Uprzedzone natarcie
Kawaleria ruszyła w kierunku Bzury 14 września. Panowała słoneczna,
bardzo ciepła pogoda. Wysychały bagna, poziom rzeki obniżył się
znacznie. Podwładni generała Romana Abrahama, choć dotkliwie odczuwający
trudy dotychczasowych walk i przemarszów, byli mimo wszystko w lepszej
sytuacji niż piechota, która nocami przemierzyła na własnych nogach
ogromną odległość z Poznańskiego aż do Bzury. 15 pułk Ułanów Poznańskich
jeszcze tego dnia opanował bez walki Brochów, sforsowawszy rzekę bez
przeszkód ze strony nieprzyjaciela. Wkrótce jednak od południa
zaatakował wieś batalion piechoty niemieckiej, wsparty czołgami i silną
artylerią. Dwa szwadrony, które usadowiły się we wsi, zmuszone zostały
do wycofania się za Bzurę do lasu Marysin. Do rzeki podeszły z kolei: 7
pułk strzelców konnych Wielkopolskich pułkownika Stanisława Królickiego,
który świetnie spisał się w walkach pod Zbrożkową Wolą w rejonie Głowna,
oraz 17 pułk Ułanów Wielkopolskich im. Króla Bolesława Chrobrego,
dowodzony przez pułkownika Ignacego Kowalczewskiego. Około południa 7
psk zgrupował się w lesie Biała Góra. W godzinę później do jego sztabu
dotarł rozkaz bojowy dowódcy Wielkopolskiej Brygady Kawalerii:
natychmiast sforsować Bzurę i z powrotem opanować Brochów. Na prawo, na
wysokości wsi Mistrzewice, miał przejść przez Bzurę 17 pułk ułanów.
Było dotąd spokojnie, tylko od zachodu i południa dochodził z oddali
głuchy pomruk dział. Niespodziewanie to niemal nieruchome, przesycone
słońcem powietrze przeszyły z charakterystycznym poszumem pociski
artyleryjskie, by wybuchnąć w lesie gdzieś za miejscem koncentracji
pułku. Rozpoczęła ogień niemiecka artyleria, która odtąd bez przerwy,
choć z różnym natężeniem, miała towarzyszyć działaniom kawalerzystów.
Strzelcom konnym Królickiego skończyły się mapy -?sztab dysponował tylko
jedną w skali 1:300 000, mało przydatną w tych warunkach. Ponieważ widok
na Brochów i Bzurę zasłaniał niewielki lasek i piaszczyste wzniesienie z kilkoma wiejskimi chatami, przeniesiono się właśnie na nie. Tam też
Królicki zwołał swoich dowódców szwadronów na przedbitewną odprawę.
Brochów był stąd widoczny jak na dłoni. Nad wsią usytuowaną na
niewielkim pagórku dominował zabytkowy kościół z dwiema wieżami. Dojście
do Brochowa przegradzała Bzura, odległa od wsi 600-700 metrów. Niemcy,
sami niewidoczni, mieli doskonały wgląd w polskie stanowiska. Aby
osiągnąć wieś, trzeba było przebyć znaczną odległość po terenie zupełnie
nieosłoniętym. W dodatku brzeg rzeki po "polskiej" stronie był urwisty,
zaś po przeciwległej płaski, nie dający atakującym żadnej osłony.
Dokonawszy lustracji terenu, pułkownik wydał rozkaz, notowany skrzętnie
przez rotmistrza Zbigniewa Szacherskiego.
-?Pułk przesunie się do Bzury z zadaniem jej sforsowania. Na czele
pierwszy rzut w składzie pierwszego i drugiego szwadronu, armaty
przeciwpancerne i drużyna cekaemów. Szwadrony trzeci i czwarty w drugim
rzucie ze szwadronem cekaemów i dwoma działkami pepanc. Pierwszym rzutem
dowodzi mój zastępca major Paweł Budzik, drugim rotmistrz Jankowski.
