Odwrócony - Ernest T. Misiuna

Kup ebooka

21.00 zł
17.43 zł (17,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Czwartek

Samotność w wymiarach

Stoję. Stoję przy oknie. Patrzę. Patrzę przed siebie. Spokojnie, bez uczuć. Przyglądam się w kadrze planu ogólnego, trójwymiarowej kamery moich oczu. Za oknem zwyczajny dzień.

 

lubię wyglądać przez okno

to taki tani telewizor

z operą mydlaną bez końca

zawsze coś się dzieje

a jak coś się nie dzieje

to rzeczywistość wygląda jak obraz

też ciekawy

młoda kobieta pcha dziecinny wózek

chodnik wspina się przed nią

pewnie jej ciężko

bachor wrzeszczy wniebogłosy

słychać go aż tutaj

fajna jest

filigranowa blondynka

zgrabna

one są silne

małe ale silne

wytrzymałe

jak silniki diesla

 

pewnie w łóżku

pracuje lepiej niż stół wibracyjny

ktoś korzysta

ale klawa pogoda

chyba wezmę sobie piwo z lodówki

tam czeka ich cała bateria

jam dziś dowódca

oj będzie wojna

 

Stoję przy oknie i patrzę. Patrzę przed siebie spokojnie, bez uczuć. Lubię tak patrzeć. Przyglądać się rzeczywistości. Temu TERAZ, które się właśnie dzieje. Czuję jednak, że tuż obok mnie też coś się dzieje. Nie widzę tego. Nie jestem w stanie tego uchwycić ale czuję to drżenie. Ten ruch. Ten inny świat, który się dzieje milimetry może ode mnie. W innych wymiarach. Czuję się przez to ułomny. Jak ryba w wodzie, która nie widzi, kto siedzi w łódce kołyszącej się nad nią. Nie widzi nawet tej łódki. Ledwie zarys. Ale wie, że tam jest. Wie, ale nic nie widzi. Zdaje sobie sprawę z istnienia łódki ale nic więcej. Tak i ja, nie mogę zobaczyć innego wymiaru. Boli mnie to i znacznie dołuje. Mocno przygnębia. Ryba nie zdaje sobie sprawy że jest w wodzie - ja nie zdaję sobie sprawy, że oddycham powietrzem. Chytra sprawa...

 

mam trzy wymiary życia

dzienny

nocny

gwiezdny

 

dzienny utrzymuje me kroki

w ładzie i należytym kierunku

 

nocny potężnym łóżkiem zaprasza

wszechnicą snów najdziwniejszych

kusi

 

gwiezdny podróżą jest

na planetę gdzie usiąść można

z moim marzeniem

miękkim i ładnie pachnącym

 

siedzieć na czarnej plaży

z ciemnoniebieskim niebem i morzem

 

bez słońca

bez słów

tylko z nią

ciepłą ciszą

 

Wracam do rzeczywistości. Wszędzie ruch. Niezbyt wielki ale coś się dzieje. Motocykl przejechał. Potem ciężarówka z owocami. Na chodnikach kobiety. Różne. Grube, chude, wysokie, niskie. Zwykle przeciętnie ubrane. Ale same kobiety. Już południe. Gdzie są faceci? Wyginęli? Przecież to nie mamuty. Pewnie są w pracy. Ktoś musi orać.

 

 

 

 

Ciąg dalszy w pełnej wersji książki.

Niedziela

Miłość i kobiety

Płynę. Płynę małym, wycieczkowym statkiem po rzece na tyle szerokiej, by czuć jej moc i mieć przed nią respekt. Nurt nie rwie się falami, nie ma przełomów i katarakt. Jest mocny ale leniwy, spieszy więc swoim tempem, niosąc ten wycieczkowy statek z silnikami pracującymi na tyle tylko, by utrzymywać sterowność. Mocarne Diesle nie parskają kłębami dymu. Statek ledwie mruczy. Rzeka odwzajemnia mu ten pomruk cichym pluskiem fal przed dziobem. Krzyknął ptak w szuwarach. Też chciałem krzyknąć ale to był początek rejsu i nie chciałem, aby od razu mnie wysadzili.

Płynę więc i stoję oparty o barierkę. Powoli ocieram się wzrokiem o miękkie, zielonożółte łąki. Gdzieniegdzie resztki mgły przycupnęły nad trawami i nadbrzeżnymi zaroślami. Jest ranek ale pogoda zdaje się nas rozpieszczać. Pomyślałem, że ten rejs to był dobry pomysł. Dawno nie byłem na jakiejkolwiek łajbie. Ta zresztą wyglądała bardzo schludnie i komfortowo. Żadnej lipy. Ponad lustrem wody połyskiwały rzędy okien, dość bogato wyposażonych kabin. Moja była niewielka ale niewiele też potrzebowałem. Wąskie, ładnie zasłane łóżko, stolik przykręcony do podłogi, mała ubikacja. Jak dla mnie - luksus.

Wyszedłem na górny pokład i usiadłem przy małym stoliku. Skinąłem na kelnera i po chwili przyniósł mi zimne piwo. Bąknąłem "Danke!" i dalej wgapiałem się w krajobraz. Pokład zaczął się powoli zaludniać i o dziwo, nie było zbyt dużo starych, hałaśliwych Niemców. Jak to oni mają w zwyczaju - wyją megafonami paszczęk, jakby otaczała ich banda głuchych. Klientela okazała się być bardziej europejska, niż lokalna, bawarska.

Jedno mnie zdziwiło. Było dużo kobiet. Głównie w średnim wieku, co mi bardzo odpowiadało. Zwykle bowiem, niemieckie panienki porozumiewają się językiem maszynowego karabinu a stare Niemki ubrane są, a raczej mają na sobie coś, co zrzucono pod koniec drugiej wojny światowej na drugim krańcu lasu a i to, nie dla nich.

Nie było więc ani małoletnich ani starych Niemek. Były kobiety młode i te w średnim wieku. Przyjrzałem się dokładnie wszystkim. Stanowiły miły dla oka, kobiecy pejzaż i aż chciało się posiedzieć dłużej na pokładzie. Zadbane, uśmiechnięte, czyste. Towarzyszyło im kilku mężczyzn ale nie robili z tego zagadnienia. Pili piwo, przykładali do oczu lornetki i wtrącali do kobiecych rozmów czasami jakąś ornitologiczną uwagę. To one miały nad nimi werbalną przewagę i wszystkim było z tym dobrze.

Mnie przyroda przestała interesować. Rzeka jak rzeka, krzaki jak krzaki. W oddali jakieś zamki, nawet ładne. Mnie nurtowała nie rzeka, ale feministyczny aspekt tej podróży. Pomyślałem, że dziś mam ochotę pomyśleć sobie, ile te kobiety - ponad połowa ludzkości - mają dobrego w sobie, a ile wyjadają z duszy. Męskiej, rodzinnej, jakiejkolwiek. Wydziobują, wygrywają w sądach, wypłakują nad ranem, oddają w naturze innym facetom - często też żonatym, wyłudzają uśmiechem lub seksualnym szantażem. Jaki jest bilans? O co tu chodzi? Jak to jest, że ta pierwsza fascynacja, to uniesienie, ten zachwyt, to uwielbienie, zachłyśnięcie i maślany wzrok - zostają strute, marnieją i w najlepszym razie pasteryzują się formaliną czasu. O której godzinie bycia z kobietą umiera empatia? Kto jej zadaje śmiertelny cios? Od którego momentu bycia razem zaczyna się entropia układu?

Gdzie jest granica rozpoczynającej się entropii? W którym momencie ten męsko-damski układ przekracza granice uporządkowania i przeradza się w niszczycielski proces nie do zatrzymania? W zgodzie z prawami fizyki. Z drugą zasadą termodynamiki. Jak w ogóle, tak wzniosłe uczucie jak miłość dwojga osób do siebie, podlegać zaczyna prawu fizyki, określonemu nawet fizycznym wzorem? Kiedy kryształ pęka? Ten monolit uczuciowy zadeklarowany na ślubnym kobiercu. Ten szlachetny kamień znaleziony przez dwoje ludzi dla dwojga ludzi. Kiedy rozdzielają się siły spajające ten monolit uczucia? Kto go rozbija pierwszy? Poprzez co? Dlaczego? Czy jest jakiś powód? Jaki? Hmm... Ciekawe.

Dwie blondynki usiadły przy stoliku obok. Miały lody i kawę. Były zadbane i, jak na Niemki, ładne. Okazało się, że to Szwedki. Nie rozpoznałem z początku języka, którym się posługiwały, ale kto od razu rozpozna szwedzki? Naprowadziła mnie jednak szwedzka flaga w klapie żakietu jednej z nich. Chyba zrobiły sobie dwudniową przerwę w jakiejś konferencji. Kobiety nie noszą miniaturek flag na ubraniu. Rozmawiały cicho i miały piękne zęby. Jedna z nich, ta po prawej przypominała mi pewną znajomość. Przelotną znajomość. Tak przelotną jak czarter do Wiednia. To było dawno temu. Ale nie tak dawno, aby ją zapomnieć. Nie tak dawno, aby kiedykolwiek ją zapomnieć. Była stewardessą. Chłodna bryza od wody łagodziła coraz bardziej natarczywe promienie słońca. Napiłem się piwa. Przymknąłem oczy. Wróciło wspomnienie.

 

wróciłem nocnym lotem do

miasta którego nigdy

nie lubiłem

hotelowy pokój

sofa TV ręczniki

typowe miejsce

na spotkanie po latach

raz jeszcze powtarzam że

zawsze kochałem cię matematycznie

mówię do niej

 

to znaczy jak

tak 10 x 200

do 24 potęgi

odparłem

 

tak mało

zdziwiła się

 

a może tak po prostu

zrobiłabyś co trzeba

spytałem

 

zawsze byłeś wulgarną świnią

powiedziała

 

no to czułości mamy za sobą

pomyślałem

 

gdy było już spokojnie i czas

zdawał się zatrzymać w ramie lustra na ścianie

wstała niespiesznie a ja leżałem półbogiem

 

frankfurt leci dziś wcześniej

nie zdążę na czarter do wiednia

muszę iść

powiedziała

 

ładnie się ubierała

z wdziękiem

z klasą

 

pa

czy coś równie idiotycznego

padło od drzwi

uważaj na siebie

 

to chyba jakiś koszmar

pomyślałem

to się nie może dziać

jest zbyt prawdziwe

 

Zabuczała syrena wycieczkowego statku. To znak, że cumujemy przy jakimś malowniczym miasteczku. Dopiłem piwo. Niespiesznie ruszyłem do ubikacji aby nie biegać po wsi za latryną. Poprawiłem marynarkę, sprawdziłem czy dalej mam portfel i telefon. Byłem gotowy do zejścia na ląd. Taki mój jednoosobowy desant. Bez wsparcia. Rozpoznanie spacerem.

 

 

 

 

Ciąg dalszy w pełnej wersji książki.

Piątek

Pojęcie szczęścia i zakochani

Obudziły mnie mewy. Te to mają zawsze powód do hałasu. Codziennie rano, już przed piątą tak piłują dzioby, że spać nie idzie. No, nie da rady. Nie było się po co kulać po łóżku jak głupi. Usiadłem. Wsunąłem nogi w kapcie. Podrapałem się tam, gdzie trzeba i podszedłem do okna. Tego z widokiem na morze. Drapanie się przez gacie i patrzenie - to mój poczatek dnia. Otworzyłem jedno skrzydło jak szeroko. Syknąłem głośne "Siuuuu!!!" w kierunku mew. Popatrzyły się na mnie jak na idiotę i zrobiły parę ptasich kroków w kierunku rynny. Ucichły ale wiedziałem, że to tylko zmyłka. Chwyciłem kawałek niedojedzonej wczoraj wieczorem kanapki i cisnąłem ją poza obręb dachu. Wszystkie mewy zniknęły. No i to jedyny na nie sposób. Znowu kojąca cisza i zapach morza we wczesnych promieniach słońca. Zapowiadał się ładny dzień. Pomyślałem, że wyjdę dziś z pokoju.

Było o wiele za wcześnie na jakikolwiek posiłek. Ale dobrze byłoby jakimś płynem żołądek nasycić. Kawa? No, nie - takie kopniecie, to nie o tej porze. Woda? Bez przesady, kaca nie mam. Może małe piwko? Hmm. Malutkie piwko powinno dobrze komponować się z tym pięknym, słonecznym świtem. Poczłapałem w kąt pokoju. Wyjąłem z podręcznej lodówki małą, wąską butelkę Desperado. Taką małą butelkę nazywam "domięśniówką". Płyn wszedł jak zwykle gładko i odkaszlnął się cichym beknięciem. Przyjęło się. Wow! Jest byczo. Zarzuciłem na ramię ręcznik, zgarnąłem z półki przybory do golenia i poszedłem wziąć długi, chłodny prysznic.

Po godzinie siedziałem już ubrany i gotowy na zanurzenie się w rzeczywistość. A co mi tam! Pobrykam po wymiarach! Prysnąłem kilka kropel wody kolońskiej na twarz i mocno zapiekło. Nadal było jeszcze bardzo wcześnie. Chyba za wcześnie na jakąkolwiek zewnętrzną aktywność. Włączyłem "Echoes" Pink Floyd i z głośników popłynęły niezbyt głośne dźwięki najpiękniejszej suity rockowej na świecie. Położyłem się na łóżku i zamknąłem oczy. Fruwałem sobie z głosem Gilmour'a i dźwiękami jego gitary. Fruwałem tak w nieokreślonej przestrzeni zadowolenia. Było mi cicho, ciepło i dobrze. Zapadłem w krótki sen fruwający nad łanami zbóż.

Obudziłem się w kolejnej ciszy. Słońce kąsało mnie po twarzy promieniem i podnosiło powiekę porażając jasnością. Podniosłem się aby uciec od blasku. Usiadłem na brzegu łóżka. Wziąłem głęboki oddech. Potem drugi. I trzeci. I znów. Było rześko. Morska bryza uspokajała zakusy słońca. Było naprawdę klawo. Przeniosłem się na krzesło. Otworzyłem drugie okno. To z widokiem na park. Ależ ja mam fartowne widoki. Przysunąłem krzesło bliżej parapetu. Zgarnąłem ze stołu notatnik. Teraz czas na coś mocniejszego. Czajnik dyszał chwilę i zalałem wrzątkiem dwie łyżeczki czarnej, kolumbijskiej. Wróciłem na krzesło. Gapiłem się ciekawie przez to okno, wiedząc że tam, w tym krajobrazie niedługo będę. Nic wielce ciekawszego nie przychodziło mi jednak do głowy.

 

siedzę przed kawą

której zapach wypędza poranny zaduch

resztki świtu

patrzę przez okno

widzę park klasyczny

w angielskiej rzeźbie wymuskany

 

przed parkiem ulica ruchliwa

jak dziewczyny w porcie nad ranem

 

dwie sroki skaczą po chłodnym asfalcie

w ostatniej chwili odskakując przed

samochodami

całe swe srocze życie ryzykują dla

małego dziobnięcia

ziarna lub okruszyny chleba

przede mną kartka dalej biała

żadną ideą lub wersem nie skalana

 

zamiast pisać

logarytmy samego siebie

na zdania przekładać

dyszeć żądzą wyszukania

słów układu lub magicznych zaklęć

 

miast duszę w linię liter zaklinać

słowo po słowie

wiersz szyć niepokornym wersem

 

patrzę bezradnie przez okno na dwa ptaki

a one dalej tańczą ze śmiercią

głupie sroki

 

Spakowałem moją niebieską torbę. Dwa piwa, paczka kupionych wczoraj czereśni, paczka papierosów, notatnik, mały portfel brzęczący bilonem. Kurtka, czapka marynarza słodkich wód, klucze i już mnie nie było. Po wyjściu ze starej, wiktoriańskiej kamienicy od razu skierowałem się do parku. Daleko nie było. Tylko przez ulicę. Jak zwykle. W północnej części zielonego kompleksu przecinanego rozlicznymi strumieniami, mostkami i malowniczymi jeziorkami, przycupnęła mała restauracja. Było już po dziewiątej, więc można było tam dostać gorące śniadanie. Tylko Anglicy biegają po świecie z rana, szukając gorącego śniadania. Tutaj to normalka.

 

 

 

 

Ciąg dalszy w pełnej wersji książki.

Poniedziałek

Śmierć

poeta umiera cicho

cichuteńko

 

bez szaleństw

wierzgania nogami

plucia krwistą śliną

 

poeta umiera cicho

cichuteńko

okryty zgrzebnym pledem

z linijek jego wierszy

utkanym

 

poeta umiera cicho

z wyrzutem sumienia za innych

 

zimnym skinieniem zamyka mu oczy

świadomość wszystkiego czego nie napisał

 

poeta umiera cicho

ze smutkiem w oczach

z przejmującym żalem

z resztką miłości w zakrwawionym sercu

 

ostatnie tchnienie

jego zwycięstwem jest

 

ale czy na pewno

 

Mogę powiedzieć, że wiedziałem, co się dziś stanie. Że, niby coś czułem. Że, niby coś wewnętrznie mnie ostrzegało. Podpowiadało. Jakaś intuicja. Intuicyjne przeświadczenie. Potwierdzenie podejrzenia. Ale czymże intuicja jest, jeśli nie rodzajem mojej wyobraźni wciskającej mi przekonanie, że jest tak jak myślę, że będzie. Dlatego nie mogę powiedzieć, że naprawdę czułem nadchodzące zdarzenia. Właściwie jedno zdarzenie. Jedno ale mocne. Takie z przytupem. Takie ludzkie Grande Finale.

Nie mogłem tego przewidzieć. Nie było szansy aby to logicznie wytropić. To był kolejny, słoneczny poranek. Jeden z tych, w które zanurzasz się z przyjemnością, błogim lenistwem w wewnętrzną harmonię z otaczającą cię rzeczywistością. Sielankowy pejzaż spokoju i przewidywalności. Wkroczyłem w ten pejzaż ze spokojem i czystym umysłem. Nie zanieczyszczonym żadnymi zmartwieniami i przemyśleniami. Ot, fantastyczny poranek, dający szansę na ciekawe spędzenie reszty dnia. Na napisanie kilku linijek wiersza. Może nawet dobrego. Może nawet takiego, który za mną od dawna chodził i dawał kuksańce w bok, aby go wreszcie zapisać.

Po prostu szedłem w szlafroku i kapciach do pobliskiego sklepu na rogu. Małego sklepiku prowadzonego przez zawsze uprzejmego Hindusa. Jak zwykle nie było ruchu i w minutę okrążyłem niewielką przestrzeń, zawaloną mnóstwem towaru. Moje zakupy były zawsze takie same. Kupiłem to, co facetowi niezbędne z rana: mleko, codzienną bulwarówkę, chleb, piwo i fajki. Było tak ciepło i urokliwie tego poranka, że zapragnąłem posiedzieć w tym szlafroku i kapciach na mojej ławce. W parku, na mojej ulubionej ławce otoczonej przystrzyżonymi krzakami, impresjonistycznie upstrzonymi różnokolorowymi kwiatami. Nie po to, aby się na niej rozsiadać. Tak tylko, przez chwilę sobie posiedzieć. Kilka, kilkanaście minut, aby połączyć się z tym ciepłym ale rześkim porankiem. Park był o szerokość ulicy ode mnie. Przez szpaler żywopłotu widziałem przenikające refleksy jednego z rozlicznych, parkowych jeziorek. Kaczki kwakały wesoło.

Wkroczyłem dziarsko na jezdnię, poprawiając zakupy niesione pod pachą. W odgłosie krótkiego pisku pochłonęła mnie ciemność. Nagle. Znienacka. Bez uprzedzenia. Natychmiast. Szybciej, niż natychmiast. Nic nie czułem. Po prostu wyłączyli mi prąd, bez bólu. Nie pamiętałem nawet, czy rozbiło się piwo. A to by mnie wkurzyło.

 

ciemność

jasno

ciemność

znowu jasno

znowu ciemność

 

otwieram i zamykam oczy

otwieram i zamykam oczy

nie wiem już kiedy otwieram

nie wiem już kiedy zamykam

 

proszę pani, proszę pani

gdzie ja jestem

dokąd prowadzi ta droga

proszę pani

 

do cichej krainy ze słonecznikami

 

czemu akurat ze słonecznikami

 

nie wiem

nie ja je malowałam

 

ale pani piękna jest

 

wiem

 

czy to sen

 

być może

 

czy to rzeczywistość

 

kto wie

jeżeli śnisz znaczy że jesteś

poza życiem nie ma snu

 

czy ja umarłem

 

być może

 

co mam robić

 

nie wiem

 

to może pójdę sobie

 

idź

 

to może zostanę

 

zostań

 

ale dziwna sytuacja

 

zaiste

 

czy jest jakaś inna rzeczywistość

rzeczywistość albo świat równoległy

 

nie wiem

 

to najdziwniejsza sytuacja w jakiejkolwiek byłem

 

pewnie tak

 

daj mi jakąś radę

 

jaką

 

nie wiem

kompletnie nie wiem co robić

to aż niewyobrażalne

 

to nie wyobrażaj sobie tego bo cóż jest wiarygodne

 

jak to co

samoloty samochody

inni ludzie

telewizja

wyścigi konne

 

one nie istnieją

 

chyba jednak umarłem

odwaliłem kitę jak nic

 

chyba nie a może tak

 

co się ze mną dzieje

 

nie wiem

nie pytaj o to

zadajesz dużo pytań

chyba się obudzę

 

obawiam się że nie możesz

 

to znaczy że jednak umarłem

 

to nic nie znaczy

 

jak to

 

tak to

 

ale debilna sytuacja

uderz mnie

 

po co

 

chcę wiedzieć czy poczuję ból

 

sam się uderz

 

dobrze, patrz

uderzam się

 

poczułeś coś

 

nie

co się dzieje

 

nie wiem

mówiłam już

nie pytaj o to

co mam takiego zrobić

aby ruszyć

wyjść z tej sytuacji

 

to proste

otwórz oczy

 

otworzyłem

 

nie tak otwórz bardzo szeroko

 

dobrze

otwieram bardzo szeroko

 

jasność

błysk i jasność

ciemność

znowu jasność

głos

 

mamy cię z powrotem człowieku

ale nam napędziłeś strachu

siostro

proszę kontrolować ciśnienie i tętno

mamy go z powrotem

 

jasność

już zawsze jasność

mają mnie z powrotem

 

Nagle pojawiła się ona. Myśl. Przypominała myśl. Szybowała gdzieś dostojnie w międzyplanetarnej przestrzeni umysłu, ale na pewno była myślą. Nie wiedziałem jeszcze co zawiera, ani czy to ja stwierdzam jej obecność. Może to nie moja myśl? Może ja już nie myślę, a postrzegam tylko jej obecność? Czułem jakbym był odrębnym bytem, którego spokój mąci cicha myśl. Jej obecność była wyczuwalna. W żaden sposób uciążliwa - ale wyczuwalna.

 

 

 

 

Ciąg dalszy w pełnej wersji książki.

Sobota

Sens i peron życia

życie jest jedno

nie wolno go spieprzyć

choć właściwie spieprzone

wcale nie jest złe

 

Od rana miałem ochotę na jajecznicę. Żadną tam skomplikowaną. Zwykłą. Męską. Pseudo kawalerską. Niedużą ale smaczną. Smaczną jajkami i masłem. I odrobiną mleka. Posiekanym szczypiorkiem. Po prostu smaczną, delikatną jajecznię. Poszedłem do kuchni. Niedaleko. Sześć kroków.

Długo szukałem mojej małej patelenki. Wielkości męskiej dłoni. Teflonowej, z markową rączką aby się nie oparzyć. Spojrzałem przez kuchenną szybę. Było zachęcająco. Ogród zielenił się w oknie zieloną zieleniną. Ptaszyska ćwierkały a sąsiadka w ogrodzie pieliła grządki pokazując fajny, gruszkowaty tyłek. Była w kusej spódnicy ale i tak nie pokazywała tego, co chciałem dojrzeć. Może dlatego dalej wpatrywałem się w ten jej tyłek. Nie było daleko, ale płot stanowił dla mnie poważną przeszkodę. Jany gwint! Ktoś na nim, na tym tyłku, korzysta. Trudno, co robić... Pomyślałem, że w sumie kobieta ma też przód. Też miło byłoby pogapić się, ale nie wyobrażałem sobie, jak mogłaby obrabiać grządki wyginając się do tyłu.

Ale do rzeczy. Choć dalej ten tyłek nie dawał mi spokoju. Był fajny. Taki zwyczajny, ale skrywał fajność. Włączyłem najmniejszy palnik w kuchence. Postawiłem patelenkę. Wrzuciłem pół widelca masła niesolonego i czekałem aż się rozpuści. Potem wbiłem dwa jajka. Miały stempel z Walii. Czyli zniosły je kury Hobbitów. Niech będzie. Czysty region.

Dodałem dwie szczypty soli. Po jednej na jajko. Potem cztery szczypty pieprzu. Po dwie na jajko. Na koniec dodałem łyżkę stołową skondensowanego, niesłodzonego mleka i odrobinę posiekanego szczypiorku. Zamieszałem wszystko widelcem. Czekałem aż jajecznica będzie ścięta, ale wciąż wilgotna jak cipka niezbyt używanej seksualnie kobiety. Jak tej za płotem. Szybko zrzuciłem cipkość jajecznicy na mały talerzyk i od razu zacząłem ją kąsać łapczywie. Smakowała. Bardzo. Smakowała nawet super bardzo. Zaspokoiłem się tą cipką w ogrodzie. Wróciłem do pokoju. Zwróciłem przestrzeni te sześć kroków.

Podszedłem do okna. Tego trzeciego. Tego patrzącego na odległe, nadmorskie klify i zachód słońca, który jeszcze nie nadszedł. Zza drzew usłyszałem sygnał pociągu pędzącego z Ore do Easbourne. To metaliczny sygnał, nie to, co gwizd dawnego, dobrego parowozu. Jeszcze pamiętam takie. Zapach dymu za oknami wagonu. I ten niezapomniany parowozowy gwizd, mający wszystkie gwizdy pod sobą. Numer jeden w gwizdach. Zamyśliłem się. Kiedyś dużo jeździłem pociągami. Teraz, to już tak daleko. Tak dawno. Tak mgliście. Sięgnąłem po notatnik.

 

nie ma mnie już z gitarą na peronie

nie ma tam żadnej młodej twarzy

tylko pociągi jakby te same

ale nie te same

 

w oknach wagonów migają chwile

uśmiechy dziewcząt

jeziora i lasy

proszone prywatki

z łbem w umywalce nad ranem

wszystko klatka po klatce

 

mimo to pamiętam jeszcze

smak taniego wina

letnie podnamiotowe włóczęgi

zapach włosów wakacyjnej miłości

rześkie poranki srebrzone rosą

ogniska strzelające gwiazdami iskier

krótkie noce bez snu ale w objęciach

 

moje życie jest już na strychu

zamykam go na klucz

tylko dla mnie

no bo dla kogo innego

nie dosiądę już burzy

nie odpowiem na pytania moich marzeń

chyba każdy tak ma i klawo jak cholera

bo nie jestem w tym sam

 

ubywam więc dzień za dniem

szczęśliwie wracając do ciepłych wspomnień

nie czekam też na mój pociąg

sam nadjedzie

znienacka

jestem gotowy

bilet na przejazd mam głęboko w dupie

 

przedtem jednak

chciałbym wnukowi opowiedzieć bajkę

 

Kolejny pociąg dał znak elektrycznym sygnałem. Widocznie mają tam jakieś miejsce, gdzie muszą dawać odgłos. Jakże chciałem nadać mu gwizd ten zapamiętany. Ten pachnący parą i jasnym dymem z komina... Ten gwizd miękki i ciepły wspomnieniami. Przekręciłem kartkę w notesie. Usiadłem przy stole.

 

 

 

 

Ciąg dalszy w pełnej wersji książki.

Spis ilustracji

Wtorek

https://pixabay.com/pl/łóżko-pyłu-słońce-rano-budzić-3013209/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

https://pixabay.com/pl/herbata-jesień-okno-park-1878725/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

Środa

https://pixabay.com/pl/zegar-zegar-na-ścianie-czas-godzina-990527/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

https://pixabay.com/pl/konsyap-meble-domowe-2073454/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

Czwartek

https://pixabay.com/pl/wartość-logiczna-fraktal-sześcian-674875/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

https://pixabay.com/pl/tunelu-czasoprzestrzennego-przestrzeń-739872/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

Piątek

https://pixabay.com/pl/ławka-ogród-wypoczynek-odpoczynek-2207856/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

https://pixabay.com/pl/leżąca-kobieta-relaks-w-parku-3327524/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

Sobota

https://pixabay.com/pl/parowóz-kolejowej-lokomotywa-pociąg-1881027/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

https://pixabay.com/pl/steam-railway-pociąg-parowy-stacji-1938519/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

Niedziela

https://pixabay.com/pl/miasta-architektura-skyline-3328362/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

https://pixabay.com/pl/kobiety-ludzie-przyjaciółki-tatuaż-913581/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

Poniedziałek

https://pixabay.com/pl/angel-niebo-chmury-światło-cień-669262/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

https://pixabay.com/pl/soul-człowiek-osoby-palić-światło-623424/

Darmowy do użytku komercyjnego. Nie wymaga przypisania.

Środa

Czas i nuda

Siedzę. Siedzę na krześle. Siedzę na krześle przed pustą ścianą. Cisza. Ciepło. Jasno. Cisza. Żadnych odgłosów. Prawdziwa, miękka, ciepła cisza. To moje siedzenie jest takie proste i czyste. Żadnych komplikacji.

Ściana jest jasna, beżowa, czysta. Wpatruję się w nią tak uporczywie, jakbym chciał ją przesunąć. Ale On mi przeszkadza. On, którego nienawistne pojawienie się było zemstą za zegar. Za wyrzucony przeze mnie zegar. Do kosza w kuchni. Na zatracenie. Na zapomnienie. Na nieupływanie. Owal.

Ledwie widoczny a jednak Owal. Przebijał się teraz pierwotnym kolorem ściany, zanim promienie słońca zmieniły strukturę beżowej farby na beż jeszcze jaśniejszy, rozpromieniony. Owal. Przedtem siedział cicho. Teraz sarkastycznie dybał na mnie jako ślad po zegarze. Dawał znak, że to nie koniec, że trzeba się rozliczyć. Z czasu. Z zegara. Z pojęcia przemijania. Zapłacić myślą za usunięcie czasu. Ale myśl moja dla niego za droga. Niedoczekanie jego.

Czekał. Czekał i czekał. I ja czekałem. On też czekał. On w podstępie swym czekał cichutko. I ja w ciszy nieugięty. Tak patrzyliśmy na siebie, aż pomyślało się, że zadam mu ból. Mój ruch będzie pierwszy. Moja demonstracja władzy nad czasem. Demonstracja mej dla niego pogardy. Ale jeszcze nie teraz. Za chwilę. Siedzę w bezruchu. Dobrze mi tak. Ręce ułożyłem na udach, dłońmi skrywam kolana. Tułów wyprostowany. Głowa i wzrok skierowany na niego. Na Owal. Cisza. Świat nie odzywa się najmniejszym odgłosem. Aż dziwnie.

Tylko krzesło, ja i ściana. No i ten Owal. Patrzył na mnie z wyrzutem, bo już zżył się pewnie z zegarem. Pewnie knuli coś razem. To jasne. Jam jednak ważniejszy od czasu. Ja istnieniem jestem policzalnym. Skończonym. Myślącym. Analizującym. Planującym. Działającym. Wpływającym na innych. Nie jestem bezdusznym przepływam nicości. Znikąd donikąd. Mam formę. Mam też treść. Czasem wyzwalam ruch.

Pomyślałem więc o czasie. Czym jest? A właściwie, czym nie jest? Ciekawa sprawa. Pomyślałem ponownie i to myślenie moje zaczęło krążyć i krążyć, wzbudzając elektrycznym impulsem kolejne, i kolejne, i kolejne, i kolejne neurony, aż myśl pusta goniona pytaniem, wracała powoli syta przemyśleniem.

Czas ukrywa się. Chowa się i robi to niezwykle przemyślnie. Wysługuje się zegarem. Chowa się za nim. W nim. A czymże jest zegar? Myśli moje biegają rozpędzone. Siedzę więc na krześle, patrzę się w beż ściany i pielęgnuję tę ciszę. Po chwili jednak myśli wracają. Mam już potwierdzenie podejrzenia, że jestem blisko. Czuję tą bliskość i po chwili zamykam oczy. Myśli nachalnie układają się w splot niosący informacje, że mam już odpowiedź. Jakże prostą. Najprostszą chyba z możliwych: zegar to każdy cykliczny proces fizyczny, który potrafimy zrozumieć i zmierzyć. Zegar jest wytworem naszej chęci czasu. Myśmy go stworzyli. Z niebytu. I czas jest niebytem. Niebytem niepoliczalnym.

Ruch wahadła od punktu A do punktu B, czas rozpadu jakiegoś pierwiastka, drganie sieci krystalicznej, cykliczne przesuwanie się zębatek nakręcanych sprężyną. Tu jesteś przebrzydły czasie! Tam się prześlizgujesz! Mam cię! Już mi się nie wymkniesz! Złapię cię za grzywę i zdefiniuję, obalę, poddam w wątpliwość! Ja cię ujarzmię dla siebie! Będziesz mi na krótkiej smyczy chodził, wyprowadzany przeze mnie na wybieg! Do nogi mi!!!

Potem już myśli płyną szybko. Jedna fala goni drugą a razem, jak ocean otaczają mnie szumem. Dochodzę do wniosku, że czas stworzył człowiek tylko i wyłącznie na swoje potrzeby. Czas tworzą więc cywilizacje techniczne, aby łatwiej zrozumieć procesy zachodzące w otaczającej nas przestrzeni. Owal już nie uśmiecha się tak szyderczo. Wie, że się mylił. Otwieram oczy. Zmieniam Owal w wirującą przestrzeń. Wirującą ponadczasowo i ponad prędko. Staję się znowu kosmiczną, czarną dziurą. Horyzontem zdarzeń. Załamuję się prawami fizyki. Umysłowo staję się rozumiejącym zamysł! Tu mam Demiurga!

Przypominam sobie strukturę fenomenu. Narosło we mnie potwierdzenie podejrzenia - jam dzisiaj jest kosmiczny, najbadziej energetyczny, wszechświatowy "jet" - jaki wystrzelił. Inne wszechświaty są obok mnie. Mają może to, czego ja nie mam. Ale ja tego nie chcę mieć. Dlaczego? Te wszechświaty uniemożliwiają mnie swoimi prawami fizycznymi. W takim przypadku żegnam te prawa równie ozięble jak temperatura -273,15 °C. Wszystko w tym temacie.

Widzę teraz wszystko bardzo wyraźnie. Już ogarniam wszystko światłem. Myślę światłem. Czuję światłem. Jestem światłem. Pędzę, przenikam, zakrzywiam, wyprzedzam i pokazuję. Okrążam Ziemię ponad siedem razy w ciągu sekundy! Widzę setki miliardów galaktyk w obserwowanym wszechświecie. W każdej galaktyce świeci dla mnie po dwa miliardy gwiazd. Jako światło, przenikam je lub omijam pierścieniami Einstena. Po chwili jednak czuję moc moją jeszcze większą. Mocarnie większą. Niewyobrażalną. Już nie jestem światłem. Stałem się PRZESTRZENIĄ. Teraz od światła szybszy jestem. Ono rozchodzi się bowiem tylko w przestrzeni. Beze mnie - światła nie ma. Może ono sobie o mnie zapomnieć... Jakież to uczucie rozszerzać galaktyki samym sobą!

 

 

 

 

Ciąg dalszy w pełnej wersji książki.

Wtorek

Cisza, przesmyk czasu i teraźniejszość.

Leżę. Cisza. Półcisza. Cyk, cyk, cyk.

 

mam spuchnięte świtem powieki

spod których

żadna łza wydostać się

nie może

mam dygoczące wnętrze

rytmem potłuczonego serca i układem złych gwiazd

napędzane

mam błagalne prośby

od każdej części mego ciała

by zapomnieć

 

Leżę. Cisza. Półcisza. Cyk, cyk, cyk. Na ścianie przede mną zegar swój wyrok odlicza. Po swojemu, po cichu, miarowo, bez przerwy. Cyk, cyk, cyk. Leżę. Ciepło. Jasno. Wleciała mucha. Wielka, złocista mucha. Zmaga się z szybą. Błyszczy w pierwszych promieniach słońca. Cisza. Leżę. Cyk, cyk, cyk. Bzzzzzz, bzzzzzz, bzzzzzz. Leżę.

 

każdego dnia budzę się

ze strasznego snu

który śnił się rzeczywistą samotnością

każdym porankiem przysięgam

być kimś innym

nareperować nadwątloną duszę

stać się kimś

nie wiedząc jeszcze kim

ale kimś na pewno

tylko jak to zrobić

bez wzorców

co jest jakimś wzorcem

jeżeli w ogóle istnieje

stałe fizyczne to wzór

ciekawe co z resztą

 

Leżę w bezruchu. Oddycham płytko, jak najciszej. Ze wszystkich możliwych stanów w jakich mógłbym się znaleźć, to leżenie moje najwygodniejsze dla mnie jest. Oczy mam otwarte ale mało postrzegam. Skrawek okna, sufit, kawałek ściany. Jest to jednak widok, którego nie chcę w żaden sposób przekroczyć, nie chcę wyjść dalej. Dodatkowo staram się w jakikolwiek sposób nie wybiegać żadną myślą w przyszłość ani nie cofać się do najmniejszego nawet wspomnienia. Przeszłość i przyszłość nie daje poczucia wolności. Przeszłość boli zmaganiem - przyszłość nęka wyzwaniem. Tak dobrze i bezpiecznie jest zakotwiczyć się w tej chwili, ugrzęznąć w cieple teraźniejszości. Być tylko w tej sekundzie, która się dzieje. Przesuwać się w teraźniejszości wraz z nią. Teraźniejszość jest czysta. Nie obciążona błędami, nie przygnieciona marzeniami. Jest czysta jak brak konsekwencji. Jest lekka jak poczucie szczęścia. Jest wieczna w każdej sekundzie. Przenoszę tą wieczność w bezruchu. Czuję się wiecznie szczęśliwy i poczucie tej szczęśliwości odwiedza każdy mój zakątek. Czy ten mini rozdział między godziną, która się skończyła a tą, która się jeszcze nie zaczęła - jest przestrzenią w której istnieję?

W życiu zawsze uważałem na swoje marzenia. Nie chciałem wypuszczać ich na szerokie pola przyszłości. Ta iluzja jest dotkliwie bolesna. Wyznaczyć sobie cel w życiu, to co innego. Marzenia są niebezpieczne. Same w sobie są pułapką dla duszy. Ucieczka w marzenia to jak budowanie koralowej rafy, o którą musi się prędzej czy później rozbić nasz okręt. Przeszłość zawsze jest bolesna. Rani nas zdarzeniami, dusi poczuciem winy za podejmowane decyzje. Lepiej ją zostawić tam gdzie jej miejsce. W zapomnieniu. W nieistnieniu. W niezdarzaniu się. Nie ma się co martwić lub podniecać zawczasu.

 

 

 

 

Ciąg dalszy w pełnej wersji książki.