Rozdział 2
Bieganie
Fajnie było sadzić tak wielkie kroki, jakby siedmiomilowe. Hop i hop, i hop. Musiała tylko trafiać na drewnianą deskę, bo inaczej bolało. Kontakt z ostrymi kamykami był bardzo nieprzyjemny. Nie pierwszy raz to robiła, więc coraz rzadziej tenisówka ześlizgiwała się z krawędzi podkładu kolejowego. Ten rytm, narzucony przez znormalizowane odstępy, przyjemnie współgrał z jej oddechem. Mogła tak biec, pokonując duże odległości, nawet do następnej stacji kolejowej.
Dzisiaj trochę przesadziła, nie wiedziała, jak długo już biegnie, ale jakiś czas temu minęła stację Chebzie. Musi w końcu zawrócić, zwłaszcza że zaczął siąpić drobny deszczyk. Czuła, że sweter zrobiony na drutach przez babcię Trudzię przyklejał jej się do pleców. Zatrzymała się. Dosyć! - nakazała sobie. "Trochę rozsądku, dziewczyno" - powiedziałby tatuś. On nie lubił, gdy się zamyślała, gdy rozmawiała sama ze sobą, gdy uciekała w najdalszy kąt mieszkania, chowała się za zasłony czy pod stół. Nie lubił też jej samotnego biegania, chociaż nie miał pojęcia, gdzie biegała. Dopiero byłby wściekły.
Wiedziała, że to zabronione, niebezpieczne, ale właśnie dlatego było takie fajne. Torowisko rządziło się swoimi prawami. Tu prawie wszystko było zakazane, nielegalne. Chłopcy wskakiwali i wyskakiwali z wagonów, gdy tylko pociągi zwalniały. Podróżowali na gapę do odległych miast. Ale to ci młodsi. Starsi po prostu włamywali się do wagonów, kradli głównie węgiel, ale nie tylko. Biegając po torach, znajdywała różne rzeczy. W tamtym roku trafiła na rozwaloną skrzynkę pomarańczy. Przez godzinę napychała się tymi frykasami, zachłystując się soczystym sokiem, a później przez trzy dni leżała ciężko chora, wymiotując, z wysoką gorączką. Do dzisiaj nie może patrzeć na te pomarańczowe kule, nie znosi ich zapachu.
Dosyć! - nakazała myślom w głowie. Coś przykuło jej uwagę. Tak, poczuła drgania. Podkład pod tenisówkami przekazywał jej wiadomość, jak telegraf: titi ta, titi ta, tata ta Zbliżam się, pędzę. Zejdź mi z drogi, bo cię zmiażdżę. Odwróciła się. Ujrzała stalowego potwora z jaskrawymi oczami reflektorów. Rósł, potężniał z każdą sekundą. Już miała uskoczyć w bok, gdy nagle to zobaczyła.
Spod kamyków, spomiędzy szyn i podkładów wysuwały się zielone pędy i błyskawicznie owijały wokół jej stóp. Poczuła, że są zimne i śliskie. Próbowała ruszyć nogą, ale mocno trzymały. Już miała wrzasnąć z przerażenia, gdy ubiegł ją ten przeszywający gwizd. Gniewny ryk potwora. Podskoczyła przestraszona, a zielone macki rozwinęły się, uwalniając jej stopy i znikły pod kamieniami.
W ostatniej sekundzie skoczyła w stronę szarego krzaczka. Silny podmuch pędzącej maszyny szarpnął nią i odrzucił, sturlała się z nasypu. Stukot kół zagłuszył wszystko.
Czuła, że nasiąka wodą. Leżała w brudnej kałuży, jak żuk przewrócona na plecy. Ściskała w dłoni wyrwany z korzeniami szary krzak.
- Cholera, zniszczyłam ci życie. Cholera!- powtórzyła z pasją to zakazane przez matkę słowo. W ich domu nie tolerowano brzydkich słów. Mama już nawet nie tłumaczyła, tylko spoglądała w stronę winowajcy znaczącym wzrokiem, a gdy to nie zadziałało, obrażała się i potrafiła przez pół dnia milczeć, póki nie usłyszała słowa "przepraszam".
Pociąg towarowy przetoczył się z hukiem. Wstała, obejrzała dokładnie łodygę rośliny. Niestety była złamana w kilku miejscach.
- Masz pecha, wyrosłeś w złym miejscu. To dlatego jesteś taki suchy i karłowaty. Nie było ci tam lekko- powiedziała.
Sprawdziła korzeń. Był dobrze rozwinięty, szeroki, z licznymi rozgałęzieniami. Z lekcji biologii pamiętała, że mocne korzenie to podstawa rośliny, jej duża szansa, że się odrodzi.
- Sorry, wybacz mi. Nic do ciebie nie mam, to czysty przypadek. Chociaż babcia zawsze powtarzała, że nie ma przypadków, że wszystko jest po coś, tylko my nie od razu widzimy po co. Może, cholera ... Dobra, spróbuję cię uratować - postanowiła.
Zagłębiając dłonie w mokrej ziemi, tuż obok kałuży wykopała dołek i delikatnie wsunęła roślinkę. Łodyżka smętnie leżała. Ugniatając wokół niej ziemię, miała jednak nadzieję, że wypuści nowe pędy, a miejsce, które jej wybrała, było zdecydowanie korzystniejsze od poprzedniego.
- Nie daj się, dostałeś drugą szansę, nie zmarnuj tego - przemawiała do krzaczka tonem księdza Stefana.
Wypłukała dłonie w mętnej wodzie, otrzepała mokre ubranie i wspięła się na torowisko. Deszcz się nasilał. Nie przejmowała się tym, że cała ociekała wodą. Wiedziała, że będzie jeszcze gorzej. Musiała biec do domu, a przed nią daleka droga, kilka kilometrów. Zanim jednak ruszyła, dokładnie obejrzała kamyki pomiędzy drewnianymi podkładami. Czy te mackowate pędy jej się przywidziały? Co to w ogóle było? Ostrożnie postawiła stopę pomiędzy szynami. Nic się nie stało. Postawiła drugą. Tupnęła. Nic. Postała jeszcze chwilę, westchnęła i ruszyła znanym sobie rytmem w drogę powrotną. Mokre tenisówki głośno plaskały, wiatr siekł deszczem po twarzy.
***
Szlaban do końca tygodnia i zero oglądania telewizji. To kara za to, że tak późno wróciła i w dodatku cała mokra. Dobrze, że tatusia nie było w domu, byłoby znacznie gorzej, na szczęście pracował na drugą zmianę w hucie.
Mama najpierw nakrzyczała - miała prawo, bo naprawdę się o nią martwiła - a później kazała jej się wykąpać i wypić gorącą herbatę z miodem.
Leżała pod ciepłą kołdrą, dręczył ją silny ból mięśni w łydkach i udach. Naprawdę przesadziła z odległością i to w taką pogodę. To bieganie wciągało ją jak jakiś nałóg, stale chciało się szybciej i dłużej. Nie rozumiała tego, ale wiedziała, że po prostu musi. Gdy pojawiało się to dziwne napięcie w stopach, musiała puścić się pędem albo chociaż w coś kopnąć, tupnąć.
Podobno miała to od momentu, gdy opanowała chodzenie. A zrobiła to wyjątkowo szybko, babcia zawsze porównywała inne dzieci z jej rekordem: "Na tydzień przed ukończeniem dziewiątego miesiąca! Stała, trzymając się krzesła w kuchni, zięć przyniósł koszyk śliwek, postawił na blacie, jedna spadła na podłogę i potoczyła się w stronę okna. Ewunia poderwała się z podłogi i niespodziewanie ruszyła. Rozpędziła się i nie panując nad ciałkiem, z całej siły walnęła w kuchenną szafkę, obok której zatrzymała się śliwka. Była tak zdezorientowana, że nawet nie zapłakała, chociaż z noska polała się krew"- opowiadała wielokrotnie z niezmiennym przejęciem.
Od tej chwili lubiła się rozpędzać. Sąsiad nazywał ją Pershing, tak szybko znikała mu z oczu. Był rencistą i pilnował maluchów na podwórku, gdy matki gotowały obiad. Dostawał za to talerz zupy, kawę lub kawałek ciasta. Była jedynym dzieckiem, które obwiązywał w pasie grubym sznurkiem i nie spuszczał z oczu. Rodzice pozwalali na to, bo sami sobie też z nią nie radzili. Wszyscy cierpliwie czekali, aż z tego wyrośnie, ale nic takiego się nie stało, tyle że teraz wolała ukrywać tę namiętność, bo w familokach uznawano to za dziwactwo, odstępstwo od normy, rodzaj choroby.
Gdyby była chłopcem, to zupełnie coś innego, ale dziewczynka powinna być małą kobietką. Chodzić w sukienkach i białych podkolanówkach. Skakać przez skakankę lub grać w gumę. Siedzieć na kocu na łące za domem i bawić się w dom lalkami, małymi kuchniami, garnuszkami i plastikowymi serwisami do kawy. Robiła to oczywiście, przecież była dziewczynką, ale gdy narastał w niej ten niepokój, gdy wiatr plątał się w krótkich, gęstych włosach, coraz częściej wciągała powietrze głęboko w płuca i pod byle pretekstem znikała z podwórka. Napięcie w mięśniach nóg po prostu zmuszało ją do biegu.
Musiała pędzić, coraz szybciej, musiała czuć te uderzenia wiatru w policzki, czoło, musiała przestać myśleć.
Bieganie po ulicach z czasem stało się coraz bardziej kłopotliwe, rosła, była coraz większa, często wpadała na ludzi, psy plątały się pod nogami, trzeba było omijać tyle przeszkód i za bardzo zwracała na siebie uwagę. Miała dosyć odpowiadania na to kłopotliwe zagadnięcie: "Dokąd tak pędzisz, dziecko, dziewczynko, dziewczyno?". Nie znała odpowiedzi na to proste pytanie i to ją denerwowało.
Gdy poszła do szkoły, próbowała robić to na boisku, ale szybko miała dosyć biegania w kółko po owalnym torze jak chomik w klatce, a w dodatku zawsze znalazł się ktoś, kto się na nią gapił.
Któregoś dnia odkryła torowiska, teraz już nic nie mogło jej powstrzymać. Rzadko zmieniała trasę, wolała znane sobie ścieżki, bo w całym tym bieganiu nie chodziło o wycieczki krajoznawcze, podziwianie widoków, tylko o tę prędkość właśnie. Lubiła, kiedy serce biło najpierw powoli, później szybciej, rytmicznie. Lubiła czuć pot, który delikatnie pokrywał jej twarz i sprawiał, że czuła się bezpieczna w tym intensywnym wysiłku. Przed niczym nie uciekała, z nikim nie walczyła. To była walka tylko z własnymi słabościami.
Każdy przebiegnięty kilometr uszczęśliwiał nie tylko jej ciało, ale i duszę. Wściekała się, gdy po jej trasie pętali się inni. Ostatnio musiała zmienić kierunek, ponieważ na moście kolejowym, przez który przebiegała, zbierała się od jakiegoś czasu banda smarkaczy z innego podwórka. Robili zawody, kto szybciej pokona ten odcinek. To było głupie, niepotrzebne ryzyko. Między tymi pokładami na moście były szerokie prześwity, można było spaść kilka metrów w dół na kamieniste podłoże i coś sobie połamać, a nawet skręcić kark. Nie wyobrażała sobie siebie uwięzionej na kilka tygodni w gipsie. Zresztą od kiedy nastała ta głupia moda, sokiści często patrolowali ten odcinek. Jak kogoś złapali, to rodzice płacili słoną karę.
Ona potrzebowała pustej przestrzeni, samotności i tego pędu, by przewietrzyć mózg. Gdy wracała, mogłaby przytulić cały świat, czuła się taka radosna, wolna, wypełniona energią, choć fizycznie skonana. Strzegła przed wszystkimi tej swojej tajemnicy, bo to była tylko jej sprawa. Nie potrafiła tak do końca tego zrozumieć, ale czuła, że to coś wyjątkowego, dar, który otrzymała.
Niby nic nadzwyczajnego, zwykłe bieganie, każdy, kto miał zdrowe nogi, mógłby to robić. A jednak to było niesamowite. Gdy biegła już dostatecznie długo, gdy wiatr i pęd wywiały już wszystkie myśli z jej głowy, przenosiła się w inny świat, świat niemyślenia. To wtedy znikąd pojawiały się jakieś emocje, ludzie i miejsca, w których na pewno nigdy nie była. Czasami rozmawiała z kimś, kogo tak naprawdę przecież nie było. Czuła się jak widz w kinie wciągnięty na ekran w sam środek akcji. Widziała kiedyś taki film, nie pamiętała tytułu. Emocjonujące było to, że nigdy nie wiedziała, gdzie zostanie przeniesiona i co będzie tam robiła...
***
- Przypominam, że dzisiaj masz tylko dziesięć minut - upominał ją ktoś ostrym tonem.
- Pamiętam - odpowiadała zniecierpliwiona.
- Pamiętam, pamiętam -przedrzeźniał ją. - A którą ostatnio półżywą wyciągałem z wody?
- Nie przesadzaj, nie było tak źle - upierała się.
- Tak źle nie było, było fatalnie! Uprzedzam cię, jak nie zareagujesz na mój znak od razu, to zawieszę ci nurkowanie na dwa tygodnie.
- Jasne. - Poddała się, wiedziała, że nie żartuje. Ostatnio rzeczywiście przegięła. Przez dłuższy czas po wypłynięciu była wiotka, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu, chociaż była przytomna, wszystko słyszała i widziała.
Odetchnęła z ulgą, gdy jej ciało zanurzyło się wreszcie w wodzie. Poczuła się znacznie lżejsza, znikł ciężar kombinezonu i butli z tlenem, w ogóle nie czuła swojego ciała. Wokół niej robiło się coraz zimniej i ciemnej. Pojawiły się podwodne skały i groty, przepływały kolorowe ryby, falowały wodorosty. To był jej świat, tajemniczy, fascynujący. Nagle jej uwagę przykuł jakiś czerwony przedmiot zaczepiony o skałę. Podpłynęła. To była czerwona chusta zrobiona z bardzo delikatnego, cieniutkiego materiału. Ostrożnie ją odczepiła i zawinęła wokół nadgarstka. I wtedy poczuła szarpnięcie liny i wiedziała, że musi natychmiast wracać na górę, obiecała.
-To niemożliwe, by dwadzieścia minut trwało tak krótko - buntowała się. Ale popłynęła w górę, w stronę światła i błękitu.
Tak naprawdę to cały czas biegła po torowisku. Skąd nurkowanie? Panicznie bała się wody, nie umiała pływać. Zawładnął nią jakiś inny świat, równie realistyczny jak ten rzeczywisty. Skąd to wszystko? Z tego pędu? Z biegania? Wolała nie dociekać, ale też nikomu o tym nie mówiła, bo uznaliby, że zmyśla albo że jest wariatką. Lubiła to i nie zgłębiała, skąd się to brało. Ostatnio Tadek, który uwielbiał fantastykę, opowiadał w szkole o światach równoległych. To by pasowało do jej przeżyć. I jeszcze to, że czasami te światy się wzajemnie przenikają. Na przykład ta chusta czerwona, zupełnie taką samą miała mama. Skąd apaszka mamy na dnie oceanu? Nieważne, zaakceptowała to, bo to było niesamowite, tylko nikomu o tym nie mówiła.
Poczuła, że mama sprawdza dłonią, czy nie ma gorączki. Nie otwierała oczu. Co miała jej powiedzieć, że znowu ją naszło i popędziła torami przed siebie? Tylko by ją zmartwiła. Mama głaskała delikatnie jej włosy, w końcu westchnęła, zgasiła nocną lampkę i zamknęła drzwi.
Nie chciała sprawiać mamie kłopotów, nie chciała zawieść jej zaufania i nadziei, że wyrośnie na porządną, miłą, śliczną kobietę. Ale noszenie długich włosów, loków, kokardek, koralików nie pasowało do niej. Źle się w tym czuła. Na szczęście moda na dżinsy jej sprzyjała. Wszystkie nastolatki nosiły opięte spodnie i bluzeczki. Koleżanki w klasie zazdrościły jej długich nóg i wąskich bioder. Gorzej z biustem, nie miała się czym chwalić. Nie był malutki, wcale go nie było. Chłopcy nie zwracali na nią uwagi. Jarek niestety też nie, a to bardzo bolało. Za to z przyjemnością patrzyła w lustro. Natura dała jej długie, gęste rzęsy i brwi. Czarna oprawa podkreślała jej duże oczy, brązowe, błyszczące jak kasztany we wrześniu. Do smagłej twarzy pasowały równe, białe zęby. Te atrybuty odziedziczyła w genach po krewnych od strony taty. Wiele razy słyszała o tym na rodzinnych spotkaniach, ponieważ jej sporo młodszy brat był zupełnie inny. Wrodził się w mamę. Jasnowłosy, niebieskooki, taki cherubinek w dołkiem w brodzie. Był słodki, wszyscy go rozpieszczali, bo często chorował. To przez niego mama zrezygnowała z pracy, a tatuś pracował w hucie i dorabiał, pomagając w remontach mieszkań. Malował, tapetował, kładł kafelki. Stale chodził zmęczony, śpiący i był nieobecny... Zasnęła.
***
Obudził ją trzask. W pokoju było ciemno.
- Spokojnie, korek wybiło. - Usłyszała głos tatusia.
- To chyba ten dzbanek elektryczny, rano tak dziwnie brzęczał - tłumaczyła mama.
- Wyłącz go z kontaktu. O, mam latarkę, zaraz będzie światło.
Kolejny trzask i światło z przedpokoju rozświetliło szybę w drzwiach jej pokoju. Słyszała, jak tatuś zamyka skrzypiącą skrzynkę z automatycznymi korkami.
- Trzeba kupić nowy dzbanek, ten już się wysłużył. Widziałam niedrogie na targu - mówiła mama.
- Poczekaj jeszcze, jutro sprawdzę, może da się ten naprawić.
- Nie będziesz miał kiedy. Był tu Zenek, macie pilną robotę od jutra. Remont kuchni i łazienki. Kafelki, podwieszone sufity, nowe baterie, wanna i umywalka. Facet podobno dobrze zapłaci, ale zależy mu na czasie.
- O... - ojciec westchnął ciężko. - Ale w sumie to dobrze, każdy grosz się przyda.
- Może to za dużo, Piotrze? Tylko praca i praca, stale jesteś przemęczony.
- Teresa, rozmawialiśmy już o tym. Nie mamy wyjścia, musimy i nie ma o czym mówić.
Zgasło światło, a głosy rodziców przeniosły się do kuchni. Już nie słyszała słów. Biedny tatuś, znowu całe dnie będzie pracował. Zbierają pieniądze na operację Stasia. Jej mały braciszek urodził się z jakąś paskudną wadą serca. Uratować go mogła operacja. Niestety, robią takie, ale w Austrii, nie w Polsce, a to drogo kosztuje. To dlatego tak skromnie żyli, bo wszystkie pieniądze lądowały na specjalnym koncie. Nawet w jej szkole była zbiórka na tę operację i w kościele po mszy. Mnóstwo ludzi im pomogło, ale to ciągle było za mało. Nie mogła się pogodzić z myślą, że życie jej brata zależało tylko od pieniędzy. Było tylu bogaczy, jeździli wypasionymi samochodami, mieszkali w luksusowych domach otoczonych wysokimi murami, a bram strzegli ochroniarze.
Chłopcy z podwórka już wszystko spenetrowali. Cuda opowiadali o tarasach, basenach, grillowaniu... widziała na zdjęciach zrobionych komórką. Ślicznie, luksusowo jak na amerykańskich filmach. Andrzej pokazywał im dziecięcy drewniany domek w ogrodzie, wózki dla lalek, huśtawki, drabinki do wspinania, zjeżdżalnie. Tamte dzieci mogły się cudownie bawić, a jej braciszek mógł w każdej chwili umrzeć, bo nie mieli dość pieniędzy.
Na szczęście czterolatek nie był świadomy swojej sytuacji i wesoło spędzał czas, jego ciekawość trudno było zaspokoić. Zamęczał wszystkich pytaniami: dlaczego, jak, chcę zobaczyć, chcę spróbować, widziałaś? Dlaczego nie patrzysz? Opowiedz jeszcze raz, wytłumacz mi... Był niecierpliwy, odpowiedzi oczekiwał natychmiast. Bardzo rzadko płakał, raczej robił się blady i ... zasypiał. Przedłużająca się cisza stawiała wszystkich na nogi, przerywali swoje zajęcia i sprawdzali, co robi. Jego łóżeczko nadal stało w pokoju rodziców, bo mama musiała słyszeć, że ... oddycha.
Wczoraj, gdy wróciła ze szkoły, zaaferowany obwieścił jej nowinę:
- Wiesz, ja już lubię miód!
- Fajnie, a jak to się stało?
-Noo, po prostu spróbowałem.
- Aha, widzisz jakie to proste?
- Ale ja spróbowałem pierwszy raz, a to jest trudne.
W sumie ten bąk miał rację, wszystko, co się robi pierwszy raz, jest trudne. Mały filozof, tak go nazywała mama.