Odszukaj mnie - Megan Miranda

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

KEN­NEDY

Mówi się, że wszech­świat nie­ustan­nie dąży do nie­ładu, a ja w to wie­rzę. Ludzie wzno­szą mury i je kru­szą. Burzą budynki, oba­lają rządy, dopro­wa­dzają do upadku cywi­li­za­cje. Gwiazdy wybu­chają.

Ludzie żyją.

Ludzie umie­rają.

I tak w kółko.

Wszystko się roz­pada.

Nie myśl­cie, pro­szę, że jestem pesy­mistką. Takie są po pro­stu fakty.

Tak naprawdę to opty­mistka ze mnie. Gdy­bym nią nie była, nie usta­wia­ła­bym po raz kolejny budzika na kilka minut po pół­nocy, gdy już wiem, że Joe śpi, nie wykra­da­ła­bym się z domu bocz­nymi drzwiami w kuchni i nie poko­ny­wa­ła­bym w ciem­no­ści na rowe­rze pra­wie dzie­się­ciu kilo­me­trów do pola upraw­nego poło­żo­nego na tyłach mojego daw­nego domu, by pobrać dane z radio­te­le­skopu brata.

A jed­nak tak robię.

Powta­rzam to co kilka nocy wła­śnie dla­tego, że jestem opty­mistką.

Opie­ram rower o ścianę domu w obrę­bie sze­ro­kiego ganku. Huś­tawka skrzypi przy każ­dym podmu­chu noc­nej bryzy. Daw­niej w tym miej­scu trzy­mano konie, stąd pozo­sta­ło­ści drew­nia­nego płotu oraz ledwo wyczu­walny zapach siana - coś, co zaczę­łam zauwa­żać dopiero wtedy, gdy prze­sta­łam tu miesz­kać. W oddali, po mojej lewej stro­nie, wid­nieją łuny świa­tła docho­dzące z osie­dla przy­le­ga­ją­cego tuż do naszego pola. Z dru­giej strony działki nie ma nic, oprócz ciem­no­ści nie­ska­la­nego niczym lasu.

Ścieżki do daw­nej stajni tuż za domem, prze­ro­bio­nej na pro­wi­zo­ryczne obser­wa­to­rium, nic nie oświe­tla. Wola­ła­bym nie zapa­lać lamp na zewnątrz, na wypa­dek gdyby ktoś przy­pad­kiem dostrzegł ich świa­tło. A nuż jakiś sąsiad uznałby, że "coś dzieje się w domu Jone­sów", i zadzwo­niłby do Joego.

Noc jest gorąca i parna. Nie pogar­dzi­ła­bym kli­ma­ty­za­cją, łykiem zim­nej wody pro­sto z kranu oraz łazienką - dokład­nie w takiej kolej­no­ści. Joe może i odłą­czył już tele­wi­zję, tele­fon oraz inter­net, ale nie może jesz­cze odciąć prądu - byłoby kiep­sko w poło­wie czerwca poka­zy­wać poten­cjal­nym kup­com dom bez kli­ma­ty­za­cji i to w samym środku Wir­gi­nii.

Agentka nie­ru­cho­mo­ści musiała wymie­nić zamki w zeszłym tygo­dniu, ale nie wie­działa o oknie w pokoju Elliota, na tyłach domu. Kiedy się tutaj wpro­wa­dzi­li­śmy, brat pomaj­stro­wał w mecha­ni­zmie okna, by można je było uchy­lać, zamiast zsu­wać i zasu­wać. By wyglą­dało to nieco lepiej, cał­ko­wi­cie zre­zy­gno­wał z zamka, więc jeśli wdra­pię się na balu­stradę, mogę pchnąć je u góry, dzięki czemu otwo­rzy się na dole. Elliot zawsze lubił maj­ster­ko­wać i roz­kła­dać przed­mioty na czyn­niki pierw­sze. Zaczęło się od okien, a skoń­czyło na radio­te­le­sko­pach.

Prze­cho­dzę po omacku przez jego pokój pozba­wiony zna­jo­mych mebli. Ktoś, pew­nie pośred­niczka nie­ru­cho­mo­ści, zmie­niła to pomiesz­cze­nie w gabi­net. Choćby jed­nak nie wiem jak się sta­rała, nic nie zmieni tego, co ludzie i tak już myślą o tym miej­scu.

Nasz dom ma dosyć dzi­waczny roz­kład: praw­do­po­dob­nie zapro­jek­to­wano go z myślą o tym, że będzie roz­bu­do­waną farmą z trzema sypial­niami i czę­ścią wypo­czyn­kową na par­te­rze, ale póź­niej dobu­do­wano now­szą część z loftem na pię­trze, która obec­nie robi za scho­wek i pokój tele­wi­zyjny. To tam wła­śnie prze­sia­dy­wa­łam ze zna­jo­mymi, jed­nak od czasu gdy się stąd wypro­wa­dzi­łam, moja noga wię­cej tam nie postała.

Wycho­dzę z pokoju Elliota i dopiero gdy docie­ram na kory­tarz, włą­czam przy­wie­zioną ze sobą latarkę, sta­ra­jąc się ją trzy­mać z dala od okien.

Kory­tarz i salon wyglą­dają mniej wię­cej tak samo jak sześć mie­sięcy temu, kiedy jesz­cze tu miesz­ka­łam - pocho­wano tylko wszyst­kie nasze zdję­cia. Nie­dawno ktoś musiał oglą­dać dom, bo w końcu poza­my­kano szafki w kuchni. Uśmie­cham się na myśl o tym, że jakaś rodzina sta­nęła pew­nie w progu, zoba­czyła drzwiczki pootwie­rane w upiorny spo­sób i dresz­cze prze­szły im po ple­cach.

Nie wie­rzę w duchy, ale to, że inni wie­rzą, naprawdę mi nie prze­szka­dza.

Tym razem posta­na­wiam zaba­wić się ze wszyst­kimi ozdo­bami ścien­nymi. Prze­krę­cam obrazy w taki spo­sób, by wisiały pod dziw­nym kątem, kilka z nich cał­ko­wi­cie ścią­gam i roz­rzu­cam nie­dbale po pod­ło­dze, żeby wyglą­dało, jakby ktoś je postrą­cał w pośpie­chu. Cofam się o kilka kro­ków, by oce­nić swoje dzieło. Efekt jest nie­po­ko­jący, czyli dokład­nie taki, jak pla­no­wa­łam.

Chłodne powie­trze owiewa moje pokryte potem nogi. Upi­jam tro­chę wody z kranu w kuchni, po czym korzy­stam z łazienki przy moim daw­nym pokoju, który teraz jest prak­tycz­nie pusty. Wszystko, co miało dla mnie jakie­kol­wiek zna­cze­nie, włącz­nie z meblami, zostało prze­nie­sione do domu Joego.

Gdy z powro­tem znaj­duję się w pokoju Elliota i stoję już przy oknie, do moich uszu dociera głos, a nawet śmiech. Szybko wyłą­czam latarkę i przy­ku­cam. Już wiem, kogo usły­sza­łam, to Marco, Lydia i pew­nie jesz­cze Sut­ton. Powin­nam się wściec, że wciąż spo­ty­kają się na polu za naszym domem. Pew­nie powin­nam jesz­cze mieć jakieś poczu­cie przy­na­leż­no­ści albo zdrady. Wypa­da­łoby się dowie­dzieć, dla­czego tu są tej piąt­ko­wej nocy, i to beze mnie, a jed­nak przede wszyst­kim chcia­ła­bym, żeby sobie poszli.

Już jed­nak za późno. Sły­szę chrzęst żwiru, ktoś truchta w kie­runku domu.

Zer­kam przez zasłony i dostrze­gam jakiś cień obok wol­no­sto­ją­cego garażu z tyłu domu. Spo­sób, w jaki postać stoi, i to, jak trzyma dło­nie w kie­sze­niach, a także włosy ster­czące we wszyst­kich kie­run­kach, które kie­dyś uwiel­bia­łam prze­cze­sy­wać pal­cami, mówią mi, że to Marco.

- Ken­nedy? - woła nie­pew­nym gło­sem i robi maleńki krok do przodu.

Gdy nie sły­szy żad­nej odpo­wie­dzi, zaczyna bujać się w przód i w tył, po czym prze­suwa jedną stopą po bło­cie. Nie­pew­nie pod­cho­dzi nieco bli­żej, za chwilę się cofa. Odwra­ca­jąc się na pię­cie, spo­gląda w niebo i nagle prze­staje się ruszać.

- No weź - woła, zwra­ca­jąc się w kie­runku domu. - Widzia­łem świa­tło i twój rower, wiem, że tam jesteś. - Obser­wuję, jak prze­stę­puje z nogi na nogę. - Pocze­kam tu na cie­bie.

Wiem, że tego nie zrobi. Nie spró­buje też wśli­zgnąć się do środka. Nawet nie wszedł do ogródka.

Marco spę­dza wiecz­ność, krę­cąc się przy garażu. Stoi obok niego, siada na brud­nej ziemi, a póź­niej znowu wstaje.

- Ken­nedy! - wrzesz­czy w końcu, prze­cią­ga­jąc każdą sylabę i odrzuca głowę w tył, jakby był wil­kiem, a ja księ­ży­cem, więc zasta­na­wiam się, czy przy­pad­kiem nie jest pijany.

Roz­mowa w oddali cich­nie.

- Prze­pra­szam - dodaje chło­pak, co ozna­cza, że z pew­no­ścią nie jest trzeźwy. Wypo­wiada te słowa o pół roku za późno.

W końcu potrząsa głową i wraca tam, skąd docho­dzą głosy. Zer­kam na zega­rek. Spę­dził tu sie­dem minut. Iście her­ku­le­sowy wysi­łek.

Mija tak kolejna godzina, w końcu zapada cisza. W prze­ci­wień­stwie do Marka mam już pewne doświad­cze­nie, jeśli cho­dzi o cze­ka­nie. Przy­wy­kłam do niego, choć daleko mi do Elliota, który był uoso­bie­niem cier­pli­wo­ści. "Na wszystko trzeba czasu", mawiał, maj­stru­jąc przy cien­kich prze­wo­dach anteny sate­li­tar­nej, gdy zmie­niał ją w coś, co mogłoby pozwo­lić mu na wsłu­chi­wa­nie się w bez­miar kosmosu. "A przy­naj­mniej na to, na co warto cze­kać".

Gdy mam już pew­ność, że znowu jestem sama, czmy­cham przez okno i kie­ruję się z powro­tem do obser­wa­to­rium. Pośrodku opusz­czo­nego pola stoi talerz z kablami odcho­dzą­cymi do szopy, która daw­niej była małą staj­nią, dopóki Elliot nie zmie­nił jej w bazę dla swo­jej samot­nej ope­ra­cji i wkład do pro­gramu poszu­ki­wa­nia cywi­li­za­cji poza­ziem­skich (SETI). W środku znaj­duje się stary kom­pu­ter oraz kilka moni­to­rów, które będą dzia­łać, aż ode­tną prąd, choć nie ma tu już połą­cze­nia z inter­ne­tem. Nie pozwo­li­ła­bym agentce nie­ru­cho­mo­ści tego tknąć.

Wycią­gam pen­drive'a i ścią­gam na niego dane z ostat­nich kilku dni, szu­ka­jąc sygna­łów radio­wych, które poten­cjal­nie mogłyby zostać wysłane przez poza­ziem­skie istoty rozumne. Mam zamiar spę­dzić cały week­end na sor­to­wa­niu ich oraz wyła­py­wa­niu istot­nych infor­ma­cji niczym wykry­wacz kłamstw. Ciche pika­nie w odpo­wied­nich odstę­pach czasu zro­dzi pew­nie jesz­cze wię­cej pytań: czy to praw­dziwy dźwięk, czy może coś w tle? Prawda czy tylko złu­dze­nie? Naniosę na mapę współ­rzędne, spraw­dzę forum ama­tor­skiego pro­jektu SETI, a póź­niej ozna­czę i ska­ta­lo­guję wszystko, tak jak nauczył mnie Elliot.

Bada­czom udało się prze­szu­kać zale­d­wie małą cząstkę wszech­świata. Cią­gle zga­dują, wyła­pują i wsłu­chują się w jeden kon­kretny sygnał. Nic dziw­nego, że dotąd niczego szcze­gól­nego nie odkryli. Elliot uwa­żał, że musi ist­nieć coś wię­cej. Jeste­śmy tu nowi, w sen­sie my, ludzie. Zie­mia ma 4,5 miliarda lat, a wiek wszech­świata sza­cuje się na 14 miliar­dów. Współ­cze­śni ludzie poja­wili się jakieś 300 tysięcy lat temu. Bra­kuje nam zapi­sków z wielu lat, pod­czas któ­rych w jakimś innym miej­scu mogły wykształ­cić się inte­li­gentne istoty. To bar­dzo praw­do­po­dobne.

- Ale nuda - rzu­ci­łam do Elliota, gdy po raz pierw­szy sie­dzia­łam z nim w tym pomiesz­cze­niu. Zeszłego lata byli­śmy w mie­ście tą nową rodziną i jesz­cze z nikim się nie zapo­zna­łam. Spę­dza­nie czasu ze star­szym bra­tem było lep­sze niż samot­ność, ale nawet wtedy nie potra­fi­łam powstrzy­mać się od narze­ka­nia.

- To jest naprawdę ważne - odpo­wie­dział, a jego oczy lśniły pod­eks­cy­to­wa­niem, gdy prze­su­wał pal­cami po odczy­tach czę­sto­tli­wo­ści, zupeł­nie jakby chciał wyryć je we wła­snej pamięci. - Trzy­sta tysięcy. Czter­na­ście milio­nów. Policz sobie i nie pró­buj mi wmó­wić, że nic innego nie ist­nieje.

Jedyne, co widzia­łam na ekra­nie, to maleń­kie szczyty i doliny, które nic mi nie mówiły. Ale Elliot taki wła­śnie był, widział coś tam, gdzie reszta z nas abso­lut­nie nic nie dostrze­gała, pod­eks­cy­to­wany moż­li­wo­ściami tego, co sobie wyobra­żał: świata, który - jak wie­rzył - mógł pew­nego dnia odkryć.

Powin­nam wra­cać do domu Joego, ale jestem zmę­czona. Mamy week­end, więc wujek będzie spał do późna. A przy­naj­mniej tak sobie wła­śnie myślę, gdy wkra­dam się z powro­tem przez okno Elliota, po omacku prze­cho­dzę do pokoju mamy po dru­giej stro­nie salonu, roz­cią­gam się na jej łóżku, zamy­kam oczy i wsłu­chuję w odgłosy pustego domu.

Oczy­wi­ście brat miał rację, teraz to wiem. Musi ist­nieć coś wię­cej niż to...

Marco w ciem­no­ści, opusz­czony dom, bez­kre­sne niebo.

To nie może być wszystko.

To nie może być jedyne, co ist­nieje.

Rozdział 2

2

NOLAN

Mógł­bym opo­wie­dzieć co naj­mniej dzie­sięć róż­nych histo­rii o lesie w parku Fre­edom Bat­tle­gro­und State. Byłyby głów­nie o duchach, z paroma legen­dami na dokładkę, choć tylko jedna z nich ma jakie­kol­wiek zna­cze­nie.

Sie­dem­na­sto­letni Liam Chan­dler wycho­dzi z psem na prze­bieżkę do parku pod­czas pik­niku rodzin­nego urzą­dzo­nego przy gril­lach i huś­taw­kach z opon. Jego młod­szy brat prze­żywa wła­śnie to uczu­cie, jak wszyst­kie wło­ski na ramio­nach stają dęba.

Nagle przy­po­mina sobie o śnie, jaki przy­śnił mu się poprzed­niej nocy i któ­rego nie pamię­tał aż do chwili, kiedy oka­zuje się, że jest już za późno.

Sen był z rodzaju tych, w któ­rych czło­wiek poru­sza się jak mucha w smole - nie­ważne, jak szybko by się bie­gło, i tak ni­gdzie się nie dociera. Nie­ważne, jak gło­śno by się krzy­czało, żaden głos nie wydo­bywa się z gar­dła. Dla­tego też słowo, które sta­rał się wykrzy­czeć, Liam, pozo­stało z nim aż do rana, kiedy mama obu­dziła go na pik­nik, a świa­tło wpa­da­jące przez okno spra­wiło, że jęk­nął i szybko zapo­mniał o kosz­ma­rze.

Liama i psa (kun­dla, któ­rego przy­gar­nęli lata temu i który wolał go od wszel­kich innych form życia, no, może za wyjąt­kiem kró­li­ków) nie było jakieś dzie­sięć minut, gdy młod­szy brat przy­po­mniał sobie o swoim śnie. Wło­ski na rękach sta­nęły mu dęba, a znu­dze­nie zmie­niło się w prze­ra­że­nie. Powiedzmy, że minęło zale­d­wie dzie­sięć minut.

- Gdzie jest Liam? Liam! - Brat zaczyna biec, szu­kać, prze­dzie­rać się przez gałę­zie i pod­szy­cie, podą­żać za nie­wy­dep­taną ścieżką, pro­wa­dzącą głę­boko w las, a póź­niej z powro­tem.

W końcu rodzice, sły­sząc jego zde­spe­ro­wane krzyki, tym razem te, które nie utknęły mu w gar­dle, pytają, co się dzieje. Brat odwrza­skuje, z dozą cze­goś nie­unik­nio­nego, że Liam znik­nął.

- Nie - odpo­wia­dają. - Jest z Col­bym. Wybrali się na prze­bieżkę, nie­długo wrócą.

Prze­czu­cie razi go jak prą­dem.

Ani chłopca, ani psa nikt wię­cej nie widział.

Od tam­tego czasu minęło dwa lata. Mój brat wciąż nie wró­cił. Zagi­nął. Poli­cja, agenci fede­ralni oraz wolon­ta­riu­sze poświę­cili tysiące godzin jego spra­wie i nie doszli do niczego. Nagłówki gazet nie­ustan­nie przy­ku­wały uwagę czy­tel­ni­ków: "Tajem­ni­cze zagi­nię­cie obie­cu­ją­cego mło­dego spor­towca; mię­dzy­sta­nowy bram­karz, sty­pen­dy­sta Natio­nal Merit, złoty chło­piec liceum Bat­tle­gro­und znika bez śladu". Liam Chan­dler, czło­wiek legenda.

Liam Chan­dler, spro­wa­dzony wyłącz­nie do tego.

Pozwól­cie, że przed­sta­wię obecną sce­ne­rię: jest sobotni pora­nek, led­wie świta. Spa­ko­wany ple­cak czeka, a zada­nie domowe wala się po pod­ło­dze. Dzwoni tele­fon. Tata, roz­ma­wia­jąc, scho­dzi po scho­dach. Mama ze słu­chaw­kami w uszach pra­cuje przy kom­pu­te­rze sta­cjo­nar­nym w pokoju, który kie­dyś był salo­nem. Kiwa głową, zga­dza­jąc się z jaki­miś sta­ty­sty­kami albo oświad­cze­niem w jed­nym z tych swo­ich pod­ca­stów. W końcu roz­dzwoni się dzwo­nek do drzwi, a dom zacznie tęt­nić życiem i wypełni zapa­chem kawy. Tak wygląda każdy week­end. Co gor­sza, teraz dołą­czą do nas stu­den­ciaki, któ­rzy dla dodat­ko­wych punk­tów za wolon­ta­riat zaczną poma­gać rodzi­com w fun­da­cji. Naj­go­rzej, że roz­po­znaję nazwi­ska kilku osób, które jesz­cze kilka lat temu cho­dziły do mojej szkoły.

Naj­le­piej stąd wyjść, zanim jesz­cze nie poblo­ko­wały się linie tele­fo­niczne i głosy tych wszyst­kich ludzi nie zaczęły się nieść po scho­dach. Zanim dojdą do wnio­sku, że naprawdę przy­da­łaby im się jesz­cze jedna para oczu, dłoni lub uszu i ktoś nie­uchron­nie zawoła: "Nolan?". Wymy­kam się więc bocz­nymi drzwiami, scho­dzę po schod­kach, okrą­żam dom i wycho­dzę na pod­jazd, czę­ściowo po to, by unik­nąć pytań ze strony rodzi­ców, dla­czego wyru­szam do pracy "tak wcze­śnie", ale głów­nie po to, by nie patrzeć na zdję­cia.

Chyba powi­nie­nem wyja­śnić, o co z nimi cho­dzi.

Zaczęło się od salonu i kilku foto­gra­fii, spo­ra­dycz­nie poprzy­kle­ja­nych do ścian, jed­nak póź­niej w szyb­kim tem­pie zaczęły się poja­wiać także w jadalni, wzdłuż kory­ta­rza, a ostat­nio nawet i w kuchni. Są jak tapeta deli­kat­nie zwi­ja­jąca się na kra­wę­dziach, wypeł­niona oczami zagi­nio­nych, które śle­dzą mija­jące je osoby. Tuż pod zdję­ciami wypi­sano mar­ke­rem imiona, wzrost, daty uro­dze­nia oraz infor­ma­cje o "ostat­nich miej­scach, w któ­rym ich widziano". Tuż nad moim krze­słem w jadalni wisi dwu­na­sto­let­nia dziew­czynka z Flo­rydy. Obok czter­na­sto­let­niego chłopca z Wir­gi­nii Zachod­niej. W kółko to samo.

Zmiana z raczej zwy­kłego domu w coś takiego zaszła nagle: gdy ani poli­cja, ani fede­ralni ani medium, z któ­rymi kon­sul­to­wali się rodzice i wie­rzyli w każde ich słowo, choć wyglą­dali na zaże­no­wa­nych samymi sobą, nie dotarli do odpo­wie­dzi. Nie­długo póź­niej grupka wolon­ta­riu­szy zmie­niła miej­sce spo­tkań z przy­tul­nego kącika w kawiarni na nasz salon, dzięki czemu rodzice podwo­ili sta­ra­nia. A póź­niej, gdy do niczego nie doszli, potro­ili je, krę­cąc się w kółko szyb­ciej i szyb­ciej, aż w końcu utknęli w jakiejś cią­gle roz­ra­sta­ją­cej się kra­inie, tak że zamiast szu­kać Liama, przez przy­pa­dek zabrali się za zagi­nię­cia wszyst­kich dzieci na Wschod­nim Wybrzeżu. A przy­naj­mniej tak to wyglą­dało z mojego punktu widze­nia.

Okej, prawda jest taka, że pro­wa­dzą fun­da­cję non pro­fit, która zaj­muje się poszu­ki­wa­niem dzieci zagi­nio­nych na całym połu­dnio­wym wscho­dzie kraju. Swoją żałobę prze­mie­nili w dzia­ła­nie (a przy­naj­mniej tak twier­dzi lokalna gazeta), ale gdyby ktoś zapy­tał o to mnie, odparł­bym, że czują się w tym jak ryba w wodzie. Dla­tego też dobro­wol­nie prze­jęli sprawy wszyst­kich pogrą­żo­nych w żalu rodzi­ców.

Tym­cza­sem ja odzie­dzi­czy­łem sta­rego sedana Liama, który wcze­śniej nale­żał do mojego ojca. Każ­dego dnia zasta­na­wiam się, czy odpali, a o dzia­ła­ją­cej kli­ma­ty­za­cji nawet nie marzę. "Pro­szę, odpal" - bła­gam samo­chód w myślach, tym bar­dziej że Abby naj­wy­raź­niej wró­ciła już z uczelni do domu i wła­śnie wiąże sznu­rówki przed domem rodzi­ców, ubrana w spor­towy strój. Z całych sił stara się spra­wiać wra­że­nie, jakby mnie nie zauwa­żyła, a ja naprawdę chciał­bym zro­bić to samo. Mało co jest tak nie­zręczne, jak macha­nie do daw­nej dziew­czyny brata, która przez przy­pa­dek i zale­d­wie raz, w chwili sła­bo­ści lub w wyra­zie bez­gra­nicz­nego żalu, wylą­do­wała ze mną na tyl­nym sie­dze­niu tego auta. To nie było coś, co któ­re­kol­wiek z nas chcia­łoby prze­żyć jesz­cze raz. Założę się, że ona czuje się teraz jesz­cze gorzej niż ja.

Sil­nik rzęzi, a póź­niej zaska­kuje, włą­cza się nawet kli­ma­ty­za­cja - deli­katny zapach uwal­nia­ją­cego się fre­onu odu­rza.

Prze­jeż­dża­jąc obok Abby, nawet nie zer­kam w jej stronę. Zapo­wiada się dobry dzień.

Straż­nik w sta­no­wym parku kra­jo­bra­zo­wym Fre­edom Bat­tle­gro­und myśli sobie, że dosko­nale mnie przej­rzał.

- Mier­nik pola elek­tro­ma­gne­tycz­nego? - spy­tał pew­nego razu, gdy zoba­czył, jak wycią­gam sprzęt z ple­caka. - A masz też kamerę na pod­czer­wień?

Jeśli w danej oko­licy krąży sporo histo­rii o zja­wach, naj­wy­raź­niej przy­cią­gają one ama­tor­skich łow­ców duchów. Podej­rze­wam, że nie tylko ja włó­czy­łem się po lesie, szu­ka­jąc jakich­kol­wiek oznak nie­wy­ja­śnio­nego. Nie mam jed­nak żad­nej kamerki na pod­czer­wień czy mier­nika tem­pe­ra­tury, bo nie szu­kam miejsc, w któ­rych jest zim­niej, ciał nie­bie­skich ani niczego w tym stylu. Tak naprawdę nawet nie tro­pię "duchów", ale pozwa­lam straż­ni­kowi leśnemu tak myśleć, bo dzięki temu da mi spo­kój. Pew­nie i tak nie wyglą­dam podej­rza­nie.

Choć w jed­nym ma rację, rze­czy­wi­ście robię pomiary i mapuję miej­sca o pod­wyż­szo­nej ener­gii elek­tro­ma­gne­tycz­nej, no i mam ze sobą licz­nik Geigera-Müllera do wykry­wa­nia ognisk pro­mie­nio­wa­nia oraz licz­nik niskiej czę­sto­tli­wo­ści, czyli sprzęty, które zwy­kle koja­rzy się z tym, co "po dru­giej stro­nie". Obec­no­ścią duchów, a może dusz? Prawdę powie­dziaw­szy, to nie do końca znam się na popraw­nej ter­mi­no­lo­gii.

Medium, które zatrud­nili rodzice, to kobieta, która przy­je­chała tutaj z nami i stwier­dziła, że wyczuwa jakąś "ener­gię, że coś się tu wyda­rzyło". No cóż, tyle to sami jej powie­dzie­li­śmy. Pró­bo­wała jesz­cze wci­snąć nam kit o kole­żance po fachu, która jest praw­dziwą eks­pertką i mogłaby pomóc w zlo­ka­li­zo­wa­niu dusz, ener­gii czy cze­goś w tym stylu, i wła­śnie w tam­tym momen­cie cał­ko­wi­cie stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie rodzi­ców. Kiedy wró­ci­li­śmy do domu, ojciec stwier­dził, że "ta kobieta żeruje na ludz­kiej despe­ra­cji", a mama jedy­nie mu przy­tak­nęła.

Ja jed­nak prze­pro­wa­dzi­łem póź­niej tro­chę badań i w taki spo­sób natkną­łem się nie tylko na tę tema­tykę, ale i na Poszu­ki­wa­czy Dowo­dów: grupę osób gor­li­wie sku­pia­ją­cych się na udo­wad­nia­niu, że świat para­nor­malny ist­nieje. Nie cho­dziło im o wrzu­ca­nie dys­ku­syj­nych fil­mi­ków albo pisa­nie arty­ku­łów, a wła­śnie o dowody.

Wiem, że ist­nieje coś wię­cej. Za tymi wszyst­kimi histo­riami kryje się jakiś powód. Łowcy duchów po coś ist­nieją.

Znik­nię­cia mojego brata i jego psa nie da się po ludzku wytłu­ma­czyć. I jeśli będę mógł jakoś to udo­wod­nić, zro­bię to z popar­ciem ludzi, któ­rzy w końcu przy­znają mi rację, że to wła­śnie przy­da­rzyło się mojemu bratu.

Tuż po tym, jak Liam zagi­nął, poli­cja bez­u­stan­nie pod­kre­ślała, że jedy­nym spo­so­bem na odna­le­zie­nie danej osoby jest zro­zu­mie­nie, co tak naprawdę jej się przy­tra­fiło.

To pierw­szy krok.

W rezul­ta­cie pra­gnę raczej tego samego, co moi rodzice: odpo­wie­dzi. Jakie­goś spo­sobu, by to wszystko zro­zu­mieć. Tyle że jestem nie­mal stu­pro­cen­towo pewny, że szu­kają w nie­od­po­wied­nich miej­scach.

Sen. Prze­czu­cie. Nie­wy­ja­śnione znik­nię­cie. Las pełen legend i histo­rii o duchach, a mój brat ginie bez śladu. To, co się od tam­tego czasu wyda­rzyło, spra­wia, że ciężko zna­leźć jakie­kol­wiek racjo­nal­nie brzmiące wytłu­ma­cze­nie.

Nie wybra­łem się tu, by ganiać za duchami. Wystar­cza­jąco dużo innych osób się za to wzięło i do niczego jak dotąd nie doszło. Ja mam w gło­wie inny plan: rzu­cać kamie­niem i raz za razem cze­kać na ten sam efekt.

Ale co, jeśli za któ­rymś razem będzie ina­czej? Co, jeśli ist­nieje coś nie­ocze­ki­wa­nego, coś, czego nie jeste­śmy w sta­nie prze­wi­dzieć?

Coś nie­prze­wi­dy­wal­nego, coś nie­wy­ja­śnio­nego - oto dowód. Taki wła­śnie jest mój pomysł. I wiem, że wła­śnie tutaj to znajdę. W końcu jestem jedy­nym, który miał takie prze­czu­cie.

Jest też coś, do czego nie lubię się zbyt czę­sto przy­zna­wać, a mia­no­wi­cie do tego, co w dru­giej czę­ści suge­ro­wała poli­cja. Krok drugi, pro­szę bar­dzo: jeśli zro­zu­miemy, w jaki spo­sób zagi­nął mój brat, to w kon­se­kwen­cji być może uda się nam go odzy­skać.

Jestem teraz na pół­nocno-zachod­nim krańcu parku, w czę­ści, któ­rej ni­gdy wcze­śniej nie bada­łem, aż nad­cho­dzi pora, by dać sobie na dzi­siaj spo­kój.

Koń­czę odczy­ty­wać pomiary w chwili, gdy zaczy­nają poja­wiać się jacyś ludzie. Ich komórki mogą zakłó­cać odbiór, tak samo jak krót­ko­fa­lówki straż­ni­ków. Ja za każ­dym razem zosta­wiam tele­fon w samo­cho­dzie. Wiem, że powi­nie­nem przyjść w nocy, kiedy nikogo innego tutaj nie ma, gdy mnie i histo­rie ota­cza tylko ciem­ność.

Ale wtedy mnie i histo­rie ota­cza tylko ciem­ność.

Cóż, jestem tchó­rzem.

Wyj­muję mapę, by zazna­czyć, dokąd dotar­łem, spi­suję odczyty, po czym kie­ruję się z powro­tem do auta. Park roz­ciąga się na tere­nie trzech miast, na powierzchni około sze­ściu i pół kilo­me­tra i wyzna­cza gra­nice hrabstw oraz szkol­nych okrę­gów. Docie­ram do miej­sca, gdzie las gwał­tow­nie się koń­czy i zmie­nia w oto­czone drew­nia­nym pło­tem pole oraz sto­dołę. A także dom.

Dom Jone­sów.

Prze­cho­dzi mnie dreszcz. Wiem o domu Jone­sów, bo każdy o nim sły­szał. No i Sut­ton cho­dzi do szkoły z dziew­czyną, która brała udział w tych wyda­rze­niach. Dodał też do tego swoje trzy gro­sze, opo­wia­da­jąc o niej tej zimy pod­czas szko­le­nia dla base­bal­li­stów. Ponadto o tym, co się tam wyda­rzyło, gazety roz­pi­sy­wały się przez wiele tygo­dni, podob­nie jak to było w przy­padku zagi­nię­cia Liama dwa lata temu. Tak to bywa z tra­ge­diami; ludzie nie potra­fią się od nich ode­rwać.

I, jak widać, niczym się nie róż­nię od gapiów.

W tam­tym domu nie wyda­rzyło się nic para­nor­mal­nego, choć pamię­tam słowa tej medium o ener­gii. Zasta­na­wiam się, co mogło pozo­stać w takim miej­scu. Być może pomiary przy­da­łyby mi się do jakie­goś porów­na­nia, no bo jed­nak: co mi szko­dzi?

Prze­cho­dzę przez pole i prze­ska­kuję nad pło­tem, zanim zmie­nię zda­nie. W domu nikt już nie mieszka, ale od frontu na tere­nie ogródka posta­wiono znak: "Na sprze­daż". Mimo dużej odle­gło­ści od budynku, wycią­gam mier­nik fal elek­tro­ma­gne­tycz­nych, by odczy­tać pod­sta­wowe pomiary. Chwilę póź­niej pod­cho­dzę bli­żej, wspi­nam się na ganek i przy­ci­skam czoło do naj­bliż­szego okna, żeby zaj­rzeć do środka.

Zasłony są odsu­nięte, dzięki czemu widzę zarysy kanapy, lampy oraz zdjęć. W gło­wie świta mi, że coś jest nie tak, więc zaglą­dam jesz­cze raz. Obrazy wiszą krzywo, kilka z nich pospa­dało na pod­łogę. Zła aura wręcz bije od tego domu, aż czuję gęsią skórkę na karku.

Dusząc w sobie nie­po­kój, przy­kła­dam mier­nik do kamien­nej ściany i wtedy sły­szę jakiś odgłos...

Kroki. Szyb­kie jak bły­ska­wica, a jed­nak cichu­teń­kie.

Serce pod­ska­kuje mi do gar­dła, gdy obok domu dostrze­gam jakiś zama­zany kształt, ale chwilę póź­niej orien­tuję się, że to nie duch, a dziew­czyna. Ma dłu­gie, blade nogi i burzę ciem­nych wło­sów, garbi się nad kie­row­nicą roweru.

O "dziew­czy­nie" wspo­mi­nały gazety i opo­wia­dał Sut­ton.

Obser­wuję, jak odjeż­dża. Nawet nie zauważa, że tam stoję.

Mijam się na pod­jeź­dzie z dostawcą pizzy i nagle stoję przed coty­go­dnio­wym dyle­ma­tem: zjeść pizzę i dać się wcią­gnąć w świat zagi­nio­nych dzieci, czy wkraść się po scho­dach na tyłach domu pro­sto do zaci­sza wła­snego pokoju i pozwo­lić, by głód zże­rał mi żołą­dek. Z chę­cią posta­wił­bym na opcję numer trzy, czyli pod­je­chać do restau­ra­cji dla zmo­to­ry­zo­wa­nych, ale więk­szość oszczęd­no­ści wyda­łem na sprzęt, a moja rze­koma praca to jedy­nie wytwór wyobraźni rodzi­ców.

Kie­ru­jąc się w stronę domu, wyobra­żam sobie, że jestem gazelą na sawan­nie. Głód wygrywa. Lew szy­kuje się do skoku.

- Wypu­ścili cię dziś tak wcze­śnie? - pyta tata, gdy się­gam po kawa­łek z pudełka.

- Aha - kła­mię.

Powie­dzia­łem im, że udzie­lam kore­pe­ty­cji. Że to praca w biblio­tece. Że potrze­buję pie­nię­dzy na stu­dia, bo wiem, że ostat­nio z tym u nas kru­cho. W końcu tak wiele wydali na poszu­ki­wa­nia Liama, a póź­niej na fun­da­cję.

Jak mógł­bym myśleć o tym, kto zapłaci za moje stu­dia, gdy tyle dzieci uznaje się za zagi­nione? Prio­ry­tety, Nolan.

- No cóż, dobrze, że już jesteś - mówi, poda­jąc mi talerz. - Przy­da­łaby nam się twoja pomoc na gorą­cej linii...

Wykrę­cam się gadką o nauce do egza­mi­nów i kładę sobie jesz­cze kilka kawa­łów pizzy na tale­rzu. Nie kła­mię o testach, cho­ciaż przy­go­to­wy­wa­nie się do nich będzie musiało jesz­cze tro­chę pocze­kać. Potrze­buję iść na górę i nanieść dane punk­tów na jedną z map parku, którą mam na kom­pu­te­rze. Zoba­czyć, czy któ­reś się nie nakła­dają, czy nie ma w nich jakie­goś sche­matu, jakie­goś błędu w prze­wi­dy­wa­niu.

Wycią­gam z lodówki napój gazo­wany, a na linii wzroku miga mi nowa twarz, docze­piona do ściany kawał­kiem taśmy. Nie patrzę na nią, bo te zdję­cia... Mają siłę wypa­tro­sza­nia, otu­ma­nia­nia, spra­wia­nia, że czło­wiek czuje, jakby coś w nim umarło.

Muszę się stąd wydo­stać, bo ota­czają mnie tutaj same duchy.

Rozdział 3

3

KEN­NEDY

Gdy w końcu wra­cam, Joe już nie śpi i jest pod prysz­ni­cem. Do czasu jego wyj­ścia z łazienki udaje mi się scho­wać rower do garażu i prze­brać w piżamę.

Nie mogę uwie­rzyć, że prze­spa­łam w daw­nym domu tyle czasu. Obu­dziło mnie moje wła­sne wzdry­gnię­cie, poczu­cie, że ktoś tam jest, jakaś obec­ność. Zupeł­nie jakby histo­rie szep­tane przez dzie­ciaki w ciem­no­ści, by się nastra­szyć, oka­zały się praw­dziwe. Pro­mie­nie sło­neczne szybko jed­nak wpeł­zły do środka, wnę­trze poja­śniało, a ja przy­po­mnia­łam sobie, że jestem sama.

Joe oznaj­mia, że więk­szość soboty musi spę­dzić na kam­pu­sie, ale pew­nie wyol­brzy­mia z tym przy­mu­sem.

Pra­cuje rzadko, trzeba mu to przy­znać, ale cza­sami myślę, że wyra­bia sobie nad­go­dziny, byle tylko zna­leźć powód do wyj­ścia z domu. Nawet nie potra­fię go za to winić.

Tak naprawdę doga­du­jemy się cał­kiem nie­źle, zwa­żyw­szy na to, że zosta­li­śmy współ­lo­ka­to­rami w dosyć nie­ocze­ki­wany spo­sób. W prak­tyce, jeśli cho­dzi o prawo i sądy, wszystko gra, w teo­rii jed­nak nie przy­jął zbyt dobrze faktu, że nagle musiał stać się odpo­wie­dzialny za swoją szes­na­sto­let­nią sio­strze­nicę. Nie mogę powie­dzieć, żebym i ja dobrze to znio­sła. Trudno mi trak­to­wać go poważ­nie i się go słu­chać, skoro do tej pory był tylko nieco nieodpo­wie­dzialnym, dużo młod­szym bra­tem mamy, który na kilka lat odpu­ścił sobie uni­we­rek, bo chciał "zoba­czyć tro­chę świata". Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że kie­dyś rzadko był obecny, jeśli cho­dziło o sprawy rodzinne, a teraz moja obec­ność z kolei zapewne nieco koli­duje z jego kawa­ler­skim sty­lem życia.

Pozy­tywy są takie, że czę­sto daje mi spo­kój. Wyzna­czył pod­sta­wowe zasady, które pew­nego wie­czoru wymy­ślił na pocze­ka­niu, a ja zwy­kle sta­ram się ich trzy­mać, by móc toczyć walki, kiedy sytu­acja rze­czy­wi­ście tego wymaga. Żad­nego alko­holu (nie ma sprawy), żad­nych chło­pa­ków (jak poprzed­nio), żad­nego waga­ro­wa­nia (zwy­kle okej). Jeśli kie­dy­kol­wiek przy­ła­pie mnie na wymy­ka­niu się z domu, powiem mu, że tech­nicz­nie nie zła­ma­łam żad­nej z jego zasad i będę mieć nadzieję, że to kupi. Wal­czę z nim jed­nak zacię­cie, jeśli cho­dzi o dawny dom.

On chce go sprze­dać. Ja nie. Po tym, jak przez więk­szość życia prze­no­si­li­śmy się z mamą z jed­nego kam­pu­so­wego miesz­ka­nia do dru­giego, po raz pierw­szy dosta­li­śmy dom z naszym nazwi­skiem na doku­men­tach oraz kawał­kiem ziemi. Według mamy to wła­śnie tu mie­li­śmy zapu­ścić korze­nie.

To jedyne miej­sce, w któ­rym wciąż wyczu­wam ich obec­ność.

Z for­mal­nego punktu widze­nia dom należy teraz do mnie.

Z tech­nicz­nego punktu widze­nia decy­zja należy do Joego, ponie­waż to on płaci rachunki.

Niech dia­bli wezmą wszyst­kie te szcze­góły.

W końcu spo­ty­kamy się przy śnia­da­niu. A może lun­chu? Spo­glą­dam na zega­rek: trudno stwier­dzić, jaka to dokład­nie pora. Na kuchen­nym sto­liku cze­kają dwa rodzaje płat­ków - robimy zakupy osobno, ale lubimy podobne rze­czy. Tylko raz wyszli­śmy razem na zakupy i to wła­śnie wtedy kobieta za kasą posłała mu spoj­rze­nie pełne kry­tyki, po czym odcią­gnęła mnie na bok, by zapy­tać, czy wszystko u mnie w porządku. Joe jest za stary, żeby ucho­dzić za mojego brata, zbyt młody, by być ojcem, a na doda­tek nie do końca wie, jak się przy mnie zacho­wy­wać, by wyglą­dało to natu­ral­nie. Tak czy siak, jeśli cho­dzi o komen­tarz kasjerki, wyśmia­łam go i uda­łam, że wymio­tuję, ale Joe się prze­ra­ził. Od tam­tej pory daje mi kasę na wła­sne wydatki i pod­rzuca do sklepu, mówiąc, że ma kilka spraw do zała­twie­nia. Podej­rze­wam, że po pro­stu robi kilka run­dek dookoła super­mar­ketu, po czym wraca, gdy daję mu znać, że skoń­czy­łam.

- Co masz dzi­siaj w pla­nach? - pyta, po czym sior­bie resztkę mleka pro­sto z miski.

- Nic takiego - odpo­wia­dam.

Pota­kuje, jak­bym jakimś cudem powie­działa to, co chciał usły­szeć.

- Albert­so­no­wie pro­sili, żebym ci prze­ka­zał, że możesz korzy­stać z ich basenu, kiedy tylko chcesz. Miesz­kają w tym żół­tym domu na rogu. Mają dwie córki bliź­niaczki w twoim wieku.

- Będę pamię­tać.

Wiem, gdzie miesz­kają Albert­so­no­wie, znam też ich córki (nawia­sem mówiąc, dwa lata ode mnie młod­sze, a nie w moim wieku) i żaden upał nie zmu­sił mnie do tego, by odwie­dzić ich basen na tyłach domu.

Joe zanosi miskę do zlewu, obmywa i wkłada do zmy­warki, po czym otwiera lodówkę.

- Wrócę z czymś na obiad - dodaje.

- Okej.

Ma na sobie dżinsy i szarą koszulkę, co naj­wy­raź­niej jest sto­sow­nym stro­jem dla dok­to­ranta na uni­wer­sy­te­cie. Tak do końca nie wiem, co on tam w ogóle robi. Chyba pro­wa­dzi jakieś bada­nia antro­po­lo­giczne i uczy. Daw­niej sporo podró­żo­wał, a to kolejny aspekt jego życia, który naru­szy­łam. Jego obec­ność tutaj była jed­nym z głów­nych powo­dów, dla któ­rych mama przy­jęła posadę wykła­dowcy. To przez niego prze­nie­śli­śmy się w to miej­sce, do West Arbor­dale w sta­nie Wir­gi­nia, choć więk­szość życia spę­dzi­li­śmy na przed­mie­ściach Waszyng­tonu. Niby podobne warunki, a jed­nak kom­plet­nie inna rze­czy­wi­stość.

Joe na­dal żyje tro­chę jak stu­dent, choć nieco poni­żej moich ocze­ki­wań jako przy­szłej stu­dentki. Żywi się głów­nie klu­skami, wypija hek­to­li­try kawy i rzadko robi pra­nie. Sta­ra­łam się go prze­ko­nać do zamiesz­ka­nia w moim domu, gdzie mie­li­by­śmy o wiele wię­cej miej­sca; może nawet do małego remontu, by nic nie przy­po­mi­nało o tym, co się wyda­rzyło, ale podob­nie jak inni, ni­gdy już nie posta­wił tam stopy.

- Możemy kupić coś więk­szego za pie­nią­dze ze sprze­daży - zasu­ge­ro­wał po pierw­szych kilku tygo­dniach wspól­nego miesz­ka­nia, gdy dzie­le­nie łazienki z nasto­latką i vice versa stało się naprawdę żenu­ją­cym doświad­cze­niem.

Tak jak­bym po skoń­cze­niu liceum w ogóle miała zamiar zostać tu dłu­żej.

- Może nie wybie­gajmy aż tak daleko w przy­szłość - odpar­łam wtedy, a on przy­jął to z wyraźną ulgą.

Dla­tego wciąż tkwimy w cia­snym dwu­po­ko­jo­wym domu z jedną łazienką, choć nie­całe dzie­sięć kilo­me­trów stąd stoi duży dom na roz­le­głej działce z obser­wa­to­rium. On ustąpi. Wiem to. Ale w mię­dzy­cza­sie nie mogę dopu­ścić do sprze­daży domu.

- No dobra, zadzwoń, jeśli będziesz cze­goś potrze­bo­wać. Albo jeśli wybie­rzesz się do Albert­so­nów.

- Tak zro­bię - odpo­wia­dam.

Znów nie­zręcz­nie krą­żymy wokół sie­bie, bo Joe nie może się zde­cy­do­wać, czy pokle­pać mnie po gło­wie, czy po ramie­niu, a ja uno­szę dłoń, żeby nie­zbyt entu­zja­stycz­nie poma­chać mu na poże­gna­nie, zanim ruszy. Za późno. Decy­duje się na głowę i pokle­puje mnie po niej dwa razy, jak­bym była szcze­niacz­kiem.

Sta­ram się mu odpu­ścić, bo naprawdę wyświad­cza mi ogromną przy­sługę. To kolejny szcze­gół, gdyby na­dal je zli­czać. W grud­niu zeszłego roku odbyły się roz­mowy, czy zamiesz­ka­nie z tatą nie byłoby dla mnie lep­sze.

Nie byłoby.

To, co warto wie­dzieć o ojcu, mogła­bym poli­czyć na pal­cach jed­nej ręki: zrzekł się praw rodzi­ciel­skich, gdy byłam jesz­cze mała, obec­nie mieszka w Niem­czech ze swoją nową żoną i do zeszłego grud­nia, gdy się poja­wił, nie widzia­łam go przez sie­dem lat.

Choć w testa­men­cie mamy Joe figu­ro­wał jako opie­kun, mógł zde­cy­do­wać, czy podej­mie się tej roli. Gdyby czuł, że to ponad jego siły, ist­niała jesz­cze jedna opcja. Ojciec i jego nowa żona (Betty? Betsy? - na­dal nie wiem) przy­je­chali po tym, jak Joe do nich zadzwo­nił. Ich wizyta miała na celu głów­nie zło­że­nie krót­kich, ale nie­zręcz­nych kon­do­len­cji i prze­dys­ku­to­wa­nie z wuj­kiem, co się ze mną sta­nie. Sły­sza­łam, jak roz­ma­wiają o tym pew­nej nocy w salo­nie. Stwo­rzyli listę "za i prze­ciw", która doty­czyła wyłącz­nie mnie.

- To tylko pół­tora roku - powie­dzia­łam Joemu dzień póź­niej, sta­ra­jąc się prze­chy­lić szalę na wła­sną korzyść. Tylko tyle, nim osią­gnę peł­no­let­niość, wyjadę na stu­dia i będzie miał mnie z głowy. Obie­cy­wa­łam, że się uda.

Joe uda­wał, że nawet nie musi się nad tym zasta­na­wiać. "Oczy­wi­ście, Ken­nedy, to nawet nie pod­lega dys­ku­sji". No bła­gam, ściany tutaj nie są aż tak grube, jak by chciały.

Ma dwa­dzie­ścia dzie­więć lat, a ja wpro­wa­dzi­łam chaos do jego życia. Omi­nęły go wszyst­kie szcze­góły szes­na­stu lat rodzi­ciel­stwa. Dla­tego wła­śnie się sta­ram.

Wyco­fuję się do zagra­co­nej prze­strzeni, która była kie­dyś poko­jem tele­wi­zyj­nym, a teraz mie­ści moje łóżko, biurko, komodę oraz pudła. Jedyną ozdobą jest sto­jące na para­pe­cie, opra­wione w ramkę zdję­cie z zeszłej jesieni: ja, Elliot i mama sto­imy na szczy­cie latarni mor­skiej. Wiatr zwiewa moje włosy na twarz brata, on stara się mnie ode­pchnąć, a mama śmieje się rado­śnie. To nasze ostat­nie wspólne zdję­cie, jakie mam. Poje­cha­li­śmy wtedy na week­en­dową wycieczkę, bo mama miała kon­fe­ren­cję naukową.

Zdję­cie zro­bił kolega z pracy mamy (łamane na jej nowy part­ner) Will. To on wpadł na pomysł wyjazdu, choć nie sądzę, że się nas wtedy spo­dzie­wał. Prawdę powie­dziaw­szy, wola­łam spę­dzić nasz ostatni dzień nad hote­lo­wym base­nem, ale mama się uparła, więc poje­cha­li­śmy.

Dwie­ście dwa­dzie­ścia scho­dów na szczyt i przez całą drogę opo­wia­dała nam o histo­rii tej latarni, Elliot recy­to­wał fakty o jej budo­wie, Will cią­gle popra­wiał ich oboje, a ja sta­ra­łam się tego wszyst­kiego nie sły­szeć. Wspi­na­łam się, prze­su­wa­jąc dło­nią po zim­nej, beto­no­wej, owal­nej ścia­nie, licząc w gło­wie schody, a głos mamy odbi­jał się po całej prze­strzeni.

Żałuję, że nie sku­pia­łam się wtedy bar­dziej na jej sło­wach, że nie pamię­tam, o czym mówiła, cho­ciaż w gło­wie pozo­stał mi ton jej głosu, mimo że bar­dziej obcho­dziło mnie licze­nie. Elliot pew­nie cały czas słu­chał, i nie dla­tego, że myślał, iż tak trzeba. Chyba naprawdę był zain­te­re­so­wany, jak zwy­kle, gdy sły­szał o czymś nowym. Jak na ludzi, któ­rzy fizycz­nie mają ze sobą tyle wspól­nego, kosz­mar­nie róż­ni­li­śmy się w środku. Mama czę­sto żar­to­wała, przy­się­ga­jąc, że na pewno wycho­wy­wała nas w ten sam spo­sób, na co Elliot odpo­wia­dał, że zamy­kał mnie w gar­de­ro­bie za każ­dym razem, kiedy jej nie było. Oczy­wi­ście żar­to­wał, bo ni­gdy by mi cze­goś takiego nie zro­bił, ale to wła­śnie cały Elliot - gotów wziąć na sie­bie winę za to, że nieco za wysoko posta­wił mi poprzeczkę.

Pomi­ja­jąc zdję­cie, ubra­nia i kom­pu­ter, nie doszłam jesz­cze do cał­ko­wi­tego roz­pa­ko­wa­nia swo­ich rze­czy czy roz­gosz­cze­nia się. Jak już wcze­śniej wspo­mi­na­łam, opty­mistka ze mnie.

Pobie­ram dane z radio­te­le­skopu na lap­topa i od razu widzę, że coś się nie zga­dza. I to nie w dobry spo­sób, który suge­ro­wałby, że tele­skop wychwy­cił coś innego niż szum tła. Zamiast tego widzę coś, co wska­zuje na to, że mógł się popsuć.

Zwy­kle radio­te­le­skopy usta­wia się tak, by moni­to­ro­wać czę­sto­tli­wo­ści, na jakich sygnały mogą być wysy­łane w kosmo­sie. Odczyty zwy­kle wyglą­dają jak wynik EKG: z reguły jest to pła­ska linia z małymi szczy­tami i doli­nami.

Na dzi­siej­szym odczy­cie nie ma niczego, nawet szumu tła. Dopiero po chwili orien­tuję się, że radio­te­le­skop nie zare­je­stro­wał wła­ści­wego kanału czę­sto­tli­wo­ści. Jest usta­wiony na coś innego albo wychwy­cił jakieś zakłó­ce­nia, jak mi się wydaje.

To Elliot zbu­do­wał talerz i stwo­rzył pro­gram, więc muszę nieco wydłu­żyć skalę, aż w końcu odnaj­duję dane z rze­czy­wi­stą aktyw­no­ścią. W pierw­szej chwili, gdy widzę część odczytu, serce zaczyna mi bić moc­niej. Przy­po­mina bowiem powta­rza­jący się, ryt­miczny sche­mat: szybki skok, dłuż­sza pauza i tak w kółko, co przy­po­mina sygnał albo wia­do­mość.

Przy­bli­żam twarz do ekranu, aż widzę w nim wła­sne odbi­cie: mam sze­roko otwarte oczy i usta. Uświa­da­miam sobie, że gdzieś się wkradł ogromny błąd, albo w pro­gra­mie, albo w samym radio­te­le­sko­pie, bo ta poten­cjalna aktyw­ność zapi­sała się w miej­scu, gdzie nie powinna ist­nieć żadna czę­sto­tli­wość. Pro­gram poka­zuje coś, co mogłoby ucho­dzić za zwy­kłą czę­sto­tli­wość fali radio­wej, z tym, że jest ujemna.

Ujemna.

Wydaję z sie­bie pełen fru­stra­cji jęk. Może i uczę się fizyki dopiero od roku, ale wiem, że nie ist­nieje coś takiego jak czę­sto­tli­wość ujemna. Nie w praw­dzi­wej rze­czy­wi­sto­ści. I zde­cy­do­wa­nie nie w pro­gra­mie, który Elliot stwo­rzył do zapi­sy­wa­nia odczy­tów. To nie ma sensu.

Na wszelki wypa­dek spraw­dzam jesz­cze raz (bo w końcu mam za sobą tylko rok fizyki) i wpi­suję do wyszu­ki­warki wyra­że­nie "czę­sto­tli­wość ujemna", ale wyniki potwier­dzają to, co sama podej­rze­wa­łam: ist­nieje tylko i wyłącz­nie w teo­rii mate­ma­tycz­nej, nie w rze­czy­wi­sto­ści.

Spraw­dzam dane w poszu­ki­wa­niu znacz­ni­ków czasu i widzę, że zapis powstał tuż po pierw­szej w nocy, nie­długo przed tym, jak wszystko pobra­łam.

Cho­lerny Marco. Mam nadzieję, że zeszłej nocy nie popsuli tale­rza w sate­li­cie. Że Lydia nie przy­sia­dła sobie na nim, a Sut­ton nie celo­wał butelką piwa w jego śro­dek. Że Marco nie zato­czył się na niego, wra­ca­jąc do kole­gów, i nie zabu­rzył jego osi.

Pew­nie to tylko wina pro­gramu, ale dla mnie to chyba jesz­cze gorzej - nawet nie wie­dzia­ła­bym, od czego zacząć, by go napra­wić.

Boże, jaki upał... Czeka mnie jed­nak kolejna dzie­się­cio­ki­lo­me­trowa prze­jażdżka.

Talerz wygląda, jak powi­nien, ale to Elliot go zbu­do­wał, więc nie jestem pewna, co tak naprawdę dzieje się wewnątrz niego. Na­dal jest skie­ro­wany we wła­ści­wym kie­runku, a jeśli cho­dzi o samą jego budowę, wszystko wydaje się być w porządku. Kable są zako­pane w ziemi, ale one będą musiały pocze­kać. Naj­le­piej zacząć od poszu­ki­wa­nia naj­prost­szej przy­czyny.

Odda­lam się od domu, prze­cho­dzę przez drew­niany płot i prze­mie­rzam pole. Dopiero tutaj zaczyna się zabu­dowa, głów­nie skromne dwu­pię­trowe domki z zadba­nymi podwór­kami na tyłach oraz gara­żami na dwa samo­chody. Dom Marka to ten trzeci na prawo od miej­sca, z któ­rego wycho­dzę na osie­dle - od strony pola, nie ulicy. Na pod­jeź­dzie stoi stary zie­lony sedan, samo­chód chło­paka, więc w garażu pew­nie zapar­ko­wali jego rodzice.

Dzwo­nię do drzwi, chwilę póź­niej sły­szę kroki. Otwiera mi jego mama ubrana w strój do ćwi­czeń. Nie ma ani grama tapety na twa­rzy, a włosy zwią­zała sobie w nie­chlujny kok. W tej wer­sji, zre­lak­so­wa­nej i siel­skiej, tak bar­dzo przy­po­mina mi moją mamę, że instynk­tow­nie odwra­cam wzrok.

- Dzień dobry - zaczy­nam. - Zasta­łam Marca?

Zdu­miony, choć pełen współ­czu­cia wyraz twa­rzy kobiety zmie­nia się w końcu w pełen bólu uśmiech.

- Ken­nedy, jak miło cię widzieć! Dzwo­ni­łaś do niego? Wydaje mi się, że na­dal śpi. - Empa­tia i zasko­cze­nie dzia­łają na moją korzyść, co dora­sta­jąc, nauczy­łam się wyko­rzy­sty­wać zarówno wobec rodzi­ców, jak i nauczy­cieli. Otwiera sze­rzej drzwi i odka­słuje. - No, to leć na górę.

- To zaj­mie tylko minutkę - odpo­wia­dam, by ją uspo­koić.

Pukam do drzwi, liczę do pię­ciu, po czym wcho­dzę do pokoju. Marco pod­nosi się na łóżku do pozy­cji sie­dzą­cej. Z odgłosu, jaki wymyka mu się z ust, wnio­skuję, że ma kaca, co nawet mnie nie dziwi. Nie komen­tuje mojej obec­no­ści, tylko kła­dzie się z powro­tem i unosi dłoń na powi­ta­nie. Jest zdez­o­rien­to­wany, a ja znów czuję, że żołą­dek mi się skręca, podob­nie jak wtedy we wrze­śniu, kiedy po raz pierw­szy sie­dzia­łam w jego pokoju, pra­cu­jąc nad pro­jek­tem do szkoły, gdy wie­dzia­łam już, że lubi mnie z wza­jem­no­ścią. Będąc tak bli­sko niego, mogłam myśleć tylko o tym, co się nie­długo wyda­rzy.

Bie­żąca kal­ku­la­cja: pięć kro­ków od stóp Marco.

- Marco - zaczy­nam, a on zakrywa oczy ramie­niem. - Robi­li­ście coś wczo­raj wie­czo­rem z tele­sko­pem?

- Że co? - Pociera oczy, znów siada na łóżku i krzy­żuje nogi pod koł­drą. - Hej, Ken­nedy - mówi, jak­by­śmy zaczy­nali od początku.

Pod­cho­dzę o krok bli­żej niego.

- Radio­te­le­skop. Talerz sate­li­tarny. Robi­li­ście z nim coś? - Bie­żąca kal­ku­la­cja: cztery kroki od łóżka Marca.

- Nawet go nie doty­ka­li­śmy - odpo­wiada, teraz już roz­bu­dzony. Mruga dwa razy tymi swo­imi brą­zo­wymi oczami i marsz­czy brwi. - Skąd się tu wzię­łaś?

- Twoja mama mnie wpu­ściła. Co wy tam wczo­raj robi­li­ście?

Marco unosi jedno ramię, jakby nim wzru­sza­jąc.

- Lydia wpa­dła na ten pomysł.

I tak wła­śnie wypa­ro­wało moje uczu­cie do Marco. Nic ni­gdy nie działo się z jego winy albo nic ni­gdy nie było jego pomy­słem. Jest aż do bólu nie­zde­cy­do­wany, z per­spek­tywy czasu widzę to jesz­cze wyraź­niej.

- A niby po co Lydia chciała tam przyjść? - dopy­tuję.

Lydia to naj­lep­sza przy­ja­ciółka Marca, a Sut­ton to tak jakby jej chło­pak, ale nie lubią przy­kle­jać sobie żad­nych łatek, choć w ten spo­sób naj­traf­niej można by ich okre­ślić. Wszy­scy miesz­kają na tym samym osie­dlu zlo­ka­li­zo­wa­nym za moim domem.

- Czy ja wiem, byli­śmy u Sut­tona, jego rodzice wró­cili do domu, więc Lydia stwier­dziła, że powin­ni­śmy tam pójść, no i nie wiem, nie wpadł mi do głowy żaden powód, dla któ­rego nie powin­ni­śmy.

I to, dro­dzy pań­stwo, jest cały Marco. Prze­cze­suje pal­cami splą­tane włosy, a żadna cząstka mnie nie ma ochoty zro­bić tego za niego. Minęło pół roku, odkąd ostatni raz go doty­ka­łam, ale skła­ma­ła­bym, gdy­bym stwier­dziła, że przez ten czas o nim nie myśla­łam. Sześć mie­sięcy, jak widać, wystar­cza.

- I przy­się­gasz, że jej nie doty­ka­li­ście?

- Przy­się­gam.

Odwra­cam się i wycho­dzę, a on za mną woła. Nie odwra­cam się.

Już u Joego jesz­cze raz spo­glą­dam na dane. W innej sytu­acji zigno­ro­wa­ła­bym ten zapis, ale tym razem zde­cy­do­wa­nie widać jakiś sche­mat. Skok co każde trzy sekundy albo coś w ten deseń. Powtórka. I tak w kółko. Loguję się na forum fanów SETI i piszę posta:

Czy ktoś kie­dy­kol­wiek wyła­pał sygnał o ujem­nej czę­sto­tli­wo­ści? Mam odczyt, na któ­rym widać sche­mat pul­so­wa­nia. Moż­liwe, że to jakieś zakłó­ce­nia. KJ

Publi­kuję.

Tak bar­dzo chcia­ła­bym, żeby Elliot tu był.

Rozdział 4

4

NOLAN

W domu panuje cisza, co ozna­cza, że mogę bez­piecz­nie zary­zy­ko­wać wyj­ście z pokoju. Dziś gotuje tata, co jest odro­binę lep­sze od tego, gdy robi to mama, ale dużo gor­sze od zama­wia­nia jedze­nia. Mie­sza­jąc maka­ron, wpa­truje się w zdję­cia zagi­nio­nych.

- Jak ci idzie nauka, Nolan?

- W porządku - odpo­wia­dam.

- Słu­chaj, mógł­byś pomóc nam jutro po połu­dniu, zanim wpad­nie Mike? Ktoś musi czu­wać nad nowymi wolon­ta­riu­szami. Mam spo­tka­nie w mie­ście, a wiesz, jak to bywa z mamą i tele­fo­nem - prosi, kon­spi­ra­cyj­nie zni­ża­jąc głos.

- Jak to bywa z mamą i czym? - pyta mama, wycią­ga­jąc z uszu słu­chawki i zwi­ja­jąc je.

- Z goto­wa­niem - odpo­wia­dam. - Bez urazy, mamuś. - "Z mamą i tele­fo­nem" bywa dokład­nie tak: wszystko odbiera strasz­nie oso­bi­ście. Za bar­dzo się wczuwa, co już wiele mówi, zwa­żyw­szy na to, że za nor­malne w naszym domu uważa się wie­sza­nie zdjęć zagi­nio­nych cudzych dzieci.

- Hm - mru­czy, czo­chra­jąc mi włosy, kiedy prze­cho­dzi obok.

Tata pyta­jąco unosi brew, a ja kiwam głową, poko­nany. A oni się dzi­wią, dla­czego tak rzadko wycho­dzę z pokoju.

Mapy kom­plet­nie nie mają sensu, a może po pro­stu nie łączą się tak, jak­bym tego chciał - nie zare­je­stro­wało się nic, co wykra­cza­łoby poza dzia­ła­nie zwy­kłych sprzę­tów domo­wych. Może po pro­stu nasta­wi­łem się na coś więk­szego, a powi­nie­nem szu­kać sub­tel­niej­szych sygna­łów. Jakichś deli­kat­nych wahań, cze­goś nie­prze­wi­dy­wal­nego. Na jed­nym z pla­nów ozna­czy­łem wszyst­kie legendy i histo­rie o duchach (oraz zagi­nio­nego brata). Na innym odczyty pola elek­tro­ma­gne­tycz­nego, skraj­nie niskich czę­sto­tli­wo­ści oraz z licz­nika Geigera, ale nie wydają się być ze sobą powią­zane. Muszę przyj­rzeć się bli­żej szcze­gó­łom.

Nie stać mnie było na cyfrowy mier­nik pola elek­tro­ma­gne­tycz­nego naj­wyż­szej jako­ści, dla­tego teraz muszę sobie radzić za pomocą takiego z tar­czą, która wygląda tro­chę jak pręd­ko­ścio­mierz w moim sta­rym samo­cho­dzie. Sły­sząc kroki rodzi­ców na drew­nia­nej klatce scho­do­wej, decy­duję się na zro­bie­nie pomia­rów także dookoła domu, żeby mieć jakieś porów­na­nie. Odcze­kuję godzinę, by mieć pew­ność, że wszy­scy głę­boko już śpią, bo jed­nak nie wie­dzą o moich dodat­ko­wych dzia­ła­niach.

Scho­dzę w ciem­no­ści po scho­dach, ale zapa­lam świa­tło w kuchni, po czym odczy­tuję dane z lodówki, mikro­fa­lówki i każ­dego innego sprzętu, który działa, po czym spi­suję je w note­sie. Po powro­cie do pokoju dodaję rów­nież kom­pu­ter oraz komórkę. Kiedy mam już wszystko, czego potrze­buję do porów­na­nia, rzu­cam mier­ni­kiem w kie­runku łóżka, ten jed­nak odbija się od ściany obok, aż się wzdry­gam. Pro­szę, nie popsuj się. Dla więk­szej dokład­no­ści pomia­rów powi­nie­nem ich doko­ny­wać tym samym urzą­dze­niem, a poza tym nie stać mnie na kupno nowego.

Mier­nik wygląda na nie­na­ru­szony, ale zanim go doty­kam, dostrze­gam, że coś chyba jed­nak schrza­ni­łem. No, kto by się spo­dzie­wał.

Leży na łóżku obok ściany, a wska­zówka ucieka poza zero, na war­tość ujemną. Pod­no­szę sprzęt i nieco go odsu­wam, a wtedy igła wska­zuje zero. Okej, może wszystko w porządku. Przy­su­wam mier­nik bli­żej kom­pu­tera i otrzy­muję ten sam wynik, co wcze­śniej. Tak samo z tele­fo­nem. Kładę go z powro­tem na łóżku, przo­dem do ściany, w tej samej pozy­cji, co wcze­śniej, i wska­zówka znowu ucieka poza zero.

Po dru­giej stro­nie tej ściany nie ma już nic, a przy­naj­mniej nic zwią­za­nego z elek­tro­niką. Łóżko Liama, ten sam koc, te same ubra­nia w sza­fie i te same liściki od Abby.

Jego kom­pu­ter należy teraz do mnie, tak jak wszystko, co miało więk­szą war­tość. Wystar­cza­jąco wiele razy prze­szu­ki­wa­łem szu­flady w jego pokoju, by wie­dzieć, że nie ma w nich już nic inte­re­su­ją­cego.

Mimo to wcho­dzę jed­nak do jego pokoju, włą­czam świa­tło i zamy­kam za sobą drzwi. Upły­nęły już dwa lata, ale cisza i pustka, jakie w nim panują, wciąż wytrą­cają mnie z rów­no­wagi. W nogach łóżka czeka wypło­wiały, nie­bie­ski koc, ten sam, na któ­rym uwiel­biał leżeć Colby, nawet kiedy Liama nie było w domu. Dalej tam jest, zupeł­nie jakby przy­po­mi­nał o wszyst­kim, czego wciąż bra­kuje.

Mier­nik w mojej dłoni wciąż prze­ska­kuje z pozy­cji neu­tral­nej na war­tość ujemną. Spraw­dzam pod łóż­kiem, w szu­fla­dach, w sza­fie, jed­nak nie znaj­duję niczego kon­kret­nego.

Coś musi być w ścia­nach. Wszyst­kie te rury i kable prze­wo­dzą prąd elek­tryczny. Może mamy jakąś wadliwą insta­la­cję. No cóż, jest tylko jeden spo­sób, żeby to spraw­dzić.

Scho­dzę do piw­nicy i pod wpły­wem impulsu odłą­czam zasi­la­nie w całym domu.

Pod wpły­wem impulsu, bo stoję teraz w piw­nicy, pogrą­żony w kom­plet­nej ciem­no­ści, z mier­ni­kiem pola elek­tro­ma­gne­tycz­nego w dłoni, i nagle ani tro­chę nie chcę spraw­dzać pomiaru.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki