Odwaga. Pokonaj strach, zyskaj pewność siebie i ciesz się życiem! - Debbie Ford


Reflow text when sidebars are open.
być może nigdy nie dowiemy się
że mamy w sobie
wszystkie możliwości
albo że światło chwyta nas
kiedy brak nam tchu
gdy zaczynamy znowu czuć
to oznaka zdrowienia
prawdziwy przełom
może nastąpić tylko wtedy
gdy mamy złamane serce
to co choruje
zdrowieje
co przypomina nam
że zawsze chodzi o to by zacząć od nowa
a potem jeszcze raz zacząć od nowa
kiedy fale rozbijają się o mnie
ufam piaskowi
że wygładzi moje krawędzie
rozpuści odrzucenie
ujawniając to, co prawdziwe
a odwaga i pewność siebie
rozświetlą najgłębszą część mnie
skurcz i rozkurcz
pozwalają wpływać światłu
a cisza
po bitwie
sprawia, że ciało może
wyżąć smutek
gdy wolność rozlewa się
cienie mogą trwać
gdy dokonujesz przeobrażenia ciemności
poznaj cofającą się falę
i pamiętaj
że zawsze masz
siłę, by zadecydować
jak się zaangażować
kiedy jesteś gotowy wejść wysoko
chmury odsłaniają widok
nadszedł czas, byś zauważył
cudowne chwile
w swoim życiu
gdy trwają
to
jest tworzenie
siebie
wkroczymy
odważnie
w brzask
z nocy
promieniejąc swym światłem
wspólnie
Nancy Levin, autorka Writing for My Life
W swojej odkrywczej książce moja przyjaciółka i współpracowniczka Debbie Ford opisuje szczegółowo inspirujący i praktyczny plan działań służący temu, by żyć odważnie. W trakcie lektury dostrzeżesz w kolejnych rozdziałach jej niepohamowaną szczerość. Rzeczywiście, Debbie Ford bierze pod uwagę wszystkie aspekty. W książce, którą trzymasz w dłoniach, omówiono wyczerpująco wszystko, czego możemy potrzebować, aby zacząć żyć z poczuciem pewności siebie.
Debbie elokwentnie opisuje swoją własną przemianę z kogoś, kto nie radził sobie z życiem i odczuwał lęk, w odważną kobietę pełną siły. Niczego nie ukrywa, nie zataja, a mile mnie zaskoczyło, że jeśli wymierza ciosy, to są one skierowane w jej dawne przerażone "ja", a przy tym pozwala, by wynieść jakąś korzyść z jej dawnego tchórzostwa. W przedmowie do książki Debbie nie muszę nic dodawać, ponieważ autorka przedstawia precyzyjny plan, jak zacząć żyć odważnie. Zapewniam cię: gdy będziesz poznawać jej dogłębną propozycję, przekonasz się, że jesteś coraz lepiej przygotowana do tego, by radzić sobie ze wszystkimi wyzwaniami życiowymi przez zmianę nastawienia, dzięki której zyskasz pewność siebie, a także odwagę.
Pragnę w kilku słowach wspomnieć o tym, jak sama Debbie wprowadza w życie ideę odwagi. Podczas lektury zaskakiwało mnie, że Debbie tak ochoczo podejmowała ryzyko. W książce pokazała dosłownie całą siebie. Wykazała się taką odwagą, na jaką zdobywa się bardzo niewielu pisarzy, zwłaszcza tak znanych jak ona. Od dziesiątków lat powtarzam na spotkaniach, że jeśli ktoś chce, by jego życie było wyjątkowe, musi zmienić sposób, w jaki siebie postrzega. Aby tego dokonać, musi w pełni uświadomić sobie, że to, co uznaje za swoje "ja", składa się ze wszystkich jego przekonań. Zatem jeśli prowadzi zwyczajne życie, a przy tym ma poczucie, że nie realizuje swojego boskiego celu, to musi zrozumieć, że do tego zwyczajnego miejsca doprowadziły go jego wewnętrzne prawdy. Jeśli chcesz, by twoje życie toczyło się na wyższym poziomie, musisz podjąć wyzwanie polegające na zakwestionowaniu tego, co uważasz za swoje "ja", a to oznacza, że musisz zmienić to, co wcześniej uznawałaś za prawdę.
Wymaga to takiej odwagi, na jaką niewielu chce lub nawet może się zdobyć. Stwierdzić: "To, co kiedyś uznawałam za fundamentalną prawdę, obecnie uważam za swoją pomyłkę" -?to dosłownie pozbyć się osobistej historii. Oznacza to nie tylko zmianę obecnych zachowań, lecz także zaakceptowanie nowych prawd, a w konsekwencji konieczność przyznania, że dotychczasowe prawdy w rzeczywistości były kłamstwami -?kłamstwami podtrzymującymi taki sposób życia, który niemal zawsze prowadził do porażek. Przyznanie się do fałszywych przekonań z przeszłości oraz przyjęcie nowych prawd to akt prawdziwej odwagi, zwłaszcza dla tak znamienitej i znanej osoby jak autorka książki, którą czytasz. Właśnie tego dokonała Debbie Ford w swojej książce. Nie tylko zmieniła własne postrzeganie siebie i zaczęła wierzyć w coś innego, ale także we wspaniały sposób pokazała ci, jak możesz dokonać tego samego. Jej brutalna szczerość to jej odwaga.
Obserwowałem tę odwagę z bardzo osobistego punktu widzenia jakiś czas temu w Omega Institute w Nowym Jorku. Zarówno Debbie, jak i ja mieliśmy sposobność, by wejrzeć głęboko w samych siebie, połączyć się ze swoim boskim, wyższym "ja" -?Bogiem w sobie -?i przyjąć przypisane nam role nauczycieli duchowych, którzy przekazują prawdę czytelnikom naszych książek i słuchaczom przychodzącym na nasze wykłady. Debbie zatrzymała się w domku sąsiadującym z tym, w którym mieszkałem wraz z Mirą, moją duchową partnerką, kiedy przyjechaliśmy spotkać się z ezoterycznym nauczycielem z Brazylii, Janem od Boga, który także nas uzdrawiał. Codziennie staliśmy przy Debbie, która leżała w łóżku i dochodziła do siebie po duchowych operacjach. Oboje obserwowaliśmy jej fenomenalną odwagę, podczas gdy jej ciało, wyniszczone rzadką odmianą raka, na którego chorowała przez wiele lat, wracało do zdrowia na skutek boskiego wstawiennictwa Jana od Boga.
Debbie nigdy nie narzekała, zawsze wdzięczna za każdą chwilę życia, choć w oczywisty sposób cierpiała. Mimo to chciała być szczera w kwestii swojej długotrwałej walki z rakiem, którą wcześniej spychała na dalszy plan w obawie, że opinie i projekcje innych okażą się silniejsze -?lecz to minęło. Miejsce lęków zajęła miłość, nowy niebiański rodzaj miłości zrodzony z odwagi, by po prostu być sobą i cenić sobie swoją wspaniałość. Staliśmy wspólnie przy jej łóżku i patrzyliśmy, jak ta piękna kobieta w praktyce realizowała to, o czym napisała tak przenikliwie, tak obszernie, wszechstronnie w niniejszej książce - wszystko to można podsumować starym powiedzeniem: "Lęk zastukał do drzwi, miłość je otworzyła, nikogo przed nimi nie było".
Weź sobie do serca roztropne rady Debbie. Pozbądź się starych prawd, które okazały się iluzją. Oto twoja prawda. Masz w sobie Boga. Tym się kieruj w życiu, a wszystko będzie dobrze. To jest odwaga. Kocham tę książkę. Kocham sposób, w jaki została napisana. A przede wszystkim kocham ciebie, Debbie Ford. Inspirujesz mnie.
Wayne Dyer
Dwudziestego czwartego września 2010 roku nie wiedziałam, że wyruszam w podróż do piekła, jakiego nigdy nie byłabym sobie w stanie wyobrazić. Uważałam się za silną, odważną kobietę, na tyle pewną siebie, by zmierzyć się ze wszystkim, co spotkam na swej drodze. Poradziłam sobie z uzależnieniem, w jakie wpadłam, gdy miałam dwadzieścia kilka lat, z rozdzierającym serce rozwodem po trzydziestce i druzgocącą zdradą, gdy miałam czterdzieści kilka lat. Wierzyłam, że po pięćdziesiątce będzie już tylko lekko, łatwo i przyjemnie. Nie tylko przetrwałam te traumatyczne doświadczenia, lecz miałam także zaszczyt wykorzystać je, by pomóc innym.
Wszystko zaczęło się od tego, że długo czekałam, aby lekarz pozwolił mi lecieć do Istambułu w Turcji na tygodniowe wakacje przed serią spotkań w Europie. Ale zamiast zielonego światła otrzymałam od niego zupełnie inne informacje. Mój lekarz, dr Paul Speckart, który zawsze powtarzał, że mam więcej odwagi niż rozsądku, obawiał się, że podjęłam niezbyt rozważną decyzję. Powiedział mi, że jeśli wsiądę do samolotu, natychmiast po wylądowaniu zabiorą mnie do szpitala, niezależnie od tego, dokąd polecę. Obiecałam moim przyjaciołom Leinii i Stephenowi, że wybiorę się z nimi na rejs po Morzu Egejskim, a potem miałam poprowadzić warsztaty w Kopenhadze i Holandii. Martwiłam się, że nie będę mogła dotrzymać danego słowa.
Gdy patrzę wstecz, widzę, że powinien był mnie zaalarmować niepokój w oczach lekarza, lecz tak się nie stało. Wierzyłam, że jestem nie do pokonania, że wszystko będzie dobrze i że nikt nic nie rozumie. Uznałam to za rutynową wizytę u lekarza z powodu przechodzonego zapalenia płuc, które sama brałam za dokuczliwe przeziębienie. Kiedy usłyszałam, że powinnam zgłosić się do szpitala, nie do końca zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Zmartwiona i poirytowana presją ze strony lekarzy oraz mojej rodziny zgodziłam się w końcu, aby mama zawiozła mnie do szpitala. Przyjęli mnie i powiedzieli, że zostanę tam kilka dni.
Nie minęła doba, a ja znalazłam się na stole operacyjnym. Gdy usłyszałam, że lekarze za pomocą rurek musieli usunąć niemal trzy litry płynu z mojej klatki piersiowej, byłam oszołomiona. Leżałam w łóżku po operacji i nie mogłam zrozumieć, jak doszło do tego, że zwyczajne przeziębienie tak bardzo zaszkodziło mojemu organizmowi. Nie wiedziałam, dlaczego niezliczeni lekarze, którzy przychodzili do sali, by czytać moją kartę, patrzyli na mnie z nieukrywanym zaniepokojeniem. Dlaczego czułam się gorzej, skoro miałam czuć się lepiej? Czemu z dnia na dzień byłam coraz słabsza? Czy to dlatego, że miałam raka, choć robiłam, co mogłam, by nie dopuszczać tego faktu do swojej świadomości i zaprzeczać temu, mimo że od tego nie dało się uciec?
W 2001 roku lekarze odkryli w moim podbrzuszu guza wielkości melona, a następnie go usunęli. Powiedzieli mi, że był złośliwy, ale "otorbiony", co oznaczało, że kiedy go usunęli, usunęli też raka. Musiałam zatem jedynie wykonywać co roku tomografię, żeby się upewnić, że nie ma nawrotu. Nigdy nie brałam pod uwagę tego, że mogłoby do niego dojść, tak jak nie dopuszczałam do siebie myśli, że chorowałam na raka, choć wielokrotnie mi to powtarzali. Kiedy wypełniałam różne rubryki w kwestionariuszach medycznych, nigdy nie zaznaczałam, że miałam raka. Gdy minęło cztery i pół roku, zrobiłam kolejne badanie tomograficzne, po którym zadzwonił do mnie lekarz i poprosił: "Podnieś lewą rękę i pomacaj się pod pachą". Po chwili dodał: "Masz tam guza i jeszcze trzy inne guzy, jeden na śledzionie i dwa w podbrzuszu". Nie docierało do mnie, że mam nawrót raka. W pierwszej chwili zbagatelizowałam ten fakt i poinformowałam o tym tylko kilka osób. Potem jednak zaczęłam odwiedzać różnych uzdrowicieli. Mój przyjaciel Deepak Chopra skierował mnie do świętego człowieka, onkologa dr. Daniela Vicario. Lekarz ten modlił się ze mną, a także przepisał mi leki, których nie zażywałam, oraz rozpisał plan leczenia, którego nie przestrzegałam. W czasie wolnym poleciałam z Deepakiem i dr. Davidem Simonem do Dana-Farber Cancer Institute, by skonsultować się z innymi specjalistami w kwestii tych bardzo dziwnych guzów. Kiedy nie spodobało mi się ani to, co lekarze mieli do powiedzenia, ani leki, jakie mi przepisywali, poleciałam do MD Anderson, innego cenionego ośrodka leczenia raka. Stamtąd jednak też szybko wyjechałam, ponieważ nie chciałam stracić włosów i wydawało mi się, że nie jestem tak chora jak wszyscy inni, i że w moim wypadku tradycyjna chemioterapia byłaby nieskuteczna.
Rozum mi podpowiadał, że powinnam się martwić, a moje zdrowie powinno być na pierwszym miejscu, ale tego nie czułam. To do mnie nie docierało. Jako dziecko wiecznie na coś chorowałam. Byłam małym chudzielcem, słabeuszem, który ważył nieco powyżej trzydziestu kilo, podczas gdy moja siostra i brat byli wysocy i silni, o muskularnej budowie ciała. Mniej więcej gdy weszłam w wiek nastoletni, podjęłam decyzję, że już nigdy więcej nie będę chora. Z wyjątkiem mojej rodziny, kilkorga najbliższych przyjaciół i współpracowników nikt nie wiedział, że miałam rzadkiego mięsaka tkanek miękkich -?guza włóknistego opłucnej (naczyniaka zawierającego perycyty), ponieważ nie przyznawałam się do tego nawet przed sobą. Nadal całkowicie to wypierałam, czyli innymi słowy nawet nie wiedziałam, że kłamię. Z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej odsuwałam od siebie myśl o swojej chorobie.
W szpitalu była teraz ze mną moja asystentka. Lekarze powiedzieli Julie, że płyn w klatce piersiowej oraz guz na jej ścianie, który zaatakował już część żeber, spowodowały zapadnięcie się jednego z płuc, co było główną przyczyną zapalenia płuc. Choć nie potrafili jednoznacznie stwierdzić, dlaczego płyn, który już usunęli, gromadził się w klatce piersiowej, najbardziej skłaniali się ku teorii, że wyciekał z guza. Chociaż trafiłam do szpitala z powodu zapalenia płuc, zatrzymano mnie tam z powodu raka. Ponieważ mój onkolog mieszkał i przyjmował za daleko, by móc przyjechać do szpitala, Dan Bressler, ojciec mojego syna Beau i jednocześnie uznany internista, nalegał, abym spotkała się z niedawno zatrudnioną, ale najzdolniejszą onkolożką w zespole -?dr Marin Xavier. Gdy ją poznałam, uznałam, że jest bystra, zdolna, optymistycznie nastawiona i zależy jej na pacjentach tak bardzo, że jest gotowa stoczyć tę bitwę wraz ze mną. Obiecała, że ustali plan ataku na tę nieuleczalną i rzadką postać raka.
Pod koniec mojego pobytu w szpitalu odwiedził mnie lekarz opieki paliatywnej, czyli ktoś, kto skupia się na tym, by ulżyć pacjentowi i nie dopuścić, by cierpiał. Zwracał się do mnie tak, jakbym była umierająca. Wyjaśnił, że przyszedł tylko po to, aby omówić kwestie dotyczące opieki w hospicjum. Popatrzyłam na niego tak, jakby postradał rozum. Zostałam przyjęta do szpitala z zapaleniem płuc i nadal wierzyłam, że nie ma ono nic wspólnego z rakiem. Spojrzałam na swoją asystentkę, pytając wzrokiem: "Czy ten facet zwariował?". Lekarz stwierdził, że chociaż wie, iż wierzę w myślenie pozytywne, ktoś powinien powiedzieć mi prawdę. Pytał, czy rozmawiałam już ze swoim synem, moim pięknym, cudownym Beau, i czy on jest gotowy na moje odejście. Ten lekarz nie miał najmniejszych wątpliwości, że umrę za kilka tygodni, najpóźniej za miesiąc. Kiedy to mówił, wyciągnęłam do niego rękę. "Nie zamierzam kontynuować tej rozmowy. Kim pan jest, żeby mówić mi, jak długo będę żyła? Jest pan Bogiem?". Na jego twarzy pojawiła się konsternacja, gdy powiedział mi, że wypieram to, co się dzieje. Powtórzyłam: "Ta rozmowa mnie nie interesuje". Po jego wyjściu zapytałam Julie, która siedziała ze mną w sali: "Czy ja umrę?". Myślałam sobie: "Nikt mi nie powiedział!". Wtedy zadzwoniłam do byłego męża i zapytałam go, czy uważa, że umrę. Odparł: "Wszyscy umieramy, Debbie. To jedynie kwestia, kiedy". Wtedy zapytałam, czy jego zdaniem umrę niedługo, a on odpowiedział: "Nie". Po odłożeniu słuchawki poprosiłam Julie, aby wybrała numer dr Xavier, mojego nowego sprzymierzeńca, i zadałam jej pytanie: "Czy pani zdaniem umrę? Pewien człowiek właśnie mi powiedział, że powinnam udać się do hospicjum i przygotować się na śmierć". Odpowiedziała: "Absolutnie nie".
Piszę o tym, ponieważ w końcu uświadomiłam sobie, że dalsze wypieranie choroby nie jest możliwe. Wszechświat starał się mnie nakłonić, żebym zdjęła klapki z oczu i skupiła się na swoim zdrowiu, swoim życiu.
Nadal byłam w szpitalu, tak bardzo zmęczona i osłabiona, że właściwie nie mogłam już chodzić. Tak jakbym znalazła się z powrotem w ciele dziesięcioletniej dziewczynki, tylko teraz byłam wychudzona i przygnębiona. Mogłam się jedynie poddać, odpuścić sobie wszystko i posłuchać dr Xavier. Zalałam się łzami.
Nie pojmowałam, jakim cudem zaledwie miesiąc wcześniej czułam się świetnie, choć wiedziałam, że w moim ciele rosną cztery guzy. Jak szybko wszystko się zmieniło. Kiedy w końcu piętnaście dni później wróciłam do domu lżejsza o mniej więcej dziesięć kilo, wpadłam w głęboką depresję. Chwilami było mi wszystko jedno, czy będę żyć, czy umrę. Nie umiałam sobie wyobrazić, że mój syn Beau musiałby sobie poradzić z moim odejściem. Ale poza Beau nie widziałam powodu, by żyć. Wydawało mi się, że wypełniłam swoją misję polegającą na tym, aby dać coś z siebie światu, i miałam na tyle szczęścia, że po napisaniu ośmiu książek i poprowadzeniu kilkuset seminariów pomogłam setkom tysięcy osób.
Wiele miesięcy leżałam w łóżku i starałam się odzyskać siły, potem próbowałam chodzić, znaleźć jakieś źródło energii, wolę życia. Kiedy leżałam w łóżku, stopniowo traciłam tę siebie, którą znałam do tej pory. Zniknęło to, na czym mi zależało: sposób, w jaki spędzałam dnie, sposób, w jaki żyłam. Nie mogłam wykrzesać z siebie tyle energii, by móc utrzymać w dłoni iPhone'a. Brakowało mi siły, by zwyczajnie porozmawiać przez telefon. Nie miałam energii, by wysłać esemesa, a co dopiero uczyć, pisać lub kontaktować się z przyjaciółmi. To, co kiedyś było bardzo proste, na przykład wejście po schodach do sypialni, stało się wyznaniem. Wcześniej, choćbym była nie wiem jak chora, byłam w stanie zebrać siły i poprowadzić warsztat. Teraz, zaledwie kilka miesięcy później, nie potrafiłam nabrać energii ani nawet nie zależało mi na tym, by to zrobić. Moje odbicie w lustrze zaczęło się zmieniać, zmieniło się moje ciało. Wyglądałam jak bezdomny narkoman. Zażywane leki sprawiły, że na skórze łatwo pojawiały się siniaki. Włosy były inne w dotyku. Miałam wzdęty brzuch. Twarz obrzękła, stała się okrągła i napuchnięta w charakterystyczny sposób. To było dla mnie najtrudniejsze -?utrata dawnego wyglądu, zewnętrzne odzwierciedlenie rozpadu wewnętrznego. Przestałam rozpoznawać siebie w lustrze. To, co kiedyś kochałam, stało się dla mnie odrażające. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, co miałabym zrobić ze swoim życiem, nawet gdyby ktoś odkrył lek na ten rodzaj raka. Żyłam w świecie całkowitego osamotnienia i izolacji, odcinałam się od większości osób i ukrywałam swojego raka. Moje ciało, mój umysł i mój duch były słabe. A moja wola nie miała już znaczenia.
W tym stanie osłabienia i niemocy miejsce entuzjazmu i podekscytowania życiem, które zawsze były moim udziałem, zajął przepełniający mnie lęk. Głos lęku rozbrzmiewał w moim umyśle i ostrzegał mnie nocą: "Komu to potrzebne? Nie ma po co żyć. Nie uda ci się. Jesteś chora przez te leki. Masz za mało sił. Nic ci nie pomoże". Doświadczenie, jakim dzielili się znani mi nauczyciele, którzy opowiadali o cudownym znikaniu guzów, nie mogło przydarzyć się mnie.
W końcu poprosiłam Cheryl Richardson o pomoc. Postanowiłyśmy, że będzie mnie wspierać i zacznie wysyłać mi afirmacje, nic w zamian nie oczekując. Codziennie przekazywała mi piękną afirmację pełną emotikonów i w ten sposób zachęcała mnie do pozytywnego myślenia, do sporządzania listy, co w moim życiu jest dobre, do tego, bym wybierała zaufanie. Mijał dzień po dniu, a ja zmieniałam się jak kameleon -?jednego dnia było lepiej, drugiego gorzej, trzeciego tak sobie.
Kiedy półtora roku później spoglądam wstecz, widzę, że uważałam się za bardzo odważną. Wierzyłam, że mogę stanąć do walki i pokonać wszystko. Lecz w rzeczywistości paraliżował mnie lęk, byłam niezdolna do tego, by uciszyć hałaśliwą wewnętrzną paplaninę oraz pozbyć się głębokiego poczucia rezygnacji.
Wiadomość o tym wszystkim stopniowo rozeszła się wśród osób, z którymi współpracowałam. Wkrótce poczułam ich miłość i życzliwość, każda z nich ofiarowała mi tak bardzo potrzebne mądre słowa. Pomimo miłości, jaką otrzymywałam, wciąż byłam przytłoczona głosami w swojej głowie.
Kiedy tylko odzyskałam siły, mogłam wygłosić wykład na organizowanej przez Hay House konferencji "Mogę tego dokonać!". Czułam się niesamowicie. Natknęłam się tam na Wayne'a Dyera, który wtedy był raczej moim znajomym niż przyjacielem. Ale nasz wspólny przyjaciel zachęcił mnie, żebym porozmawiała z Wayne'em. Podeszłam więc do niego, a on spojrzał na mnie najbardziej kochającymi, świętymi oczami. Serdecznie i troskliwie mnie objął, po czym zagadnął: "Chciałbym ci o czymś opowiedzieć".
Wayne opowiedział mi o swoim pobycie u Jana od Boga, bardzo znanego brazylijskiego medium i uzdrowiciela, i o tym, jak otworzyło mu się serce. Postanowiliśmy pojechać do Omega Institute razem i doświadczyć obecności Jana od Boga. Właśnie podczas tego niezwykłego weekendu, kiedy Wayne Dyer oraz ten święty uzdrowiciel poruszyli mnie do głębi, moja postawa zaczęła się zmieniać -?zaczęłam szukać lekarstwa zamiast przyczyny.
Uświadomiłam sobie także, że brakowało mi odwagi. Wcale nie byłam nieustraszona. Byłam raczej przestraszona. Nauczałam o pewności siebie, sile i wizji na lata, pisałam o tym i szkoliłam innych, jak mają radzić sobie w trudnych chwilach. I oto sama nie byłam w stanie wygrać własnej bitwy, byłam pozbawiona dostępu do swoich prawd, które znałam tak dobrze.
Dzięki wiedzy zawartej w niniejszej książce zatytułowanej Odwaga mogłam odzyskać kontrolę i dostrzec, że wybierałam jedynie lęk, i dlatego miałam wiele do zrobienia, zarówno w życiu wewnętrznym, jak i zewnętrznym.
Jest tyle rzeczy, których trzeba się nauczyć. Nie ma wątpliwości, że biegłam za szybko i zbyt intensywnie, a ponieważ miałam bardzo mało szacunku dla własnego zdrowia, zlekceważyłam wszystkie znaki sygnalizujące potrzebę odpoczynku. Nawet kiedy odpoczywałam, wolne chwile zapełniałam kolejnymi projektami, coraz bardziej odsuwając na bok swoje potrzeby i zaniedbując zdrowie. Jedną z najważniejszych rzeczy, jakich nauczyłam się, gdy leżałam w łóżku prawie rok, było przyjmowanie miłości. To, że ludzie z całego świata po prostu mnie kochali, błogosławili mi i modlili się za mnie, odmieniło moje życie. Nie miałam pojęcia, że można było płakać tak bardzo, jak płakałam, lecz były to łzy głębokiej radości przebudzenia. Widziałam, jak bardzo zamknięta byłam wcześniej.
Odkryłam, że zależało mi na tym, by zadowalać innych, a uprzednio myślałam, że było odwrotnie. Wołałam raczej pomóc komuś innemu, niż zaopiekować się sobą. Uświadomiłam sobie, że wszystko to, czego przez lata nauczałam, sama powinnam była usłyszeć. Do mnie odnosiło się to, co napisałam, w swojej pierwszej książce: "Posłuchaj własnego wykładu". Był to cudowny proces przebudzenia.
Zanim to wszystko się wydarzyło, mój wydawca Gideon Weil poprosił mnie, żebym napisała książkę o odwadze. Wydawało mi się, że to będzie bardzo proste -?temat, o którym coś wiedziałam. Nie miałam pojęcia, że będę musiała odnaleźć nowy rodzaj pewności i odwagi, by przetrwać. Kiedy dostarczyłam mu książkę, nie wspominając o raku, Gideon zadzwonił do mnie i zapytał, czy byłabym otwarta na rozmowę o swojej walce z tą chorobą. Książka miała wyjść za kilka miesięcy i uznałam, że będę wtedy gotowa publicznie mówić o chorobie, ponieważ w końcu przestałam ją wypierać.
Półtora roku później widzę, że moja choroba została mi zesłana przez Boga. Konieczność pozostania w domu i brak energii do pracy dały mi możliwość zastanowienia się nad tym, co jest dla mnie ważne, co pragnę robić w przyszłości, z jakimi ludźmi chcę spędzać czas i komu poświęcać swoją energię oraz jakie granice muszę wyznaczyć. Choć odcięłam się od tego, co mogłabym określić mianem szerszego grona przyjaciół, wspiera mnie teraz tych kilku, którzy są mi najbliżsi. Przekonałam się, że nie mogę szafować zdrowiem. Zrealizowałam jeden z najważniejszych celów, jakim było pozostanie w domu przy moim synu Beau przez dwa lata przed jego wyjazdem do college'u. Uświadomiłam sobie, że każdy wybór ma znaczenie, każda decyzja -?co zjem, co powiem, co pomyślę, komu zaufam i jakie projekty zrealizuję. Znaczenie ma nawet to, w jakim miejscu mieszkam. W końcu, po siedemnastu latach i dziewięciokrotnej zmianie domów w mieście, którego nie lubiłam, zdecydowałam się na przeprowadzkę. Kontakt z moją nieustraszoną wewnętrzną wojowniczką dał mi swobodę, by mówić: "Nie", "Nie, nie mogę", "Nie, nie zrobię tego". A wybaczenie jest bardzo ważne dla wszystkich.
Kiedy ufam swojej intuicji, kiedy słucham Głosu Swojego Odważnego "Ja", słyszę, że najważniejsze to najpierw zadbać o siebie, następnie o syna, na trzecim miejscu są rodzina i pracownicy, a potem cała reszta. Wygram tę walkę dzień po dniu, ponieważ to jest mój wybór. Wszyscy jesteśmy silniejsi, niż byśmy kiedykolwiek mogli to sobie wyobrazić. Począwszy od dziś, każdy wybór ma znaczenie. A dziś wybieram życie.
Debbie Ford
Ile razy czułaś, jak się kulisz w sobie?
Ile razy umniejszałaś siebie na tyle, żeby dopasować się do roli, której nigdy nie chciałaś odgrywać?
Ile razy trzymałaś buzię na kłódkę, kiedy miałaś ochotę wrzeszczeć, lub oddawałaś władzę nad sobą komuś, komu wcale nie zależało na twoim dobru?
Ile razy ulegałaś impulsom lub nałogom, zamiast dokonywać rozsądnych wyborów?
Ile razy mówiłaś sobie: "Nie dam rady. Nie jestem wystarczająco silna. Mam za mało odwagi i pewności siebie, by zostać tym, kim pragnę być"?
Każdego dnia musimy podejmować setki decyzji, dzięki którym albo czujemy się silni, pewni siebie i wartościowi, albo pozbawieni tego, czego pragniemy najbardziej. Paraliżujący strach, tłumiona pewność siebie oraz niewykorzystana odwaga to przeszkody, które nie pozwalają nam podejmować takich decyzji, które dawałyby nam silę -?dokonywać wyborów, które służą naszym najlepszym interesom i najgłębszym pragnieniom. Zbyt wielu z nas podejmuje decyzje dotyczące finansów, rodziny, ciała, wagi czy sposobu, w jaki postrzegamy siebie, bez poczucia własnej wartości.
Kiedy brakuje nam pewności siebie, czujemy, że nie zasługujemy na to, czego pragniemy, na to, by mówić prawdę, dokonywać radykalnych wyborów, które zmieniłyby podstawę naszej przyszłości. Kiedy czujemy się słabi i bezsilni, brakuje nam sił, żeby bronić się przed myślami o porażce, przed pesymizmem i lękiem, przez które nie możemy żyć tak, jak byśmy chcieli. Kiedy rezygnujemy z własnej mocy i wypieramy się tego, czego moglibyśmy dokonać, ulegamy własnym nałogom, lękom, niezdrowym zachciankom oraz wzorcom z przeszłości. Zachowujemy się, jakby tak właśnie było, i wierzymy, że faktycznie jesteśmy słabi i niepewni.
Oczywiście może się zdarzyć, że to błędne koło odnosi się tylko do niektórych sfer naszego życia. Być może świetnie radzimy sobie w pracy albo w życiu uczuciowym. Ale też bardzo wielu z nas właśnie nad tymi sferami nie ma kontroli i nie potrafi zebrać na tyle sił, żeby pokonać lęki i stanąć twarzą w twarz z najgłębszymi pragnieniami. Za każdym razem, kiedy przy podejmowaniu decyzji kierujemy się lękiem, wzmacniamy przekonanie, że nie zasługujemy na coś, że nie jesteśmy wystarczająco dobrzy lub na tyle silni, żeby przejąć kontrolę nad swoim życiem, myślami, przekonaniami, decyzjami i -?co najważniejsze -?nad swoją przyszłością. Za każdym razem, kiedy przy podejmowaniu decyzji kierujemy się lękiem, uczymy nasz umysł, aby wierzył w to, że jesteśmy bezradni, beznadziejni i bezsilni -?a są to trzy stany emocjonalne, które sprawiają, że czujemy się jak ofiary.
Czego nam potrzeba, abyśmy byli pewni siebie, nie wyrzekali się własnej siły i czuli wspaniale sami ze sobą? Musimy odbudować naszą pewność siebie. A zacząć powinniśmy od wzmocnienia poczucia własnej wartości. Musimy nauczyć się kochać siebie całych -?swoją historię, wady, obawy, słabości i lęki. A jeszcze ważniejsze niż pokochanie siebie jest przekonanie, że miłość to sprawa, za którą chcemy walczyć. Musimy stać się wojownikami miłości. Musimy walczyć za siebie i stanąć w obronie tego, kim jesteśmy i kim pragniemy zostać. Nie wolno nam być ofiarami, lecz wojownikami, nie pionkami, lecz bojownikami.
Dlaczego wojownikami? Dlatego, że wojownik żyje i działa z o wiele większą mocą, integralnością i zaangażowaniem. Wojownik rozpalił w sobie odwagę. Wojownik potrafi stanąć twarzą w twarz z najtrudniejszymi wyzwaniami emocjonalnymi i przełamać stare wzorce. Przybiera wojowniczą postawę wobec przeciwników -?którymi bardzo często są pełne lęku głosy wroga, jakiego ma w sobie.
Dlaczego my, kobiety, odwróciłyśmy się od agresywnej części naszej natury? Zbyt długo wypierałyśmy się podstawowej części siebie. Wybrałyśmy słabość zamiast siły. Wybrałyśmy innych zamiast siebie. Dlaczego? Dlatego, że dałyśmy się przekonać, że nasza agresja jest zła, niedopuszczalna, niczym nieusprawiedliwiona lub niepożądana. Może w przeszłości ujawniała się w niewłaściwy sposób lub może skrzywdziła nas cudza agresja. Wyrzekłyśmy się właśnie tej cechy, która może dać nam odwagę, by stanąć we własnej obronie. Lecz nie jest to ten sam rodzaj agresji, który sprawia, że ludzie krzywdzą innych dla zabawy. Nie jest to również ten rodzaj agresji, który powoduje, że wojownik schodzi na złą drogę i używa broni po to, by nad kimś zapanować lub go zniszczyć. Jest to raczej agresja wojowniczki, którą ma w swoim sercu każda kobieta -?entuzjastyczna w walce o sprawiedliwość, tak jak Rosa Parks; uzbrojona w prawdę boskiej miłości, jak Joanna d'Arc; oraz zdolna do wydobycia mądrości z najgłębszych pokładów swej istoty -?jak Helen Keller.
Kiedy się rodzimy, wszystkie mamy w sobie determinację i agresję - wewnętrzną siłę, którą przyzywamy, kiedy walczymy o nasze dzieci i po to, by chronić rodzinę. Być może jest to najzdrowsza część nas samych - dzięki której dążymy do czegoś, jesteśmy gotowe walczyć, wygrywać oraz staczać boje, przed jakimi stawia nas życie. Są chwile, kiedy musimy walczyć z ponurymi myślami, których pełna jest nasza głowa -?z kłamstwami, mylnymi interpretacjami i wstydem. Są chwile, kiedy potrzebujmy siły, by powiedzieć: "Stop". Potrzebujemy odwagi, by powiedzieć: "Nie będę cię słuchać" albo "To nieprawda". Musimy mieć kręgosłup wojowniczki, która walczy za miłość, jeśli chcemy stanąć twarzą w twarz z tym, co nas osłabia, odbiera nam siłę i chęć do zmian.
Jest to prawda, niezależnie od tego, czy walczymy z zachcianką, gdy za pomocą słodyczy zaspokajamy potrzebę miłości, czy też z pokusą, by wydać więcej, kiedy powinnyśmy oszczędzać. Może potrzebujemy siły wojowniczki, aby wyznaczyć granice i powiedzieć "Dość!" albo przestać tolerować niewłaściwe zachowanie osoby, którą kochamy. A może wojowniczka istnieje po to, aby ocalić nam życie, kiedy walczymy z chorobą własną lub bliskiej osoby. Zadaniem wojowniczki jest tego dokonać. Wojowniczka nie myśli: "Wyjdzie na to, że jestem złą osobą. Co sobie o mnie pomyślą? Zostanę sama i nie będę mieć żadnych przyjaciół, jeśli powiem prawdę". Albo: "Jestem chora, więc mogę się już tylko położyć i umrzeć". Zamiast tego wojowniczka będzie walczyć, aby zyskać wolność.
Większość kobiet zrezygnowała ze swojej wojowniczki w zamian za akceptację, pozycję, fałszywe poczucie bezpieczeństwa. A te, którym zdaje się, że są w kontakcie ze swoją wojowniczką, mogą się mylić, ponieważ najczęściej to poczucie wynika raczej z lęku niż z miłości, z miejsca, gdzie kontroluje się i manipuluje, a nie współczuje i rozumie. Wojowniczka, która występuje naprzód, bo tak każe jej ego, to wojowniczka słabości i kontroli -?której zależy na tym, by chronić swój nadszarpnięty wizerunek -?a nie wojowniczka, która walczy za potęgę miłości. Odważna wojowniczka to wojowniczka duchowa, gotowa walczyć za boskość we wszystkich jej przejawach.
Odważna wojowniczka traktuje każdego jak istotę boską i każde doświadczenie jak boskie doświadczenie. Stoi na czele, kierując się sercem, zdeterminowana, by z każdego i ze wszystkiego wydobyć to, co w nich najlepsze. Odważna wojowniczka przemawia głośno nawet wtedy, gdy wszyscy inni domagają się, by siedziała cicho. Wie, że stoi za nią coś znacznie potężniejszego niż ona sama i że może przestać osądzać innych. Akceptacja siebie staje się wtórna wobec akceptacji boskiej. Odważna wojowniczka jest uzbrojona i gotowa stawić czoło wszystkiemu, co przyniesie jej życie -?rozwodowi, utracie pracy, uzależnieniu, huraganowi, rozlaniu ropy na morzu, chorobie członka rodziny, śmierci bliskiej osoby lub rozpaczy -?ponieważ każdego dnia napełnia ją i przepełnia boska miłość oraz świadomość faktu, że wyzwania stanowią część tej wędrówki. Wie, że codziennie będzie mogła zdecydować, czy poddać się lękowi, czy też pokonać go za pomocą miłości, wiary i odwagi. Jest wystarczająco odważna, by zostawić za sobą tych, którzy przeszkadzają jej osiągnąć sukces lub umniejszają jej wartość. Jest wystarczająco pewna siebie, by zwracać się do tych, którzy mogą jej pomóc wygrać. Odważna wojowniczka nie poddaje się wewnętrznym demonom, które mogłyby ją rzucić na kolana. Zamiast tego walczy za wyższą prawdę -?wyższą miłość.
Odważna wojowniczka nie odwołuje się do przeszłości, wzorców, historii swojej rodziny ani problemów, żeby ocenić, czy może czuć się dobrze, będąc tym, kim jest. Zwraca się do własnego wnętrza oraz boskiej mocy, która ją stworzyła. Jest tu po to, ażeby zebrać siły i wykorzystać w pełni swój potencjał -?co oznacza, że będzie musiała stawić czoło konfliktom. Będzie musiała pokonać własne ograniczające myśli oraz umysł, który może ją oszukać i sprawić, by wojowniczka uwierzyła, że jest jedynie niedoskonałym człowiekiem. Będzie musiała stawić czoło konfiktom, których celem stanie się aktywowanie jej mocy, podczas gdy ona nie będzie się skupiać na swojej wizji przeszłości, lecz na wizji przyszłości. Odważna wojowniczka to kobieta, która odważnie walczy z uniwersalnym wrogiem -?tym, że nie zna siebie.
Jak żyje odważna wojowniczka? Wyraźnie widzi swoje lęki i akceptuje je uczciwie oraz odważnie.
Kiedy walczysz za swoje wady, doszukujesz się w nich piękna. Sprawiasz, że stają się ważne. Znajdujesz życzliwość i współczucie dla tego, co sprawia, że jesteś inna. Wojowniczka potrafi dostrzec piękno i doskonałość w każdym aspekcie siebie.
Kiedy walczysz za swoje ciało, szukasz każdej dobrej rzeczy, jaka istnieje, by je nią napełnić -?składnika odżywczego, witaminy, myśli, przekonania. Kochasz swoje ciało, dziękujesz mu rankiem, a za dnia je błogosławisz.
Kiedy walczysz za swoje finanse, upewniasz się, że masz wszelkie możliwe zasoby, aby zadbać o swoją rodzinę i siebie, teraz i w przyszłości. Masz odwagę, siłę i pewność siebie, żeby aktywnie szukać pracy, która cię inspiruje, lub stworzyć taką firmę, o jakiej zawsze marzyłaś. Odkładasz wystarczająco dużo pieniędzy oraz poznajesz swoją sytuację finansową na tyle, aby wiedzieć, czego będziesz potrzebować, aby zatroszczyć się o siebie w przyszłości.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki