Odwrócona piramida. Historia taktyki piłkarskiej (Wydanie II) - Jonathan Wilson

Kup ebooka

49.99 zł
37.49 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Bar tapas w dzielnicy Bairro Alto w Lizbonie, wieczór po zwycięstwie 3:0 Anglii nad Szwajcarią na Euro 2004. Rioja leje się szerokim strumieniem, a międzynarodowa grupa dziennikarzy dyskutuje, czy Sven-Göran Eriksson miał rację, trzymając się tradycyjnego 4-4-2, czy - jak sugerowano - powinien przejść na ustawienie z diamentem w środku pola. Czy głos graczy, późnowieczorna delegacja pomocników, wymusiła niespodziewany ponowny zwrot ku ustawieniu w linii w środku pola?

"A jakie to ma znaczenie? - zaprotestował angielski kolega. - To ci sami zawodnicy. Ustawienie nie jest istotne. Nie warto o tym pisać".

Zebrani zareagowali głośnym oburzeniem. Gdy podnosiłem chwiejący się od nadmiaru riojy palec, by bardziej stanowczo dać wyraz przekonaniu, że ludzie tacy jak on nie powinni mieć prawa oglądać piłki, a co dopiero o niej pisać, pewna Argentynka, co było prawdopodobnie mądre, złapała mnie za rękę. "Ustawienie to jedyna rzecz, która jest istotna - powiedziała. - Nie warto pisać o czymkolwiek innym".

W tym jednym momencie został obnażony najważniejszy niedostatek ówczesnego angielskiego futbolu. Piłka to nie gracze, a przynajmniej nie tylko gracze. To kształty i przestrzeń, inteligentne użycie zawodników i ich przemieszczanie się w nakreślonych ramach (powinienem tu chyba wyjaśnić - przez taktykę rozumiem kombinację ustawienia i stylu; jedno 4-4-2 może się różnić od drugiego, jak Steve Stone różni się od Ronaldinho). Mam nadzieję, że Argentynka nieco przesadziła, by jej wypowiedź zabrzmiała mocniej. Serce, duch, wysiłek, pragnienie, siła, wytrzymałość, szybkość, pasja i umiejętności odgrywają swoją rolę, istnieje jednak także wymiar teoretyczny, a tutaj, podobnie jak w innych dyscyplinach, Anglicy okazali niechęć, by zmagać się z tym, co abstrakcyjne.

To prawdziwa wada wyspiarskiego futbolu i czuję z tego powodu frustrację, ale nie chcę tu dyskutować o niepowodzeniach angielskiej piłki. Abstrahując od wszystkiego innego, dopóki nie zaczniemy szukać porównań z okresem międzywojennym, nie jestem przekonany co do tego, że angielska piłka w 2004 roku rzeczywiście upada. Sven-Göran Eriksson był pod koniec pracy w roli selekcjonera wyśmiewany, ale wcześniej tylko Alf Ramsey doprowadził Anglię do ćwierćfinałów w trzech kolejnych wielkich turniejach międzynarodowych. Niepowodzenie Steve'a McClarena, którego zespół nie zdołał awansować z grupy eliminacyjnej do Euro 2008, dużo trudniejszej, niż wyobrażali ją sobie ksenofobi, okazało się początkiem dekady regresu, zatrzymanej dopiero wymuszoną rezygnacją Sama Allardyce'a i nieoczekiwanie trafną nominacją Garetha Southgate'a. Pokazało to jak mało co, że piłka klubowa i reprezentacyjna są od siebie tak różne, jakby były niemal różnymi wersjami tej samej gry. A w futbolu klubowym, częściowo w efekcie pandemii Covid, angielska piłka - a raczej Premier League, gdyż niekoniecznie są to synonimy - znajduje się na szczycie.

Niemniej dla angielskiego futbolu porażka 3:6 z Węgrami na Wembley okazała się punktem zwrotnym. Była to pierwsza przegrana Anglików u siebie z zespołem z kontynentalnej Europy, a co gorsza, styl, w jakim gospodarze zostali ograni, unicestwił wyobrażenie o tym, że Anglia wciąż rządzi piłkarskim światem. W reakcji na tę porażkę Brian Glanville w Soccer Nemesis napisał: "Historia brytyjskiego futbolu i jego starć międzynarodowych to opowieść o ogromnej wyższości, która padła ofiarą głupoty, krótkowzroczności i bezsensownej izolacji. To historia wstydliwego marnowania talentu, niezwykłego samozadowolenia i nieskończonego oszukiwania siebie samego". Tak właśnie było.

I przy tym wszystkim, 13 lat później, Anglicy zostali mistrzami świata. Czasy ogromnej wyższości mogły minąć, ale ciągle znajdowali się w czołówce. Nie jestem pewien, czy przez ostatnie pół wieku cokolwiek się zmieniło. Owszem, być może mamy tendencję do popadania w hurraoptymizm przed wielkimi imprezami, co sprawia, że odpadnięcie w ćwierćfinale staje się boleśniejsze, niż powinno. Anglia pozostaje jednak jednym z ośmiu-dziesięciu zespołów z realnymi szansami na wygranie mistrzostw świata czy Europy (niczego nie ujmując zaskakującym triumfom Duńczyków czy Greków). Pytanie, dlaczego tych szans nie wykorzystano. Być może zwiększyłyby je bardziej spójna struktura szkolenia młodzieży, większy nacisk na technikę i dyscyplinę taktyczną, ograniczenie liczby zagranicznych zawodników w Premiership, pęknięcie bańki samozadowolenia, w której tkwią piłkarze, czy inne z setek sugerowanych panaceów. Sukces jest jednak ulotny. Szczęście nadal odgrywa rolę w piłce nożnej i nic nie gwarantuje powodzenia, zwłaszcza podczas mistrzowskiego turnieju, w którym drużyna rozgrywa sześć czy siedem meczów.

Pojawiła się teoria, że angielskiemu futbolowi nie mogło przytrafić się nic gorszego niż tytuł mistrzów świata w 1966 roku. Rob Steen w The Mavericks i David Downing w swojej książce o rywalizacji Anglii z Argentyną i Niemcami dowodzą, że sukces ten cofnął angielską piłkę w rozwoju, a to przez poczucie, że praktyczny styl gry zespołu Alfa Ramseya był jedyną drogą do osiągnięcia sukcesu.

Nie przeczę słuszności tej teorii, ale wydaje mi się, że nie docenia ona radykalizmu Ramseya, a prawdziwym problemem jest nie tyle sposób, w jaki grała tamta drużyna, ile fakt, iż w głowach pokoleń angielskich fanów i trenerów utrwaliło się przekonanie, że to "właściwy" sposób grania. To, że coś okazało się słuszne w określonych okolicznościach, z określonymi graczami i na określonym etapie rozwoju piłki nożnej, nie oznacza, iż będzie słuszne zawsze. Gdyby Anglia w 1966 roku próbowała grać jak Brazylijczycy, skończyłaby jak Brazylia, wyeliminowana w fazie grupowej przez grających bardziej fizycznie i agresywnie rywali. A może i nawet gorzej, mając tylko kilku, jeśli w ogóle jakichkolwiek, zawodników dorównujących technicznemu poziomowi Canarinhos.

Jeśli istnieje jakaś rzecz, która wyróżnia trenerów odnoszących sukcesy przez dłuższy czas, jak sir Alex Ferguson, Walery Łobanowski, Bob Paisley czy Boris Arkadjew, jest to ich zdolność do ewoluowania. Ich zespoły prezentowały bardzo różne style, wszyscy jednak mieli wspólną cechę - umiejętność dostrzeżenia, kiedy porzucić zwycięską formułę, i odwagę, by zacząć wdrażać inną. Chcę tu podkreślić, że nie wierzę w istnienie czegoś takiego jak "poprawny" sposób gry. Owszem, z emocjonalnego i estetycznego punktu widzenia bliżej mi do tempa i dynamiki drużyny Chile z czasów Marcelo Bielsy niż surowego pragmatyzmu Grecji Otto Rehhagela, lecz to tylko osobista preferencja, a nie stwierdzenie, że coś jest właściwe, a coś nie.

Jestem również w pełni świadomy, że musi istnieć kompromis między teorią i praktyką. Na poziomie teoretycznym skłaniam się ku Dynamu Kijów Łobanowskiego i Milanowi Fabio Capello. Jednak na boisku, kiedy przez dwa lata miałem wpływ na sposób gry mojej uczelnianej drużyny, prezentowaliśmy bardziej praktyczną piłkę. Trzeba przyznać, że nie byliśmy zbyt dobrzy i prawdopodobnie wyciągnęliśmy z naszych graczy, co się dało. Zgoda, moglibyśmy grać przyjemniej dla oka. Jestem jednak pewien, że przy lejącym się podczas świętowania mistrzostwa piwie nikomu to nie przeszkadzało...

Trudno nawet przyznać, że "właściwy" sposób gry w piłkę przynosi najwięcej zwycięstw. Tylko najzatwardzialsi pragmatycy mogą uznawać, że jedyną miarą sukcesu są punkty i trofea - musi też istnieć przestrzeń dla elementu romantycznego. To napięcie - pomiędzy pięknem a cynizmem, tym, co Brazylijczycy określają jako futebol d'arte i futebol de resultados - jest w piłce czymś stałym. Prawdopodobnie dlatego, że jest tak fundamentalne nie tylko z punktu widzenia sportu, ale i życia. Wygrać czy grać dobrze? Ciężko wręcz wyobrazić sobie jakieś poważniejsze działanie, które nie będzie wymagało kompromisu pomiędzy biegunami pragmatyzmu i idealizmu.

Trudność polega na określeniu, co obejmuje ta dodatkowa jakość. Chwała nie jest mierzona wartościami absolutnymi, a to, co ją zapewnia, zmienia się wraz z okolicznościami i czasem. Brytyjskich kibiców szybko znudziłoby cierpliwe budowanie ataku pozycyjnego, z kolei w trakcie pierwszej kadencji Fabio Capello w Realu Madryt publika buczała, widząc długie dokładne podanie na dobieg Fernando Hierro do Roberto Carlosa. Biorąc pod uwagę współczesne poczucie smaku, zaskakuje, że dla pierwszych amatorów podanie piłki było czymś niemęskim. Podobnie może nadejść moment, że i w Wielkiej Brytanii pogarda dla nurkowania w polu karnym będzie wspominana jako wyraz naiwności, co już jest normą w innych kulturach.

Nawet zakładając, że w piłce chodzi o coś więcej niż tylko wygrywanie, niedorzecznie byłoby podważać wartość zwycięstw. Choć Ars?ne Wenger może się chwilami wydawać symbolem donkiszoterii, jego zachowawcza taktyka w finale Pucharu Anglii w 2005 roku pokazuje, że nawet i on uznaje, iż czasem trzeba coś wygrać. Z kolei kibice nie mogą sobie pozwolić na luksus potępiania stylu gry zespołu Alfa Ramseya, gdyż to właśnie on przyniósł Anglii jedyny sukces na arenie międzynarodowej. Oskarżanie go o zrujnowanie angielskiej piłki, zamiast podziwiania jego taktycznej przenikliwości, zakrawa na perwersję.

Nie twierdzę, że w ogóle nie powinniśmy brać pod uwagę występów w głównych imprezach międzynarodowych. Niebezpiecznie jednak wyciągać z nich dalej idące wnioski. Do rzadkości bowiem należy sytuacja, że na całym świecie istnieje tylko jedna wybitna drużyna, a jeszcze rzadziej się zdarza, że sięga ona po mistrzostwo globu. Hiszpania to największy wyjątek. Weźmy na przykład Brazylię z mistrzostw świata w 2002 roku, z lekkością miażdżącą konkurencję. Nawet wtedy, zwłaszcza mając w pamięci apatyczną postawę Canarinhos w eliminacjach, można było odnieść wrażenie, że odnieśli to zwycięstwo niejako z urzędu, gdy inne zespoły, osłabione różnymi kombinacjami kontuzji, zmęczenia i problemów z dyscypliną, kapitulowały na starcie. Francja prawdopodobnie była najlepszym zespołem w 1998 roku, tak naprawdę jednak pokazała to tylko w finale. Dwa lata później była już zdecydowanie najsilniejszą ekipą na Euro 2000, ale minuta dzieliła ją od przegranej w finale z Włochami. W 2018 roku mieli zdecydowanie najlepszy skład i triumfowali w turnieju, choć zrobili to w szarpanym stylu, męcząc się w niektórych meczach; okazali się jednak górą we wpisujących się w mundialowy kanon bogatych w gole meczach z Argentyną i Chorwacją.

W rzeczywistości dwie z największych drużyn wszech czasów, Węgry z 1954 i Holandia z 1974 roku, przegrały finał mistrzostw świata. Obie z ekipą RFN, co może, ale nie musi być przypadkiem. Trzecia, Brazylia z 1982 roku, nie zaszła nawet tak daleko. Nie licząc roku 1966, najlepsze występy Anglików na mundialu przypadły na lata 1990 i 2018. W 2018 roku doszło do wymuszonej zmiany na stanowisku selekcjonera po pierwszym meczu kwalifikacji, a następnie w finałach wyspiarze pokonali tylko Tunezję, Panamę i Szwecję. Z kolei turniej z 1990 roku tak ukochano dzięki łzom Paula Gascoigne'a i porażce po karnych, co wkrótce miało stać się uciążliwą codziennością. Wtedy jednak na mistrzostwach położył się cień heroicznej klęski, od której rozpoczął się boom na piłkę w latach dziewięćdziesiątych. Już przygotowania Anglików do mistrzostw były fatalne. Ledwo przeczołgali się przez kwalifikacje, trener Bobby Robson codziennie znajdował się pod ostrzałem prasy, media zostały wygonione z ośrodka treningowego po tym, jak pojawiły się informacje o kontaktach piłkarzy z miejscowym pracownikiem PR, a podczas całych mistrzostw dochodziło do chuligańskich wybryków kibiców. Przeciwko Irlandii i Egiptowi Anglicy wypadli blado, a w meczach z Belgią i Kamerunem mieli szczęście. Dobrze zagrali z Holandią i RFN, choć żadnego z tych meczów nie wygrali. Tak naprawdę jedyną ekipą, którą Anglicy pokonali w regulaminowym czasie gry, był Egipt. Wszystko to jednak jakimś sposobem doprowadziło w klasie średniej do piłkarskiej rewolucji.

W trakcie sezonu szczęście, forma drużyn, kontuzje, błędy popełnione przez piłkarzy i sędziów w jakiś sposób się wyrównują. Nawet jeśli nie do końca, to przynajmniej w znacznie większym stopniu, niż dzieje się to w trakcie siedmiu meczów rozgrywanych latem. To, że Anglicy od ponad 50 lat nie zdobyli międzynarodowego trofeum, może być frustrujące i różni trenerzy, zawodnicy, działacze czy przeciwnicy mają w tym udział. Nie oznacza to jednak upadku. Możliwe, że u podstaw stylu gry Anglików istnieje rysa, a nie pomaga tutaj brak otwartości na dokonany przez innych postęp, ciężko jednak byłoby wywracać ten sposób gry do góry nogami tylko na bazie wyników osiąganych w turniejach mistrzowskich.

Globalizacja rozmywa narodowe style gry, ale tradycja kultywowana przez trenerów, zawodników, ekspertów i kibiców wystarcza, by nadal można je było odróżnić. W trakcie pisania tej książki zauważyłem, że każda nacja dość szybko odkryła swoje silne strony, żadna jednak nie ufa im do końca. Piłka brazylijska opiera się na sprycie i improwizacji, lecz tęsknie spogląda na włoską organizację defensywy. Włoski futbol to cynizm i taktyczna inteligencja, podziwiająca jednak i równocześnie obawiająca się fizycznej odwagi Anglików. Z kolei angielska piłka to nieustępliwość i energia, ale też poczucie, że powinno się naśladować brazylijską technikę.

Wydaje się, że dzieje taktyki to historia przenikania się dwóch równoległych napięć: piękno kontra wyniki z jednej strony i technika kontra siła fizyczna z drugiej. Sprawę komplikuje fakt, że ci, którzy dorastali w kulturze techniki, widzą w bardziej siłowych metodach sposób na osiągnięcie rezultatu, podczas gdy przedstawiciele kultury bazującej na sile fizycznej dostrzegają pragmatyzm w technice. Piękno - albo przynajmniej to, co fani chcieliby oglądać - nadal zależy od perspektywy patrzącego. Brytyjscy fani mogą podziwiać (choć zdaje się, że większość tego nie robi) piłkarskie szachy, przykładowo z finału Ligi Mistrzów w 2003 roku między Milanem i Juventusem, ale tak naprawdę wolą zapiąć pasy przed radosną młócką w Premier League. Nie jest to jednak do końca prawdziwy punkt widzenia, gdyż umiejętności zawodników z angielskiej ekstraklasy stały się znacznie wyższe w porównaniu z sytuacją sprzed choćby dziesięciu lat. Nadal jednak Premier League pozostaje szybsza i kładzie mniejszy nacisk na utrzymywanie się przy piłce niż jakiekolwiek inne liczące się rozgrywki. I patrząc na kontrakty za zagraniczne prawa telewizyjne, reszta świata uważa to za właściwe proporcje w grze.

W połowie lat pięćdziesiątych pojawił się wysyp książek, których autorzy próbowali pogodzić się ze słabnącą pozycją Anglików. Dzieło Glanville'a prawdopodobnie wypełniała największa złość, ale równie odkrywcza była inna pozycja - Soccer Revolution (Piłkarska rewolucja) Willy'ego Meisla, młodszego brata wielkiego austriackiego trenera Hugo Meisla. Jak przystało na anglofila tak zatwardziałego, jak to tylko możliwe u imigranta, jego książka przypomina lament. Według tych autorów zrzucanie winy na niewzruszony konserwatyzm gry Anglików miało sens, dzięki temu zaś, że oceniali sytuację z perspektywy czasu, mogli również połączyć to z bardziej ogólnym atakiem na angielski establishment, który przeoczył zmierzch imperium brytyjskiego, gdy nie wymyślono jeszcze, jaką nową rolę powinno odgrywać państwo. Klapki na oczach Anglików spowodowały, że utracili czołową pozycję także w piłce nożnej. Zgadza się, reszta świata w pewnym momencie nadrobiłaby dystans. Glanville do znudzenia powtarza frazes o uczniach przeganiających mistrzów, ale ci mistrzowie przez swoją arogancję i zaściankowość także ponosili winę za własny upadek.

Doszło do niego jednak później. Strącenie Anglii z piedestału to już nie nowina. Tym samym, śledząc taktyczną ewolucję gry i próbując wyjaśnić, jak doszliśmy do miejsca, w którym jesteśmy, książka ta należy do tej samej rodziny co Soccer Nemesis i Soccer Revolution, jednakże jest usadowiona w innej rzeczywistości - z Anglią, która nie umie wrócić na szczyt, a nie z niego spada. Koniec końców, to historia, a nie polemika.

Przedmowa do wydania CZWARTEGO

Gdy w 2005 roku napisałem artykuł do "FourFourTwo" - tekst ten skierował moje myśli na boisko, z którego wiodła już prosta droga do powstania tej książki - media w Wielkiej Brytanii zajmowały się taktyką od wielkiego dzwonu. Trzynaście lat później na dobre zagościła w głównym nurcie futbolowych dyskusji. Nawet jeśli nie dotyczy to większości brytyjskich fanów, to jednak spora grupa kibiców odczuwa potrzebę oglądania, jak w poniedziałkowy wieczór Jamie Carragher i Gary Neville na gigantycznym interaktywnym ekranie rozkładają na czynniki pierwsze akcje z weekendowych meczów. Każda gazeta zawiera poświęconą taktyce rubrykę, istnieją dziesiątki taktycznych blogów, statystyki, dane i wykresy są wszechobecne, a takie pojęcia jak "fałszywa dziewiątka", "odwrócony skrzydłowy" czy "niski blok" znalazły się w codziennym użyciu.

Odwrócona piramida była częścią tego ruchu. Jednak wbrew temu, co sądzą niektórzy, nie zapoczątkowała go. Książka raczej wpisała się w nadchodzącą falę, być może dostarczając historycznego kontekstu osobom, które interesowała analiza tego, co oglądają. Angielska piłka może się momentami wydawać niezbyt postępowa, ale z każdym dniem jej odbiór staje się coraz bardziej złożony. Właściwie to u pewnych ludzi zainteresowanie taktyką poszło za daleko i zmieniło się w obsesję.

Poruszyłem ten temat w słowie wstępnym, gdy w 2008 roku książka została wydana po raz pierwszy. Zważywszy, że tak wiele osób uważa mnie za swego rodzaju taktycznego fundamentalistę, warto jednak przypomnieć, iż nie traktuję taktyki jako jedynego czynnika wpływającego na to, jak wygląda mecz. Nie twierdzę, że jest to zawsze najistotniejszy aspekt spotkania - choć być może często się go pomija - a zaledwie jeden z wielu elementów, obok umiejętności, sprawności fizycznej, motywacji, siły i szczęścia, czyli niesamowicie złożonej mieszanki. Mało tego, nie twierdzę, że taktyka może zostać oddzielona od innych elementów: drużyna będąca w pełni sił musi grać w inny sposób niż drużyna zmęczona; zespół, który nie jest pewny swego, prawdopodobnie musi grać ostrożniej; z kolei skład złożony ze słabszych graczy musi zostać zestawiony tak, by ich niedostatki zamaskować. Wszystko to jest powiązane.

Równocześnie opisywanie ustawienia może się obecnie wydawać nieco arbitralne. Jak daleko od napastnika na szpicy musi grać ten podwieszony, by 4-4-2 przeistoczyło się w 4-4-1-1? Jak wysoko powinni operować boczni pomocnicy, by formacja zamieniła się w 4-2-3-1? A jeśli podwieszony napastnik zejdzie jeszcze głębiej, środkowi na bokach zaś przesuną się do przodu, to czy jest to nadal 4-2-3-1, czy już 4-2-1-3, a może nawet 4-3-3? Biorąc pod uwagę to, że boczni obrońcy często podchodzą wysoko, a ich średnia pozycja wypada na równi z defensywnymi pomocnikami, czemu by nie klasyfikować ustawienia 4-2-3-1 w pewnych wariantach jako 2-4-3-1? Te pojęcia to zasadniczo skróty myślowe, często tyleż odzwierciedlające rzeczywistość, co będące wyrazem zakorzenionych konwencji. To użyteczny, nawet jeśli dość prymitywny sposób na przedstawienie bazowego ustawienia zespołu.

W taktyce niewiele jest prawd absolutnych. Z pewnością nie ma "najlepszego" ustawienia, o co pytano mnie do znudzenia. Musi wprawdzie istnieć podstawowa równowaga między obroną a atakiem, lecz wszystko zależy od okoliczności: dostępnych zawodników, ich psychicznej i fizycznej kondycji, warunków, formy i tego, co drużyna chce w meczu osiągnąć - i oczywiście od przeciwnika i jego zawodników, ich ustawienia oraz kondycji psychicznej i fizycznej. Wszystko jest nie tylko powiązane, ale i względne.

Pierwsze wydanie tej książki zamykały obserwacje dotyczące wdrażanego przez AS Roma i Manchester United ustawienia bez napastnika oraz cytaty z teorii Carlosa Alberto Parreiry, który głosił, że 4-6-0 będzie ustawieniem przyszłości. Nie użył terminu "fałszywa dziewiątka", ale tak przywykliśmy nazywać zawodnika schodzącego w głąb pola z pozycji, w której zwykł operować klasyczny środkowy napastnik. Sam zaś fakt, jak swobodnie używany - i natychmiastowo rozumiany - jest obecnie termin "fałszywa dziewiątka", sugeruje powszechność tego trendu w grze i to, jak bardzo w ciągu minionych dziesięciu lat wzrosło zainteresowanie analizą taktyczną.

W tym czasie Pep Guardiola przekształcił Barcelonę w jedną z najdoskonalszych drużyn, jakie świat oglądał od przynajmniej dwóch dekad, a przy okazji odmienił taktyczny krajobraz. Drugie wydanie książki traktowało o korzeniach i wdrożeniu jego filozofii oraz omawiało, znacznie dokładniej niż pierwotna wersja, ewolucję tego opartego na podaniach stylu: począwszy od Queen's Park, przez Newcastle i Tottenham, aż do Ajaxu i Barcelony. Przyglądałem się, jak futbol totalny ewoluował pod skrzydłami Louisa van Gaala i Marcelo Bielsy, i starałem się umieścić w tym kontekście Barcelonę, dostrzegając korzenie hiszpańskiego stylu i to, jak la furia stała się tam ideałem jeszcze przed przyjściem Vica Buckinghama i Rinusa Michelsa.

W trzecim wydaniu zawarłem szczegóły na temat wpływu Guardioli, zarówno bezpośredniego, jak i wywartego na tych, którzy próbowali mu się przeciwstawić. Niniejsze wydanie rozszerza tę dyskusję, opisując, w jaki sposób taktyczna ewolucja ostatniej dekady była zasadniczo dialogiem między opartym na posiadaniu piłki modelem Guardioli a bardziej frenetycznym podejściem rodem z Niemiec, łączącym pressing z błyskawicznymi fazami przejściowymi. Bierze także pod uwagę szkołę portugalską i wpływ koncepcji periodyzacji Victora Frade oraz zadaje pytanie, czy rosnąca komercjalizacja sportu sprawia, że w centralnym punkcie pozostaje atakowanie i dostarczanie kibicom rozrywki.

Poza tym, podobnie jak przy wszystkich poprzednich wydaniach, w wielu innych miejscach znalazło się miejsce na uzupełnienia, które przynoszą głębszą interpretację, poprawki i poszerzenie wątków. Dochodzą do tego szczegóły będące owocem moich dalszych poszukiwań, ale też kontaktu ze strony czytelników, którzy wskazywali mi braki lub sugerowali odmienną interpretację.

Im więcej się szuka, tym - rzecz jasna - więcej znajduje się powiązań i tym bardziej zaczyna się dostrzegać sieć wpływów leżących u podstaw rozwoju taktyki. Weźmy na przykład fakt, że dwóch Anglików prowadzących Barcelonę po drugiej wojnie światowej grało u trenerów, którzy występowali w Tottenhamie Petera McWilliama w końcówce lat trzydziestych: Terry Venables u Billa Nicholsona, a Bobby Robson u Vica Buckinghama - człowieka, który kładł podwaliny pod współczesną grę podaniami na Camp Nou. Albo zastanówmy się, jak Manchester United próbował przeciwstawić się dowodzonej przez Mourinho Chelsea poprzez zatrudnienie w roli asystenta Alexa Fergusona innego z wyznawców periodyzacji taktycznej - Carlosa Querioza. To może tylko przypadek, ale wskazuje na sieć tradycji i rdzeń filozofii, które zapewniają fundamenty całemu futbolowi. Taktyka piłkarska cały czas się rozwija, rozwijać się więc musi także jej historia.

Jonathan Wilson

Rozdział 1

Od zarania do piramidy

Na początku był chaos, a futbol nie miał sprecyzowanego kształtu. Potem nadeszli wiktorianie, którzy spisali reguły, a po nich teoretycy, którzy zaczęli analizować piłkę nożną. Aż do późnych lat dwudziestych XX wieku nie uznawano ani nie dyskutowano o taktyce w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, lecz już w latach siedemdziesiątych powszechnie uważano, że to, w jaki sposób zawodnicy zostaną rozstawieni na boisku, bardzo wyraźnie wpływa na przebieg gry. Jednak w początkach istnienia futbolu nikt nie zdawał sobie sprawy, że piłka może być bardziej wyrafinowana.

Różne kultury mogą powołać się na gry, w których kopano piłkę, ale pomimo wszystkich rzymskich, greckich, egipskich, karaibskich, meksykańskich, chińskich czy japońskich roszczeń do bycia ojczyzną futbolu współczesna dyscyplina ma swoje korzenie w plebejskiej rozrywce średniowiecznych Brytyjczyków. Jej reguły - jeśli w ogóle istniały - różniły się w zależności od miejsca, niemniej generalnie gra obejmowała starania dwóch drużyn, by umieścić przypominający kształtem kulę obiekt w celu położonym po obu końcach domniemanego placu gry. Same zawody były pełne przemocy, brutalności i chaosu, więc raz za razem ich zakazywano. Dopiero na początku XIX wieku prywatne szkoły, ukształtowane przez nurt chrześcijaństwa, który kładł nacisk na kulturę fizyczną, zaczęły dostrzegać związek między sportem a pozytywnym wpływem na moralność swoich podopiecznych. To spowodowało, że pojawiło się coś zbliżonego do sportu, który dziś nazywamy futbolem. Zanim jednak narodziła się taktyka, konieczny był przede wszystkim jednolity zestaw przepisów.

Jeszcze na początku XIX wieku, kiedy powstały pierwsze boiskowe ustawienia, rzadko było to przedmiotem głębszego namysłu. W najpierwszych dniach istnienia piłki nożnej idea abstrakcyjnych rozważań o taktyce, rysowanie jakichś strzałek i krzyżyków, była czymś niemal niewyobrażalnym; rozwój futbolu wskazuje jednak, w jaki sposób o nim myślano, zdradza niewidoczne i często niewypowiedziane połączenia, z których wywodzi się brytyjska koncepcja, jak powinno się grać w piłkę (przez 40 lat po stworzeniu pierwszych reguł nie istniało zaś nic innego niż brytyjska koncepcja).

Boom na futbol wybuchł w początkach epoki wiktoriańskiej i jak pokazuje David Winner w książce Those Feet, był zakorzeniony w idei, że imperium brytyjskie chyli się ku upadkowi, a winę za to w jakiś sposób ponosi moralna deprawacja. Uważano, że należy promować sporty drużynowe, ponieważ miały odwodzić od solipsyzmu, który prowadził do rozkwitu najbardziej destrukcyjnego nawyku: masturbacji. Na przykład wielebny Edward Thring, dyrektor Uppingham School, uparcie twierdził w kazaniach, że praktyka ta prowadzi do "przedwczesnych i pohańbionych grobów". Piłkę nożną postrzegano jako idealne antidotum, ponieważ jak w 1901 roku pisał E.A.C. Thompson w "The Boys' Champion Story Paper": "Nie ma bardziej męskiego sportu niż futbol. Jest tak osobliwie i typowo brytyjski, wymaga hartu ducha, opanowania i wytrzymałości".

Pojawieniu się piłki sprzyjały korzystne okoliczności polityczno-ekonomiczne, ale niezwykle symboliczny jest fakt, że po tym, jak futbolu użyto w charakterze podpory dla imperium, ostateczny upadek Wielkiej Brytanii jako światowej potęgi zbiegł się w czasie z kresem jej piłkarskiej dominacji. Popularność piłki rosła zwłaszcza w pierwszej połowie XIX wieku, lecz w tych wczesnych latach w poszczególnych szkołach funkcjonowały różne przepisy, które zależały głównie od warunków, w jakich działały te placówki. Przykładowo w Cheltenham i Rugby, z ich szerokimi otwartymi placami, gra niewiele różniła się od rozrywek pospólstwa. Zawodnik mógł upaść na ziemię albo zostać przewrócony i przygnieciony przez kilku kolegów i wynurzyć się z błota bez szwanku. W klasztornych realiach Charterhouse i Westminster taka bijatyka kończyłaby się połamanymi kośćmi, więc rozwinęła się tam gra z wykorzystaniem dryblingu. Skutkowało to zakazem - a przynajmniej ograniczeniem - gry rękami, sama rozgrywka nadal jednak diametralnie różniła się od współczesnego futbolu. O ustawieniach nikt nie słyszał, zaś czas trwania meczu, a nawet liczba zawodników wciąż czekały na ustalenie. Zasadniczo starsi uczniowie mieli biec z piłką przy nodze, za nimi podążali ze wsparciem koledzy, interweniujący na wypadek straty piłki, podczas gdy rywale - a w niektórych szkołach młodsi uczniowie (w praktyce w kulturze prywatnych placówek tamtych lat będący służącymi starszych) - mieli za zadanie ich powstrzymać.

Współpraca pomiędzy atakującymi, jeśli w ogóle do niej dochodziło, nie wykraczała poza poziom podstawowy. I tak wykiełkowały reguły, które miały nadać kierunek angielskiej piłce na wczesnym etapie rozwoju: gra polegała na dryblingu, zaś podania, współpraca i defensywa były elementami drugiej kategorii. Atakowanie z wbitym w piłkę wzrokiem ceniono z pewnością wyżej niż myślenie, co niektórzy uznaliby za ogólną cechę angielskiego podejścia do życia. W prywatnych szkołach na myślenie patrzono oczywiście krzywo. (A jeszcze w 1946 roku George Mikes, pisarz pochodzenia węgierskiego, pisał, że kiedy pierwszy raz przybył do Wielkiej Brytanii, czuł się dumny, gdy kobieta nazwała go "mądrym", by potem przekonać się, jak bardzo pojemne może być to określenie i jak bardzo potrafi być podszyte nieufnością).

Różne zestawy przepisów udaremniały wprowadzenie piłki nożnej na uniwersytety, aż w 1848 roku H.C. Malden z Godalming w hrabstwie Surrey zwołał u siebie spotkanie z reprezentantami Harrow, Eton, Rugby, Winchesteru i Shrewsbury - oraz, co znaczące, uczniami dwóch szkół niepublicznych2 - na którym zostało usystematyzowane coś, co można by nazwać pierwszymi jednolitymi regułami gry. Malden pisał: "Nowe przepisy wydrukowano jako Cambridge Rules (Reguły Cambridge). Kopie zostały rozprowadzone i rozklejone na Parker's Piece [otwartej łące w środku miasta] i bardzo dobrze się sprawdzały; warto dodać, że reguł lojalnie przestrzegano i nigdy nie słyszałem o nikim ze szkoły prywatnej, kto przestałby grać, gdyż nie podobały mu się przepisy".

Czternaście lat później pochodząca z południa Anglii wersja futbolu zrobiła kolejny krok w kierunku ujednolicenia - gdy J.C. Thringowi, młodszemu bratu Edwarda, dyrektora w Uppingham, pokrzyżowano plany opracowania jednolitych reguł w Cambridge, wydał zbiór przepisów zatytułowany The Simplest Game (Najprostsza gra). W październiku następnego roku został opublikowany ich kolejny wariant - Cambridge University Football Rules (Reguły piłki nożnej Uniwersytetu Cambridge). Co kluczowe, miesiąc później powstał Angielski Związek Piłki Nożnej (The Football Association, FA) i natychmiast podjął działania na rzecz określenia ostatecznych przepisów gry w piłkę, wciąż starając się połączyć najlepsze elementy dryblingu i gry rękoma.

Zakończyło się to niepowodzeniem. Debata była długa i zaciekła, lecz po piątym spotkaniu, które odbyło się 8 grudnia 1863 roku o siódmej wieczorem we Freemasons' Tavern na Lincoln's Inn Fields w Londynie, zagrywanie piłki ręką zostało zabronione, a piłka nożna i rugby poszły oddzielnymi drogami. Co dziwne, dysputa nie dotyczyła użycia rąk, ale podcinania, a więc tego, czy kopanie przeciwnika po goleniach powinno być dozwolone. Bardzo obstawał przy tym F.W. Campbell z Blackheath.

"Jeśli odejdziemy od [podcinania] - twierdził - odejdziemy od całej odwagi i śmiałości tej gry. Będę wtedy zobligowany, by przywieźć tu tabun Francuzów, którzy pokonają was po tygodniu treningów". Jak widać, jego zdaniem w sporcie chodziło o ból, brutalność i męstwo, a gdyby rzecz sprowadzić do umiejętności, wygrywać mógłby byle obcokrajowiec. Choć brzmi to jak żart, fakt, że słowa te padły w poważnej debacie, wskazuje na ogólny etos tamtych czasów, nawet jeśli Blackheath wystąpiło z federacji, gdy podcinanie zostało ostatecznie zakazane.

Gra dryblingiem przetrwała głównie dzięki Regule Szóstej, poprzedniczce przepisu o spalonym: "Kiedy zawodnik kopnie piłkę, każdy gracz tej samej drużyny znajdujący się bliżej bramki przeciwnika jest wyłączony z gry i nie może dotknąć piłki ani w żaden sposób przeszkodzić w tym innemu zawodnikowi, póki nie znajdzie się ponownie w grze". Innymi słowy, podania musiały być zagrywane do tyłu lub do boku. Anglicy, przekonani, że cokolwiek innego niż bezpośrednie atakowanie celu jest podejrzanie delikatne i niemęskie, nie mogliby sobie na to pozwolić.

Trzeba zaznaczyć, że dryblowanie samo w sobie wyglądało wtedy inaczej niż współczesne pojęcie na temat tej sztuki. W swojej historii Pucharu Anglii Geoffrey Green, nieżyjący już korespondent "The Times", cytuje anonimowego autora z lat siedemdziesiątych XIX wieku: "To zawodnik najwyższej klasy (...), nigdy nie spuszcza wzroku z piłki, a w tym samym czasie z uwagą stara się wyszpiegować jakąkolwiek wyrwę w szeregach wroga, jakiekolwiek słabe punkty w obronie, które mogą zapewnić mu korzystną szansę na dotarcie przed pożądaną bramkę. Widok niektórych graczy, wiodących i kierujących piłkę pomiędzy kręgiem nóg przeciwnika, zwodzących i skręcających w zależności od wymogów sytuacji, jest czymś nie do zapomnienia. (...) Umiejętność gry dryblingiem (...) wymaga czegoś więcej niż tylko śmiałego, nieustraszonego, ślepego szturmu na cytadelę wroga. Wymaga bystrego oka, by znaleźć słaby punkt, i intelektu, by oszacować i zdecydować, jakie są szanse, by z powodzeniem się przedrzeć". W tym brzmieniu przypomina to bardziej podstawową wersję współczesnego rugby, tyle że bez użycia rąk.

Taktyka - jeśli to nie zbyt wielkie słowo w tych okolicznościach - także była w powijakach, nawet po tym, jak ostatecznie ustalono liczbę graczy na jedenastu. Zespoły po prostu goniły za piłką. Aż do lat siedemdziesiątych XIX wieku bramkarz nie był powszechnie uznawaną i akceptowaną pozycją. Do 1909 roku nie nosił nawet koszulki innego koloru niż reszta drużyny. Aż do roku 1912 trzeba było zaś czekać na ograniczenie jego prawa do gry rękami tylko do własnego pola karnego - przepis ten wprowadzono, by skończyć ze zwyczajem bramkarza Sunderlandu, Leigha Richmonda Roose'a, kozłującego piłkę aż do linii środkowej boiska. Jeśli w tych najwcześniejszych dniach istniały jakiekolwiek ustawienia, zostałyby prawdopodobnie zaklasyfikowane jako formacje z dwoma lub trzema obrońcami i dziewięcioma lub ośmioma napastnikami.

Nawet gdy w 1866 roku po kongresie w Eton Reguła Szósta została zmieniona, dzięki czemu dozwolone stało się podawanie do przodu przy założeniu, że w momencie zagrania przynajmniej trzech przeciwników znajduje się pomiędzy piłką i bramką rywala (czyli o jednego więcej niż w obecnym przepisie), wydawało się to niewielką różnicą dla tych, którzy dorastali w kulturze gry dryblingiem. W latach siedemdziesiątych XIX wieku Charles W. Alcock, czołowy zawodnik pierwszych lat piłki nożnej i działacz (a przy okazji pierwszy człowiek złapany na spalonym po zmianie tego przepisu w 1886 roku), pisał niemal ewangelicznie o "wspaniałej i niezbędnej regule wspierania. Przez wspieranie winno się rozumieć podążanie blisko za partnerem z zespołu, by wspomagać go, gdyby zaszła potrzeba, albo żeby przejąć piłkę w sytuacji, gdy partner będzie atakowany albo w inny sposób zostanie mu uniemożliwione przemieszczanie się naprzód". Innymi słowy, nawet dekadę po powstaniu angielskiej federacji piłkarskiej jeden z jej ojców założycieli czuł się w obowiązku wyjaśnić innym, że jeśli skupiony na piłce kolega prze w kierunku bramki, dobrym pomysłem byłoby ruszyć za nim i mu pomóc. Choć byłoby przesadą oczekiwać, że ten z własnej woli poda komuś piłkę.

Tak to przynajmniej wyglądało na południu Anglii. Północ czyniła własne postępy, zwłaszcza w południowym Yorkshire, gdzie kombinacja wywodzących się ze szkoły Harrow nauczycieli z Sheffield College i tradycyjnych gier ludowych z Holmfirth i Peninstone doprowadziła 24 października 1857 roku do założenia Sheffield Club. Początkowo miał to być sposób, by krykieciści mogli utrzymać formę podczas zimy. W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia tego roku został rozegrany pierwszy na świecie mecz międzyklubowy: drużyna z Sheffield pokonała Hallam FC 2:0. Sport rozwijał się szybko. W ciągu pięciu lat normą stała się obecność kilkuset widzów na meczu, a w okolicy założonych zostało 15 klubów. Sheffield Club sporządził własny, opublikowany w 1862 roku zestaw przepisów, które - co znamienne - choć wskazywały na wpływy zasad obowiązujących w Harrow, Rugby i Winchesterze, nie wspominały o spalonym.

Wydaje się jednak, że istniały pewne regulacje, o których 30 listopada 1863 pisał sekretarz Sheffield William Chesterman do nowo założonej angielskiej federacji. Zgłaszając klub do związku i wspominając o jego wkładzie w debatę o regułach gry, zaznaczał: "Nie mamy w ogóle pisemnej regulacji jak wasza Reguła Szósta, lecz zapisałem regułę, która jest zawsze używana przez nas". Nie wiadomo jednak, co dokładnie miał na myśli. Sheffield formalnie zaakceptował przepis o spalonym dopiero w 1865 roku, w efekcie targów o zasady gry przed meczem z Notts County, i nawet wtedy wymógł, by w momencie podania tylko jeden zawodnik defensywny znajdował się bliżej własnej bramki niż napastnik, by atakujący nie był na spalonym. To, rzecz jasna, zwiększyło szansę na grę podaniami, dyskusyjne jednak pozostaje, w jakim stopniu wykorzystywano powstałe w związku z tym możliwości.

FA nie odpowiedziała na propozycje Sheffield i w ten sposób przez kilka lat istniały dwa różne zestawy reguł. A raczej dwa podstawowe zestawy reguł, obok których funkcjonowały również ich wariacje - w Nottingham i innych miastach. Po raz pierwszy doszło do ich starcia w 1866 roku, w rozgrywanym 31 marca w Battersea Park meczu pomiędzy Londynem i Sheffield. Stołeczny zespół wygrał 2:0, a ówczesne relacje sugerują, że londyńczycy byli drużyną lepszą technicznie, lecz problemy sprawiała im siłowa gra przeciwników.

Po kolejnych przeciąganiach liny dotyczących wyboru przepisów Alcock przywiózł londyński zespół do Sheffield w grudniu 1871 roku. Mecz toczony według tamtejszych reguł gospodarze wygrali 3:1, a ich zwycięstwo tłumaczono tym, że byli lepiej zorganizowani. W połączeniu z bardziej liberalnym przepisem o spalonym może to sugerować grę podaniami, lecz wydaje się, że gracze Sheffield byli przyzwyczajeni do dryblingu nawet bardziej niż zawodnicy z Londynu. Percy M. Young w książce Football in Sheffield (Piłka nożna w Sheffield) stwierdza, iż gracze Sheffield uznawali, że "drybling Alcocka znacznie przekracza wszystko, czego do tej pory doświadczyli. Co więcej, Alcock miał jako żywo tę zaletę, że potrafił doskonale podać (miejscowi gracze przyjęli prostszą i bardziej bezpośrednią metodę ignorowania własnych kolegów i parcia prosto na bramkę przy każdej możliwej okazji), a subtelna kombinacja pomiędzy nim a Chenerym okazała się objawieniem dla dwóch tysięcy oczarowanych widzów". Potrzebnych było 18 kolejnych spotkań, by w końcu Sheffield dołączyło do FA w 1878 roku.

W Sheffield mogła nie istnieć kultura gry podaniami, ale wydaje się zarazem, że tamtejsi gracze stosowali dalekie wykopy. W książce The World Game (Światowa gra) Geoffrey Green zwraca uwagę, że gdy zawodnicy Sheffield przyjechali do Londynu na mecz pokazowy w 1875 roku i zaczęli "odbijać piłkę głowami", publika uznała to raczej za coś "zabawnego aniżeli godnego podziwu". W grze dryblingiem w czystej postaci nie było, rzecz jasna, potrzeby, by piłka w ogóle opuszczała poziom murawy, może z wyjątkiem podnoszenia jej nad nogą próbującego odebrać ją rywala. Konieczność odbicia głową mogła pojawić się tylko wtedy, kiedy piłka była zagrana w powietrzu na dalszą odległość.

Raport z rocznika Szkockiego Związku Piłki Nożnej z 1877 roku, dotyczący meczu między Glasgow a Sheffield, podkreśla to wyraźnie: "Nikt nie zaprzeczy, że była to zacięta walka, zaś wygrana przypadła lepszej drużynie. Rozgrywka okazała się jednak piękna, obfita w udane pokazy kombinacyjnych dryblingów, co często, jak niektórzy by przyznali, odróżniało szkockie zespoły od innych. (...) Nie sposób ukryć (...), że taktyka zastosowana w sobotę przez zawodników Sheffield wynikała częściowo z tego, iż grają według innych reguł niż zasady przyjęte przez angielską i szkocką federację; dla nich nasza reguła o spalonym jest niemal martwym przepisem. W ten sposób uciekali się często do długich wykopów, a piłkarze z Glasgow, próbując dostosować się do tego stylu gry, stracili umiejętność tworzenia wspólnych akcji, która prowadziła ich do wygranych w trudniejszych meczach".

Coraz większą popularność gry podaniami - owych "wspólnych akcji" - można wywieść od jednego meczu, pierwszego w historii spotkania międzynarodowego, rozegranego w 1872 roku na boisku krykietowym klubu West of Scotland w Partick, pomiędzy Szkocją a Anglią. Ustawienie Anglików składało się z bramkarza, jednego obrońcy, dwóch pomocników3, czterech graczy oznaczonych po prostu jako "środek", dwóch jako "lewa strona" i jednego jako "prawa strona". Przy próbie odniesienia tego do współczesnej numeracji otrzymalibyśmy coś na kształt asymetrycznego 1-2-7, z mocniejszą lewą stroną. Alcock pisał: "Ustawienie zespołu miało zapewnić siedmiu napastników i tylko czterech zawodników tworzących trzy linie obrony. Ostatnią linią był oczywiście bramkarz, przed nim znajdował się ledwie jeden obrońca, przed którymi dwóch kolejnych najmniej wysuniętych zawodników miało powstrzymywać wbiegających napastników rywala".

Szkocja była reprezentowana przez klub Queen's Park, który aż do powstania szkockiej federacji pełnił funkcję zarządczą w tamtejszej piłce (w taki sam sposób jak MCC rządziło krykietem, a Royal and Ancient - golfem). Co istotne, Szkoci byli przeciętnie blisko siedem kilogramów lżejsi od Anglików. Wskazuje to na fizyczność ówczesnej piłki, dlatego też większość ekspertów zdawała się oczekiwać, że przewaga masy da gościom łatwe zwycięstwo; jednakże ich siła nie zdała się na nic poza działaniem na wyobraźnię. Choć dowody są szczątkowe, wydaje się prawdopodobne (jak twierdzi Richard McBrearty ze Szkockiego Muzeum Piłki Nożnej), że piłkarze Queen's Park starali się raczej mijać Anglików podaniami aniżeli angażować się w bardziej bezpośrednie starcia jeden na jednego, bo w pojedynku na siłę mięśni zapewne by przegrali. Z całą pewnością zaś zagrali w ustawieniu 2-2-6. Ta taktyka się opłaciła. Anglicy mieli większe tradycje i znacznie bogatszą pulę zawodników do wyboru, byli więc zdecydowanymi faworytami, lecz mecz skończył się bezbramkowym remisem. W relacji w "Glasgow Herald" napisano: "Anglicy wyraźnie górowali, jeśli chodzi o masę, byli średnio około 12 kilogramów ciężsi niż Szkoci [lekka przesada], mieli też przewagę szybkościową. Silną stroną gospodarzy była doskonała gra zespołowa".

