Rozdział IV
Orężw ręku
Życzliwa loża doradców
Dużo zostało już postanowione. Fundamenty odlane, wydają się bardzo solidne, teraz pozostaje iść za ciosem.
Na plac boju chcę wkroczyć sama. Bez pomocy. Nie szukam wsparcia. Omijam jakąkolwiek formę współpracy, czerpania motywacji bądź otuchy. Zosia Samosia chce samodzielnie postawić każdy krok, bez trzymania za rękę, bez morza słów czy chociażby porozumiewawczych spojrzeń. Wybieram ten model działania w pełni świadomie. Z całą mocą i premedytacją. Dlaczego? Kilka miesięcy po rozpoczęciu metamorfozy piszę o tym do Bebe:
Wstydzę się tego, że ludzie mieliby na mnie patrzeć i dopatrywać się, czy schudłam, czy też nie. Albo mi kibicować. Albo doradzać mi. Panicznie się tego boję i ukrywam skrzętnie całość. Potrzebuję dojść do tego wszystkiego sama, bez asysty i loży obserwatorów, nawet tych życzliwych.
Trudno, och, jak trudno niektórym to pojąć. Jestem spętana panicznym lękiem przed upokorzeniem i oceną innych ludzi. I to nie dlatego, że brak mi bolesnego doświadczenia. Sęk w tym, że znam jego smak aż za dobrze i boję się, że picie z kielicha goryczy zabije Dziką Kobietę. Że ona odejdzie, zniechęcona, wycofa się.
Gruba jest wiecznie na wokandzie. Przebywa pod wiecznym ostrzałem. W oczach ludzi - mężczyzn i kobiet, starców i dzieci, bliskich i dalekich - dostrzega myśl: "Otyła. Tłusta. Zaniedbana". Gruba czuje się oceniana zawsze, nawet jeżeli nikt jej nie ocenia. Dzieje się tak, bo to ona sama wydaje na siebie wyrok, tylko o tym nie wie. Nie da się jej tego wytłumaczyć. Na nic logiczne wyjaśnienia. Argumenty rzucone z nadzieją padają na skalisty grunt. Nie mają cienia szansy na wydanie plonu. Zbyt wiele sytuacji, zbyt wiele słów, zbyt wiele cierpienia wyjałowiło to miejsce.
Wystarczy wrócić myślą do kilku momentów.
Stoję w sklepie. W sklepie spożywczym. Czekam na Marysię, która kupuje coś do sałatki greckiej, a do tego jakieś ciastka do kawy. Nagle wpada dziecko. Cygańskie dziecko, ciemne, romskie. Dziecko ma misję, aby wyżebrać nieco pieniędzy. Jego matka stoi przed drzwiami i wydaje się niezainteresowana tym, co się dzieje. Chłopiec ma nie więcej niż siedem lat. Podchodzi do każdego i wyciąga rękę, mówiąc: "Proooszę, daj złotówkę, proooszę". Odmawiam. Krępuje mnie ta sytuacja, nie mam drobnych, nie wiem, jak się zachować. Na moje ciche, bełkotliwe: "Nie mam", twarz chłopca wykrzywia się w grymasie niezadowolenia, a z ust wymyka się wyraźne i dźwięczne stwierdzenie: "Gruba świnia". Po czym odchodzi.
Zostaję sama, mrugam oczami, zaciskam wargi. Takie słowa rzucone przez małego chłopca zdumiewają podwójnie. Szokują i wydają się być niesamowicie prawdziwe. Przecież mali chłopcy nie kłamią. Mówią, co myślą. Ubierają w proste słowa to, co widzą.
Jadę autobusem. Stoję dosyć blisko drzwi, tuż przy kabinie kierowcy. Ścisk jest niemały, choć to sam środek dnia. Gorąco, upalnie, lato. Moja absolutnie znienawidzona pora roku. Czuję, że koszula przykleiła mi się do pleców, a strużki potu za wszelką cenę chcą się dostać do oczu. Rzęsy nie są wytuszowane, więc nic się nie wydarzy, niemniej jednak uczucie jest wybitnie nieprzyjemne.
- Pani się posunie, tu nie wolno stać, zasłania pani! - słyszę nagle głos kierowcy zza szyby.
- Nie mam gdzie się posunąć! - odpowiadam zawstydzona. Sytuacja niegodna pozazdroszczenia.
- Ogranicza pani widoczność kierowcy - odwarkuje. - Grubaska! - dorzuca o kilka tonów głośniej.
Cały autobus słyszy, choć nikt nie reaguje. Robi mi się nieco słabo, w ustach czuję całą pustynię szorstkiego upokorzenia. Brudnego, palącego wstydu, który pochłania mnie zupełnie. Nie mogę powstrzymać łez. Dobrze, że rzęsy są niewytuszowane.
Wsiadam do pociągu relacji Warszawa - Katowice. Zwyczajny, obskurny TLK, żaden luksus. Tłok jest nieziemski, od miesięcy nie jechałam tak przepełnionym składem. Wiem jednak bardzo dobrze, że ludzie stojący na korytarzu są po prostu zbyt leniwi na to, aby przejść dalej i znaleźć wolne miejsca w przedziałach. Wolą stać nieruchomo i blokować przejście. Perspektywa spędzenia czterech godzin na stojąco, blisko cuchnącej toalety, jest wyjątkowo nieprzyjemna, więc ostatecznie brnę przed siebie, racząc każdego głośnym "przepraszam".
Mam rację, od razu widzę, że kolejne przedziały są pustawe i bez problemu można znaleźć miejsce siedzące. Kiedy jednak mijam pewną blondynkę, wciągając brzuch najbardziej jak umiem, nie udaje mi się uniknąć najgorszego.
- Co się pani tak pcha?! - słyszę jej głośny sprzeciw.
- Tam są miejsca siedzące, chciałabym przejść - odpowiadam speszona.
- Pani by lepiej schudła, a nie się tak pchała na ludzi! - warczy blondynka i ani myśli się posunąć.
W końcu jakoś przechodzę, a kiedy zajmuję swoje upragnione miejsce, wciąż brzmią mi w głowie jej słowa. Będą się odbijały w myślach przez długi czas. Przez lata.
Poranek w warszawskiej przychodni. Ludu tyle, że nawet sardynki w puszce mają więcej tlenu. Nie ma to jak społeczna integracja poprzez stanie w kolejce do lekarza! Stoję dzielnie i podpieram ścianę. Nagle mężczyzna siedzący niedaleko drzwi do gabinetu podrywa się i mówi:
- Pani siada!
Dobrze wiem, o co mu chodzi. Jest przekonany, święcie przekonany, że jestem w ciąży. To się często zdarza i za każdym razem mam ochotę, aby ziemia się pode mną rozstąpiła i pochłonęła mnie w trybie natychmiastowym. Na zawsze. Jest mi gorąco, czuję jak pali mnie twarz (dzięki Bogu się nie rumienię). Za wszelką cenę unikam wzroku mężczyzny.
- Nie, dziękuję, postoję... - mamroczę bezsilna.
Jednak on nie ma zamiaru odpuścić. No bo jak to: wstał, dżentelmen, chce miejsca ciężarnej ustąpić, a ta śmie mu odmawiać?!
- Ale pani siada! - powtarza jeszcze głośniej, z gorliwą i nieco gniewną nutą w głosie.
Nie mam wyjścia. Nie chcę się kłócić, na nic moje protesty. Co mam mu powiedzieć? Nie jestem w ciąży, proszę pana. Jestem po prostu gruba. Wyobrażam sobie jego minę. Przerażenie pomieszane z upokorzeniem i pogardą. Mieszanka iście wybuchowa i do tego... urażona męska duma. Więc siadam i wbijam wzrok w podłogę. Nie odrywam od niej spojrzenia aż do momentu, gdy lekarz wywołuje moje nazwisko.
Gruba zawsze będzie się czuła oceniana. Lustrowana wzrokiem. Słyszy myśli ludzi, te głośne i te nieme. Te, które są i te, których zupełnie nie ma. Ona wie lepiej. Jest społecznie napiętnowana, wyróżniona, szykanowana. Mówiąc najprościej: zaszczuta. Dobre słowo, bardzo znamienne.
W myśl tego wszystkiego panicznie się boi, że jej chudnięcie, przemiana, będzie przede wszystkim przyznaniem się do winy. Chudnę, bo mieliście rację. Chudnę, bo wyglądam strasznie i dłużej nie mogę tego znieść. Właśnie. W głowie grubej, w mojej głowie, te słowa brzmią i kołyszą się, jak wprawiony w drżenie wibrafon. Słyszę je. Czuję, jak słodka satysfakcja rozlewa się w myślach szyderców i tych, którzy zawsze uważali, że powinnam, że muszę, że nie mam wyjścia i że czas wziąć się za siebie. A skoro gruba, czyli ja, postanowiła skorzystać z porad wszystkich mędrców, jakich spotkała, warto bacznie ją obserwować i śledzić postępy. Gdy się potknie lub przewróci, należy kręcić głową i mówić: "No, zaniedbać się było łatwo. W drugą stronę to męka. Zasłużona męka".
Również życzliwi obserwatorzy są niewygodni. Przecież oni liczą, że mi się uda. Chcą tego równie mocno jak ja. A jeżeli jednak nie? Jeżeli nie wyjdzie? Zawiodę ich. Tak bardzo ich zawiodę, sprawię przykrość. Nienawidzę, kiedy komuś jest przeze mnie przykro.
Więc - nie! Nikomu nie powiem, nikomu nie zdradzę tajemnicy. Moja przemiana, Dzika Kobieta, przez długi czas pozostanie słodkim sekretem. To nawet całkiem przyjemne: zmieniać swoje życie, kiedy nikt nie zagląda mi przez ramię. Kiedy nikt nie patrzy, czy moje ubrania są już luźne czy jeszcze nie.
Kiedy po kilku miesiącach piszę o tym Bebe, odpowiada:
Niechęć do kibiców rozumiem. Praca nad sobą to taka intymna sprawa, i nieważne, czy wewnętrzna, czy zewnętrzna. Ale każdy musi przejść ją sam, bo nikt też lepiej nie wie, czego potrzebujesz, jak ty sama. Działaj, nie przejmuj się, co ludzie mówią lub nie. To, co robisz teraz, to inwestycja w siebie, na zawsze, niezniszczalna.
Bebe, jak zawsze, dotyka sedna sprawy i ubiera w słowa to, co się we mnie mieli i grzęźnie w chaosie. Praca nad sobą. Moja i tylko moja. Intymna, tajemna. Powolna i niespieszna, rozplanowana dokładnie tak, jak pasuje mnie, a nie komuś innemu.
Dietetykom śmierć
To pierwsza myśl, jaka nachodzi mnie na nowej drodze. Dietetykom śmierć. Bo...?
Kurs obrany: inna ja. Wypływam na szerokie wody! Loża doradców, nawet najbardziej życzliwych i czułych, to nie tylko ludzie wokół, przyjaciele i znajomi. To także ci mądrzy i oświeceni, którzy wiedzą, co masz robić i bardzo dokładnie ci to rozpiszą. Ziarenko do ziarenka, gram do grama, kropla do kropli.
Dawna ja, dawna Danusia, radzi Dzikiej Kobiecie jedno - im bardziej ktoś ci coś każe, tym bardziej ty tego nie chcesz. Nic odkrywczego. Stając pomiędzy ruchomymi ścianami, które zbliżają się do siebie, masz narastające poczucie zagrożenia i paniki. A rozwiązanie jest tylko jedno: ucieczka. Ucieczka na starą, bezpieczną trasę, do ukochanego kokonu, w którym robisz to, co chcesz, w którym nikt nie ingeruje w rzeczy, które lubisz.
A dietetyk każe. Taką ma pracę. Takie są standardy. Tym samym budzi gwałtowny sprzeciw Dzikiej Kobiety, która bada teren i ewentualne zagrożenia. Sprawdza wszystkie wyjścia ewakuacyjne, którymi będzie chciała uciekać od nowo podjętych decyzji. Widmo lekarzy i dietetyków, zmuszających do grania według ich zasad, jest jak drzwi pomalowane na czerwono, z wielkim, mrugającym okiem alarmu. Perspektywa, że ktoś może mnie rozliczać z wyznaczonych celów, jest nie do zniesienia i dlatego postanawiam, że nie zwrócę się do dietetyka.
Nie wiem jeszcze, że ta droga oznacza pójście naokoło i trafianie kilka razy pod zły adres. Nie wiem, że napotkam osamotnienie i chaos. Nie wiem, że poznawanie zasad żywienia i funkcjonowania ludzkiego organizmu to jak czytanie wielkiej księgi, do której ktoś wciąż dopisuje nowe rozdziały.
Patrzę na te decyzje z perspektywy czasu. Widzę tę dziewczynę, rozglądającą się po nowym życiu z lękiem i niepewnością. Słyszę Dziką Kobietę, która bardzo chce zostać, a która boi się, że czegoś nie dopilnuje. Pytam siebie: czy mając to doświadczenie, poszłabym do dietetyka? Zmieniłabym postępowanie, taktykę?
Rozbroję własną pewność siebie i powiem: nie wiem. Dobry Boże, nie wiem. Bo z jednej strony - solidne wsparcie kogoś z wiedzą ułatwiłoby wszystko i dało większe poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej jednak - zdobyty i okupiony wysiłkiem medal ma też i rewers, a na nim wyryta jest słodka satysfakcja z tego, że walczyłam sama, że wolność była bronią. Więc nie żałuję.
Trzy lata później, będąc już chyba zupełnie inną Dziką Kobietą, która jest w dużej mierze oswojona, postanawiam pójść na wizytę. Do dietetyka właśnie. Po tak długim czasie nudzi mnie mój jadłospis i myślę, że czas na to, aby dowiedzieć się, co specjalista powie na mój temat.
Opowiadam o sobie pani Kamili.
- O matko. Dużo pani je! - mówi, kiedy pokazuję mój jadłospis.
Rzeczywiście, dużo. Ta jedna rzecz nie zmienia się, pomimo diety.
Dostaję rozpiskę. Od poniedziałku do piątku, dzień po dniu, posiłek po posiłku, wszystko jest napisane. Czarno na białym. Nie jest źle, choć zmiany są spore. I wiem, że dobrze zrobiłam, nie idąc do pani Kamili na początku mojej drogi. Nie ma zmiłuj. Kasza wyliczona na łyżki, a warzywa na chochelki. Danusia z wielkim apetytem i lękiem, że będzie głodna, w pierwszej fazie nie pogodziłaby się z takim traktowaniem.
Diety trzymam się kilka tygodni. Pomaga mi wyzbyć się niektórych nawyków. Ale chyba jednak wciąż nie potrafię jeść, jak ktoś przykazał.
Mimo wszystko, to ważny moment. Dietetyk przeciera kilka szlaków. Otwiera parę szufladek. Po latach samotności w kuchni warto było kogoś do niej wpuścić.
Jednak u progu mojej walki wszystko wygląda inaczej. O wiele jaskrawiej. W końcu to poligon!
W dużej mierze lęk przed dietetykiem opiera się na sprzeciwie wobec wydzielania racji żywnościowych. Brzmi tak, jakbym była na wojnie! Czy mam ostrożnie wyjadać zapasy z bunkra, bo za chwilę może przyjść głód i żołnierze będą padali jak muchy? Nie. Wokół mnie jest pełno jedzenia, siłą rzeczy nie chcę oszczędzać.
Moja przyjaciółka Sabina postanawia wziąć się za siebie. Ostro. Postanowienie jest bardzo mocne, w związku z czym prosi znajomego dietetyka, z dużą wiedzą o problemie, o rozpisanie zarówno diety, jak i treningów. Ciekawa jestem. Wysyła mi więc tę listę. Już na sam widok włos jeży mi się na głowie. Plan dzienny: 1300 kcal.
Na śniadanie: 3 łyżki płatków, jabłko, łyżka pestek słonecznika, ciut miodu i soku z cytryny? Sałatka przepyszna, ale... sytość poczułabym mniej więcej na pół godziny. Przecież jeszcze do niedawna zjadałam cztery pajdy chleba na śniadanie!
Kolejny posiłek: sama maślanka. Ma wystarczyć na 180 minut niekończącej się udręki? Mnie, osobie, która potrafiła zjeść ponad kilogram ziemniaków i kilka kotletów mielonych na jeden posiłek!?
Właśnie w tym tkwi szkopuł - wydzielanie miniporcji osobom, które mają wilczy apetyt i nie najadają się jakością, ale ilością. Ja na śniadanie lubię łączyć kaszę jaglaną (także w postaci past kanapkowych) z warzywami. Sałatka z dwóch dużych pomidorów, parę listków sałaty i do tego szklanka ugotowanej kaszy jaglanej - są w stanie zaspokoić poranny głód na trzy godziny. Wiem, zestaw dziwny, ale moim smakom odpowiada. Sałatka jest duża. Ja lubię dużo jeść. Mądry dietetyk to zrozumie, choć pewnie nigdy nie zaakceptuje.
Kimkolwiek jesteś, jakkolwiek czujesz, pamiętaj: Słuchanie siebie to jedyna droga.
Sam oceń, czy dłoń na ramieniu - lekarza, dietetyka, przyjaciela - będzie wsparciem i otuchą, czy ciężarem wbijającym cię w murawę. Nie istnieje jedna recepta, nie ma przepisu na człowiecze pojmowanie zmian i pracy nad samym sobą. Możesz schudnąć pod opieką dietetyka. Możesz schudnąć sam, bez jego pomocy. Trzeba tylko znaleźć złoty środek.
Kiedyś, siedząc z psycholożką, uśmiechnęłam się na myśl, jak ciężka jest praca nad tym, co siedzi w środku mnie. Psycholożka spojrzała tylko i podsumowała: to orka na ugorze.
Dzika Kobieta wyposażona jest w silny instynkt samozachowawczy. Swoje postępowanie opiera na przeczuciu (przeczuwa, że nakazy i zakazy zachwieją jej pewność siebie) oraz na doświadczeniu. A właśnie w moim przypadku doświadczenie odegrało istotną rolę w wykluczeniu zacnego grona specjalistów.
Doświadczcie więc ze mną...
Kwiecień 2012. Wiosna, kapryśna pogoda. Jak większość polskiego społeczeństwa w tym okresie, również i mnie dopada przeziębienie. Nic wielkiego, ból gardła, katar... Ponieważ pracuję z lekarzami, tuż przy drzwiach gabinetu, postanawiam skorzystać z tego dobrodziejstwa i skonsultować się z lekarzem. Internistą.
Pan doktor w białym kitlu siedzi za biurkiem i pisze jak szalony. Oni zawsze piszą, papierologia ich zabija, nadgarstek boli, mózg się przegrzewa. Pacjent przeszkadza, a stos papierów w ogóle nie znika.
Siadam grzecznie. Pan doktor nawet nie odrywa wzroku od kartki, tylko skrobie zamaszyście, a mnie pyta tonem znużonym, cóż takiego mnie sprowadza. Więc mówię, co, wiedząc, że on słyszy dzisiaj podobne powody pewnie po raz czterdziesty.
Nagle pan doktor spogląda na mnie i... odpala pocisk, bez sygnału ostrzegawczego.
- Myślała pani o operacji zmniejszenia żołądka?
O Chryste, o matko i córko! Zastygam w bezruchu. Próbuję coś wykrztusić z siebie, ale wargi nieco zdrętwiały i nie znajduję siły, żeby przepchnąć przez nie odpowiedź w stylu: "Oczywiście, panie doktorze, że nie myślałam". On jednak dopiero się rozkręca.
- A powinna pani. Ja mam taki zabieg za sobą. Powinna pani niezwłocznie się tym zająć. - Mówiąc to, pisze na bloczku notatki. Dla mnie. - Proszę bardzo. Pod tym adresem znajdzie pani klinikę. A jakby co, mogę pomóc coś załatwić.
Na katar i ból gardła nie dostaję nawet witamin, a jedynie poradę: mam iść do apteki, tam mi coś dadzą.
Oszołomiona i upokorzona wychodzę z gabinetu i czuję się absolutnie najgrubszą kobietą na całej kuli ziemskiej. Czuję się tak gruba i brzydka, że mam ochotę uciec gdzieś daleko, poza cywilizację, gdzie nie ma ludzi ani żadnych istot żywych.
Widzę siebie na stole operacyjnym, czuję żelazny uścisk opaski na żołądku, która jak pięść rozsądku sprawi, że nie będę mogła zjeść więcej niż łyżkę owsianki. Ten obraz budzi mój sprzeciw. Budzi strach. Nie chcę się operować. Nie jestem chora, nie potrzeba mnie kroić ani wprowadzać do mojego ciała żadnych obcych elementów.
Pan doktor wbił nóż po samą rękojeść. Wstyd jest tak wielki, że nie jestem w stanie opowiedzieć o tym nikomu. Kilka chwil po wizycie w gabinecie jadę autem z przyjacielem. Chcę zrzucić to z siebie, jak pająka, wielkiego i włochatego, ale paraliżuje mnie upokorzenie. A może myśl, że przyjaciel przyznałby rację panu doktorowi?
Kongres diabetologiczny. Pojawiam się na nim w charakterze obsługi. Stężenie dietetyków i diabetologów na kilkuset metrach kwadratowych jest zatrważające. Toczą się dyskusje o otyłości, cukrzycy i zaburzeniach w odżywianiu. Na stoiskach firm farmaceutycznych można dostać ulotki i śmieszne gadżety, wskazujące liczbę kalorii oraz indeks glikemiczny wybranych produktów. Biorę do ręki jeden z nich, zachodząc w głowę, co to takiego ten indeks.
- Pani to chyba lubi dużo jeść? - pyta nagle stojąca przede mną uczestniczka kongresu. Dietetyczka albo diabetolog, nie wiem. - To tak, jak moja córka - kontynuuje, ignorując fakt, że nawet nie zdążyłam odpowiedzieć. - Ona też lubi i nie może schudnąć. Pani musi szybko coś z tym zrobić! Otyłość to poważna choroba, no i takie obciążenie dla stawów! - Opowiada z pasją, a ja stoję i kulę się w sobie, jak pies pod ostrzałem fajerwerków. Kazanie z ust obcej kobiety, na zjeździe mądrych głów, to szok. Trochę tak, jakby ktoś wepchnął mi nagle łeb pod wodę. Kiedy się wynurzam, a kobieta odchodzi, z trudem łapię oddech i kręci mi się w głowie. I znów, upokorzenie jest tak silne, że nie jestem w stanie nikomu o tym opowiedzieć. Chciałabym zabrać tę historię do grobu, a grób wykopać jak najszybciej.
Choć mijają lata, wciąż doskonale to pamiętam. Miejsce, moment, kobietę i swoją głupią minę.
Kiedy więc kilka lat później staję przed wyborem drogi i ewentualnych pomocników, bez wahania wybieram opcję samotności. Doświadczenie dało mi w kość. Jest moje, indywidualne, każdy może mieć inne.
Płacę, więc wymagam (?)
Dietetyk i lekarz to liczby. Jeden kilogram mniej tygodniowo, kalorie zawarte w produktach, współczynnik, algorytm odchudzania. Konkretne oczekiwania podane na białej kartce... Rozpisana dieta ma przecież przynieść rezultaty, których będziemy wypatrywać.
Wchodzisz na wagę, patrzysz w lustro, myślisz: gdzie te efekty? Lekarz powiedział, że powinno się dziać, że będzie sukces, że może i trzeba mieć cierpliwość. Cuda się nie zdarzają, ale... I tak na nie czekamy.
No właśnie. Ta świadomość wyczekiwania widocznej zmiany bywa niesamowicie zgubna. Nieraz się na nią nabierałam. Siłą rzeczy, w dawnych czasach, gdy zdarzało mi się podejmować próby zgubienia kilogramów, atmosfera była nerwowa. Dwa tygodnie diety, a spodnie ciągle ciasne? Miesiąc wyrzeczeń, a waga drgnęła jedynie nieznacznie? Czuję się oszukana. Nie tak miało być. A skoro efekt marny, a udręka niewspółmierna, rada jest jedna - rzucić to wszystko w cholerę... Może ja po prostu nie jestem jedną z tych, które mogą zmienić siebie?
Takie myśli, paradoksalnie, przynosiły bardziej ulgę niż zmartwienie. Były pocieszeniem, że to wszystko nie jest moją własną winą, że ja sama nią nie jestem. Bezsilność była powodem do poddania się i usprawiedliwieniem dla rezygnacji.
Kiedy więc świat wokół zaczyna się zmieniać, a ja dojrzałam do zupełnie nowych zmian, boję się znów poszukać tego wyjścia awaryjnego, które zawsze jest blisko i zawsze stoi otworem. Wystarczy tylko się zawahać, a pojawia się przed tobą, niczym magiczny pokój życzeń rodem z Hogwartu. Wejdziesz? Jasne.
Waga precz!
Lekarz czy dietetyk to tylko preludium do całej machiny zmian i decyzji. Skoro specjalista powoduje u mnie nerwowe wyczekiwanie na wymarzoną metamorfozę, jeszcze większą pokusę stwarza... waga. Tak zwana łazienkowa.
Pani waga może być elektroniczna lub całkiem zwyczajna. Jest sprawiedliwsza i szczersza niż Salomon, no chyba że się zepsuje. Pobożne życzenie, aby przekłamywała, ale rzadko jej się to zdarza.
Taki mały przedmiot, niepozorny, a jednak - wzbudzający tyle emocji. Ważysz się, najchętniej rano, na czczo, nago, po toalecie, byleby odchudzić się maksymalnie. Byleby złagodzić wyrok, który często zmienia oblicze całego dnia. Albo łamiesz te zasady, a potem w głowie przekonujesz się: no dużo, dużo za dużo, ale przecież trzeba odliczyć balast - ubrania, obiad, pełny pęcherz, a do tego - warunki ogólnie niesprzyjające.
Na tym problemy się nie kończą. Najgorzej jest wejść na wagę i nie móc dostrzec wyniku (wyroku?). Brzuch przysłania widok i nie ma litości. Można go wciągać, ugniatać, spłaszczać - a i tak dumnie broni prawdy, jakby chciał mnie uratować przed nieszczęściem. Wisi jak kurtyna.
Waga to miecz obosieczny. Dla dietetyka, dla lekarza, dla osoby walczącej to podstawa. Obserwują wyniki. Mierzą, ważą, kalkulują. Śledzą postępy, monitorują, a wszystko zostaje odnotowane skrupulatnie, czarno na białym.
Dzika Kobieta od razu wietrzy zagrożenie w tym procederze. Pamięta bardzo dobrze smak stresu, lęk przed postawieniem nagiej stopy na wadze. Pamięta, jak kiedyś u rodziców, ni stąd ni zowąd, postanowiłam zobaczyć, co jest na rzeczy. Żywy obraz, projekcja prosto z głowy. W sypialni rodziców stoi waga, niewinna, niepozorna. A ja naprzeciw niej, wystarczy zrobić krok do przodu.
Samo ważenie jest czynnością raczej błyskawiczną, ale... Ale jak się okazuje, kręcący się kołowrotek liczb, upiorne koło fortuny, albo fałszywa ruletka, wydaje się długo dobierać dla ciebie odpowiednią cyfrę. Och, stoję na wadze, a czas nagle zwalnia. Reguluje go jedynie walenie mojego serca, dudnienie wyjątkowo energiczne, bo napędzane lękiem.
I w końcu jest. Stop. Nie wystarczy spojrzeć w dół, bo przecież brzuszna kurtyna zawadza. Ale w końcu jakoś się udaje.
131 kilogramów.
Czasem człowiek przeczyta jakiś komunikat i wydaje mu się, że bezużyteczną informację wyrzuca z pamięci. Nic bardziej mylnego. Widząc liczbę 131, przypominam sobie, jak kiedyś na kartce z kalendarza (takiego, z którego kartki zrywa się codziennie) przeczytałam, że przekraczając wagę 130 kilogramów, wkracza się w obszar tak zwanej otyłości olbrzymiej. Już sama nazwa to iście szatański zlepek słów. Wypowiedz to głośno - uszy więdną. Nie dość, że ktoś jest otyły, to do tego jeszcze olbrzymi. Chory. Śmiertelnie chory, a odwrotu praktycznie nie ma...
Panika, szok i natychmiastowe pragnienie, aby zagrożenie zniknęło. Czy jednak takie uczucia sprawiają, że coś zmieniam? Nie. Działanie jest odwrotne. Czuję paraliż i rezygnację. Wrażenie, że tonę w problemie. Tonę tak bardzo, że próba wyswobodzenia się jest nie tylko bezcelowa, lecz także bolesna i niesamowicie męcząca.
Dzika Kobieta potrafi przewidywać, ten instynkt przetrwania przydaje się zwłaszcza na początku drogi. Musisz przewidzieć przeszkody. Tyle, ile się da.
Wagę traktuję jako zagrożenie, bo od razu na myśl przychodzi obraz mnie, która codziennie rano - naga, na czczo, po czynnościach fizjologicznych, czeka na wyrok. Czeka, aż pokażą się liczby. A liczby mogą zadecydować, czy poczuję radość, smutek, nową energię do działania, czy raczej wstyd i rezygnację.
Nie chcę się uzależniać od liczb. Nie chcę wchodzić na wagę i poddawać się ocenie. Nie chcę wieczorem zastanawiać się, czy jabłko zjedzone po godzinie osiemnastej przekuje się w dodatkowy kilogram, czy też nie. Nie chcę przekonywać się, że stracone dwa kilogramy przerodziły się w trzy kolejne, tym razem do przodu. A skoro się cofam, znaczy, że jestem beznadziejna.
A przecież nie muszę wiedzieć dokładnie, ile masy tracę z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Nie mam obowiązku tego sprawdzać i na to czekać, skoro to odbiera mi radość i chęć do dalszej walki. Założenie jest inne i zupełnie nowe: nie liczę kilogramów, po prostu cierpliwie zmieniam cały swój świat.
Mijają lata. Wagi w domu nadal brak. Czasem ważę się na siłowni. Rytuał zawsze jest ten sam. Zerkam z niechęcią na małe urządzenie, bo bardzo nie chcę sprawdzać, co pokaże. Biję się z myślami. W końcu wchodzę. I zawsze jestem gotowa na szok. Nastawiam się, że wszystko robię źle i na pewno przytyłam. Wcale nie. Waga pokazuje ciągle tyle samo. Ulga niewarta jest stresu. Waga wciąż jest moim wrogiem.
Skok w ogień - co zabrać, a co zostawić?
Chyba każdy rozważa czasem sytuacje abstrakcyjne. Co wyniesiesz z płonącego domu? Co zabierzesz ze sobą na bezludną wyspę? Im dłużej myślisz, tym więcej nie wiesz.
Tymczasem ja docieram do miejsca, w którym wiem już, że za chwilę skoczę. Wszystko wokół płonie, nie ma na co czekać. Kiedy 1 stycznia 2013 roku tuż po północy leżę w łóżku, bijąc się z myślami i nasłuchując wewnętrznie zewu zmian, czuję, że moją największą, najpotężniejszą bronią będą spokój, ostrożność i cierpliwość. Nowy rok, nowy rok... Dobry albo zły. Poza moją kontrolą? Poza moim wpływem...?
Tak. Skaczę z wysoka. W nieznane. Nie wiem, jak wyląduję i ile mnie zostanie. Nie wiem, czy nie rozbiję się na kawałki. Nie wiem, czy nie odbiję się i nie wrócę w górę, jak zgaga. I w sumie ta niewiedza jest... słodka. Moja psycholożka powtarza, że nie znamy przyszłości i to nas chroni. Najpewniej przed obłędem. A czasem jest się tak blisko...
Przekuwam niewiedzę w przygodę. Jej smak jest intrygujący, całkiem obiecujący. Nie chcę go jednak przedawkować, bo to nieprzyjemne. Jak objedzenie się nowo poznaną potrawą. Trzeba zminimalizować ryzyko, że zwróci się ją w bólach.
Kiedy więc budzę się rano i czuję, że wszystkie emocje nie wyparowały, ale dalej mocno mnie trzymają, czuję się trochę tak, jakby coś objęło mnie w pasie i ogarnęło. Tym czymś jest nadzieja, że zmiana będzie kursem ku lepszemu.
O nadziei mogłabym napisać wiele. Psycholożka, moja mentorka i lustro, powiedziała, że kto traci nadzieję, ten nie ma już nic. Tacy ludzie odbierają sobie najczęściej życie, bo spoglądając w przyszłość, nie widzą sensu, a jedynie pulsującą, nienasyconą rozpacz. To ona przygważdża ich do łóżka, wywołuje depresję, odbiera wolność. Człowiek staje się ubezwłasnowolniony.
Nadzieja jest więc jedną z wartości, które zabieram w nową drogę. Układam pieczołowicie w głowie, tuż obok cierpliwości - klejnotu koronnego i ostrożności, która jest na wagę złota. To właśnie ona ma mnie chronić przed błędami. Popełnię ich multum, ale ominę kilka tych, które mogłyby zniszczyć to, co już osiągnęłam.