, na lot­ni­sku, z bal­konu hote­lo­wego. Był jedną z pierw­szych Super­star! Ale nie tego rodzaju, co dzi­siejsi cele­bryci. To był czło­wiek o wiel­kich wszech­stron­nych talen­tach i doko­na­niach.

Za pierw­szy milion zaro­biony w latach 1932-1933 wybu­do­wał w Kry­nicy-Zdroju hotel - pen­sjo­nat "Patria", oto­czony pięk­nym par­kiem zdro­jo­wym. "Patria" przy­cią­gała ówcze­sne elity arty­stów, pisa­rzy, poli­ty­ków i ary­sto­kra­cję. Ten pen­sjo­nat, tak jak żona Marta Eggerth, był wielką miło­ścią tego "chło­paka z Sosnowca".

Moje fascy­na­cje legendą Kie­pury podzie­lał także Krzysz­tof Kraw­czyk, któ­rego pro­wa­dzi­łem po dro­gach arty­stycz­nych, ale zawsze wpa­trzony w doro­bek mistrzów mija­ją­cej epoki.

Otóż rodzina Kraw­czy­ków w począt­kach XX wieku zamiesz­ki­wała w Sosnowcu w sąsiedz­twie rodziny Kie­pu­rów, gdzie Kie­pura senior pro­wa­dził pie­kar­nię. W tam­tych cza­sach mało­letni Jan Kie­pura i Janu­ary Kraw­czyk - też przy­szły śpie­wak i ojciec Krzysz­tofa Kraw­czyka - roz­wo­zili razem rano cie­płe bułki. Za zaro­bione pie­nią­dze Janu­ary Kraw­czyk i Jan Kie­pura wymie­nili drew­niane łyżwy na sta­lowe. Ojciec Krzysz­tofa wspo­mi­nał tamte lata z roz­rzew­nie­niem.

A więc kiedy pozna­li­śmy się z Krzysz­to­fem, nie­spo­dzie­wa­nie oka­zało się, że łączy nas nie tylko miłość do Elvisa Pre­sleya i Beatle­sów, ale także do tej - zda­wa­łoby się - sta­ro­świec­kiej gwiazdy, dla wielu o zapo­mnia­nym nazwi­sku: Kie­pura.

I kiedy Krzysz­tof Kraw­czyk zaczy­nał być już zna­nym arty­stą, choć dopiero roz­po­czy­na­ją­cym swoją karierę arty­styczną, zawsze w war­szaw­skim Bri­stolu zatrzy­my­wał się w apar­ta­men­cie "kie­pu­row­skim", z cha­rak­te­ry­stycz­nym naroż­ni­ko­wym bal­ko­nem. Kiedy w 1958 roku komu­ni­ści na fali "gomuł­kow­skiej odnowy" wyra­zili zgodę na trasę kon­cer­tową Kie­pury po Pol­sce, arty­sta w War­sza­wie zatrzy­mał się oczy­wi­ście w apar­ta­men­cie, w któ­rym miesz­kał przed wojną. Pod bal­ko­nem zebrały się tysiące war­sza­wia­ków, by odśpie­wać mu Sto lat. On oczy­wi­ście zre­wan­żo­wał się i, sto­jąc na bal­ko­nie, zaśpie­wał Bru­netki, blon­dynki... i Ninon.

Miesz­ka­jący w Sta­nach Zjed­no­czo­nych Kie­pura roz­pa­try­wał powrót na stałe do Pol­ski, ale pod warun­kiem, że wła­dza odda mu jego uko­chany pen­sjo­nat "Patria" w Kry­nicy-Zdroju. Gomułka miał jedną odpo­wiedź: nie!

Ale wra­cam do dru­giej połowy lat 70. i do hotelu Bri­stol, do apar­ta­mentu "kie­pu­row­skiego". Był tak duży i wygodny, że zdo­by­wa­jący sobie sta­tus gwiazdy Krzysz­tof Kraw­czyk już pra­wie na stałe zaj­mo­wał go wraz z żoną Haliną i synem Igo­rem. Był też pokój gościnny, w któ­rym czę­sto prze­by­wała mama Krzysz­tofa.

I ja także nie­jedną noc tam spę­dzi­łem. Ulu­bio­nym naszym zaję­ciem, szcze­gól­nie po któ­rymś tam kie­li­chu, było śpie­wa­nie "kie­pu­row­skimi" gło­sami "Bru­netki, blon­dynki, ja wszyst­kie was dziew­czynki cało­wać chcę". Jak nam to wycho­dziło? Otóż na pewno ja śpie­wa­łem gło­śniej, ale Krzysz­tof lepiej!

Bogu­sław Kaczyń­ski, wie­lo­krot­nie wyra­ża­jąc podziw na temat talentu i dorobku Krzysz­tofa Kraw­czyka, pro­po­no­wał mu występ na Festi­walu im. Jana Kie­pury w Kry­nicy-Zdroju. Nie­stety, raczej z naszej opie­sza­ło­ści i zaję­to­ści do tego nie doszło. Krzysz­tof bar­dzo tego żało­wał.

Ciągota do mikrofonu

Kiedy wcho­dzi­łem w wiek doro­sły, a przy­naj­mniej dora­sta­jący (u mnie to nastą­piło sto­sun­kowo wcze­śnie, bo w wieku czter­na­stu lat) pytany, kim chciał­bym zostać w przy­szło­ści, nie udzie­la­łem idio­tycz­nych odpo­wie­dzi, jak wielu moich kole­gów, że stra­ża­kiem. Zapra­gną­łem być dzien­ni­ka­rzem radio­wym. Naj­pierw Boh­da­nem Toma­szew­skim, który swym pięk­nym gło­sem i poetyc­kimi opo­wie­ściami o tym, co działo się na jego oczach, pory­wał moją wyobraź­nię. To nie były jesz­cze czasy tele­wi­zji, któ­rej obraz odsu­wał na bok war­tość komen­ta­rza. Zresztą o tych pro­por­cjach dowo­dzi męcząca war­tość komen­ta­rza przy praw­dzi­wo­ści obrazu. Po pro­stu tele­widz, widząc zda­rze­nia na ekra­nie tele­wi­zyj­nym, od spra­woz­dawcy ocze­kuje tylko oceny wyczy­nów spor­tow­ców i cie­ka­wo­stek, które dzieją się na sta­dio­nie, a kamera aku­rat tego nie poka­zuje.

Słu­cha­jąc w radio obra­zów malo­wa­nych gło­sem Boh­dana Toma­szew­skiego, czy to z zawo­dów lek­ko­atle­tycz­nych na sta­dio­nie White City w Lon­dy­nie, czy też wyścigu pokoju na tra­sie War­szawa-Ber­lin-Praga... byli­śmy uczest­ni­kami tych zawo­dów. Ileż polotu, fan­ta­zji i poezji było w jego gło­sie. I nie pra­co­wał on w cza­sach, kiedy miał na słu­chaw­kach zwrotny dźwięk. Raczej zale­ce­nia, by zachwy­cać się hoke­istami radziec­kimi. A jego rela­cje teni­sowe, kiedy słowa współ­grały z odgło­sem odbi­ja­nej piłki. Przy­znam się, że sam wtedy w swo­jej wyobraźni bawi­łem się w uda­wa­nie Toma­szew­skiego! Któż zresztą tego nie robił spo­śród kole­gów z mojego poko­le­nia? Nie­je­den mi się przy­znał.

Dru­gim takim bożysz­czem, szcze­gól­nie kiedy na fali poko­le­nio­wej zbli­ży­łem się do muzyki, był Lucjan Kydryń­ski. Bez jego nie­dziel­nej "Rewii pio­se­nek" i ksią­żek: Zna­jomi z estrady, Zna­jomi z płyt oraz muzycz­nych audy­cji tele­wi­zyj­nych jak np. "Muzyka, lekka, łatwa i przy­jemna" być może nie tra­fił­bym do zawo­do­wego zaj­mo­wa­nia się muzyką. Zazdro­ści­łem mu tego jego "r", które pod­kre­ślało siłę jego wypo­wie­dzi.

Kydryń­ski miał jedną prze­wagę nad pre­zen­te­rami nowej fali muzyki na początku lat 60. Uświa­do­mił nam, że ta muzyka nie wzięła się zni­kąd, że rewo­lu­cje muzyczne są pozorne i zawarte bar­dziej w sty­li­styce niż jej isto­cie. Kiedy więc moje poko­le­nie sza­lało na punk­cie Beatle­sów, ja nie omi­ja­łem Franka Sina­try, Deana Mar­tina, Binga Crosby'ego, Louisa Arm­stronga, Mau­rice'a Che­va­liera, Edith Piaf, Char­les'a Azna­vo­ura, Sachy Distela, ale także Adriano Celen­tano czy Dalidy, a nawet Marino Mari­niego.

Kydryń­ski był przy­chylny nowej fali, ale na tyle roz­sądny, że nie odci­nał cią­gło­ści prze­mian w muzyce. To prze­cież sty­li­styczna zmien­ność i poko­le­niowa fan­ta­zja są siłą napę­dową muzyki, szcze­gól­nie roz­ryw­ko­wej. Bo opera i kla­syka już dawno zasty­gły w swych for­mal­nych for­mu­łach, i dla­tego może mniej zara­biają.

Tak więc wcho­dzi­łem w życie doro­słe z myślą, żeby być Toma­szew­skim lub Kydryń­skim. I z jed­nej strony w prze­strzeń mojego pokoju wyrzu­ca­łem z sie­bie wyima­gi­no­wane rela­cje spor­towe, a z dru­giej strony pisa­łem też na maszy­nie wyima­gi­no­wane tre­ści audy­cji muzycz­nych. Bo o ile wtedy w spo­rcie ze względu na jego cha­rak­ter był tzw. "żywiec", o tyle audy­cje muzyczne były zapi­sy­wane w for­mie zapo­wie­dzi, odda­wa­nych zresztą do zatwier­dze­nia przez odpo­wied­nio powo­ła­nych ludzi z odpo­wied­nich insty­tu­cji.

Marze­nia się speł­niają. Chcieć to móc! W 1965 roku nagra­łem pierw­szą swoją audy­cję muzyczną w Pol­skim Radiu.

Jak do tego doszło? Opo­wiem za chwilę...

The Beatles śpiewają w Ukajali

Jest druga połowa lat 60. Ja, jako miesz­ka­niec Pusz­czy­kówka i absol­went tam­tej­szej szkoły pod­sta­wo­wej, dobrze zna­łem fizis i sławę dwóch braci Fie­dle­rów: Arka­dego Rado­sława i Marka, z któ­rymi do niej uczęsz­cza­łem. To prze­cież słynni syno­wie wiel­kiego pol­skiego pisa­rza Arka­dego Fie­dlera, zamiesz­ku­ją­cego tę małą miej­sco­wość pod Pozna­niem. Był legendą naszego pięk­nego, leśnego Pusz­czy­kówka. Prze­czy­ta­łem kilka razy jego Wyspę Robin­sona, Ryby śpie­wają w Uka­jali, Ori­noko, Gorącą wieś Ambi­wa­tello, Kanadę pach­nącą żywicą, a nade wszystko Dywi­zjon 303. Ale z braćmi Fie­dle­rami zaprzy­jaź­ni­łem się tak naprawdę gdzieś dopiero po matu­rze. Marek cho­dził o klasę niżej, a Arkady Rado­sław o klasę wyżej. W szkole pod­sta­wo­wej były to prze­pa­ści wręcz poko­le­niowe!

Ich ojciec dużo podró­żo­wał, czę­sto też wyjeż­dżał do Pozna­nia, gdzie miał swoją pra­cow­nię przy placu Wol­no­ści. Ale regu­lar­nie przy­jeż­dżał do Pusz­czy­kówka i wtedy spo­ty­ka­li­śmy się na prze­pięk­nych bie­sia­dach, peł­nych uczty ducho­wej i słu­cha­nia jego opo­wie­ści. Ale też alko­holu, pitego jed­nak w małych, solid­nych "kie­lon­kach", jak to mówi­li­śmy. A potem wra­cał do Pozna­nia. Ponie­waż dbał o kon­dy­cję fizyczną podróż­nika, dla jej utrzy­ma­nia kazał swoim synom pako­wać dwie paczki skła­da­jące się z cegieł. Kto lubi podró­żo­wać, wie, jaką zmorą bywa bagaż.

Kiedy wyjeż­dżał i wra­cał do swo­jej pra­cowni w Pozna­niu, a jesz­cze lepiej, kiedy wyru­szał w świat, to my wspól­nie zarzą­dza­li­śmy posia­dło­ścią, balangi trwały cza­sami do rana. Czy zna ktoś dzi­siaj to słowo? Te pry­watki nie­za­po­mniane, jak po latach śpie­wał mój przy­ja­ciel Woj­tek Gąs­sow­ski, prze­szły do legendy Pusz­czy­kówka.

A potem ojciec wra­cał i pro­wa­dzi­li­śmy inte­lek­tu­alne dys­puty.

Ale naj­waż­niej­szym wyda­rze­niem dla naszego towa­rzy­stwa był przy­jazd z Lon­dynu kuzynki Fie­dle­rów, Tamary McLorg wraz z mamą Con­chitą, sio­strą gospo­dyni domu pani Marii.

Cie­kawe to były mie­szanki naro­do­wo­ściowe. Otóż Arkady Rado­sław i Marek byli synami Polaka i Włoszki, nato­miast Tamara była córką Włoszki i Szkota.

Nie muszę pań­stwu - mam nadzieję - a zwłasz­cza mło­demu poko­le­niu tłu­ma­czyć, kto to był w pol­skiej lite­ra­tu­rze Arkady Fie­dler.

Dla nas wtedy nie­zwy­kłe zna­cze­nie miał przy­jazd Tamary. Ona do tego zatę­chłego komu­ni­stycz­nego świata przy­wio­zła nam powiew Zachodu. To była połowa lat 60., a pop kul­tura świata wywo­dziła się wów­czas z Lon­dynu. Dosta­li­śmy więc powiew tego, co pocho­dziło pro­sto stam­tąd!

Ale Tamara nie przy­je­chała nas pouczać; przy­je­chała uczyć się w szkole bale­to­wej Con­rada Drze­wiec­kiego. Bo pol­ska kul­tura wyż­szego lotu była dalej ceniona w świe­cie. Ale i to nie było naj­waż­niej­sze. Przede wszyst­kim przy­wio­zła ze sobą walizkę płyt z prze­bo­jami sprzed lat i aktu­al­nymi.

Prze­by­wa­jąc ze względu na stu­dia przez kilka lat w Pol­sce, spro­wa­dzała z Lon­dynu naj­now­sze płyty, a była to epoka The Beatles, The Rol­ling Sto­nes czy The Ani­mals. Pamię­tam, jak nasze towa­rzy­stwo dzie­liło się, kto jest za kim. Mało tego: Tamara zaabo­no­wała wtedy gazetę "New Musi­cal Express". Dzięki temu byli­śmy więc naj­le­piej zorien­to­wa­nym towa­rzy­stwem muzycz­nym w tym cza­sie, przy­naj­mniej w naszej oko­licy.

Jedną z popu­lar­niej­szych audy­cji muzycz­nych w Pol­skim Radiu w Pozna­niu, ale o zasięgu na całą Pol­skę, była "Gra­jąca szafa". Audy­cja Janu­sza Hojana i Sta­ni­sława Kamiń­skiego pro­wa­dzona przez Jacka Żural­skiego była bar­dzo popu­larna, ale wyraź­nie nie nadą­żała za Top Twenty, angiel­ską listą prze­bo­jów, która wyzna­czała prze­boje tam­tych cza­sów. Ale kto by pomy­ślał w ówcze­snym radiu o zabez­pie­cze­niu w muzykę, i to z tego wstręt­nego Zachodu.

Wtedy to redak­tor audy­cji musiał wła­snym sump­tem uzy­skać płyty i przy­nieść je do stu­dia, by zapre­zen­to­wać radio­słu­cha­czom. Lucjan Kydryń­ski czy Roman Waschko, słynni wów­czas auto­rzy audy­cji muzycz­nych, byli już na tyle umo­co­wani w kon­tak­tach mię­dzy­na­ro­do­wych, że otrzy­my­wali od zagra­nicz­nych wytwórni pły­to­wych tzw. egzem­pla­rze recen­zenc­kie. Bo prze­cież w inte­re­sie wytwórni pły­to­wych było pro­mo­wa­nie swo­ich wydaw­nictw. Tylko że Polacy musieli się o to upo­mnieć, gdyż jako rynek fono­gra­ficzny byli­śmy wtedy dla nich nie do zago­spo­da­ro­wa­nia. Choćby z powodu nie­wy­mie­nial­no­ści naszej waluty. Ale cza­sem udało im się sprze­dać cho­ciaż licen­cję, a my to sobie sami tło­czy­li­śmy na tym tra­gicz­nie w Pol­sce zago­spo­da­ro­wa­nym polu fono­gra­ficznym.

I rap­tem mie­li­śmy tę muzykę w domu Fie­dle­rów dzięki Tama­rze!

Wtedy z tym skar­bem, czyli z tymi pły­tami, posze­dłem do Pol­skiego Radia w Pozna­niu na ulicę Ber­wiń­skiego, by sobie prze­grali na taśmy. Przy­jęli mnie z otwar­tymi ramio­nami. Zapro­po­no­wali nawet, żebym pomógł im w stwo­rze­niu listy prze­bo­jów. Moje zaan­ga­żo­wa­nie emo­cjo­nalne i jego efekty były tak duże, że Janusz Hojan zapro­po­no­wał mi wła­sną audy­cję. Choć jego pro­po­zy­cja była, jak to zwy­kle u niego, koniunk­tu­ralna.

W tym cza­sie Hojan zaan­ga­żo­wał mnie do swo­ich dzia­łań radio­wych, ale też kon­cer­to­wych - był trę­ba­czem zwią­za­nym z pio­sen­karką Wie­sławą Dro­jecką i potrze­bo­wał pro­mo­tora (wtedy tak to się nazy­wało) dla zespołu Tar­pany. Wie­dział, że z moją pasją zna­lazł ide­al­nego czło­wieka. I dał mi coty­go­dniowe audy­cje "Klub Miło­śni­ków Tar­pa­nów". Aż naczelny się wku­rzył: "Czy to jest audy­cja rekla­mowa samo­cho­dów rol­ni­czych Tar­pan?" - któ­rych pro­duk­cję uru­cho­miono aku­rat wtedy w pod­po­znań­skim Anto­ninku, a z któ­rej po pra­wie pół wieku wyro­sła mon­ta­żow­nia volks­wa­gena.

Jesz­cze parę słów o Tar­pa­nach - zespole, a nie samo­cho­dach. Powstał on na bazie gdań­skiego zespołu Gol­de­rous z soli­stą Edwar­dem Hule­wi­czem. Tutaj w Pozna­niu, gdzie zespół wylą­do­wał po uda­nej tra­sie w Cze­cho­sło­wa­cji, dołą­czyły do niego miej­scowe talenty: Halina Frąc­ko­wiak, Halina Żyt­ko­wiak i Adam Adam­ski. Byłem zauro­czony tym zespo­łem i zaan­ga­żo­wa­łem się we współ­pracę i, co naj­waż­niej­sze, w przy­jaźń z nimi! Szcze­gól­nie z Edwar­dem Hule­wi­czem i dla­tego do dziś w Wiki­pe­dii wid­nieje infor­ma­cja, że byłem jego mene­dże­rem. Wtedy w Pol­sce takie słowo nie było jesz­cze znane. Czy byłem mene­dże­rem? Raczej doradcą i to ja bar­dziej uczy­łem się zawodu przy nim.

W tym zespole pozna­łem też kra­jankę, czyli dziew­czynę z Wildy, Halinę Żyt­ko­wiak. To były lata 1965-1968. Nie wie­dzia­łem, że ten trop wie­dzie mnie do przy­szłej współ­pracy z Krzysz­to­fem Kraw­czy­kiem.

Na zastrze­że­nia szefa Radia co do nazwy audy­cji zapro­po­no­wa­łem jej nowy tytuł "Radiowy Klub Pol­skiej Muzyki Mło­dzie­żo­wej" i roz­sze­rze­nie jej for­muły na obraz całej muzyki w tym stylu w Pol­sce. Bar­dzo się ten pomysł spodo­bał dyrek­to­rowi Sta­ni­sła­wowi Kubia­kowi.

Kiedy piszę tę książkę, która opiera się na przy­go­dach mojego życia, to stwier­dzam, nie bez skrom­no­ści, że jed­nak mimo trud­nych cza­sów potra­fi­łem się w życiu "prze­py­chać". I to samo zale­cam wszyst­kim mło­dym ludziom, któ­rzy zde­cy­do­wali się prze­czy­tać tę w sumie dziwną, może atrak­cyjną, ale jed­nak nie­ła­twą książkę. Dla­czego nie­ła­twą? Bo jeżeli spoj­rzeć na to wszystko z per­spek­tywy dzi­siej­szych cza­sów, to nie do końca może być wiele tam­tych zda­rzeń i zacho­wań zro­zu­miałe. Ale może jed­no­cze­śnie budzić reflek­sje, że w pew­nych sytu­acjach, nie­za­leż­nie od cza­sów ludzie zacho­wują się podob­nie. Moja prze­bo­jo­wość w Pol­skim Radiu Poznań przy ulicy Ber­wiń­skiego prze­stała się podo­bać mojemu odkrywcy, redak­to­rowi Janu­szowi Hoja­nowi. Powie­dział­bym: zaczą­łem wyka­zy­wać zbyt dużą samo­dziel­ność i w poglą­dach, i w dzia­ła­niach. A on znany był ze swo­ich ego­istycz­nych i nisz­czą­cych poczy­nań. Można się też było domy­ślać pod­stawy jego umo­co­wa­nia, jeżeli roz­mowa z nim prze­cho­dziła na tematy poli­tyczne. Wtedy tylko zada­wał pyta­nia. Zwró­cił mi na to uwagę mój nowo poznany w radiu, też nowy przy­ja­ciel a potem men­tor, Jerzy Milian.

I być może szybko bym z tego Pol­skiego Radia "wyle­ciał", gdy­bym przy­pad­kiem nie zaprzy­jaź­nił się z samym synem dyrek­tora roz­gło­śni, Wojt­kiem Kubia­kiem. Tak samo roz­ko­cha­nym w muzyce naszego poko­le­nia, a do tego gra­ją­cym jesz­cze na gita­rze elek­trycz­nej, przy­wie­zio­nej mu przez ojca z zaprzy­jaź­nio­nego z Pozna­niem Cot­t­bus. Kiedy go towa­rzy­sze z NRD zapy­tali, co chciałby towa­rzysz dyrek­tor zabrać dla rodziny, odpo­wie­dział: "Gitarę elek­tryczną dla syna". Już widzę zdzi­wie­nie Genosse!

Woj­tek oka­zał się nie tylko świet­nym kum­plem i moją polisą ubez­pie­cze­niową w poznań­skim radiu. Był mi pomocny na każ­dym kroku, choć ja wyko­ny­wa­łem tę czarną robotę. Ale ja to lubi­łem robić. Do mnie nale­żało prak­tycz­nie zre­da­go­wa­nie całych audy­cji. On tylko przy­cho­dził na nagra­nie i dawał swój głos. Ale jakże to był cenny głos. Do tego jesz­cze zało­ży­li­śmy wła­sny zespół pod nazwą Bir­banci, w skła­dzie: Prze­mek i Woj­tek Lisieccy, Michał Stu­li­grosz i Woj­tek Kubiak.

Jako radiowcy współ­pra­co­wa­li­śmy owoc­nie przez osiem lat, ale ja nazbyt zaczą­łem "wyry­wać się na nie­pod­le­głość". Kiedy zosta­łem dyrek­to­rem arty­stycz­nym Estrady Poznań­skiej, dyrek­tor Kubiak nie wytrzy­mał tego i zabrał mi audy­cję.

Czyż nie jest to para­dok­sem, że wkrótce, kiedy umarł, ja nio­słem za jego trumną wie­niec od Estrady Poznań­skiej?