Sukces mógł utwierdzić pogląd - przynajmniej na północ od granicy - że gra podaniami jest skuteczniejsza niż gra dryblingiem, nie doszłoby jednak do tego, gdyby taki styl nie był częścią szkockiego futbolu niemal od początku. Kiedy w 1867 roku zakładano klub Queen's Park, wersja przepisu o spalonym, który tam przyjęto, zakładała, że zawodnik naruszał go tylko wtedy, jeśli miał przed sobą jednego rywala i był bliżej niż 15 jardów od bramki4. Taka regulacja znacznie bardziej sprzyjała grze podaniami niż pierwszy przepis FA o spalonym czy nawet jego poprawiona wersja z 1866 roku. Zawodnicy Queen's Park zaakceptowali wariant z wymaganymi trzema zawodnikami przed adresatem podania, gdy 9 listopada 1870 roku dołączyli do angielskiej federacji, ale wtedy idea gry podaniami została już zaszczepiona. W Szkocji piłka służyła do kopania, a nie dryblowania, jak mógłby sugerować wiersz H.N. Smitha, sławiący zwycięstwo Queen's Park nad Hamilton Gymnasium w 1869 roku:

Gracze wybrani - zaczęli kopanie

Wysoko piłka mknie

Nad lasem głów widać jej ruch

Równocześnie jednak drybling wciąż dominował, o czym pisał Robert Smith, członek Queen's Park i prawoskrzydłowy Szkocji w pierwszym pojedynku międzynarodowym, wnioskując po pierwszym z czterech meczów zaaranżowanych przez Alcocka pomiędzy Anglikami a zamieszkałymi w Londynie Szkotami (spotkania te poprzedzały właściwe mecze międzypaństwowe). "Kiedy piłka znajdowała się w grze, w zwyczaju było biec z nią przy nodze lub dryblować, zamiast pozwalać sobie na zagranie jej wysoko albo daleko" - pisał w liście do swojego klubu.

Jednym z czynników, które skłoniły Queen's Park do dołączenia do federacji angielskiej, była chęć zmniejszenia trudności związanych ze znalezieniem przeciwników gotowych grać według tradycyjnego zestawu przepisów. W miesiącach bezpośrednio przed przyjęciem drużyny w szeregi FA Szkoci grali w piłkę 10-, 14-, 15- i 16-osobową, a w latach 1871-1872 udało im się rozegrać tylko trzy mecze. "Klub jednak nigdy nie zaniedbał treningów" - pisał w 1920 roku Richard Robinson w historii Queen's Park. Izolacja i regularne mecze we własnym gronie sprawiły, że ich styl stał się jeszcze bardziej specyficzny, tak jak wydarzyło się to w latach trzydziestych w Argentynie. Tym samym powstały cieplarniane warunki dla gry podaniami, bez męczących przeszkód w postaci autentycznego przeciwnika. Jak dalej pisał Robinson: "W tych [treningowych] meczach oszlifowano dryblingi i podania (...), które wyniosły grę Szkotów na poziom sztuki wysokiej. Drybling był charakterystyczny dla stylu angielskiego i jeszcze przez długi czas na południu nie rozumiano, że reguły leżące u podstaw sposobu przemieszczania piłki przez Queen's Park, połączone z zapewnieniem silnego wsparcia, pozwalają wyciągnąć z zespołu najwięcej. Piłka w wykonaniu Queen's Park charakteryzowała się głównie właśnie grą kombinacyjną. Te podstawy uderzyły pana C.W. Alcocka, a myślą przewodnią jednego z jego pierwszych piłkarskich roczników były peany na cześć szkockich zawodników i towarzysząca im rzetelna rozprawa, popierająca natychmiastowe zaadaptowanie przez angielskich graczy metod, które wyniosły piłkę na taki poziom biegłości na północ od Tweed".

W rzeczywistości jednak Alcock nawet nie zbliżył się do takiego przekonania. Choć zapewniał, że jest zaciekawiony "grą kombinacyjną" - i mimo całej biegłości, którą pokazał w Sheffield - w roczniku z 1879 roku wyrażał wątpliwość, "czy ten cały system podań się opłaca". Choć nie był ich przeciwnikiem, ewidentnie uważał, że nigdy nie powinny one zastąpić gry dryblingiem.

Niemniej gra podaniami szybko się rozprzestrzeniła, zwłaszcza w Szkocji, gdzie wpływ Queen's Park był wszechobecny, co ostatecznie doprowadziło do mocno wyidealizowanego podejścia zwanego "dzierganiem wzorów", charakteryzującego się serią krótkich podań, które wiły się pomiędzy liniami napastników i pomocników. Queen's Park zorganizowało drużynę Szkocji na pierwsze dwa mecze międzynarodowe i nawet po powstaniu narodowej federacji zachowało liczący się głos przy nadawaniu kształtu futbolowi. Członkowie klubu działali jako propagatorzy piłki nożnej, podróżując po kraju, by grać mecze pokazowe. Dzięki zapiskom ze spotkania przeciwko Vale of Leven - drużynie, która stała się jedną z potęg na wczesnym etapie szkockiego futbolu - wiadomo, że mecz regularnie przerywano, by można było wyjaśnić reguły i sposób gry, zaś spotkanie w Edynburgu dało bodziec do rozwoju piłki w stolicy. Na to, jak wielki wpływ miały te mecze, może wskazywać fakt, że południowe regiony kraju zwane Borders pozostały bastionem rugby. Piłkarscy misjonarze z Queen's Park musieli bowiem odwołać tam swój mecz z powodu uczestnictwa w Pucharze Anglii, więc na tym obszarze nigdy nie zasiano futbolowych ziaren. Jak wskazuje McBrearty, fakt, że większość populacji Szkocji żyła w centralnym pasie między konurbacjami Glasgow i Edynburga, ułatwił utrwalenie się określonego stylu gry. W Anglii z kolei każdy region miał swoje własne wyobrażenie, jak powinno się grać w piłkę nożną.

Taktyka Queen's Park w pierwszym meczu międzynarodowym wywołała poruszenie w Anglii, lecz rozprzestrzenienie się gry podaniami w kierunku południowym można przypisać głównie dwóm osobom. Byli to Henry Renny-Tailyour i John Blackburn, którzy wystąpili w szeregach Szkocji w wygranym przez nią drugim meczu międzypaństwowym z Anglią. Obaj byli porucznikami i obaj bronili barw klubu Royal Engineers, przenosząc ze sobą szkocki styl do Kentu. W.E. Clegg, były gracz Sheffield, pisał w "Sheffield Independent" w 1930 roku: "Royal Engineers jako pierwszy zespół wprowadził kombinacyjny sposób gry. Sheffield wygrywało wcześniejsze mecze z nimi, byliśmy jednakże bardzo zaskoczeni, że pomiędzy sezonami [Engineers] studiowali "militarną taktykę futbolu", w efekcie czego gracze Sheffield zostali dotkliwie pokonani przez nowy sposób gry".

Idea futbolu bazującego na podaniach została zaszczepiona w piłce szkolnej przez wielebnego Spencera Walkera, gdy ten wrócił jako nauczyciel do Lancing College, gdzie wcześniej sam był uczniem, i zaczął zmieniać "czystą dokuczliwość w ułożony zespół". Pisał: "Pierwszą rzeczą, którą zacząłem zwalczać, było tłoczenie się wszystkich napastników wokół prowadzącego piłkę. Gromadzili się przy nim niezależnie od tego, dokąd biegł. Stworzyłem więc Regułę Pierwszą: stałe pozycje dla wszystkich napastników i podawanie piłki od jednego do drugiego. Powinniście zobaczyć miny naszych pierwszych rywali, na ich twarzach rysowało się pytanie: "Co my tu robimy?"".

Mimo sceptycyzmu Alcocka stopniowo stawało się jasne, że podania to przyszłość. Zespół Old Carthusians, który pokonał Old Etonians 3:0 w finale Pucharu Anglii w 1881 roku, był znany ze swoich kombinacji podań, zwłaszcza pomiędzy E.M.F. Prinsepem a E.H. Parrym. Z kolei rok później bramka zdobyta przez Old Etonians, która zatrzymała Blackburn Rovers, pierwszy zespół z północy, który dotarł do finału, padła - jak pisał Green w swojej historii Pucharu Anglii - po "długim dryblingu i podaniu krzyżowym" w wykonaniu A.T.B. Dunna, które dotarło do W.H. Andersona. Nadal jednak Etonians bazowali głównie na dryblingach.

Ostatnie fanfary dla gry dryblingiem zagrały w 1883 roku. Po raz pierwszy w historii Pucharu Anglii do rywalizacji zgłosiło się więcej zespołów spoza Londynu niż z samej stolicy i po raz pierwszy trofeum powędrowało na północ - Blackburn Olympic pokonało w finale Old Etonians. Era amatorstwa - przynajmniej jeśli chodzi o sposób myślenia - dobiegła końca. Co potwierdziło się dwa lata później, gdy angielska federacja zalegalizowała zawodowstwo.

Wszyscy piłkarze Olympic pracowali na pełen etat i powstało niemałe zamieszanie, gdy ich pomocnik, a de facto także trener, Jack Hunter, zabrał ich do Blackpool na obóz treningowy przed finałem. Ewidentnie rozumiał, że wyższości nie da się osiągnąć bez wysiłku, jak zdawało się amatorom. Na początku meczu kontuzja sprawiła, że Etonians musieli grać w dziesiątkę, tak czy inaczej jednak jest wątpliwe, czy byliby w stanie poradzić sobie z nieznaną im taktyką Olympic, polegającą na długich wykopach ze skrzydła na skrzydło. Zwycięska bramka, zdobyta pod koniec dogrywki, była charakterystyczna dla tego, jak wyglądał cały mecz: krzyżowa piłka od Tommy'ego Dewhursta (tkacza) z prawej strony dotarła do wysuniętego na lewej Jimmy'ego Costleya (prządka), który spokojnie pokonał strzegącego bramki Etonians J.F.P. Rawlinsona.

W Szkocji wyższość podań nie była niczym nowym. Felietonista kryjący się pod pseudonimem Silas Marner pisał w "Scottish Umpire" w sierpniu 1884 roku: "Weźmy dowolny klub z czołówki, a będzie można zauważyć jego postęp od momentu, gdy szamotanina ustąpiła miejsca błyskawicznemu dokładnemu podawaniu i poświęcaniu uwagi piłce zamiast podłego pragnienia dokonania zamachu na rywala".

Nie wszystkich jednak udało się przekonać. Dwa miesiące później, po tym jak Jamestown Athletics przegrali 1:4 w Pucharze Szkocji z Vale of Leven autor o pseudonimie Olympian ostro skrytykował ich grę w rubryce Na skrzydle w "Scottish Umpire": "Dziel i rządź - tak brzmiało ulubione powiedzenie wielkiego Machiavellego, gdy uczył książęta, jak rządzić (...). Cóż mogę powiedzieć o próbie Jamestown, by, jak mniemam, sprawdzić, ile w tym zdaniu prawdy? Ich założenia były słuszne, niestety doszli do niewłaściwych wniosków. Popełnili poważny błąd: podzielili siebie zamiast przeciwników i zapłacili za to karę. I jakaż to była kara. W Gat tego nie ogłaszajcie! Nie powtarzajcie na ulicach Aszkelonu. Strategia nigdy nie zdoła zastąpić 11 par zwinnych nóg".

Cóż, a jednak zdoła. I tak właśnie się stało. Ku zdziwieniu tradycjonalistów zarówno w Anglii, jak i Szkocji oznaczało to, że jeden z dwóch środkowych napastników - którzy, jak odkryto, mieli w zwyczaju dublować swoje poczynania przy grze podaniami - został cofnięty, ostatecznie stając się na przestrzeni lat osiemdziesiątych XIX wieku środkowym pomocnikiem w ustawieniu 2-3-5, czyli w piramidzie. Istnieje rozpowszechnione przekonanie, które głosił choćby węgierski trener Árpád Csanádi w swoim wspaniałym i wpływowym podręczniku Piłka nożna, że ustawienie 2-3-5 po raz pierwszy zastosował zespół Uniwersytetu Cambridge w 1883 roku, pewne poszlaki wskazują jednak, że drużyna ta mogła używać owego systemu już sześć lat wcześniej. W końcówce lat siedemdziesiątych XIX wieku hołdował mu też zespół Nottingham Forest, zainspirowany eksperymentami swego kapitana Sama Widdowsona, który oprócz tego wynalazł ochraniacze na golenie.

Z całą pewnością w drużynie Wrexham zagrał środkowy pomocnik, gdy ekipa ta mierzyła się z Druids w finale Pucharu Walii w 1878 roku. Charles Murless, kapitan i obrońca Wrexham oraz agent nieruchomości, zdecydował się wycofać E.A. Crossa z linii ataku, prawdopodobnie dlatego, że uznał, iż szybkość drugiego z napastników, Johna Price'a, wystarczy, by pokryć powstały w ten sposób niedostatek w ataku. Pomysł ten się obronił, gdy James Davies rozstrzygnął zażarty mecz, zdobywszy dwie minuty przed końcem jedyną bramkę spotkania.

Stopniowe rozprzestrzenianie się 2-3-5 oznaczało, że środkowy pomocnik został wkrótce punktem podparcia dla całego zespołu, postacią jakże odległą od posępnego stopera, którym miał się później stać. Był wszechstronnym wielozadaniowcem, zarówno obrońcą, jak i napastnikiem, liderem i dyrygentem, zdobywcą bramek i graczem likwidującym akcje rywala. Był, jak to określił wybitny austriacki dziennikarz piłkarski Willy Meisl, "najważniejszą osobą na boisku".

Co ciekawe, "Sheffield Independent" w swojej relacji z pierwszego meczu przy sztucznym oświetleniu - pokazowego spotkania między "Czerwonymi" i "Niebieskimi" w październiku 1878 roku - prezentując ustawienie obu zespołów, podaje, że występowało w nich czterech obrońców, pomocnik i pięciu napastników. Nie ma jednakże żadnego innego dowodu, by przez kolejne trzy dekady jakiś zespół grał z więcej niż dwoma defensorami. Wydaje się więc prawdopodobne, że w gazecie opisano ustawienie 2-3-5 z bocznymi pomocnikami, których rolą było powstrzymywanie łączników5 rywali, zaliczonych tam w poczet nie pomocników, a obrońców.

Oburzenie samą ideą bronienia pojawia się w artykule w "Scottish Athletic Journal" z listopada 1882 roku, gdzie potępia się zwyczaj "pewnych wiejskich klubów", trzymających dwóch zawodników 20 metrów od własnej bramki, co, jak z przekąsem sugeruje autor, miało służyć głównie "zapewnieniu bramkarzowi możliwości pogawędki". Podobnie potępiony został Lugar Boswell Thistle, klub z hrabstwa Ayrshire, a to za atakowanie tylko dziewięcioma zawodnikami. Reakcjoniści jednak toczyli bitwę, której nie mogli wygrać; grając w ustawieniu 2-3-5, Dumbarton pokonało Vale of Leven w finale Pucharu Szkocji w 1883 roku.

Sukces Preston North End udowodnił wyższość ustawienia 2-3-5. Początkowo był to klub krykieta i rugby, który w 1878 roku zdecydował się zagrać "jednorazowo" według reguł związkowych przeciwko Eagley. Nie zarejestrowano ustawienia zawodników w tym meczu, ale w listopadzie kolejnego roku Preston North End starł się z Halliwell, grając w klasycznym 2-2-6, czyli dwoma obrońcami, dwoma pomocnikami, dwoma prawoskrzydłowymi, dwoma lewoskrzydłowymi i dwoma środkowymi napastnikami. Preston dołączyło do Federacji Piłkarskiej Lancashire przed sezonem 1880/81 i choć początkowo zespół miał problemy, pojawienie się w drużynie gromadki zawodników ze Szkocji - tylko formalnie niezawodowców - odmieniło klub. W 1883 roku po raz pierwszy podawano skład Preston w ustawieniu 2-3-5. Nie do końca wiadomo, kto był pomysłodawcą gry w tym systemie, jest jednak pewne, że James Gledhill, nauczyciel i lekarz z Glasgow, poprowadził serię wykładów, w których "pokazywał przy tablicy, czego można dokonać, dysponując składem wyselekcjonowanych ekspertów" - jak pisał w historii tego klubu David Hunt. Używając tego systemu, Preston wygrało dwa pierwsze sezony rozgrywek ligi angielskiej, w debiutanckim nie przegrywając ani jednego meczu.

Anglia po raz pierwszy zagrała w ustawieniu 2-3-5 przeciwko Szkocji w 1884 roku, do października zaś system ten na tyle się rozpowszechnił, że gdy Notts County przyjechało na północ na mecz towarzyski z Renfrewshire, "Scottish Umpire" wydrukował ich skład w formacji 2-3-5 bez żadnych komentarzy. Reprezentacja Szkocji pierwszy raz użyła piramidy w 1887 roku, wywołując wiele narzekań, że małpuje coś, co początkowo było angielską taktyką. Ton zamieszczonej w 1889 roku w "Scottish Referee" charakterystyki gracza Celticu Jamesa Kelly'ego sugeruje, że u schyłku dekady debata była zakończona: "Wiele osób wierzy, że gdy Szkoci wprowadzili pozycję środkowego pomocnika, poświęcili wiele z tego, w czym tkwiła siła ich gry. Nie podzielamy jednak tej opinii. Jeśli graczami, którzy mieliby wypełniać tę przestrzeń w naszych klubach, byliby piłkarze pokroju pana Kelly'ego, nie pojawiłaby się w tej kwestii żadna różnica zdań ani żaden powód, by żałować pójścia śladami Anglików".

Przez następne trzy i pół dekady niewiele się zmieniło. Przynajmniej w Wielkiej Brytanii 2-3-5 pozostało standardem, choć nie oznacza to, że nie istniały od tej reguły odstępstwa. Sugestia, że często toczono teoretyczne i skomplikowane dyskusje o taktyce, byłaby myląca, ale w latach przed pierwszą wojną światową wzrastało zainteresowanie tym, jak powinno się grać. Futbol epoki edwardiańskiej na pewno nie polegał na pojawianiu się zespołu na boisku i graniu w ten sam sposób tydzień po tygodniu.

Przykładowo w latach 1907-1914 w "Sheffield Telegraph and Star Sports Special" pojawiły się 64 artykuły instruktażowe, zaś Football Compendium (Piłkarskie kompendium) Petera J. Seddona wymienia 12 książek lub podręczników poświęconych tej dyscyplinie, wydanych pomiędzy 1898 a 1912 rokiem, z których dziewięć zostało napisanych przez lub przy udziale zawodowych piłkarzy. Ponadto ukazała się seria artykułów Leaves from my Notebook (Kartki z mojego notatnika), podpisanych pseudonimem Looker-On - najczęściej ukrywał się pod nim szkocki dziennikarz Bruce Campbell - w których omawiano elementy taktyki oraz stylu i często wchodzono w interakcję z czytelnikami. Jak zauważa Alex Jackson z brytyjskiego Narodowego Muzeum Futbolu, ekspert w dziedzinie piłki nożnej z czasów sprzed pierwszej wojny światowej, osią niemal każdej debaty jest fundamentalna różnica między grą krótkimi podaniami Szkotów i bardziej bezpośrednim stylem rozpowszechnionym w Anglii.

Jednakże dylematy takie jak szkockość kontra angielskość, krótkie czy długie podania, mądrość czy siła były tylko częścią dyskusji. Trzeci z instruktażowych felietonów z "Sheffield Telegraph and Star Sports Special" został napisany przez Percy'ego Sandsa, środkowego pomocnika Woolwich Arsenal. Zawodnik zadał pytanie: "Czy piłka staje się bardziej naukowa?" i zauważył, że namysł nad tym, jak powinno się grać, osiągnął już taki stopień, że "słyszy się o przyjęciu różnych kombinacji, na przykład otwartej gry, krótkich podań, poruszania się w trójkątach, metody "kopnij i biegnij", indywidualnej i tak dalej".

Abstrakcyjne myślenie powoli zaczęło się zakorzeniać. Taktyczna debata miała wejść do głównego nurtu w następnej dekadzie w naddunajskich kawiarniach, ale w pewnym stopniu działo się to także w edwardiańskiej Anglii. W 1913 roku w artykule Gra lewego obrońcy George Utley z Sheffield United analizował zwycięstwo Barnsley w Pucharze Anglii rok wcześniej: "Barnsley nie zawdzięcza sukcesu bezmyślnej piłce. Wiele razy, i zawsze przed meczami z wielkimi drużynami, długo debatowaliśmy w szatni czy gdziekolwiek indziej i ustalaliśmy pewne sposoby rozgrywania akcji. Kiedy byliśmy w Lytham, przygotowując się do finału Pucharu Anglii, zaczęliśmy rozmawiać w ten sposób po obiedzie. Trener nagle się poderwał, zebrał 22 kostki cukru i rozstawił je po całym stole, zgodnie z pozycjami rywalizujących ze sobą jedenastek, a następnie nimi ruszał i w ten sposób zawczasu przewidział, jak [George] Lillycrop zdobędzie pierwszą bramkę i jak wygramy 2:0". W rzeczywistości Barnsley zremisowało z West Bromem 0:0, a potem w powtórce zwyciężyło 1:0 dzięki golowi strzelonemu przez Harry'ego Tufnella dwie minuty przed końcem dogrywki. Najważniejsza kwestia dotyczyła jednak czegoś innego: Barnsley, choć postrzegane przez wszystkich jako przykład tradycyjnego angielskiego stylu, modyfikowało swoją grę w zależności od rywali.

Tom Boyle, kapitan Burnley i Barnsley, stał twardo na stanowisku, że "drużyna, która zawierzy lepszej taktyce, ostatecznie wygrywa, zaś kapitan w dużej mierze decyduje o przyjętym sposobie gry. Możliwości wdrażania strategii w piłkarskim zespole są nieograniczone. Kapitan musi wypatrywać słabości u przeciwnika i kierować grę w tę część boiska, która pozwoli jak najlepiej wykorzystać odkrytą słabość, a następnie nakaże ciągłe uderzanie tam, gdzie pancerz przeciwnika jest słabszy. W przyszłości drużyny będą zawdzięczały zwycięstwa nade wszystko taktyce, a szczęśliwym będzie zespół, który ma geniusza za kapitana - człowieka biorącego te obowiązki na siebie".

Te słowa podnoszą dwie istotne kwestie. Po pierwsze, to kapitan, nie zaś trener czy menedżer, określał taktykę, a jego rola zdecydowanie bardziej przypominała rolę kapitana we współczesnym krykiecie niż w piłce. Po drugie, Boyle modyfikował ustawienie 2-3-5. Miał kierować piłkę na jedną czy drugą flankę, zamiast całkowicie zmieniać pozycje graczy. Równocześnie jego myślenie wydaje się bardzo nowoczesne, bo uznaje on, że w taktyce niewiele jest prawd absolutnych: "W piłce nożnej taktyka musi zawsze pozostawać zależna od umiejętności zawodników drużyny, by dało się ją efektywnie zrealizować. W związku z tym ciężko ustanowić twarde i sztywne reguły".

Preston, które sięgnęło po dwa pierwsze tytuły ligowe, oraz Sunderland i Aston Villa, które dominowały w angielskiej piłce w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku, a także Newcastle z kolejnej dekady polegały mocno na imporcie zawodników ze Szkocji. Tym samym, co logiczne, zespoły te grały szkockim stylem krótkich podań. "Piłkarze wymieniali się lekkimi podaniami tu i tam, torując sobie drogę naprzód dzięki krótkiemu i gwałtownemu zagrywaniu piłki od jednego zawodnika do drugiego" - wyjaśniał Frank Buckley, obrońca Birmingham i Derby, a później nowatorski menedżer Wolves.

Słynny kapitan Newcastle Colin Veitch wiązał wprowadzenie tego stylu w swoim zespole z pozyskaniem napastnika R.S. McColla z Queen's Park (lepiej znanego jako "Toffee Bob", gdyż razem z bratem założył sieć kiosków z gazetami). W drużynie był także lewy pomocnik Peter McWilliam, który przeszedł z Inverness Thistle rok wcześniej. Miał się później stać bardzo wpływowym menedżerem Tottenhamu Hotspur, zaproponował także opis stylu gry McColla, który przedrukował Looker-on. Punktem wyjścia było "świetne przyjęcie", po którym następował "szybki rzut oka na boisko, dzięki czemu zdawał się zapamiętać wszystko. W tej samej chwili wychodziło pięknie mierzone podanie, zawsze sunące po ziemi do kolegi z drużyny na najkorzystniejszej pozycji, po czym [McColl] zajmował miejsce, na którym po otrzymaniu piłki powrotnej w największym stopniu zagrażał rywalowi. Zdawał się widzieć kilka "ruchów" równocześnie, zupełnie jak w grze w warcaby. Wiele razy widziałem, jak podaje i zajmuje pozycję na zagranie powrotne, wiedząc, że zanim piłka do niego dotrze, będzie musiała przejść prawdopodobnie przez dwóch albo i więcej jego partnerów".

Na tym polegało sedno szkockiego stylu, a drobna w zasadzie ewolucja gry podaniami i ruchu bez piłki pierwszy raz zaskoczyła niczego niepodejrzewających Anglików w 1872 roku. Wariacja gry podaniami spopularyzowana w Newcastle była tak zwaną grą w trójkącie, która polegała na podaniach pomiędzy pomocnikiem, łącznikiem i skrzydłowym na jednej lub obu flankach. Występujący na różnych pozycjach na lewej stronie boiska Bob Hewison z Newcastle określał to mianem "gry trójstronnej" albo "gry na szóstego napastnika", co sugeruje ofensywną naturę tego rozwiązania. Mówił: "Znawcy uznają to za esencję czystego futbolu, nauki i sztuki z przeszłości". Taki styl gry pojawiał się jednak stosunkowo rzadko, głównie dlatego, że niełatwo go było wdrożyć we właściwy sposób. Hewison pisał: "Nie można przywiązywać zbyt wielkiej wagi do indywidualności, myślenia, możliwości przystosowania się, szybkości. Wymagania są tak wielkie, że tylko prawdziwy artysta jest w stanie grać w ten sposób. Nie ma jednak powodu, dla którego nie powinno się kultywować tej sztuki, gdyż to ona ucieleśnia czysty futbol".

Mogło się to wydawać oczywiste dla niego czy dla kogokolwiek, kto miał styczność ze szkockim futbolem, ale w południowej Anglii przetrwało przekonanie, że piłka nożna w czystszej postaci powinna bazować na mięśniach. Corinthians, prowokacyjnie amatorscy obrońcy najlepszych - przynajmniej we własnym mniemaniu - tradycji futbolu, nadal zachęcali do dryblingu i gry siłowej. Klub został założony przez Nicholasa Lane'a Jacksona, urzędnika angielskiej federacji, który walczył z korzystaniem przez Preston z zawodowych piłkarzy i upierał się, że "podawanie do przodu w biegu" powinno być wyznacznikiem stylu. C.B. Fry, do którego wielu sportowych osiągnięć można zaliczyć także grę w Corinthians, mówił: "Cała linia napastników biegnie razem i nie zatrzymuje się, dopóki nie straci piłki lub nie strzeli na bramkę. Sporo z tych naukowych i niezmiernie mądrych krótkich podań zawodowych napastników obejmuje zatrzymywanie i robienie uników w tył; metoda ta często pozwala utrzymać piłkę, spowalnia jednak falę ataku".

Może to brzmieć mało subtelnie, lecz pod koniec XIX stulecia środkowym napastnikiem Corinthians był G.O. Smith, który bardziej skupiał się na dostarczaniu piłki do skrzydłowych i innych partnerów z drużyny niż na wykańczaniu akcji samodzielnie, przez co być może był pierwszym sygnałem pojawienia się w przyszłości fałszywej dziewiątki. Snajper Steve Bloomer, który grał ze Smithem w reprezentacji Anglii, opowiadał, że zawodnik Corinthians "odmienił rolę środkowego napastnika i z gracza wykańczającego samodzielnie akcje stał się piłkarzem łączącym linię napadu z praktycznie całą drużyną".

Na poziomie profesjonalnym bardziej bezpośredni styl objawiał się zwykle otwartą grą lub wykorzystaniem skrzydeł. "Najbardziej niebezpieczną formą gry w ataku jest wymienny, otwarty styl z długimi podaniami ze środka na skrzydła oraz od łączników na jednym boku do zawodników na drugiej flance - wyjaśniał lewy łącznik Sheffield Wednesday Andrew Wilson. - Jeśli rozprowadzasz piłkę w ten sposób, obrońcy nie wiedzą, jak się ustawić. Mogą próbować docisnąć napastnika, który ma piłkę, ale gdy ten szybko się jej pozbędzie, mają kłopot". Prawy łącznik Wednesday Billy Gillespie dodawał, że taktyka obejmowała "wykopy od łącznika w kierunku przeciwległego skrzydłowego i długie zagrania od środkowego napastnika w każdym kierunku". Styl ten był praktykowany choćby przez Blackburn Olympic, a następnie został rozwinięty przez West Bromwich Albion w połowie lat osiemdziesiątych XIX wieku. Ta ostatnia drużyna przegrała finały Pucharu Anglii w latach 1886 i 1887, niewielu też dawało jej szanse w finale w 1888 roku. Spotkali się w nim z potężnym Preston - zespołem, który w jednej z wcześniejszych rund pokonał Hyde 26:0. Gracze Preston byli tak pewni swego, że spytali sędziego, majora Francisa Marindina, czy mogą się sfotografować z pucharem przed pierwszym gwizdkiem. W odpowiedzi usłyszeli: "Czyż nie powinniście go najpierw zdobyć?".

Gracze Preston narzekali później, że zesztywnieli na brzegach Tamizy, oglądając wcześniej tego samego dnia zawody wioślarskie University Boat Race. Jakikolwiek byłby jednak powód, w spotkaniu rozgrywanym przed 17 tysiącami osób, pierwszym w historii futbolu wyprzedanym meczu, "otwarta gra i długie podania West Bromwich", jak opisywał to Geoffrey Green, doprowadziły tych ostatnich do zwycięstwa 2:1. Kluczową rolę w ich wygranej odegrał drobny prawoskrzydłowy W.I. Bassett, który został tego wieczoru wybrany do zespołu Anglii na mecz z Walią i pozostał podstawowym zawodnikiem drużyny narodowej przez kolejnych osiem lat. Green pisał o nim: "W jego czasach skrzydłowi mieli w zwyczaju dobiegać do narożnika boiska przed wrzuceniem piłki przed bramkę, ale Bassett nigdy nie był zakładnikiem tego sposobu gry. Wierzył w błyskawiczne zyskiwanie terenu (był porażająco szybki) i dostarczanie piłki tak dokładnie i tak prędko, jak to możliwe, nim defensywa będzie miała czas się odbudować".

Bardzo wcześnie pojawiło się poczucie, że styl polegający na krótkich podaniach był zarezerwowany dla wielkich drużyn, a gra długą piłką - dla zespołów z być może mniejszymi umiejętnościami, starającymi się jednak wyciągnąć z nich, co się da. Green pisał dalej: "Oto była drużyna z zawodnikami wygrzebanymi wyłącznie z hrabstwa Staffordshire, z funduszem płac nieprzekraczającym dziesięciu funtów tygodniowo, mierząca się z potężnym Preston, zespołem sowicie opłacanych artystów, w tym wielu uznanych szkockich ekspertów".

W Szkocji nie było jednakże żadnych wątpliwości, że czysty futbol polega na grze krótkimi podaniami; być może najłatwiej było to dostrzec dziennikarzom z Glasgow, gdy porównywali ów styl ze stylem gry długimi piłkami klubów z Dumbartonshire, takich jak Renton, Vale of Leven czy Dumbarton. Gdy w 1888 roku Renton, zdobywcy Pucharu Szkocji, pokonali West Bromwich Albion, zdobywców Pucharu Anglii, w tak zwanym Meczu Mistrzów Świata, zwycięzcy grali tak topornie, że szkocka prasa, otwarcie opowiadająca się za grą podaniami w stylu Queen's Park, wyrażała współczucie dla West Bromu. Zważywszy, że ci ostatni byli znani z bezpośredniej gry, można otrzymać wyraźną wskazówkę, w jakim stopniu styl Renton odbiegał od wzorca Queen's Park.

Zamiłowanie Dumbartonshire do długich piłek było tak znane, że gdy Barnsley w 1912 roku zawitało do Glasgow, by zagrać mecz towarzyski z Celtikiem, zapowiedź ze "Scottish Umpire" przeciwstawiała "krótką i artystyczną grę" Celticu "zuchwałym i śmiałym piłkarzom Barnsley, grającym w stylu starego Renton". Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1, co skłoniło felietonistę z rubryki Notatnik sędziego do wysnucia następującego wniosku: "Przyzwyczailiśmy się w przeszłości do cudu niemal maszynowych podań Aston Villi i genialnych umiejętności indywidualnych niektórych graczy West Bromwich, nigdy jednak nie widzieliśmy takiej kombinacji artystycznych zdolności, nieskrępowanego entuzjazmu i ryzykanckiej taktyki, jaką zaprezentowali gracze z Yorkshire. Wydawało się, że niektórym nie podoba się ta brawurowa postawa, ale tak wygląda nowy angielski styl (...). Warto było przebyć daleką drogę, by zobaczyć ten mecz dla samego kontrastu stylów. Celtic zasłużył na wyrazy uznania za sposób, w jaki stawił czoła tak bardzo zdeterminowanym przeciwnikom. To był pierwszy mecz Barnsley w tym sezonie, co wiele mówi o jakości ich treningu, bo zawodnicy po zejściu z boiska wyglądali niemal tak samo świeżo jak wtedy, kiedy wychodzili z szatni". Ta drużyna Barnsley była postrzegana w Anglii jako postępowa, ale w Szkocji oceniano ją niewiele lepiej niż ignorantów z Dumbartonshire, co wiele mówi o kierunkach, w których podążyła piłka w obu tych krajach.

Jak zauważa Alex Jackson, istniała również opinia, że gra podaniami była odpowiednia do występów w lidze, zespół musiał jednak być bardziej bezkompromisowy, jeśli chciał zdobyć Puchar Anglii, w których to rozgrywkach najmniejsze potknięcie oznaczało odpadnięcie z rywalizacji. W artykule z trzeciego numeru kwartalnika "Blizzard" autor ten opisuje, w jaki sposób Newcastle po przegraniu trzech z pięciu ostatnich finałów Pucharu Anglii zmieniło nastawienie i zaczęło grać w twardszym i bardziej bezpośrednim stylu, aż wreszcie w 1910 roku pokonało Barnsley w powtórce finału. W innym artykule o początkach taktyki Jackson pisał: "Bardziej bezpośredni styl był także korzystniejszy w pucharowych starciach w Anglii, bo reguły tych rozgrywek zachęcają do położenia dodatkowego nacisku na werwę, odbiory, szybkość, które przyczyniały się do szczególnie fizycznej natury angielskiego futbolu".

W tym kontekście intryguje, że wymieniając różne metody gry, Percy Sands miał wspomnieć także o stylu kick and rush (kopnij i biegnij). Z pewnością nie jest to sposób grania, który jakikolwiek trener mógłby świadomie popierać, Jackson zaś nie znalazł żadnego przykładu gracza, który opisując swoją drużynę, stwierdziłby, że prezentowała taki styl. Jak się wydaje, wskazuje to na wzrastające tempo i agresywność w grze w latach przed pierwszą wojną światową, a precyzyjniej rzecz ujmując - na intensywność charakterystyczną dla meczów pucharowych.

Problem nadmiernego tempa gry był dotkliwy zwłaszcza w Anglii. Zagadnienie to stało się głównym zmartwieniem dwie dekady później, ale nawet przed pierwszą wojną światową istniała świadomość, że angielska piłka zaczyna kłaść nacisk na szybkość, być może aż w szkodliwym dla futbolu stopniu. Looker-On (choć trzeba wziąć poprawkę, że autor ten był Szkotem) pisał w 1910 roku: "Po dogłębnym zapoznaniu się i ze szkockim, i z angielskim futbolem nie waham się napisać, że gra Szkotów jest w istocie wolniejsza, choć moim zdaniem osiągają oni ten sam rezultat co Anglicy mniejszym wysiłkiem. To, że najwyższej klasy piłka w Szkocji opiera się bardziej na kalkulacji, planowaniu i jest w konsekwencji wolniejsza niż w Anglii, przyznają praktycznie wszyscy Szkoci i mogę powiedzieć (...), że co do zasady są z tego bardzo dumni. Tamtejsze wiejskie kluby grają mecze przypominające przeciętne starcie w lidze angielskiej, lecz w kręgach najlepszych klubów zwykle określa się je z pogardą jako "mecze wiejskiego kopnij i biegnij". Nie licząc piłki nożnej, Szkoci są tak samo szybcy jak Anglicy, ale podczas meczu w większym stopniu niż ci drudzy wydają się uprawiać "grę myśli"".

Trzy lata później Looker-On udoskonalił swoją argumentację, zwracając uwagę, że różnica w szybkości i nacisku w grze Anglii i Szkocji nie sprowadza się tylko do piłkarzy, ale jest częścią szeroko pojętej kultury gry: "W Szkocji gra jest wolniejsza, gdyż szkoccy kibice rozumieją, że gdy zawodnik zacznie przemieszczać piłkę po boisku, niekoniecznie wykonuje całą tę pracę tylko po to, by pokazać, jaki jest bystry. Szkoccy kibice są świadomi, że pod koniec dryblingu zawodnik może ściągnąć na siebie większość defensywy przeciwnika, w efekcie czego, kiedy zagra podanie, jego partner ma otwartą drogę do bramki. W Anglii zawodnik, który próbuje zagrać w ten sposób, nie powinien mieć zdaniem obserwatorów żadnych wątpliwości. Zaleca mu się pozbycie się piłki albo przeprowadzenie indywidualnej akcji. Szkocki styl gry jeszcze bardzo długo nie będzie popularny w Anglii, przynajmniej dopóki ludzie go nie zrozumieją. Kilka osób mówiło mi: "Ileż to sukcesów [Johnny] Walker lub [Jimmy] McMenemy mogliby odnieść w Anglii", lecz nigdy się z tym nie zgadzałem. Obaj wspaniali napastnicy zostaliby wygwizdani na niemal każdym angielskim stadionie, bo ludzie po prostu nie zrozumieliby, co ci piłkarze usiłują zrobić".

Gracze byli świadomi, że szybkość ma negatywny wpływ na grę. "Powiedzieć, że zawodnikowi brakuje szybkości, to w oczach większości śledzących piłkę ludzi wyraz najwyższego potępienia" - komentował w 1914 roku skrzydłowy West Bromu A.C. Jephcott, czego efektem było "zdegradowanie rzemiosła i mądrości, taktyki i kontroli nad piłką do elementów drugorzędnych". Urodzony w Lancashire skrzydłowy Jocky Simpson, który w młodym wieku przeniósł się do Szkocji i grał w Falkirk i Blackburn Rovers, nie miał wątpliwości, że angielska piłka jest szybsza, i właśnie ten fakt obarczał winą za malejącą liczbę goli w latach przed wojną: "Moim zdaniem ogromna szybkość, z jaką się gra, jest główną przyczyną słabych wyników strzeleckich. Wydaje mi się, że zbyt wiele uwagi poświęca się samej idei "parcia do przodu"".

Niemniej - z szybką czy wolną grą, krótkimi podaniami, ustawieniem w trójkątach, przerzutami między skrzydłami czy nawet ze staromodnym dryblingiem - piramida pozostawała oczywistością do 1925 roku, gdy zmiana przepisu o spalonym doprowadziła do wykształcenia w Anglii systemu W-M. Tak jak kiedyś drybling i zmasowany atak były jedynym słusznym rozwiązaniem, tak 2-3-5 stało się kolejnym kamieniem milowym w rozwoju taktyki.

2 W tym przypadku szkoły niepubliczne to szkoły nieobjęte przez Public Schools Act z 1868 r., w którym wymieniono placówki wyłączone spod państwowej jurysdykcji. Wszystkie z wymienionych wcześniej szkół znalazły się w tym akcie prawnym.

3 W oryginale byli to odpowiednio: goal - bramkarz, three-quarter back, czyli ktoś pomiędzy obrońcą (full-back, zawodnikiem "zupełnie" cofniętym) a pomocnikiem (half-back, zawodnikiem tylko "na wpół" cofniętym; patrz też przypis na str. 17), i dwaj pomocnicy - jeden klasyczny (half-back) i jeden o funkcji zbliżonej do łącznika ataku, znanego z terminologii rugby (fly-kick).

4 13,7 metra.

5 Pozycja łączników (w angielskiej wersji inside forward - napastnik wewnętrzny) w ustawieniu 2-3-5 oznacza napastników, którzy znajdują się pomiędzy środkowym napastnikiem a skrzydłowymi.

Rozdział 2

Walc i tango

Nie tylko Wielka Brytania nie potrafiła oprzeć się futbolowi. Niemal wszędzie tam, gdzie Brytyjczycy udawali się w poszukiwaniu okazji do handlu i interesów, zostawiali po sobie piłkę nożną, i nie dotyczyło to tylko ich imperium. Można było się dorobić, eksportując miedź z Chile, guano z Peru, mięso, wełnę i skóry z Argentyny i Urugwaju, kawę z Brazylii i Kolumbii, a bankowość dało się prowadzić wszędzie. W latach osiemdziesiątych XIX wieku 20 procent brytyjskich inwestycji zagranicznych było umiejscowionych w Ameryce Południowej, a w 1890 roku 45 tysięcy Brytyjczyków żyło w Buenos Aires i okolicy. Mniejsze, choć też istotne społeczności istniały w S?o Paulo, Rio de Janeiro, Montevideo, Limie i Santiago. Przyjezdni prowadzili swoje interesy, równocześnie jednak zakładali gazety, szpitale, szkoły i kluby piłkarskie. Eksploatowali zasoby naturalne Ameryki Południowej, w zamian dając jej futbol.

W Europie wyglądało to podobnie. Jeśli gdzieś istniała brytyjska społeczność, czy to związana z dyplomacją, bankowością, handlem, czy inżynierią, wkrótce potem pojawiała się tam i piłka. Pierwszym klubem w Budapeszcie był Újpest, założony w 1885 roku przy sali gimnastycznej, wkrótce potem pojawiły się MTK i Ferencváros. Centrum brytyjskiej obecności w środkowej Europie stał się Wiedeń, a piłka nożna, uprawiana początkowo przez pracowników ambasad, banków, różnych przedsiębiorstw inżynieryjnych i handlowych, szybko się nad Dunajem zakorzeniła. Pierwszy mecz w Austrii odbył się 15 listopada 1894 roku pomiędzy Vienna Cricket Club i ogrodnikami z posiadłości barona Rothschilda, ale zainteresowanie okazało się tak duże, że w 1911 roku Cricket Club przekształcił się w drużynę Wiener Amateure. Wśród Czechów piłka musiała walczyć z Sokolami - lokalnymi odpowiednikami niemieckich Turnen, nacjonalistycznych stowarzyszeń gimnastycznych. Jednakże wraz z rosnącą liczbą przedstawicieli młodej inteligencji praskiej, która w poszukiwaniu inspiracji zerkała w kierunku Wiednia i Londynu, futbol zakorzenił się także i tam. Inauguracyjny Challenge Cup z 1897 roku, otwarty dla każdej drużyny z imperium habsburskiego, spowodował dalszy gwałtowny wzrost zainteresowania piłką.

Anglofilskie Dania, Holandia i Szwecja przyjęły futbol równie szybko. Reprezentacja Danii okazała się wystarczająco dobra, by zdobyć srebro na igrzyskach olimpijskich w 1908 roku. W tych krajach nie pojawiła się jednak nawet myśl, by robić cokolwiek inaczej niż Brytyjczycy, czy to z taktycznego, czy z jakiegokolwiek innego punktu widzenia. Zdjęcia holenderskich klubów piłkarskich z końcówki XIX wieku wyglądają na pastisz wiktoriańskiej angielskości, z tymi wszystkimi zwisającymi wąsami i wyuczoną obojętnością graczy. Maarten van Bottenburg i Beverley Jackson w książce Global Games (Globalne gry) cytują słowa pewnego zawodnika, że celem sportu była "gra na angielskich podstawach, z wszystkimi angielskimi zwyczajami i angielską strategią (...) wśród pięknego holenderskiego krajobrazu". Chodziło o naśladownictwo, nie o inwencję.

Piłka nożna zaczęła się rozwijać tam, gdzie stosunek do Brytyjczyków był bardziej sceptyczny, czyli w środkowej Europie i Ameryce Południowej. Ustawienie 2-3-5 zostało zachowane, jednak formacja, w jakiej gra drużyna, to tylko jeden z elementów piłkarskiej kultury, bo istotny jest też styl. Mimo zaakceptowania podań i rozprzestrzeniania się 2-3-5 Brytyjczycy generalnie upierali się przy twardości i fizyczności. To inni rozwijali bardziej subtelne formy futbolu.

Tym, co odróżniało piłkę nożną w środkowej Europie, była szybkość, z jaką przyswoiła ją sobie miejska klasa robotnicza. Choć tournée w wykonaniu choćby Uniwersytetu Oksfordzkiego, Southampton, Corinthians, Evertonu czy Tottenhamu, a także pojawienie się rozlicznych trenerów oznaczało, że wpływ brytyjskiego futbolu wciąż był widoczny, graczom nie wpojono przekonań rodem z angielskich szkół prywatnych i nie mieli przyjętego z góry pojęcia o "właściwym" sposobie gry.

Inne nacje miały też to szczęście, że największe wrażenie wywarli na nich Szkoci, dzięki czemu kładziono nacisk na szybkie, krótkie podania. Przykładowo w Pradze były lewy łącznik Celticu John Madden - "artysta piłki swoich czasów, z całym zasobem sztuczek", jak go opisał w książce A Lion Looks Back (Lew patrzy wstecz) Jim Craig - trenował Slavię w latach 1905-1938. Również jego rodak John Dick, niegdyś występujący w Airdrieonians i Arsenalu, dwukrotnie szkolił Spartę między 1919 i 1933 rokiem. Tymczasem w Austrii podejmowano świadome wysiłki, by odtworzyć styl Rangersów, którzy odbyli tam tournée w 1905 roku.

Najważniejszym nauczycielem szkockiej gry był jednakże Anglik o irlandzkich korzeniach - Jimmy Hogan. Urodził się w Burnley i dorastał w żarliwie katolickiej rodzinie; jako nastolatek brał pod uwagę wstąpienie do stanu duchownego, poszedł jednak w stronę futbolu, by zostać najbardziej wpływowym szkoleniowcem swoich czasów. Gusztáv Sebes, trener legendarnej węgierskiej drużyny z początku lat pięćdziesiątych XX wieku, miał powiedzieć: "Graliśmy w piłkę, jakiej nauczył nas Jimmy Hogan. W historii naszego futbolu jego nazwisko powinno być napisane złotymi literami".

Ignorując marzenie ojca, by jego syn został księgowym, Hogan jako 16-latek dołączył do klubu Nelson z hrabstwa Lancashire i rozwinąwszy się w piłkarza, którego sam określił mianem "użytecznego i sumiennego prawego łącznika", przeszedł do Rochdale, a potem do Burnley. Wieść gminna niesie, że miał trudny charakter, targował się nieustannie o wyższe wynagrodzenie i wykazywał zupełnie dziwaczne oddanie idei samorozwoju.

W uznaniu dla jego drobiazgowego i ascetycznego usposobienia koledzy z drużyny nazywali go "Pastorem". W pewnym momencie Hogan i jego ojciec skonstruowali prymitywny rower do ćwiczeń - w praktyce zwykły rower zamontowany na chybotliwym drewnianym stojaku - na którym piłkarz miał pedałować dziennie 50 kilometrów, aż pewnego dnia zrozumiał, że nie tyle czyniło go to szybkim, ile usztywniało mu mięśnie łydek.

Ideał bezwysiłkowej wyższości mógł przyświecać wczesnym amatorom, ale przeniósł się i na profesjonalny futbol. Zawodnicy patrzyli krzywo na treningi. Wymagano od nich biegania, być może nawet ćwiczenia sprintów, ale pracę z piłkami postrzegali jako niepotrzebną, a być może nawet szkodliwą. Przykładowo na rozpisce treningowej Tottenhamu z 1904 roku widnieją tylko dwie sesje z piłkami tygodniowo, a był to zespół prawdopodobnie światlejszy od pozostałych. Powszechnie uważano, że jeśli da się zawodnikowi piłkę w tygodniu, nie będzie jej głodny w sobotę. Kiepska metafora przekształciła się w zasadę.

Po jednym z meczów, w którym przedryblował kilku rywali i stworzył sobie dogodną sytuację, by ku swojemu rozczarowaniu strzelić nad bramką, Hogan zapytał trenera, Spena Whittakera, co zrobił nie tak w tej akcji. Czy źle ustawił stopę? Stracił równowagę? Whittaker lekceważąco kazał mu po prostu próbować dalej, twierdząc, że bramka raz na dziesięć prób to przyzwoity wynik. Inni zapewne zlekceważyliby ten incydent, lecz taki perfekcjonista jak Hogan zaczął się nad nim rozwodzić. To jasne, pomyślał, że takie rzeczy nie są kwestią szczęścia, ale zależą od techniki. "Od tego dnia zacząłem wyciągać wnioski dla siebie samego - stwierdził. - Połączyłem to z szukaniem porad od prawdziwie wielkich graczy. Przez to, że nieustanne zgłębiałem tę materię, zostałem w późniejszym życiu trenerem. Wydaje się to oczywiste, bo sam trenowałem całkiem jak młody zawodowiec".

Hogan czuł frustrację z powodu prymitywnego stylu Burnley, jednakże dopiero spór o finanse sprawił, że w wieku 23 lat po raz pierwszy zdecydował się opuścić Lancashire; skusił go menedżer Fulham Harry Bradshaw, który wcześniej zetknął się na krótko z Hoganem w Burnley. Sam nie był wyczynowym piłkarzem - bardziej biznesmenem i administratorem niż trenerem, miał jednak wyraźne wyobrażenie, jak powinno się grać w piłkę. Nie będąc fanem metody "kopnij i biegnij", seryjnie zatrudniał szkockich trenerów, szkolonych w grze podaniami, zapewniając też pokaźną szkocką reprezentację wśród zawodników i zostawiając im swobodę działania.

Taka polityka okazała się niepodważalnie skuteczna. Hogan pomógł Fulham zdobyć mistrzostwo Southern League6 w 1906 i 1907 roku, a w kolejnym sezonie zespół dołączył do Second Division7 i osiągnął półfinał Pucharu Anglii, w którym przegrał z Newcastle. Był to ostatni mecz Hogana w klubie. Od dłuższego czasu zmagał się z kontuzją kolana i mający zmysł biznesowy Bradshaw uznał, że zatrzymanie piłkarza byłoby nieuzasadnionym ryzykiem. Hogan na krótko dołączył do Swindon Town, a potem przedstawiciele Bolton Wanderers, czekając na niego pod kościołem po wieczornym niedzielnym nabożeństwie, przekonali go do powrotu na północny zachód.

Jego pobyt tam był rozczarowaniem, skończył się spadkiem z ligi, ale dzięki przedsezonowej podróży do Holandii Hogan uświadomił sobie, jaki potencjał tkwi w Europie i jaką chęć do nauki mają zawodnicy na kontynencie. Angielski futbol mógł odrzucać treningi jako coś niepotrzebnego, Holendrzy jednak wręcz o nie błagali. Po zwycięstwie 10:0 na Dordrechtem Hogan poprzysiągł sobie, że pewnego dnia "wróci i nauczy tych gości, jak grać właściwie". Co istotniejsze, zaprzyjaźnił się wtedy również z Jamesem Howcroftem, będącym czołowym sędzią. Howcroft regularnie prowadził mecze za granicą i w efekcie znał kilku klubowych zarządców. Któregoś dnia wspomniał Hoganowi, że Dordrecht szuka nowego trenera i Holendrzy mają nadzieję, iż uda im się zatrudnić eksperta od brytyjskiego stylu gry. Był to niezwykły przypadek i propozycja nie do odrzucenia. Hogan zaaplikował o posadę i w wieku 28 lat, rok po złożeniu owej przysięgi, zaakceptował dwuletni kontrakt i znalazł się z powrotem w Holandii, by spełnić daną sobie obietnicę.

Tamtejsi piłkarze byli amatorami, wielu z nich studiowało, ale Hogan zaczął ich trenować według swojego wyobrażenia o tym, jak powinno się ćwiczyć z brytyjskimi zawodowcami. Wzmocnił oczywiście sprawność fizyczną graczy, wierzył jednak, że kluczowe jest poprawienie ich kontroli nad piłką. Chciał, by jego drużyna naśladowała "starą szkocką piłkę" i grała w "inteligentny, konstruktywny i postępowy sposób, operując podaniami po ziemi". Co istotne, ponieważ wielu z jego zawodników wywodziło się z uniwersytetów, chętnie się uczyli, Hogan zaś wprowadził lekcje, podczas których szkicował kredą na tablicy, jak jego zdaniem powinno się grać w piłkę. Zaczął wyjaśniać taktykę i ustawienie oraz uczyć ich nie tylko ad hoc na boisku, ale poprzez schematy w sali lekcyjnej.

Hogan odnosił wystarczające sukcesy i zdobył na tyle dużą popularność, by dostać propozycję poprowadzenia holenderskiej drużyny narodowej w wygranym 2:1 meczu z Niemcami. Mając wciąż tylko 30 lat, czuł, że więcej może jeszcze zaoferować jako piłkarz, więc gdy jego kontrakt w Dordrechcie dobiegł końca, wrócił do Boltonu, w którym wciąż był zarejestrowany jako zawodnik. Rozegrał tam sezon, pomagając klubowi awansować, ale wiedział już, że jego przyszłość to trenerka. Latem 1912 roku ponownie zaczął szukać pracy i raz jeszcze Howcroft odegrał tu zasadniczą rolę, kontaktując go z wielkim pionierem austriackiego futbolu - Hugo Meislem.

Meisl urodził się w czeskim mieście Malešov w 1881 roku, w należącej do klasy średniej żydowskiej rodzinie, która przeniosła się do Wiednia, gdy był jeszcze mały. Złapał tam bakcyla piłki i zapisał się do Cricket Club, w którym odnosił umiarkowane sukcesy. Jego ojciec jednakże chciał, by syn zajął się handlem, i znalazł mu pracę w Trieście, gdzie Hugo biegle opanował włoski i zaczął się podszkalać w innych językach. Wrócił do Austrii, by odbyć służbę wojskową, na żądanie ojca zapewnił sobie posadę w banku, ale jednocześnie zaczął pracować dla austriackiej federacji piłkarskiej. Początkowo jego obowiązki polegały głównie na zbieraniu funduszy, ale Meisl, inteligentny łącznik na murawie (tak jak Hogan), miał wyrobione poglądy na to, w jaki sposób powinno się grać w piłkę, i był zdeterminowany, by kształtować przyszłość austriackiego futbolu. Stopniowo jego rola rosła, aż stał się de facto szefem austriackiej federacji i zupełnie skończył z bankowością.

W 1912 roku Austria zremisowała 1:1 z Węgrami w meczu sędziowanym przez Howcrofta. Meisl był sfrustrowany rezultatem i zapytał arbitra, co jego zespół zrobił źle. Ten podzielił się z nim refleksją, że drużyna potrzebuje dobrego trenera, kogoś, kto pozwoli piłkarzom rozwinąć indywidualną technikę - innymi słowy, kogoś takiego jak jego stary kumpel Jimmy Hogan. Meisl natychmiast podpisał z Hoganem sześciotygodniowy kontrakt, częściowo, by pracował z czołowymi austriackimi klubami, głównie jednak po to, by przygotowywał narodową drużynę Austrii przed igrzyskami olimpijskimi w Sztokholmie.

Pierwsza sesja treningowa Hogana nie poszła dobrze. Austriaccy gracze mieli problem, by go zrozumieć, i odnosili wrażenie, że zbytnio koncentruje się na podstawach. Meisl jednak był pod wrażeniem i długo rozmawiali z Hoganem o ich wizji futbolu. Pod względem taktycznym żaden z nich nie widział niczego złego w 2-3-5 - które, bądź co bądź, było podstawą futbolu przez ponad 30 lat - uważali jednak, że niezbędny jest ruch, że drużynom brakuje elastyczności, co czyni je przewidywalnymi. Obaj wierzyli, iż piłka musi "pracować", że szybkie kombinacje podań powinny być przedkładane nad drybling i że kluczem jest indywidualna technika, używana jednak nie po to, by slalomem mijać rywali, co miało stać się istotną cechą futbolu w Ameryce Południowej, ale żeby natychmiast opanować przychodzące podanie i móc szybko kontynuować akcję. Hogan chętnie poza tym podkreślał wartość długiego podania, które dezorganizowało obronę rywala, o ile było dobrze ukierunkowane, nie zaś zagrane jako bezmyślny wykop. Meisl był romantykiem, ale w Hoganie fascynuje to, że miał zasadniczo pragmatyczne przekonania. Nie był ewangelistą gry podaniami dla donkiszotowskiego poczucia, że ma rację. Po prostu wierzył, że najlepszym sposobem na wygrywanie meczów jest utrzymywanie się przy piłce.

W Sztokholmie Austria zmiażdżyła Niemcy 5:1, ale w ćwierćfinale uległa Holandii 3:4. Meisl był jednak przekonany do swojej koncepcji i gdy niemiecka federacja piłkarska poprosiła go, by udzielił Hoganowi referencji, zamiast tego zaproponował mu pracę, czyniąc go odpowiedzialnym za przygotowania Austrii do igrzysk w 1916 roku. Hogan miał powiedzieć: "Opuszczenie mojego ciemnego, ponurego, industrialnego Lancashire na rzecz radosnego Wiednia było niczym wstąpienie do raju". Pracował z drużyną olimpijską dwa razy w tygodniu, a przez resztę czasu szkolił czołowe drużyny w mieście; zapotrzebowanie na jego usługi było tak wielkie, że treningi z Wiener FC musiał zaczynać o 5.30 rano. Austria polubiła Hogana, a Hogan polubił Austrię. Ich piłka, jak mawiał, była jak walc, "lekka i łatwa". Meisl z optymizmem myślał o szansach drużyny na sukces w 1916 roku. Wojna jednak zniszczyła to marzenie.

Zdając sobie sprawę z prawdopodobieństwa konfliktu zbrojnego, Hogan zwrócił się do brytyjskiego konsula i zapytał, czy doradza jemu i jego rodzinie szybki powrót do Wielkiej Brytanii. Powiedziano mu, że nie ma żadnego zagrożenia, lecz wojna wybuchła w ciągu 48 godzin. Hogan został aresztowany jako obcokrajowiec. Amerykański konsul zdołał wysłać żonę i dzieci Hogana do Wielkiej Brytanii w marcu 1915 roku, zaś jego samego zwolniono z więzienia dzień przed planowanym umieszczeniem w obozie dla internowanych w Niemczech, po tym jak bracia Blythe, właściciele domu towarowego w Wiedniu, zgodzili się za niego poręczyć. Hogan pracował dla nich przez prawie półtora roku, ucząc ich dzieci grać w tenisa, ale dwieście kilometrów dalej na wschód czyniono starania, by przywrócić go futbolowi. Napisał do dyrektora MTK, Edwarda Shiresa, który w 1894 roku zrezygnował z pracy w roli sprzedawcy w fabryce maszyn do pisania w Manchesterze i stał się jednym z pionierów piłki nożnej w Europie Środkowej. Skontaktował się on z baronem Dirstayem, edukowanym w Cambridge wiceprezesem budapeszteńskiego klubu MTK, który pociągając za różne dyplomatyczne sznurki, zapewnił Hoganowi pracę w roli trenera tej drużyny, choć Brytyjczyk musiał przystać na to, że będzie regularnie meldował się na posterunku policji.

Niemniej ochoczo zaakceptował propozycję. Ponieważ wielu zawodników seniorskiej drużyny było na froncie, jego pierwszym celem stało się zebranie składu. Co naturalne, zwrócił się ku ekipom młodzieżowym, wybierając dwóch z najbardziej popularnych zawodników klubu, Györgya Ortha i Józsefa "Csibiego" Brauna, których dostrzegł podczas gierki, gdy spacerował po Angol Park. Jak wyjaśniał: "Doskoczyłem do nich i powiedziałem: "Są moi, tak bardzo moi". Obaj byli inteligentnymi chłopakami, uczęszczającymi do liceów w Budapeszcie. Każdego dnia po szkole mogłem na boisku wykładać im sztukę gry". Bystrzy i chętni do nauki Orth i Braun byli typowymi piłkarzami, jakich produkowała środkowa Europa, a Hogan uwielbiał pracować z takimi graczami. Tłumaczy to, dlaczego czuł się w Wiedniu i Budapeszcie jak w domu. Mówił: "Kontynentalny futbol ma nad brytyjskim tę przewagę, że chłopców uczy się sztuki gry już w bardzo młodym wieku".

Fundamenty zostały położone już wcześniej. W 1911 roku Shires zatrudnił w roli trenera Johna Taita Robertsona, pomocnika Rangersów i reprezentacji Szkocji, powołanego na stanowisko grającego szkoleniowca zespołu Chelsea w 1905 roku, czyli w momencie, gdy powstał ten londyński klub. Robertson rozpoczął wprowadzanie szkockiej gry podaniami, opuścił jednak Budapeszt po dwóch latach, co prawdopodobnie miało związek z jego skłonnościami do alkoholu, które kosztowały go pracę w The Blues.

Metody Hogana przyniosły spektakularny sukces. MTK wygrał rozgrywki w sezonie 1916/17, a następnie pierwsze oficjalne mistrzostwa po krótkiej przerwie spowodowanej wojną, broniąc tytułu przez dziewięć lat z rzędu. Gdy walki dobiegły końca, reprezentacja Budapesztu dała sygnał, że piłka na kontynencie jest coraz lepsza, gromiąc Bolton 4:1. Hogan jednakże sprawował pieczę nad MTK tylko przy dwóch z triumfów tej drużyny. Po zakończeniu wojny, kiedy tylko okazało się to możliwe, wyjechał do Wielkiej Brytanii. Twierdził: "Czas, który spędziłem na Węgrzech, był niemal równie szczęśliwy jak mój pobyt w Austrii. Budapeszt to piękne miasto, moim zdaniem najładniejsze w Europie". Nie widział jednak żony i syna przez prawie cztery lata. Hogana zastąpił jeden z jego dorosłych graczy, Dori Kürschner, który 20 lat później okaże się kluczowy dla rozwoju piłki nożnej w... Brazylii.

Hogan wrócił do Lancashire i znalazł pracę w Liverpoolu jako nadzorca wysyłek w Walker's Tobacco. Zarabiał jednak skromnie i doradzono mu, by zwrócił się o zasiłek do angielskiej federacji, która utworzyła fundusz na rzecz wsparcia zawodowców pokrzywdzonych przez wojnę.

Był to punkt zwrotny w jego karierze. Będąc przekonanym, że należy mu się dwieście funtów, Hogan pożyczył pięć, by pokryć wydatki na podróż do Londynu. Sekretarz FA Frederick Wall potraktował go jednak z pogardą. Jak powiedział, fundusz jest dla tych, którzy walczyli. Hogan zwrócił uwagę, że był internowany przez cztery lata, więc nie miał szansy wstąpić do wojska. W odpowiedzi Wall dał mu trzy pary skarpet w kolorze khaki, szydząc, że "chłopcy na froncie bardzo by się z nich ucieszyli". Hogan był wściekły, nigdy nie wybaczył ludziom z federacji, a jego talent - choć nie jest pewne, czy jego pomysły byłyby ciepło przyjmowane w konserwatywnej Anglii - został stracony dla tamtejszej piłki.

Tymczasem w Wiedniu Meisl dochowywał wierności wzorcom Hogana, choć jego wiara została wystawiona na próbę wskutek porażki 0:5 z kadrą południowych Niemiec tuż po wojnie. Na zmrożonym, zrytym koleinami boisku w Norymberdze gra krótkimi podaniami Austriaków okazała się niepraktyczna. Przybity Meisl spędził podróż powrotną, dyskutując z piłkarzami, czy powinni zarzucić swoje podejście na rzecz bardziej bezpośredniej i praktycznej gry. Zawodnicy stanowczo zaprzeczyli i w ten sposób ustalono zasady, na których we wczesnych latach trzydziestych wyrósł Wunderteam - pierwsza z wielkich niespełnionych drużyn narodowych. Pod dowództwem Meisla, jak pisał Brian Glanville, "piłka stała się niemal widowiskiem, rodzajem baletu z elementami rywalizacji, w którym zdobywanie bramek nie było niczym więcej niż wymówką dla dziergania misternych wzorów podań".

Piramida pozostała podstawowym ustawieniem drużyny, lecz styl, będący radykalnym rozwinięciem szkockiej gry podaniami, był tak odmienny od angielskiego, że został uznany za odrębny model piłkarski - szkołę dunajską. Technika była w nim bardziej ceniona niż fizyczność, została jednak ujarzmiona w strukturze drużyny. W Ameryce Południowej gra różniła się jeszcze bardziej od oryginalnego wzorca. Technika również była tam w cenie, ale w Urugwaju, a zwłaszcza w Argentynie, wysławiano indywidualność i wyrażanie samego siebie na boisku.

Przepisy gry w wersji skodyfikowanej przez angielską federację dotarły do Argentyny w 1867 roku, gdy opublikowała je anglojęzyczna gazeta "The Standard". W tym samym roku został założony Buenos Aires Football Club, początkowo jako odgałęzienie klubu krykietowego, lecz piłka nożna nie trafiła tam na podatny grunt i sześć lat później klub przerzucił się na rugby. Futbol zaczął zdobywać popularność dopiero w latach osiemdziesiątych XIX wieku, w dużej mierze dzięki Alexandrowi Watsonowi Huttonowi, absolwentowi Uniwersytetu Edynburskiego, który przyjechał do Argentyny, by uczyć w Saint Andrew's Scotch School. Zrezygnował z pracy, gdy szkoła odmówiła rozbudowy terenów sportowych, i w 1884 roku założył English High School, w której zatrudnił specjalistę od nauczania piłki nożnej. Gdy w 1893 roku zreformowano Argentyński Związek Piłki Nożnej (AFA)8, był w nim centralną postacią. Alumni, drużyna składająca się z absolwentów English High School, uzyskała miejsce w pierwszej lidze i zdominowała ją we wczesnych latach XX wieku, podczas gdy klubowa młodzież grała na niższym szczeblu ligowej piramidy. Nie była to jednak jedyna szkoła, która traktowała piłkę poważnie. Sześć z siedmiu pierwszych tytułów zdobyły drużyny wystawione przez prestiżową placówkę z internatem - Lomas de Zamora.

Podobna historia zdarzyła się po drugiej stronie La Platy, w Urugwaju, gdzie młodzi brytyjscy specjaliści założyli kluby krykietowe i wioślarskie, w których rozwinęły się sekcje piłkarskie, futbol zaś promowały brytyjskie szkoły. William Leslie Poole, nauczyciel w English High School w Montevideo, był odpowiednikiem Huttona; w maju 1891 roku założył Albion Cricket Club, którego sekcja piłkarska wkrótce grała w piłkę przeciwko drużynom z Buenos Aires.

W tym wczesnym okresie szybki rzut oka na składy wystarczy, by przekonać się, że zawodnikami byli przede wszystkim Brytyjczycy albo Anglo-Argentyńczycy i taki był też piłkarski etos. W swojej historii amatorskiego futbolu w Argentynie Jorge Iwanczuk mówi o "dobrej grze bez pasji" jako celu i wadze "fair play". W meczu przeciwko Estudiantes zawodnicy Alumni odmówili wręcz wykonania rzutu karnego, twierdząc, że został przyznany niesłusznie. Chodziło o to, by wszystko robić we "właściwy sposób", a przekonanie to przeniesiono także na taktykę - wszechobecne było ustawienie 2-3-5. Szczegółowa relacja "Buenos Aires Herald" ze zwycięstwa Southampton 3:0 nad Alumni - w pierwszym meczu na argentyńskiej ziemi rozegranym przez brytyjski zespół podczas tournée - podkreśla, jak bardzo w tamtejszym futbolu dominowały szkolne wartości. Jak pisano, brytyjska przewaga była wynikiem "przyrodzonej miłości do mężności jako takiej".

Stopniowo jednak brytyjska dominacja słabła. W 1903 roku argentyńska federacja przyjęła język hiszpański jako urzędowy, urugwajska zaś postąpiła podobnie dwa lata później. Alumni zakończyli działalność w 1911 roku, a w następnym roku AFA przekształciła się w Asociación del Football Argentina, choć dopiero w 1934 roku football zmienił się w fútbol. Urugwajczycy i Argentyńczycy, nieskażeni brytyjskim ideałem chrześcijańskiej kultury fizycznej, nie uznawali siły jako cnoty samej w sobie, nie traktowali też nieufnie sprytu. Ustawienie mogło być to samo, ale styl okazał się tak odmienny, jak to tylko możliwe. Antropolog Eduardo Archetti stał na stanowisku, że dzięki wpływowi hiszpańskich i włoskich imigrantów siłę i dyscyplinę odrzucono na rzecz umiejętności i zmysłowości. Był to trend odczuwalny w wielu dziedzinach.

"Piłka rozkwitła w slumsach niczym tango" - pisał urugwajski poeta i dziennikarz Eduardo Galeano. Odmienne warunki wymagały odmiennego stylu gry. Jak piłka klasztorna różniła się od tej, w którą grano na terenach przy szkołach, tak w ciasnych, nierównych i ograniczonych przestrzeniach Buenos Aires i Montevideo rozwinęły się inne umiejętności i narodził nowy styl: "Domorosła odmiana gry w piłkę - jak to ujął Galeano - powstała podobnie jak domorosły sposób tańca, który wymyślono w klubach milonga. Tancerze swoim ruchem rysowali na pojedynczej płytce podłogowej ażurowe wzory, piłkarze stworzyli zaś własny język na tych małych przestrzeniach, gdzie raczej starali się utrzymać przy piłce niż ją kopać, jak gdyby ich nogi były oplatającymi piłkę rękoma. To dzięki stopom pierwszych kreolskich wirtuozów narodził się el toque, dotyk. Piłka, niczym trącane struny gitary, miała być źródłem muzyki".

Biorąc pod uwagę, jak różne ideały im przyświecały, te dwa style nie mogły pokojowo współistnieć. Kiedy więc stare spotkało się z nowym, konflikt był nieunikniony. Uwidoczniło się to już w 1905 roku, podczas szóstego meczu na południowoamerykańskim tournée Nottingham Forest. Fizyczna gra angielskiej drużyny w meczu z reprezentacją Argentyny, która składała się w przeważającej mierze z Anglo-Argentyńczyków, doprowadziła do wyraźnych napięć. "The Herald", jak zawsze probrytyjski, posunął się do udzielenia robiącej niezwykłe wrażenie reprymendy tym, którzy śmieli krytykować podejście Forest: "Futbol, stworzony, by poprawić wytrzymałość, i będący próbą siły dla młodych ludzi u wiosny życia, to niekoniecznie gra towarzyska".

Kolejnym tournée angielskich drużyn towarzyszyła wrogość wywołana podstawową różnicą zdań na temat tego, jak wielką rolę w piłce nożnej powinna odgrywać gra bark w bark. Objazdówka Swindon Town w 1912 roku była jedną z niewielu wypraw, które można oceniać jako sukces, bo w angielskiej drużynie pojawiło się poczucie, że być może Brytyjczycy mogą się czegoś nauczyć. Samuel Allen, trener Swindon, generalnie komplementował gospodarzy, mówiąc, że nie widział nigdy lepszej piłki nożnej wśród drużyn amatorskich, nawet jednak on wyrażał ubolewanie, że miejscowi piłkarze "uważają indywidualne popisy za cel główny i zawsze korzystali z okazji, gdy tylko pojawiała się szansa na jakieś zmyślne samodzielne zagranie". Nawet tradycjonaliści w Argentynie byli sceptyczni odnośnie do kreolizacji gry. Jorge Brown, mający brytyjskie korzenie były gracz Alumni, protestował na początku lat dwudziestych, że nowy styl "osłabia futbol przez nadmiar podań w pobliżu bramki. Jest to gra delikatniejsza, być może bardziej artystyczna, prawdopodobnie nawet inteligentniejsza, ale straciła swój pierwotny entuzjazm". Tego rodzaju krytyka stawała się coraz powszechniejsza. Dopóki w 1953 roku Węgrzy nie zakończyli ostatecznie tej debaty na Wembley, Brytyjczycy żyli w iluzji, że reszta świata cierpi z powodu braku bezpośredniej gry w kierunku bramki.

Nikt, kto oglądał Urugwaj na igrzyskach olimpijskich w 1924 roku, nie mógłby się tak pomylić. Argentyńczycy zdecydowali się nie jechać na turniej, lecz Urugwajczycy wybrali się do Paryża i zapisali jedną z najwspanialszych kart historii wczesnego futbolu. Galeano miał tendencję do przesadnego romantyzmu, ciężko mu jednak odmówić autentycznej radości ze złotego medalu dla swej ojczyzny. Przede wszystkim była to drużyna ludzi pracujących, grali w niej między innymi pakowacz mięsa, kamieniarz, właściciel sklepu spożywczego i sprzedawca lodu. Podróżowali do Europy na statku, w najtańszej klasie, i żeby zapłacić za rejs, zagrali dziewięć zwycięskich meczów towarzyskich, zanim w ogóle dotarli do Francji. Urugwaj był pierwszą drużyną z Ameryki Południowej, która wizytowała Europę, ale - przynajmniej na początku - nie przykuwała wielkiej uwagi. Tylko dwa tysiące osób zjawiło się, by zobaczyć, jak w swoim pierwszym meczu na igrzyskach drużyna z Ameryki Południowej demoluje Jugosławię 7:0.

Ondino Viera, który później został trenerem kadry narodowej i wysławiał się w tylko nieznacznie mniej barwny sposób niż Galeano, stwierdził: "Założyliśmy szkołę urugwajskiego futbolu bez trenerów, bez przygotowań fizycznych, bez medycyny sportowej, bez specjalistów. Tylko my, sami, na urugwajskich polach, uganiający się za skórzaną kulą od rana do wieczora, a potem i przy księżycowej nocy. Graliśmy 20 lat, by stać się piłkarzami, jakimi powinni być piłkarze: absolutnymi władcami piłki, (...) potrafiącymi nią zawładnąć i za żadne skarby jej nie oddawać (...). To był dziki futbol, nasza gra. Poznawany doświadczalnie, samodzielnie wyuczony, rodzimy styl piłki nożnej. To futbol, którego nie było jeszcze w kanonie myśli treningowej w Starym Świecie, choćby w niewielkim stopniu (...). To była nasza piłka, w taki sposób stworzyliśmy naszą szkołę gry i tak też powstała szkoła gry całego kontynentu".

W Paryżu wieści niosły się szybko. Jak pisał Galeano: "Mecz po meczu widzowie przepychali się łokciami, by móc zobaczyć tych zwinnych jak wiewiórki ludzi, którzy grali piłką w szachy. Angielska drużyna dopracowała do perfekcji długie i wysokie piłki, ale te wydziedziczone dzieciaki z odległej Ameryki nie poszły śladami ojców. Wolały wynaleźć grę krótkich podań bezpośrednio do nogi, z błyskawicznymi zmianami rytmu i szybkimi dryblingami".

Szachy z piłką? Charles Alcock z pewnością nie rozpoznałby tej gry, choć zapewne doceniłby umiejętności strzeleckie środkowego napastnika Pedro Petrone, nawet jeśli odmawiał on gry głową, obawiając się, że zniszczy sobie obficie pokrytą brylantyną fryzurę. Świadkowie zostali jednak oczarowani, bo Urugwaj nie zwalniał tempa przez całe rozgrywki, strzelając 17 goli i tracąc ledwie dwa, nim w finale przybysze z Ameryki Południowej pokonali 3:0 Szwajcarię. Reakcja francuskiego eseisty i powieściopisarza Henry'ego de Montherlanta była typowa. "Objawienie! - pisał. - Oto mamy prawdziwy futbol. W porównaniu z nim to, co graliśmy do tej pory, przypomina rozrywkę dla małych dzieci".

Gabriel Hanot, który miał później zostać redaktorem "L'Équipe" i "France Football" oraz pomysłodawcą Złotej Piłki i Pucharu Europy, a wtedy znajdował się u schyłku znakomitej kariery piłkarskiej, zareagował mniej emocjonalnie. Jak pisał, Urugwajczycy pokazali "cudowną wirtuozerię przy przyjęciu piłki, jej kontrolowaniu i wykorzystywaniu. Stworzyli piękny futbol, elegancki, jednocześnie zaś różnorodny, szybki, potężny i efektywny". Hanot lekceważąco odniósł się do myśli, czy brytyjski futbol wciąż może być lepszy: "To jak porównanie czystej krwi araba do konia pociągowego".

Piłkarze Urugwaju wrócili do domu i natychmiast zostali wyzwani przez Argentyńczyków, którzy po wygranej 3:2 w dwumeczu - dzięki zwycięstwu 2:1 w drugim starciu w Buenos Aires, zakończonym przed czasem z powodu problemów z kibicami - upierali się, że zdobyliby mistrzostwo olimpijskie, gdyby tylko pojawili się na turnieju. Może tak, może nie - nie sposób tego stwierdzić. Z całą pewnością jednak ekipa Boca Juniors Buenos Aires zaimponowała podczas tournée po Europie, przegrywając tylko trzy z 19 meczów.

Cztery lata później Argentyna wyruszyła do Amsterdamu na kolejne igrzyska i - stosownie do okoliczności - spotkała się w finale z Urugwajem, przegrywając 1:2 w powtórzonym meczu. Dwa lata później te same zespoły zmierzyły się w finale mistrzostw świata i ponownie triumfował Urugwaj, zwyciężając 4:2. Na ile da się cokolwiek oceniać z ówczesnych relacji, przewaga Urugwajczyków miała wynikać z tego, że przy całym ich artyzmie i wszystkich słowach Viery o czystej spontaniczności, byli w stanie utrzymać ustawienie defensywy, tymczasem argentyński indywidualizm prowadził niekiedy do zamętu. W książce Storia critica del calcio italiano włoski dziennikarz Gianni Brera stwierdził, że finał mistrzostw świata w 1930 roku udowodnił, iż "Argentyna gra w piłkę z ogromną wyobraźnią i elegancją, ale techniczną wyższością nie nadrobi się rezygnacji z taktyki. Jeśli chodzi o dwie nacje znad La Platy, Urugwajczycy są mrówkami, a Argentyńczycy konikami polnymi". Oto sedno problemu - można stwierdzić, że cała historia taktyki opisuje starania, w jaki sposób osiągnąć najlepszą równowagę między solidnością w defensywie a płynnością w ataku. Tak powstała teoria la garra charrúa; charrúa to nawiązanie do autochtonicznych Indian Charrúa z Urugwaju, garra zaś znaczy dosłownie "szpon", a bardziej idiomatycznie określa się tym słowem odwagę lub ducha walki. Prawdopodobnie właśnie dzięki temu kraj z zaledwie trzymilionową populacją wygrał dwa razy mistrzostwa świata; w ten mało przekonujący sposób uzasadniano też brutalność późniejszych urugwajskich drużyn.

Jakkolwiek uromantyczniona byłaby ta teoria - koniec końców, Indianie Charrúa niemal nie grali w piłkę nożną - dla całego pozabrytyjskiego świata stało się oczywiste, że w najlepszą piłkę gra się nad La Platą i że jest tam znacznie bardziej rozwinięta niż na Wyspach, gdzie stosowano przewidywalne ustawienie 2-3-5. Autor artykułu z argentyńskiej gazety "El Gráfico" twierdził w 1928 roku: "Anglosaski wpływ zanikał, ustępując miejsca mniej flegmatycznemu, a bardziej niespokojnemu duchowi latynoskiemu. (...) [Latynosi] szybko zaczęli modyfikować teorię gry i tworzyć własną. (...) Różni się ona od brytyjskiej, jest mniej monochromatyczna, mniej zdyscyplinowana i metodologiczna, gdyż nie poświęca indywidualizmu na rzecz wartości zespołowych (...). Futbol znad La Platy robi więcej użytku z dryblingu, obficie korzysta z akcji indywidualnych, jest zwinniejszy i atrakcyjniejszy".

Wyobraźnia była ceniona do tego stopnia, że niektórych zawodników ubóstwiano jako wynalazców pewnych umiejętności czy trików: Juana Evaristo okrzyknięto twórcą marianelli - zagrania piętką z powietrza, Pablo Bartolucciego - uderzenia szczupakiem, a Pedro Calomino - przewrotką, choć ten ostatni przypadek jest sporny. Niektórzy twierdzą, że ten rodzaj strzału wywodzi się z Peru, gdzie używano go od końcówki XIX wieku, choć najczęściej jako pierwszego wykonawcę wymienia się Ramóna Unzagę Aslę - piłkarza rodem z Bilbao, który wyemigrował do Chile i miał zagrać przewrotką w 1914 roku (stąd określenie chilena w hiszpańskojęzycznej części Ameryki Południowej; o ile nie odnosi się ono do Davida Arellano - Chilijczyka, którzy spopularyzował tę technikę podczas tournée w Hiszpanii w 1920 roku). Jeszcze inni przyjmują wersję Leônidasa, brazylijskiego napastnika z lat trzydziestych, który przypisywał to zagranie Petronilho de Brito. Co dziwne, były prezes Aston Villi, Doug Ellis, także uznawał siebie za wynalazcę przewrotki, chociaż nie grał w piłkę na jakimkolwiek poziomie i urodził się dziesięć lat po tym, jak w kronikach odnotowuje się pierwsze wykonanie tego triku przez Unzagę. Kto tak naprawdę go wymyślił, jest w tym kontekście mniej istotne niż fakt, że wskazuje to, jak nad ujściem Parany ceniono wyobraźnię. Wstydliwe dla brytyjskiego futbolu może być co najwyżej to, że ojczyzna futbolu była tak bardzo nieprzychylnie nastawiona do innowacji, iż faktycznie można sobie wyobrazić, że to Ellis jako pierwszy wykonał przewrotkę na Wyspach.

Argentyński futbol rozwinął swój własny mit założycielski, oparty głównie na wizycie węgierskiego zespołu Ferencváros w 1929 roku, który prezentując miejscowym styl szkoły dunajskiej, miał zrewolucjonizować ich myślenie o grze. Zważywszy, że proces kreolizacji trwał od przynajmniej dwóch dekad, wydaje się jednak, iż tournée Węgrów przypieczętowało jedynie zmiany, które już były w toku, a w swoich początkach piłka nad Dunajem i La Platą była podobna i niemal równolegle odeszła od siłowości brytyjskiego stylu na rzecz gry bazującej bardziej na indywidualnej technice.

Wraz z technicznym eksperymentowaniem pojawiła się idea, by majstrować - choć delikatnie - przy taktyce. Francisco Varallo, prawy łącznik Argentyny w pierwszym finale mistrzostw świata, mówił: "Południowoamerykańskie zespoły lepiej operowały piłką i wyglądały na bardziej poukładane taktycznie. To były czasy, gdy mieliśmy pięciu napastników, "ósemka" i ""dziesiątka" schodziły głębiej, skrzydłowi zaś posyłali podania". Łącznicy byli postrzegani jako klucz do kreatywności, gra zaś rozwijała się w kulcie gambety, czyli mijania przeciwników jak tyczki. Zarówno w Argentynie, jak i Urugwaju opowiada się historię gracza, który przemykał pomiędzy rywalami, by zdobyć szokująco niezwykłą bramkę, po czym wymazywał ślady swoich stóp na ziemi podczas powrotu na własną połowę, by nikt nigdy nie mógł skopiować jego wyczynu.

Może to brzmieć rzecz jasna mitycznie, wskazuje jednak na dominujące wartości, które uwidoczniły się jeszcze mocniej, gdy argentyńska piłka zaczęła stawać się coraz bardziej osamotniona. Osłabieni emigracją zawodników przed mistrzostwami świata w 1934 roku Argentyńczycy - zwycięzcy turnieju Włosi mieli w składzie czterech graczy znad La Platy - zostali pokonani w pierwszej rundzie przez Szwedów, po czym odmówili wysłania drużyny do Francji w 1938 roku, kiedy odrzucono ich ofertę zorganizowania turnieju. Po tym, jak wybuchła druga wojna światowa, a następnie Juan Perón doprowadził do izolacji państwa, Argentyna nie pojawiła się na światowej scenie do 1958 roku, choć w tym czasie przeżywała złotą erę. Zawodowa liga zaczęła rozgrywki w 1931 roku, wielkie stadiony gromadziły tłumy, a gazety i przekazy radiowe napędzały ogólnonarodowe zainteresowanie piłką nożną. Futbol stał się do tego stopnia centralnym elementem argentyńskiego życia, że gdy Jorge Luis Borges, który nienawidził sportu, i Adolfo Bioy Casares, który go ukochał, współpracowali nad opowiadaniem Esse est percipi, wybrali piłkę nożną, by ukazać, jak można zmanipulować postrzeganie rzeczywistości (opisali rozczarowanie kibica, gdy ten z rozmowy z prezesem klubu dowiaduje się, że cały futbol jest ustawiony, wyniki są z góry ustalone, a w zawodników wcielają się aktorzy).

Styl, który zaczął się pojawiać w latach dwudziestych, rozwinął się w coś jeszcze bardziej spektakularnego, w la nuestrę ("nasz styl gry"), której korzenie sięgały criolla viveza - "wrodzonego sprytu". Określenie to zostało prawdopodobnie spopularyzowane po wygranej 3:1 Argentyny z jedenastką angielską (choć nie było to oficjalne spotkanie międzynarodowe). Niemniej to, co opisuje, zawiera w sobie całą filozofię argentyńskiego futbolu na wczesnym etapie rozwoju - radość z atakowania. Pomiędzy wrześniem 1936 a kwietniem 1938 roku w mistrzostwach Argentyny nie zdarzył się choćby jeden bezbramkowy remis. Gole to jednak tylko część historii. W często cytowanej anegdocie z powieści O bohaterach i grobach Ernesto Sábato omawia ducha la nuestry, gdy postać Juliena d'Arcangelo mówi bohaterowi, Martinowi, o zdarzeniu z udziałem dwóch łączników Independiente z lat dwudziestych, Alberto Lalína i Manuela Seoane (znanych jako El Negro i La Chancha), którzy byli ucieleśnieniami dwóch szkół myślenia o tym, jak powinno się grać w piłkę. "Żeby pokazać ci, czym były te dwa zmysły - zwraca się D'Arcangelo do Martina - podzielę się z tobą pewną barwną anegdotą. Pewnego wieczoru w przerwie meczu Seoane powiedział do Lalína: "Wrzuć do mnie, chłopie, ja nabiegam i strzelam". Zaczyna się druga połowa, El Negro dośrodkowuje i oczywiście La Chancha nabiega i strzela gola. Biegnie z triumfalnie rozpostartymi rękoma do partnera i krzyczy: "Widzisz, Lalín, widzisz?!", na co tamten odpowiada: "Widzę, ale nie mam z tego frajdy". Oto masz, jeśli chcesz, cały problem argentyńskiej piłki".

Sztuczki i zabawa zaczęły stawać się bardziej istotne od wygrywania. Pół wieku wcześniej Brytyjczycy sami toczyli spór: grać we "właściwy sposób", ciągle dryblować (choć znacznie mniej błyskotliwie) czy przyjąć styl, dzięki któremu wygrywa się mecze? W swoim 20-letnim kokonie, w kulturze ogarniętej obsesją vivezy i z małą liczbą meczów (w dodatku ze słabeuszami), które mogły przynieść porażkę i ewentualnie wywołać ponowną refleksję na tematy taktyczne, wybujały argentyński styl rozkwitał. W dłuższej perspektywie być może nie służył dobru tamtejszego futbolu, ale dawał radość, póki trwał.

6 W tamtym czasie była to liga regionalna, w praktyce trzeci poziom rozgrywkowy, ale w centralnych najwyższych ligach (Division One i Division Two) obowiązywał system wyboru drużyn przez federację. Awans bezpośredni był niemożliwy.

7 Drugi poziom rozgrywkowy.

8 Wtedy pod nazwą Argentine Association Football League - Argentyński Związek Ligi Piłkarskiej.

Rozdział 3

Trzeci obrońca

Jedną ze składowych futbolu sprawiających, że piłka nożna tak niezmiennie fascynuje, jest jej holistyczność. Najmniejsza zmiana w jednej części boiska może mieć zupełnie nieoczekiwany i radykalny wpływ na wydarzenia w dowolnym innym miejscu. Gdy w 1925 roku związki krajowe przekonały federację międzynarodową do zliberalizowania przepisu o spalonym, miała to być odpowiedź na problem braku goli. Trend zapoczątkowało Notts County, a później kilka innych drużyn (na czele z Newcastle United, w którym grała para obrońców Frank Hudspeth i Bill McCracken) nauczyło się tak wprawnie zastawiać pułapki ofsajdowe, że pole gry zawężyło się do wąskich pasów po obu stronach linii środkowej boiska. Gdy Newcastle zremisowało na wyjeździe 0:0 z Bury, miarka się przebrała. To był szósty bezbramkowy remis Newcastle w sezonie, w którym średnia goli na mecz zrobiła się niewyobrażalnie niska jak na tamte czasy i wynosiła 2,58. Piłka nożna stała się nudna, liczba widzów spadała, a sama federacja nie tylko dostrzegła, że coś należy zrobić, ale choć raz przeszła również do czynów.

Przepis o spalonym, według którego gracz dostający podanie musiał mieć przed sobą przynajmniej trzech przeciwników (zwykle bramkarza i dwóch obrońców), od 1866 roku przeszedł małe modyfikacje w reakcji na rosnącą liczbę pułapek ofsajdowych. Przykładowo w kwietniu 1906 roku w meczu pomiędzy Szkocją i Anglią na Hampden Park kapitan Anglików S.S. Harris z klubu Corinthians w odpowiedzi na kontuzję lewego pomocnika Harry'ego Makepeace'a, zamiast wycofać jednego z napastników (co było wówczas normą), przesunął wyżej lewego obrońcę, Herberta Burgessa, i przestawił swoją drużynę na grę z wysoką linią spalonego. Robert Crompton pozostawał głębiej, by zbierać długie piłki i reagować na próby przedarcia się rywali, reszta zespołu zaś ustawiła się na osiemnastym metrze od bramki Szkotów, efektywnie zamykając ich we własnym polu karnym. "Po tym, jak Harris przekazał, by grać ostrożnie, mecz stał się farsą, a tłum miał żal o nagłą zmianę stylu. Widzów irytowało oglądanie, jak Crompton pozostaje na tyłach, a angielscy obrońcy mieszają się ze szkockimi napastnikami, często zostawiając ich na spalonym w obrębie 18 metrów od własnej bramki" - cytował współczesną tamtym czasom relację Brian James w książce z 1970 roku England v Scotland (Anglia kontra Szkocja).

Anglicy przegrali 1:2, mecz wywołał jednak oburzenie piłkarskich władz. Inna relacja głosiła: "Gra z jednym obrońcą to niedopuszczalny element w klubowej piłce nożnej. Przy tym jest wątpliwe, czy to zgodne z duchem gry, żeby drużyna narodowa uciekała się do tak desperackiego ruchu, by utrzymać jak najniższy wynik". Harris, który był kapitanem Anglii we wszystkich trzech meczach rozegranych przez reprezentację w 1906 roku, nigdy nie wystąpił już w kadrze, a w następnym sezonie przepis o spalonym zmodyfikowano. Od tej pory nie można się było znaleźć na ofsajdzie, będąc na własnej połowie boiska.

Kiedy jednak pojawiła się idea pułapki ofsajdowej, powrót do stanu sprzed jej odkrycia był już niemożliwy i jeszcze przed pierwszą wojną światową ten wybieg taktyczny zyskał na popularności. Duet obrońców Notts County Herbert Morley i Jock Montgomery to pionierzy w tej dziedzinie, lecz pułapka ofsajdowa była kojarzona przede wszystkim z McCrackenem, którego prezentowano na współczesnych mu rysunkach, jak radośnie przyklaskuje sędziemu po kolejnej korzystnej dla piłkarza decyzji o spalonym.

Obecne wyobrażenie pułapki ofsajdowej przywodzi bardziej na myśl obraz czwórki obrońców Arsenalu za czasów trenera George'a Grahama. Wszyscy są ustawieni idealnie w linii i podnoszą ręce, sygnalizując spalonego. Przed 1925 rokiem działało to jednak na zupełnie innych zasadach, gdyż duet obronny bardzo rzadko grał w linii. Prekursorami tej koncepcji byli Jesse Pennington z West Bromwich Albion i Bob Crompton z Blackburn, którzy przed pierwszą wojną światową zaliczyli 23 wspólne występy dla Anglii. Charlie Wallace, napastnik Aston Villi, opisywał ich grę następująco: "Podczas gdy Crompton się wycofuje, zawodnik WBA przesuwa się wyżej, i to znacznie, niekiedy sprawiając wrażenie czwartego środkowego. Ten śmiały sposób gry oznacza, że niekiedy musi szybko gonić rywala, ale metoda ta w połączeniu z bezpiecznym nastawieniem Cromptona często pozwala zniwelować zagrożenie już u źródła, gdyż Pennington ustawia się w miejscu, w którym napastnik najmniej się go spodziewa".

Zgodnie z przepisem o spalonym przed napastnikiem musiało znajdować się przynajmniej trzech graczy rywali, by atakujący pozostawał w grze. Oznaczało to, że musiał znajdować się dalej od bramki niż grający wyżej defensor. Tym samym drugi z obrońców mógł pozostać za swoim kolegą z formacji i "czyścić"9 po nim akcje. McCracken tworzył duet obrońców z wieloma partnerami, z których najbardziej znany był Hudspeth. Broniąc pułapki ofsajdowej, pisał on w "Sheffield Telegraph and Star Sports Special": "Nie ma wątpliwości, że powinienem mówić, iż metody McCrackena nie wyszły piłce na dobre, bo są one środkiem, by zepsuć innym radość z meczu. To jednak błąd. To nie metody McCrackena zabijają grę, lecz fakt, że napastnicy rywali nie zadają sobie trudu, by wymyśleć rozwiązanie, które pozwoliłoby zneutralizować taktykę bazującą na spalonych. W przepisie o spalonym jest jedno wspaniałe zdanie, o którym napastnicy wciąż uparcie zapominają: że jeśli znajdą się za linią piłki, nie będą na spalonym. Niezależnie od tego, czy McCracken pobiegnie do przodu, czy zrobi cokolwiek innego".

Władze były jednak zaniepokojone i w 1921 roku dodano nową poprawkę do przepisu. Od teraz zawodnik nie mógł być na spalonym po wyrzucie piłki z autu. Niemniej do 1925 roku stało się oczywiste, że konieczne są jeszcze dalej idące zmiany. Federacja angielska zaproponowała dwa rozwiązania - albo tylko dwóch rywali przed napastnikiem wystarczy, by nie było spalonego, albo zostanie domalowana kolejna linia 40 jardów10 od każdej z bramek, przed którą przepis o spalonym nie obowiązuje. Obie propozycje zostały przetestowane w serii meczów pokazowych, podczas których rozgrywano po jednej połówce według każdego z tych wariantów.

W trakcie spotkania w Londynie w lipcu angielska federacja zdecydowała się na wersję wymagającą, by tylko dwóch rywali znajdowało się przed adresatem podania, żeby nie było spalonego. Szkocka federacja wkrótce również zaaprobowała tę poprawkę i to ona zaproponowała ją organom międzynarodowym. Nowy przepis wszedł w życie przed sezonem 1925/26. Wcześniej drużyna, stosując pułapkę ofsajdową, mogła użyć jednego z obrońców jako zabezpieczenia, gdy jego partner wychodził wyżej, by powstrzymać szarżującego napastnika. Nowy zapis oznaczał, że pomyłka podczas ataku na napastnika skutkowała sytuacją sam na sam z bramkarzem.

Na pierwszy rzut oka poprawka okazała się natychmiastowym sukcesem. Średnia liczba goli na mecz w następnym sezonie wzrosła do 3,69. Przyniosło to jednak również wyraźne zmiany w sposobie rozgrywania meczów i bezpośrednio doprowadziło do rozwinięcia przez Herberta Chapmana koncepcji gry trójką obrońców oraz opracowania ustawienia W-M. A także, jak się powszechnie uznaje, do kryzysu i większego nacisku na defensywę w angielskiej piłce nożnej.

Ten argument jest często podnoszony przez Willy'ego Meisla, młodszego brata Hugo, w książce Soccer Revolution, napisanej jako świadectwo przerażenia po klęsce 3:6 Anglii u siebie z Węgrami w 1953 roku. Meisl, co trzeba podkreślić, stał się gorliwym anglofilem, jeszcze zanim musiał uciekać do Londynu przed narastającym antysemityzmem w Austrii. Jego książkę czyta się jak pieśń żałobną za przeszłością, której autor doświadczył jedynie z drugiej ręki i którą prawdopodobnie wyidealizował. Stał się szanowaną postacią w dziennikarstwie sportowym, pisząc głównie o angielskiej piłce do zagranicznych publikacji. Przy całym swoim błyskotliwym stylu Soccer Revolution jest jednak, przynajmniej dla współczesnego odbiorcy, dziełem mocno ekscentrycznym. Dla Meisla zmiana przepisu o spalonym to piłkarska wersja grzechu pierworodnego, moment, gdy futbol stracił niewinność, a zwyciężyła komercjalizacja. Nawet jeśli to prawda, w porównaniu z dzisiejszymi czasami był to co najwyżej wierzchołek góry lodowej.

W ujęciu Meisla, nie mniej idealistycznym niż jego brata, nieodrywający wzroku znad ksiąg bilansowych dyrektorzy z klapkami na oczach stworzyli zasady, które doprowadzą do upadku futbolu, choć nawet nie dostrzegli, że są "winni niewłaściwego podejścia do gry". W ten sposób przeforsowali zasady, które "dla laika mogą wydawać się niewielkimi zmianami przepisów", lecz okazały się "kamieniem wywołującym lawinę".

I tu ponownie rysuje się podział na tych, którzy szukają tylko zwycięstw, i na tych, którzy po prostu chcą dobrze grać. W dzisiejszych czasach debata ta wydaje się powierzchowna, lecz w latach dwudziestych XX wieku była wystarczająco żywa, by niektórzy zaczęli kwestionować koncepcję ligi (na przykład Brian Glanville z uwagi na jej demoniczną naturę ochrzcił ją mianem "inkuba"). Chapman przyznawał: "Strach przed porażką i stratą punktów sprawia, że zawodników zżera trema (...). Wskutek tego kiedy okoliczności są sprzyjające, zawodowców stać na znacznie więcej, niż się wydaje. Wygląda na to, że piłka byłaby lepsza, gdybyśmy znaleźli jakiś sposób na zminimalizowanie wagi wygrywania i wartości punktów". W wygrywaniu i przegrywaniu w piłce o moralność chodzi jednak w nie większym stopniu niż w życiu. Danny Blanchflower, były kapitan Tottenhamu, stwierdził: "Największym błędem jest myślenie, że w tej grze chodzi tylko o wygrywanie i przegrywanie. Chodzi o (...) chwałę i pokazanie stylu", ale nawet ludzie z całego serca się z nim zgadzający z pewnością nie chcieliby, aby o wyniku decydowano w taki sam sposób jak w łyżwiarstwie figurowym, gdzie sędziowie przyznają noty. Prosty, choć może niezbyt wesoły fakt polega na tym, że ci, którzy szukają zwycięstw, będą skłaniali się ku grze opartej na przeszkadzaniu rywalowi. Po chlubnym wyskoku la nuestry z takim podejściem zderzyli się Argentyńczycy. Dotknęłoby to i zapewne estetów z Austrii, gdyby nie to, że wcześniej dotarł tam faszyzm. Złote czasy, niemal z definicji, przeminęły. Radosna naiwność nigdy nie trwa wiecznie...

Najbardziej oczywistym natychmiastowym efektem zmiany przepisu o spalonym było więcej przestrzeni, w której napastnik mógł się przemieszczać. Pole gry się rozciągnęło, a krótkie podania ustąpiły miejsca dłuższym piłkom. Niektóre drużyny odnalazły się w tym lepiej niż inne. Początek sezonu 1925/26 upłynął pod znakiem dziwacznych rezultatów. Zwłaszcza Arsenal zdawał się mieć problem z jakąkolwiek regularnością. Po pokonaniu 26 września Leeds United 4:1 Kanonierzy zostali 3 października zmiażdżeni 0:7 przez Newcastle United.

Charlie Buchan, lewy łącznik i prawdopodobnie największa gwiazda zespołu, był wściekły. Oświadczył Chapmanowi, że kończy karierę i zamierza zostać na północnym wschodzie, gdzie odnotował znaczące sukcesy z Sunderlandem. O Arsenalu miał powiedzieć, że to zespół, który nie może niczego wygrać, bo nie ma żadnego planu. Szkoleniowiec londyńczyków zobaczył pewnie w tym momencie, jak upada projekt jego życia, słowa Buchana zaś musiały być szczególnie dotkliwą szpilą, gdyż pomijając wszystko inne, planowanie było dla Chapmana podstawą.

Trener Kanonierów urodził się w Kiveton Park, małym górniczym miasteczku między Sheffield a Worksop, i gdyby nie piłka, trafiłby do kopalni, idąc w ślady ojca. Karierę zaczynał w Stalybridge, a kolejnymi jego przystankami były Rochdale, Grimsby, Swindon, Sheppey United, Worksop, Northampton Town, Notts County i wreszcie Tottenham. Był piłkarskim obieżyświatem, wystarczająco dobrym, by uniknąć zawodu górnika, ale niewiele ponad to. Jeśli cokolwiek z czasów jego futbolowej kariery mogło się rzucać w oczy, to jego jasnożółte skórzane buty, w których grał w przekonaniu, że dzięki nim będzie na boisku lepiej widoczny dla kolegów z drużyny. Był to pierwszy przejaw jego kreatywności, która tak bardzo służyła mu, gdy został szkoleniowcem.

Kariera menedżerska Chapmana nie zaczęła się jednak z przytupem. Wylegiwał się w wannie po towarzyskim meczu rezerw Tottenhamu wiosną 1907 roku, gdy jego kolega z zespołu, Walter Bull, napomknął, że zaoferowano mu posadę grającego trenera w Northampton, chce jednak jeszcze pozostać czynnym zawodnikiem. Chapman odparł, że byłby zainteresowany, i po rekomendacji Bulla oraz nieudanej próbie zatrudnienia przez Northampton Sama Ashwortha, ekspomocnika Stoke i Manchesteru City, dostał tę posadę.

Podobnie jak wszyscy, którzy mieli okazję choć chwilę przyjrzeć się jej z bliska, Chapman był fanem szkockiej gry podaniami. Chciał, by jego zespół odtworzył charakterystyczne dla tego stylu "finezję i spryt". Niemniej po kilku obiecujących wynikach gra Northampton zbladła, a porażka u siebie z Norwich oznaczała spadek na piąte od końca miejsce w Southern League. Na pierwszy kryzys Chapman zareagował swoją pierwszą wielką taktyczną refleksją - stwierdzeniem, że "drużyna może konstruować atak zbyt długo". Zaczął więc zachęcać zawodników, by cofali się w głąb pola. Nie chodziło mu jednak o kontrolowanie napastników rywala, ale wyciągnięcie wyżej obrońców, by stworzyć sobie przestrzeń do atakowania. Do świąt Bożego Narodzenia w 1908 roku Northampton znalazło się na fotelu lidera Southern League. Drużyna Chapmana zdobyła tytuł z rekordową liczbą 90 strzelonych goli.

W 1912 roku Chapman przeniósł się do Leeds City i w ciągu dwóch sezonów do wybuchu pierwszej wojny światowej wyciągnął ten zespół z przedostatniego na czwarte miejsce w Division Two. Tutaj także wprowadził jedną ze swoich najsłynniejszych innowacji: rozmowy z zespołem. Wpadł na ten pomysł, gdy zobaczył, jak zapalczywie jego podopieczni dyskutują podczas gry w karty. Wojna przerwała rozwój drużyny, ale tak dla Chapmana, jak i klubu równie dużym problemem były oskarżenia o nielegalne płacenie zawodnikom. Szkoleniowiec odmówił okazania ksiąg rachunkowych, co w październiku 1919 roku doprowadziło do wykluczenia drużyny z ligi oraz dożywotniego zawieszenia Chapmana.

Jednakże dwa lata później, gdy pracował w fabryce Olympia Oil & Cake w Selby, dostał propozycję zatrudnienia jako asystent w Huddersfield Town. Pierwszym trenerem miał być Ambrose Langley, który przed wojną grał z bratem Chapmana, Harrym. Chapman okazał zainteresowanie ofertą i złożył apelację do federacji, motywując ją tym, że w momencie rzekomego dokonywania nielegalnych płatności pracował w fabryce broni w Barnbow.

Angielska federacja okazała mu łaskę. Chapman objął posadę, a miesiąc później, gdy okazało się, że Langley woli jednak prowadzić pub, wylądował na stanowisku menedżera. Powiedział dyrektorom, iż skład mają młody i pełen talentów, ale drużynie potrzebny jest "generał, który ją poprowadzi". Szkoleniowiec zdecydował, że właściwym człowiekiem w tej roli będzie Clem Stephenson z Aston Villi. 33-letni zawodnik podzielał wiarę Chapmana w grę opartą na kontratakach i rozwinął styl pozwalający unikać pułapek ofsajdowych dzięki schodzeniu głęboko na własną połowę i szybkiemu wyprowadzaniu akcji. Rezultaty i frekwencja szybko się poprawiły. Chapman, zawsze myśląc krok do przodu, położył nową murawę i odnowił miejsca dla prasy na stadionie Leeds Road. W 1922 roku drużyna zdobyła Puchar Anglii i nie przeszkodziło jej nawet to, że jej maskotka, wypchany osiołek, spłonęła podczas świętowania półfinałowego zwycięstwa nad Notts County. W finałowym starciu z Preston North End Billy Smith wykorzystał rzut karny w końcówce spotkania.

Piłkarskie władze nie były jednak zachwycone. Mecz okazał się słabym widowiskiem, pełnym fauli wpływających na płynność gry, co doprowadziło do wyrażenia przez oficjeli "głębokiego żalu" z powodu zachowania graczy, które zmuszeni byli oglądać. Mieli przy tym nadzieję, "że do podobnego zachowania nie dojdzie już w żadnym kolejnym finale". Gdy Huddersfield zapytało federację, co miała na myśli, w odpowiedzi ta poinformowała, że klub sam powinien zauważyć znamiona naruszenia dobrych obyczajów. Brak wyjaśnienia spowodował spekulacje, że Chapman znalazł się na cenzurowanym na skutek ustawienia swojego środkowego pomocnika Toma Wilsona głębiej niż zwykle, przez co, używając określenia z "Huddersfield Examiner", zawodnik działał jak "wielki przeszkadzacz".

Nie sposób ustalić, czy federacja miała coś konkretnego na myśli, ale ponownie można odnieść wrażenie, że istniało coś takiego jak "właściwy sposób gry", z której to ścieżki Chapman miał zboczyć. Równocześnie zalecenie Wilsonowi nawet jeśli nie krycia indywidualnego, to przynajmniej kontrolowania poczynań Billy'ego Robertsa, napastnika rywali, sugeruje, że droga do pojawienia się stoperów w pomocy była otwarta i mogli oni pojawić się niezależnie od zmiany przepisu o spalonym.

Z perspektywy czasu stoper w środku pola wydaje się oczywisty w ustawieniu piramidy, nawet jeśli minęło sporo czasu, zanim został on powszechnie zaakceptowany. Gdy spotykają się dwie drużyny ustawione w systemie 2-3-5, to jeśli idzie o rozkład obowiązków na boisku, można podzielić mecz na grę pięciu atakujących kontra pięciu broniących. Środkowy pomocnik miałby troszczyć się o środkowego napastnika, ale w wielu drużynach preferowano, by obrońcy zajmowali się skrzydłowymi rywala, a boczni pomocnicy pilnowali łączników i vice versa. W.H. Brelsford, prawy pomocnik Sheffield United, zauważył, że jeśli jeden z obrońców będzie opiekować się skrzydłowym, "defensywa ma tendencję do rozproszenia się", przyznawał jednak, że to pomocnicy są w stanie szybciej zamykać przestrzeń dla łączników rywala. Innymi słowy, każde rozwiązanie miało swoje plusy i minusy. To, które z nich stosowano, zależało od okoliczności.

W każdym z tych systemów, już od najwcześniejszej postaci, środkowy z pomocników miał zawsze choć trochę obowiązków defensywnych i dało się zauważyć potrzebę, by linia pomocy była dobrze zbalansowana. W styczniu 1914 roku Brelsford pisał: "Czasem mam wątpliwość, czy opłaca się mieć trzech pomocników w drużynie, która do perfekcji opanowała dostarczanie piłki do napastników. Cała trójka tak bardzo angażuje się w ofensywną fazę gry, że ta defensywna musi ucierpieć. Moim zdaniem najlepsza linia pomocy to dobra mieszanka siły i umiejętności, ale wszyscy trzej zawodnicy nie mogą grać w tym samym stylu. Jeśli masz dwóch piłkarzy precyzyjnie dogrywających do ataku, wtedy musisz wzbogacić to towarzystwo o kogoś, kto z determinacją będzie uprzykrzać życie rywalom. Z kolei jeśli masz dwóch silnych przeszkadzaczy, musi ich uzupełniać klasowy rozgrywający".

Niektórzy pomocnicy, nawet jeszcze tuż przed wojną, wyspecjalizowali się w bronieniu. Przykładowo Newcastle, znane ze swojej ofensywnej środkowej linii, ściągnęło w 1909 roku z Aberdeen pomocnika Wilfa Lowa, by zapewnić zabezpieczenie dla bardziej kreatywnych zawodników grających z nim w formacji. W retrospektywnym materiale z 1914 roku w "Sheffield Telegraph and Star Sports Special" opisywano, jak Low "przez cały ten sezon [1910/11] rujnował reputację niemal każdego środkowego pomocnika, z którym miał styczność na boisku".

Częstszą tendencją była defensywna gra pomocnika środkowego aniżeli bocznych, występujących bliżej flank. Obrońca Sheffield United Bernie Wilkinson pisał, że "środkowy pomocnik powinien zwracać większą uwagę na obronę, z kolei boczni - na atak", a występujący na pierwszej z tych pozycji Billy Wedlock z Bristol City wyjaśniał, że "środkowy pomocnik powinien obserwować środkowego napastnika rywali. Jeśli robi to i dobrze wykonuje swą pracę, nawet najlepszy środkowy napastnik świata nie olśni nikogo swą grą".

Już w 1897 roku C.B. Fry odnosił się do taktyki używania środkowego pomocnika w czysto defensywnej roli. W Encyclopaedia of Sport and Games (Encyklopedia sportu i gier) pisał: "Czasami w sytuacji, kiedy zespół prowadzi jedną lub dwiema bramkami i wydaje się zasadne grać czysto defensywnie, zostaje dodany trzeci obrońca, poprzez zmniejszenie liczby napastników. (...) W odniesieniu do zmiany polegającej na wycofaniu napastnika i użyciu dodatkowego obrońcy trzeba podkreślić: przez tych trzech obrońców bardzo ciężko się przedrzeć, (...) jednak o ile ci zawodnicy nie są uniwersalni i zdolni do gry na nieswojej pozycji (...), jest zupełnie niemądrze grać z trzecim obrońcą, jeśli ten dodatkowy zawodnik nie ma umiejętności, by występować na tej pozycji".

Wycofanie napastnika to rzecz jasna zupełnie co innego niż cofnięcie środkowego pomocnika, ale fakt, że nawet ktoś o tak tradycjonalistycznym podejściu jak Fry uznawał możliwość dodania obrońcy, sugeruje, że 2-3-5 nie było tak bardzo nienaruszalne, jak mogłoby się chwilami wydawać. Od pierwszej dekady XX wieku wycofanie środkowego pomocnika w głąb pola podczas trudnych meczów wyjazdowych nie było czymś niezwykłym. Przykładowo David Calderhead, były menedżer Chelsea, w 1933 roku w wywiadzie dla "Thomson's Weekly" opowiadał: "Pamiętam, że gra z trzema obrońcami była bardzo skuteczną metodą w meczach wyjazdowych w czasach, kiedy sam grałem w piłkę. Jednym z pierwszych propagatorów takiego rozwiązania był Herbert Dainty, dawny środkowy pomocnik Notts County i Dundee".

O ile zdarzały się przypadki wystawiania na boisku środkowych pomocników ze specjalnymi zadaniami w defensywie, to Huddersfield Chapmana wyróżniało się połączeniem takiego ustawienia z oryginalnym stylem gry. Szkoleniowiec ten bowiem nie pokładał wiary w tak czczoną w Wielkiej Brytanii grę skrzydłami. Według Chapmana podawanie piłki środkiem pola było "bardziej zabójcze, nawet jeśli mniej spektakularne" niż "bezrozumna zasada nakazująca bieg wzdłuż linii i wrzucanie piłki na wprost bramki, gdzie dziewięć na dziesięć podań zgarniają obrońcy". Jak zauważono w piśmie "Examiner", po zdobyciu przez Huddersfield tytułu mistrzowskiego "gra po ziemi i długie przerzuty zespołu z Leeds Road zyskały sławę".

Co istotne, Chapman miał nie tylko jasną koncepcję, jak należy grać w piłkę, ale i wystarczającą pozycję, by tę wizję wdrożyć. Był pierwszym w Wielkiej Brytanii (a prawdopodobnie nie tylko w niej) menedżerem we współczesnym rozumieniu tej funkcji. Jako pierwszy dostał zupełną kontrolę nad funkcjonowaniem klubu, od sprowadzania zawodników przez dobieranie składu i taktyki aż po wybór nagrań gramofonowych, które będą puszczane przez głośniki publiczności, by zapewnić jej rozrywkę przed meczem i w przerwie. Gdy Huddersfield było na najlepszej drodze do obrony tytułu w 1925 roku, dziennikarz "Sport Chronicle" pytał: "Czy kluby zdają sobie sprawę z tego, jak ważny jest człowiek, który nim zarządza? Są gotowe płacić cztery-pięć tysięcy funtów za usługi zawodników czy przywiązują równie dużą wagę do osoby, która będzie tymi zawodnikami kierować...? Z punktu widzenia klubu człowiek za kulisami, który wyszukuje piłkarzy, trenuje talenty i wyciąga ze swoich podopiecznych to, co w nich najlepsze, to najistotniejsza osoba w tej grze".

W kolejnym roku Huddersfield zdobyło trzeci mistrzowski tytuł z rzędu. W tym czasie Chapmana nie było już jednak w klubie. Skusił go Arsenal, w którym menedżer widział większy potencjał. Trzeba dodać, że nie było to wcale oczywiste. Londyńczycy, funkcjonujący pod rządami ekscentrycznego i apodyktycznego prezesa, sir Henry'ego Norrisa, walczyli o utrzymanie się. Leslie Knighton, poprzednik Chapmana, miał zakaz wydawania na zakup zawodników sumy większej niż tysiąc funtów, w czasach gdy trzykrotność tej kwoty była czymś powszechnym w takich transakcjach. Dodatkowo niedozwolone było nabywanie graczy niższych niż pięć stóp i osiem cali11. Gdy w 1923 roku Knighton przeciwstawił się tej idei, by pozyskać mierzącego tylko pięć stóp Hugha "Karła" Moffata z Workington, Norris pozbył się tego gracza na rzecz Luton Town, nim ten zagrał choćby jeden mecz w barwach Arsenalu. Ze szkoleniowcem rozstał się na koniec sezonu 1924/25, jako powód podając słabe wyniki, choć Knighton twierdził, że w ten sposób klub chciał uniknąć wypłaty należnej mu premii z tytułu meczu benefisowego.

Chapman ostrzegł, że zdobycie jakiegokolwiek trofeum zajmie mu pięć lat. Przyjął stanowisko tylko pod warunkiem, że nie będą go obejmowały te same restrykcje, z którymi mierzył się poprzednik, na co Norris niechętnie przystał. Pierwszym transferem był Charlie Buchan. Sunderland wycenił go na cztery tysiące funtów, a ich menedżer, Bob Kyle, upierał się, że kwota ta odpowiada wartości zawodnika, który jest gwarancją 20 goli w sezonie. Norris odpowiedział, że w takim razie suma transferowa powinna zależeć od dorobku strzeleckiego Buchana: zaoferował dwa tysiące funtów podstawy i kolejne 100 za każdego gola. Kyle zaakceptował propozycję, Buchan zdobył 21 bramek i Sunderland zainkasował 4100 funtów.

Tymczasem jeszcze we wrześniu, po porażce z Newcastle, taki scenariusz wydawał się mało realny. Buchan miał trudny charakter. Pierwszego dnia na znak protestu przeciw nieodpowiedniemu jego zdaniem strojowi wyszedł z klubu. Drugiego odmówił trenowania, gdy znalazł bryłkę wazeliny w rzekomo świeżo upranych skarpetkach. Wielu menedżerów mogłoby uznać to za umyślne stwarzanie utrudnień albo oderwaną od rzeczywistości drobiazgowość, ale Chapman zdawał się raczej traktować to jako dowód wysokich standardów zawodnika. Podziwiał także u Buchana niezależność poglądów na temat piłki nożnej, bo cecha ta była w tamtych czasach niezbyt rozpowszechniona wśród zawodników. John Lewis, były sędzia, zauważył w 1914 roku: "Nasi zawodowcy nie przejawiają zbyt wielkiej chęci do dowiedzenia się czegokolwiek o teorii sportu. (...) U większości zespołów ciężko doszukać się elementów wcześniej zaplanowanej taktyki albo przemyślanych manewrów". Mimo wszystkich wysiłków Chapmana, by zachęcić do takiej debaty, niewiele się w owej kwestii zmieniło.

Buchan został uświadomiony, jak skuteczne jest ustawienie z defensywnie usposobionym środkowym pomocnikiem, przez kolegę z Sunderlandu Charliego Thomsona. Ten zaczynał karierę jako środkowy napastnik, zanim stał się środkowym pomocnikiem, który cofał się aż do linii obrony. Od początku sezonu twierdził, że zmiana przepisu o spalonym oznacza, iż środkowy pomocnik musi przyjąć bardziej defensywną rolę. Dało się zauważyć, że w trakcie zakończonego porażką Arsenalu meczu na St James' Park Charlie Spencer, środkowy pomocnik Newcastle, zostawał bardzo głęboko. Oferował bardzo niewiele pod kątem ofensywy, rozbijał jednak ataki Arsenalu, jeszcze nim się właściwie zaczęły, pozwalając swojej drużynie zdominować zarówno posiadanie piłki, jak i przestrzeń. Wtedy Chapman przekonał się do takiego stylu, ale znając jego zamiłowanie do gry z kontry, trudno powiedzieć, dlaczego nie nastąpiło to wcześniej. Nie był człowiekiem, którego władze mogłyby zastraszyć, lecz stanowisko federacji po finale pucharu z 1922 roku połączone z cofnięciem dożywotniego zakazu uprawiania zawodu mogły mieć wpływ na menedżera Arsenalu.

Do tej samej konkluzji doszli już jednak i inni. Choć brak zainteresowania taktycznymi aspektami futbolu i świadomości na ten temat powoduje, że dowody są szczątkowe, jest dość jasne, iż trzeci obrońca pojawiał się na długo przed zmianą przepisu o spalonym. Ta zmiana wpłynęła jednak znacząco na wzmocnienie ducha taktycznego eksperymentu, co doprowadziło do analizy efektów ubocznych, jakie wywoływało w innych miejscach na boisku pojawienie się trzeciego obrońcy.

Przykładowo 3 października 1925 roku, dzień po przełomowej porażce Arsenalu z Newcastle, w artykule pod tytułem Ustawienie W George White napisał w "Southampton Football Echo": "Zespół Świętych został pokonany przez Bradford City na Dell w sobotę [26 września] dzięki taktyce. Drużyna gospodarzy miała według mnie więcej z gry niż City i zaprezentowała lepszy futbol, grając tak, jak przed zmianą przepisu o spalonym. Ekipa Bradfordu zachowywała się jednak bardzo mądrze, kiedy miała piłkę, a ich taktyka dopełniła dzieła, goście strzelili więc dwa gole, na co Święci odpowiedzieli tylko raz. Wiele się obecnie mówi w szatniach o tak zwanym "ustawieniu W" w ataku, które ma być odpowiedzią na nowe warunki gry po zmianie przepisów. W tym ustawieniu środkowy napastnik i dwaj skrzydłowi przemieszczają się bardzo wysoko, minimalnie poniżej linii spalonego, a łącznicy pomiędzy nimi działają jako "piątko-ósemki" czy mówiąc prościej - w strefie pomiędzy pomocnikami i za najbardziej ofensywną trójką".

Byłoby to wystarczająco godne uwagi, gdyby White uznawał szkoleniowca Bradfordu Davida Menziesa za odosobniony przypadek taktycznego rewolucjonisty, ale dziennikarz stwierdza, że systemu W używano powszechnie: "Liczba strzelonych goli sugeruje, że ta metoda jest obecnie szeroko rozpowszechniona i rzadko zdarzają się festiwale strzeleckie w wykonaniu bardziej cofniętych napastników, grających między środkowym i skrzydłowymi. Z drugiej strony środkowy napastnik zdumiewająco często potrafi zdobyć cztery, pięć bramek na mecz, a i skrzydłowi nierzadko wpisują się na listę strzelców".

Chelsea - podobnie jak Southampton wówczas drugoligowiec - była jednym z głównych beneficjentów nowego przepisu. Andy Wilson, podstarzały reprezentant Szkocji, odnalazł się na nowo w roli cofniętego łącznika, gdzie jego coraz mniejsza szybkość przestawała być takim problemem jak wtedy, gdy grał jako środkowy napastnik. White kontynuował: "Z takim rozdziałem pozycji w ataku cofnięci łącznicy pomagali, gdy zespół był w defensywie, grając praktycznie jako dodatkowi pomocnicy. W zasadzie w trakcie meczu nominalny środkowy pomocnik stawał się z kolei trzecim obrońcą".

White namawiał Southampton do użycia ustawienia W tego samego wieczoru, przeciwko Port Vale. Święci tak też zrobili, uzyskując cenny wyjazdowy remis. Wykorzystali ten system również w poniedziałek u siebie, pokonując Darlington 4:1. W kolejnym felietonie, równo tydzień po remisie z Port Vale i porażce Arsenalu w Newcastle, George White podkreślał rolę Davida Morrisa z Raith Rovers jako nowoczesnego, głęboko grającego środkowego pomocnika. Pisał: "Ustawia się tuż przed obrońcami i pomiędzy nimi, podczas gdy boczni pomocnicy doglądają skrzydłowych przeciwnika. To pozwala obrońcom i środkowemu pomocnikowi zająć się trójką środkowych napastników rywali [miał tu na myśli środkowego napastnika i dwóch łączników, operujących między nim a skrzydłowymi]. W tym ustawieniu łącznicy biegali bliżej środkowego pomocnika niż kiedyś. Ten zaś starał się obsługiwać ich piłkami, zanim ci wyprowadzili atak, kiedy tylko otwierała się taka możliwość".

Ustawienie W rozprzestrzeniało się błyskawiczne, co zdumiewa w czasach, gdy nie istniał przekaz telewizyjny. Southampton i Raith używały go na początku października, lecz jak się wydaje, w ciągu siedmiu, ośmiu meczów nowego sezonu było to już powszechnie stosowane rozwiązanie. Arsenal z całą pewnością nie był pierwszym klubem, który doszedł do wniosku, że środkowy pomocnik musi stać się trzecim obrońcą. Kanonierzy wdrażali jednak nowe ustawienie z większą konsekwencją, odnosząc przy tym większy sukces niż ktokolwiek inny.

Buchan początkowo przekonywał Chapmana - a ten zgodził się ze swym piłkarzem - że wycofanie środkowego pomocnika sprawi, iż w pomocy będzie za mało zawodników. Zaproponował, że sam cofnie się ze swojej pozycji prawego łącznika. Miałoby to spowodować powstanie swobodnego i nieco niezbalansowanego 3-3-4, czegoś pomiędzy 2-3-5 a ustawieniem W. Chapman jednak zbyt mocno cenił instynkt strzelecki Buchana, by poświęcać go dla tej roli. Przypadła ona Andy'emu Neilowi. Była to niespodzianka, gdyż Neil grał w trzecim zespole Arsenalu, rozwiązanie to dobitnie jednak potwierdziło zdolności Chapmana, jeśli chodzi o tworzenie taktycznych konceptów, ocenę potencjału zawodnika i określenie, jakie umiejętności są potrzebne w danym miejscu na boisku. Tom Whittaker, który stał się zaufanym asystentem Chapmana, wspomina, że jego szef uważał Neila za "powolnego jak kondukt", ale zaznaczał też, iż nie ma to znaczenia, gdyż "dobrze kontroluje piłkę i potrafi ją przytrzymać do czasu, aż namyśli się, co z nią zrobić".

Ostatnim ogniwem nowej taktyki było skłonienie Jacka Butlera, by przetestował swoją kreatywność w roli cofniętego środkowego pomocnika. System sprawdził się natychmiast i już dwa dni po kompromitacji z Newcastle Buchan dzięki wprowadzonym zmianom odzyskał radość z gry, a Arsenal pokonał 4:1 West Ham na Upton Park. Kanonierzy skończyli sezon na drugim miejscu, za Huddersfield. Była to najwyższa do tej pory lokata londyńskiego klubu w historii. Następne rozgrywki zaczęli jednak słabo. Częściowo ze względu na nadmierną pewność siebie, częściowo zaś dlatego, że rywale nauczyli się wykorzystywać brak naturalnych uzdolnień Butlera do gry w defensywie. Niektórzy namawiali Chapmana na powrót do tradycyjnego 2-3-5, ale menedżer uznał, że problem polega na tym, iż rewolucja nie zaszła wystarczająco daleko. Potrzebował środkowego pomocnika bez zbyt wielkich aspiracji. W charakterystyczny dla siebie, zaskakujący sposób znalazł go w osobie Herbiego Robertsa, tyczkowatego rudowłosego bocznego pomocnika, którego kupił z Oswestry Town za dwieście funtów.

Według Whittakera "geniusz Robertsa wynikał z tego, że był inteligentny, a co ważniejsze, robił to, co mu mówiono". Być może był jednowymiarowy, ale okazało się, że to wymiar kluczowy. Jak pisał Whittaker, miał za zadanie "przechwycić wszystkie piłki w środku i zgrać je głową lub podać krótko do kolegi z zespołu. Jak widać, w ten sposób jego brak zdolności kopnięcia piłki mocniej czy dalej został sprawnie zakamuflowany". Bernard Joy (ostatni gracz amatorski, który wystąpił w reprezentacji Anglii, a później także dziennikarz) dołączył do Arsenalu w 1935 roku jako zastępca dla Robertsa i tak opisywał jego umiejętności w książce Forward Arsenal! (Naprzód Arsenal!): "To był typ prostego zawodnika, mającego znacznie mniejsze umiejętności techniczne niż Butler, ale fizycznie i pod względem temperamentu idealnie skrojonego do roli, którą miał odgrywać. Odpowiadało mu pozostawanie w defensywie i używanie wzrostu do wybijania piłek rudowłosą głową, miał też cierpliwość, pozwalającą mu występować nawet pod silną presją i przy festiwalu gwizdów. Ten flegmatyczny sposób gry uczynił go filarem defensywy Arsenalu. Roberts stworzył nowy styl, który kopiowano na całym świecie". I w tym, w pewnym sensie, tkwił problem. Arsenal odnosił wielkie sukcesy, jego styl zaś był małpowany przez ekipy, które nie miały graczy ani środków, by wykorzystać ten system inaczej, niż tylko nastawiając się na przeszkadzanie.

Arsenal przegrał finał Pucharu Anglii z Cardiff w 1927 roku. Prawdziwe sukcesy nadeszły dopiero potem, gdy wskutek śledztwa angielskiej federacji w sprawie finansowych nieprawidłowości w 1929 roku musiał odejść Norris. Buchan zakończył karierę rok wcześniej, a jego następca, filigranowy Szkot Alex James, pozyskany z Preston za dziewięć tysięcy funtów, sprawił, że system Chapmana zyskał nowe życie. Oficjalna historia klubu poucza, że "nikt nie może przecenić wkładu Jamesa w sukcesy Arsenalu z lat trzydziestych. Był on po prostu kluczowy". Poruszał się po boisku ekonomicznie, idealnie radził sobie ze znajdowaniem miejsca do przyjęcia piłki, zwykle błyskawicznie zagranej z obrony. Do tego miał technikę i wizję pozwalające mu na szybkie dostarczenie futbolówki do napastników. Joy określił go mianem "najinteligentniejszego zawodnika, z jakim grałem (...). Na boisku miał umiejętność myślenia dwa, trzy ruchy naprzód. Napędzał grę sprytnym ustawianiem się przy własnym polu karnym i nagłym użyciem dokładnego podania w miejsce, gdzie znajdował się słaby punkt rywali".

Zgodnie z obietnicą Chapmana Arsenal zdobył swoje pierwsze trofeum, Puchar Anglii, w 1930 roku. Do tego czasu system W rozpowszechnił się w pełni, a nowe ustawienie przyjęło konkretny kształt. Obrońcy kryli skrzydłowych przeciwnika, boczni pomocnicy pilnowali łączników rywala. Środkowy pomocnik, przekształcony już w środkowego obrońcę, zajmował się środkowym napastnikiem. Łącznicy z kolei zaczęli grać głębiej; ustawienie 2-3-5 przeszło w 3-2-2-3 i zmieniło się w system W-M. Joy pisał: "Sekretem nie jest atak, ale kontratak. Zamierzaliśmy jak najlepiej wykorzystać każdego zawodnika, dzięki czemu w obu polach karnych mieliśmy jednego wolnego piłkarza w każdym momencie meczu. Panowanie w środku pola albo upchanie zawodników w polu karnym rywala nie jest celem gry (...). My w Arsenalu osiągaliśmy nasz cel przez dobrowolne wycofanie się, wyciąganie rywali z ich połowy i zawężenie drogi do naszej bramki. Zatrzymywaliśmy ataki na granicy pola karnego, a następnie szybko przebijaliśmy się do przodu za pomocą długich podań do naszych skrzydłowych".

Sukcesy i modernizacja szły ze sobą w parze, zdając się wzajemnie inspirować. Angielska federacja, podskórnie konserwatywna, zablokowała ruchy mające na celu wprowadzenie numerów na koszulkach i meczów przy sztucznym oświetleniu. Pojawiły się jednak inne nowości. Na dotychczas czarnych getrach Arsenalu dodano niebiesko-białe pasy. Na Highbury zainstalowano zegar, a stacja metra Gillespie Road zmieniła nazwę na Arsenal. W czerwonych koszulkach zmieniono rękawy na białe, a to ze względu na przekonanie, że koledzy na boisku najłatwiej dostrzegają kątem oka właśnie ten kolor. I co chyba najistotniejsze, po piątkowym treningu Chapman zbierał swoich zawodników dookoła taktycznej tablicy magnetycznej, by omówić nadchodzący mecz i wyjaśnić wszelkie zaległe kwestie z poprzedniego spotkania. W Huddersfield zachęcał graczy, by brali odpowiedzialność za swoje ustawienie na boisku, w Arsenalu takie debaty były cotygodniowym zwyczajem. Artykuł w "Daily Mail" wyjaśniał, że w ten sposób "przełamywano stare tradycje", a Chapman "był pierwszym menedżerem, który metodycznie podszedł do opracowania sposobów na wygrywanie meczów".

Takie podejście działało. Arsenal wygrał ligę w latach 1931 i 1933, a finał Pucharu Anglii w 1932 roku przegrał tylko przez mocno kontrowersyjnego gola. Glanville pisał, że Kanonierzy "precyzją zbliżali się do maszyny", a ich błyskawiczne przejścia z obrony do ataku i mało wybredny funkcjonalizm gry komponowały się ze stylem art déco okolic Highbury. Analogia z "maszyną" również wiele mówi i przypomina określenie Le Corbusiera na dom, który słynny architekt nazwał "maszyną do mieszkania". Arsenal prezentował futbol modernistyczny. Podobnie William Carlos Williams, w zdaniu, które stanie się niemal mottem jego wersji modernizmu, opisywał wiersz jako "maszynę, zrobioną ze słów (...), w której, jak w każdej maszynie, nie może być jednej zbędnej części". Arsenal Chapmana bardzo pasował do tych czasów. Joy pisał o tym w swoim stylu: "Był dwudziestowieczny, zwięzły, ekscytujący, spektakularny, ekonomiczny, niszczycielski".

Być może nie jest to niespodzianka. Koniec końców, Chapman był jedną z pierwszych osób, które skorzystały na Forster's Educaction Act z 1870 roku - prawie, na którego podstawie edukacja do dwunastego roku życia stawała się przymusowa, co pozwoliło bezprecedensowej liczbie przedstawicieli klasy robotniczej wypełnić wakaty na kierowniczych stanowiskach po pierwszej wojnie światowej. Hasło Ezry Pounda "Zróbmy to na nowo" mogło nie dzwonić im w uszach, ale trzeba uczciwie przyznać, że nowa klasa menedżerska była znacznie bardziej otwarta na innowacje niż ich uwiązani tradycją poprzednicy. Warto wspomnieć, że Chapman był niemal rówieśnikiem innego modernistycznego geniusza z zagłębia węglowego Nottinghamshire - D.H. Lawrence'a.

W futbolowym świecie znaleźli się sceptycy. Najbardziej przenikliwy z nich był Carruthers w "Daily Mail", który po mistrzostwie Arsenalu w 1933 roku komentował: "Jeśli myśli się, że jakieś kluby mogą spróbować ich naśladować, to obawiam się, że rezultaty byłyby godne pożałowania. Dziś istnieje tylko jeden Arsenal i nie jestem w stanie wyobrazić sobie drugiego z prostego powodu: żaden inny klub nie ma graczy zdolnych, by sprostać temu pomysłowi na grę".

Idee Chapmana nie zostały jednak do końca zrozumiane, co uwidoczniło się, gdy komitet selekcyjny reprezentacji Anglii wybrał Robertsa na towarzyski mecz ze Szkocją w 1931 roku. Był on pierwszym stoperem powołanym do reprezentacji, ale żaden z obrońców (byli nimi Fred Goodall i Ernie Blenkinsop) nie nawykł do gry w systemie W-M. W efekcie Szkoci, jak to ujął w "Daily Sketch" L.V. Manning, "urządzili sobie piknik na otwartej przestrzeni", wygrywając 2:0.

W Szkocji opinie były podzielone: byli tacy, którzy wyrażali uznanie dla skuteczności nowego systemu, i tacy, którzy traktowali romantycznie grę krótkimi podaniami. Łabędzim śpiewem tego drugiego podejścia był mecz z 31 marca 1928 roku, kiedy drużyna, która zyskała nieśmiertelność jako "Czarodzieje z Wembley", zmiażdżyła Anglię 5:1 dzięki trzem golom Alexa Jacksona i dwóm Alexa Jamesa. W swojej relacji z "Evening News" Sandy Adamson opisał pierwszego gola Jacksona jako "slalom, który powinno pokazywać się przyszłym pokoleniom jako klasykę gatunku". Dalej zaś opisywał, jak "radujący się z gry Szkoci bawili się z rywalem w kotka i myszkę, a piłka krążyła od nogi do nogi. Rozproszony przeciwnik wydawał się oszołomiony, zaskoczony i bezsilny. Jedna z misternych akcji liczyła sobie 11 podań i żaden z Anglików nawet nie dotknął w tym czasie piłki, aż wreszcie [Tim] Dunn zakończył atak strzałem wysoko nad poprzeczką".

"Glasgow Herald" był bardziej powściągliwy: "Sukces Szkotów to przede wszystkim demonstracja, że szkockie umiejętności, nauka i spryt przetrwają starcie z mniej atrakcyjnymi i prostszymi metodami Anglików, w których stylu głównym czynnikiem jest szybkość". Boczni pomocnicy Jimmy Gibson i Jimmy McMullan oraz łącznicy Dunn i James rzeczywiście wymieniali się piłką na mokrym boisku w niszczycielski dla Anglików sposób. Trzeba jednak pamiętać, że stawką meczu było przedostatnie miejsce w turnieju Home International Championship12. Rzekoma wyższość stylu gry Szkotów nie była widoczna, gdy przegrywali 0:1 z Irlandią Północną i remisowali 2:2 z Walią.

Istotne jest również to, że ośmiu graczy szkockiej jedenastki występowało w angielskich klubach. Niczego nie ujmując ich zdolnościom gry podaniami, na pewno ich drużynie pomogło to, że grali w niej zawodnicy obyci z tempem angielskiej piłki. Dodatkowo pod kątem stylu nie był to wcale taki powrót do przeszłości, jak sugerują niektórzy. Tom Bradshaw, środkowy pomocnik, otrzymał defensywną rolę i krył Dixiego Deana. Tym samym nawet jeśli Szkoci nie grali systemem W-M w pełnej wersji, nie było to też klasyczne 2-3-5.

System W-M przedzierał się do piłki klubowej bardzo różnymi sposobami. George Brown, dawny zawodnik Rangersów, wspomina mecz charytatywny pomiędzy łączonymi jedenastkami Celtic i Rangers oraz Hearts i Hibernians z "okolic 1930 roku": "Davie Meiklejohn był prawym obrońcą, ja lewym, a Jimmy McStay z Celticu grał na środku pomocy. W pierwszej połowie nie szło nam zbyt dobrze i przegrywaliśmy po niej jedną bramką. W trakcie przerwy Meiklejohn powiedział do McStaya: "Wszystkie nasze kłopoty biorą się ze środka boiska, bo grasz za wysoko. My w klubie gramy z bardzo cofniętym Jimmym Simpsonem, a ty zostawiasz na tyłach dużo miejsca". McStay zgodził się zagrać w ten sposób i ostatecznie gładko wygraliśmy. On zaś od tego czasu zaczął grać w ten sposób w Celticu". Podobnie jednak jak Jack Butler z Arsenalu, McStay nie był nominalnym defensorem, więc seria dziewięciu lat bez tytułu zespołu z Glasgow skończyła się dopiero wówczas, gdy do środka pola kupiono stopera Williego Lyona z Queen's Park.

W pewnym sensie właśnie w tym tkwił problem. Po prostu łatwiej było stać się dobrym defensywnie usposobionym środkowym pomocnikiem niż ofensywnym. Kreatywna część równania Chapmana była trudniejsza do realizacji. Łącznicy z umiejętnościami Alexa Jamesa byli rzadkością, a flegmatyczni stoperzy w stylu Herbiego Robertsa - wszechobecni. Jimmy Hogan zauważał: "Inne kluby próbowały skopiować podejście Chapmana. Nie miały jednak do tego zawodników, co moim zdaniem w efekcie doprowadziło brytyjski futbol do ruiny, bo kładziono w nim nacisk na defensywę i wybicia, co położyło kres konstruktywnej grze w piłkę. Przez taki styl nasi zawodnicy stracili czucie piłki i umiejętność obchodzenia się z nią".

Pierwsze ziarna kryzysu mogły wyprzedzać zmianę przepisu o spalonym, ale reakcja Chapmana na tę modyfikację pozwoliła im zakiełkować i zakwitnąć. Efektem gry trójką obrońców było według Glanville'a "wzmocnienie i pogłębienie już istniejących słabości", a to ze względu na fakt, że takie ustawienie zachęcało część trenerów i piłkarzy do mentalnego lenistwa. W końcu znacznie mniej żmudne jest dogrywanie długich piłek mniej więcej w kierunku napastnika niż przeżywanie katuszy budowania własnych akcji. Chapman jednak pozostał niewzruszony. Opowiadał Hugo Meislowi: "Nasz system, tak często naśladowany przez inne kluby, ostatnimi czasy stał się obiektem krytyki i dyskusji (...). W grze jest tylko jedna piłka i tylko jeden zawodnik w danym momencie może ją zagrać. Pozostali w tym czasie zamieniają się w obserwatorów. Dlatego patrzy się tylko na szybkość, intuicję, umiejętności i sposób gry zawodnika, który ma piłkę. Niech więc ludzie myślą o naszym systemie, co chcą. Z pewnością pokazał, że jest idealnie dopasowany do indywidualnych umiejętności naszych zawodników. Prowadzi nas od zwycięstwa do zwycięstwa. (...) Czemu mielibyśmy go zmieniać?".

Chapmanowi nie było dane doświadczyć zmiany pokoleniowej wśród piłkarzy. Pierwszego stycznia 1934 roku przeziębił się podczas meczu w Bury, mimo to zdecydował się następnego dnia obejrzeć w akcji kolejnych rywali Arsenalu, Sheffield Wednesday. Wrócił do Londynu z wysoką gorączką. Zignorował jednak rady klubowych lekarzy i udał się na mecz rezerw w Guildford. Dopiero po powrocie trafił do łóżka, lecz do tego czasu rozwinęło się już zapalenie płuc. Zmarł rankiem 6 stycznia, dwa tygodnie przed swoimi 56. urodzinami.

Nie zatrzymało to Arsenalu, który zdobył tytuł mistrzowski, rok później zaś dorzucił trzeci z rzędu. Kilka miesięcy po śmierci Chapmana opublikowano zbiór jego pism. Co intrygujące, zdawał się wyrażać w nich żal, że czasy, kiedy w piłce było mniej rywalizacji, już przeminęły. Pisał: "Drużyna nie musi już grać dobrze. Musi zdobywać bramki i punkty, nieważne jak. Miarą umiejętności jest pozycja w ligowej tabeli".

Dziś to ostatnie zdanie to niemal oczywistość. Słowa te jednak dowodziły wówczas, jak wszechobecne były pozostałości amatorskich inklinacji w futbolu i nawet Chapman uznawał za konieczne przeprosić za wygrywanie. Dalej pisał: "Trzydzieści lat temu zawodnicy wychodzili na murawę, mając pełne przyzwolenie, by pokazać swoją sztukę i rzemiosło. Dziś mają udział tylko w działaniu systemu". Ostatecznie więc, przekonany do wagi wygrywania, świat futbolu uznał wartość taktyki i potrzebę ujarzmienia indywidualności w jej ramach.

9 Angielska nazwa tej pozycji, sweeper (zamiatacz, wymiatacz), na określenie zawodnika ustawionego dla zabezpieczenia za pozostałymi obrońcami, nie ma swojego odpowiednika w języku polskim, a dla jej określenia najczęściej używany jest, nie do końca poprawnie, termin "libero", choć ten pojawi się dużo później.

10 Około 36,5 metra.

11 Niecałe 173 centymetry.

12 Turniej między reprezentacjami narodowymi Wysp Brytyjskich, rozgrywany w latach 1884-1984.