Odszukaj mnie - Megan Miranda

Reflow text when sidebars are open.
1
KENNEDY
Mówi się, że wszechświat nieustannie dąży do nieładu, a ja w to wierzę. Ludzie wznoszą mury i je kruszą. Burzą budynki, obalają rządy, doprowadzają do upadku cywilizacje. Gwiazdy wybuchają.
Ludzie żyją.
Ludzie umierają.
I tak w kółko.
Wszystko się rozpada.
Nie myślcie, proszę, że jestem pesymistką. Takie są po prostu fakty.
Tak naprawdę to optymistka ze mnie. Gdybym nią nie była, nie ustawiałabym po raz kolejny budzika na kilka minut po północy, gdy już wiem, że Joe śpi, nie wykradałabym się z domu bocznymi drzwiami w kuchni i nie pokonywałabym w ciemności na rowerze prawie dziesięciu kilometrów do pola uprawnego położonego na tyłach mojego dawnego domu, by pobrać dane z radioteleskopu brata.
A jednak tak robię.
Powtarzam to co kilka nocy właśnie dlatego, że jestem optymistką.
Opieram rower o ścianę domu w obrębie szerokiego ganku. Huśtawka skrzypi przy każdym podmuchu nocnej bryzy. Dawniej w tym miejscu trzymano konie, stąd pozostałości drewnianego płotu oraz ledwo wyczuwalny zapach siana - coś, co zaczęłam zauważać dopiero wtedy, gdy przestałam tu mieszkać. W oddali, po mojej lewej stronie, widnieją łuny światła dochodzące z osiedla przylegającego tuż do naszego pola. Z drugiej strony działki nie ma nic, oprócz ciemności nieskalanego niczym lasu.
Ścieżki do dawnej stajni tuż za domem, przerobionej na prowizoryczne obserwatorium, nic nie oświetla. Wolałabym nie zapalać lamp na zewnątrz, na wypadek gdyby ktoś przypadkiem dostrzegł ich światło. A nuż jakiś sąsiad uznałby, że "coś dzieje się w domu Jonesów", i zadzwoniłby do Joego.
Noc jest gorąca i parna. Nie pogardziłabym klimatyzacją, łykiem zimnej wody prosto z kranu oraz łazienką - dokładnie w takiej kolejności. Joe może i odłączył już telewizję, telefon oraz internet, ale nie może jeszcze odciąć prądu - byłoby kiepsko w połowie czerwca pokazywać potencjalnym kupcom dom bez klimatyzacji i to w samym środku Wirginii.
Agentka nieruchomości musiała wymienić zamki w zeszłym tygodniu, ale nie wiedziała o oknie w pokoju Elliota, na tyłach domu. Kiedy się tutaj wprowadziliśmy, brat pomajstrował w mechanizmie okna, by można je było uchylać, zamiast zsuwać i zasuwać. By wyglądało to nieco lepiej, całkowicie zrezygnował z zamka, więc jeśli wdrapię się na balustradę, mogę pchnąć je u góry, dzięki czemu otworzy się na dole. Elliot zawsze lubił majsterkować i rozkładać przedmioty na czynniki pierwsze. Zaczęło się od okien, a skończyło na radioteleskopach.
Przechodzę po omacku przez jego pokój pozbawiony znajomych mebli. Ktoś, pewnie pośredniczka nieruchomości, zmieniła to pomieszczenie w gabinet. Choćby jednak nie wiem jak się starała, nic nie zmieni tego, co ludzie i tak już myślą o tym miejscu.
Nasz dom ma dosyć dziwaczny rozkład: prawdopodobnie zaprojektowano go z myślą o tym, że będzie rozbudowaną farmą z trzema sypialniami i częścią wypoczynkową na parterze, ale później dobudowano nowszą część z loftem na piętrze, która obecnie robi za schowek i pokój telewizyjny. To tam właśnie przesiadywałam ze znajomymi, jednak od czasu gdy się stąd wyprowadziłam, moja noga więcej tam nie postała.
Wychodzę z pokoju Elliota i dopiero gdy docieram na korytarz, włączam przywiezioną ze sobą latarkę, starając się ją trzymać z dala od okien.
Korytarz i salon wyglądają mniej więcej tak samo jak sześć miesięcy temu, kiedy jeszcze tu mieszkałam - pochowano tylko wszystkie nasze zdjęcia. Niedawno ktoś musiał oglądać dom, bo w końcu pozamykano szafki w kuchni. Uśmiecham się na myśl o tym, że jakaś rodzina stanęła pewnie w progu, zobaczyła drzwiczki pootwierane w upiorny sposób i dreszcze przeszły im po plecach.
Nie wierzę w duchy, ale to, że inni wierzą, naprawdę mi nie przeszkadza.
Tym razem postanawiam zabawić się ze wszystkimi ozdobami ściennymi. Przekręcam obrazy w taki sposób, by wisiały pod dziwnym kątem, kilka z nich całkowicie ściągam i rozrzucam niedbale po podłodze, żeby wyglądało, jakby ktoś je postrącał w pośpiechu. Cofam się o kilka kroków, by ocenić swoje dzieło. Efekt jest niepokojący, czyli dokładnie taki, jak planowałam.
Chłodne powietrze owiewa moje pokryte potem nogi. Upijam trochę wody z kranu w kuchni, po czym korzystam z łazienki przy moim dawnym pokoju, który teraz jest praktycznie pusty. Wszystko, co miało dla mnie jakiekolwiek znaczenie, włącznie z meblami, zostało przeniesione do domu Joego.
Gdy z powrotem znajduję się w pokoju Elliota i stoję już przy oknie, do moich uszu dociera głos, a nawet śmiech. Szybko wyłączam latarkę i przykucam. Już wiem, kogo usłyszałam, to Marco, Lydia i pewnie jeszcze Sutton. Powinnam się wściec, że wciąż spotykają się na polu za naszym domem. Pewnie powinnam jeszcze mieć jakieś poczucie przynależności albo zdrady. Wypadałoby się dowiedzieć, dlaczego tu są tej piątkowej nocy, i to beze mnie, a jednak przede wszystkim chciałabym, żeby sobie poszli.
Już jednak za późno. Słyszę chrzęst żwiru, ktoś truchta w kierunku domu.
Zerkam przez zasłony i dostrzegam jakiś cień obok wolnostojącego garażu z tyłu domu. Sposób, w jaki postać stoi, i to, jak trzyma dłonie w kieszeniach, a także włosy sterczące we wszystkich kierunkach, które kiedyś uwielbiałam przeczesywać palcami, mówią mi, że to Marco.
- Kennedy? - woła niepewnym głosem i robi maleńki krok do przodu.
Gdy nie słyszy żadnej odpowiedzi, zaczyna bujać się w przód i w tył, po czym przesuwa jedną stopą po błocie. Niepewnie podchodzi nieco bliżej, za chwilę się cofa. Odwracając się na pięcie, spogląda w niebo i nagle przestaje się ruszać.
- No weź - woła, zwracając się w kierunku domu. - Widziałem światło i twój rower, wiem, że tam jesteś. - Obserwuję, jak przestępuje z nogi na nogę. - Poczekam tu na ciebie.
Wiem, że tego nie zrobi. Nie spróbuje też wślizgnąć się do środka. Nawet nie wszedł do ogródka.
Marco spędza wieczność, kręcąc się przy garażu. Stoi obok niego, siada na brudnej ziemi, a później znowu wstaje.
- Kennedy! - wrzeszczy w końcu, przeciągając każdą sylabę i odrzuca głowę w tył, jakby był wilkiem, a ja księżycem, więc zastanawiam się, czy przypadkiem nie jest pijany.
Rozmowa w oddali cichnie.
- Przepraszam - dodaje chłopak, co oznacza, że z pewnością nie jest trzeźwy. Wypowiada te słowa o pół roku za późno.
W końcu potrząsa głową i wraca tam, skąd dochodzą głosy. Zerkam na zegarek. Spędził tu siedem minut. Iście herkulesowy wysiłek.
Mija tak kolejna godzina, w końcu zapada cisza. W przeciwieństwie do Marka mam już pewne doświadczenie, jeśli chodzi o czekanie. Przywykłam do niego, choć daleko mi do Elliota, który był uosobieniem cierpliwości. "Na wszystko trzeba czasu", mawiał, majstrując przy cienkich przewodach anteny satelitarnej, gdy zmieniał ją w coś, co mogłoby pozwolić mu na wsłuchiwanie się w bezmiar kosmosu. "A przynajmniej na to, na co warto czekać".
Gdy mam już pewność, że znowu jestem sama, czmycham przez okno i kieruję się z powrotem do obserwatorium. Pośrodku opuszczonego pola stoi talerz z kablami odchodzącymi do szopy, która dawniej była małą stajnią, dopóki Elliot nie zmienił jej w bazę dla swojej samotnej operacji i wkład do programu poszukiwania cywilizacji pozaziemskich (SETI). W środku znajduje się stary komputer oraz kilka monitorów, które będą działać, aż odetną prąd, choć nie ma tu już połączenia z internetem. Nie pozwoliłabym agentce nieruchomości tego tknąć.
Wyciągam pendrive'a i ściągam na niego dane z ostatnich kilku dni, szukając sygnałów radiowych, które potencjalnie mogłyby zostać wysłane przez pozaziemskie istoty rozumne. Mam zamiar spędzić cały weekend na sortowaniu ich oraz wyłapywaniu istotnych informacji niczym wykrywacz kłamstw. Ciche pikanie w odpowiednich odstępach czasu zrodzi pewnie jeszcze więcej pytań: czy to prawdziwy dźwięk, czy może coś w tle? Prawda czy tylko złudzenie? Naniosę na mapę współrzędne, sprawdzę forum amatorskiego projektu SETI, a później oznaczę i skataloguję wszystko, tak jak nauczył mnie Elliot.
Badaczom udało się przeszukać zaledwie małą cząstkę wszechświata. Ciągle zgadują, wyłapują i wsłuchują się w jeden konkretny sygnał. Nic dziwnego, że dotąd niczego szczególnego nie odkryli. Elliot uważał, że musi istnieć coś więcej. Jesteśmy tu nowi, w sensie my, ludzie. Ziemia ma 4,5 miliarda lat, a wiek wszechświata szacuje się na 14 miliardów. Współcześni ludzie pojawili się jakieś 300 tysięcy lat temu. Brakuje nam zapisków z wielu lat, podczas których w jakimś innym miejscu mogły wykształcić się inteligentne istoty. To bardzo prawdopodobne.
- Ale nuda - rzuciłam do Elliota, gdy po raz pierwszy siedziałam z nim w tym pomieszczeniu. Zeszłego lata byliśmy w mieście tą nową rodziną i jeszcze z nikim się nie zapoznałam. Spędzanie czasu ze starszym bratem było lepsze niż samotność, ale nawet wtedy nie potrafiłam powstrzymać się od narzekania.
- To jest naprawdę ważne - odpowiedział, a jego oczy lśniły podekscytowaniem, gdy przesuwał palcami po odczytach częstotliwości, zupełnie jakby chciał wyryć je we własnej pamięci. - Trzysta tysięcy. Czternaście milionów. Policz sobie i nie próbuj mi wmówić, że nic innego nie istnieje.
Jedyne, co widziałam na ekranie, to maleńkie szczyty i doliny, które nic mi nie mówiły. Ale Elliot taki właśnie był, widział coś tam, gdzie reszta z nas absolutnie nic nie dostrzegała, podekscytowany możliwościami tego, co sobie wyobrażał: świata, który - jak wierzył - mógł pewnego dnia odkryć.
Powinnam wracać do domu Joego, ale jestem zmęczona. Mamy weekend, więc wujek będzie spał do późna. A przynajmniej tak sobie właśnie myślę, gdy wkradam się z powrotem przez okno Elliota, po omacku przechodzę do pokoju mamy po drugiej stronie salonu, rozciągam się na jej łóżku, zamykam oczy i wsłuchuję w odgłosy pustego domu.
Oczywiście brat miał rację, teraz to wiem. Musi istnieć coś więcej niż to...
Marco w ciemności, opuszczony dom, bezkresne niebo.
To nie może być wszystko.
To nie może być jedyne, co istnieje.
2
NOLAN
Mógłbym opowiedzieć co najmniej dziesięć różnych historii o lesie w parku Freedom Battleground State. Byłyby głównie o duchach, z paroma legendami na dokładkę, choć tylko jedna z nich ma jakiekolwiek znaczenie.
Siedemnastoletni Liam Chandler wychodzi z psem na przebieżkę do parku podczas pikniku rodzinnego urządzonego przy grillach i huśtawkach z opon. Jego młodszy brat przeżywa właśnie to uczucie, jak wszystkie włoski na ramionach stają dęba.
Nagle przypomina sobie o śnie, jaki przyśnił mu się poprzedniej nocy i którego nie pamiętał aż do chwili, kiedy okazuje się, że jest już za późno.
Sen był z rodzaju tych, w których człowiek porusza się jak mucha w smole - nieważne, jak szybko by się biegło, i tak nigdzie się nie dociera. Nieważne, jak głośno by się krzyczało, żaden głos nie wydobywa się z gardła. Dlatego też słowo, które starał się wykrzyczeć, Liam, pozostało z nim aż do rana, kiedy mama obudziła go na piknik, a światło wpadające przez okno sprawiło, że jęknął i szybko zapomniał o koszmarze.
Liama i psa (kundla, którego przygarnęli lata temu i który wolał go od wszelkich innych form życia, no, może za wyjątkiem królików) nie było jakieś dziesięć minut, gdy młodszy brat przypomniał sobie o swoim śnie. Włoski na rękach stanęły mu dęba, a znudzenie zmieniło się w przerażenie. Powiedzmy, że minęło zaledwie dziesięć minut.
- Gdzie jest Liam? Liam! - Brat zaczyna biec, szukać, przedzierać się przez gałęzie i podszycie, podążać za niewydeptaną ścieżką, prowadzącą głęboko w las, a później z powrotem.
W końcu rodzice, słysząc jego zdesperowane krzyki, tym razem te, które nie utknęły mu w gardle, pytają, co się dzieje. Brat odwrzaskuje, z dozą czegoś nieuniknionego, że Liam zniknął.
- Nie - odpowiadają. - Jest z Colbym. Wybrali się na przebieżkę, niedługo wrócą.
Przeczucie razi go jak prądem.
Ani chłopca, ani psa nikt więcej nie widział.
Od tamtego czasu minęło dwa lata. Mój brat wciąż nie wrócił. Zaginął. Policja, agenci federalni oraz wolontariusze poświęcili tysiące godzin jego sprawie i nie doszli do niczego. Nagłówki gazet nieustannie przykuwały uwagę czytelników: "Tajemnicze zaginięcie obiecującego młodego sportowca; międzystanowy bramkarz, stypendysta National Merit, złoty chłopiec liceum Battleground znika bez śladu". Liam Chandler, człowiek legenda.
Liam Chandler, sprowadzony wyłącznie do tego.
Pozwólcie, że przedstawię obecną scenerię: jest sobotni poranek, ledwie świta. Spakowany plecak czeka, a zadanie domowe wala się po podłodze. Dzwoni telefon. Tata, rozmawiając, schodzi po schodach. Mama ze słuchawkami w uszach pracuje przy komputerze stacjonarnym w pokoju, który kiedyś był salonem. Kiwa głową, zgadzając się z jakimiś statystykami albo oświadczeniem w jednym z tych swoich podcastów. W końcu rozdzwoni się dzwonek do drzwi, a dom zacznie tętnić życiem i wypełni zapachem kawy. Tak wygląda każdy weekend. Co gorsza, teraz dołączą do nas studenciaki, którzy dla dodatkowych punktów za wolontariat zaczną pomagać rodzicom w fundacji. Najgorzej, że rozpoznaję nazwiska kilku osób, które jeszcze kilka lat temu chodziły do mojej szkoły.
Najlepiej stąd wyjść, zanim jeszcze nie poblokowały się linie telefoniczne i głosy tych wszystkich ludzi nie zaczęły się nieść po schodach. Zanim dojdą do wniosku, że naprawdę przydałaby im się jeszcze jedna para oczu, dłoni lub uszu i ktoś nieuchronnie zawoła: "Nolan?". Wymykam się więc bocznymi drzwiami, schodzę po schodkach, okrążam dom i wychodzę na podjazd, częściowo po to, by uniknąć pytań ze strony rodziców, dlaczego wyruszam do pracy "tak wcześnie", ale głównie po to, by nie patrzeć na zdjęcia.
Chyba powinienem wyjaśnić, o co z nimi chodzi.
Zaczęło się od salonu i kilku fotografii, sporadycznie poprzyklejanych do ścian, jednak później w szybkim tempie zaczęły się pojawiać także w jadalni, wzdłuż korytarza, a ostatnio nawet i w kuchni. Są jak tapeta delikatnie zwijająca się na krawędziach, wypełniona oczami zaginionych, które śledzą mijające je osoby. Tuż pod zdjęciami wypisano markerem imiona, wzrost, daty urodzenia oraz informacje o "ostatnich miejscach, w którym ich widziano". Tuż nad moim krzesłem w jadalni wisi dwunastoletnia dziewczynka z Florydy. Obok czternastoletniego chłopca z Wirginii Zachodniej. W kółko to samo.
Zmiana z raczej zwykłego domu w coś takiego zaszła nagle: gdy ani policja, ani federalni ani medium, z którymi konsultowali się rodzice i wierzyli w każde ich słowo, choć wyglądali na zażenowanych samymi sobą, nie dotarli do odpowiedzi. Niedługo później grupka wolontariuszy zmieniła miejsce spotkań z przytulnego kącika w kawiarni na nasz salon, dzięki czemu rodzice podwoili starania. A później, gdy do niczego nie doszli, potroili je, kręcąc się w kółko szybciej i szybciej, aż w końcu utknęli w jakiejś ciągle rozrastającej się krainie, tak że zamiast szukać Liama, przez przypadek zabrali się za zaginięcia wszystkich dzieci na Wschodnim Wybrzeżu. A przynajmniej tak to wyglądało z mojego punktu widzenia.
Okej, prawda jest taka, że prowadzą fundację non profit, która zajmuje się poszukiwaniem dzieci zaginionych na całym południowym wschodzie kraju. Swoją żałobę przemienili w działanie (a przynajmniej tak twierdzi lokalna gazeta), ale gdyby ktoś zapytał o to mnie, odparłbym, że czują się w tym jak ryba w wodzie. Dlatego też dobrowolnie przejęli sprawy wszystkich pogrążonych w żalu rodziców.
Tymczasem ja odziedziczyłem starego sedana Liama, który wcześniej należał do mojego ojca. Każdego dnia zastanawiam się, czy odpali, a o działającej klimatyzacji nawet nie marzę. "Proszę, odpal" - błagam samochód w myślach, tym bardziej że Abby najwyraźniej wróciła już z uczelni do domu i właśnie wiąże sznurówki przed domem rodziców, ubrana w sportowy strój. Z całych sił stara się sprawiać wrażenie, jakby mnie nie zauważyła, a ja naprawdę chciałbym zrobić to samo. Mało co jest tak niezręczne, jak machanie do dawnej dziewczyny brata, która przez przypadek i zaledwie raz, w chwili słabości lub w wyrazie bezgranicznego żalu, wylądowała ze mną na tylnym siedzeniu tego auta. To nie było coś, co którekolwiek z nas chciałoby przeżyć jeszcze raz. Założę się, że ona czuje się teraz jeszcze gorzej niż ja.
Silnik rzęzi, a później zaskakuje, włącza się nawet klimatyzacja - delikatny zapach uwalniającego się freonu odurza.
Przejeżdżając obok Abby, nawet nie zerkam w jej stronę. Zapowiada się dobry dzień.
Strażnik w stanowym parku krajobrazowym Freedom Battleground myśli sobie, że doskonale mnie przejrzał.
- Miernik pola elektromagnetycznego? - spytał pewnego razu, gdy zobaczył, jak wyciągam sprzęt z plecaka. - A masz też kamerę na podczerwień?
Jeśli w danej okolicy krąży sporo historii o zjawach, najwyraźniej przyciągają one amatorskich łowców duchów. Podejrzewam, że nie tylko ja włóczyłem się po lesie, szukając jakichkolwiek oznak niewyjaśnionego. Nie mam jednak żadnej kamerki na podczerwień czy miernika temperatury, bo nie szukam miejsc, w których jest zimniej, ciał niebieskich ani niczego w tym stylu. Tak naprawdę nawet nie tropię "duchów", ale pozwalam strażnikowi leśnemu tak myśleć, bo dzięki temu da mi spokój. Pewnie i tak nie wyglądam podejrzanie.
Choć w jednym ma rację, rzeczywiście robię pomiary i mapuję miejsca o podwyższonej energii elektromagnetycznej, no i mam ze sobą licznik Geigera-Müllera do wykrywania ognisk promieniowania oraz licznik niskiej częstotliwości, czyli sprzęty, które zwykle kojarzy się z tym, co "po drugiej stronie". Obecnością duchów, a może dusz? Prawdę powiedziawszy, to nie do końca znam się na poprawnej terminologii.
Medium, które zatrudnili rodzice, to kobieta, która przyjechała tutaj z nami i stwierdziła, że wyczuwa jakąś "energię, że coś się tu wydarzyło". No cóż, tyle to sami jej powiedzieliśmy. Próbowała jeszcze wcisnąć nam kit o koleżance po fachu, która jest prawdziwą ekspertką i mogłaby pomóc w zlokalizowaniu dusz, energii czy czegoś w tym stylu, i właśnie w tamtym momencie całkowicie straciła zainteresowanie rodziców. Kiedy wróciliśmy do domu, ojciec stwierdził, że "ta kobieta żeruje na ludzkiej desperacji", a mama jedynie mu przytaknęła.
Ja jednak przeprowadziłem później trochę badań i w taki sposób natknąłem się nie tylko na tę tematykę, ale i na Poszukiwaczy Dowodów: grupę osób gorliwie skupiających się na udowadnianiu, że świat paranormalny istnieje. Nie chodziło im o wrzucanie dyskusyjnych filmików albo pisanie artykułów, a właśnie o dowody.
Wiem, że istnieje coś więcej. Za tymi wszystkimi historiami kryje się jakiś powód. Łowcy duchów po coś istnieją.
Zniknięcia mojego brata i jego psa nie da się po ludzku wytłumaczyć. I jeśli będę mógł jakoś to udowodnić, zrobię to z poparciem ludzi, którzy w końcu przyznają mi rację, że to właśnie przydarzyło się mojemu bratu.
Tuż po tym, jak Liam zaginął, policja bezustannie podkreślała, że jedynym sposobem na odnalezienie danej osoby jest zrozumienie, co tak naprawdę jej się przytrafiło.
To pierwszy krok.
W rezultacie pragnę raczej tego samego, co moi rodzice: odpowiedzi. Jakiegoś sposobu, by to wszystko zrozumieć. Tyle że jestem niemal stuprocentowo pewny, że szukają w nieodpowiednich miejscach.
Sen. Przeczucie. Niewyjaśnione zniknięcie. Las pełen legend i historii o duchach, a mój brat ginie bez śladu. To, co się od tamtego czasu wydarzyło, sprawia, że ciężko znaleźć jakiekolwiek racjonalnie brzmiące wytłumaczenie.
Nie wybrałem się tu, by ganiać za duchami. Wystarczająco dużo innych osób się za to wzięło i do niczego jak dotąd nie doszło. Ja mam w głowie inny plan: rzucać kamieniem i raz za razem czekać na ten sam efekt.
Ale co, jeśli za którymś razem będzie inaczej? Co, jeśli istnieje coś nieoczekiwanego, coś, czego nie jesteśmy w stanie przewidzieć?
Coś nieprzewidywalnego, coś niewyjaśnionego - oto dowód. Taki właśnie jest mój pomysł. I wiem, że właśnie tutaj to znajdę. W końcu jestem jedynym, który miał takie przeczucie.
Jest też coś, do czego nie lubię się zbyt często przyznawać, a mianowicie do tego, co w drugiej części sugerowała policja. Krok drugi, proszę bardzo: jeśli zrozumiemy, w jaki sposób zaginął mój brat, to w konsekwencji być może uda się nam go odzyskać.
Jestem teraz na północno-zachodnim krańcu parku, w części, której nigdy wcześniej nie badałem, aż nadchodzi pora, by dać sobie na dzisiaj spokój.
Kończę odczytywać pomiary w chwili, gdy zaczynają pojawiać się jacyś ludzie. Ich komórki mogą zakłócać odbiór, tak samo jak krótkofalówki strażników. Ja za każdym razem zostawiam telefon w samochodzie. Wiem, że powinienem przyjść w nocy, kiedy nikogo innego tutaj nie ma, gdy mnie i historie otacza tylko ciemność.
Ale wtedy mnie i historie otacza tylko ciemność.
Cóż, jestem tchórzem.
Wyjmuję mapę, by zaznaczyć, dokąd dotarłem, spisuję odczyty, po czym kieruję się z powrotem do auta. Park rozciąga się na terenie trzech miast, na powierzchni około sześciu i pół kilometra i wyznacza granice hrabstw oraz szkolnych okręgów. Docieram do miejsca, gdzie las gwałtownie się kończy i zmienia w otoczone drewnianym płotem pole oraz stodołę. A także dom.
Dom Jonesów.
Przechodzi mnie dreszcz. Wiem o domu Jonesów, bo każdy o nim słyszał. No i Sutton chodzi do szkoły z dziewczyną, która brała udział w tych wydarzeniach. Dodał też do tego swoje trzy grosze, opowiadając o niej tej zimy podczas szkolenia dla baseballistów. Ponadto o tym, co się tam wydarzyło, gazety rozpisywały się przez wiele tygodni, podobnie jak to było w przypadku zaginięcia Liama dwa lata temu. Tak to bywa z tragediami; ludzie nie potrafią się od nich oderwać.
I, jak widać, niczym się nie różnię od gapiów.
W tamtym domu nie wydarzyło się nic paranormalnego, choć pamiętam słowa tej medium o energii. Zastanawiam się, co mogło pozostać w takim miejscu. Być może pomiary przydałyby mi się do jakiegoś porównania, no bo jednak: co mi szkodzi?
Przechodzę przez pole i przeskakuję nad płotem, zanim zmienię zdanie. W domu nikt już nie mieszka, ale od frontu na terenie ogródka postawiono znak: "Na sprzedaż". Mimo dużej odległości od budynku, wyciągam miernik fal elektromagnetycznych, by odczytać podstawowe pomiary. Chwilę później podchodzę bliżej, wspinam się na ganek i przyciskam czoło do najbliższego okna, żeby zajrzeć do środka.
Zasłony są odsunięte, dzięki czemu widzę zarysy kanapy, lampy oraz zdjęć. W głowie świta mi, że coś jest nie tak, więc zaglądam jeszcze raz. Obrazy wiszą krzywo, kilka z nich pospadało na podłogę. Zła aura wręcz bije od tego domu, aż czuję gęsią skórkę na karku.
Dusząc w sobie niepokój, przykładam miernik do kamiennej ściany i wtedy słyszę jakiś odgłos...
Kroki. Szybkie jak błyskawica, a jednak cichuteńkie.
Serce podskakuje mi do gardła, gdy obok domu dostrzegam jakiś zamazany kształt, ale chwilę później orientuję się, że to nie duch, a dziewczyna. Ma długie, blade nogi i burzę ciemnych włosów, garbi się nad kierownicą roweru.
O "dziewczynie" wspominały gazety i opowiadał Sutton.
Obserwuję, jak odjeżdża. Nawet nie zauważa, że tam stoję.
Mijam się na podjeździe z dostawcą pizzy i nagle stoję przed cotygodniowym dylematem: zjeść pizzę i dać się wciągnąć w świat zaginionych dzieci, czy wkraść się po schodach na tyłach domu prosto do zacisza własnego pokoju i pozwolić, by głód zżerał mi żołądek. Z chęcią postawiłbym na opcję numer trzy, czyli podjechać do restauracji dla zmotoryzowanych, ale większość oszczędności wydałem na sprzęt, a moja rzekoma praca to jedynie wytwór wyobraźni rodziców.
Kierując się w stronę domu, wyobrażam sobie, że jestem gazelą na sawannie. Głód wygrywa. Lew szykuje się do skoku.
- Wypuścili cię dziś tak wcześnie? - pyta tata, gdy sięgam po kawałek z pudełka.
- Aha - kłamię.
Powiedziałem im, że udzielam korepetycji. Że to praca w bibliotece. Że potrzebuję pieniędzy na studia, bo wiem, że ostatnio z tym u nas krucho. W końcu tak wiele wydali na poszukiwania Liama, a później na fundację.
Jak mógłbym myśleć o tym, kto zapłaci za moje studia, gdy tyle dzieci uznaje się za zaginione? Priorytety, Nolan.
- No cóż, dobrze, że już jesteś - mówi, podając mi talerz. - Przydałaby nam się twoja pomoc na gorącej linii...
Wykręcam się gadką o nauce do egzaminów i kładę sobie jeszcze kilka kawałów pizzy na talerzu. Nie kłamię o testach, chociaż przygotowywanie się do nich będzie musiało jeszcze trochę poczekać. Potrzebuję iść na górę i nanieść dane punktów na jedną z map parku, którą mam na komputerze. Zobaczyć, czy któreś się nie nakładają, czy nie ma w nich jakiegoś schematu, jakiegoś błędu w przewidywaniu.
Wyciągam z lodówki napój gazowany, a na linii wzroku miga mi nowa twarz, doczepiona do ściany kawałkiem taśmy. Nie patrzę na nią, bo te zdjęcia... Mają siłę wypatroszania, otumaniania, sprawiania, że człowiek czuje, jakby coś w nim umarło.
Muszę się stąd wydostać, bo otaczają mnie tutaj same duchy.
3
KENNEDY
Gdy w końcu wracam, Joe już nie śpi i jest pod prysznicem. Do czasu jego wyjścia z łazienki udaje mi się schować rower do garażu i przebrać w piżamę.
Nie mogę uwierzyć, że przespałam w dawnym domu tyle czasu. Obudziło mnie moje własne wzdrygnięcie, poczucie, że ktoś tam jest, jakaś obecność. Zupełnie jakby historie szeptane przez dzieciaki w ciemności, by się nastraszyć, okazały się prawdziwe. Promienie słoneczne szybko jednak wpełzły do środka, wnętrze pojaśniało, a ja przypomniałam sobie, że jestem sama.
Joe oznajmia, że większość soboty musi spędzić na kampusie, ale pewnie wyolbrzymia z tym przymusem.
Pracuje rzadko, trzeba mu to przyznać, ale czasami myślę, że wyrabia sobie nadgodziny, byle tylko znaleźć powód do wyjścia z domu. Nawet nie potrafię go za to winić.
Tak naprawdę dogadujemy się całkiem nieźle, zważywszy na to, że zostaliśmy współlokatorami w dosyć nieoczekiwany sposób. W praktyce, jeśli chodzi o prawo i sądy, wszystko gra, w teorii jednak nie przyjął zbyt dobrze faktu, że nagle musiał stać się odpowiedzialny za swoją szesnastoletnią siostrzenicę. Nie mogę powiedzieć, żebym i ja dobrze to zniosła. Trudno mi traktować go poważnie i się go słuchać, skoro do tej pory był tylko nieco nieodpowiedzialnym, dużo młodszym bratem mamy, który na kilka lat odpuścił sobie uniwerek, bo chciał "zobaczyć trochę świata". Nie wspominając już o tym, że kiedyś rzadko był obecny, jeśli chodziło o sprawy rodzinne, a teraz moja obecność z kolei zapewne nieco koliduje z jego kawalerskim stylem życia.
Pozytywy są takie, że często daje mi spokój. Wyznaczył podstawowe zasady, które pewnego wieczoru wymyślił na poczekaniu, a ja zwykle staram się ich trzymać, by móc toczyć walki, kiedy sytuacja rzeczywiście tego wymaga. Żadnego alkoholu (nie ma sprawy), żadnych chłopaków (jak poprzednio), żadnego wagarowania (zwykle okej). Jeśli kiedykolwiek przyłapie mnie na wymykaniu się z domu, powiem mu, że technicznie nie złamałam żadnej z jego zasad i będę mieć nadzieję, że to kupi. Walczę z nim jednak zacięcie, jeśli chodzi o dawny dom.
On chce go sprzedać. Ja nie. Po tym, jak przez większość życia przenosiliśmy się z mamą z jednego kampusowego mieszkania do drugiego, po raz pierwszy dostaliśmy dom z naszym nazwiskiem na dokumentach oraz kawałkiem ziemi. Według mamy to właśnie tu mieliśmy zapuścić korzenie.
To jedyne miejsce, w którym wciąż wyczuwam ich obecność.
Z formalnego punktu widzenia dom należy teraz do mnie.
Z technicznego punktu widzenia decyzja należy do Joego, ponieważ to on płaci rachunki.
Niech diabli wezmą wszystkie te szczegóły.
W końcu spotykamy się przy śniadaniu. A może lunchu? Spoglądam na zegarek: trudno stwierdzić, jaka to dokładnie pora. Na kuchennym stoliku czekają dwa rodzaje płatków - robimy zakupy osobno, ale lubimy podobne rzeczy. Tylko raz wyszliśmy razem na zakupy i to właśnie wtedy kobieta za kasą posłała mu spojrzenie pełne krytyki, po czym odciągnęła mnie na bok, by zapytać, czy wszystko u mnie w porządku. Joe jest za stary, żeby uchodzić za mojego brata, zbyt młody, by być ojcem, a na dodatek nie do końca wie, jak się przy mnie zachowywać, by wyglądało to naturalnie. Tak czy siak, jeśli chodzi o komentarz kasjerki, wyśmiałam go i udałam, że wymiotuję, ale Joe się przeraził. Od tamtej pory daje mi kasę na własne wydatki i podrzuca do sklepu, mówiąc, że ma kilka spraw do załatwienia. Podejrzewam, że po prostu robi kilka rundek dookoła supermarketu, po czym wraca, gdy daję mu znać, że skończyłam.
- Co masz dzisiaj w planach? - pyta, po czym siorbie resztkę mleka prosto z miski.
- Nic takiego - odpowiadam.
Potakuje, jakbym jakimś cudem powiedziała to, co chciał usłyszeć.
- Albertsonowie prosili, żebym ci przekazał, że możesz korzystać z ich basenu, kiedy tylko chcesz. Mieszkają w tym żółtym domu na rogu. Mają dwie córki bliźniaczki w twoim wieku.
- Będę pamiętać.
Wiem, gdzie mieszkają Albertsonowie, znam też ich córki (nawiasem mówiąc, dwa lata ode mnie młodsze, a nie w moim wieku) i żaden upał nie zmusił mnie do tego, by odwiedzić ich basen na tyłach domu.
Joe zanosi miskę do zlewu, obmywa i wkłada do zmywarki, po czym otwiera lodówkę.
- Wrócę z czymś na obiad - dodaje.
- Okej.
Ma na sobie dżinsy i szarą koszulkę, co najwyraźniej jest stosownym strojem dla doktoranta na uniwersytecie. Tak do końca nie wiem, co on tam w ogóle robi. Chyba prowadzi jakieś badania antropologiczne i uczy. Dawniej sporo podróżował, a to kolejny aspekt jego życia, który naruszyłam. Jego obecność tutaj była jednym z głównych powodów, dla których mama przyjęła posadę wykładowcy. To przez niego przenieśliśmy się w to miejsce, do West Arbordale w stanie Wirginia, choć większość życia spędziliśmy na przedmieściach Waszyngtonu. Niby podobne warunki, a jednak kompletnie inna rzeczywistość.
Joe nadal żyje trochę jak student, choć nieco poniżej moich oczekiwań jako przyszłej studentki. Żywi się głównie kluskami, wypija hektolitry kawy i rzadko robi pranie. Starałam się go przekonać do zamieszkania w moim domu, gdzie mielibyśmy o wiele więcej miejsca; może nawet do małego remontu, by nic nie przypominało o tym, co się wydarzyło, ale podobnie jak inni, nigdy już nie postawił tam stopy.
- Możemy kupić coś większego za pieniądze ze sprzedaży - zasugerował po pierwszych kilku tygodniach wspólnego mieszkania, gdy dzielenie łazienki z nastolatką i vice versa stało się naprawdę żenującym doświadczeniem.
Tak jakbym po skończeniu liceum w ogóle miała zamiar zostać tu dłużej.
- Może nie wybiegajmy aż tak daleko w przyszłość - odparłam wtedy, a on przyjął to z wyraźną ulgą.
Dlatego wciąż tkwimy w ciasnym dwupokojowym domu z jedną łazienką, choć niecałe dziesięć kilometrów stąd stoi duży dom na rozległej działce z obserwatorium. On ustąpi. Wiem to. Ale w międzyczasie nie mogę dopuścić do sprzedaży domu.
- No dobra, zadzwoń, jeśli będziesz czegoś potrzebować. Albo jeśli wybierzesz się do Albertsonów.
- Tak zrobię - odpowiadam.
Znów niezręcznie krążymy wokół siebie, bo Joe nie może się zdecydować, czy poklepać mnie po głowie, czy po ramieniu, a ja unoszę dłoń, żeby niezbyt entuzjastycznie pomachać mu na pożegnanie, zanim ruszy. Za późno. Decyduje się na głowę i poklepuje mnie po niej dwa razy, jakbym była szczeniaczkiem.
Staram się mu odpuścić, bo naprawdę wyświadcza mi ogromną przysługę. To kolejny szczegół, gdyby nadal je zliczać. W grudniu zeszłego roku odbyły się rozmowy, czy zamieszkanie z tatą nie byłoby dla mnie lepsze.
Nie byłoby.
To, co warto wiedzieć o ojcu, mogłabym policzyć na palcach jednej ręki: zrzekł się praw rodzicielskich, gdy byłam jeszcze mała, obecnie mieszka w Niemczech ze swoją nową żoną i do zeszłego grudnia, gdy się pojawił, nie widziałam go przez siedem lat.
Choć w testamencie mamy Joe figurował jako opiekun, mógł zdecydować, czy podejmie się tej roli. Gdyby czuł, że to ponad jego siły, istniała jeszcze jedna opcja. Ojciec i jego nowa żona (Betty? Betsy? - nadal nie wiem) przyjechali po tym, jak Joe do nich zadzwonił. Ich wizyta miała na celu głównie złożenie krótkich, ale niezręcznych kondolencji i przedyskutowanie z wujkiem, co się ze mną stanie. Słyszałam, jak rozmawiają o tym pewnej nocy w salonie. Stworzyli listę "za i przeciw", która dotyczyła wyłącznie mnie.
- To tylko półtora roku - powiedziałam Joemu dzień później, starając się przechylić szalę na własną korzyść. Tylko tyle, nim osiągnę pełnoletniość, wyjadę na studia i będzie miał mnie z głowy. Obiecywałam, że się uda.
Joe udawał, że nawet nie musi się nad tym zastanawiać. "Oczywiście, Kennedy, to nawet nie podlega dyskusji". No błagam, ściany tutaj nie są aż tak grube, jak by chciały.
Ma dwadzieścia dziewięć lat, a ja wprowadziłam chaos do jego życia. Ominęły go wszystkie szczegóły szesnastu lat rodzicielstwa. Dlatego właśnie się staram.
Wycofuję się do zagraconej przestrzeni, która była kiedyś pokojem telewizyjnym, a teraz mieści moje łóżko, biurko, komodę oraz pudła. Jedyną ozdobą jest stojące na parapecie, oprawione w ramkę zdjęcie z zeszłej jesieni: ja, Elliot i mama stoimy na szczycie latarni morskiej. Wiatr zwiewa moje włosy na twarz brata, on stara się mnie odepchnąć, a mama śmieje się radośnie. To nasze ostatnie wspólne zdjęcie, jakie mam. Pojechaliśmy wtedy na weekendową wycieczkę, bo mama miała konferencję naukową.
Zdjęcie zrobił kolega z pracy mamy (łamane na jej nowy partner) Will. To on wpadł na pomysł wyjazdu, choć nie sądzę, że się nas wtedy spodziewał. Prawdę powiedziawszy, wolałam spędzić nasz ostatni dzień nad hotelowym basenem, ale mama się uparła, więc pojechaliśmy.
Dwieście dwadzieścia schodów na szczyt i przez całą drogę opowiadała nam o historii tej latarni, Elliot recytował fakty o jej budowie, Will ciągle poprawiał ich oboje, a ja starałam się tego wszystkiego nie słyszeć. Wspinałam się, przesuwając dłonią po zimnej, betonowej, owalnej ścianie, licząc w głowie schody, a głos mamy odbijał się po całej przestrzeni.
Żałuję, że nie skupiałam się wtedy bardziej na jej słowach, że nie pamiętam, o czym mówiła, chociaż w głowie pozostał mi ton jej głosu, mimo że bardziej obchodziło mnie liczenie. Elliot pewnie cały czas słuchał, i nie dlatego, że myślał, iż tak trzeba. Chyba naprawdę był zainteresowany, jak zwykle, gdy słyszał o czymś nowym. Jak na ludzi, którzy fizycznie mają ze sobą tyle wspólnego, koszmarnie różniliśmy się w środku. Mama często żartowała, przysięgając, że na pewno wychowywała nas w ten sam sposób, na co Elliot odpowiadał, że zamykał mnie w garderobie za każdym razem, kiedy jej nie było. Oczywiście żartował, bo nigdy by mi czegoś takiego nie zrobił, ale to właśnie cały Elliot - gotów wziąć na siebie winę za to, że nieco za wysoko postawił mi poprzeczkę.
Pomijając zdjęcie, ubrania i komputer, nie doszłam jeszcze do całkowitego rozpakowania swoich rzeczy czy rozgoszczenia się. Jak już wcześniej wspominałam, optymistka ze mnie.
Pobieram dane z radioteleskopu na laptopa i od razu widzę, że coś się nie zgadza. I to nie w dobry sposób, który sugerowałby, że teleskop wychwycił coś innego niż szum tła. Zamiast tego widzę coś, co wskazuje na to, że mógł się popsuć.
Zwykle radioteleskopy ustawia się tak, by monitorować częstotliwości, na jakich sygnały mogą być wysyłane w kosmosie. Odczyty zwykle wyglądają jak wynik EKG: z reguły jest to płaska linia z małymi szczytami i dolinami.
Na dzisiejszym odczycie nie ma niczego, nawet szumu tła. Dopiero po chwili orientuję się, że radioteleskop nie zarejestrował właściwego kanału częstotliwości. Jest ustawiony na coś innego albo wychwycił jakieś zakłócenia, jak mi się wydaje.
To Elliot zbudował talerz i stworzył program, więc muszę nieco wydłużyć skalę, aż w końcu odnajduję dane z rzeczywistą aktywnością. W pierwszej chwili, gdy widzę część odczytu, serce zaczyna mi bić mocniej. Przypomina bowiem powtarzający się, rytmiczny schemat: szybki skok, dłuższa pauza i tak w kółko, co przypomina sygnał albo wiadomość.
Przybliżam twarz do ekranu, aż widzę w nim własne odbicie: mam szeroko otwarte oczy i usta. Uświadamiam sobie, że gdzieś się wkradł ogromny błąd, albo w programie, albo w samym radioteleskopie, bo ta potencjalna aktywność zapisała się w miejscu, gdzie nie powinna istnieć żadna częstotliwość. Program pokazuje coś, co mogłoby uchodzić za zwykłą częstotliwość fali radiowej, z tym, że jest ujemna.
Ujemna.
Wydaję z siebie pełen frustracji jęk. Może i uczę się fizyki dopiero od roku, ale wiem, że nie istnieje coś takiego jak częstotliwość ujemna. Nie w prawdziwej rzeczywistości. I zdecydowanie nie w programie, który Elliot stworzył do zapisywania odczytów. To nie ma sensu.
Na wszelki wypadek sprawdzam jeszcze raz (bo w końcu mam za sobą tylko rok fizyki) i wpisuję do wyszukiwarki wyrażenie "częstotliwość ujemna", ale wyniki potwierdzają to, co sama podejrzewałam: istnieje tylko i wyłącznie w teorii matematycznej, nie w rzeczywistości.
Sprawdzam dane w poszukiwaniu znaczników czasu i widzę, że zapis powstał tuż po pierwszej w nocy, niedługo przed tym, jak wszystko pobrałam.
Cholerny Marco. Mam nadzieję, że zeszłej nocy nie popsuli talerza w satelicie. Że Lydia nie przysiadła sobie na nim, a Sutton nie celował butelką piwa w jego środek. Że Marco nie zatoczył się na niego, wracając do kolegów, i nie zaburzył jego osi.
Pewnie to tylko wina programu, ale dla mnie to chyba jeszcze gorzej - nawet nie wiedziałabym, od czego zacząć, by go naprawić.
Boże, jaki upał... Czeka mnie jednak kolejna dziesięciokilometrowa przejażdżka.
Talerz wygląda, jak powinien, ale to Elliot go zbudował, więc nie jestem pewna, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz niego. Nadal jest skierowany we właściwym kierunku, a jeśli chodzi o samą jego budowę, wszystko wydaje się być w porządku. Kable są zakopane w ziemi, ale one będą musiały poczekać. Najlepiej zacząć od poszukiwania najprostszej przyczyny.
Oddalam się od domu, przechodzę przez drewniany płot i przemierzam pole. Dopiero tutaj zaczyna się zabudowa, głównie skromne dwupiętrowe domki z zadbanymi podwórkami na tyłach oraz garażami na dwa samochody. Dom Marka to ten trzeci na prawo od miejsca, z którego wychodzę na osiedle - od strony pola, nie ulicy. Na podjeździe stoi stary zielony sedan, samochód chłopaka, więc w garażu pewnie zaparkowali jego rodzice.
Dzwonię do drzwi, chwilę później słyszę kroki. Otwiera mi jego mama ubrana w strój do ćwiczeń. Nie ma ani grama tapety na twarzy, a włosy związała sobie w niechlujny kok. W tej wersji, zrelaksowanej i sielskiej, tak bardzo przypomina mi moją mamę, że instynktownie odwracam wzrok.
- Dzień dobry - zaczynam. - Zastałam Marca?
Zdumiony, choć pełen współczucia wyraz twarzy kobiety zmienia się w końcu w pełen bólu uśmiech.
- Kennedy, jak miło cię widzieć! Dzwoniłaś do niego? Wydaje mi się, że nadal śpi. - Empatia i zaskoczenie działają na moją korzyść, co dorastając, nauczyłam się wykorzystywać zarówno wobec rodziców, jak i nauczycieli. Otwiera szerzej drzwi i odkasłuje. - No, to leć na górę.
- To zajmie tylko minutkę - odpowiadam, by ją uspokoić.
Pukam do drzwi, liczę do pięciu, po czym wchodzę do pokoju. Marco podnosi się na łóżku do pozycji siedzącej. Z odgłosu, jaki wymyka mu się z ust, wnioskuję, że ma kaca, co nawet mnie nie dziwi. Nie komentuje mojej obecności, tylko kładzie się z powrotem i unosi dłoń na powitanie. Jest zdezorientowany, a ja znów czuję, że żołądek mi się skręca, podobnie jak wtedy we wrześniu, kiedy po raz pierwszy siedziałam w jego pokoju, pracując nad projektem do szkoły, gdy wiedziałam już, że lubi mnie z wzajemnością. Będąc tak blisko niego, mogłam myśleć tylko o tym, co się niedługo wydarzy.
Bieżąca kalkulacja: pięć kroków od stóp Marco.
- Marco - zaczynam, a on zakrywa oczy ramieniem. - Robiliście coś wczoraj wieczorem z teleskopem?
- Że co? - Pociera oczy, znów siada na łóżku i krzyżuje nogi pod kołdrą. - Hej, Kennedy - mówi, jakbyśmy zaczynali od początku.
Podchodzę o krok bliżej niego.
- Radioteleskop. Talerz satelitarny. Robiliście z nim coś? - Bieżąca kalkulacja: cztery kroki od łóżka Marca.
- Nawet go nie dotykaliśmy - odpowiada, teraz już rozbudzony. Mruga dwa razy tymi swoimi brązowymi oczami i marszczy brwi. - Skąd się tu wzięłaś?
- Twoja mama mnie wpuściła. Co wy tam wczoraj robiliście?
Marco unosi jedno ramię, jakby nim wzruszając.
- Lydia wpadła na ten pomysł.
I tak właśnie wyparowało moje uczucie do Marco. Nic nigdy nie działo się z jego winy albo nic nigdy nie było jego pomysłem. Jest aż do bólu niezdecydowany, z perspektywy czasu widzę to jeszcze wyraźniej.
- A niby po co Lydia chciała tam przyjść? - dopytuję.
Lydia to najlepsza przyjaciółka Marca, a Sutton to tak jakby jej chłopak, ale nie lubią przyklejać sobie żadnych łatek, choć w ten sposób najtrafniej można by ich określić. Wszyscy mieszkają na tym samym osiedlu zlokalizowanym za moim domem.
- Czy ja wiem, byliśmy u Suttona, jego rodzice wrócili do domu, więc Lydia stwierdziła, że powinniśmy tam pójść, no i nie wiem, nie wpadł mi do głowy żaden powód, dla którego nie powinniśmy.
I to, drodzy państwo, jest cały Marco. Przeczesuje palcami splątane włosy, a żadna cząstka mnie nie ma ochoty zrobić tego za niego. Minęło pół roku, odkąd ostatni raz go dotykałam, ale skłamałabym, gdybym stwierdziła, że przez ten czas o nim nie myślałam. Sześć miesięcy, jak widać, wystarcza.
- I przysięgasz, że jej nie dotykaliście?
- Przysięgam.
Odwracam się i wychodzę, a on za mną woła. Nie odwracam się.
Już u Joego jeszcze raz spoglądam na dane. W innej sytuacji zignorowałabym ten zapis, ale tym razem zdecydowanie widać jakiś schemat. Skok co każde trzy sekundy albo coś w ten deseń. Powtórka. I tak w kółko. Loguję się na forum fanów SETI i piszę posta:
Czy ktoś kiedykolwiek wyłapał sygnał o ujemnej częstotliwości? Mam odczyt, na którym widać schemat pulsowania. Możliwe, że to jakieś zakłócenia. KJ
Publikuję.
Tak bardzo chciałabym, żeby Elliot tu był.
4
NOLAN
W domu panuje cisza, co oznacza, że mogę bezpiecznie zaryzykować wyjście z pokoju. Dziś gotuje tata, co jest odrobinę lepsze od tego, gdy robi to mama, ale dużo gorsze od zamawiania jedzenia. Mieszając makaron, wpatruje się w zdjęcia zaginionych.
- Jak ci idzie nauka, Nolan?
- W porządku - odpowiadam.
- Słuchaj, mógłbyś pomóc nam jutro po południu, zanim wpadnie Mike? Ktoś musi czuwać nad nowymi wolontariuszami. Mam spotkanie w mieście, a wiesz, jak to bywa z mamą i telefonem - prosi, konspiracyjnie zniżając głos.
- Jak to bywa z mamą i czym? - pyta mama, wyciągając z uszu słuchawki i zwijając je.
- Z gotowaniem - odpowiadam. - Bez urazy, mamuś. - "Z mamą i telefonem" bywa dokładnie tak: wszystko odbiera strasznie osobiście. Za bardzo się wczuwa, co już wiele mówi, zważywszy na to, że za normalne w naszym domu uważa się wieszanie zdjęć zaginionych cudzych dzieci.
- Hm - mruczy, czochrając mi włosy, kiedy przechodzi obok.
Tata pytająco unosi brew, a ja kiwam głową, pokonany. A oni się dziwią, dlaczego tak rzadko wychodzę z pokoju.
Mapy kompletnie nie mają sensu, a może po prostu nie łączą się tak, jakbym tego chciał - nie zarejestrowało się nic, co wykraczałoby poza działanie zwykłych sprzętów domowych. Może po prostu nastawiłem się na coś większego, a powinienem szukać subtelniejszych sygnałów. Jakichś delikatnych wahań, czegoś nieprzewidywalnego. Na jednym z planów oznaczyłem wszystkie legendy i historie o duchach (oraz zaginionego brata). Na innym odczyty pola elektromagnetycznego, skrajnie niskich częstotliwości oraz z licznika Geigera, ale nie wydają się być ze sobą powiązane. Muszę przyjrzeć się bliżej szczegółom.
Nie stać mnie było na cyfrowy miernik pola elektromagnetycznego najwyższej jakości, dlatego teraz muszę sobie radzić za pomocą takiego z tarczą, która wygląda trochę jak prędkościomierz w moim starym samochodzie. Słysząc kroki rodziców na drewnianej klatce schodowej, decyduję się na zrobienie pomiarów także dookoła domu, żeby mieć jakieś porównanie. Odczekuję godzinę, by mieć pewność, że wszyscy głęboko już śpią, bo jednak nie wiedzą o moich dodatkowych działaniach.
Schodzę w ciemności po schodach, ale zapalam światło w kuchni, po czym odczytuję dane z lodówki, mikrofalówki i każdego innego sprzętu, który działa, po czym spisuję je w notesie. Po powrocie do pokoju dodaję również komputer oraz komórkę. Kiedy mam już wszystko, czego potrzebuję do porównania, rzucam miernikiem w kierunku łóżka, ten jednak odbija się od ściany obok, aż się wzdrygam. Proszę, nie popsuj się. Dla większej dokładności pomiarów powinienem ich dokonywać tym samym urządzeniem, a poza tym nie stać mnie na kupno nowego.
Miernik wygląda na nienaruszony, ale zanim go dotykam, dostrzegam, że coś chyba jednak schrzaniłem. No, kto by się spodziewał.
Leży na łóżku obok ściany, a wskazówka ucieka poza zero, na wartość ujemną. Podnoszę sprzęt i nieco go odsuwam, a wtedy igła wskazuje zero. Okej, może wszystko w porządku. Przysuwam miernik bliżej komputera i otrzymuję ten sam wynik, co wcześniej. Tak samo z telefonem. Kładę go z powrotem na łóżku, przodem do ściany, w tej samej pozycji, co wcześniej, i wskazówka znowu ucieka poza zero.
Po drugiej stronie tej ściany nie ma już nic, a przynajmniej nic związanego z elektroniką. Łóżko Liama, ten sam koc, te same ubrania w szafie i te same liściki od Abby.
Jego komputer należy teraz do mnie, tak jak wszystko, co miało większą wartość. Wystarczająco wiele razy przeszukiwałem szuflady w jego pokoju, by wiedzieć, że nie ma w nich już nic interesującego.
Mimo to wchodzę jednak do jego pokoju, włączam światło i zamykam za sobą drzwi. Upłynęły już dwa lata, ale cisza i pustka, jakie w nim panują, wciąż wytrącają mnie z równowagi. W nogach łóżka czeka wypłowiały, niebieski koc, ten sam, na którym uwielbiał leżeć Colby, nawet kiedy Liama nie było w domu. Dalej tam jest, zupełnie jakby przypominał o wszystkim, czego wciąż brakuje.
Miernik w mojej dłoni wciąż przeskakuje z pozycji neutralnej na wartość ujemną. Sprawdzam pod łóżkiem, w szufladach, w szafie, jednak nie znajduję niczego konkretnego.
Coś musi być w ścianach. Wszystkie te rury i kable przewodzą prąd elektryczny. Może mamy jakąś wadliwą instalację. No cóż, jest tylko jeden sposób, żeby to sprawdzić.
Schodzę do piwnicy i pod wpływem impulsu odłączam zasilanie w całym domu.
Pod wpływem impulsu, bo stoję teraz w piwnicy, pogrążony w kompletnej ciemności, z miernikiem pola elektromagnetycznego w dłoni, i nagle ani trochę nie chcę sprawdzać pomiaru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki