Rozdział 1.
Habemus papam
Gdy rozległo się delikatne pukanie do drzwi, biskup Jacques d'Euse stał właśnie przy oknie swojego nowego apartamentu, patrząc na gęsto zapełnione budynkami wzgórza Rzymu.
- Otwarte. - Z przyjemnością odwrócił się od okna.
Nie lubił tego widoku. Od jakiegoś czasu, nie wiedzieć czemu, to miasto wzbudzało w nim irracjonalny strach. Było tak różne od jego rodzinnego Cahors nad rzeką Lot.
Do apartamentu wszedł jego sekretarz Henri z garderobianą Sophie.
- Już czas, Ojcze Święty. - Sekretarz jak zwykle dbał o jego punktualność.
- Jeszcze nie jestem formalnie Ojcem Świętym, Henri - uściślił skromnie Jacques d'Euse. - Jeszcze kamerling nie przekazał mi insygniów.
- Ale ja już się powoli przyzwyczajam do twojego nowego tytułu, Wasza Świątobliwość. - Młody kleryk uśmiechnął się szeroko i swoim zwyczajem pozwolił sobie na mrugnięcie jednym okiem.
- Jak nadejdzie czas, to się przyzwyczaisz. Zmykaj teraz. - D'Euse udał zirytowanego.
- Ale przyprowadziłem garderobianą, by pomogła ci się odziać, Ojcze Święty. - Henri nie dawał za wygraną.
- Przecież wiesz, chłopcze, że zawsze ubieram się sam. - Spojrzał z przyganą na kleryka. - Czy myślisz, że zwycięstwo na konklawe coś zmienia?
- Chciałem się tylko upewnić. - Henri zaśmiał się swobodnie i zniknął wraz z Sophie za drzwiami.
D'Euse nie chciał już wracać do okna. Otworzył skrzynię z odzieżą kościelną. Wewnątrz spoczywały świeżo przygotowana biała sutanna papieska oraz peleryna. Były tam również zdobione białe sandały, ale nie przypadły mu do gustu. Były zbyt ozdobne. Pozostanie w swoich, znoszonych. Szybko przebrał się w biel. Miał ją na sobie po raz pierwszy. Pozostałe elementy stroju i insygnia otrzyma za chwilę od kamerlinga. Będą to ozdobna biała mitra papieska, paliusz na szyję, złoty pektorał na pierś i pierścień Piotrowy. Przerażało go to wszystko, więc szybko odmówił modlitwę. Z placu przed bazyliką zaczęły dobiegać go słowa pieśni. Słychać było, że czeka tam nieprzebrany tłum.
Czuł ciężar odpowiedzialności. Czy podoła? Czy na zakończenie pontyfikatu będzie mógł nadal z czystym sumieniem rozmawiać z Bogiem? A może niepotrzebnie się martwi? Może moce zła po prostu szybko go fizycznie usuną z tego świata i jego pontyfikat będzie bardzo krótki? Może Lilith pojawi się osobiście i wypowie jedno słowo, po którym on odejdzie szybko z tego świata. Nie, nie wolno mu tak myśleć. Bóg nie może pozwalać na takie działanie siłom zła. Na pewno roztacza ochronę. W tym momencie d'Euse pomyślał o Kai i zaśmiał się cicho. Rozbawił go fakt, że następca Świętego Piotra upatruje w pogańskiej kapłance gwarantki swojego bezpieczeństwa i bezpieczeństwa Kościoła.
Gdy przepasywał się szerokim papieskim pasem, przypomniał sobie gromkie brawa, którymi zaszczyciła go zdecydowana większość hierarchów po ogłoszeniu wyników głosowania konklawe. Kamerling Giovanni d'Anagni patrzył na niego z wielką nadzieją. To sam kamerling zgłosił bez uprzedzenia jego kandydaturę. Wspomnienia przyniosły uczucie dumy, za którą d'Euse szybko się zganił, bo duma prowadziła do pychy. To przecież nie jego własna zasługa, tylko po prostu wyznaczenie zadania przez Boga. To bardziej zasługa czterech pozostałych biskupów z komisji do spraw beatyfikacji oraz biskupa Jana Muskaty, którzy zgodnie przedstawili zeznania obciążające Magnusa von Rapparda, biskupa Luigiego Ambrosio oraz hrabiego Harolda de Millow. Ambrosio do wszystkiego się przyznał. Nawet do tego, że za namową Lilith zamierzał zabić wszystkich członków komisji i wszystkich świadków. Płakał, składając zeznania. Bóg sprawił, że elektorzy w większości dostrzegli działanie zła, uwierzyli w zagrożenie. Uwierzyli mimo faktu, że nie udało się odnaleźć pamiętnika Rebeki. Stąd ich wybór. Na szczęście podobnie jak on dostrzegali zagrożenie. Może strach przed złem trwale zmieni ich serca? Czy jednak zmieni serca ich wszystkich? Na pewno nie. Pamiętał, że część elektorów nie klaskała. Dostrzegał we wzroku niektórych otwartą wrogość. Dla nich był zapewne biskupem karierowiczem, który zbudował swoje poparcie na oczernianiu idealnego, charyzmatycznego, naznaczonego przez Boga Magnusa von Rapparda.
Biskup d'Euse zasznurował jeszcze dokładnie swoje stare sandały. Był gotowy do wyjścia. Śpiew zebranego tłumu stawał się coraz głośniejszy. Pora ruszać.
***
Arcybazylika Świętego Jana Chrzciciela w Laterano była wypełniona po brzegi, a wokół niej zgromadził się nieprzebrany, radośnie śpiewający i wiwatujący tłum. W środku bazyliki panował bardziej podniosły nastrój. Pierwsze rzędy wypełniali elektorzy odziani w purpurę i ciemną zieleń. A za nimi, głowa przy głowie, stali wierni. D'Euse siedział na tronie papieskim w białej mitrze papieskiej na głowie i z paliuszem owiniętym wokół szyi. Ciężar pektorału na piersi, ozdobnego złotego krzyża zawieszonego na szyi, przypominał mu, że to nie będzie łatwa droga. Czuł chłód pierścienia papieskiego.
- Nowy Biskup Rzymski przybrał imię Jan. Jan Dwudziesty Drugi - ogłosił radośnie kamerling d'Anagni wszystkim zgromadzonym. - Modlimy się wszyscy, Ojcze Święty, o twój długi i owocny pontyfikat.
Biskupi i kardynałowie wstali z miejsc, zaczęli ustawiać się w długiej kolejce do tronu papieskiego. Podchodzili pojedynczo, by klęknąć i ucałować jego pierścień. Jan XXII wbrew utartemu zwyczajowi wstał i klęknął przed zebranymi. Czuł twardość i chłód posadzki. Modlił się. Każdego z podchodzących biskupów witał po imieniu, błogosławił w imię Boga i każdemu patrzył prosto w oczy. Podczas modlitwy widział w ich twarzach dużo więcej, niż ktokolwiek mógłby sądzić.
Gdy podszedł d'Anagni, spojrzenie papieża spowodowało, że w oczach kamerlinga pojawiły się łzy.
- Drogi Giovanni, teraz będę potrzebował twojej pomocy jeszcze bardziej niż wcześniej. - Jan XXII objął go przyjaźnie ramieniem.
- Zawsze będę cię wspierał, Ojcze Święty.
W tym gorliwym zapewnieniu kamerlinga modlący się papież dostrzegł ciężkie wyrzuty sumienia.
- Drogi Giovanni - papież spojrzał w oczy kamerlinga - chcę, byś wiedział, że wybór Magnusa von Rapparda na biskupa Rzymu nie był twoją winą. Bóg odpuszcza tobie w tej chwili wszystkie grzechy. Idź w pokoju.
- O Boże... - W oczach wypowiadającego te słowa kamerlinga pojawiła się wielka ulga. Odchodził do swojej ławki bardziej wyprostowany.
Nowy Ojciec Święty dla każdego miał jakieś słowo. Często wydawało mu się, że podsuwa mu je modlitwa.
Jednym z ostatnich, którzy ustawili się w kolejce do Jana XXII, był biskup Avinionu. Nie uszło uwagi papieża, że podchodził bardzo sztywno. Jan XXII klęczał, czekając na niego. Tamten również przyklęknął. Spojrzeli sobie w oczy.
- Nie chcę, byś chował urazę, że byłem twoim kontrkandydatem na konklawe. - W głosie biskupa de Valle była skrucha, ale Jan XXII zobaczył, że nie odczuwa on jej naprawdę. - I obiecuję oficjalnie przeprosić jenerała dominikanów za moje ostatnie zachowanie - dodał jakby z trudem.
- Drogi Gasbercie, nie to mnie w tobie martwi, że byłeś przeciwko mnie na konklawe, ale to, że wierzysz w coś innego, niż powinieneś.
- Wybacz, Wasza Świątobliwość, ale nie wierzę w tę całą opowieść o czarownicach, Lucyferze podpisującym pakt z Magnusem von Rappardem, pierwszej kobiecie, Lilith, sprowadzającej na złą drogę nasz Kościół, a przede wszystkim w cudowną dobroć kapłanów pogańskich, którzy chcą nam pomóc. - W głosie biskupa wybrzmiała stanowczość.
- Może byłbyś w stanie w to uwierzyć, drogi Gasbercie, gdybyś uwierzył w Boga.
Po tych słowach w oczach biskupa Jan XXII dostrzegł nienawiść, którą de Valle szybko opanował.
- Wierzę w Boga, Wasza Świątobliwość, i chcę doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa Kościoła.
- Widzę, że chcesz, drogi Gasbercie, tylko pomyśl, ile ofiar spowoduje podążanie do tego ostatecznego zwycięstwa twoją drogą.
Biskup de Valle już nie odpowiedział. Złożył teatralny pocałunek na pierścieniu papieskim i odszedł.
Ceremonia powoli dobiegała końca.
***
Biskup Jacques d'Euse, a właściwie to już Jan XXII, odetchnął głęboko, gdy tylko zamknął za sobą drzwi swojego apartamentu. W końcu został sam.
- Dobry Boże - wyszeptał i ukląkł zaraz za drzwiami.
Przerażało go to, gdzie zaszedł. Nie odczuwał przyjemności. Wymienił z Bogiem w modlitwie kilka najważniejszych słów. Na więcej w tej chwili nie miał czasu. Dłużej z Nim porozmawia przed snem. Żwawo podniósł się z klęczek i uchylił drzwi.
- Henri, pozwól na moment - wezwał swojego sekretarza i gdy ten wszedł, papież zamknął dokładnie drzwi.
- Chciałbym, żebyś wezwał do mnie pułkownika Gwardii Szwajcarskiej. - Słowa te wypowiedział szeptem, mimo że drzwi były zamknięte.
- Ależ Wasza Świątobliwość, pułkownik Zoller właśnie czeka za drzwiami. - Henri był zdziwiony zbiegiem okoliczności. - Pułkownik właśnie poprosił o pilną rozmowę z Waszą Świątobliwością.
- Wprowadź od razu. - W swoim głosie sam usłyszał niepokój. Przeżegnał się, pochylając głowę.
Do pomieszczenia sprężystym krokiem wszedł starszy, bardzo wysoki oficer.
- Proszę usiąść, pułkowniku. - Jan XXII uprzedził powitalny zwrot grzecznościowy, który właśnie chciał wypowiedzieć pułkownik.
- Oczywiście, Wasza Świątobliwość. - Zoller karnie zajął wskazane miejsce.
- Najpierw powiedz, pułkowniku, z czym przychodzisz, a potem ja przedstawię ci moje troski i prośby.
- Oczywiście, Wasza Świątobliwość. Przyszedłem prosić cię o najwyższą ostrożność - zaczął oficer bez ogródek, prosto z mostu. - Chciałbym prosić Waszą Świątobliwość o to, by absolutnie nigdzie nie oddalał się bez asysty gwardzistów i abym był informowany o wszystkich planowanych wyjściach poza teren Laterano.
- Czy dowódca gwardii zawsze kieruje podobne słowa do świeżo wybranego papieża? Czy też coś skłoniło cię do szczególnego potraktowania mojej osoby? - zapytał rzeczowo papież.
Oficer się zawahał, co Jan XXII od razu wychwycił.
- Mów, pułkowniku! - zachęcił oficera.
Zoller spojrzał prosto w oczy Ojca Świętego.
- Dwie kwestie mnie niepokoją, Wasza Świątobliwość. Ktoś pisze na murach. Tu, w Laterano, i okolicznych dzielnicach Rzymu. Robi to w nocy, od wielu księżyców. Niestety wciąż pozostaje nieuchwytny, a w zasadzie każdego ranka czyścimy z napisów jakąś ścianę.
- I to cię tak niepokoi, pułkowniku? - Papież poczuł coś w rodzaju ulgi, że chodzi jedynie o napisy na murach. - Co takiego pisze ten ktoś?
- Zaczęło się od pogańskich symboli. Z początku nie wiedzieliśmy, co to w ogóle za znaki. Teraz już wiemy, że malowane są tak zwane krzyże solarne i świąszczyce. Regularnie, każdej nocy. Zaczęły się pojawiać mniej więcej od czasu, gdy przybyli z tobą ta kapłanka pogańska i rycerz.
- To nie jest ich sprawka, pułkowniku Zoller... - zaczął papież.
- Wiemy, Wasza Świątobliwość - przerwał szybko biskupowi Rzymu oficer. - Zgodnie z wcześniejszym poleceniem kamerlinga są strzeżeni dzień i noc. To nie oni.
- To raczej ktoś, kto wcale nie jest poganinem. To ktoś, kto źle im życzy. - Jan XXII się zamyślił.
- Ludzie już wiedzą, że są to znaki pogan. Są zalęknieni i wzburzeni. Najgorzej, Wasza Świątobliwość, że pod znakami zaczęły pojawiać się obelżywe epitety pod adresem Chrystusa. Pojawiają się tam słowa, których nie powtórzę.
- Czy są napisane po włosku?
- Tak. Wyłącznie.
- Dlaczego sądzisz, że to zagrożenie dla mnie? Czy to nie raczej nasi przyjaciele ze wschodu powinni się obawiać? - Papież spojrzał uważnie na oficera.
- Myślę, że ty również jesteś mniej bezpieczny, Wasza Świątobliwość. Tego ranka usuwaliśmy kilka napisów informujących, że nowy papież sprowadził i popiera pogan, wrogów Chrystusa.
- Dobrze byłoby znaleźć autora tych napisów, pułkowniku. - Jan XXII zadumał się głęboko. - Może poprosimy o pomoc patrole żołnierzy cesarskich?
- Już rozmawiałem z oficerami straży, Wasza Świątobliwość. Zwrócą na to szczególną uwagę na ulicach miasta, a tutaj, w Laterano, podwoiłem nocne straże. Niestety, jak dotąd bez efektu - przyznał oficer. - I jest jeszcze coś, Wasza Świątobliwość - dodał po chwili.
- Mów, pułkowniku.
- Morderstwa.
- Jakie morderstwa, na litość boską? - zapytał drżącym głosem papież.
- Na razie trzy, ale w podobnym scenariuszu, zawsze z jakimś świadkiem. Na dodatek zupełnie niepowiązane ze sobą. Jakby seryjny morderca, który od samego początku chce być ujęty. - Głos oficera był bardzo poważny.
- Jak to ze świadkiem? W jakim scenariuszu? Gdzie? Tutaj, na terenie Laterano? - Papież nie mógł uwierzyć w to, co słyszy.
- Jedno na terenie Laterano, Wasza Świątobliwość, a dwa kolejne w najbliższej okolicy. Oba na ulicy w godzinach wieczornych, przy ludziach. Świadkowie opowiadają, że zabija jakieś zwierzę na dwóch nogach, z wielkimi zębami i łysą czaszką. Mówią, że porusza się bardzo szybko. Żaden człowiek tak nie potrafi. Podrzyna gardła. Uśmiecha się swoimi zębami do świadków, po czym znika w mgnieniu oka.
- Zwierzę? Jedyne zwierzę na dwóch nogach w mieście, jakie znam, to człowiek, pułkowniku.
- Też tak uważam, Wasza Świątobliwość. To człowiek. Pewnie w przebraniu. A ta szybkość to pewnie efekt strachu i wyobraźni u świadków. Ludzie wokół Laterano zaczynają się bać.
- Myślę, że sprawa napisów na murach i tych morderstw to jedna i ta sama sprawa, pułkowniku. - Jan XXII spojrzał uważnie na oficera.
- Też tak myślę. Tylko patrzeć, jak pojawi się napis o sprowadzonym przez Waszą Świątobliwość pogańskim demonie, który zabija dobrych chrześcijan.
- Dziękuję za ostrzeżenie, pułkowniku Zoller. - Papież powstał i wyciągnął dłoń do oficera. - Mam do ciebie jedną prośbę.
- Słucham, Wasza Świątobliwość - powiedział, wstając z miejsca, Zoller, ujął dłoń papieża i ucałował pierścień.
- Ochraniaj, jak możesz najlepiej, naszych gości, Słowian.
- Czy Wasza Świątobliwość jest pewny, że oni nie stoją za tym wszystkim? - W głosie oficera zabrzmiał niepokój.
Jan XXII wspomniał swoją ostatnią modlitwę, podczas której przedstawił Bogu pytanie o tych dwoje pogan. Przypomniał sobie wrażenie, jakiego doświadczył podczas tej modlitwy.
- Jestem, pułkowniku. Jestem absolutnie pewny, że oni nie mają z tym nic wspólnego. Wiem to z najpewniejszego źródła.