Wysłać patrole na lewo i prawo w celu ubezpieczenia się i nawiązania
łączności z sąsiadami. Artyleria zajmie stanowiska w lasku przed nami w gotowości do otwarcia ognia na przeprawę i Brochów. Koniowodni wrócą z końmi do lasu za nami. Będę przy pierwszym rzucie. Na koń i wykonać!
Artyleria niemiecka strzelała nadal. Major Budzik, nieustraszony oficer
tak dzielnie walczący pod Zbrożkową Wolą, wypadł kłusem z lasu, a za
nim, wzniecając tumany kurzu, szwadrony rozjeżdżające się na plutony i sekcje. Wszystko przebiegało szybko i precyzyjnie. Ale oto zza kolejnej
fałdy terenowej wyłonił się folwark Mistrzewice i stary cmentarz na
niewielkim wzgórku. Właśnie od cmentarza rozszczekały się karabiny
maszynowe, kierując ogień na 1 i 2 szwadron. Odpowiedziała im zaraz
polska broń maszynowa. Odezwała się także niemiecka artyleria,
osłaniająca odwrót własnej piechoty ku rzece. Spieszeni tymczasem
strzelcy konni skokami posuwali się w kierunku Bzury. Ujawniły się
liczne gniazda broni maszynowej w samym Brochowie. Major Budzik biegł
przed tyralierą, podciągając pozostających w tyle. Wcale się nie krył,
przed samym cmentarzem padł trafiony celnym pociskiem. Nieprzytomnego
odnieśli zaraz do tyłu dwaj strzelcy. Pospiesznie odtransportowano go do
szpitala w Giżycach, gdzie, nie odzyskawszy przytomności, zmarł. Pułk
stracił jednego z najlepszych oficerów, zaś pułkownik Królicki cenionego
zastępcę. Miejsce poległego zajął rotmistrz Szacherski.
Szwadrony tymczasem opanowały dwór i cmentarz -?jak się okazało, stary
niemiecki cmentarz z I wojny światowej. Był stąd znakomity wgląd na
przeciwległy brzeg Bzury i cały niemal Brochów. Na najwyżej wzniesionym
punkcie cmentarza ulokował się natychmiast obserwator artyleryjski
(artyleria własna z braku map nie mogła dotąd prowadzić ognia).
Nadbiegli telefoniści. Wszystko szło sprawnie i gdyby nie ranni i zabici, wydawałoby się, że to ćwiczenia.
-?Rotmistrz Jankowski do mnie! -?zawołał Królicki, który zdążył
zainstalować już swoje stanowisko dowodzenia na cmentarzu. Dowódca
szwadronu ckm zjawił się niemal natychmiast.
-?Niech pan ustawi wszystkie dwanaście cekaemów i cztery armaty
przeciwpancerne na dogodnych stanowiskach i weźmie pod ogień Brochów,
tylko szybko! Broń maszynowa pozostanie tutaj do czasu zdobycia wsi.
-?Rozkaz, panie pułkowniku!
Artyleria polska rozpoczęła wstrzeliwanie się, wkrótce pociski trafiły w wieś, wzniecając w niej pożary. Królicki wezwał do siebie porucznika
Groniowskiego, dowodzącego 4 szwadronem, i porucznika Kaczmarka, dowódcę
3 szwadronu. Powrócił także rotmistrz Jankowski. Bez zbędnych wstępów
pułkownik rozkazał:
-?Natarciem na Brochów dowodzę osobiście. Drugi szwadron uderza na park
i folwark, czwarty szwadron na kościół, trzeci szwadron na północny
skraj wsi. Pierwszy szwadron posuwać się będzie na prawo od drugiego.
Zająć stanowiska nad brzegiem rzeki, sygnał do ataku: ogień naszych
cekaemów i działek. Pytania są?
Nie było. Dowódcy rozbiegli się do swoich pododdziałów, tym chętniej, że
cmentarz okładało coraz więcej pocisków artyleryjskich. Widać Niemcy
domyślili się, gdzie może znajdować się koordynator ognia
artyleryjskiego. Śmierdziało trotylem, wylatywały w powietrze krzewy
bzu, kamienie i ludzkie szczątki z rozbitych mogił.
Teraz trzeba było zadbać o skrzydła. Na szczęście na prawo pojawił się
17 pułk ułanów. Nie udało mu się wprawdzie sforsować rzeki, niemniej
związał nieprzyjaciela w najgorętszym momencie. Odezwała się wreszcie
salwa dwunastu polskich cekaemów i natarcie ruszyło.
Strzelcy z urwistego brzegu jednym skokiem rzucali się do rzeki i brnęli
przez nią z karabinami uniesionymi nad głową. Niemcy, zaskoczeni tempem
działania Polaków, dopiero po sforsowaniu przez nich Bzury przenieśli na
piechotę ogień cekaemów i dział. Ale jedynym rezultatem był jeszcze
szybszy ruch polskich tyralier. Natarcie przebiegało sprawnie. Tylko 1 i 2 szwadronom nie wiodło się tak dobrze. Miały przed sobą zupełnie
odkryty teren: żwirowisko pozalewowe i łąkę bez żadnych naturalnych
osłon, nic więc dziwnego, że nieprzyjaciel skupił na nich większość
swoich środków ogniowych.
Niespodziewanie zjawił się u dowódcy pułku dowódca kompanii wartowniczej
z Grudziądza, przysłany tu przez dowódcę brygady. Królicki skierował tę
kompanię, by wzmocniła 1 i 2 szwadrony, których strzelcy zalegli 250
metrów od wsi i zaczęli się szybko okopywać.
Nagle Niemcy przenieśli cały swój ogień na przeciwległy brzeg. Pojawił
się tam bowiem jeździec na białym koniu. Żołnierze zaraz rozpoznali
dobrze sobie znaną sylwetkę generała Abrahama. Jechał wolno, lustrował
stanowiska cekaemów, dawał jakieś wskazówki. Ziemia aż gotowała się
wokół niego, ale żaden pocisk nie trafił. Zdenerwowany pułkownik
Królicki kazał trębaczowi zagrać sygnał "z koni", ale i to nie pomogło.
Dopiero w pobliżu cmentarza generał zsiadł bez pośpiechu z wierzchowca,
który galopem popędził do lasku Mistrzewice. Miał widać słabsze nerwy od
swojego jeźdźca.
Moment nieuwagi nieprzyjaciela wykorzystali strzelcy z 3 i 4 szwadronu.
Mieli do wsi niedaleko, rzucili się naprzód z gromkim "hura!". Poszły w ruch granaty ręczne. Aby nie razić swoich, artyleria przeniosła ogień na
południowy kraniec wsi, trzymany ciągle przez Niemców. Ruszył zaraz do
ataku 2 szwadron, opanowując folwark i park, zaś bateria ścigała
pociskami wycofującego się na południowy wschód nieprzyjaciela.
Niemcy nie zrezygnowali jednak tak łatwo z Brochowa. Ogień ich artylerii
objął swym zasięgiem wieś opanowaną w końcu w całości przez Polaków.
Wysokie wieże kościoła w Brochowie stanowiły znakomite punkty
obserwacyjne. Dopiero stamtąd widać było, że kto miał wieś, ten
kontrolował dojście do krańcowych zachodnich połaci Puszczy
Kampinoskiej, i to zarówno jej południowego, jak i północnego pasma. Nic
zatem dziwnego, że Niemcom tak zależało na Brochowie. Polacy, aby się
tam utrzymać, musieli przerzucić przez rzekę cekaemy i działka
przeciwpancerne.
Istniał pod Brochowem na Bzurze jeden drewniany, dosyć rachityczny
mostek, nadwerężony już odłamkami i czasem. Po nim właśnie musiały
przejść taczanki i działa. Saperzy rzucili się do kontrolowania wiązań i reperacji uszkodzeń. Niemcy także zorientowali się, w czym rzecz, toteż
szybko zabrała się do mostka co najmniej bateria artylerii. Wylatywały w niebo fontanny wody i błota, fruwała darń i kawałki pni, a mostek ciągle
stał nienaruszony. Nie mogło to jednak trwać w nieskończoność.
Wkrótce na brzegu pojawiła się pierwsza taczanka. Woźnica na sekundę
zwolnił, a później konie z rozwianymi grzywami ruszyły pełnym galopem.
Taczanka z łomotem przetoczyła się przez most, za nią druga i następne.
Wszystkie oczy zwróciły się na przeprawę. Granaty padały coraz gęściej -
i za mostem.
Taczanki z cekaemami przeszły wszystkie. Teraz kolej na armaty
przeciwpancerne. Cel duży, łatwy do trafienia! Oto pierwsze działko.
Trójka koni, woźnica z napiętymi lejcami, skupiony, pochylony do przodu.
Poszła! Za nią trzy pozostałe. Już są na łące, już chowają się pod
drzewami parku. Ogień na mostek ustał momentalnie. Ten pojedynek Niemcy
przegrali.
W dworskim parku pojmano kilku jeńców. Nie byli to jednak żołnierze
Wehrmachtu, z którymi mieli dotąd do czynienia strzelcy konni. Młodzi,
wysocy, jasnowłosi, na kołnierzach dwie błyskawice. Rycerze SS.
Zapytani, chętnie przyznawali: "Ja, Leibstandarte "Adolf Hitler"".
Pułk walczył więc z doborową jednostką.
W samą porę ściągnięto do wsi cekaemy i działka. Z wieży kościelnej
meldowano o pojawieniu się czołgów i piechoty w Janowie, Brochocinie i lasku obok folwarku Wólka Aleksandrowska. Szykowało się kontrnatarcie.
Artyleria nieprzyjacielska skupiła teraz swój ogień na obszar w pobliżu
kościoła i zabudowań folwarku, słusznie przewidując, że tu zgrupowano
konie i najpewniej sztab.
Generał Abraham, obecny cały czas, nie przeszkodził ani jednym słowem
dowódcy pułku. Widząc obecną, dosyć napiętą sytuację, obiecał dostać
pułkowi dodatkową baterię artylerii i z tą obietnicą odjechał.
Szwadrony szykowały się tymczasem do obrony. Okopywano cekaemy,
maskowano stanowiska. Zjawił się także zapowiedziany przez generała
kapitan Wiktor Olszewski, dowódca 2 baterii 7 dywizjonu artylerii
konnej. Jego bateria zaczęła się wstrzeliwać, co wywołało natychmiastową
ripostę niemiecką. Centrum wsi i rejon kościoła znalazły się pod
gwałtowną nawałą artyleryjską. W samym Brochowie wybuchały wciąż nowe
pożary, niegaszony ogień rozszerzał się na sąsiednie drewniane domy
wysuszone upalnym latem i pogodną jesienią. Płomienie i gryzący dym
zmuszały żołnierzy do zmiany stanowisk.
Dwanaście polskich cekaemów trzymało w szachu piechotę, nie mogło jednak
powstrzymać czołgów, które zbliżały się coraz bliżej. Załogi wozów
bojowych otworzyły ogień na folwark i park. Wówczas to jak taranem
uderzył w czołgi ogień obydwu polskich baterii. Jeden z nich stanął
natychmiast w płomieniach. Przeniesienie całego ognia armatniego na wozy
pancerne spowodowało poderwanie się piechoty niemieckiej, wobec czego
skierowano tam ponownie ogień 3 baterii. Precyzyjnie korygowany z wieży
kościoła zmusił nieprzyjacielskie tyraliery do zalegnięcia. Tymczasem
czołgi z czarnymi krzyżami, kryjąc się za zasłonami terenowymi, podeszły
na 400 metrów od parku, zagrażając skrzydłu 2 szwadronu. Ale tutaj byli
artylerzyści. Celny strzał armaty unieruchomił jeden z wozów. Załoga,
która próbowała ratować się ucieczką, padła pod ogniem broni maszynowej.
Trzy pozostałe wybrały odwrót, nie zaprzestając prowadzenia ognia.
Ofiarą jego padł obsługujący karabin przeciwpancerny starszy strzelec
Władysław Gąska. Doskoczył do niego porucznik Radoński i zaczął
opatrywać. Gąska mówił coś słabnącym głosem. Porucznik oczekiwał
przesłania do rodziny lub skargi, ale ku swojemu zdumieniu usłyszał...
instrukcję obsługi karabinu przeciwpancernego! Zaprzysiężonych i przeszkolonych w ich obsłudze żołnierzy było przecież tak niewielu.
Rannego odesłano szybko na tyły.
Na przedpolu pozycji bronionych przez 1 szwadron ukazało się tymczasem
około dwudziestu czołgów. Szły szeroką ławą prosto na Brochów. Cała
polska artyleria skupiła na nich swój ogień, w krytycznym momencie
włączył się do akcji dywizjon 15 pułku ułanów skierowany tu przez
generała Abrahama. Główny ciężar walki spadł teraz na armatki
przeciwpancerne, którymi dowodził nieustraszony podporucznik Ignacy
Bukowiecki. Celny ogień wyeliminował trzy wozy nieprzyjaciela, ale mimo
strat parł on uparcie naprzód. Ruszył silny atak niemieckiej piechoty
wspieranej artylerią. Ranny został starszy strzelec Jan Zet, a wkrótce
potem starszy strzelec Bazyli Motłuk. Podporucznik Bukowiecki dwoił się
i troił. Wymieniał obsługi, pomagał przeciągać armaty w bardziej dogodne
do strzelania miejsca. Nagle i on padł rażony pociskiem z karabinu
maszynowego. Brak dowódcy spowodował zamieszanie, działonowi plutonowy
Bartkowiak i kapral Dyba przerwali ogień i przetoczyli Boforsy w głąb
parku. Przeniesiono tam także rannego porucznika, któremu strzaskany
kręgosłup sprawiał niesłychany ból. Przerwa w ogniu przeciwpancernym nie
uszła uwagi nieprzyjaciela. Trzy jego czołgi przerwały się przez zaporę
ogniową i wtoczyły do parku. Strzelcy 2 szwadronu zaczęli się wycofywać.
Ostrzeliwali się zza konarów drzew i z murowanego spichrza folwarcznego,
ale wobec pancerzy byli bezradni.
Sytuację uratowali kaprale Poznański i Ratajczak, którzy jako
celowniczowie zastąpili rannych. Pod osłoną zabudowań przetoczyli armaty
na nowe stanowiska i znaleźli się o niecałe sto metrów od zionących
ogniem czołgów. Strzały długolufowych Boforsów z tak bliskiej odległości
okazały się skuteczne: dwa wozy stanęły natychmiast w płomieniach,
trzeci spiesznie rejterował. Drugi szwadron powrócił na swoje dawne
pozycje, wróciły na swoje miejsce armaty.
Na odcinku bronionym przez 3 i 4 szwadrony także pojawiły się czołgi.
Tutaj Polacy dysponowali jedynie karabinami przeciwpancernymi i karabinami maszynowymi z amunicją przeciwpancerną. Porucznik Groniowski
rozkazał strzelcom schronić się w ruinach spalonych domów. Sam wyrwał
karabin przeciwpancerny z rąk zdenerwowanego strzelca i starannie
zmierzył do najbliższego czołgu, przyciskając mocno kolbę do ramienia
(ta broń bardzo "kopała"). Strzał -?i żadnego rezultatu. Zmierzył
ponownie i znowu nic. Po trzecim strzale wóz zatrzymał się, ale jego
wieża ciągle błyskała ogniem. Groniowskiego ogarnęła złość. Strzelał raz
za razem, przekonany, że karabin jest widać niecelny bądź pancerz czołgu
zbyt silny. W pewnym momencie czołg znieruchomiał. Podeszły do niego dwa
następne, wyglądało na to, że chcą wziąć go na hol, ale ostatecznie nie
odważyły się wyjść pod ogień polskich strzelców. Wycofały się, a ten
nieruchomy zaprzestał ognia. Po bitwie okazało się, że wszystkie strzały
z karabinu były celne, pociski bez trudu przebijały pancerną blachę, zaś
cała niemiecka załoga została wybita.
Z lewej strony, tam gdzie bronił się 3 szwadron, teren był pofałdowany.
Tutaj także pojawiły się czołgi, i to od razu bardzo blisko. W obawie
przed kaemami polscy strzelcy rozpierzchli się między spalonymi
budynkami. Dwa wozy wtoczyły się w labirynt wiejskich podwórek w poszukiwaniu celu. Zdarzyło się wówczas coś nieprawdopodobnego, jak z przygodowego filmu. We framudze, gdzie niegdyś były drzwi teraz na wpół
wypalonego murowanego domku, przyczaił się podchorąży Stanisław Taylor z kilkoma strzelcami. Strzelcy uzbrojeni w granaty, Taylor z pistoletem w dłoni. Wprost na nich z chrzęstem gąsienic sunął jeden z czołgów.
Zatrzymał się tuż przy framudze. Powoli uniosła się pokrywa i wychynął
dowódca, chcąc zorientować się w położeniu. Ostatnie, co ujrzał w życiu,
to była skupiona twarz podchorążego, który władował w niego kilka
pocisków z Visa. Przez uchylony właz strzelcy wrzucili granaty ręczne. Z załogi ocalało dwóch czołgistów, jeden był ranny. Rannego władowano na
plecy zdrowemu i odesłano do niewoli. Drugi wóz skrył się spiesznie za
fałdą terenową. Ścigani ogniem artylerii niemieccy pancerniacy wycofali
się razem z piechotą.
Przyszedł czas na chwilę oddechu. Pułkownik Królicki i rotmistrz
Szacherski pod murami kościoła zebrali rannych. Leżeli tutaj
przyniesieni wcześniej podporucznik Bukowiecki i dwaj celowniczowie.
Miały po nich przyjechać taczanki. Zanim to jednak nastąpiło, Bukowiecki
skonał, wkrótce później zmarł starszy strzelec Bazyli Motłuk. Królicki
rozkazał wykopać dla nich grób tuż pod murami kościoła.
-?Niechaj spoczną w tej ziemi, której tak bohatersko bronili...
W pogrzebie, mimo trwającego ostrzału, wzięło udział kilkanaście osób:
poczet dowódcy pułku i obsługa Boforsów. Później, w czasie walk w głębi
puszczy, na taki luksus nie można już było sobie pozwolić.
Walka wygasała. Nadchodził wieczór. Pułkownik Królicki rozkazał
szwadronom, by na noc wycofały się za Bzurę. W Brochowie pozostawiono
dwie placówki na newralgicznych kierunkach, przy drodze na Konary i na
Janówek. Miały czerwoną rakietą sygnalizować natarcie nieprzyjaciela,
niebieską -?wycofywanie się. Zdawało się, że tego dnia Niemcy już nie
podejmą walki. Doborowe oddziały niemieckie otrzymały wszak niezłą
nauczkę. Przyznali to zresztą sami Niemcy. Dowodzący wówczas kompanią w Leibstandarte "Adolf Hitler" późniejszy generał major Waffen-SS Kurt
Meyer pisał: "Polacy atakują z wielkim uporem i dają zawsze od nowa
dowód, że umieją umierać. Byłoby niezgodne z prawdą, gdybyśmy chcieli
odmówić męstwa tym jednostkom polskim. Walki nad Bzurą prowadzone są z wielką zawziętością i rozpaczą. Najlepsza krew polska zmieszała się z wodami rzeki".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki