Odwaga. Pokonaj strach, zyskaj pewność siebie i ciesz się życiem! - Debbie Ford

-
Proszę czekać

Uwolniona

być może ni­gdy nie dowiemy się

że mamy w sobie

wszyst­kie moż­li­wo­ści

albo że świa­tło chwyta nas

kiedy brak nam tchu

gdy zaczy­namy znowu czuć

to oznaka zdro­wie­nia

praw­dziwy prze­łom

może nastą­pić tylko wtedy

gdy mamy zła­mane serce

to co cho­ruje

zdro­wieje

co przy­po­mina nam

że zawsze cho­dzi o to by zacząć od nowa

a potem jesz­cze raz zacząć od nowa

kiedy fale roz­bi­jają się o mnie

ufam pia­skowi

że wygła­dzi moje kra­wę­dzie

roz­pu­ści odrzu­ce­nie

ujaw­nia­jąc to, co praw­dziwe

a odwaga i pew­ność sie­bie

roz­świe­tlą naj­głęb­szą część mnie

skurcz i roz­kurcz

pozwa­lają wpły­wać świa­tłu

a cisza

po bitwie

spra­wia, że ciało może

wyżąć smu­tek

gdy wol­ność roz­lewa się

cie­nie mogą trwać

gdy doko­nu­jesz prze­obra­że­nia ciem­no­ści

poznaj cofa­jącą się falę

i pamię­taj

że zawsze masz

siłę, by zade­cy­do­wać

jak się zaan­ga­żo­wać

kiedy jesteś gotowy wejść wysoko

chmury odsła­niają widok

nad­szedł czas, byś zauwa­żył

cudowne chwile

w swoim życiu

gdy trwają

to

jest two­rze­nie

sie­bie

wkro­czymy

odważ­nie

w brzask

z nocy

pro­mie­nie­jąc swym świa­tłem

wspól­nie

Nancy Levin, autorka Wri­ting for My Life

Przedmowa

W swo­jej odkryw­czej książce moja przy­ja­ciółka i współ­pra­cow­niczka Deb­bie Ford opi­suje szcze­gó­łowo inspi­ru­jący i prak­tyczny plan dzia­łań słu­żący temu, by żyć odważ­nie. W trak­cie lek­tury dostrze­żesz w kolej­nych roz­dzia­łach jej nie­po­ha­mo­waną szcze­rość. Rze­czy­wi­ście, Deb­bie Ford bie­rze pod uwagę wszyst­kie aspekty. W książce, którą trzy­masz w dło­niach, omó­wiono wyczer­pu­jąco wszystko, czego możemy potrze­bo­wać, aby zacząć żyć z poczu­ciem pew­no­ści sie­bie.

Deb­bie elo­kwent­nie opi­suje swoją wła­sną prze­mianę z kogoś, kto nie radził sobie z życiem i odczu­wał lęk, w odważną kobietę pełną siły. Niczego nie ukrywa, nie zataja, a mile mnie zasko­czyło, że jeśli wymie­rza ciosy, to są one skie­ro­wane w jej dawne prze­ra­żone "ja", a przy tym pozwala, by wynieść jakąś korzyść z jej daw­nego tchó­rzo­stwa. W przed­mo­wie do książki Deb­bie nie muszę nic doda­wać, ponie­waż autorka przed­sta­wia pre­cy­zyjny plan, jak zacząć żyć odważ­nie. Zapew­niam cię: gdy będziesz pozna­wać jej dogłębną pro­po­zy­cję, prze­ko­nasz się, że jesteś coraz lepiej przy­go­to­wana do tego, by radzić sobie ze wszyst­kimi wyzwa­niami życio­wymi przez zmianę nasta­wie­nia, dzięki któ­rej zyskasz pew­ność sie­bie, a także odwagę.

Pra­gnę w kilku sło­wach wspo­mnieć o tym, jak sama Deb­bie wpro­wa­dza w życie ideę odwagi. Pod­czas lek­tury zaska­ki­wało mnie, że Deb­bie tak ocho­czo podej­mo­wała ryzyko. W książce poka­zała dosłow­nie całą sie­bie. Wyka­zała się taką odwagą, na jaką zdo­bywa się bar­dzo nie­wielu pisa­rzy, zwłasz­cza tak zna­nych jak ona. Od dzie­siąt­ków lat powta­rzam na spo­tka­niach, że jeśli ktoś chce, by jego życie było wyjąt­kowe, musi zmie­nić spo­sób, w jaki sie­bie postrzega. Aby tego doko­nać, musi w pełni uświa­do­mić sobie, że to, co uznaje za swoje "ja", składa się ze wszyst­kich jego prze­ko­nań. Zatem jeśli pro­wa­dzi zwy­czajne życie, a przy tym ma poczu­cie, że nie reali­zuje swo­jego boskiego celu, to musi zro­zu­mieć, że do tego zwy­czajnego miej­sca dopro­wa­dziły go jego wewnętrzne prawdy. Jeśli chcesz, by twoje życie toczyło się na wyż­szym pozio­mie, musisz pod­jąć wyzwa­nie pole­ga­jące na zakwe­stio­no­wa­niu tego, co uwa­żasz za swoje "ja", a to ozna­cza, że musisz zmie­nić to, co wcze­śniej uzna­wa­łaś za prawdę.

Wymaga to takiej odwagi, na jaką nie­wielu chce lub nawet może się zdo­być. Stwier­dzić: "To, co kie­dyś uzna­wa­łam za fun­da­men­talną prawdę, obec­nie uwa­żam za swoją pomyłkę" -?to dosłow­nie pozbyć się oso­bi­stej histo­rii. Ozna­cza to nie tylko zmianę obec­nych zacho­wań, lecz także zaak­cep­to­wa­nie nowych prawd, a w kon­se­kwen­cji koniecz­ność przy­zna­nia, że dotych­cza­sowe prawdy w rze­czy­wi­sto­ści były kłam­stwami -?kłam­stwami pod­trzy­mu­ją­cymi taki spo­sób życia, który nie­mal zawsze pro­wa­dził do pora­żek. Przy­zna­nie się do fał­szy­wych prze­ko­nań z prze­szło­ści oraz przy­ję­cie nowych prawd to akt praw­dzi­wej odwagi, zwłasz­cza dla tak zna­mie­ni­tej i zna­nej osoby jak autorka książki, którą czy­tasz. Wła­śnie tego doko­nała Deb­bie Ford w swo­jej książce. Nie tylko zmie­niła wła­sne postrze­ga­nie sie­bie i zaczęła wie­rzyć w coś innego, ale także we wspa­niały spo­sób poka­zała ci, jak możesz doko­nać tego samego. Jej bru­talna szcze­rość to jej odwaga.

Obser­wo­wa­łem tę odwagę z bar­dzo oso­bi­stego punktu widze­nia jakiś czas temu w Omega Insti­tute w Nowym Jorku. Zarówno Deb­bie, jak i ja mie­li­śmy spo­sob­ność, by wej­rzeć głę­boko w samych sie­bie, połą­czyć się ze swoim boskim, wyż­szym "ja" -?Bogiem w sobie -?i przy­jąć przy­pi­sane nam role nauczy­cieli ducho­wych, któ­rzy prze­ka­zują prawdę czy­tel­ni­kom naszych ksią­żek i słu­cha­czom przy­cho­dzą­cym na nasze wykłady. Deb­bie zatrzy­mała się w domku sąsia­du­ją­cym z tym, w któ­rym miesz­ka­łem wraz z Mirą, moją duchową part­nerką, kiedy przy­je­cha­li­śmy spo­tkać się z ezo­te­rycz­nym nauczy­cie­lem z Bra­zy­lii, Janem od Boga, który także nas uzdra­wiał. Codzien­nie sta­li­śmy przy Deb­bie, która leżała w łóżku i docho­dziła do sie­bie po ducho­wych ope­ra­cjach. Oboje obser­wo­wa­li­śmy jej feno­me­nalną odwagę, pod­czas gdy jej ciało, wynisz­czone rzadką odmianą raka, na któ­rego cho­ro­wała przez wiele lat, wra­cało do zdro­wia na sku­tek boskiego wsta­wien­nic­twa Jana od Boga.

Deb­bie ni­gdy nie narze­kała, zawsze wdzięczna za każdą chwilę życia, choć w oczy­wi­sty spo­sób cier­piała. Mimo to chciała być szczera w kwe­stii swo­jej dłu­go­trwa­łej walki z rakiem, którą wcze­śniej spy­chała na dal­szy plan w oba­wie, że opi­nie i pro­jek­cje innych okażą się sil­niej­sze -?lecz to minęło. Miej­sce lęków zajęła miłość, nowy nie­biań­ski rodzaj miło­ści zro­dzony z odwagi, by po pro­stu być sobą i cenić sobie swoją wspa­nia­łość. Sta­li­śmy wspól­nie przy jej łóżku i patrzy­li­śmy, jak ta piękna kobieta w prak­tyce reali­zo­wała to, o czym napi­sała tak prze­ni­kli­wie, tak obszer­nie, wszech­stron­nie w niniej­szej książce - wszystko to można pod­su­mo­wać sta­rym powie­dze­niem: "Lęk zastu­kał do drzwi, miłość je otwo­rzyła, nikogo przed nimi nie było".

Weź sobie do serca roz­tropne rady Deb­bie. Pozbądź się sta­rych prawd, które oka­zały się ilu­zją. Oto twoja prawda. Masz w sobie Boga. Tym się kie­ruj w życiu, a wszystko będzie dobrze. To jest odwaga. Kocham tę książkę. Kocham spo­sób, w jaki została napi­sana. A przede wszyst­kim kocham cie­bie, Deb­bie Ford. Inspi­ru­jesz mnie.

Wayne Dyer

List do czytelniczki

Dwu­dzie­stego czwar­tego wrze­śnia 2010 roku nie wie­dzia­łam, że wyru­szam w podróż do pie­kła, jakiego ni­gdy nie była­bym sobie w sta­nie wyobra­zić. Uwa­ża­łam się za silną, odważną kobietę, na tyle pewną sie­bie, by zmie­rzyć się ze wszyst­kim, co spo­tkam na swej dro­dze. Pora­dzi­łam sobie z uza­leż­nie­niem, w jakie wpa­dłam, gdy mia­łam dwa­dzie­ścia kilka lat, z roz­dzie­ra­ją­cym serce roz­wo­dem po trzy­dzie­stce i dru­zgo­cącą zdradą, gdy mia­łam czter­dzie­ści kilka lat. Wie­rzy­łam, że po pięć­dzie­siątce będzie już tylko lekko, łatwo i przy­jem­nie. Nie tylko prze­trwa­łam te trau­ma­tyczne doświad­cze­nia, lecz mia­łam także zaszczyt wyko­rzy­stać je, by pomóc innym.

Wszystko zaczęło się od tego, że długo cze­ka­łam, aby lekarz pozwo­lił mi lecieć do Istam­bułu w Tur­cji na tygo­dniowe waka­cje przed serią spo­tkań w Euro­pie. Ale zamiast zie­lo­nego świa­tła otrzy­ma­łam od niego zupeł­nie inne infor­ma­cje. Mój lekarz, dr Paul Spec­kart, który zawsze powta­rzał, że mam wię­cej odwagi niż roz­sądku, oba­wiał się, że pod­ję­łam nie­zbyt roz­ważną decy­zję. Powie­dział mi, że jeśli wsiądę do samo­lotu, natych­miast po wylą­do­wa­niu zabiorą mnie do szpi­tala, nie­za­leż­nie od tego, dokąd polecę. Obie­ca­łam moim przy­ja­cio­łom Leinii i Ste­phe­nowi, że wybiorę się z nimi na rejs po Morzu Egej­skim, a potem mia­łam popro­wa­dzić warsz­taty w Kopen­ha­dze i Holan­dii. Mar­twi­łam się, że nie będę mogła dotrzy­mać danego słowa.

Gdy patrzę wstecz, widzę, że powi­nien był mnie zaalar­mo­wać nie­po­kój w oczach leka­rza, lecz tak się nie stało. Wie­rzy­łam, że jestem nie do poko­na­nia, że wszystko będzie dobrze i że nikt nic nie rozu­mie. Uzna­łam to za ruty­nową wizytę u leka­rza z powodu prze­cho­dzo­nego zapa­le­nia płuc, które sama bra­łam za dokucz­liwe prze­zię­bie­nie. Kiedy usły­sza­łam, że powin­nam zgło­sić się do szpi­tala, nie do końca zda­wa­łam sobie sprawę z powagi sytu­acji. Zmar­twiona i poiry­to­wana pre­sją ze strony leka­rzy oraz mojej rodziny zgo­dzi­łam się w końcu, aby mama zawio­zła mnie do szpi­tala. Przy­jęli mnie i powie­dzieli, że zostanę tam kilka dni.

Nie minęła doba, a ja zna­la­złam się na stole ope­ra­cyj­nym. Gdy usły­sza­łam, że leka­rze za pomocą rurek musieli usu­nąć nie­mal trzy litry płynu z mojej klatki pier­sio­wej, byłam oszo­ło­miona. Leża­łam w łóżku po ope­ra­cji i nie mogłam zro­zu­mieć, jak doszło do tego, że zwy­czajne prze­zię­bie­nie tak bar­dzo zaszko­dziło mojemu orga­ni­zmowi. Nie wie­dzia­łam, dla­czego nie­zli­czeni leka­rze, któ­rzy przy­cho­dzili do sali, by czy­tać moją kartę, patrzyli na mnie z nie­ukry­wa­nym zanie­po­ko­je­niem. Dla­czego czu­łam się gorzej, skoro mia­łam czuć się lepiej? Czemu z dnia na dzień byłam coraz słab­sza? Czy to dla­tego, że mia­łam raka, choć robi­łam, co mogłam, by nie dopusz­czać tego faktu do swo­jej świa­do­mo­ści i zaprze­czać temu, mimo że od tego nie dało się uciec?

W 2001 roku leka­rze odkryli w moim pod­brzu­szu guza wiel­ko­ści melona, a następ­nie go usu­nęli. Powie­dzieli mi, że był zło­śliwy, ale "otor­biony", co ozna­czało, że kiedy go usu­nęli, usu­nęli też raka. Musia­łam zatem jedy­nie wyko­ny­wać co roku tomo­gra­fię, żeby się upew­nić, że nie ma nawrotu. Ni­gdy nie bra­łam pod uwagę tego, że mogłoby do niego dojść, tak jak nie dopusz­cza­łam do sie­bie myśli, że cho­ro­wa­łam na raka, choć wie­lo­krot­nie mi to powta­rzali. Kiedy wypeł­nia­łam różne rubryki w kwe­stio­na­riu­szach medycz­nych, ni­gdy nie zazna­cza­łam, że mia­łam raka. Gdy minęło cztery i pół roku, zro­bi­łam kolejne bada­nie tomo­gra­ficzne, po któ­rym zadzwo­nił do mnie lekarz i popro­sił: "Pod­nieś lewą rękę i poma­caj się pod pachą". Po chwili dodał: "Masz tam guza i jesz­cze trzy inne guzy, jeden na śle­dzio­nie i dwa w pod­brzu­szu". Nie docie­rało do mnie, że mam nawrót raka. W pierw­szej chwili zba­ga­te­li­zo­wa­łam ten fakt i poin­for­mo­wa­łam o tym tylko kilka osób. Potem jed­nak zaczę­łam odwie­dzać róż­nych uzdro­wi­cieli. Mój przy­ja­ciel Deepak Cho­pra skie­ro­wał mnie do świę­tego czło­wieka, onko­loga dr. Daniela Vica­rio. Lekarz ten modlił się ze mną, a także prze­pi­sał mi leki, któ­rych nie zaży­wa­łam, oraz roz­pi­sał plan lecze­nia, któ­rego nie prze­strze­ga­łam. W cza­sie wol­nym pole­cia­łam z Deepa­kiem i dr. Davi­dem Simo­nem do Dana-Far­ber Can­cer Insti­tute, by skon­sul­to­wać się z innymi spe­cja­li­stami w kwe­stii tych bar­dzo dziw­nych guzów. Kiedy nie spodo­bało mi się ani to, co leka­rze mieli do powie­dze­nia, ani leki, jakie mi prze­pi­sy­wali, pole­cia­łam do MD Ander­son, innego cenio­nego ośrodka lecze­nia raka. Stam­tąd jed­nak też szybko wyje­cha­łam, ponie­waż nie chcia­łam stra­cić wło­sów i wyda­wało mi się, że nie jestem tak chora jak wszy­scy inni, i że w moim wypadku tra­dy­cyjna che­mio­te­ra­pia byłaby nie­sku­teczna.

Rozum mi pod­po­wia­dał, że powin­nam się mar­twić, a moje zdro­wie powinno być na pierw­szym miej­scu, ale tego nie czu­łam. To do mnie nie docie­rało. Jako dziecko wiecz­nie na coś cho­ro­wa­łam. Byłam małym chu­dziel­cem, sła­be­uszem, który ważył nieco powy­żej trzy­dzie­stu kilo, pod­czas gdy moja sio­stra i brat byli wysocy i silni, o musku­lar­nej budo­wie ciała. Mniej wię­cej gdy weszłam w wiek nasto­letni, pod­ję­łam decy­zję, że już ni­gdy wię­cej nie będę chora. Z wyjąt­kiem mojej rodziny, kil­korga naj­bliż­szych przy­ja­ciół i współ­pra­cow­ni­ków nikt nie wie­dział, że mia­łam rzad­kiego mię­saka tka­nek mięk­kich -?guza włók­ni­stego opłuc­nej (naczy­niaka zawie­ra­ją­cego pery­cyty), ponie­waż nie przy­zna­wa­łam się do tego nawet przed sobą. Na­dal cał­ko­wi­cie to wypie­ra­łam, czyli innymi słowy nawet nie wie­działam, że kła­mię. Z każ­dym kolej­nym rokiem coraz bar­dziej odsu­wa­łam od sie­bie myśl o swo­jej cho­ro­bie.

W szpi­talu była teraz ze mną moja asy­stentka. Leka­rze powie­dzieli Julie, że płyn w klatce pier­sio­wej oraz guz na jej ścia­nie, który zaata­ko­wał już część żeber, spo­wo­do­wały zapad­nię­cie się jed­nego z płuc, co było główną przy­czyną zapa­le­nia płuc. Choć nie potra­fili jed­no­znacz­nie stwier­dzić, dla­czego płyn, który już usu­nęli, gro­ma­dził się w klatce pier­sio­wej, naj­bar­dziej skła­niali się ku teo­rii, że wycie­kał z guza. Cho­ciaż tra­fi­łam do szpi­tala z powodu zapa­le­nia płuc, zatrzy­mano mnie tam z powodu raka. Ponie­waż mój onko­log miesz­kał i przyj­mo­wał za daleko, by móc przy­je­chać do szpi­tala, Dan Bres­sler, ojciec mojego syna Beau i jed­no­cze­śnie uznany inter­ni­sta, nale­gał, abym spo­tkała się z nie­dawno zatrud­nioną, ale naj­zdol­niej­szą onko­lożką w zespole -?dr Marin Xavier. Gdy ją pozna­łam, uzna­łam, że jest bystra, zdolna, opty­mi­stycz­nie nasta­wiona i zależy jej na pacjen­tach tak bar­dzo, że jest gotowa sto­czyć tę bitwę wraz ze mną. Obie­cała, że ustali plan ataku na tę nie­ule­czalną i rzadką postać raka.

Pod koniec mojego pobytu w szpi­talu odwie­dził mnie lekarz opieki palia­tyw­nej, czyli ktoś, kto sku­pia się na tym, by ulżyć pacjen­towi i nie dopu­ścić, by cier­piał. Zwra­cał się do mnie tak, jak­bym była umie­ra­jąca. Wyja­śnił, że przy­szedł tylko po to, aby omó­wić kwe­stie doty­czące opieki w hospi­cjum. Popa­trzy­łam na niego tak, jakby postra­dał rozum. Zosta­łam przy­jęta do szpi­tala z zapa­le­niem płuc i na­dal wie­rzy­łam, że nie ma ono nic wspól­nego z rakiem. Spoj­rza­łam na swoją asy­stentkę, pyta­jąc wzro­kiem: "Czy ten facet zwa­rio­wał?". Lekarz stwier­dził, że cho­ciaż wie, iż wie­rzę w myśle­nie pozy­tywne, ktoś powi­nien powie­dzieć mi prawdę. Pytał, czy roz­ma­wia­łam już ze swoim synem, moim pięk­nym, cudow­nym Beau, i czy on jest gotowy na moje odej­ście. Ten lekarz nie miał naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że umrę za kilka tygo­dni, naj­póź­niej za mie­siąc. Kiedy to mówił, wycią­gnę­łam do niego rękę. "Nie zamie­rzam kon­ty­nu­ować tej roz­mowy. Kim pan jest, żeby mówić mi, jak długo będę żyła? Jest pan Bogiem?". Na jego twa­rzy poja­wiła się kon­ster­na­cja, gdy powie­dział mi, że wypie­ram to, co się dzieje. Powtó­rzy­łam: "Ta roz­mowa mnie nie inte­re­suje". Po jego wyj­ściu zapy­ta­łam Julie, która sie­działa ze mną w sali: "Czy ja umrę?". Myśla­łam sobie: "Nikt mi nie powie­dział!". Wtedy zadzwo­ni­łam do byłego męża i zapy­ta­łam go, czy uważa, że umrę. Odparł: "Wszy­scy umie­ramy, Deb­bie. To jedy­nie kwe­stia, kiedy". Wtedy zapy­ta­łam, czy jego zda­niem umrę nie­długo, a on odpowie­dział: "Nie". Po odło­że­niu słu­chawki popro­si­łam Julie, aby wybrała numer dr Xavier, mojego nowego sprzy­mie­rzeńca, i zada­łam jej pyta­nie: "Czy pani zda­niem umrę? Pewien czło­wiek wła­śnie mi powie­dział, że powin­nam udać się do hospi­cjum i przy­go­to­wać się na śmierć". Odpowie­działa: "Abso­lut­nie nie".

Piszę o tym, ponie­waż w końcu uświa­do­mi­łam sobie, że dal­sze wypie­ra­nie cho­roby nie jest moż­liwe. Wszech­świat sta­rał się mnie nakło­nić, żebym zdjęła klapki z oczu i sku­piła się na swoim zdro­wiu, swoim życiu.

Na­dal byłam w szpi­talu, tak bar­dzo zmę­czona i osła­biona, że wła­ści­wie nie mogłam już cho­dzić. Tak jak­bym zna­la­zła się z powro­tem w ciele dzie­się­cio­let­niej dziew­czynki, tylko teraz byłam wychu­dzona i przy­gnę­biona. Mogłam się jedy­nie pod­dać, odpu­ścić sobie wszystko i posłu­chać dr Xavier. Zala­łam się łzami.

Nie poj­mo­wa­łam, jakim cudem zale­d­wie mie­siąc wcze­śniej czu­łam się świet­nie, choć wie­dzia­łam, że w moim ciele rosną cztery guzy. Jak szybko wszystko się zmie­niło. Kiedy w końcu pięt­na­ście dni póź­niej wró­ci­łam do domu lżej­sza o mniej wię­cej dzie­sięć kilo, wpa­dłam w głę­boką depre­sję. Chwi­lami było mi wszystko jedno, czy będę żyć, czy umrę. Nie umia­łam sobie wyobra­zić, że mój syn Beau musiałby sobie pora­dzić z moim odej­ściem. Ale poza Beau nie widzia­łam powodu, by żyć. Wyda­wało mi się, że wypeł­ni­łam swoją misję pole­ga­jącą na tym, aby dać coś z sie­bie światu, i mia­łam na tyle szczę­ścia, że po napi­sa­niu ośmiu ksią­żek i popro­wa­dze­niu kil­ku­set semi­na­riów pomo­głam set­kom tysięcy osób.

Wiele mie­sięcy leża­łam w łóżku i sta­ra­łam się odzy­skać siły, potem pró­bo­wa­łam cho­dzić, zna­leźć jakieś źró­dło ener­gii, wolę życia. Kiedy leża­łam w łóżku, stop­niowo tra­ci­łam tę sie­bie, którą zna­łam do tej pory. Znik­nęło to, na czym mi zale­żało: spo­sób, w jaki spę­dza­łam dnie, spo­sób, w jaki żyłam. Nie mogłam wykrze­sać z sie­bie tyle ener­gii, by móc utrzy­mać w dłoni iPhone'a. Bra­ko­wało mi siły, by zwy­czaj­nie poroz­ma­wiać przez tele­fon. Nie mia­łam ener­gii, by wysłać ese­mesa, a co dopiero uczyć, pisać lub kon­tak­to­wać się z przy­ja­ciółmi. To, co kie­dyś było bar­dzo pro­ste, na przy­kład wej­ście po scho­dach do sypialni, stało się wyzna­niem. Wcze­śniej, choć­bym była nie wiem jak chora, byłam w sta­nie zebrać siły i popro­wa­dzić warsz­tat. Teraz, zale­d­wie kilka mie­sięcy póź­niej, nie potra­fi­łam nabrać ener­gii ani nawet nie zale­żało mi na tym, by to zro­bić. Moje odbi­cie w lustrze zaczęło się zmie­niać, zmie­niło się moje ciało. Wyglą­da­łam jak bez­domny nar­ko­man. Zaży­wane leki spra­wiły, że na skó­rze łatwo poja­wiały się siniaki. Włosy były inne w dotyku. Mia­łam wzdęty brzuch. Twarz obrzę­kła, stała się okrą­gła i napuch­nięta w cha­rak­te­ry­styczny spo­sób. To było dla mnie naj­trud­niej­sze -?utrata daw­nego wyglądu, zewnętrzne odzwier­cie­dle­nie roz­padu wewnętrz­nego. Prze­sta­łam roz­po­zna­wać sie­bie w lustrze. To, co kie­dyś kocha­łam, stało się dla mnie odra­ża­jące. Nie potra­fi­łam sobie wyobra­zić, co mia­ła­bym zro­bić ze swoim życiem, nawet gdyby ktoś odkrył lek na ten rodzaj raka. Żyłam w świe­cie cał­ko­wi­tego osa­mot­nie­nia i izo­la­cji, odci­na­łam się od więk­szo­ści osób i ukry­wa­łam swo­jego raka. Moje ciało, mój umysł i mój duch były słabe. A moja wola nie miała już zna­cze­nia.

W tym sta­nie osła­bie­nia i nie­mocy miej­sce entu­zja­zmu i pod­eks­cy­to­wa­nia życiem, które zawsze były moim udzia­łem, zajął prze­peł­nia­jący mnie lęk. Głos lęku roz­brzmie­wał w moim umy­śle i ostrze­gał mnie nocą: "Komu to potrzebne? Nie ma po co żyć. Nie uda ci się. Jesteś chora przez te leki. Masz za mało sił. Nic ci nie pomoże". Doświad­cze­nie, jakim dzie­lili się znani mi nauczy­ciele, któ­rzy opo­wia­dali o cudow­nym zni­ka­niu guzów, nie mogło przy­da­rzyć się mnie.

W końcu popro­si­łam Che­ryl Richard­son o pomoc. Posta­no­wi­ły­śmy, że będzie mnie wspie­rać i zacznie wysy­łać mi afir­ma­cje, nic w zamian nie ocze­ku­jąc. Codzien­nie prze­ka­zy­wała mi piękną afir­ma­cję pełną emo­ti­ko­nów i w ten spo­sób zachę­cała mnie do pozy­tyw­nego myśle­nia, do spo­rzą­dza­nia listy, co w moim życiu jest dobre, do tego, bym wybie­rała zaufa­nie. Mijał dzień po dniu, a ja zmie­nia­łam się jak kame­leon -?jed­nego dnia było lepiej, dru­giego gorzej, trze­ciego tak sobie.

Kiedy pół­tora roku póź­niej spo­glą­dam wstecz, widzę, że uwa­ża­łam się za bar­dzo odważną. Wie­rzy­łam, że mogę sta­nąć do walki i poko­nać wszystko. Lecz w rze­czy­wi­sto­ści para­li­żo­wał mnie lęk, byłam nie­zdolna do tego, by uci­szyć hała­śliwą wewnętrzną papla­ninę oraz pozbyć się głę­bo­kiego poczu­cia rezy­gna­cji.

Wia­do­mość o tym wszyst­kim stop­niowo roze­szła się wśród osób, z któ­rymi współ­pra­co­wa­łam. Wkrótce poczu­łam ich miłość i życz­li­wość, każda z nich ofia­ro­wała mi tak bar­dzo potrzebne mądre słowa. Pomimo miło­ści, jaką otrzy­my­wa­łam, wciąż byłam przy­tło­czona gło­sami w swo­jej gło­wie.

Kiedy tylko odzy­ska­łam siły, mogłam wygło­sić wykład na orga­ni­zo­wa­nej przez Hay House kon­fe­ren­cji "Mogę tego doko­nać!". Czu­łam się nie­sa­mo­wi­cie. Natknę­łam się tam na Wayne'a Dyera, który wtedy był raczej moim zna­jo­mym niż przy­ja­cie­lem. Ale nasz wspólny przy­ja­ciel zachę­cił mnie, żebym poroz­ma­wiała z Wayne'em. Pode­szłam więc do niego, a on spoj­rzał na mnie naj­bar­dziej kocha­ją­cymi, świę­tymi oczami. Ser­decz­nie i tro­skli­wie mnie objął, po czym zagad­nął: "Chciał­bym ci o czymś opo­wie­dzieć".

Wayne opo­wie­dział mi o swoim poby­cie u Jana od Boga, bar­dzo zna­nego bra­zy­lij­skiego medium i uzdro­wi­ciela, i o tym, jak otwo­rzyło mu się serce. Posta­no­wi­li­śmy poje­chać do Omega Insti­tute razem i doświad­czyć obec­no­ści Jana od Boga. Wła­śnie pod­czas tego nie­zwy­kłego week­endu, kiedy Wayne Dyer oraz ten święty uzdro­wi­ciel poru­szyli mnie do głębi, moja postawa zaczęła się zmie­niać -?zaczę­łam szu­kać lekar­stwa zamiast przy­czyny.

Uświa­do­mi­łam sobie także, że bra­ko­wało mi odwagi. Wcale nie byłam nie­ustra­szona. Byłam raczej prze­stra­szona. Naucza­łam o pew­no­ści sie­bie, sile i wizji na lata, pisa­łam o tym i szko­li­łam innych, jak mają radzić sobie w trud­nych chwi­lach. I oto sama nie byłam w sta­nie wygrać wła­snej bitwy, byłam pozba­wiona dostępu do swo­ich prawd, które zna­łam tak dobrze.

Dzięki wie­dzy zawar­tej w niniej­szej książce zaty­tu­ło­wa­nej Odwaga mogłam odzy­skać kon­trolę i dostrzec, że wybie­ra­łam jedy­nie lęk, i dla­tego mia­łam wiele do zro­bie­nia, zarówno w życiu wewnętrz­nym, jak i zewnętrz­nym.

Jest tyle rze­czy, któ­rych trzeba się nauczyć. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że bie­głam za szybko i zbyt inten­syw­nie, a ponie­waż mia­łam bar­dzo mało sza­cunku dla wła­snego zdro­wia, zlek­ce­wa­ży­łam wszyst­kie znaki sygna­li­zu­jące potrzebę odpo­czynku. Nawet kiedy odpo­czy­wa­łam, wolne chwile zapeł­nia­łam kolej­nymi pro­jek­tami, coraz bar­dziej odsu­wa­jąc na bok swoje potrzeby i zanie­dbu­jąc zdro­wie. Jedną z naj­waż­niej­szych rze­czy, jakich nauczy­łam się, gdy leża­łam w łóżku pra­wie rok, było przyj­mo­wa­nie miło­ści. To, że ludzie z całego świata po pro­stu mnie kochali, bło­go­sła­wili mi i modlili się za mnie, odmie­niło moje życie. Nie mia­łam poję­cia, że można było pła­kać tak bar­dzo, jak pła­ka­łam, lecz były to łzy głę­bo­kiej rado­ści prze­bu­dze­nia. Widzia­łam, jak bar­dzo zamknięta byłam wcze­śniej.

Odkry­łam, że zale­żało mi na tym, by zado­wa­lać innych, a uprzed­nio myśla­łam, że było odwrot­nie. Woła­łam raczej pomóc komuś innemu, niż zaopie­ko­wać się sobą. Uświa­do­mi­łam sobie, że wszystko to, czego przez lata naucza­łam, sama powin­nam była usły­szeć. Do mnie odno­siło się to, co napi­sa­łam, w swo­jej pierw­szej książce: "Posłu­chaj wła­snego wykładu". Był to cudowny pro­ces prze­bu­dze­nia.

Zanim to wszystko się wyda­rzyło, mój wydawca Gideon Weil popro­sił mnie, żebym napi­sała książkę o odwa­dze. Wyda­wało mi się, że to będzie bar­dzo pro­ste -?temat, o któ­rym coś wie­dzia­łam. Nie mia­łam poję­cia, że będę musiała odna­leźć nowy rodzaj pew­no­ści i odwagi, by prze­trwać. Kiedy dostar­czy­łam mu książkę, nie wspo­mi­na­jąc o raku, Gideon zadzwo­nił do mnie i zapy­tał, czy była­bym otwarta na roz­mowę o swo­jej walce z tą cho­robą. Książka miała wyjść za kilka mie­sięcy i uzna­łam, że będę wtedy gotowa publicz­nie mówić o cho­ro­bie, ponie­waż w końcu prze­sta­łam ją wypie­rać.

Pół­tora roku póź­niej widzę, że moja cho­roba została mi zesłana przez Boga. Koniecz­ność pozo­sta­nia w domu i brak ener­gii do pracy dały mi moż­li­wość zasta­no­wie­nia się nad tym, co jest dla mnie ważne, co pra­gnę robić w przy­szło­ści, z jakimi ludźmi chcę spę­dzać czas i komu poświę­cać swoją ener­gię oraz jakie gra­nice muszę wyzna­czyć. Choć odcię­łam się od tego, co mogła­bym okre­ślić mia­nem szer­szego grona przy­ja­ciół, wspiera mnie teraz tych kilku, któ­rzy są mi naj­bliżsi. Prze­ko­na­łam się, że nie mogę sza­fo­wać zdro­wiem. Zre­ali­zo­wa­łam jeden z naj­waż­niej­szych celów, jakim było pozo­sta­nie w domu przy moim synu Beau przez dwa lata przed jego wyjaz­dem do col­lege'u. Uświa­do­mi­łam sobie, że każdy wybór ma zna­cze­nie, każda decy­zja -?co zjem, co powiem, co pomy­ślę, komu zaufam i jakie pro­jekty zre­ali­zuję. Zna­cze­nie ma nawet to, w jakim miej­scu miesz­kam. W końcu, po sie­dem­na­stu latach i dzie­wię­cio­krot­nej zmia­nie domów w mie­ście, któ­rego nie lubi­łam, zde­cy­do­wa­łam się na prze­pro­wadzkę. Kon­takt z moją nie­ustra­szoną wewnętrzną wojow­niczką dał mi swo­bodę, by mówić: "Nie", "Nie, nie mogę", "Nie, nie zro­bię tego". A wyba­cze­nie jest bar­dzo ważne dla wszyst­kich.

Kiedy ufam swo­jej intu­icji, kiedy słu­cham Głosu Swo­jego Odważ­nego "Ja", sły­szę, że naj­waż­niej­sze to naj­pierw zadbać o sie­bie, następ­nie o syna, na trze­cim miej­scu są rodzina i pra­cow­nicy, a potem cała reszta. Wygram tę walkę dzień po dniu, ponie­waż to jest mój wybór. Wszy­scy jeste­śmy sil­niejsi, niż byśmy kie­dy­kol­wiek mogli to sobie wyobra­zić. Począw­szy od dziś, każdy wybór ma zna­cze­nie. A dziś wybie­ram życie.

Deb­bie Ford

Wstęp

Ile razy czu­łaś, jak się kulisz w sobie?

Ile razy umniej­sza­łaś sie­bie na tyle, żeby dopa­so­wać się do roli, któ­rej ni­gdy nie chcia­łaś odgry­wać?

Ile razy trzy­ma­łaś buzię na kłódkę, kiedy mia­łaś ochotę wrzesz­czeć, lub odda­wa­łaś wła­dzę nad sobą komuś, komu wcale nie zale­żało na twoim dobru?

Ile razy ule­ga­łaś impul­som lub nało­gom, zamiast doko­ny­wać roz­sąd­nych wybo­rów?

Ile razy mówi­łaś sobie: "Nie dam rady. Nie jestem wystar­cza­jąco silna. Mam za mało odwagi i pew­no­ści sie­bie, by zostać tym, kim pra­gnę być"?

Każ­dego dnia musimy podej­mo­wać setki decy­zji, dzięki któ­rym albo czu­jemy się silni, pewni sie­bie i war­to­ściowi, albo pozba­wieni tego, czego pra­gniemy naj­bar­dziej. Para­li­żu­jący strach, tłu­miona pew­ność sie­bie oraz nie­wy­ko­rzy­stana odwaga to prze­szkody, które nie pozwa­lają nam podej­mo­wać takich decy­zji, które dawa­łyby nam silę -?doko­ny­wać wybo­rów, które służą naszym naj­lep­szym inte­re­som i naj­głęb­szym pra­gnie­niom. Zbyt wielu z nas podej­muje decy­zje doty­czące finan­sów, rodziny, ciała, wagi czy spo­sobu, w jaki postrze­gamy sie­bie, bez poczu­cia wła­snej war­to­ści.

Kiedy bra­kuje nam pew­no­ści sie­bie, czu­jemy, że nie zasłu­gu­jemy na to, czego pra­gniemy, na to, by mówić prawdę, doko­ny­wać rady­kal­nych wybo­rów, które zmie­ni­łyby pod­stawę naszej przy­szło­ści. Kiedy czu­jemy się słabi i bez­silni, bra­kuje nam sił, żeby bro­nić się przed myślami o porażce, przed pesy­mi­zmem i lękiem, przez które nie możemy żyć tak, jak byśmy chcieli. Kiedy rezy­gnu­jemy z wła­snej mocy i wypie­ramy się tego, czego mogli­by­śmy doko­nać, ule­gamy wła­snym nało­gom, lękom, nie­zdro­wym zachcian­kom oraz wzor­com z prze­szło­ści. Zacho­wu­jemy się, jakby tak wła­śnie było, i wie­rzymy, że fak­tycz­nie jeste­śmy słabi i nie­pewni.

Oczy­wi­ście może się zda­rzyć, że to błędne koło odnosi się tylko do nie­któ­rych sfer naszego życia. Być może świet­nie radzimy sobie w pracy albo w życiu uczu­cio­wym. Ale też bar­dzo wielu z nas wła­śnie nad tymi sfe­rami nie ma kon­troli i nie potrafi zebrać na tyle sił, żeby poko­nać lęki i sta­nąć twa­rzą w twarz z naj­głęb­szymi pra­gnie­niami. Za każ­dym razem, kiedy przy podej­mo­wa­niu decy­zji kie­ru­jemy się lękiem, wzmac­niamy prze­ko­na­nie, że nie zasłu­gu­jemy na coś, że nie jeste­śmy wystar­cza­jąco dobrzy lub na tyle silni, żeby prze­jąć kon­trolę nad swoim życiem, myślami, prze­ko­na­niami, decy­zjami i -?co naj­waż­niej­sze -?nad swoją przy­szło­ścią. Za każ­dym razem, kiedy przy podej­mo­wa­niu decy­zji kie­ru­jemy się lękiem, uczymy nasz umysł, aby wie­rzył w to, że jeste­śmy bez­radni, bez­na­dziejni i bez­silni -?a są to trzy stany emo­cjo­nalne, które spra­wiają, że czu­jemy się jak ofiary.

Czego nam potrzeba, aby­śmy byli pewni sie­bie, nie wyrze­kali się wła­snej siły i czuli wspa­niale sami ze sobą? Musimy odbu­do­wać naszą pew­ność sie­bie. A zacząć powin­ni­śmy od wzmoc­nie­nia poczu­cia wła­snej war­to­ści. Musimy nauczyć się kochać sie­bie całych -?swoją histo­rię, wady, obawy, sła­bo­ści i lęki. A jesz­cze waż­niej­sze niż poko­cha­nie sie­bie jest prze­ko­na­nie, że miłość to sprawa, za którą chcemy wal­czyć. Musimy stać się wojow­ni­kami miło­ści. Musimy wal­czyć za sie­bie i sta­nąć w obro­nie tego, kim jeste­śmy i kim pra­gniemy zostać. Nie wolno nam być ofia­rami, lecz wojow­ni­kami, nie pion­kami, lecz bojow­ni­kami.

Dla­czego wojow­ni­kami? Dla­tego, że wojow­nik żyje i działa z o wiele więk­szą mocą, inte­gral­no­ścią i zaan­ga­żo­wa­niem. Wojow­nik roz­pa­lił w sobie odwagę. Wojow­nik potrafi sta­nąć twa­rzą w twarz z naj­trud­niej­szymi wyzwa­niami emo­cjo­nal­nymi i prze­ła­mać stare wzorce. Przy­biera wojow­ni­czą postawę wobec prze­ciw­ni­ków -?któ­rymi bar­dzo czę­sto są pełne lęku głosy wroga, jakiego ma w sobie.

Dla­czego my, kobiety, odwró­ci­ły­śmy się od agre­syw­nej czę­ści naszej natury? Zbyt długo wypie­ra­ły­śmy się pod­sta­wo­wej czę­ści sie­bie. Wybra­ły­śmy sła­bość zamiast siły. Wybra­ły­śmy innych zamiast sie­bie. Dla­czego? Dla­tego, że dały­śmy się prze­ko­nać, że nasza agre­sja jest zła, nie­do­pusz­czalna, niczym nie­uspra­wie­dli­wiona lub nie­po­żą­dana. Może w prze­szło­ści ujaw­niała się w nie­wła­ściwy spo­sób lub może skrzyw­dziła nas cudza agre­sja. Wyrze­kły­śmy się wła­śnie tej cechy, która może dać nam odwagę, by sta­nąć we wła­snej obro­nie. Lecz nie jest to ten sam rodzaj agre­sji, który spra­wia, że ludzie krzyw­dzą innych dla zabawy. Nie jest to rów­nież ten rodzaj agre­sji, który powo­duje, że wojow­nik scho­dzi na złą drogę i używa broni po to, by nad kimś zapa­no­wać lub go znisz­czyć. Jest to raczej agre­sja wojow­niczki, którą ma w swoim sercu każda kobieta -?entu­zja­styczna w walce o spra­wie­dli­wość, tak jak Rosa Parks; uzbro­jona w prawdę boskiej miło­ści, jak Joanna d'Arc; oraz zdolna do wydo­by­cia mądro­ści z naj­głęb­szych pokła­dów swej istoty -?jak Helen Kel­ler.

Kiedy się rodzimy, wszyst­kie mamy w sobie deter­mi­na­cję i agre­sję - wewnętrzną siłę, którą przy­zy­wamy, kiedy wal­czymy o nasze dzieci i po to, by chro­nić rodzinę. Być może jest to naj­zdrow­sza część nas samych - dzięki któ­rej dążymy do cze­goś, jeste­śmy gotowe wal­czyć, wygry­wać oraz sta­czać boje, przed jakimi sta­wia nas życie. Są chwile, kiedy musimy wal­czyć z ponu­rymi myślami, któ­rych pełna jest nasza głowa -?z kłam­stwami, myl­nymi inter­pre­ta­cjami i wsty­dem. Są chwile, kiedy potrze­bujmy siły, by powie­dzieć: "Stop". Potrze­bu­jemy odwagi, by powie­dzieć: "Nie będę cię słu­chać" albo "To nie­prawda". Musimy mieć krę­go­słup wojow­niczki, która wal­czy za miłość, jeśli chcemy sta­nąć twa­rzą w twarz z tym, co nas osła­bia, odbiera nam siłę i chęć do zmian.

Jest to prawda, nie­za­leż­nie od tego, czy wal­czymy z zachcianką, gdy za pomocą sło­dy­czy zaspo­ka­jamy potrzebę miło­ści, czy też z pokusą, by wydać wię­cej, kiedy powin­ny­śmy oszczę­dzać. Może potrze­bu­jemy siły wojow­niczki, aby wyzna­czyć gra­nice i powie­dzieć "Dość!" albo prze­stać tole­ro­wać nie­wła­ściwe zacho­wa­nie osoby, którą kochamy. A może wojow­niczka ist­nieje po to, aby oca­lić nam życie, kiedy wal­czymy z cho­robą wła­sną lub bli­skiej osoby. Zada­niem wojow­niczki jest tego doko­nać. Wojow­niczka nie myśli: "Wyj­dzie na to, że jestem złą osobą. Co sobie o mnie pomy­ślą? Zostanę sama i nie będę mieć żad­nych przy­ja­ciół, jeśli powiem prawdę". Albo: "Jestem chora, więc mogę się już tylko poło­żyć i umrzeć". Zamiast tego wojow­niczka będzie wal­czyć, aby zyskać wol­ność.

Więk­szość kobiet zre­zy­gno­wała ze swo­jej wojow­niczki w zamian za akcep­ta­cję, pozy­cję, fał­szywe poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. A te, któ­rym zdaje się, że są w kon­tak­cie ze swoją wojow­niczką, mogą się mylić, ponie­waż naj­czę­ściej to poczu­cie wynika raczej z lęku niż z miło­ści, z miej­sca, gdzie kon­tro­luje się i mani­pu­luje, a nie współ­czuje i rozu­mie. Wojow­niczka, która wystę­puje naprzód, bo tak każe jej ego, to wojow­niczka sła­bo­ści i kon­troli -?któ­rej zależy na tym, by chro­nić swój nad­szarp­nięty wize­ru­nek -?a nie wojow­niczka, która wal­czy za potęgę miło­ści. Odważna wojow­niczka to wojow­niczka duchowa, gotowa wal­czyć za boskość we wszyst­kich jej prze­ja­wach.

Odważna wojow­niczka trak­tuje każ­dego jak istotę boską i każde doświad­cze­nie jak boskie doświad­cze­nie. Stoi na czele, kie­ru­jąc się ser­cem, zde­ter­mi­no­wana, by z każ­dego i ze wszyst­kiego wydo­być to, co w nich naj­lep­sze. Odważna wojow­niczka prze­ma­wia gło­śno nawet wtedy, gdy wszy­scy inni doma­gają się, by sie­działa cicho. Wie, że stoi za nią coś znacz­nie potęż­niej­szego niż ona sama i że może prze­stać osą­dzać innych. Akcep­ta­cja sie­bie staje się wtórna wobec akcep­ta­cji boskiej. Odważna wojow­niczka jest uzbro­jona i gotowa sta­wić czoło wszyst­kiemu, co przy­nie­sie jej życie -?roz­wo­dowi, utra­cie pracy, uza­leż­nie­niu, hura­ga­nowi, roz­la­niu ropy na morzu, cho­ro­bie członka rodziny, śmierci bli­skiej osoby lub roz­pa­czy -?ponie­waż każ­dego dnia napeł­nia ją i prze­peł­nia boska miłość oraz świa­do­mość faktu, że wyzwa­nia sta­no­wią część tej wędrówki. Wie, że codzien­nie będzie mogła zde­cy­do­wać, czy pod­dać się lękowi, czy też poko­nać go za pomocą miło­ści, wiary i odwagi. Jest wystar­cza­jąco odważna, by zosta­wić za sobą tych, któ­rzy prze­szka­dzają jej osią­gnąć suk­ces lub umniej­szają jej war­tość. Jest wystar­cza­jąco pewna sie­bie, by zwra­cać się do tych, któ­rzy mogą jej pomóc wygrać. Odważna wojow­niczka nie pod­daje się wewnętrz­nym demo­nom, które mogłyby ją rzu­cić na kolana. Zamiast tego wal­czy za wyż­szą prawdę -?wyż­szą miłość.

Odważna wojow­niczka nie odwo­łuje się do prze­szło­ści, wzor­ców, histo­rii swo­jej rodziny ani pro­ble­mów, żeby oce­nić, czy może czuć się dobrze, będąc tym, kim jest. Zwraca się do wła­snego wnę­trza oraz boskiej mocy, która ją stwo­rzyła. Jest tu po to, ażeby zebrać siły i wyko­rzy­stać w pełni swój poten­cjał -?co ozna­cza, że będzie musiała sta­wić czoło kon­flik­tom. Będzie musiała poko­nać wła­sne ogra­ni­cza­jące myśli oraz umysł, który może ją oszu­kać i spra­wić, by wojow­niczka uwie­rzyła, że jest jedy­nie nie­do­sko­na­łym czło­wie­kiem. Będzie musiała sta­wić czoło kon­fik­tom, któ­rych celem sta­nie się akty­wo­wa­nie jej mocy, pod­czas gdy ona nie będzie się sku­piać na swo­jej wizji prze­szło­ści, lecz na wizji przy­szło­ści. Odważna wojow­niczka to kobieta, która odważ­nie wal­czy z uni­wer­sal­nym wro­giem -?tym, że nie zna sie­bie.

Jak żyje odważna wojow­niczka? Wyraź­nie widzi swoje lęki i akcep­tuje je uczci­wie oraz odważ­nie.

Kiedy wal­czysz za swoje wady, doszu­ku­jesz się w nich piękna. Spra­wiasz, że stają się ważne. Znaj­du­jesz życz­li­wość i współ­czu­cie dla tego, co spra­wia, że jesteś inna. Wojow­niczka potrafi dostrzec piękno i dosko­na­łość w każ­dym aspek­cie sie­bie.

Kiedy wal­czysz za swoje ciało, szu­kasz każ­dej dobrej rze­czy, jaka ist­nieje, by je nią napeł­nić -?skład­nika odżyw­czego, wita­miny, myśli, prze­ko­na­nia. Kochasz swoje ciało, dzię­ku­jesz mu ran­kiem, a za dnia je bło­go­sła­wisz.

Kiedy wal­czysz za swoje finanse, upew­niasz się, że masz wszel­kie moż­liwe zasoby, aby zadbać o swoją rodzinę i sie­bie, teraz i w przy­szło­ści. Masz odwagę, siłę i pew­ność sie­bie, żeby aktyw­nie szu­kać pracy, która cię inspi­ruje, lub stwo­rzyć taką firmę, o jakiej zawsze marzy­łaś. Odkła­dasz wystar­cza­jąco dużo pie­nię­dzy oraz pozna­jesz swoją sytu­ację finan­sową na tyle, aby wie­dzieć, czego będziesz potrze­bo­wać, aby zatrosz­czyć się o sie­bie w przy­szło­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki