Der Geist Polonias. Dwa wieki recepcji kultury polskiej w Niemczech 1741-1942
Wiek XVIII rodzi w niemieckiej narracji o Polsce na podglebiu ideologii oświeceniowej i w politycznych warunkach absolutystycznej formy rządów krajów niemieckich wyobrażenia, które, ewoluując potem mniej lub bardziej, w gruncie rzeczy trwale określą niemiecki wizerunek Polski i Polaków aż po obecne czasy - a na pewno żywe były one jeszcze w minionym stuleciu. W swoim głównym, negatywnym nurcie wyobrażenia te kulminują w nazistowskiej antypolskiej propagandzie roku 1939 i lat 40. Te społeczne, historycznie weryfikowalne zjawiska wyznaczyły chronologiczne ramy wydanej przeze mnie przed kilku laty antologii Der Geist Polonias1. Po roku 1945 specyfika, dynamika i złożoność kształtowania się odnośnej narracji, w której elementy owego wcześniejszego wizerunku (lub ich warianty) będą z rozmaitą intensywnością i na rozmaitych poziomach dyskursów społecznych, politycznych, intelektualnych powracać, musiałaby stać się przedmiotem odrębnego opracowania. Następujące wtedy półwiecze było bowiem bezprzykładnym w dotychczasowych dziejach wzajemnych stosunków okresem intensywnego dialogu między Niemcami i Polakami, obfitującego we wzloty i upadki, nadzieje i zawody, ale uparcie przez obydwie strony kontynuowanego. Co jeszcze półwiecze to odróżniało od wcześniejszych okresów, to fakt, że dialog ów (a może należałoby prościej powiedzieć: wymiana) odbywał się teraz także, i to na masową skalę, na dolnych szczeblach drabiny społecznej, przestając być zajęciem elit czy w ogóle warstw wykształconych.
W wieku XVII Polska zaistniała (pomijając polityczną propagandę czasu wojen szwedzkich i religijnie umotywowaną i niechętną Polsce propagandę protestancką w całym tym stuleciu) w szerokiej opinii krajów niemieckich po zwycięskiej rozprawie Jana III Sobieskiego z Turkami pod Wiedniem w 1683 r. Entuzjazm, jaki ogarnął wówczas Niemców w całym cesarstwie (nieskutecznie tonowany przez wiedeński dwór), był niebywały - porównywalny może w swojej temperaturze z niemiecką Polenbegeisterung czasów powstania listopadowego. Szymon Askenazy komentował to zjawisko: "Takim było pożegnanie Niemiec z Polską XVII stulecia"2.
I
W europejski "wiek świateł", któremu wszystko to, co nazywamy kulturą/cywilizacją naszego kontynentu, zawdzięcza swój obecny kształt, wkraczała zatem Polska w kontekście wizerunkowych stosunków polsko-niemieckich z hipoteką w dużej mierze pozytywną (w której aktywa przynajmniej bilansowały deficyty). Rozpoczynająca się wtedy personalna unia polsko-saska (Drezno stało się poniekąd drugą stolicą Rzeczypospolitej) miała przynieść wzrost zainteresowania sprawami polskimi w krajach niemieckich. Korzystnie wpływał na tę konfigurację relacji wizerunkowych i politycznych fakt, że jak to podnosił autor pewnego anonimowego dziełka z początku XVIII w.: "Polska nie chce od Niemiec niczego i Niemcy niczego nie żądają od Polski. Bardzo życzyć by sobie trzeba, żeby wszystkie narody tak potrafiły obchodzić się ze sobą, a mało słyszelibyśmy wtedy o wojnach"3.
A jednak wbrew tym, sprzyjającym, zdawałoby się, okolicznościom, pierwsza połowa XVIII w. była, generalnie rzecz biorąc, czasem rozwoju i umacniania się krytycznego wizerunku Polski w niemieckiej opinii publicznej. Złożyło się na to kilka przyczyn.
Przede wszystkim na ciążący na Polsce od XVII w. negatywny jej obraz, wykreowany przez propagandę protestancką w konfrontacji z polską kontrreformacją i będącą jej pochodną ksenofobią braci sarmackiej, skierowanej w pierwszym rzędzie przeciwko Niemcom4, nałożyła się fatalnie sprawa tzw. tumultu toruńskiego z 1724 r., którego ofiarami padli niemieccy luteranie i który rujnował będzie opinię Polski nie tylko w Niemczech, ale i w całej Europie. W wyniku szeroko zakrojonej akcji propagandowej, sterowanej z Berlina przez środowisko Daniela Ernsta Jabłońskiego, wykreowany został obraz Polski jako kraju nietolerancyjnego, odwracającego się od Europy, w gruncie rzeczy dzikiego, barbarzyńskiego, znajdującego się niejako poza historią5. Kreślono w ten sposób nową geografię polityczną Polski, co miało natychmiastowe skutki w polityce międzynarodowej, bowiem Rosja i Prusy zaczęły wykorzystywać ten rodzący się negatywny topos dla uprawomocniania swojej destrukcyjnej polityki wobec Polski. Toruński stygmat nietolerancji, jakim napiętnowano wtedy Polskę, okazał się na tyle żywotny i politycznie nośny, że na "toruńską rzeź sądową" (Thorner Blutgericht) powoływał się jeszcze Bismarck dla usprawiedliwienia swojej antypolskiej polityki narodowościowej, a w literaturze niemieckiej temat ten eksploatowany był jeszcze dłużej, bo aż po "nadwiślańską powieść" Arnolda Kriegera Empörung in Thorn z 1939 r. Oczywiście, w XIX i XX w. odwrócono wektory toruńskiego konfliktu: z wyznaniowego na narodowy, o którym we współczesnych ulotkach i pismach nie było mowy.
Słabość Rzeczypospolitej, jaskrawo obnażona w III Wojnie Północnej, potwierdzała z kolei powstałe także już w poprzednim stuleciu opinie o cywilizacyjnym zacofaniu kraju, niewydajnej formie rządów i egzotycznych stosunkach społecznych6. To w tamtych latach powstaje historyczny, społeczny i mentalny klimat, który wyda z czasem żywotny do dziś i dominujący jeszcze do niedawna w niemieckim dyskursie o Polsce stereotyp "polnische Wirthschaft", zarchiwizowany następnie i wprowadzony do publicznego obiegu (tym samym i wzmocniony) pod koniec wieku przez Georga Forstera. Nie przypadkiem jeden z najwcześniejszych tekstów nasuwających skojarzenia z tym stereotypem znajduje się w Silesiographii Heneliusa (wydanie Fibigera z 1704), bowiem jak pisze Hubert Orłowski, autor fundamentalnej monografii zagadnienia, "zderzenie dwóch poziomów modernizacyjnych", z którego rodzi się wspomniany klimat i stereotyp, "miało na obszarze Śląska wyjątkowo spektakularny przebieg"7. Zderzenie to, jeżeli nawet w mniej spektakularnej formie, dokonuje się wówczas wzdłuż całego polsko-niemieckiego pogranicza. Masy ludności "głębokich" Niemiec nie miały dotąd na ogół doświadczeń polskich. Zaczyna to się teraz zmieniać wskutek tzw. "drugiego etapu alfabetyzacji" społeczeństwa niemieckiego w XVIII w., owocującego "rewolucją czytelniczą" (R. Engelsing) w rezultacie taniej i powszechnej dostępności słowa drukowanego, niosącego kształtujący się na ziemiach pogranicza negatywny wizerunek Polski w najdalsze zakątki krajów niemieckich.
W konkurencji dwóch systemów społeczno-ekonomicznych i politycznych, osadzonych w odmiennych aksjologiach, polski system feudalny oparty na typie władzy personalnej przegrywał od początku z niemieckim, odpersonalizowanym i zbiurokratyzowanym systemem mieszczańskim. W proces oświeceniowej modernizacji, którego współrzędnymi były "różnicowanie, racjonalizacja, indywidualizacja, profesjonalizacja i dyscyplinowanie"8, włączyć będzie usiłował Polskę Stanisław August Poniatowski i trafi na mur "czasów ubiegłych, a tu jeszcze trwających", jak pisał o polskich stosunkach Charles-Joseph de Ligne9. Relikty "czasów ubiegłych" trwające w najlepsze w Polsce osiemnastowiecznej to niewolnictwo chłopów ("Polscy chłopi są najbiedniejszymi ludźmi na świecie"10), bo tak zagraniczni, nie tylko niemieccy "spektatorzy" nazywają polskie przywiązanie chłopa do ziemi11, i upośledzenie mieszczaństwa. Budzą one u obcych bezbrzeżne osłupienie i wręcz przerażenie, kładąc się głębokim cieniem na wizerunku Polski, wzmacniając stereotyp kraju nietolerancyjnego, dzikiego i zacofanego.
Dokumentowany wtedy w niemieckich opisach podróżnych obraz chłopa wyłączonego przez ubezwłasnowolnienie z polskiej wspólnoty narodowej, umysłowo otępiałego, uprawiającego ziemię najprymitywniejszymi metodami, oraz szlachcica-ziemianina, trwoniącego wypracowywany przezeń majątek, staje się z czasem mocno zakorzenionym toposem w niemieckim dyskursie o Polsce, przywoływanym cyklicznie w zależności od aktualnych potrzeb politycznych, i powraca jeszcze w propagandowych relacjach z kampanii wrześniowej 1939 r.12 Inna sprawa, że związane z kwestią chłopską przemiany cywilizacyjne dokonywały się w Polsce, całkiem w rozumieniu braudelowskich struktur długiego trwania, bardzo powoli13. Na dobrą sprawę stosunki te i związane z nimi postawy mentalne zmieniła dopiero narzucona Polakom z zewnątrz rewolucja społeczna lat 1939-1956 w rozumieniu Andrzeja Ledera. Zaskakiwać może jednak, jak pisze warszawski filozof kultury, że jest ona we współczesnym polskim myśleniu "nieobecna". Zamiast tego dzisiejsza klasa średnia, którą ta rewolucja wygenerowała, mieszczaństwo (chłopstwem podszyte), "pławi się w nostalgicznych rojeniach na temat swojej pseudoszlacheckiej przeszłości"14. Na nieco inny tekst to wszakże temat.
Kwestia chłopska wiązała się w Polsce nierozerwalnie z kwestią mieszczańską, w Europie doby merkantylizmu równie intensywnie dyskutowaną. Postępująca od końca XVII w. dezurbanizacja kraju i polski brak przedsiębiorczości (bo trudno przedsiębiorczym nazwać powierzenie przez Rzeczpospolitą szlachecką swojego handlu zagranicznego praktycznie jednemu monopoliście, Gdańskowi, i trudno taką nazwać koncentrację na eksporcie przez gdańskie wrota na świat surowców - co wręcz przeczyło merkantylistycznemu nakazowi ich przetwarzania w kraju) sprawiały, że Polska nigdy nie stała się gospodarczym centrum, choćby tylko regionalnym. Stanisławowscy reformatorzy oceniali gospodarcze zapóźnienie wobec zachodu Europy na 100-150 lat. Jak palące to było zagadnienie w Polsce, widać choćby po tym, że za wskazane uznał przywołać je toruński (polski) Niemiec Christian Gottlieb Steiner w swojej historii literatury (!) polskiej, apelując do polskiego rządu, że: "Czas już jest zaprawdę, i to czas najwyższy", aby "jął się bardziej aniżeli dotąd bywało troszczyć o rozwój handlu, który nieskończenie tyle, przy tak łatwym zysku, przyniósł nam już strat i ciągle niestety jeszcze przynosi"15. Leksykon Zedlera informował w 1741 r.: "Kupiectwo [czyli handel] nie jest w Polsce szczególnie uprawiane"16. Nie trzeba specjalnie podkreślać, że warunkujące się nawzajem niewolnictwo chłopów i niedorozwój mieszczaństwa (bo w istniejących warunkach chłop nie mógł być dla niego liczącym się partnerem handlowym/konsumentem), dodatkowo i strukturalnie konserwowany przez przestarzałą stratyfikację społeczną miast, wpisywały się gładko w rodzący się stereotyp "polnische Wirthschaft" - obydwie te kwestie wiązały się przecież bezpośrednio z sektorami newralgicznymi dla gospodarki państwa, a pojemny ten stereotyp atakował agresywnie także jej niewydajność w Polsce.
Działo się tak, chociaż przywołana tu fundamentalna dla XVIII w. encyklopedia Zedlera przekonywała czytelników, że pod rządami Augusta II Mocnego "naród polski został bardzo ucywilizowany"17. Niemcy odwiedzający Polskę widzieli wszakże (niektórzy chcieli widzieć) co innego: die Verwirrung - przez pryzmat której to społeczno-politycznej i gospodarczej etykietki (także w formie przymiotnikowej: verwirrt = das verwirrte Polen) postrzegano ją coraz powszechniej najpóźniej od czasów Pufendorfa. Dla wspomnianych powyżej ustrojowo-strukturalnych warunków nie mogło tego zmienić niemieckie mieszczaństwo w Polsce, o którym Lorenz Mi(t)zler de Kolof, niemiecki apostoł oświecenia w Polsce, którego pierwsze zręby budował od połowy XVIII w. w Warszawie18, pisał:
Niemcy są pożyteczniejsi dla Polski aniżeli panowie Francuzi, którzy jeżeli tylko czegoś się dorobią, chętnie wracają do Francji. Inaczej zaś uczciwy i wytrwały Niemiec, który, skoro widzi, że może mieć z tego pożytek, staje się łatwo osiadłym i prawdziwym mieszkańcem kraju, z czego Rzeczpospolita ma o wiele więcej korzyści19.
W rzeczy samej, fakt, że świadomość potrzeby reform narastała w czasach saskich (ale działo się to przede wszystkim za rządów Augusta III, a nie jego poprzednika), aby doczekać się prób realizacji za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, przypisać trzeba w dużej mierze inteligencji niemieckiej wywodzącej się z niemieckiego mieszczaństwa w Polsce, która wniosła doniosły wkład w dzieło jej modernizacji od czasów wczesnego oświecenia aż po kres jej istnienia. Byli to Niemcy, poddani polscy, mieszkańcy ziem i ośrodków bezpośrednio związanych z kulturą niemiecką, a więc Prus Królewskich i przodujących w nich Gdańska i Torunia20. Z Torunia pochodził np. Christian Gottlieb, czyli Krystian Bogumuł, Steiner. Byli to też Niemcy napływający do Polski w okresie unii saskiej, jak choćby cytowany Lorenz Mi(t)zler de Kolof czy księgarz Michael Gröll. Niemiecko-polska współpraca nad dziełem reformy wspólnej ojczyzny jest u schyłku I Rzeczypospolitej refleksem zamierzonej współpracy z epoki jej gnieźnieńskiego blasku, a swoją wewnętrzną dynamiką i treścią najbardziej przypomina zygmuntowskie czasy Bonerów, Turzonów czy Decjuszy.
Wspomnianym Niemcom doby stanisławowskiej - uczestnikom, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, obopólnego transferu kulturowego - osiadłym w Polsce (wymienić tu trzeba jeszcze przynajmniej polihistora Gottfrieda Lengnicha z Gdańska, toruńskich redaktorów-publicystów Samuela L. Gereta i Theodora Baucha, pastora Ernsta Theodora Musoniusa z Leszna czy prefekta Biblioteki Załuskich, Jana Daniela Jaenischa-Janockiego), napływowym i sympatykom ich polskich działań w Niemczech (jak Johann Joseph Kausch czy Johann Erich Biester) oddać trzeba zasługę podjęcia próby zmiany niekorzystnego wizerunku Polski w Niemczech. Za rządów Stanisława Augusta Poniatowskiego, zwłaszcza w czasie Sejmu Czteroletniego, kiedy zainteresowanie Polską jest w Europie największe, potem w czasie insurekcji kościuszkowskiej, częściowo się to nawet udaje. Monarcha podejmujący wysiłek zreformowania kraju w duchu europejskiego oświecenia - a Polska uchodzi wtedy za kraj cywilizacyjnie stojący niżej nie tylko od Prus, ale i od Rosji - budzi powszechną sympatię, a jego niemieccy poddani szerzą wprost kult jego osoby i tytanicznego zadania, jakie wziął na swoje barki (wystarczy zajrzeć do Steinera21). Intencją niemieckiej, płynącej z Warszawy propagandy jest nie tylko informacja o postępach oświecenia w Polsce, czyli o dokonaniach partii reformatorskiej skupionej wokół króla, ale i zachęcanie "kupców, rzemieślników i uczonych do udziału w tej akcji zgodnie z założeniami polityki królewskiej"22. Stąd Sejm Wielki ponawia apele do cudzoziemców, tj. głównie Niemców, o osiedlanie się w Polsce. Znający merkantylizm angielski z naocznego doświadczenia, wie Poniatowski, że rozwój dobrobytu społeczeństwa jest konieczny do kumulowania siły, że siła państwa jest pochodną jego dobrobytu. Jest też świadomy faktu, że czasu ma niewiele.
Ta pozytywna dla polskiego wizerunku w krajach niemieckich passa nie towarzyszyła I rozbiorowi Polski, który spotkał się w nich z powszechną akceptacją (jak zresztą w pozostałej Europie) jako triumf oświeceniowego humanitaryzmu nad polską nietolerancją i sarmackim obskurantyzmem. A już wcześniej, w rezultacie reakcji europejskiej opinii publicznej na tumult toruński, obraz prześladującej dysydentów Polski cementował polityczny sojusz rosyjsko-pruski i legitymizował przed opinią publiczną Europy jego politykę wobec niej. Cennego sojusznika przyszli zaborcy znaleźli wtedy w Wolterze (opłacanym z rosyjskiej i pruskiej kiesy), który sławił rozbiór, widząc w nim poszerzenie wpływów tolerancji w Europie, a armię rosyjską uważał za instrument cywilizowania Polski23.
Za "wyraz niemieckiego common sense'u" wobec I rozbioru Robert F. Arnold, znawca tej problematyki, uznał ówczesną anonimową pieśń, przypisującą winę za to wydarzenie samym Polakom24. Powszechna opinia publiczna jeszcze przed rozbiorem była tam przekonana "o upadku państwa polskiego w bliższej czy dalszej przyszłości, aż w istocie nastąpił"25. A kiedy I rozbiór stał się faktem - grzebiąc ostatecznie mit polskiej glorii, obecny jeszcze przy wszystkich krytycznych akcentach w encyklopedii Zedlera - przyjęto to jako coś oczywistego, jako historyczną konieczność. Wyjątkowe w tym kontekście było stanowisko, jakie zajął pisarz i wydawca czasopisma "Deutsche Chronik" Christian Friedrich Daniel Schubart, publikując w nim elegijny utwór Polonia, bodajże pierwszy Polengedicht, wiersz będący wyrazem niemieckiej empatii dla polskiego nieszczęścia26. Po półwieczu mieli do elegijnego nastroju tego utworu nawiązywać autorzy Polenlieder, reagujący na upadek powstania listopadowego.
Inaczej rzecz się miała z II i III rozbiorem. Opinia publiczna XVIII w. przyzwyczajona była do gwałtów silniejszych nad słabszymi w warunkach pokoju i do tego, że agresorzy przykrywali te gwałty pozorami racji historyczno-politycznych, nawet moralnych etc., korzystając z usług dyspozycyjnych uczonych. Bezprzykładna obłuda jednak, z jaką oświeceni władcy, mecenasi filozofów, starli z mapy kontynentu bezbronne państwo, które - "ukarane" już przecież I rozbiorem za swe prawdziwe i domniemane "grzechy" - gorączkowo odrabiało zadaną mu lekcję i przy międzynarodowym poklasku awansowało z "trudnego dziecka" oświecenia na ulubieńca postępowej Europy, wywołała falę powszechnego oburzenia. Nawet apologeci I rozbioru, jak choćby pisarz W.L. Wekhrlin, zmieniali teraz zdanie. W krajach niemieckich zwłaszcza, których mieszczaństwo entuzjazmowało się ideami Rewolucji Francuskiej, los Polski budził teraz powszechne współczucie. Tym bardziej że jej grabarze uzasadniali swoje kolejne posunięcia potrzebą zgaszenia nowego ogniska jakobińskiej zarazy w Europie, dla której Niemcy mieli dużo zrozumienia, a w rewolucjonizującej się Polsce (reformy Sejmu Wielkiego i reformatorskie deklaracje Kościuszki) rzeczywiście widzieli, tak jak przedstawiali ją zaborcy, drugą rewolucyjną Francję. Towarzysząca teraz Polsce sympatia miała i ten niespodziewany skutek, że komentujący polskie wydarzenia podróżnicy, pisarze, publicyści (czasem nawet ich uczestnicy) przypominali rodakom chwalebne karty z jej historii, jak czynił to Johann Wilhelm von Archenholz, o których jeszcze nie tak dawno nie chciano już pamiętać.
W nowym klimacie politycznym rodzi się mająca trwać właściwie do końca XIX w. dyskusja o sprawstwo rozbiorów Polski, sprowadzająca się do pytania, kto pierwszy tę ideę poddał, inicjując I rozbiór, a zatem odpowiadał w konsekwencji i za jego skutki, tj. kolejne rozbiory i likwidację państwa, którą nazywano teraz bez ogródek "rabunkiem" (Raub).
W obydwu niemieckich monarchiach zaborczych przerzucano się tą kwestią niczym gorącym kartoflem, argumentując działania po stronie pruskiej geopolityczną koniecznością posiadania Prus Zachodnich, podkreślając po stronie austriackiej najskromniejszy i niejako wymuszony na niej (rzekomy płacz Marii Teresy podczas podpisywania traktatu rozbiorowego) udział w "rabunku"27. Ze wzajemnym, prusko-austriackim, obciążaniem się winą za rozbiory zerwał w 1807 r. w pierwszym tomie swoich poczytnych Vertraute Briefe prawnik w służbach pruskich, ekonomista i wzięty publicysta gospodarczy Friedrich von Cölln, który nie miał problemów z personalnym obarczeniem Fryderyka II odpowiedzialnością za tę ideę - ale dlatego, że widział w tym geniusz polityczny króla, za który go chwalił. Cölln jako pierwszy zaprezentował w tej kwestii tak jasne stanowisko i złamał swoiste tabu, gdyż odtąd nie ukrywano w Prusach/Niemczech, zwłaszcza w kołach o nastawieniu konserwatywnym, faktu o forsowaniu przez Fryderyka II, czyli Prusy, I rozbioru Polski.
W prusko-austriackim sporze o sprawstwo rozbiorów osobliwą koleją rzeczy Rosja pozostawała przez długie lata w cieniu. Dopiero historyk Friedrich von Raumer w swojej monografii Upadku Polski, napisanej z wyraźną dbałością o możliwie obiektywne wyświetlenie wydarzeń i opartej na rzetelnej znajomości dostępnych źródeł28, eksponuje - nie zapominając o "wiarołomstwie i chciwości Prus", które wszelako w jego optyce były winne o tyle, że "poszły za zwycięskim rydwanem Rosji" - dominującą rolę Rosjan w rozbiorach29. Ustanowił w ten sposób paralelną do cöllnowskiej tradycję interpretacyjną preferowaną w środowiskach liberalnych, dzielących antyrosyjskie nastawienie Polaków. Z całą mocą udzielił też swojego uniwersyteckiego autorytetu obecnej wcześniej w propagandzie rządowej i w historycznej publicystyce usprawiedliwiającej rozbiory tezie o winie samych Polaków za upadek państwa30, co w historiografii niemieckiej zakorzeni się odtąd w formule o samozawinionym przez nich "wyroku historii" na cały wiek. Nie przypadkiem przywoła ją w klasycznej postaci "wojenny" Meyers Lexikon z 1940 r., akcentując podstawowe elementy składowe polskiej "winy": niewydajny ustrój, nietolerancję, ucisk mieszczaństwa i chłopów. Nieprzypadkowe też było w ówczesnej sytuacji politycznej zdanie podsumowujące w haśle problematykę rozbiorową: "twór polityczny, pozbawiony siły i formy, uległ likwidacji"31.
Raumerowską tezę o rosyjskiej genezie rozbiorów podjął wkrótce, cofając ją aż do ekspansjonistycznej polityki Piotra Wielkiego, we wprowadzeniu do swojej historii powstania listopadowego (1832) z całą mocą pisarz, tłumacz (był autorem pierwszego, autoryzowanego przez Mickiewicza przekładu Pana Tadeusza) i historyk Richard Otto Spazier. Autor proroczych, jak się miało okazać, słów:
Prusacy i Austriacy - aczkolwiek pomogli Rosjanom podzielić i zniszczyć Polskę i nawet do dzisiaj jeszcze zachowali część zbójeckiego łupu - to przecież byli tegoż procederu jedynie narzędziami, a posiadanie polskich ziem (jeśli historia ma być nauczycielką życia) zachowają prędzej czy później tylko w historycznej pamięci32.
Romantyczny entuzjasta Polski nie podjął jednak motywu polskiej współwiny za rozbiory, wątku nieobcego przecież w Niemczech nawet ludziom sprawie polskiej życzliwym. Wprost przeciwnie. Wyidealizowany obraz Polski, jaki przedstawił, nie ma sobie równych w ówczesnej europejskiej historiografii i publicystyce historycznej. Wpływ mieć mógł na to fakt przynależności zarówno Rzeczypospolitej, jak i starej cesarskiej Rzeszy (w której Spazier zdążył się jeszcze urodzić i dla której żywił sentyment) do wielkich republik europejskich o wspólnej tradycji podobnych kultur politycznych stanowego współudziału we władzy. Dostrzegając w rozwiązaniach ustrojowych republiki szlacheckiej właściwie same tylko zalety, wygłasza nawet w odniesieniu do kwestii chłopskiej tak poruszającą opinię międzynarodową, "że polski chłop zawsze, nawet w czasach swego przywiązania do ziemi, a i później, kiedy był wolny, a mu tylko na własności zbywało, darzył swego pana bezprzykładną miłością"33. Ze swoim romantycznie wyidealizowanym obrazem Polski Spazier pozostał w krajach niemieckich osamotniony, choć jego książka cieszyła się tam wielkim powodzeniem.
Żegnając się z Polską XVIII w., która - tak to zasadnie mogło się wówczas współczesnym wydawać - "chyba już na zawsze opuściła scenę teatru państw" (Archenholz)34, niemiecka opinia publiczna była w stosunku do niej podzielona. Próby zreformowania upadającego państwa (Poniatowski), potem nierównej walki z zaborcami (Kościuszko35), wreszcie oburzenie wywołane całkowitą jego likwidacją oraz polskie losy w dobie wojen napoleońskich zrodziły i podtrzymywały aż do kongresu wiedeńskiego nowy głód wiadomości o kraju i ludziach. Strumień informacji był wielowątkowy i płynął rozmaitymi kanałami. Dużą rolę odgrywały w tym wydawnictwa saskie z centrum w Lipsku i pruskie z wrocławskim wydawnictwem Kornów w pierwszym rzędzie.
Spazier zwraca mimochodem uwagę na jeden z nich rzadko trafiający w pole naszego skupionego na tej problematyce zainteresowania - na rolę szkoły w tym procesie:
Można sobie wyobrazić, jak mocne były te przechodzące z ojców na dzieci przesądy wobec Polaków w owych czasach [w XVIII w.], skoro nawet dzisiaj jeszcze często spotkać można ludzi, którym pomimo najlepszych chęci bardzo trudno przychodzi dzielić entuzjazm dla Polski, choć jest on dzisiaj w modzie. Ludzie ci otwarcie przyznają, że postawa taka zakorzeniła się w nich jeszcze w dzieciństwie, kiedy to nauczyciele ciągle wbijali im do głów, że Polacy to bardzo niegodziwy naród. Tak panujący, jak i wylęknieni poddani utwierdzani w tym byli przez uczonych wszystkich klas36.
Wobec zatwierdzenia powszechnego obowiązku szkolnego w całych Prusach przez Fryderyka II w 1763 r. założyć można, że co najmniej w tym newralgicznym dla Polski kraju niemieckim szkoła już od tego czasu była krzewicielem postaw antypolskich.
Szkolna wizja Polski kształtowała się bez wątpienia we współzależności od propagandy rządowej i wspierającej ją historiografii lansującej argumentację o współ/winie samych Polaków za rozbiory oraz/lub dowodzącej ich rzekomo obiektywnej konieczności. Po 1795 r. nowym akcentem w propagandzie oficjalnej była swoista literatura użytkowo-urzędnicza, powstająca z konieczności zaznajomienia własnej opinii publicznej w różnego rodzaju opisach, informatorach, poradnikach z geograficznym, demograficznym, gospodarczym charakterem i zastanym administracyjno-prawnym stanem inkorporowanego kraju. Najczęściej dostarczała ona kolejnych argumentów na nieuniknioność i słuszność, a nawet celowość dokonanych rozbiorów, bowiem umożliwiały one teraz - wedle tej optyki argumentacyjnej - podniesienie tych ziem i ich mieszkańców na wyższy poziom kultury i cywilizacji.
Rzecz charakterystyczna, że początkowo bardziej agresywni w tonie byli autorzy austriaccy (lub piszący w służbach austriackich) niż pruscy. Im czarniejszy, wedle paradygmatu oświeceniowego, obraz zastanej rzeczywistości kreślili, w tym jaśniejszych barwach jawić się musiały kolonizacyjne modernizacyjno-pedagogiczne zabiegi nowych władz, które ostatecznie zakończyły się w Galicji fiaskiem, jak to przyznawali już współcześni obserwatorzy. Ostrzejsze formy aniżeli w Prusach miała też w zaborze austriackim ówczesna polityka germanizacyjna Wiednia, co skutecznie wyparła z polskiej pamięci zbiorowej u potomnych autonomia, jaką kraj ten uzyskał w drugiej połowie XIX w. i kontrastująca z nią jaskrawo polityka uprawiana w tym samym czasie przez Bismarcka wobec Polaków w drugiej niemieckiej monarchii zaborczej.
Okoliczność, że bardziej zróżnicowany był wydźwięk tego typu literatury powstającej po III rozbiorze w Prusach oraz że ówczesne państwo pruskie pod rządami Fryderyka Wilhelma III inną prowadziło politykę wobec nowych poddanych aniżeli Austria, zasadzała się nie tylko na tym, że ziemie zaboru pruskiego stały gospodarczo i cywilizacyjnie wyżej od Galicji, ale przede wszystkim na tym, że państwo pruskie stało się po zaborach poniekąd państwem prusko-polskim, bo zamieszkiwanym w mniej więcej czterdziestu procentach przez Polaków. Był to fakt społeczny, z którym władze pruskie volens nolens musiały się liczyć. Stąd podejmowały one aż do końca istnienia Prus Południowych w 1807 r. ze stolicą w Warszawie mniej lub bardziej konsekwentne próby pozyskania dla siebie tej społeczności.
Były to wtedy też czasy, kiedy polska tematyka, polskie motywy trafiają do niemieckiej literatury pięknej, która "odchodząc od oświeceniowej krytyki, głównie typu społecznego i cywilizacyjnego, [...] kreśliła obraz Polski historycznej, egzotycznej, nieszczęśliwej i barwnej"37. Jej autorami byli z jednej strony twórcy wówczas głośni jak Alexander August F. von Oppeln-Bronikowski, wybitni, znajdujący się dzisiaj w klasycznym kanonie literatury niemieckiej owego czasu jak Fryderyk Schiller, Zacharias Werner czy E.T.A. Hoffmann, z drugiej zaś producenci masowo czytanego piśmiennictwa konfekcyjnego jak Julius von Voss czy Heinrich Zschokke38. Zaistniało wówczas w literaturze niemieckiej na krótki okres lat 1795-1815 coś, co można by nazwać wczesnym wariantem wzmożonego zainteresowania Polską i polskością - zjawiska, jakie powtórzy się w niej w XIX w. tylko jeszcze po wybuchu powstania listopadowego, a w XX w. po tzw. odwilży październikowej z 1956 r.: "Oni byli interesujący, ci jaśnie wielmożni Sarmaci. W męskim towarzystwie uchodzili za dusze spotkań, wesołych kompanów do kielicha i ryzykantów przy grze. Kobietom imponowała ich przygodowa egzotyka, rycerska galanteria i malowniczy ubiór"39. "Der edle Pole" (także w wersji "Der interessante Pole"), a więc "szlachetny" względnie "interesujący Polak", "die schöne Polin" (także w wariancie "das Polenmädchen"), a więc "piękna Polka" względnie "polskie dziewczę", należą w rozmaitych konfiguracjach do stałego niemieckiego kanonu postaci powieściowych, teatralnych czy operowych, do czego, pisze cytowany tu Paul Holzhausen, "wydawali się być szczególnie stworzeni"40. Nie zaszkodził Polakom w tym tak stereotypowo sprofilowanym ich wizerunku nawet fakt, że podczas wojen napoleońskich stali po stronie Napoleona: "Współczucie dla tragicznego końca tego genialnego człowieka i dla smutnych losów jego wszędzie prześladowanych zwolenników, wyszło Polakom z cesarskiej armii na dobre. Chwała napoleońskiej legendy opromieniała też czako polskiego wiarusa"41. Oczywiście, ten podszyty ckliwą momentami egzaltacją obraz (szydził będzie z jego aktualizacji trzydzieści lat później Heine) nie był wtedy, choć dosyć rozpowszechniony w krajach niemieckich, dominujący. A nawet wówczas, kiedy emocje wydawały się brać górę, weimarski Olimpijczyk (nota bene w latach 90. XVIII w. autor memoriału o wprowadzeniu w Polsce języka niemieckiego jako środka na podniesienie poziomu kultury szerokich warstw społecznych42) potrafił przy okazji kontrowersji, jakie wzbudziła wspominana tu już książka von Raumera, zimno stwierdzić:
Patrzę z bardziej rozległego punktu widzenia aniżeli zwykli nudni polityczni moraliści i mówię wprost: żaden król nie dotrzymuje słowa, nie może go dotrzymywać, musi ustępować przed narzucającymi się okolicznościami; Polacy przecież i tak by upadli, musieli upaść przy całej swojej chaotycznej naturze. Miałyby Prusy obejść się smakiem, kiedy częstowały się Rosja i Austria? Dla nas biednych filistrów przeciwne postępowanie jest obowiązkiem, ale nie dla możnych tego świata43.
Można, uciekając przed tanim moralizatorstwem, wpisywać makiaweliczną wypowiedź pisarza w kontekst współczesnej mu narracji historiograficznej i starać się ją interpretować w jego ramach. Ale trzeba też wskazać na to, że wśród współczesnych jej nurtów w krajach niemieckich istniały obok takiej wykładni upadku Polski w kategoriach Realpolitik - choć sam termin jako hasło przeorientowania polityki liberalnej na narodowo-liberalną pojawił się dopiero w połowie owego wieku - też inne, poza tym, któremu wyraz dał właśnie krytykowany przez Goethego von Raumer, także np. radykalnie demokratyczne (Rebmann, Vollmer i in.), które pisarz jednak zignorował.
II
W niemieckich środowiskach demokratyczno-jakobińskich przełomu wieków XVIII i XIX ukształtował się w przejściowym klimacie ówczesnego "filopolonizmu" (Robert F. Arnold) pozytywny wizerunek Polski i Polaków, który liberalne odłamy opinii publicznej miały dzielić w gruncie rzeczy aż do połowy stulecia. Żywo dyskutowane wtedy w Niemczech idee rewolucji francuskiej kojarzono tam z programem przebudowy państwa polskiego (przy czym w świetle francuskiego terroru rewolucyjnego powszechną sympatię budziło umiarkowanie polskich reformatorów), a po jego upadku z polską walką o niepodległość, widząc w Polakach sojuszników w walce nie tylko z reakcyjnym absolutyzmem rosyjskim, ale także pruskim i austriackim. Friedrich von Raumer, krytykując powszechne przywoływanie wtedy w życzliwych polskiej sprawie mediach minionych dni chwały Rzeczypospolitej, zwłaszcza z czasów Sobieskiego (bo "uśpiły czujność przed faktycznymi niedostatkami"44), nie dostrzegał, że ewokujący je rodacy nie czynili tego jedynie dla wzbudzenia u czytelników/widzów współczucia dla wolnego niegdyś narodu, lecz - może nawet i przede wszystkim - z zamiarem uwrażliwienia opinii publicznej we własnych krajach na grożące im samym podobne niebezpieczeństwo (mimo własnej chwalebnej historii i, wydawałoby się, zagwarantowanego po pokoju westfalskim prawa do istnienia) ze strony autorytarnych regime'ów, jakimi okazały się Rosja, Prusy i Austria.
Względnej trwałości wspomnianego wizerunku sprzyjały dwie okoliczności. Po pierwsze pijarowo skuteczne okazały się aktywność i kontakty polskiej emigracji politycznej po zwycięstwie Targowicy, późniejszej po klęsce insurekcji kościuszkowskiej i generalnie emigracji porozbiorowej w Niemczech - najpierw głównie w Saksonii. Publicystyka polityczna emigrantów, na początku Kołłątaja i jego współpracowników w latach 90. XVIII w., w dużej mierze skutecznie reagowała na antypolskie publikacje inspirowane przez dwory monarchii zaborczych. Propagandowo-polityczne znaczenie propolskich środowisk saskich wzmocniło na początku XIX w. utworzenie Księstwa Warszawskiego, którego władcą został król Saksonii. Po drugie, po kongresie wiedeńskim, w latach 20. XIX w., sprzyjający sprawom polskim klimat społeczno-polityczny zaczął kształtować się w konstytucyjno-monarchicznych państwach południowych Niemiec, zwłaszcza w Wirtembergii i Badenii, które w dobie powstania listopadowego stały się (przejmując wtedy rolę Saksonii) bazą ruchu polonofilskiego, wręcz propolskiego lobbingu w Niemczech. W liberalnym klimacie tych krajów, spadku po Napoleonie i Związku Reńskim, gdzie demokracja i parlamentaryzm mogły się wtedy rozwijać na skalę niespotykaną gdzie indziej w Niemczech, nawiązywano w dążeniach do zwiększenia ich zakresu do polskich reform Sejmu Wielkiego, a w walce z konserwatywnymi siłami Związku Niemieckiego pod przywództwem austriackiego kanclerza Metternicha do polskich dążeń niepodległościowych.
Twórcy romantyzmu południowo-niemieckiego z intelektualnym centrum w Tybindze, tzw. Tübinger Romantik, Ludwig Uhland, Justinus Kerner, Gustav Schwab, ideowo ukształtowani m.in. pod wpływem liberalnych i propolskich poglądów Christiana Friedricha Daniela Schubarta, zostali filarami tamtejszego filopolonizmu w latach 30. XIX w.
Filopolonizm ten kulminuje, przechodząc nierzadko w egzaltację (wyśmiewaną potem m.in. przez Börnego, Heinego, a jeszcze później przez Bismarcka) w czasie powstania listopadowego i bezpośrednio po jego klęsce, podsycany przemarszem powstańców przez Niemcy na emigrację do Francji, i przejawia się - nazywany wtedy już mianem Polenfreundschaft (przyjaźni dla Polski i Polaków) - w najrozmaitszych formach45. Były to Polenlieder, masowo pisane zarówno przez gens de lettres, jak i amatorów: wiersze opiewające przebieg powstania, jego bohaterów i jego klęskę (artystycznie na ogół liche, ale też nie o artyzm w nich przecież chodziło46); Polenkomitees/Polenfreundvereine: społeczne komitety organizujące pomoc dla powstania, m.in. medyczną (wysyłanych do Polski lekarzy nazywano Polenärzte), a później wspomniany przemarsz przez Niemcy; było to demonstracyjne śpiewanie Mazurka Dąbrowskiego, noszenie się "z polska" (Polenmode), było to wreszcie powszechne przekonanie, że "sprawa polska" jest także sprawą niemiecką, co znalazło najdobitniejszy wyraz podczas międzynarodowego festynu wolności na zamku Hambach w maju 1832 r. Jeden z jego organizatorów, kupiec Johannes Fitz, apelował pod niemiecką i polską flagą do zebranych: "Bez wolności Polski nie ma wolności Niemiec. Bez wolności Polski nie ma trwałego pokoju, nie ma szczęścia dla wszystkich innych ludów Europy! - Dlatego wzywajcie do walki o restytucję Polski, jest to walka Dobra ze Złem!"47
Historyk Georg W. Strobel podsumował to zjawisko puentą "Niemcy żyły Polską"48. Zapytajmy jednak, czy rzeczywiście? - albo raczej: jak żyły, na jakim (politycznym) planie nią żyły? Der Geist Polonias sprowadza się wtedy dla entuzjazmujących się "sprawą polską" odłamów społeczeństwa niemieckiego w gruncie rzeczy do bezbrzeżnego umiłowania ojczyzny, nieustraszonej walki o wolność, politycznego męczennictwa oraz... romantyczno-kochliwej natury "szlachetnych Polaków", tych rycerzy bez skazy i zmazy, stawiających straceńczo czoła "azjatyckiemu barbarzyństwu" (tak już wtedy o Rosji pisano, której kupowany ciężkim złotem "oświecony" image z czasów francuskich encyklopedystów poszedł w zapomnienie). Pułapka, w jaką wpadają czasem komentatorzy zjawiska Polenbegeisterung i niesionego przez niego obrazu Polaka - którego stereotypowy charakter, wydawałoby się, że jest oczywisty - polega z jednej strony na bezrefleksyjnym, pozytywistycznym zbieractwie propolskich faktów medialnych (wierszy, artykułów, książek itd.) i społecznych (działalność Polenkomitees, wystąpienia, demonstracje itd.), a z drugiej - na ich naiwno-naskórkowej interpretacji według najgorszych propagandowych wymogów pedagogiki narodowej (czy tzw. polityki historycznej)49. Konstatacje, jak choćby taka, "że powstanie listopadowe stwarzało licznym poetom niemieckim nową okazję [po ich zaangażowaniu w filhellenizm dekadę wcześniej], by wypowiadając się w sprawie wolności, mogli po raz kolejny opowiedzieć się po stronie Polski"50, są z punktu widzenia owej pedagogiki narodowej bardzo "słuszne". Tyle że głaszcząc zbolałą polską duszę, która ofiarą obcych spisków czuje się już co najmniej od XVII w. (jedynie "prawa i sprawiedliwa" partia jest w naszych czasach przebiegłym kontynuatorem i zarazem beneficjentem tej tradycji), nic nie wnoszą do zrozumienia złożoności zjawiska. Prześlizgują się bowiem bezwiednie nad faktem, że ten filopolonizm (poza niekwestionowalnymi odruchami zwykłej ludzkiej solidarności z polskim nieszczęściem) był funkcją ówczesnych, własnych interesów politycznych społeczeństw niemieckich w ogarniętych nim krajach. "Sprawa" Polaków, walczących o wskrzeszenie i scalenie rozdartej rozbiorami Polski, była dla liberałów i demokratów niemieckich sprawą także niemiecką, bo po pierwsze mobilizowała opinię publiczną do własnego zrywu o zjednoczone i demokratyczne51 Niemcy, po drugie rodziła nadzieje, że doświadczeni w walkach Polacy pomogą wywołać powstanie i w Niemczech (do kilku takich prób, względnie ich planowania rzeczywiście doszło), i po trzecie, zakładała, że będą oni sprzymierzeńcami Niemców w "wojnie powszechnej za wolność ludów", bo nie tylko Mickiewicz modlił się wtedy o nią. (Tej wojnie jednak to Niemcy mieli przewodzić pospołu z Francją, przyznając samozwańczemu "Chrystusowi narodów" co najwyżej rolę alianta52). Wreszcie można za cytowanym tu już Georgem W. Stroblem spojrzeć na ówczesne propolskie afekty Niemców jako na "skutek - ich antyrosyjskości"53, ale i w tym wypadku ich filopolonizm okazuje się funkcją ich ówczesnej postawy politycznej.
Nic nie dowodzi jaskrawiej "funkcjonalnego charakteru"54 tego filopolonizmu i towarzyszącego mu obrazu Polaka od faktu, że Niemcy "żyły" wtedy Polską krótko: jak szybko rozlał się on po Niemczech, tak raptownie zgasł. Kiedy nie udało się (przy polskiej pomocy) wywołać powszechnego powstania w Niemczech, kiedy oddaliła się perspektywa przewrotu ogólnoeuropejskiego, którego w klimacie politycznego niepokoju zasianego w Europie przez francuską rewolucję lipcową powstanie listopadowe miało być zapłonem, wtedy die Adler der Revolution: orły rewolucji (jak zaczęto nazywać polskich emigrantów popowstaniowych), okazały się zbędne... Więcej nawet: wczorajsi jeszcze entuzjaści powstańców, jak Heine, Börne, Harring i wielu innych, szybko doszli do wniosku, że polskie "orły" mogły być nawet niebezpieczne - przez swoją nieudolność. Najcelniej podsumował to Heine:
Rewolucja jest nieszczęściem, ale jeszcze większym nieszczęściem jest nieudana rewolucja. A taką właśnie nieudaną rewolucją groził nam napływ tych przyjaciół z Północy, którzy w nasze sprawy wnieść mogli byli ów chaos i nierzetelność, które zgubiły ich we własnym domu. Ich ewentualne wmieszanie się w niemieckie sprawy mogło było stać się dla nas tym bardziej zgubne, im szybciej niemieckie niedoświadczenie uległoby radom tej małej polskiej chytrości, strojącej się w piórka politycznej mądrości55.
Mógł mieć przy tym na myśli nie tyle nawet "nienowoczesne" cechy Polaków w ogóle, tak jak je postrzegano już w wieku XVIII, ile ich konkretną nieudolność i błędy podczas powstania, które oprócz rosyjskiej przewagi także wpłynęły na jego przebieg, a znane mu były z publikowanych w Niemczech obficie relacji z walk oraz z ich opisów po klęsce. Encyklopedia Brockhausa z 1835 r. w haśle Polska informuje czytelników o "złym dowodzeniu", "chwiejnych dowódcach", "nieprzydatności i apatycznym nastawieniu wyższych oficerów", "niezdarności, niemrawości i kłótliwości generałów" i konkluduje, że w "nieuniknionym końcu powstania [...] w pewnym sensie w całości odzwierciedliła się dawna historia Polski" i że ukazało ono "naród, który ani o krok dalej nie rozwinął się politycznie [...], tak że należy wątpić, czy Polacy kiedykolwiek będą rzeczywiście zdolni powstać sami z siebie i bez obcych sił przywódczych"56.
Last but not least dopowiedzieć trzeba, że sami powstańcy swoim roszczeniowym zachowaniem, do którego, jak sądzili, daje im prawo mniemany status ofiary (postawa ta cechuje "prawdziwych" Polaków jeszcze dzisiaj w ich stosunku do UE, przy czym ofiarami są oni w obecnych czasach co najwyżej "genetycznymi", by posłużyć się ich własną terminologią), i pychą płynącą z przelanej krwi rujnowali swój uwznioślony wizerunek w oczach niemieckiej opinii publicznej. I znów najdobitniej ujął to Heine, ironizując, że błędem władz niemieckich w 1832 r. było niezatrzymanie Polaków w krajach niemieckich poza wynegocjowany okres przemarszu do Francji, "bowiem ci rycerze wolności, przebywając tu dłużej, sami zrujnowaliby ową niepokojącą, w najwyższej mierze niebezpieczną sympatię, jaką udało im się zaszczepić w niemieckich sercach"57.
Implozji doznał ogólnospołeczny wymiar entuzjazmu dla Polaków w krajach niemieckich, ale nie zmarnował się tam zrodzony w jego klimacie potencjał polityczny, bowiem wspomógł on rozwój zorganizowanego liberalnego i radykalno-demokratycznego ruchu politycznego w Niemczech. Niegdysiejsze komitety polskie przeobrażały się w komitety prasowe czy ojczyźniane (Pressevereine, Vaterlandsvereine), podejmujące walkę o konstytucyjne prawa polityczne w swoich krajach i utrzymujące nierzadko nadal kontakty z polską emigracją. Rozbudzona podczas powstania sympatia dla Polaków i ich aspiracji utrzymała się bowiem w liberalnych, intelektualnych środowiskach niemieckich także po tym, jak przestały nią "żyć" szerokie kręgi społeczne, i to aż do Wiosny Ludów. Nie było to wcale takie oczywiste, zważywszy że trzy lata po przemarszu powstańców przez Niemcy ich polityczną przyszłość i wpływ na Polskę postrzegano raczej pesymistycznie: "zajmują się oni w pismach polemicznych", donosił cytowany tu Brockhaus, "dyskusją na temat reformy społecznej Polski. Pozostaje jednak wysoce wątpliwe, czy ich [demokratyczne] idee znajdą sobie w samej Polsce taką aprobatę, że w przypadku ewentualnego nowego przewrotu ich partia mogłaby mieć nadzieję na zyskanie wpływów". A "po dekadzie nie będzie już można raczej zbyt wiele spodziewać się po emigracji, ponieważ starsi wymrą, a młodsi się znaturalizują"58.
Po dekadzie wszakże wybuchło w lutym 1846 r. powstanie krakowskie i to pod hasłami demokratycznymi, niosąc w swoim programie społecznym centralną obietnicę uwłaszczenia chłopów. Wśród demokratów niemieckich Polenbegeisterung budzi się na nowo. Poeta Georg Herwegh nawiązuje do nastrojów sprzed dziesięciu lat i przypomina rodakom w emocjonalnym wierszu, że wciąż jest Sprawa Polski - sprawą Niemiec. Pomimo klęski i tego powstania, Fryderyk Engels, przemawiając w drugą jego rocznicę, daleki jest od pesymizmu i świętuje "zwycięstwo" zamanifestowanej w nim idei demokratycznej. Podzielając uderzająco opinię redakcji Brockhausa z 1835 r. o tym, że powstanie "było rewolucją bez rewolucyjnych sił [...], w którym arystokracja hamowała rozwój narodu i mas w celu odzyskania i zachowania swojej oligarchicznej pozycji [...]" i dlatego "nie tylko zastało [ono] kraj w takim samym stanie, jak podczas rozbiorów, lecz nie wywołało w nim nawet najmniejszej zmiany"59, i pisząc, że "powstanie 1830 roku [...] nie przyniosło żadnych zmian w wewnętrznej sytuacji ludu", że "była to rewolucja konserwatywna", Engels konstatuje - tym razem w odróżnieniu od cytowanej tu już opinii encyklopedii - że "w rozdartej Polsce dokonał się olbrzymi postęp [...]: naród polski ostatecznie pozyskano dla sprawy demokracji". Stąd, kontynuuje Engels, "kwestia polska [...] stała się sprawą wszystkich narodów", podkreśla jednak, że pierwszorzędne znaczenie ma ona dla Niemiec, bowiem "tych samych mamy wrogów", i nawiązując podobnie jak Herwegh do haseł z Hambachu, podsumowuje: "Pierwszym warunkiem wyzwolenia zarówno Niemiec, jak i Polski jest obalenie obecnego ustroju politycznego w Niemczech, upadek Prus i Austrii, wyparcie Rosji za Dniestr i Dźwinę"60.
Za niedługo jednak Engels miał diametralnie zmienić swoje stanowisko w kwestii polskiej, zwłaszcza w kwestii "wspólnych interesów obydwu narodów". Ale i w środowisku liberałów niemieckich jego ówczesny apel o niemiecko-polski sojusz jako o "nieodzowną konieczność" był łabędzim śpiewem tak sprofilowanego politycznego dyskursu niemieckiego o Polsce w XIX w.
III
W pierwszych miesiącach 1848 r. nic nie wskazywało w Niemczech na to, że będzie on tam dla "sprawy polskiej" kluczowy - i to na dziesiątki lat. Powszechnie spodziewano się, że będzie on ważny, bowiem po liberalnych zmianach (także personalnych), jakie nastąpiły w rządach państw niemieckich w rezultacie rewolucji marcowej, wydawało się, że niepodległość Polski jest już bliska. Wojna z Rosją, której idea była wtedy w niemieckiej opinii publicznej niezwykle popularna, wydawała się nieunikniona, a Fryderyka Wilhelma IV namawiali do niej w marcu nawet jego własny, "marcowy" minister spraw zagranicznych Heinrich von Arnim-Suckow, posłujący wtedy do pruskiego króla w imieniu regentów południowo-niemieckich Maximilian von Gagern, i deputacja Polaków z Poznańskiego. Wybuchnąć ona miała nie tylko ze względu na Polskę (w której niepodległym bycie liberałowie widzieli zaporę przed Rosją, "Autokratą Europy", jak ją nazywano, i w konsekwencji ratunek dla demokratycznych przeobrażeń ustrojowych na Zachodzie), ale także na Niemców nadbałtyckich, których los w klimacie prób zbudowania narodowego, jednolitego państwa niemieckiego zaczął nagle w Prusach budzić troskę.
Nowy sojusz niemiecko-polski rewolucjoniści marcowi wykuwali praktycznie na ulicach Berlina, wymuszając 20 marca uwolnienie z więzienia przywódców powstania wielkopolskiego z 1846 r., Ludwika Mierosławskiego i towarzyszy. Berlińczycy zgotowali im wtedy entuzjastyczną owację (o czym z przekąsem Bismarck wspominał będzie w swojej mowie jeszcze w styczniu 1886 r. w Izbie Posłów61) przy łopocie powiewających z barykad flag niemieckich i polskich. Mierosławski i Libelt deklarowali wobec tłumów w imieniu narodu polskiego "pokój i przyjaźń dla Niemców oraz obronę przed rosyjską potęgą!". Polscy studenci, pobierający nauki w Berlinie, utworzyli polski legion jako zalążek przyszłej polskiej gwardii narodowej, któremu władze pruskie wydały broń z królewskiej zbrojowni, poświęcając ją w oficjalnym akcie "do bliskiej walki z Rosją, na zwycięstwo polskiej niepodległości, na szczęście i powodzenie Niemiec"62.
Wojna z Rosją, mimo powszechnego dla niej zapału na ulicach, nie wybuchała63. Odmawiając poznańskiej deputacji swojej dla niej zgody, Fryderyk Wilhelm IV przychylił się 24 marca do postulatu "narodowej reorganizacji" Wielkiego Księstwa Poznańskiego. Polacy zinterpretowali królewską koncesję (która w gruncie rzeczy powielała jedynie obietnice autonomii dane Polakom przez Prusy na Kongresie Wiedeńskim) jako zgodę na tworzenie zalążku przyszłego niepodległego państwa polskiego, likwidację pruskiej biurokracji i wystawienie polskiego wojska. Kiedy przystąpili do realizacji tak rozumianej "reorganizacji", doszło do pierwszych konfliktów z ludnością niemiecką, nieakceptującą np. usuwania emblematów pruskiej państwowości z urzędów, które kulminować miały niebawem w polsko-niemieckich działaniach zbrojnych, kładących w Poznańskiem kres wczorajszemu sojuszowi. Organizujący się tam teraz niemiecki ruch narodowy czerpał swoją energię z pragnienia pozostania w granicach wykuwających się właśnie (jak mogło się wtedy wydawać) demokratycznych Niemiec i z obaw przed władzą polskiej szlachty w mającym się właśnie odrodzić (jak też mogło się wydawać) państwie polskim. Poznański konflikt zaczął dzielić niemiecką scenę polityczną, zmuszając opinię publiczną do wyboru między postawą kosmopolityczną a niemieckim poczuciem narodowym. Ale nawet poznańscy Niemcy, apelując do rządu o ochronę przed Polakami, nie negowali wtedy jeszcze ich prawa do niepodległej ojczyzny, bo było ono wówczas przez niemiecką opinię publiczną powszechnie akceptowane. Dał temu dobitnie wyraz obradujący w dniach od 31 marca do 3 kwietnia we Frankfurcie nad Menem i mający przygotować wybory do konstytucyjnego Zgromadzenia Narodowego tzw. Vorparlament, przyjmując wniosek posła Gustawa von Struvego, "że jest świętym obowiązkiem narodu niemieckiego wskrzeszenie Polski i uznanie jej rozbiorów za krzyczącą niesprawiedliwość"64.
Następujące potem wydarzenia w Wielkim Księstwie Poznańskim i przekształcenie się tlącego się polsko-niemieckiego konfliktu o autonomię w narodowe powstanie polskie przesądziły o zmierzchu deklarowanej zaledwie kilka tygodni wcześniej wspólnocie interesów65. Tutaj znalazła ona najwcześniej swój koniec i rzutowało to bezpośrednio na postawy względem kwestii polskiej w kontekście zjednoczenia Niemiec w całym społeczeństwie niemieckim. Po opadnięciu marcowych rewolucyjnych nastrojów liberalne mieszczaństwo konsumowało osiągnięte w zwarciu z "reakcyjnymi" rządami sukcesy (nawet jeżeli były to chwilowo tylko obietnice) i stygło w swoim zapale ponoszenia ofiar na rzecz Polaków, tym bardziej że zaczęli oni zbrojnie występować przeciwko Niemcom66. Także antyfrancuski kurs południowo- i zachodnioniemieckich liberałów po stłumieniu w Badenii wspieranej z Francji radykalno-lewicowej rewolty Friedricha Heckera przełożył się na zmianę ich nastawienia w kwestii polskiej, co wpłynęło też na generalny spadek notowań propolskich sympatii w oczach niemieckiej opinii publicznej. Minister von Arnim-Suckow, reagując na tę nową konfigurację nastrojów i postaw politycznych w społeczeństwie, przeformułowuje pod koniec kwietnia swój program polityki zagranicznej, w którym nie było już miejsca na aktywne niemieckie wsparcie polskich aspiracji niepodległościowych67.
O ile pruska polityka gabinetowa w tym czasie ewoluowała, dopasowując się elastycznie do zmieniających się nieustannie kulis politycznych, to stojący wówczas u progu swojej kariery, ale znany już jako antyliberalny, konserwatywny zwolennik monarchii absolutnej, Otto von Bismarck od samego początku rewolucji marcowej był jej zdecydowanym i konsekwentnym przeciwnikiem, w tym także forsowanej przez jej elity przywódcze polityki w kwestii polskiej. Swoje poglądy w tej materii wyłożył w kwietniu 1848 r. w liście do "Magdeburgische Zeitung", który - wtedy nieopublikowany68 - był, jak się miało okazać, zapowiedzią pruskiej polityki wobec Polaków na długie lata, właściwie aż do I wojny światowej - polityki, dodajmy, którą niebawem sam Bismarck miał kształtować niemal do końca. Obraz Polaka, jaki się z tych jego przemyśleń wyłania, to obraz zdrajcy, niewdzięcznego bandyty, który nie pamiętając o doznanych z niemieckich rąk dobrodziejstwach, rabuje, morduje i barbarzyńsko masakruje swoich niemieckich sąsiadów, w tym kobiety i dzieci. Slogan nazistowskiej propagandy o "polnische Banditen", mordujących w sierpniu i wrześniu 1939 r. polskich Niemców, tutaj ma swoje źródło, także leksykalne. Odnosząc się też do idei odbudowy niepodległego państwa polskiego, Bismarck uznał aktualną politykę pruską w tej mierze (pisał swój tekst jeszcze przed jej reorientacją przez Armina-Suckowa) na przykładzie posunięć w Poznańskiem "za najbardziej pożałowania godną donkiszoterię, jakiej kiedykolwiek dopuścić się mogło jakieś państwo na swoją i swoich obywateli zgubę". W nawiązaniu do poglądów, jakie "prorok nacjonalizmu niemieckiego" (Hedda Gramley) Ernst Moritz Arndt głosił już w dobie powstania listopadowego zwalczając ówczesną niemiecką Polenbegeisterung69 , dowodził, że nie można "w imię realizacji oderwanej od życia teorii" oddawać tego, "co niemiecki oręż zdobył w minionych wiekach w Polsce"70, bowiem oznaczałoby to przecięcie "najbardziej ożywczych arterii Prus" i wydanie milionów rodaków "na łaskę polskiej samowoli". Ponadto odbudowana przez Niemcy Polska nigdy nie zostanie prawdziwym sojusznikiem Niemiec (niewdzięczny zdrajca!), a wprost przeciwnie: będzie zawsze wrogiem "łakomym zdobyczy na nasz koszt (i [który] będzie musiał być na nie skazany)"; i wreszcie zbijając argument zwolenników o życiowej jakoby dla Niemiec konieczności posiadania w niepodległej Polsce obrońcy przed Rosją, a przynajmniej zapory przed nią, stwierdził stanowczo: "Od Polaków nie potrzebujemy obrony przed Rosją, sami wystarczająco się obronimy"71. Tak rozumianą Polenpolitik Bismarck zaczął realizować od 1862 r. najpierw jako premier Prus, a od 1871 r. jako kanclerz Rzeszy Niemieckiej, zrywając z wcześniejszym niezdecydowaniem czy nawet iluzjami władz pruskich w tej mierze. Absolutne niemieckie poczucie narodowe jako kryterium państwowotwórczej postawy obywatelskiej stało się programem jego walki z polskością we wschodnich prowincjach państwa. Dał temu dobitny wyraz w swojej głośnej Polenrede w Izbie Posłów w styczniu1886 r.72
Kwietniowy list Bismarcka pozostał wtedy jednak nieznany szerszej opinii publicznej. Natomiast rząd w Berlinie, odsuwając od siebie decyzję w sprawie aktywnej pomocy przy odbudowaniu niepodległości Polski, scedował jej ostateczne rozstrzygnięcie na frankfurckie Zgromadzenie Narodowe, które rozpoczęło swoje obrady 18 maja i w którym Bismarck nie brał udziału. Sprawa polska przestała już być w tym czasie (od marca do maja 1848 r. w niemieckim nastawieniu do Polski minęła cała epoka73) języczkiem u wagi polityki niemieckiej, a stosunek do niej sprawdzianem patriotyczno-demokratycznej postawy, lecz mimo to nieoczekiwanie rozpaliła emocje zebranych i sprowokowała tak szerokie spektrum wypowiedzi jak żadna inna poddana pod obrady Zgromadzenia kwestia, przechodząc do historii (nie tylko parlamentaryzmu niemieckiego) pod nazwą "debaty o Polsce we Frankfurcie" i stanowiąc po rozbiorach następną głęboką cezurę w dziejach stosunków polsko-niemieckich.
Rezultatem trwającej aż trzy dni debaty (24-26 VII) było uznanie ważności mandatów niemieckich posłów z WKP (nie wchodzącego przecież w skład Związku Niemieckiego) i wyrażenie zgody na tzw. linię demarkacyjną na jego terytorium, co praktycznie oznaczało cesję większości jego ziem na rzecz Związku. Była to pierwsza przegrana stronników Polski (Polaków reprezentował tylko jeden poseł, ks. Jan Chryzostom Janiszewski). Prawdziwym jednak ciosem dla sprawy polskiej było odrzucenie miażdżącą większością głosów (331x101 przy 26 głosach wstrzymujących się) wniosku Vorparlamentu sprzed niecałego zaledwie półtora miesiąca o uznanie rozbiorów za bezprawie, zaś współdziałania narodu niemieckiego przy dziele odbudowy niepodległej Polski za jego święty obowiązek74. Decydujący wpływ na taki wynik głosowania miało dwugodzinne, retorycznie znakomicie przygotowane i treściowo sensacyjne wystąpienie posła Wilhelma Jordana75, z którego nazwiskiem i apelem o "zdrowy egoizm narodowy" debata jest odtąd nierozerwalnie związana. Szok, z jakim go słuchano, wynikał z tego, że związany on był dotąd z lewicą, a na Zgromadzeniu wystąpił jako rzecznik narodowych interesów Niemiec z pozycji wielkomocarstwowych ("nasze prawo nie jest niczym innym, jak tylko prawem silniejszego", zaś "niemieckie podboje w Polsce były koniecznością naturalną"). I uczynił to w swoim jawnym antypolonizmie - on, który pisał wcześniej Polenlieder, przetłumaczył Histoire de Pologne Lelewela - z nieznanym dotąd na prawicy radykalizmem, który, kiedy minęło pierwsze zaskoczenie - porwał słuchaczy, dowiadujących się teraz od niego w materii, nad jaką akurat debatowali, że
rozbiory Polski, nie były, jak je nazwano, mordem na narodzie, lecz jedynie proklamacją śmierci, która już była wcześniej nastąpiła, a więc pogrzebem już od dawna rozkładających się zwłok, czego wśród żywych dłużej nie można było tolerować. Bowiem w rzeczy samej, naród, który składał się ze szlachty, Żydów i pańszczyźnianych chłopów nie był po tym, jak zdziczał wskutek wieloletniej anarchii, zdolny do życia w rozsądnej wolności i nie mógł już, kiedy taka wolność stała się wymogiem życia, dłużej egzystować76.
Ta radykalnie heglistowska argumentacja (Jordan powołuje się w swojej mowie wprost na "ducha historii świata", a w swoich lewicowych czasach był praktykującym młodoheglistą) trafiła do przekonania słuchaczom.
Odrzucenie wniosku było klęską polityczną demokratycznej lewicy niemieckiej, klęską propagandową ruchu polonofilskiego w Niemczech i życiową klęską zaangażowanych w polsko-niemiecki dialog Polaków77. Oznaczało to koniec projektu politycznego (i stojącej za nim myśli politycznej) odrzucającego ucisk innych narodów przy budowie zjednoczonego, narodowego i wolnościowo-demokratycznego państwa niemieckiego, zakładającego więc zjednoczenie się Prus z pozostałymi Niemcami równocześnie z odzyskaniem przez pruskich i austriackich Polaków swojego niepodległego państwa, które objęłoby też i Polaków zaboru rosyjskiego po uprzedniej wspólnej wojnie z Rosją. Oznaczało to innymi słowy w optyce Zgromadzenia ekskluzywną rezerwację przez Niemcy prawa do samostanowienia narodów dla siebie w przypadku kolizji interesów z innymi narodami (Jordan zakwestionował nota bene istnienie narodu polskiego). Tak oto frankfurcka debata o Polsce stała się poglądowym kursem politycznej umiejętności przechodzenia w Niemczech z pozycji liberalnych na nacjonalistyczne. Zapowiadała ona przejście narodowych liberałów (a nawet niegdysiejszej lewicy ze Zgromadzenia Narodowego) do bismarckowskiego obozu narodowej polityki mocarstwowej zjednoczonych Niemiec78 oraz definitywny już rozbrat z liberalną Polenbegeisterung79. Symptomatycznie ilustruje to pierwsze zjawisko postawa Arnolda Rugego, we Frankfurcie lewicowca i radykalnego polonofila80, a w latach 60. XIX w. entuzjasty polityki Bismarcka, w którego sukcesach widzi "pruską przyszłość Europy" (tak po bitwie pod Sadową) ...i od którego pobiera rentę honorową. Dla drugiego z kolei zjawiska charakterystyczna jest postawa innego byłego polonofila Friedricha von Raumera, o którego Upadku Polski jego tłumacz na polski i francuski Karol Forster pisał, że "nigdy zaborcy nie byli energiczniej napiętnowani, niż przez p. Raumera"81, a który przed rozpoczęciem debaty we Frankfurcie deklaruje, że "jest po pierwsze Niemcem i Prusakiem - a nie polskim szlachcicem" i chwali w jej trakcie "bezwarunkowo [...] tych mówców, którzy przemawiali przeciwko fałszywemu entuzjazmowi dla Polski, a za Niemcami", zaś jej ostateczny rezultat podsumowuje znamiennym werdyktem: "ludzie nieuprzedzeni przyznają, że jest to zwycięstwo dobrej sprawy nad bredniami"82. Raumer A. D. 1848 już by swojej monografii z 1832 r. "o bredniach" nie napisał, a jeżeli, to na pewno w duchu nowej historiografii borusjańskiej.
Podobnie jak w dobie powstania listopadowego "marcowy" entuzjazm w Niemczech dla Polaków był po raz kolejny funkcją wewnętrznych politycznych interesów niemieckich i wiądł wprost proporcjonalnie do zaspokajania tych interesów na drodze rozwiązań wewnątrzniemieckich. "Polacy, którzy szli ręka w rękę w r. 1848 z liberałami i demokratami niemieckimi", pisał o tym po młodopolsku barwnie Jan Kucharzewski,
nie rozumieli, że dzisiejsi ich sprzymierzeńcy są członkami zwycięskiej nacyi i że bynajmniej nie pozbywają się prawa skorzystania z tego w przyszłości. [...] Nie rozumieli, kiedy walczyli o "swoją i ich wolność", że oni, Polacy - to jeńcy wojenni, a demokracja niemiecka - to syn marnotrawny, który prędzej czy później przyjęty będzie na łono nieco odnowionej konstytucyjnie ojczyzny, że święto wolności i jedności niemieckiej nie będzie ich świętem, że na uczcie tej zabraknie nakryć dla Polaków, że otrząsnąwszy pył barykad i przywdziawszy surduty obywatelskie i uniformy, otrzymawszy cząstkę udziału w rządach, niemiecki bürger oczyści się z "kosmopolitycznego idealizmu" i zajmie "patriotyczne" stanowisko83.
Wiemy już, że zachował się tak nie tylko "niemiecki bürger", czyli liberalne mieszczaństwo niemieckie, ale i demokraci oraz lewica, nawet ta radykalna, zmienili swoje wcześniejsze stanowisko. Engels nazywający zaakceptowanie przez Zgromadzenie Narodowe linii demarkacyjnej w Poznańskiem "siódmym rozbiorem" Polski84 i chłoszczący je bezlitośnie na łamach "Nowej Gazety Reńskiej" za przebieg debaty o Polsce, wycofuje się po trzech latach ze swojego propolskiego zaangażowania, bo i ono było funkcjonalne, obwarowane "warunkiem" - jak przyznaje w liście do Marksa z 23 maja 1851 r. A ponieważ warunku tego, rozniecenia "rewolucji agrarnej" pod trzema zaborami (bo nie o rewolucję narodową Marksowi i Engelsowi już wtedy chodziło), Polska nie spełniła, pozostaje "posługiwać się [nią] jako narzędziem, dopóki sama Rosja nie zostanie wciągnięta w wir rewolucji agrarnej. Od tej chwili Polska nie będzie już miała absolutnie żadnej raison d'?tre"85. Po tym, jak pełna emfazy Polenbegeisterung legła na ołtarzu narodowych interesów politycznych wielkomocarstwowych Niemiec, tak tym razem złożona została na ołtarzu politycznych interesów rewolucji ogólnoeuropejskiej, przy czym Engels, punkt po punkcie, wywrócił na nice swoje propolskie argumenty z polemiki ze Zgromadzeniem, prowadzonej latem 1848 r.
Pogromca Jordana w "Nowej Gazecie Reńskiej" pisze w liście do Marksa o "nikłości osiągnięć" Polaków, o tym, że "nie zdziałali [oni] nigdy w historii nic innego poza wygłupianiem się walecznością i pochopnością do zwad [...]", że "nie można też przytoczyć ani jednego takiego wypadku, by Polska, choćby przynajmniej w stosunku do Rosji, reprezentowała z powodzeniem postęp lub dokonała jakiegokolwiek czynu o historycznym znaczeniu"; wręcz przeciwnie, to "Rosja wchłonęła o wiele więcej pierwiastków cywilizacji [...] niż - zgodnie z całą swą naturą - po rycersku rozpróżniaczona Polska"86. Zdawać by się mogło, że Engels, pisząc ten list, miał przed oczyma lub powtarzał bezwiednie argumentację Arndta z kwietnia 1848 r., który w tworzonym na gorąco publicystycznym komentarzu do dziejących się wydarzeń Hałas i euforia z powodu Polaków (Polenlärm und Polenbegeisterung) przypomina rodakom (co im kładł do głów już od lat kilkudziesięciu), że Polacy są ich "gorszym i mniej solidnym sąsiadem", narodem "na poły dzikim", że generalnie "liczne i kotłujące się plemiona Słowian i Wendów nigdzie nie stworzyły - i stworzyć nie były w stanie - czegokolwiek trwałego. Ani w odniesieniu do państwa, ani do nauki i sztuk. Jedynie Rosjanie stanowią pod tym względem chlubny wyjątek"87.
Zbieżność argumentacji u Engelsa i Arndta jest o tyle nieprzypadkowa, że obydwaj nawiązują do ówczesnego niemieckiego dyskursu historiozoficznego, ujmującego od XVIII w. fenomen "postępu" w kategoriach doświadczenia uniwersalnego, nakazującego w konsekwencji rozróżniać np. między narodami "postępowymi", czyli "cywilizowanymi", i "zacofanymi", czyli "niecywilizowanymi" (w nomenklaturze Engelsa: "rozpróżniaczonymi", u Arndta "[na poły] dzikimi"). W cytowanym tu tekście Arndt pisze wprost, że "Historia powszechna jest bowiem sądem powszechnym nad narodami"88. Ferowane przez ten sąd wyroki w postaci rozróżnień i wartościowań mają oczywiście silny potencjał stygmatyzujący.
Wracając zaś do Engelsa, to bardziej uderzające aniżeli jego wolta sama w sobie (nie ostatnia w jego stosunku do Polski) - na co po latach jałowych sporów zwolenników i przeciwników Klasyków o to, czy ewoluując w kwestii narodowej, byli w gruncie rzeczy pro- czy też raczej antypolscy, zwrócił uwagę Hubert Orłowski - jest co innego. Jest to mianowicie "zastanawiające zakorzenienie (semantyczne) Engelsa", a w innych miejscach także "Marksa oraz przeważającej większości przedstawicieli myśli socjalistycznej w podłożu (niemalże) wszechobecnych stereotypów o Polsce"89. Przytoczony tu cytat wyrasta ze rdzenia oświeceniowego jeszcze dyskursu o Polsce z centralną dlań tezą o nieefektywności polskiego habitusu państwowo-politycznego i kulturowego. To mentalne dziedzictwo - bezwiedne nawet czasem, głęboko zinternalizowane - obecne będzie w niemieckim ruchu socjalistycznym/socjaldemokratycznym jeszcze w XX w., i da o sobie znać w odniesieniu do Polski "solidarnościowej" w obydwu państwach niemieckich jeszcze w latach 80.
Rewolucyjny koniec lat 40., stanowiąc cezurę w dotychczasowym niemieckim dyskursie o Polsce, wymienił też dotychczasowy pozytywny stereotyp "szlachetnego Polaka": powstańca, emigranta, patrioty, bojownika/męczennika walki o wolność, który to wizerunek, lekko nadwyrężony w latach 30. (cytowany tu już np. Heine), zaktualizowały na nowo lata 1846-1848 - na stereotyp "Polaka, wiecznego rewolucjonisty", traktowanego tym razem już jako polityczny awanturnik, wichrzyciel, podżegacz. W takim rozumieniu wprowadził go do publicznego obiegu Wilhelm Jordan, nazywając w swoim wystąpieniu przed Zgromadzeniem Narodowym Polaków (kojarzonych dotąd w tym kontekście pozytywnie) "ptakami niosącymi burzę" (Sturmvögel), które "zjawiają się wszędzie tam, gdzie trzeba rozpętać wojnę, powstanie, aby w ogólnym chaosie zyskać okazję do ponownego podniesienia broni na rzecz Polski"90. Protestował przeciwko takiej deprecjacji wczorajszych "orłów rewolucji" Arnold Ruge:
Zarzucono tu Polakom, że wszędzie pierwsi stają na barykadach: ale to właśnie, moi Panowie, przysparza im sympatii w obecnych czasach, kiedy chodzi nie tylko o to, aby wolność wszelkimi sposobami propagować i zrealizować wielką ideę rewolucji 1848 roku, lecz aby ją uratować91.
Czasy się jednak zmieniały, co Ruge już przeczuwał, choć może nie przypuszczał, że zmienią się tak szybko i tak gruntownie. "Orły rewolucji" stawały się w klimacie rosnącego narodowego konsensusu w Niemczech zbyteczne, a "burzowe ptaki" w tym procesie konsolidacji wręcz przeszkadzały, co budziło społeczną niechęć. Wyrazem tej postawy było w latach 50. zasugerowanie opinii publicznej przez liberalne leksykony Brockhausa i Meyera, że polscy emigranci są politycznymi podpalaczami, bo "nie przestają ciągle podkładać ognia [rewolucji]"92. Bismarck jeszcze w latach 80. przypominał w kontekście niepopularnych już wtedy zrywów rewolucyjnych w Niemczech, że akurat do tego "w Polsce zawsze można było znaleźć pewnych sojuszników"93. Etykietka "Sturmvögel der Revolution", jak zaczęto odtąd za Jordanem nazywać polskich emigrantów politycznych, pozostała w odniesieniu do nich negatywnym stereotypem publicystyki i literatury niemieckiej na przeszło wiek. Zaznaczmy tu na marginesie, że przebiegunowana na plus w okresie zimnej wojny w latach 50. XX w., szybko odzyskała swoje negatywne konotacje - i to dla tych samych powodów, co przed stuleciem. Mieszkający na emigracji w Monachium Tadeusz Nowakowski tak pisał o zmianie stosunku elit politycznych RFN (choć nie tylko elit) i generalnie Zachodu wobec politycznych dysydentów ze Wschodu, a zwłaszcza z Polski, których było najwięcej: "witano ich tu wcześniej jako "burzowe ptaki rewolucji" z honorami i entuzjazmem", obecnie "spragnione stabilizacji społeczeństwa Zachodu odnoszą się do emigrantów z niechęcią, bowiem przypominają im oni nierozwiązane problemy naszych czasów. Z tego powodu uchodzą też za wichrzycieli"94, burzących oczywiście ład détente.
Do zmian w niemieckim dyskursie o Polsce dochodzi w klimacie zwrotu do polityki realnej po "szalonym", jak go zaczęto teraz nazywać, rewolucyjnym idealizmie lat 1848-1849. Klimat ten będzie cechować od początku lat 50. w rosnącej mierze zwrot ku politycznemu i społecznemu pragmatyzmowi, temu co doświadczalne i generalnie ku ekonomicznemu wymiarowi rzeczywistości95. Tworzą go według generacyjnej klasyfikacji Möllera 50-latkowie, umiarkowani liberałowie urodzeni około roku 1800, dla których wojny wyzwoleńcze lat 1812-1813, socjalizacja w burszenszaftach i polityczna inicjacja w zawirowaniach wywołanych rewolucją lipcową były doświadczeniami pokoleniowymi i którzy "posługują się słownikiem "czynu", z centralnymi w nim pojęciami "tworzyć", "budować" i "zakładać""96. Unikając pojęć nacechowanych politycznie, otwarci są na sojusze z prawa i z lewa "na gruncie faktów" (co tłumaczy późniejsze spektakularne wybory polityczne niegdysiejszej lewicy), zaś zaklinając przed opinią publiczną "historyczną konieczność, narzucającą określone działanie"97, zjednują ją sobie powszechnie.
Zapytajmy, jakaż to była "historyczna konieczność" i jakież "działanie" narzucała ona w kwestii polskiej? Otóż od czasów zwycięskich wojen nad Napoleonem toruje sobie drogę do niemieckiej opinii publicznej coraz bardziej zdecydowanie przekonanie o konieczności osiągnięcia przez Niemcy statusu mocarstwa. Wzmacnia je z jednej strony dyskurs narodowo-romantyczny, odwołujący się do czasów świetności Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego i podpowiadający, że "Niemcy mogą i muszą stać się ponownie tym, czym już były w przeszłości"98, a z drugiej - zakorzenione w niemieckim dyskursie historiozoficznym pojęcie kultury jako niemieckiego "ducha narodu", co sytuuje Niemców odpowiednio wysoko na historiozoficznej skali wartości. Związana z tym debata przeplata się z procesem narodowotwórczym w państwach niemieckich i osiąga swoje apogeum pod koniec lat 40. XIX w., kiedy proces ten przechodzi swoje pierwsze przesilenie. Dla polskiego wątku istotna jest w tym wszystkim okoliczność, że jako problem jawią się wtedy w niemieckim projekcie narodowym wschodnie prowincje Prus (a mają one zjednoczonym Niemcom przewodzić), uzyskane99 w rezultacie rozbiorów, zamieszkane w dużej mierze przez Polaków, otwarcie demonstrujących swoje aspiracje niepodległościowe. Odbierane przez Niemców jako siły odśrodkowe (Jordan i Bismarck, nie tylko oni zresztą, mówią wprost o "zdradzie" własnego kraju przez jego polskich obywateli), których potencjał powstanie Mierosławskiego boleśnie im uzmysławia, mobilizują opinię publiczną w duchu narodowym wedle wieńczącego mowę Jordana w Zgromadzeniu Narodowym akordu: "Wolność dla wszystkich, ale potęga i dobro Ojczyzny ponad wszystko!", co Jan Kucharzewski skomentował z właściwą sobie ironią: "czyli zwięźlej: Deutschland über Alles!", dodając, że wsadzona niedługo potem "na siodło Germania, ruszyła wielkim krokiem, depcząc po drodze obce życie i swoje własne dawne marzenia"100. Polskie aspiracje wymagają odpowiedzi, ukierunkowanego na nie "działania".
Powtórzmy, jakież to miało być działanie? Jan Nepomucen Janowski, emigracyjny działacz polityczny, wspomina:
Była wówczas w Niemczech w klasach ukształceńszych szczera - i można powiedzieć - ogólna sympatia dla sprawy polskiej i jej przedstawicieli, emigrantów. Dlaczego? Bo powstanie listopadowe nie zamierzało - a przynajmniej nie zamierzało wyraźnie - odebrać Niemcom Galicję i Poznańskie z Prusami niegdyś Królewskimi. Ale gdy w 1846 r. w stłumionym zaraz powstaniu, w manifeście krakowskim ujawnił się zamiar odbudowania Polski w jej przedrozbiorowych granicach, Niemcy się oburzyły; sympatia zamieniła się nienawiść i w r. 1848 parlament frankfurcki postanowił prawie całe W. Ks. Poznańskie wcielić do Niemiec101.
Często cytowana to wypowiedź w kontekście radykalnej zmiany paradygmatu niemieckiego dyskursu o Polsce w połowie XIX w., ale jest ona propagandowo powierzchowna102. Nawet jeszcze w 1848 r. nie brakowało w Niemczech zwolenników odbudowania Polski w granicach z 1772 r. (np. poseł Leisler i jego zwolennicy podczas obrad Vorparlamentu103), miał ten postulat swoich rzeczników także podczas obrad Zgromadzenia Narodowego, a po zakończeniu debaty o Polsce bronił go jeszcze Engels w "Nowej Gazecie Reńskiej". Faktem jest, że starcia zbrojne w Poznańskiem wyzwoliły eksplozję nienawiści (z praktykowaniem samosądów po obydwu stronach włącznie), ale emocje te pozostały zjawiskiem lokalnym. Strategia działania w odpowiedzi na tendencje odśrodkowe, tj. przede wszystkim polskie dążenia niepodległościowe (mająca określać odtąd wizerunek Polski i Polaków w niemieckiej opinii publicznej aż do I wojny św.), oparta została nie na emocjach, lecz na konkretnych posunięciach administracyjno-politycznych i towarzyszącej im propagandowej debacie publicznej, zakorzenionej we wspomnianym dyskursie historiozoficznym.
Odpowiedzią było w pierwszym rzędzie wzmożone osadnictwo niemieckie we wschodnich prowincjach Prus. Izabela Surynt, podejmując mało znany temat "zazębiania się niemieckiego dyskursu o Polsce i Polakach z niemieckim projektem kolonialnym", interferującym w pierwszej połowie XIX w. z niemieckim projektem narodowym, wskazała na to, że odbywało się ono w ramach "interpretowania kolonizacji wewnętrznej jako swoistej działalności kolonialnej, będącej odpowiednikiem [...] zamorskich działań mocarstw europejskich"104. Miało to swoje skutki dla obrazu Polaka, który jawi się odtąd niemieckiemu osadnikowi (co mu suflują promotorzy akcji kolonizacyjnej na Wschodzie) niczym zamorski "dzikus"105. Cytowany tu wyżej Arndt, w oczach współczesnych "mistrz w ocenie charakteru narodów", odwołujący się w 1848 r. w swoich konstatacjach na temat Słowian do "powszechnego sądu historii nad narodami", zawyrokował już kilka lat wcześniej, że "Polak był od zawsze [tylko] wyrośniętym dzikusem", zaś "Historia Polski to od początku do końca dzieje lekkomyślności, pochopności, zdziczenia i nieporządku"106. Pruska historiografia i publicystyka, poszukując argumentów legitymizacyjnych dla niemieckiego prawa do zawłaszczania Wschodu, w tym byłych polskich ziem, szuka ich w tak właśnie diagnozowanej nieefektywności polskiego habitusu państwowo-politycznego, społecznego i kulturowego. Bowiem "z nagiego faktu istnienia", stwierdza zdecydowany obrońca rozbiorów i utrwalonego przez Kongres Wiedeński porządku w Europie Heinrich Wuttke, "żaden naród nie może wywodzić sobie prawa do budowania państwa jako swego ciała"107. A skoro, wnioskuje, "Polak obecnie nie jest jeszcze na tyle silny wewnętrznie, by utrzymać własne państwo [teraźniejszość nie powinna spodziewać się po nim niczego, co by miało znaczenie]", to "dobrze będzie, jeśli Polak przez długi czas będzie jeszcze poniekąd wychowywany przez obyczaje i dzieje XIX stulecia" - czyli inaczej, pozostanie jako wschodnioeuropejski "dzikus" przedmiotem płynących z idei niemieckiego posłannictwa kulturowego na Wschodzie zabiegów cywilizacyjnych. Tym bardziej że nawet Rosjanin, nad którym Polak we własnym mniemaniu góruje, przewyższa go, "ponieważ ma więcej wytrwałości w sprawach powszednich, twardszy jest i bardziej niezłomny, a okręt jego państwa dobrze był sterowany". To uderzające w ówczesnych wypowiedziach niemieckich dotyczących Polski wynoszenie rosyjskiego habitusu państwowo-politycznego i społecznego (mające co prawda korzenie jeszcze oświeceniowe) ponad polskie zachowania i umiejętności nie wypływało bynajmniej z solidarności współsprawcy w rozbiorach. Dobrą kondycję rosyjskiej nawy państwowej Wuttke wyjaśnia z prawdziwie pruską zwięzłością: "Niemcy stali u steru". Sapienti sat. Student Wuttkego Heinrich von Treitschke, jeden z najbardziej wpływowych historyków niemieckich XIX w., sięga, aby zdezawuować państwowotwórcze zdolności Polaków, aż do dziejów Zakonu Niemieckiego. W jednym z najgłośniejszych swoich esejów Niemiecki kraj zakonny Prusy (1862), który współgenerował niemiecki nacjonalizm drugiej połowy XIX w., opisuje jak "państwo to", przypisując mu ahistorycznie pierwiastek narodowy, "nieomylnie wypełniało swoją niemiecką misję", przeciwstawiając tej cnocie "dzikie rządy Polaków" po jego upadku, ów "przeciwny naturze stan panowania Słowian nad Niemcami," czemu kres położyły na tych ziemiach ostatecznie rozbiory. Nie kryjąc, że był to "dwuznaczny sposób [ich] zdobycia", Treitschke podkreśla, że "został [on] już dawno zamazany poprzez godne użytkowanie"108.
Topos "godnego użytkowania", do którego zdolne są jedynie narody cywilizowane (Kulturvölker), a nie "na poły dzikie", będzie w historiografii niemieckiej po zdominowaniu jej w latach 40. XIX w. przez dziejopisarstwo pruskie (Leopold von Ranke) niczym mantra powracał w przyszłości w instrumentalizowaniu dziejów stosunków polsko-niemieckich do wykazywania kulturowej i cywilizacyjnej wyższości Niemców nad Polakami. W procesie krystalizowania się niemieckiej tożsamości narodowej na mieszczańskiej bazie społecznej, w klimacie dowartościowania społecznego pragmatyzmu i zagadnień ekonomicznych dochodzi do przemianowania cnót mieszczańskich na narodowe cechy niemieckie109, więc np. "prawo i dobrobyt, edukacja i dobre obyczaje" będą odtąd w niemieckim projekcie narodowym i przeplatającym się z nim, zorientowanym na Wschód, projekcie kolonizacyjnym "dziełem rąk niemieckich"110.
Wpływ historiografii niemieckiej od czasów Rankego, a zwłaszcza jego następcy na stanowisku oficjalnego historiografa państwa Hohenzollernów, którego był apologetą, Treitschkego, na obraz Polski i Polaków w Niemczech brał się z jednej strony stąd, że wprzęgnięta ona tam została w służbę patriotycznego wychowywania społeczeństwa. Skutkiem i ceną pełnienia przez nią tej roli (gorliwie zresztą) była jej pryncypialna uległość wobec politycznych interesów państwa111, które - przypomnijmy - po objęciu rządów przez Bismarcka wydało zdecydowaną walkę polskim aspiracjom niepodległościowym, bowiem jak stwierdził kanclerz w swojej cytowanej tu już mowie, wysiłki, "aby życzliwie pozyskać ludność polską, a przynajmniej jej elitę, polską szlachtę, dla pruskiej idei państwowej, były błędnym posunięciem"112. Z drugiej strony wynikał on z silnego związku tej historiografii z upolitycznionym protestantyzmem, traktującym katolickich Polaków jako swoich i pruskiego/niemieckiego państwa zaprzysięgłych przeciwników113.
Osobliwe miejsce zajmuje w jej panteonie tego okresu wrocławski historyk o żydowsko-polskich korzeniach Jakob Caro. Kompetentny badacz słowiańszczyzny, autor cenionej kontynuacji Historii Polski Richarda Röpella za lata 1300-1486 (Gotha 1863-1886), przygotował dla trzeciego, "całkowicie zmienionego" wobec nowej rzeczywistości zjednoczonej Rzeszy Niemieckiej, wydania leksykonu Meyera hasło poświęcone Polsce. Stephan Scholz pisze o nim, że był to "bez wątpienia "najnowocześniejszy" obraz Polski w tej epoce, oddający szeroko rozpowszechnioną wizję i wykładnię jej dziejów, która [w tym jego ujęciu] pozostanie wiążąca jeszcze późno w XX w."114 Osobliwość stanowiska Caro przejawia się w semantyce hasła dla Meyera w zaskakującym, jak na dbałego o obiektywizm, nie uprawiającego nachalnej edukacji historycznej społeczeństwa (jak choćby Treitschke) uczonego, przywiązaniu do ducha narodowo-niemieckiego dyskursu polskiego po 1848 r.
Uderza po pierwsze nacisk, jaki autor kładzie na tzw. kolonizację wschodnią, tj. na niemieckie wpływy na rozwój Polski: "To przecież stamtąd Polska otrzymała najbardziej znaczące przesłanki dla swojej pozycji w świecie"115, podkreślając decydujący niemiecki wkład w rozwój chrześcijaństwa, rozmaite korzyści z niemieckiego osadnictwa dla rozwoju gospodarczego i prawodawstwa w Polsce. Chciałoby się niemal rzec w nawiązaniu do konstatacji Scholza, że prosta stąd droga aż do monografii Kurta Lücka o "niemieckim wysiłku na rzecz rozbudowy Polski"116. I przypomnijmy, że bezlitośnie apologię tych "korzyści", przedstawioną frankfurckiemu Zgromadzeniu Narodowemu przez Gustava Adolpha Stenzla (zresztą też wrocławskiego historyka), wyszydził w "Nowej Gazecie Reńskiej" już kilkadziesiąt lat wcześniej Engels117. Rzecz nawet nie w takich czy innych, w domniemanych czy faktycznych, wpływach kolonistów ze "Starej Rzeszy" na rozwój Polski (że miały miejsce, nie ulega wątpliwości), lecz w forsownym stosowaniu przez autora dziewiętnastowiecznej, narodowej optyki w odniesieniu do procesów i czasów z epoki przednarodowej118, co nieodparcie przypomina wątek legitymizacyjny ze współczesnego niemieckiego projektu kolonialnego. Gorzej, że także w odniesieniu do dziejów porozbiorowych Polski Caro brnie w gloryfikację niemieckich dobrodziejstw cywilizacyjnych, które miały stać się udziałem ziem zagarniętych przez Prusy: "Prowincje [te] mogły sobie powiedzieć, że nigdy podczas całego okresu swojej [polskiej] suwerenności nie zaznały podobnie dobrego zarządzania, jakie stało się [teraz] ich udziałem [...]. Do dzisiejszego dnia widoczne są tam ślady dobroczynnej administracji, nastawionej na podniesienie poziomu kultury".
Dochodzimy tu do drugiej odsłony osobliwości stanowiska Caro. Bowiem znowuż: problematyczny nie jest tu fakt samego momentu modernizacyjnego, jaki stanowiły rozbiory w rozwoju ziem poszczególnych zaborów119, lecz aż nadto czytelna intencja autora do jego zdyskontowania na rzecz usprawiedliwienia rozbiorowego rabunku. Przypisując Rosji główne sprawstwo rozbiorów, historyk stara się jednak wykreować genezę samego pomysłu w Polsce, bowiem jak pisze, aby oszukać mocarstwa ościenne, to polski "August sam powziął plan rozbioru, w wyniku którego Rosja otrzymałaby Litwę, Prusy dolne Powiśle, a Austria Spisz. Można stwierdzić, że od tego momentu wspomniane mocarstwa zaczęły prowadzić wobec Polski politykę, która ukierunkowana była [...] na pozyskanie ofiarowanych im lekkomyślnie terytoriów". Nazwanie przez Caro rozważanych przez Augusta II częściowych cesji terytorialnych, powszedniego mechanizmu ówczesnej polityki, "rozbiorem", było manipulacją językową zrównującą semantycznie niedoszłą do skutku gabinetową grę polityczną z faktycznymi rozbiorami, "odejmującą" im przez ten relatywizujący zabieg "znaczną część ich ciężaru gatunkowego"120.
W ramach definitywnego (bo prekursorem był tu już Jordan) "przejścia od dyskursu winy do dyskursu legitymizującego rozbiory"121 Caro przedstawia je jako uprawniony "środek do wyrównania ścierających się ze sobą interesów [mocarstw ościennych] oraz [...] zapobieżenia nie dającej się inaczej uniknąć wojnie europejskiej". Jest to trzecia z "osobliwości" jego tekstu, w którym ustanawia odwołanie się do idei równowagi sił (silnie zakorzenionej w polityce europejskiej po Kongresie Wiedeńskim) stałym wątkiem legitymizacyjnym, towarzyszącym odtąd niemieckiej debacie rozbiorowej. Jeszcze w 1940 r. w poświęconym "byłej" Polsce haśle, leksykon Meyera będzie argumentował, że to "aby zapobiec dominacji Rosji w Polsce, Fryderyk II i cesarz Józef II w 1770 roku porozumieli się w kwestii rozbioru Polski i przekazali swoje propozycje Katarzynie II"122.
Chociaż historia stała się laboratorium kształtowania tożsamości narodowej i instrumentem polityczno-patriotycznego wychowywania narodu, to jednak nie historycy mieli w drugiej połowie XIX w. zapanować nad masową wyobraźnią Niemców w odniesieniu do Polski i Polaków, lecz pisarz Gustav Freytag - pruski Sienkiewicz swego czasu123. Jego trzytomowa saga o Antonie Wohlfahrt'cie Soll und Haben (1855, Winien i ma), w której kreśli w oświeceniowej tradycji niemieckiej powieści kupieckiej idealną postać kupca-mieszczanina, stała się dla całych pokoleń Biblią niemieckiego mieszczaństwa, jak ją powszechnie nazywano. Jeszcze w 50. latach XX w. była w tym środowisku obowiązkowym prezentem przy okazji konfirmacji, przekraczając wtedy nakład miliona egzemplarzy. Jej oddziaływanie na współczesnych i potomnych budzi tyle samo, a dzisiaj może nawet więcej, zainteresowania i kontrowersji co sama jej treść124, bowiem to pod przemożnym wpływem twórczości Freytaga (obok Soll und Haben trzeba tu wymienić także jego konstytutywne dla nacjonalizmu nowych cesarskich Niemiec Bilder aus der deutschen Vergangenheit [1859-1867]) kształtowała się retoryka i symbolika koncepcji "narodu niemieckiego" w tym czasie. "Epik nienawiści narodowej", jak nazwał pisarza Szymon Askenazy125 (niemal pół wieku od ukazania się książki siła rażenia jej ideowej wymowy pozostawała niezmienna), przeciwstawiając "przebojową i zwycięską dzielność" Niemców "genialnemu niedbalstwu spod znaku polnische Wirthschaft" (Richard N. Meyer), udziela czytelnikowi "uogólniającej ahistorycznej lekcji niemiecko-polskiej asymetrii cywilizacyjno-moralnej"126. Izabela Surynt, autorka odkrywczej monografii o "Polsce" Freytaga127 (tj. o symbolicznej przestrzeni, jaką pod tą nazwą w swoich utworach kreuje), pokazuje, na jakim "czarnym tle" cech charakterologicznych swoich polskich postaci pisarz konstruuje narodowy autostereotyp niemiecki. Otóż
niezależnie od swojego społecznego statusu są oni (Polacy) w zachowaniu instynktowni, nieopanowani, chciwi, niezdyscyplinowani, brudni, dziecinni w wybuchach radości i gniewu, ludźmi chwilowego porywu, niezdolnymi do racjonalnego planowania swojego życia i swojej przyszłości. W swojej głupocie nie kontrolują swoich potrzeb i afektów, skłonni są zaś do poczynań nierozumnych. Niedostateczne wykształcenie i brak wewnętrznej dyscypliny zamykają im drogę do pojęcia zasad funkcjonowania "wyższych organizmów" - wspólnoty (naród, państwo) i świata oraz do samopoznania128.
Soll und Haben stanowi w swoim polskim wątku syntezę tak wykreowanego przy pomocy kumulacji cech negatywnych wizerunku Polaków, który zakorzeni się odtąd w niemieckiej świadomości społecznej na dziesiątki lat aż po wiek XX. Niemiecki czytelnik dostawał niejako w pigułce zaprezentowany zestaw cech i zachowań (Obcego/Innego), wobec których musi się dystansować, aby po/zostać pełnowartościowym członkiem własnej, organizującej się w opozycji do tego heterostereotypu wspólnoty narodowej129. Ich "demaskacja" jako jaskrawych mankamentów polskiego habitusu służy pisarzowi do legitymizacji niemieckiego projektu kolonizacyjnego na Wschodzie, uprawomocnia też jego postrzeganie i opis Polaków jako "dzikusów" ("der edle Pole" ulega mutacji w "der wilde Pole") w ramach strategii ich egzotyzacji/orientalizacji, której poddaje też zresztą i polski krajobraz ("karawany" ciągną tam po "słowiańskiej Saharze", przybywający do Polski Wohlfahrt ma wrażenie, że trafił niczym Robinson "na bezludną wyspę"). Będzie jednak ta "wyspa" dla Wohlfahrta (nomen est omen: Fortunata, jak zgrabnie polszczy jego symboliczne nazwisko Askenazy) poligonem doświadczalnym, na którym sprawdzi się - tak w odniesieniu do ziemi, krajobrazu, jak i do ludzi - modernizacyjna wyższość niemieckiej organizacji i wydajności pracy i niemiecka przewaga kulturowo-cywilizacyjna. Dobroczynna perspektywa dla tubylców, polskich "dzikusów", jest taka (Freytag nie jest tutaj bynajmniej zwolennikiem ofensywnej germanizacji, usiłuje raczej wychowywać przez "niemieckie wartości"), że po zaakceptowaniu owej niemieckiej przewagi mają możliwość poddania się asymilacyjnej, atrakcyjnej sile tych wartości. "Trzeba dobrze zapamiętać to znamienne zjawisko literackie" - pisał po śmierci pisarza Askenazy - "albowiem ono po raz pierwszy w formie popularnej, przystępnej dla tłumów, rzuciło w Niemczech nieubłagane hasła polakożercze. To jest w całem znaczeniu słowa programowy romans [powieść] hakatyzmu"130.
O sile przekazu wykreowanego przez Freytaga w Soll und Haben obrazu Polski i Polaków oraz jego zakorzenieniu w żywym w społeczeństwie niemieckim splocie stereotypów polnische Wirthschaft świadczy podkreślony przez Huberta Orłowskiego fakt, że podzielali go ludzie niekoniecznie pisarzowi przychylni, a nawet kiedyś Polakom życzliwi, jak np. Theodor Fontane piszący: "To wszystko, to dla niemieckiego czy pruskiego serca nie tylko pokrzepienie, to w równej mierze prawdziwe, co piękne. Gospodarka Polaków sama skazała się na upadek. Prusy są państwem przyszłości [...], a mieszczaństwo", dodawał, "stanowi bezsprzecznie oparcie dla każdego kraju oraz jest właściwym nośnikiem całej kultury i wszelkiego postępu"131. Przeciwnicy, jak Franz Mehring, będą jeszcze po kilkudziesięciu latach przyznawać, że to "najpoczytniejsza z niemieckich powieści"132. Spektakularnie zwielokrotniała przekaz powieści pisarza okoliczność, że zaprezentowany w niej wzorzec narracyjny z leżącą u jego podstaw techniką stereotypizacji "polskości" będzie aż do czasów I wojny światowej masowo powielany przez producentów literatury konfekcyjnej, a zwłaszcza autorów tzw. Ostmarkenliteratur133, tj. literatury Marchii Wschodniej.
Freytag patronuje zatem na przełomie wieków XIX i XX obrazowi Polski i Polaków: "jego rzeczy [nędzne i złośliwe elukubracye] czytane są dzisiaj po wielu domach niemieckich, po spokojnych domach, gdzie dawniej kształcono się na czytaniu i szlachetnem natchnieniu wielkich geniuszów poezji niemieckiej"134, natomiast głosy propolskie stały się rzadkie w dosyć teraz jednostajnym chórze niemieckiej opinii publicznej. Wymierało rewolucyjne pokolenie uczestników Wiosny Ludów, pamiętających jeszcze niemieckie poparcie dla powstania listopadowego, z których potem i tak niewielu zachowało do końca swój entuzjazm dla sprawy polskiej jak np. badeński rewolucjonista, pruski więzień, polityk i pisarz Gottfried Kinkel. Pięćdziesiątą rocznicę wybuchu powstania listopadowego uczcił wierszem, w którym pisze o Polakach, całkiem w duchu Polenlieder z lat 30.: "jedynie myśl wolna [nimi] owłada" i wieszczy, że pomimo ponoszonych ciągle klęsk polski "naród zmartwychwstanie i żyć będzie nadal"135. Niezwykły to głos w czasie, kiedy nacjonalizm niemiecki, religia polityczna drugiego cesarstwa, święci swoje wielkie triumfy, a sprawa polska spadła z bieżącej politycznej agendy Europy.
Nie sposób oprzeć się przed obszerniejszym zacytowaniem tutaj Jana Kucharzewskiego, który zastanawiając się w styczniu 1908 r. nad międzynarodowymi reperkusjami rewolucyjnych wydarzeń lat 1905-1907, pisał:
Ale teraz przynajmniej od czasu do czasu w parlamencie niemieckim słychać wyrazy platonicznej sympatyi dla sprawy polskiej z tej skrajnej lewicy, która odpowiada swem stanowiskiem w parlamencie grupie Arnolda Rugego w kościele św. Pawła. Ale co będzie, gdy z czasem lewica ta stanie chociaż częścią u steru rządów, choćby tak jak we Francyi? Czyż rok 1848 nie dostarcza dowodów i czy nie braknie obecnie oznak, że dojrzałość polityczna do rządów (Regierungsfähigkeit) wypiera się kompromitujących kamratów młodości? Czy nie należy w pewnych chwilach ludom ujarzmionym pamiętać o słowach wielkiego satyryka: Es gibt zwei Sorten Ratten: / Die hungrigen und satten - i nie brać zbyt pochopnie głodnych, jeszcze nie stojących u żłobu szczurów - za jaskółki, wiosnę ludów zwiastujące?136
Przyszłość miała wszakże niebawem zrealizować zupełnie inny scenariusz.
IV
Upadek i rozkład w rezultacie przebiegu I wojny światowej trzech potęg zaborczych oraz korzystna międzynarodowa konstelacja polityczna pospołu z polskim czynem niepodległościowym umożliwiły w 1918 r. restytucję niepodległego państwa polskiego. Fakt, że odradzająca się Polska musiała powstać m.in. kosztem terytorialnej masy upadłościowej Rzeszy Niemieckiej (która najpierw podbite, a potem poddawane przez siebie cywilizacyjno-modernizacyjnym procesom w ciągu niemal półtora wieku ziemie przywykła uważać za własne "zdobycze kulturowe"), krył w sobie od początku zarzewie przyszłego konfliktu na tle rewizjonistycznym z jej spadkobierczynią - Republiką Weimarską i programował z góry wzajemne, negatywne postrzeganie. Szok wywołany powstaniem Polski wynikał z całkowicie już w niemieckiej świadomości społecznej spetryfikowanego paradygmatu nieefektywności polskiego habitusu państwowo-politycznego, nie dopuszcającego myśli o możliwości odrodzenia się państwa polskiego, bo przecież taki niewyobrażalny twór musiałby "bardzo szybko podzielić ten sam los, co państwo rozgromione w roku 1795"137.
Sam wybuch wojny ożywił wprawdzie z jednej strony w zmarginalizowanych grupkach polonofilskich oraz w niektórych, pubudzonych już wcześniej wystąpieniami rewolucyjnymi lat 1905-1907 w Kongresówce środowiskach lewicowych sympatie propolskie, choć niezwykle emfatyczny, zaklinający niemiecko-austriacko-polskie braterstwo broni, antyrosyjski apel Paula Albersa Do Polaków 1914 z pierwszego roku wojny był raczej czymś wyjątkowym138. Z drugiej strony kiełkująca od nowa idea niepodległości Polski zaktualizowała z powrotem kwestię wspomnianych "niemieckich zdobyczy kulturowych" (jak je jeszcze w XIX w. nazywał Ferdinand Lassalle) na Wschodzie. Kiedy socjaldemokrata i niemiecki patriota Eduard Bernstein domagał się w 1915 r. uwzględniania przy ewentualnym wytyczaniu nowych granic praktycznych skutków "dokonanej już germanizacji", to mógł się w razie potrzeby powołać już nie tylko na Lassalle'a, ale na rozbudowany od jego czasów odnośny dyskurs, argumentujący, jak pisał, "punktem widzenia kultury"139 , nie prawem zdobywcy czy nawet zasiedzenia. Zwycięstwem zza grobu Freytaga był sukces postulowanej przez niego germanizacji przez wartości: jako "niemieckie (pruskie)" jawiły się rzecznikom tego dyskursu nie tylko nowa, agrarno-przemysłowa infastruktura wschodnich prowincji, lecz i "niemiecki (pruski)" charakter zamieszkujących je Polaków, naraz zapobiegliwych, pracowitych, oszczędnych. "Za dwa, trzy pokolenia bylibyśmy już Niemcami", żalił się górnośląski protagonista dramatu Rudolfa Fitzka, w którego optyce powstanie Polski przerwało niemiecką asymilację polskich Górnoślązaków140. O takie więc ziemie i taką ludność należało zawczasu propagandowo walczyć, tym bardziej że odradzająca się Polska coraz wyraźniej majaczyła na politycznym horyzoncie wydarzeń. Monachijski ekonomista polityczny i geograf gospodarczy Rudolf Leonhard, włączając się w narastającą od 1915 r. i zintensyfikowaną Aktem 5 Listopada 1916 r. debatę o Polsce, nie podjął w Przyczynku do socjologii polskości (1917) tego wątku, wychodząc za Friedrichem Naumannem z założenia, "że dobrze pojęty materialny interes, jaki Polska ma w gospodarczym związku z państwami centralnymi", przeważy i że będzie ona "szukać poniekąd z konieczności [terytorialnego] porozumienia z Niemcami"141. Ustanowił jednak w swojej pracy, na co odkrywczo pierwszy zwrócił uwagę w przywoływanym tu już wielokrotnie dziele Hubert Orłowski, nowy dyskurs o Polsce pomijający "dyżurne" dotąd w debacie niemieckiej zagdnienia państwowo-polityczne, a rozwijający refleksję przede wszystkim wokół mentalnych uwarunkowań rozwoju Polski, różnic w profilach socjalizacji polskiej i niemieckiej142 oraz wynikającej stąd specyfiki procesów gospodarczych. Było to nowe podejście do dziejów Polski w Niemczech - i szkoda, że wskutek przedwczesnej śmierci autora nie doczekało się kontynuacji w odniesieniu do jej powojennych losów.
Ta zaś znalazła się od samego początku wskutek wspomnianego konfliktu interesów na kursie kolizyjnym z Republiką Weimarską. Wszystkim jej gabinetom przyświecał od początku do końca jeden wspólny cel: rewizja postanowień wersalskich, których nowa Polska była jednym z głównych beneficjentów, a której celem ostatecznym - formułowanym na razie tylko przez ruch nacjonalistyczny i volkistowski - miało być powstanie przyszłych Wielkich Niemiec143. Wersal ("zdrada wersalska" w powszechnym ówcześnie niemieckim uzusie językowym) jako "wydarzenie historyczne" w rozumieniu Luciana Hölschera, któremu sens współcześni i potomni nadają, uwzględniając towarzyszący mu zdarzeniowy kontekst144, będzie się kładł odtąd długim cieniem na stosunkach niemiecko-polskich przez cały okres międzywojnia. Ten zdarzeniowy kontekst - powstania śląskie, powstanie wielkopolskie, plebiscyt na Warmii i Mazurach, spór o Gdańsk - z "wydarzeniem historycznym" w centrum, interpretowanym przez pryzmat amputacji części kraju na rzecz nowej Polski145, będzie teraz generował raz mniej, raz bardziej intensywnie w zależności od aktualnej sytuacji politycznej, ale ustawicznie: wizerunek wroga, Polski jako państwa "zbójeckiego", "sezonowego", "groteskowego", "kalekiego", "anarchicznego" itd. i Polaka jako "złego sąsiada": złodzieja", "bandyty", "dzikusa", "lumpa", "pijaka" itd., zawsze obdartusa, a w wariancie animalizującym np. jako: "szczura", "hienę", wilka", "świnię" czy "wesz"146. Chodzi w tym drugim przypadku o strategię propagandową apelującą do rozpowszechnionej w "ludowej psychologii (pedagogice)" skłonności fizjonomicznego postrzegania człowieka, wnioskowania o jego cechach duchowych na podstawie zewnętrznej cielesności. Stąd wybierano w tym celu zwierzęta, którym wielowiekowa tradycja przypisuje cechy negatywne. Porównywanie przedstawicieli innego narodu do wszy Tomasz Szarota diagnozuje jako
przekroczenie pewnej psychologicznej bariery. Przedstawianie ludzi jako insektów to już nie nawoływanie do walki [jak w przypadku wilka, "wciąż jeszcze "partnera""], lecz wytępienia tych, którym odmawia się przynależności do ludzkiego gatunku. Stąd doprawdy już tylko krok do sugestii rozgrzeszenia z ludobójstwa147.
Uderzający jest w pierwszym okresie budowania zrębów niepodległości Polski renesans splotu stereotypów polnische Wirthschaft w Republice Weimarskiej (trafiający tam z całą oczywistością i do podręczników szkolnych), którego oddziaływanie w latach przedwojennych słabło (m.in. wskutek wspomnianego nowego postrzegania Polaków internalizujących cechy i wartości "niemieckie"), a który ożywa teraz, niosąc porażający, wprost infernalny ładunek nienawiści i pogardy, nieznany w tej skali ani wcześniej, ani później. Polacka hołota (1925), tekst sygnowany nierozwiązanym dotąd skrótem P. W. z satyrycznego (i politycznego w wymowie) pisma "Kladderadatsch", monopolisty na rynku, popierającego od 1923 r. ruch nazistowski, jest tego zjawiska skromną próbką. Aktywacja negatywnych skojarzeń związanych z polnische Wirthschaft służy podtrzymaniu w społeczeństwie przekonania o "nieznośności" istnienia Polski ("fikcji", jaką sobie Polacy "uroili"), "niemożliwości" jej "pogodzenia z warunkami życiowymi Niemiec", a zatem i mobilizacji do zmiany tego stanu rzeczy. Autor tych słów, szef reichswery, gen. Hans von Seeckt, tak tłumaczył to w kontekście pożądanego zbliżenia z Rosją radziecką pierwszemu weimarskiemu ministrowi spraw zagranicznych Ulrichowi von Brockdorff-Rantzau już w liście z 11.09.1922 r.:
Polska nigdy nie będzie w stanie zaoferować Niemcom jakichkolwiek korzyści - ani gospodarczych, bo jest niezdolna do rozwoju; ani też politycznych, bo jest francuskim wasalem. Odbudowanie granicy między Rosją i Niemcami jest przesłanką obopólnego wzmocnienia. Status rosyjsko-niemieckiej granicy z 1914 roku powinien być fundamentem porozumienia między nami. I nie ma potrzeby, aby stosunek Niemiec do Polski był trwożliwie skrywaną tajemnicą148.
W myśl tej ostatniej rady propaganda niemiecka działała, jak już to podkreśliliśmy, od początku i gorliwie. Zaś gorliwość ta brała się stąd, że analizując przyczyny klęski, dostrzeżono je w Niemczech w dużej mierze (choć mijało się to z prawdą) w roli alianckiej propagandy, odkrywając tym samym dla siebie "nowy instrument polityki, zwłaszcza zagranicznej, [...] "duchową broń", jaka Niemcom, pozbawionym postanowieniami Traktatu Wersalskiego faktycznych narzędzi siły, pozostała jako "ersatz sprzętu wojennego"" i szansa na wyprowadzenie ""duchowego kontruderzenia""149 przeciwko wrogom Niemiec, w pierwszym rzędzie przeciwko Polsce. To tak rozumiana polityka zagraniczna określała zatem formy i treści medialnej propagandy, która kreując polską "rzeczywistość", suflowała ją odbiorcom jako istniejący stan faktyczny.
Zdumiewać zatem może w pierwszej chwili fakt, że od samego początku znaleźli się też ludzie z jasną świadomością społeczno-psychologicznego faktu (sformułowanego w latach XX ubiegłego wieku jako żelazne prawo socjologii, znane później pod nazwą teorematu Williama Thomasa), że "sytuacje, które ludzie definiują jako realne, mają realne następstwa"150, którzy postanowili z tym stanem rzeczy walczyć, wychodząc z założenia, że warunkiem obopólnego porozumienia jest najpierw rzetelna wiedza o sobie nawzajem. A brakowało jej po obydwu stronach granicy. Mniej ten fakt będzie dziwić, jeżeli przypomnimy, że głównym orędownikiem jej upowszechniania na drodze transferu literacko-kulturowego został w Niemczech Otto Forst de Battaglia - austriacki historyk literatury i kultury polskiego pochodzenia. Homme de lettres w klasycznym, dziewiętnastowiecznym jeszcze rozumieniu tego pojęcia, którego zaprzyjaźniony z nim Franz Theodor Csokor (rzecznik i praktyk tej samej postawy) nazwał kiedyś "Erazmem naszych czasów" nie tylko dla jego erudycji i rozległości zainteresowań, ale i dla dzielonego z humanistą znad Czerwonej Grobli przekonania, że zło pochodzi z niewiedzy. Kilka lat po wojnie "Erazm" z wyrzutem pisał na łamach popularnego berlińskiego dziennika społeczno-kulturalnego "Germania" w artykule pod wymownym tytułem "Polski rachunek":
Nad stwierdzeniem, że polonica nie należą do kanonu lektur, europejska opinia publiczna przechodzi - bądź do niedawna przechodziła - do porządku dziennego, ignorując twórczość polskich pisarzy. W odniesieniu do Niemiec polityczne okoliczności mogą poniekąd czynić to zrozumiałym. Ale nie mogą usprawiedliwiać faktu, że ten zachodni sąsiad Polski nie przyjmuje do wiadomości niemal nic z istotnego dorobku jej literatury151.
Starał się temu zaradzić, współpracując z ponad tuzinem niemieckich pism literacko-kulturalnych, politycznych i naukowych jako eseista, tłumacz, krytyk, komentator i historyk literatury i kultury - będąc "Dedeciusem" międzywojnia, która to atrybucja chyba lepiej oddaje rozwijaną wtedy przez niego w Niemczech działalność aniżeli formuła erazmijska. Nie stroniąc od języka praktycznej publicystyki, radził Berlinowi (ale i Warszawie):
skończyć z polityką wsadzania sąsiadowi szpil, gdzie się tylko da, bo wyrządza to tylko szkody, a nie uczy niczego i nikogo [...] odważyć się na opartą na zaufaniu i spokojnej wymianie argumentów debatę o żywotnych dla obu stron kwestiach, dla których załatwienia potrzeba tylko dobrej woli. A potem przystąpić do rozbrojenia psychologicznego. Zarządzić choćby krótkie moratorium na hiobowe wieści i propagandowe bajki, o których muszę powiedzieć, że są one - tak w Niemczech, jak i w Polsce - w dwóch trzecich wyssane z palca152.
Wydaje się, że aktualny to i dzisiaj postulat, choć jego adresatem byłaby teraz przede wszystkim Warszawa. Wreszcie apelował o trudną, ale w interesie dobrosąsiedzkich stosunków niezbędną akceptację
racjonalnej myśli, iż wskutek położenia geopolitycznego Polska mogła powstać na nowo jako rzeczywiste państwo wyłącznie w rezultacie zwycięstwa Ententy. Ale z tego tylko powodu nie musi na zawsze pozostać wrogiem Niemiec [...]. Polska nie jest bowiem przypadkowym, przejściowym tworem politycznym, lecz historycznie i geograficznie ugruntowanym państwem europejskiego Wschodu [...], którego stara i bogata kultura - gdyby tylko była lepiej w Niemczech znana - mogłaby wystarczyć za rękojmię jego trwałości, a zasługuje na to, aby ją znać i cenić tak jak kultury krajów Zachodu153.
Nie to jednak o Polsce i Polakach "niemiecki Michel", jak pokazuje lektura monografii Tomasza Szaroty, chciał zapewne przeczytać, bo nie taki był jego polski heterostereotyp, choć komplementowali Forsta de Battaglię z drugiej strony intelektualiści, jak choćby Tomasz Mann: "Uważam, że każdy musi być Panu wdzięczny za Pańską pośredniczącą i informującą działalność między obu narodami"154.
Jeżeli zatrzymaliśmy się tutaj dłużej przy osobie wiedeńskiego polihistora, to dlatego, że widać na jego przykładzie - gdy uwzględnimy, że funkcjonował nie tylko w obydwu językach, kulturach, ale i tożsamościach: niemieckiej (w wersji austriackiej) i polskiej - jak w procesie habitualnej autorefleksji, na co przenikliwie zwraca uwagę Hubert Orłowski, "polski splot autostereotypów czerpie w dużej, znaczącej mierze z zasobów opartego na wybiórczym postrzeganiu rzeczywistości splotu niemieckich heterostereotypów"155. Otóż publikując w 1927 r. doniosłą biografię ostatniego polskiego monarchy156, nakreślił we wstępie taki swój obraz Polaków:
Słowiańska jest [ich] sangwiniczna, dziecięca natura, z jaką prowadzą się przez życie, ich osławiona lekkomyślność, niestałość postanowień i skłonności. Słowiański jest rezonans, w jaki instynktownie wchodzą uczuciowo z przyrodą, takaż wreszcie niechęć do poddania się hamującym ograniczeniom zorganizowanego porządku i pisanych praw. [...] Dominuje uczucie, chwila i kapryśny nastrój rozkazują. Gwałtowny w gniewie, ognisty w miłości, jest Polak niezdolny do trwałej nienawiści, jak i do stałej wierności, która oparłaby się wszelkiej pokusie. Łatwo zdobyć jego ufność, ale jeszcze łatwiej jego nieufność. Pociąga go to, co nowe i obce, ceni sobie swojskość i rodzimą tradycję. Podziw budzi w nim zewnętrzne piękno, tak człowieka, jak idei czy też czynu. Ani śladu zimnego skalkulowania tego, co pożyteczne, beznamiętnej rzeczowości, metodycznego upartego dążenia do celu. Praca, od której Polak, jako takiej, bynajmniej nie stroni, nie jest dla niego (tak jak dla Germanina) nakazem etycznym, lecz środkiem do celu: do uzyskania społecznej niezależności i możliwości radosnego rozkoszowania się życiem. [...] Krótko, Polak jako typ narodowy jest sentymentalny i niewyrachowany, jest rycerzem, a nie kramarzem czy robotnikiem; jednostką, która koncentruje się na sobie, a nie realizuje, partycypując w organizmie państwowym jako istota polityczna157.
Tak widział "Polaka" człowiek, który robił wszystko, aby imię Polski i Polaka uwolnić w Niemczech od zmory postrzegania go przez pryzmat pojęciowego splotu polnische Wirthschaft, ale przecież jego bezwiedna recepcja przez autora czytelna jest w tej charakterystyce nie tylko między wierszami. Akurat w stosowaniu przez niego tutaj liczby pojedynczej "Polak" nie należałoby się jednak doszukiwać stygmatyzującej deprecjacji, choć w tradycyjnym antypolskim niemieckim dyskursie temu ona na ogół, świadomie stosowana, służyła.
U podstaw niemieckiej polityki wobec Polski po wojnie aż do objęcia władzy przez Adolfa Hitlera leżała spekulacja obliczona na implozję polskiej państwowości, polityczno-gospodarczy krach z powodu państwowotwórczych niekompetencji Polaków. Oczekiwanie to dzielone było tak przez partie polityczne, opozycyjne i rządzące, jak i przez szerokie warstwy społeczeństwa. "W przeciętnej opinii niemieckiej panuje nadal psychoza nieprzychylna, jeśli nie wręcz nienawistna wobec Polski"158, depeszował berliński korespondent "Przełomu" w 1927 r. A potwierdzał tę wciąż niezmienioną postawę pięć lat później publicysta Hans Schwann: "Gdy my, Niemcy, mówimy dzisiaj "Polska", wówczas w większości z nas powstaje silne odczucie dezaprobaty, lekceważenia, wrogości"159. Odzywające się i po polskiej stronie w ferworze walki polityczno-propagandowej głosy nacjonalistyczno-ekspansjonistyczne wykorzystywane były w Niemczech natychmiast do podnoszenia kwestii polskiego "imperializmu", wręcz sugerowania Polskiego parcia na Zachód. Pisząc wstęp do książki Ernsta R.B. Hansena pod takim właśnie tytułem, socjaldemokratyczny polityk August Müller nawiązuje do przypisywanej Polakom od XVIII w. nieumiejętności rządzenia i stwierdza, że
coraz bardziej palącym w perspektywie międzynarodowej staje się zagadnienie nie tyle, kto gdzie i nad kim rządzi, lecz przede wszystkim, jak rządzi. Odpowiedzialność za to, czy dane obszary zarządzane są wydajnie i zgodnie z przyjętymi wymogami kulturowymi, przestaje być sprawą tylko wewnątrzpaństwową, a staje się w coraz większej mierze sprawą międzypaństwową160.
Niedwuznaczną sugestię (brzmiącą niczym groźba) poddania Polski międzynarodowej kontroli w kwestii traktowania mniejszości niemieckiej (bo o nią, która stała się jednym z instrumentów niemieckiej polityki rewizjonistycznej, Müllerowi tu chodzi) widzieć należy w kontekście podejmowania przez propagandę i dyplomację weimarską ustawicznych prób dyskredytowania Polski na forum międzynarodowym, przede wszystkim w oczach francuskiej i zwłaszcza (bo tam było łatwiej) brytyjskiej opinii publicznej161 jako sojusznika, który te mocarstwa wręcz ośmiesza. Wspomniana książka była częścią takiej zagranicznej ofensywy berlińskiego MSZ, w ramach której w latach 20. (do końca 1929 r.) wydano ponad tuzin podobnych publikacji, których ministerialna inspiracja była oczywiście skrzętnie ukrywana, a autorstwo nieraz fikcyjne162. Ostrość i bezwzględność antypolskiej propagandy weimarskiej wynikała z niemożności (wtedy jeszcze) sięgnięcia po środki siłowo-polityczne (co podkreślał w debatach parlamentarnych minister spraw zagranicznych Gustav Stresemann) oraz - w drugiej połowie lat 20. - z wykorzystywania kryzysu ekonomicznego, w jakim w latach 1925-1926 znalazła się Polska, jako środka wywierania na nią presji. Pod koniec tego okresu Stresemann podkreślał w 1929 r.: "Nie znalazłoby się dzisiaj Niemców gotowych walczyć o powrót Alzacji i Lotaryngii do Niemiec, ale nie znajdzie się też ani jeden Niemiec, od byłego cesarza po najbiedniejszego komunistę, który by uznał dzisiejszą granicę niemiecko-polską"163.
Rzeczywistość nie była jednak do końca tak czarno-biała, jak to sugerował prasie polityk. Forst de Battaglia był ikoną procesu faktycznie już od początku lat 20. ubiegłego wieku ponawianych wysiłków na rzecz niemiecko-polskiego zbliżenia i choć był, jak do niego pisał w 1927 r. Kaden-Bandrowski, "niezastąpiony"164, to jednak nie był w swoich wysiłkach osamotniony. Zwłaszcza rozwijająca się wówczas bujnie literatura reportażowa, wspomnienia i relacje z podróży (literacki fenomen socjologiczny w literaturze międzywojnia o zasięgu europejskim) przynosiły, rzadko bo rzadko, ale odmienny od oficjalno-propagandowego obraz Polski i Polaków. Początek temu reporterskiemu zdawaniu świadectw z kraju sąsiada dał Alfred Döblin swoją Podróżą po Polsce w 1924 r., którego jednak przy demonstrowanej życzliwości dla odrodzonej polskości (i dużych wątpliwościach co do samej idei państwa narodowego) bardziej interesowały żydowska religia i kultura w odwiedzanym kraju. Dopiero Elga Kern, pisarka, aktywistka Deutsche Friedensgesellschaft i współanimatorka ruchu kobiecego w Niemczech, opublikowała w 1931 r. książkę Vom alten und neuen Polen, w której postanowiła pierwszoplanowo przybliżyć rodakom stawanie się nowej Polski165. Znająca język, kraj i ludzi zrobiła to z ekspercką kompetencją, temperamentem rasowej publicystki (jaką była) i zaangażowaniem osoby, dla której kraj ten stał się nawet na pewien czas "duchową ojczyzną" z wyboru. Wyznaniem miłości do Polski, jaką ta zapomniana dzisiaj książka w swojej warstwie emocjonalnej też była, autorka ściągnęła na siebie niemiecką niechęć i połączone z groźbami szykany niemieckiego MSZ166 w równej mierze co i prowokacyjnym podejściem do zrewitalizowanego po wojnie stereotypu "polnische Wirthschaft", tytułując tak nawet jeden z rozdziałów. Pisała w nim:
Dajmy już sobie dzisiaj spokój z tym cudzysłowem, ponieważ treść kryjąca się obecnie za słowami polnische Wirtschaft jest tożsama z porządkiem, czystością i nienaganną organizacją. Niezwykłe jest w nich tylko pozytywno-konstruktywne nastawienie całego polskiego narodu, jego wprost bezprzykładna wydajność, jaką wykazał się w osiągnięciach krótkiego okresu swojej samodzielności167
i zapewniała czytelnika:
Podchodząc do przedmiotu swoich uwag z wielkim krytycyzmem, ubezpieczając się metodą sprawdzania rzeczy zasłyszanych i przeczytanych, niedowierzająco poszukując pod powierzchnią rzeczywistości fałszu i objawów rozkładu - znalazłam tylko prawdę i powagę, wielkie, pewne swojej przyszłości dokonania dumnego, upartego i... tak cudownie młodego narodu168.
Zaprzestanie niemiecko-polskiej "zimnej wojny" (później miało się okazać, że było to tylko jej taktyczne zawieszenie) propagandowej wskutek podpisania w styczniu 1934 r. wzajemnej deklaracji o niestosowaniu przemocy, która zbulwersowała obserwatorów politycznych, mniej może zaskakiwało w odniesieniu do literatury reportażowej. Nieprzynosząca rezultatów strategia propagandowego dyskredytowania młodego państwa i wyczekiwania na jego polityczno-gospodarczą klęskę budziła ciekawość sąsiada i owocowała m.in. tym, że pozytywna o nim narracja zaczęła torować sobie drogę do niemieckiej opinii publicznej już wcześniej, jak pokazuje to nie tylko przykład książki Kern, i coraz śmielej. Wydarzeniem był zarys dziejów sztuki polskiej od 1800 r. z naciskiem na sztukę współczesną (a właściwie album zawierający 150 reprodukcji) Die polnische Kunst von 1800 bis zur Gegenwart (1930) autorstwa cenionego i współpracującego z Polakami berlińskiego historyka sztuki Alfreda Kuhna, kuratora Wystawy Współczesnej Sztuki Niemieckiej w 1929 r. w Warszawie. Wydane niezwykle pieczołowicie na kredowym papierze dzieło było pierwszym monograficznym opracowaniem dziejów nowoczesnej sztuki polskiej za granicą w XX w. Zaś autor oprowadzał swojego niemieckiego czytelnika "nie ma[jącego] o sztuce polskiej wystarczającego wyobrażenia - ani o tej z przeszłości, ani też o teraźniejszej" po jej niwach ze znawstwem przedmiotu i empatią dla jej roli w Polsce i mentalnych warunków, w jakich się kształtowała: "Dla Polski sztuka jest czymś więcej niż tylko ozdobą istnienia. Przez sto lat była ona prawdziwym wspólnym językiem podzielonego na części kraju. Była czymś świętym"169.
Trzeba jednak pamiętać, że działalność publiczna ludzi na polu transferu literacko-kulturowego jak ta Forsta de Battaglii, czy też głośne fakty medialne, nawet tak spektakularne jak książki Kern czy Kuhna, nie zmieniały podstawowego faktu (co wiemy wszakże dopiero ex post), że polityczne porozumienie z Polską było w Republice Weimarskiej niemożliwe (nawet szczere zbliżenie stanowisk nie wchodziło w rachubę, gdyż zakładałoby chociaż częściowe uznanie racji drugiej strony) i nawet go nie rozważano, gdyż nie takie cele stawiała sobie do końca polityka zagraniczna tego państwa. Stąd zajmująca się Polską publicystyka czy poświęcony jej reportaż prasowy, np. pióra Hansa Schwanna czy Rudolfa Herrnstadta (nota bene ojca znanej dzisiaj pisarki Iriny Liebmann)170, wychodziły z kół alternatywnych wobec partii i organizacji mainstreamowych, np. środowisk pacyfistycznych, lewicowych czy - w mniejszym stopniu - kościelno-katolickich, mniej lub bardziej skutecznie izolowanych na forum publicznym. Programowym i zorganizowanym poparciem pozostających w dyskretnym cieniu czynników oficjalnych cieszyła się nadal podejmująca temat rewizji granic publicystyka głównego nurtu. Jak wyliczył Peter Fischer, w latach 1930-1931 co miesiąc ukazywała się co najmniej jedna publicystyczna broszura, bezpośrednio lub pośrednio zainspirowana przez MSZ (Julius Curtius, nowy minister, okazał się pod tym względem jeszcze bardziej radykalny niż jego poprzednik Stresemann), kwestionująca granicę z Polską171.
W tym klimacie politycznym ukazała się książka byłego wieloletniego korespondenta gazet niemieckich w Polsce Friedricha Wilhelma Oertzena Das ist Polen! (1931), poświęcona zagadnieniom polskiej polityki wewnętrznej, w tym problematyce mniejszości narodowych, zwłaszcza niemieckiej. W Niemczech stała się z miejsca bestsellerem - w Polsce jej rozpowszechnianie ze względu na nagłośnienie faktów, skądinąd przez polską stronę nie kwestionowanych, zostało sądownie zakazane, a posiadanie jej zagrożone karą trzymiesięcznego aresztu (co było kiepską decyzją, bo stanowiło oczywiście dla niej reklamę w Niemczech). Szczególność książki Oertzena zasadzała się na tym, że dziennikarz miał dobre pióro - i bardzo rzetelne informacje... oraz nie uciekał się do ewidentnych kłamstw, czym wszystkim różnił się od większości autorów sterowanej przez berliński MSZ literatury propagandowej. Unikał patosu, emfazy, pisał rzeczowo, inteligentnie, piętnując także (w dobrze pojętym niemieckim interesie) niemieckie błędy w tradycji podchodzenia do zagadnień polskich. Zdając sobie sprawę z funkcjonalnego znaczenia rozbiorów jako podstawy odniesienia ocen historii Polski w stosunkach niemiecko-polskich, wytykał, że stan wiedzy na ten temat w historycznej świadomości niemieckiego społeczeństwa jest "najczęściej [...] niesłychanie żałosny [...], że nikt [...] nie ma tak naprawdę choćby bladego pojęcia o rzeczywistych związkach przyczynowo-skutkowych tych historycznych, a przecież i dla naszych czasów niezwykle ważnych wydarzeń"172. Taka postawa i strategia pisarska Oertzena budziła zaufanie, przekonywała do jego argumentacji i usypiała czujność (zwłaszcza zagranicznych czytelników173) tam, gdzie stosował już czystą demagogię, pisząc, że w Polsce "gra toczy się o zachowanie niemieckiego żywiołu - żywiołu, który wysiłkiem całych wieków dźwignął te ziemie na cywilizacyjny poziom, jakiego poza tym próżno szukać w całym pozostałym nowym państwie polskim"174. Swoimi książkami (bo Oertzen na zamówienie MSZ napisał szybko kolejną, dotowaną potem w dystrybucji przez ten urząd książkę Polen an der Arbeit [To robota Polaków], wydaną w 1932 r.) publicysta przyczynił się niewątpliwie w trudny do przecenienia sposób do eskalacji w debacie publicznej niemiecko-polskiego konfliktu na początku lat 30. XX w. Kreślił w nich i publicystycznych tekstach prasowych, zwłaszcza w młodokonserwatywnym (wtedy) miesięczniku "Die Tat", obraz Polski agresywnej, przebiegłej i zagrażającej Niemcom175.
Aczkolwiek narodowi socjaliści doszli w Niemczech do władzy m.in. także pod antypolskimi hasłami weimarskiego rewizjonizmu, to jednak w planach wschodniej ekspansji tego ruchu ważniejsze od utraconych po wojnie na rzecz Polski ziem było obce polityce weimarskiej zagadnienie uzyskania "przestrzeni życiowej" na Wschodzie. Według Hitlera stworzyć ją należało na obszarze "Rosji i podległych jej państw kresowych", co najwyraźniej wykluczało z tej formuły Polskę176. Socjalizowany w Austrii, wolny od fatalizmu antypolskich nastawień pruskich Niemców (tak go postrzegał Józef Piłsudski), "aż do 1939 r. nigdy ani jawnie, ani poufnie nie atakował Polski"177, wyznaczając jej w swojej długofalowej strategii rolę podległego i posłusznego alianta, który po wypełnieniu pod niemieckim kierownictwem powierzonego mu zadania wypadnie z politycznej gry i ulegnie marginalizacji wskutek swojej kulturowej i rasowej niższości. Przystępując do realizacji tej strategii, doprowadził z początkiem 1934 r. do nieoczekiwanej, taktycznej normalizacji i poprawy stosunków niemiecko-polskich w drugiej połowie lat 30., której filarami były wspomniana deklaracja o niestosowaniu przemocy ze stycznia oraz porozumienie prasowe z lutego owego roku.
Zakończenie formalnej wojny prasowej "na hiobowe wieści i propagandowe bajki" (o które w 1927 r. apelował Forst de Battaglia) i uspokojenie krańcowo rozkołysanych emocji politycznych stały się faktem, umożliwiając np. niespotykany wcześniej rozwój wymiany kulturalnej, traktowanej świadomie jako element kształtowania pozytywnego wizerunku sąsiada, której apogeum przypadło na lata 1935-1936. Zaskoczona prasa zagraniczna nazywała wtedy to zjawisko "inwazją kultury polskiej" w Niemczech178. Nadmieńmy tu, że dopiero teraz, w nowym klimacie politycznym, odbyć się mogła planowana pierwotnie na 1930 r. wystawa współczesnej sztuki polskiej (Polnische Kunstschau), będąca odpowiedzią na wystawę sztuki niemieckiej z 1929 r. w Warszawie. To na nią przygotował swoją książkę przywoływany tu wcześniej Alfred Kuhn.
Nowy kurs polityczny Hitlera nie zawsze i nie wszędzie podzielany był przez jego zwolenników nierozumiejących taktycznego charakteru tego manewru (a nie można było przecież oficjalnie tłumaczyć, że celem zamiaru "awansowania" Polski na alianta-juniora jest jej polityczna izolacja na arenie międzynarodowej), zwłaszcza w Prusach. Rozumiał jednak tę grę i opanował jej arkana Friedrich W. Oertzen - którego wrocławskie pochodzenie i freikorpsowa przeszłość z czasów powstań śląskich mogły przeciwko temu przemawiać - odnajdując się z powodzeniem w nowej sytuacji kulturalno-politycznej zarówno w Niemczech, jak i w Polsce. Niezrażony wydanym w 1934 r. zakazem wznawiania Das ist Polen! w Niemczech na żądanie strony polskiej (po opublikowaniu z początkiem tego roku trzeciego wydania książki)179, podjął się nowych wyzwań, w koniunkturalnie nowym duchu, na znanym sobie polu stosunków niemiecko-polskich. Napisał, korzystając z pomocy Wojskowego Biura Historycznego w Warszawie (!), ilustrowaną materiałami tegoż Biura biografię Józefa Piłsudskiego dla prestiżowej serii "Männer und Mächte"180 wydawnictwa Kittler Verlag. Zatrzymujemy się przy tej książce z dwóch powodów.
Po pierwsze dla napisanego w pojednawczym, oddającym ducha "nowych czasów" tonie wstępu, w którym autor przyznaje, że na "fakt narodowej egzystencji Polski", z którym "brutalnie" skonfrontowały niemiecką opinię publiczną koniec wojny i jego skutki, była ona "wewnętrznie zupełnie nieprzygotowana", bowiem fakt ten "spychany [był] wcześniej przez dziesięciolecia z jej pola widzenia. [...] Dzisiaj nie ma już wątpliwości, że to z tej nieznajomości polskiego problemu jako takiego zrodziły się niemieckie, wielce rozemocjonowane, oburzenie i równie wielka intelektualna bezbronność wobec polskich roszczeń". Ubolewając następnie nad tym, że "głęboko bolesne wydarzenia miesięcy i lat po 1918 r. na niemieckim Wschodzie" nie zaowocowały "żadną zasadniczą zmianą w kwestii postrzegania polskiego narodu i jego nowego państwa", w tej to okoliczności dostrzega "powstanie lekkomyślnej i nieskończenie szkodliwej tezy o polskim "państwie sezonowym", która też tylko z powyższego powodu mogła się utrzymać przez niemal dekadę po zakończeniu wojny"181. Rzec by się chciało: von Oertzen obiit. Hic natus est... no właśnie kto? narodowosocjalistyczny Polenfreund rodem z tradycji niemieckiego Vormärzu lat 1830-1848, do której w swoim wstępie też nawiązuje? Do tej tradycji nazistowska polityka kulturalna wobec Polski często się wówczas odwoływała, wszakże tylko deklaratywnie, instrumentalnie, rozmijając się z nią w sposób oczywisty na płaszczyźnie ideowej. Ludzie, którzy w Republice Weimarskiej faktycznie nią żyli i, wyznając jej ideały, pracowali na rzecz autentycznego porozumienia niemiecko-polskiego, znajdowali się w roku wydania książki von Oertzena w większości już na emigracji, jak np. Elga Kern, lub w więzieniach, jak np. Kurt Ossietzky.
Drugi powód, dla którego trzeba się tu przy niej zatrzymać, to obraz Polaków, jaki autor - poświęcając ją Piłsudskiemu właśnie - kreśli w nowych warunkach politycznych dla niemieckiej opinii publicznej. "Nowa Polska jest państwem jej najsilniejszego i najaktywniejszego bojownika z pierwszej linii [...], który największą i najcięższą walkę swojego życia stoczył z Rosją"182. Tak pisząc o marszałku, Oertzen nawiązuje (i współtworzy go) do oficjalnego wizerunku Piłsudskiego, jaki pod wpływem Hitlera rodzi się wówczas w III Rzeszy. Führer bowiem darzył go od czasów bitwy warszawskiej w 1920 r. szczególną estymą (dając jej wielokrotnie wyraz, oficjalnie i prywatnie) jako bohaterskiego pogromcę Rosjan, który położył tamę "azjatycko-bolszewickiej" infiltracji Europy, widząc w nim niejako współczesne wcielenie Sobieskiego spod Wiednia183. Idealizując tak Piłsudskiego, przywódca III Rzeszy nawiązywał odruchowo (?) do dziewiętnastowiecznego stereotypu "szlachetnego Polaka", walczącego o wolność ze wschodnim "despotyzmem", rewitalizując go (choćby via Goebbels i podległy mu aparat propagandowy) w przestrzeni społecznej. Nie przypadkiem powstają wtedy filmy tematyzujące bezpośrednio wolnościową walkę Polaków pod zaborami (ale tylko z jednym zaborcą: z Rosją!) jak Ritt in die Freiheit (1937, Ku wolności) Karla Hartla, Die Warschauer Zitadelle (1937, Warszawska Cytadela) Fritza Petera Bucha czy choćby pośrednio, jak w filmie o Chopinie Abschiedswalzer (1934, Chopin, piewca wolności) Gézy von Bolváry'ego184. Von Oertzen wpisuje się w propagandowe zapotrzebowanie i kolportuje wspomniany stereotyp przy okazji książki o Piłsudskim.
Nie tylko polityczni koniunkturaliści wszakże kształtowali w tych latach niemieckie wyobrażenia i wiedzę na polskie tematy. Dla tłumacza Heinricha Koitza, zaczynającego swoją działalność jeszcze w Republice Weimarskiej (i świadomego z uwagi na polskich przodków znaczenia swojej roli jako pośrednika między zwaśnionymi narodami), miał to być najlepszy okres twórczości, w którym zadebiutował też jako pisarz polityczny, publikując tom szkiców Männer um Pilsudski. Profile der polnischen Politik (1934). Książka mogąca robić na pierwszy rzut oka wrażenie pracy zleconej, napisanej na zamówienie polityczne (czas wydania i tematyka mogły to sugerować), nie była jednak produktem wyrobnika propagandy, lecz docenionym po obydwu stronach granicy "studium charakterologicznym elity rządzącej w Polsce", jakiego, recenzował dla "Wiadomości Literackich" krytyk Zbigniew Grabowski, "nie posiadamy w naszym języku!"185. Była to jednak książka dla raczej węższego, wyrobionego politycznie kręgu odbiorów. W kontekście obrazu Polski i Polaków mogącego formować szerszą opinię publiczną w III Rzeszy ważniejsza była następna publikacja Koitza, z jaką, korzystając z politycznej koniunktury (co, powtórzmy, nie przekładało się pod jego piórem na koniunkturalizm tekstu), zwrócił się do czytelników już rok później: Am Rande Europas. Tagebücher polnischer Reisen (1935). Dał w niej panoramę współczesnej Polski, którą poznał geograficznie całą podczas licznych podróży, a społecznie w nader reprezentatywnym przekroju, dysponując tu rozlicznymi kontaktami. Innowacyjne - i intrygujące zapewne także dla niemieckich odbiorców - było stanowisko zajęte przez autora przy całej sympatii dla kraju i ludzi, której nie krył, wobec jego perspektyw rozwojowych. Oertzenowskie relata refero zastąpiło tutaj visa refero, więc autor rejestruje np. cywilizacyjny dystans, jaki dzieli ten kraj od znanej mu Europy, ale nie rejestruje go dla aroganckiego, czy nawet pobłażliwego, wykazania niemieckiej/zachodniej wyższości w tym względzie, lecz tłumaczy czytelnikowi cierpliwie historyczno-polityczne uwarunkowania tego stanu rzeczy. Zastanawia go jednak, obserwującego trud budowniczych nowego państwa, że "nie wszyscy spośród nich zdają sobie sprawę, że wszędzie tam, gdzie surowej materii nadaje się trwały kształt, odbywa się praca na rzecz Europy". Starając się swojemu "istnieniu i dążeniu nadać trwałość", pójdą Polacy na Wschód czy na Zachód? I nie daje na to pytanie odpowiedzi: "W Polsce, gdzie jak z wysokiej strażnicy oglądamy się na Zachód, by ocenić osiągnięte dokonania, a potem kierujemy wzrok na Wschód, aby wypatrywać tam nowych zasad i możliwości ludzkiego rozwoju, pytanie to staje się wyborem sumienia"186. W kontekście tego stanowiska autora lepiej czytelny staje się i tytuł jego książki: Na skraju Europy - nie tyle o geograficzno-cywilizacyjne peryferie kontynentu tu chodzi, ile o egzystencjalną sytuację Polaków stojących przed wyborem, który zadecyduje o ich przyszłości. I znów ogarnia nas czytających te słowa zaduma, że bardzo to aktualna kwestia.
W miarę jak w ścisłym kręgu przywódczym III Rzeszy pozbywano się stopniowo złudzeń co do możliwości obsadzenia Polski w roli alianta-juniora w planowanej krucjacie na Wschód, słabło, zwłaszcza po 1936 r., sterowane odgórnie oficjalne zaangażowanie w odwilż stosunków z Polską. Samo w sobie nie mogło ono też w tak krótkim czasie zmienić zakorzenionego nastawienia niemieckiej opinii publicznej wobec Polski. Znane nam dzisiaj dziennikowe zapiski sterującego tym kursem Josepha Goebbelsa potwierdzają niezbicie instrumentalny charakter tej polityki. Po tym jak 2.12.1936 r. notował: "Z Polską małżeństwo z rozsądku, a nie z miłości", już 3.03.1937 r. stwierdzał: "Polacy z całą pewnością nie są naszymi przyjaciółmi. Pod tym względem nie wolno nam robić sobie jakichkolwiek iluzji", aby 28.03.1939 r. nie pozostawić w tej materii żadnych wątpliwości: "Polaczki są i pozostaną naturalnie naszymi wrogami"187. Przypomnijmy: Goebbels zapisuje te słowa po tym, jak dwa dni wcześniej, 26 marca, Polska odrzuciła ostatecznie nalegania Hitlera na zawarcie przymierza przeciwko Rosji188 i żądania przyłączenia Gdańska do Niemiec oraz eksterytorialnych połączeń przez "korytarz" pomorski z Prusami Wschodnimi. Ewolucja poglądów Goebbelsa na Polskę odzwierciedlała na bieżąco meandry polityki polskiej Hitlera, który wobec takiego rozwoju wypadków już 3 kwietnia zlecił opracowanie planu ataku na Polskę (Fall Weiß), a 28 kwietnia wypowiedział wspólną deklarację o niestosowaniu przemocy z 1934 r.
Fiasko kilkuletnich starań o Polskę należało przed opinią publiczną ukryć, dokonując kolejnej reorientacji przekazywanego medialnie obrazu Polski i Polaków. Od maja 1939 r. ruszyła zmasowana ofensywa propagandowego zniesławiania sąsiada, obliczona na zewnątrz na jego dyskredytację, a w praktyce izolację na forum międzynarodowym jako państwa destabilizującego europejski pokój przez swoje megalomańskie i absurdalne roszczenia wobec Niemiec, a do wewnątrz na przygotowanie społeczeństwa do wojny189.
Na pierwszą linię frontu walki propagandowej wrócili harcownicy sprawdzeni w Republice Weimarskiej, przede wszystkim von Oertzen z kolejnym, czwartym wydaniem zdjętej już z indeksu książki Das ist Polen!, która tworzy w ten sposób swoistą klamrę między rewizjonistyczną propagandą tamtych lat a nazistowską nagonką na Polskę od maja 1939 r. Wyostrzając nacjonalistyczne wątki wcześniejszych wydań, poświęcając teraz więcej miejsca mniejszości niemieckiej w Polsce, której rzeczywiste, ale przede wszystkim urojone krzywdy stają się teraz jednym z wiodących motywów medialnego przekazu o Polsce, autor dmie już we Wstępie w tubę ministerialnej propagandy: "Krótkowzrocznie zaprzepaszczono największe możliwości i stare oblicze Polski jawi się nam z powrotem. [...] Oto Polska!"190
Swojego pióra nie odmawia w nowej potrzebie także dziennikarz Erich Jaensch, aktywista mniejszości niemieckiej, od 1934 r. prezes poznańskiego okręgu nazistowskiej Partii Młodoniemieckiej Rudolfa Wiesnera. W 1931 r. opublikował on tendencyjną książkę o polityce narodowościowej RP (jeden z ulubionych tematów antypolskiej propagandy weimarskiej) Polens Kampf gegen seine nichtpolnischen Volksgruppen (Berlin-Leipzig), sygnując ją w tej sytuacji pseudonimem Stanislaus Mornik, mającym sugerować polskie pochodzenie autora191. Teraz, znów pod pseudonimem jako Peter Esch, wydał tom publicystycznych szkiców przybliżających czytelnikowi "kraj i ludzi" pod obiecującym tytułem Polen kreuz und quer. Blicke hinter die Kulissen (Polska wzdłuż i wszerz - zza kulis). Inaczej jednak, aniżeli napisana także z perspektywy człowieka znającego "kraj i ludzi" refleksyjna, wchodząca w dialog z czytelnikiem książka Koitza, stanowił elaborat Jaenscha wypracowanie na zadany temat. Miał ukazać i ukazał, by posłużyć się znanym nam skądinąd metaforycznym skrótem, "kraj w ruinie", gdzie, jak zgryźliwie pisze, choć "wielką wagę przywiązuje się do fasady, to powszechną cechą polskich miast są zaniedbane fasady domów"192. Zaglądając za fasadę gmachu samej Polski, znajduje analfabetyzm, nędzę, głód, religijny fanatyzm, orientalnie przetkane nitką kultury, luksusu i dostatku (ale w jego polskiej wersji: tj. obżarstwa i pijaństwa). Nie jest to kraj, który mieści się w europejskich standardach cywilizacyjnych, zaś odchodząc od koncyliacyjnej wobec Niemiec polityki Piłsudskiego, może szanse na swoją "europeizację" stracić. Takim akordem książka Jaenscha wybrzmiewa, nadmieńmy: wydana w Deutscher Verlag, stanowiącym część flagowego domu wydawniczego NSDAP, Franz Eher Nachf. Verlag. Joseph Goebbels nazwał ją "najlepszą książką o Polsce"193.
Jaenscha negatywny obraz kraju, w którym przecież mieszkał i o którym wiedział, że nie "wszystko" jest w nim "archaiczne i odstręczające" (ta perspektywa Częstochowy jest skrótem oddającym wrażenie, jakie autor zaszczepia czytelnikowi w odniesieniu do całej Polski), nie dziwi. Dzieli on tę zleconą odgórnie optykę nawiązującą do antypolskiego dyskursu Republiki Weimarskiej z resztą ówczesnego medialnego przekazu w Niemczech. Rzuca się natomiast w oczy wspomniane mocne podkreślenie znaczenia pracy, jaką na rzecz polsko-niemieckiego dialogu wykonał Piłsudski, którego "polityczne dziedzictwo" jest teraz "marnowane". Będzie to w tym czasie stały motyw w rozkręcanej przeciwko Polsce kampanii propagandowej, obecny w niej jeszcze po zakończeniu działań zbrojnych w 1939 r., do czego przyjdzie nam wrócić.
Zawodowy propagandysta Walther Blachetta bezpośrednio nawiąże do niego w jawnie antypolskim pamflecie Das wahre Gesicht Polens (Prawdziwe oblicze Polski), wydanym w podlegającym OKW wydawnictwie "Die Wehrmacht". W rozdziale Porzucona droga Marszałka SS-Führer Blachetta - bo taki tytuł nosił - dowodził, że była ona drogą "przyjaźni z wielkim sąsiadem na Zachodzie - z narodem niemieckim", bowiem Piłsudski rozumiał i wielokrotnie "dał temu swemu przekonaniu najdobitniejszy wyraz", że "do swojego szczęścia Niemcy nie potrzebują żadnej Polski. Ale Polska, mając za przyjaciela potężne Niemcy, na wieki zapewniłaby sobie trwałość"194. Skorzystałaby na tym nie tylko sama Polska: "Führer znalazł w nim partnera gotowego do przerzucania pomostów ponad sporami, i to nie tylko w interesie spokoju i dobrobytu własnego narodu, ale także dla zabezpieczenia pokoju w Europie przez wygaszenie lontu prowadzącego do jednego z najbardziej zapalnych punktów na kontynencie". Słowa te niedwuznacznie nawiązują do innego lansowanego wtedy usilnie przez propagandę niemiecką obrazu Polski jako destabilizatora pokoju w Europie i wręcz agresora. Taki odbiór sąsiada (jego "prawdziwe oblicze") sugeruje czytelnikom okładka książki "ozdobiona" wizerunkiem orła w koronie z nieproporcjonalnie wielkim, drapieżnie rozwartym dziobem i piórami skrzydeł, wystylizowanymi na bagnety. Zapewne orzeł ten ma się kojarzyć, o czym mowa w tekście, z "bardzo silnie zakorzenioną w Polakach już od zawsze, nie liczącą się z własnymi ograniczeniami i możliwościami, skłonnością do panowania nad innymi narodami i krajami", a zwłaszcza być plastycznym wyrazem ich "obłędnej polityki, dążącej do zaanektowania wszystkich niemieckich ziem leżących na wschód od Berlina". Głęboka niechęć, z jaką autor pisze o Polsce, wynikała z polityczno-propagandowej potrzeby odbudowania w społeczeństwie potencjału negatywnych wobec niej emocji co najmniej na poziomie sprzed 1934 r. Fakt, że już w pierwszym rzucie nakład książki wyniósł 60 000 egzemplarzy, świadczy o nadaniu jej poważnego znaczenia propagandowego.
Jednym z najintensywniej latem 1939 r. eksploatowanych wątków w niemieckiej kampanii propagandowej był motyw tzw. West-Ost-Kulturgefälle, czyli regresu cywilizacyjno-kulturowego, mającego postępować z Zachodu na Wschód, obecnego w niemieckim dyskursie historiozoficznym od XVIII w. Waga, jaką przywiązywano do zakorzenienia w społeczeństwie, a zwłaszcza w szeregach wojska w perspektywie rychłej wojny, przekonania o cywilizacyjnej/kulturowej przepaści dzielącej Niemcy od Polski, zasadzała się na znanym z psychologii społecznej mechanizmie postrzegania człowieka/przeciwnika, któremu przypisuje się niższą pozycję na tej skali wartości, jako "gorszego", z czym automatycznie idzie w parze przypisywanie mu odpowiednio niższych kwalifikacji moralno-etycznych. Przekłada się to w praktyce na niski próg wyzwalania agresji, cechę pożądaną u agresora. Społeczeństwo niemieckie było na tę indoktrynację z uwagi na wiekowe resentymenty, silnie zaktywizowane w Republice Weimarskiej, nader podatne, ale intensywność, z jaką ją wtedy forsowano, każe przypuszczać, że chciano w ten sposób wytrzebić ewentualne skutki niedawnej "odwilży", opartej przecież w dużej mierze na propagowaniu kultury sąsiada.
Najdalej posunął się w realizacji tego propagandowego zapotrzebowania gdański dziennikarz pochodzący z Torunia, Rolf Wingendorf. W książkowym produkcie Polen. Volk zwischen Ost und West (którego treściowe zbieżności z elaboratem Jaenscha zdradzają odgórną inspirację ministerstwa Goebbelsa) w ogóle zakwestionował posiadanie przez Polaków jakiejkolwiek kultury: "Z całej historii polskiego państwa aż do rozbiorów nie zachowało się jakiekolwiek dzieło, które mogłoby świadczyć o polskiej kulturze. Wszystkie dzieła kultury z tego czasu są importami z zewnątrz"195. Później też nie bywało lepiej: "Ani o literaturze, ani o malarstwie, ani o muzyce, nie mówiąc już o architekturze, nie da się powiedzieć, że są one wyrazem ukształtowanego w nim usposobienia polskiego narodu".
Symptomatyczne nacjonalistyczne i ideologiczne zacietrzewienie autora manifestuje się przy dwóch nazwiskach: Przybyszewskiego i Reymonta. Ten pierwszy, "jedyny pruski Polak", zrujnował swój talent, zamieniwszy niemiecki język twórczości na polski. Wyobcowany z niemieckiego kręgu kulturowego nie przyjął się w polskim, gdzie "jego śmierć nie obeszła w żaden sposób ani polskiego państwa, ani jego obywateli". Trudno nie dostrzec tu nawiązania do starego wątku niemieckiego dyskursu o Polsce, przez Goebbelsa na nowo silnie zaktualizowanego, mianowicie do dobroczynnego wpływu kultury niemieckiej na Polskę i Polaków, przez nich wszelako marnowanego. Jedynym polskim (bo nie "pruskim Polakiem") pisarzem zwracającym na siebie pozytywną uwagę autora jest Władysław Reymont, który "nie pasując do całej reszty", zdobył Nagrodę Nobla epopeją Chłopi. Lektura jej niemieckiego przekładu miała zdaniem Wingendorfa w Niemczech "cieszyć się większym powodzeniem aniżeli sam oryginał" w Polsce196. Uznanie autora dla Chłopów brało się jednak z przypisywanej im przez krytykę nazistowską bliskości z ideologią "literatury krwi i ziemi" (w latach "odwilży" książka znalazła się nawet na listach literatury zalecanej dla bibliotek), zaś rzekomo odstające od polskiego niemieckie zainteresowanie czytelników dziełem demonstrować miało niską kulturę czytania w Polsce (Kulturgefälle!).
Książkę swoją kończy Wingendorf refleksją, że tragizm narodu polskiego polega na tym, iż postawiono go przed zadaniem budowy europejskiego państwa, wyzwaniem, "do którego nie dorósł". A skoro tak, to - pisze - po tym, jak już w roku 1000 niemiecki cesarz ustanowił Polskę jako państwo, które w 1916 r. restytuowali na nowo tym razem dwaj niemieccy cesarze, oraz po tym, jak wreszcie w 1939 r. Polska "nie rozpoznała swojego europejskiego zadania", odrzucając niemiecką propozycję ugody, nadal pozostaje ona, "Polska, kwestią niemiecką!" do rozwiązania197. Znamienne to słowa jak na książkę ukazującą się w księgarniach na przełomie sierpnia i września 1939 r.
V
O tym, jak rozwiązanie to miało wyglądać w praktyce, Hitler pouczył w przeddzień rozpoczęcia wojny, 22 sierpnia 1939, elitę dowódczą Wehrmachtu i SS, tłumacząc i rozkazując: "[Należy] nie dopuszczać do serca współczucia. Brutalność w działaniu. [...] Silniejszy ma rację. Największa surowość"198. Instrukcja ta, zauważył w komentarzu do niej Eugeniusz Cezary Król, nie tylko zdeterminowała brutalny charakter działań wojennych i okupacyjnych agresora w podbitym kraju, ale wywarła też decydujący wpływ na obraz Polski i Polaków rozpowszechniany w społeczeństwie niemieckim praktycznie do końca wojny: "Miał to być wróg "numer jeden", "odwieczny", "śmiertelny", "absolutny" i "obiektywny", którego należy bez litości zabić, albo jeszcze lepiej - wytępić niczym robactwo"199.
Dla oficerów szczebla dowódczego Sztab Generalny Wojsk Lądowych opracował (prace ukończono 1 lipca 1939 r.) tajne kompendium Militärgeographische Beschreibung von Polen (Geograficzno-wojskowy opis Polski) mające im służyć podczas ataku na Polskę szczegółowymi informacjami o geograficznym ukształtowaniu terenu, jego infrastrukturze gospodarczo-przemysłowej, stosunkach demograficznych, słowem o wszystkim, czego nie można było wyczytać bezpośrednio z map, a co mogło mieć podczas działań zbrojnych znaczenie z wojskowego punktu widzenia. Zwraca na siebie uwagę w tym przecież, wydawałoby się, czysto wojskowym, technicznym wydawnictwie jego wymiar ideologiczno-propagandowy, obecny jaskrawie w rozdziale poświęconym ludności poszczególnych regionów Polski. Obok dyżurnego wówczas zarzutu "silnego szowinizmu", mającego manifestować się u Polaków "wobec innych grup etnicznych w pogardzie, polonizacji i w rugach"200, pojawia się, także obecne w mediach, podkreślanie "niższego poziomu rozwoju kultury" u Polaków aniżeli u sąsiadujących z nimi Niemców (którzy "trwają niezłomnie przy swojej kulturze [i] są bardziej wykształceni od swoich słowiańskich sąsiadów") przy jednoczesnym wskazywaniu na pozytywny, wciąż widoczny, niemiecki wpływ cywilizacyjno-kulturowy na ogólny rozwój zachodnich województw państwa, należących przed wojną do Niemiec. Na pozostałych terenach "poziom oświaty jest znacząco niższy aniżeli w niemieckich niegdyś prowincjach".
Nie zabrakło w tym szczególnym przewodniku po Polsce, którego poświęcony opisowi ludności Polski rozdział mógłby stać się przedmiotem seminarium z obszaru badań nad stereotypami dotyczącymi stosunków niemiecko-polskich, charakterystyki polskiego żołnierza. Zaskakujący jest w pierwszej chwili uderzający rozziew między pozytywnym jej wydźwiękiem a opinią, jaką sam szef Sztabu Generalnego Wojsk Lądowych (czyli struktury, na której zlecenie opracowano omawianą publikację) gen. Franz Halder wygłosił wobec swoich oficerów sztabowych i generalicji w kwietniu 1939 r., więc zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Stwierdził wtedy, że "polska armia to tylko wielka kupa pobieżnie przeszkolonych żołnierzy, którzy nie mają żadnych szans w wojnie przeciwko niemieckim siłom lądowym. [...] polski żołnierz jest bodaj najgłupszy w Europie, jeśli pominąć na przykład Rumunię"201. W publikacji jego sztabu czytamy natomiast: "Pod dobrym przywództwem Polak jest dzielnym żołnierzem. Jest śmiały, skromny w wymaganiach, ochoczy, wytrzymały i zdolny do nadzwyczajnego wysiłku w marszu, bardziej lubi atak aniżeli obronę". Cóż, wygląda na to, że w wystąpieniu Haldera, wygłoszonym w czasie, kiedy jeszcze należało w tym środowisku zabiegać o poparcie dla planów wojennych Hitlera (entuzjazm pojawił się później, na pewno w sierpniu był już faktem), sporo było obliczonej na psychologiczny efekt buńczucznej propagandy202. Natomiast w wydawnictwie sztabowym z czasu, kiedy wojna była już przesądzona, do konfrontacji z polską armią podchodzono - jak widać - racjonalniej i beznamiętniej. Łatwe zwycięstwo nad "najgłupszym" żołnierzem w Europie wielkiej sławy by Wehrmachtowi nie przyniosło; trudniej by go było efektownie zdyskontować propagandowo. Na wypadek skutecznego oporu przeciwnika pozostawała przy takim podejściu możliwość tłumaczenia zaistniałej sytuacji jego "żołnierską dzielnością". Przy tym mobilizująco na morale własnych żołnierzy miała wpływać supozycja, że ten "dzielny" przeciwnik jest jednak słabszy w obronie, a atakować miał przecież Wehrmacht.
Przebieg walk we wrześniu 1939 r., który potwierdził słuszność podejścia sztabowego kompendium w tej materii, skłonił nawet samego Hitlera przy okazji ich komentowania, np. w Gdańsku 19 września tego roku, do posłużenia się proponowanym w nim wyjaśnieniem: "Polak bił się w wielu miejscach dzielnie"203. Usankcjonowana w ten sposób przez niego i dopuszczona do oficjalnego obiegu wykładnia strat większych od zakładanych stała się odtąd jednym z treściowych wątków kombatanckiej literatury reportażowo-wspomnieniowej, jaka późną jesienią zaczęła zalewać Niemcy. W reprezentatywnej dla niej broszurze Schluß mit Polen korespondentów wojennych Kurta Froweina i Wilfreda von Ovena, członków specjalnej kompanii propagandowej wysłanej na front, autorzy, przejmując charakterystykę polskiego żołnierza ze sztabowego wydawnictwa niemal dosłownie ("wytrwały, zajadły, niewymagający i skromny"), eksponują ten wątek w rozdziale Przeciwnik wyjątkowo ekspresyjnie, podkreślając w opisywanej scenie: "Ten polski piechociarz zginął jak prawdziwy żołnierz. Stanowiska, które musiał zająć zgodnie z rozkazem, bronił do samego końca"204. Ale po to tylko, aby nie przekraczając dla takiej rycerskości granic, zakreślonych również przez Hitlera (który w Gdańsku oddając dzielność żołnierzom, suchej nitki nie zostawił na ich dowództwie), uderzyć w propagandową tubę i dodać: że to "polski korpus oficerski jest współwinny całkowitego zniszczenia wielusettysięcznej armii zwykłych żołnierzy". Tylko w takim przeciwstawieniu ofiarności mas żołnierskich tchórzostwu i nieudolności oficerów wątek "dzielności polskiego żołnierza" (który, jak się okazuje, potrafił się bić i pod kiepskim dowództwem) wracał będzie w sterowanym przez propagandę obrazie Września.
Od takiego wyraźnego propagandowego schematyzmu odróżniał się ton listów z Polski pisanych przez okupantów do rodzin, choć także niezupełnie wolny od treści będących rezultatem oficjalnej ideologicznej indoktrynacji (a i socjalizacji domowej). Obraz kraju i ludzi, jaki przekazywali bliskim ich autorzy, musiał ich, poddawanych codziennie presji wszechobecnej propagandy, czasem zaskakiwać. Przytaczane w antologii Der Geist Polonias listy podoficera Wehrmachtu Konrada Jarauscha nie są zapewne typowe dla masy żołnierskiej poczty polowej205 choćby z uwagi na jego uniwersyteckie, zakończone doktoratem wykształcenie, w dodatku teologiczne. Ale tym bardziej są interesujące.
Zaskoczenie przecież, a nawet zdumienie polskich czytelników wzbudzi okupacyjny żołnierz, który pragnąc na własną rękę zrozumieć coś z miejsca, w którym się znalazł, zajmuje się Mickiewiczem i to w czasie, kiedy polska literatura wycofywana jest z niemieckich bibliotek: "Załączam Ci" - pisze w 1940 r. do żony - "próbkę tłumaczenia ze świeżej polskiej lektury, Pana Tadeusza Mickiewicza. Z pewnością sporo tam niedokładności, a na "poetyckie" szlifowanie słów brak spokojnej chwili. Ale te kilkanaście wersów wiele mówi o tym kraju"206. Nie pasuje też do polskiego stereotypu okupanta spostrzeżenie Jarauscha i jego towarzyszy broni, którzy rozglądając się po podbitym kraju, niekoniecznie podzielają propagandowy obraz "polnische Wirthschaft": "Powszechny osąd naszych ludzi jest taki: Polacy zrobili dobry początek w swoim młodym państwie". Autor dodaje jeszcze od siebie: "Nie mogę tak po prostu przyłączyć się do narzekań na "polską gospodarkę"" (choć ma też po temu swoje raczej osobne, estetyczne powody). Była to w każdym razie do wczoraj gospodarka efektywna na tyle, że przyzwyczajeni w ojczyźnie do oszczędności i minimalizacji konsumpcji w warunkach ekonomiki wojennej niemieccy oficerowie i żołnierze "wykupują wszystko" (z mydłem włącznie). Bierze w tym udział i sam Jarausch, chociaż sam wstydliwie przyznaje, że to "szalone kupowanie chluby [nam] nie przynosi". Ale będąc zatem bacznym obserwatorem, który rejestruje rozziew między obcą rzeczywistością a skoncentrowaną na niej oficjalną propagandą, jest jednocześnie człowiekiem, który na tyle zinternalizował rasowy antysemityzm obowiązujący w Niemczech, że trafiwszy do żydowskiej dzielnicy w Łęczycy ("Jakże ubogie i żałosne jest to wszystko"), komentuje jej widok znamiennymi słowy: "W takim otoczeniu kościoły i klasztory w sposób całkiem inny niż u nas są wyspami ducha, symbolami wyższego świata".
Jak już wspomniano, w propagandowym obrazie Września obecny jest także wątek instrumentalizujący osobę Józefa Piłsudskiego. I znów to Hitler udzielił dla niego sankcji, wplatając ten motyw w swoje przemówienia w Gdańsku i potem w Berlinie 6 października, w których przywoływał "niezaprzeczalnie realistyczny umysł i energię" marszałka, dążącego do pokojowego ułożenia stosunków między obydwoma narodami, co zostało po jego śmierci zaprzepaszczone w Polsce, gdzie "natychmiast [...] znowu wzmogła się walka z niemczyzną"207. Propagandowi akolici podjęli zadany temat. Szef prasowy III Rzeszy i sekretarz stanu w ministerstwie propagandy Otto Dietrich poświęcił mu niemal dwie strony w wydanym pod swoją redakcją okolicznościowym tomie wspomnień, ówczesnej "flagowej" publikacji w ramach wspomnianego typu literatury, Auf den Straßen des Sieges. Erlebnisse mit dem Führer in Polen (Na szlakach zwycięstwa. Przeżycia z Führerem w Polsce). Powtarzając za Hitlerem, że Piłsudski był w Polsce "jedynym realistycznie myślącym politykiem", rozumiejącym, że nie wolno "pod żadnym pozorem [wystawiać] kruchej polskiej państwowości na niebezpieczeństwo konfliktu z Niemcami", nawiązał do niego i w zakończeniu swojego wywodu, pisząc:
Podczas gdy Piłsudski widział swój cel w tym, aby mozolną pracą i przy niemieckiej pomocy wyciągnąć kraj z oków prymitywizmu, jego następcy uznali, że będzie przyjemniej dać upust mocarstwowym fantazjom i tańczyć w takt londyńskiej muzyki, aby w końcu uwierzyć, że można rzucić wyzwanie samemu Führerowi208.
Upór, z jakim propaganda nazistowska powracała od maja 1939 r. do tego wątku (w którym miejsce ewentualnej spekulacji co do losów niemiecko-polskiej "odwilży", gdyby marszałek był w 1935 r. nie zmarł, zastępowała aprioryczna pewność ich biegu w wykładni niemieckiej), wynikał z potrzeby znalezienia winowajcy zerwania wysiłków zmierzających od 1934 r. do osiągnięcia kompromisu i w końcu samej wojny. Nie inaczej niż to miało miejsce w pruskiej propagandzie rządowej w odniesieniu do rozbiorów Polski - a potem w dziewiętnastowiecznej zdominowanej przez nią historiografii niemieckiej - winnymi i tego współczesnego rozbioru (tak go nazwał na gorąco Bertolt Brecht po przyłączeniu się Rosjan do agresji209) mieli być sami Polacy, którzy nie dochowali wierności "politycznemu dziedzictwu" Piłsudskiego. O "samozawinionym sądzie" nad Warszawą210 (ale to figura pars pro toto, odnosząca się do Polski w ogóle) pisał w wyjątkowo nienawistnym, ociekającym antysemityzmem tekście Warszawa - zdetronizowana stolica korespondent wojenny Bruno Hans Hirche211. Arndt pisał kiedyś o historii powszechnej sądzie nad narodami, u Hirchego zaś jest już mowa wprost o niemieckim sądzie, który karze Polskę: "Nasze [podkreślenie - M.Z.] bombowce precyzyjnie trafiły..."212
Motyw "ukarania" Polski jest zresztą od września stałym refrenem goebbelsowskiej propagandy, podnoszonym z reguły w kontekście zbrodni, jakich polska ludność miała się dopuszczać wobec niemieckich współobywateli: "Jeszcze zanim przyszliśmy, Polacy zachowywali się tu w sposób budzący zgrozę. Urządzali rzezie, mordując tutejszych Niemców, męczyli ich i bestialsko kaleczyli. Palili zagrody, aby powstrzymać wkroczenie naszych wojsk. Plądrowali domy"213. Cytowany tu autor kolportuje obok tego rozpowszechnionego w Niemczech w 1939 r. wizerunku Polaka - oprawcy niemieckiego sąsiada inny jeszcze jego obraz, równie mocno forsowany przez propagandę - cywila, mordującego z ukrycia nie spodziewającego się niczego niemieckiego żołnierza:
W ostatnich latach myśleliśmy przecież: Polska jest takim krajem, takim państwem, jak wiele innych. Wówczas padł obok mnie kolega - strzał z ukrycia! - teraz zarzynają żołnierzy z oddziału zaopatrzenia. Na zapleczu, na postoju, w każdym ciemnym kącie czai się śmierć, czai się podstępny morderca...214
Propagandystom nie chodziło przy rozpowszechnianiu tego typu obrazów Polaków jedynie o pozyskanie akceptacji opinii publicznej dla stosowanego wobec nich "wymiaru kary". Zamierzonym efektem takiego moralnego zohydzania przeciwnika było wymuszenie przekonania (a co najmniej wygaszenie wahań) co do słuszności i celowości prowadzonej walki215.
Na jedną rzecz warto tu jeszcze zwrócić uwagę w kontekście wątku związanego z osobą Piłsudskiego: jego częścią składową jest konsekwentnie totalna dyskwalifikacja polskich elit przywódczych - rządowo-administracyjnej (łączonej najczęściej z ministrem Beckiem, wojewodą Grażyńskim i prezydentem Starzyńskim) i wojskowej (uosabianej przez marszałka Śmigłego Rydza) - jakie po jego śmierci rządziły państwem. I znowu celem tej manipulacji nie było tylko przeciwstawienie "racjonalnego" Piłsudskiego "megalomańskim", "nieudolnym" i "antyniemieckim" następcom, choć oczywiście taki zabieg był konieczny, aby do września usprawiedliwiać w oczach opinii publicznej odejście od wcześniejszego kursu politycznego, natomiast od września wskazywać na niemożność zapobieżenia w takich warunkach zaistniałemu konfliktowi zbrojnemu. Jednak we wrześniu doszedł nowy moment. Zajęcie pospołu z ZSRR całości terytorium Polski postawiło na porządku dziennym kwestię jego dalszych losów. Jako że kierownictwo III Rzeszy skłaniało się początkowo ku formule zainstalowania na jego części "resztówki polskiej państwowości" (polnischer Reststaat), należało tym bardziej kompromitować dotychczasowe polskie elity przywódcze, aby mieć swobodne pole manewru w pozyskaniu ewentualnych kolaborantów spoza ich szeregów. Dynamiczny rozwój relacji politycznych niemiecko-rosyjskich miał wszakże położyć tym planom wkrótce kres216.
Problematyka kampanii wrześniowej, zniknąwszy jesienią z aktualnych serwisów medialnych i wydawnictw propagandowych w rodzaju książki Dietricha (ustąpiła tam wtedy miejsca agresji ZSRR na Finlandię), powracać zaczęła od 1940 r., jak analizował to zjawisko Hubert Orłowski, "w zmistyfikowanych i ahistorycznych kategoriach", przy pomocy których pisarze III Rzeszy usiłujący estetyzować życie polityczne (W. Benjamin) ujmowali swoje doświadczenie tej wojny, produkując melanż "prymitywnej czarno-białej propagandy oraz wysubtelnionej metafizyki walki i śmierci"217. Totentanz in Polen (1940), książka cytowanego tu już Wilhelma Petersena, której tytuł ewokuje natychmiast ryciny Wolgemuta, Dürera czy Holbeina (faktycznie wykorzystywanych ikonograficznie w publikacjach zajmujących się Wrześniem autorów), jest jednak przede wszystkim produktem propagandowym. Propagandowa jednoznaczność cechuje nawet książki pisarzy niegdyś niewątpliwie utalentowanych (Petersen miał jedynie ambicje literackie), jak np. byłego ekspresjonisty Hannsa Johsta218, którego Ruf des Reiches - Echo des Volkes (Wołanie Rzeszy - echo narodu), relacja z podróży odbytej na zaproszenie Himmlera do Generalnego Gubernatorstwa, jest świadectwem jego artystycznej klęski i moralnego nihilizmu. Sam Johst przypisuje go oczywiście Polakom. Dla niego są to: "...cyganie, bez teraźniejszości i przyszłości... bez liku... bez celu..."219 W książce, wydanej, co symptomatyczne, w centralnym wydawnictwie NSDAP Franz Eher Nachf., zaciekawi dzisiaj czytelnika zachwyt autora nad rzekomą niemieckością podhalańskich górali (traktowanych w Opisie Sztabu Generalnego jeszcze jako "Polacy górscy"): "Będąc germańskiego pochodzenia, lud ten zachował rasową czystość w rozpadlinach Tatr, trwając w surowej izolacji. W belkowaniu ścian szczytowych swoich domów rzeźbił swastyki, mówi do dzisiaj własnym językiem i nienawidzi wszystkiego, co jest polskie albo żydowskie". Podziwiając poczucie estetyki górali, ich wysoką "kulturę mieszkalną", przeciwstawia je barbarzyńskości pozbawionych ich Polaków: "Inaczej w polskich izbach, gdzie - pomijając brud - walają się, niczym w hotentockiej zagrodzie dla bydła, zużyte artefakty zachodniej cywilizacji... poobijane puszki po konserwach i sponiewierane już badziewie z domów towarowych"220. Próba wzmocnienia niemczyzny na podbitych ziemiach (i dezintegracji społeczności polskiej) przez forsowanie ich rzekomo germańskiego pochodzenia zakończyła się fiaskiem221, a sam wcześnie podjęty przez Johsta temat nie zrobił kariery jako motyw literacki.
W roku 1940, kiedy ukazują się obydwie cytowane tu książki, kwestia polska nie miała już dla kierownictwa III Rzeszy wymiaru politycznego w tym sensie, że nie rozważano już utworzenia polskiego "państwa szczątkowego". Z rozmaitych wynikających stąd konsekwencji dla jej traktowania przez Berlin istotne dla zajmującego nas tutaj zagadnienia postrzegania odtąd Polski i Polaków oraz kreowania ich wizerunku na użytek opinii publicznej były decyzje dotyczące polityki narodowościowej na zajętych terenach, podejmowane od jesieni 1939 do maja 1940 r.222 Bez wątpienia wpływ na nie miały programowe przemówienia Hitlera, gdańskie i berlińskie, w których dał radykalny, jak nigdy dotąd, upust swoim antypolskim resentymentom223, a których argumentację i nawet leksykę bardzo szybko przejęły wytyczne ministerstwa propagandy dla mediów już z 24 października 1939 r. Czytamy w nich m.in.:
Dla wszystkich w Niemczech [...] musi stać się jasne, że polskość równa się podczłowieczeństwu. [...] Nie ma powodu, aby publikować głębsze rozważania i artykuły przewodnie o braku kultury w Polsce i polskim podczłowieczeństwie. Wystarczy, jeśli taki ton będzie pobrzmiewać w sposób hasłowy i pojawiać się incydentalnie w postaci pojęć: "polska gospodarka", "polski upadek" i podobnych. Należy to czynić tak długo, aż każdy obywatel Niemiec będzie miał zakodowane w podświadomości, że każdego Polaka - obojętnie robotnika czy intelektualistę - należy traktować jak robactwo224.
W świetle tych zaleceń czytelniejsza jest geneza niebywale agresywnego antypolonizmu tekstów takich jak Petersena czy Johsta.
W atmosferze propagandowej eksploatacji sloganu o "nowym porządku na Wschodzie", w którym nie było już miejsca na jakąkolwiek polską państwowość, zaś Polaków należało - tak jak się to robi z "robactwem" - tępić, ukazał się w 1940 r. ósmy tom wydawanego od 1936 r. w "całkowicie nowym opracowaniu" leksykonu konwersacyjnego Meyera, zawierający hasłową literę P225. Pod jednozdaniowym hasłem Polska ("była republika na wschodzie Rzeszy Niemieckiej [...]") znajdujemy odsyłacz: Polska przestrzeń do tekstu, będącego właściwym hasłem o państwie polskim. Charakterystyczny to manewr semantyczny, bowiem określenia "państwo polskie" redakcja unika jak ognia226, mimo że w bezprawnym i kłamliwym złożeniu "byłe państwo polskie" oficjalna nazistowska praktyka językowa początkowo go dopuszczała. Generalnie jednak państwowość polska miała być odtąd tabuizowana. Widać tu różnicę w porównaniu z całą minioną niemiecką tradycją leksykograficzną, która w okresie porozbiorowym operowała jednak z całą oczywistością pojęciem państwowości w odniesieniu do zlikwidowanego bytu Rzeczypospolitej.
Tekst hasła na temat "polskiej przestrzeni" obejmującej "terytorium na wschodzie Rzeszy Niemieckiej [...], utworzone jako Generalne Gubernatorstwo", będące "przedmiotem nowego porządku na Wschodzie"227 jest niejako wykładnią w pigułce oficjalnego stanowiska władz nazistowskich w kwestii polskiej i oczywistym tekstem propagandowym. W części historycznej stanowi ilustrację dawnej, ale teraz już zabsolutyzowanej tezy o Polsce niedojrzałej pod względem ekonomicznym i kulturowym, która zawsze potrzebowała niemieckiego, konkretnego wsparcia. Oto próbka tej ilustracji: "Niemcy stworzyli podstawy rzemiosła, działalności gospodarczej, górnictwa, przemysłu, ale również podstawy polskiej nauki i kultury [...] niemieccy siewcy kultury, będący zarazem jej oparciem, stworzyli warstwę kulturową również w narodzie polskim". (Swoją drogą to postęp wobec rewelacji Wingendorfa sprzed roku). Konsekwencją polskiej niedojrzałości na podstawowych polach aktywności ludzkiej, gospodarczym i kulturalnym, okazała się od początku konieczność niemieckiej kurateli politycznej w sensie organizacyjno-porządkowym (tutaj Wingendorf pozostaje w mocy: już w roku 1000 niemiecki cesarz...). W części hasła poświęconej czasom współczesnym stosowana w niej argumentacja służy w całości legitymizacji ataku w 1939 r. na Polskę, będącą po I wojnie światowej jedynie "sztucznym tworem państwowym", którego likwidację spowodowali tak czy inaczej sami Polacy. Niezdolni do utrzymania stabilnej państwowości byli zagrożeniem dla pokoju w Europie, prześladując mniejszości narodowe, rozsadzali kraj od środka, szukając sojuszy na Zachodzie, dążyli do osłabienia Niemiec... Ta ideologiczna interpretacja nie przypadkiem powiela argumentację używaną do usprawiedliwienia rozbiorów Polski: w świetle manifestującej się jakoby w dziejach niemożności Polaków do posiadania własnego państwa i cywilizowanego rządzenia nim, III Rzesza, dokonując likwidacji tej sztucznej geopolitycznej konstrukcji, wyświadczyła de facto przysługę wspólnocie międzynarodowej: "Niemcy [...] zaprowadziły w Europie Środkowo-Wschodniej nowy porządek, wskutek którego zniknęło istniejące z przymusu państwo polskie, które niczego nie nauczyło się z błędów przeszłości".
Rzecz charakterystyczna: silnie rozbudowanemu wątkowi legitymizacyjnemu niemieckich "działań zbrojnych" w 1939 r. (słowo "atak", nie mówiąc już o "agresji", nie pada nigdzie), których celem było zaprowadzenie tego "nowego porządku", nie towarzyszyła najskromniejsza nawet informacja o jego treściach i metodach w "polskiej przestrzeni". A że sprowadzały się one w treściach do bezlitosnej eksploatacji jej potencjału gospodarczego i demograficznego, a w metodach do rasowego i eksterminacyjnego terroru, zrobiło się o nich głośno w Europie i nie dało się tego ukryć przed opinią publiczną w Niemczech.
W ramach zorganizowanej przez ministerstwo propagandy medialnej kontrofensywy wystąpił sam Hans Frank, udzielając 6 lutego 1940 r. w Krakowie specjalnego wywiadu dziennikarzowi Heinzowi Kleissowi dla "Völkischer Beobachter" na temat sytuacji w Generalnym Gubernatorstwie. Swada, jakiej dał się przy tym ponieść gubernator, była tak szczera, że nie znalazła uznania cenzury w Rzeszy. Wywiad, jedyne w swoim rodzaju nazistowskie świadectwo kumulacji wyjątkowej brutalności, cynizmu i obłudy w stosunku do Polaków, jakiego nie przebiło później żadne inne, ukazał się w okrojonej postaci z pominięciem drastycznych sekwencji dotyczących egzekucji, zamknięcia uniwersytetów i szkół średnich, gospodarczego drenażu kraju oraz kwestii uwolnienia Studnickiego i Witosa228. Nie zaoszczędzono natomiast czytelnikom grozy opisu rzekomych polskich zbrodni na niemieckich współobywatelach w sierpniu i wrześniu 1939 r., ale po takie właśnie rewelacje wysłannik partyjnego organu NSDAP do Franka przyjechał:
[internowanych] Niemców [...] pędzono na piechotę [...], kobiety, dzieci, kobiety ciężarne, starców. Bezustannie lżono ich, bito i mordowano po drodze. Znaleźliśmy już dwadzieścia masowych grobów, a w nich zwłoki ze śladami nieprawdopodobnych okaleczeń. Widać było, że tych ludzi mordowano najczęściej kolbami karabinów, czaszki są strzaskane - był to typowy sposób zadawania śmierci229.
Budząca autentyczne przerażenie relacja gubernatora była w rzeczywistości realizacją konkretnego propagandowego zamówienia samego Goebbelsa w ramach kampanii przeciwdziałania międzynarodowym oskarżeniom Niemiec o terror stosowany w GG, choć polskie represje wobec mniejszości niemieckiej w tygodniach poprzedzających wojnę są niepodważalnym faktem230.
W kwestii przyszłych losów Polaków Frank stwierdził, że "cała lojalnie zachowująca się ludność polska znajduje się pod potężną opieką Rzeszy Niemieckiej", i nie pozostawiając wątpliwości co do przyszłości samej GG (także pominiętej w haśle u Meyera), zapowiedział: "Nie ruszymy się stąd. Naszym zadaniem jest utrzymanie tego kraju według wymogów niemieckiej myśli volkistowskiej. Polsce nie wolno już nigdy powstać". W drukowanej wersji wywiadu zabrakło końcowego wyznania gubernatora: "dla mnie każdy Polak jest wrogiem Niemiec", stało ono bowiem w dosyć oczywistej sprzeczności z deklarowaną przez niego "potężną opieką Rzeszy Niemieckiej" dla ludności lojalnej. Deklaracja ta była oczywiście frazesem obliczonym na propagandowy użytek, gdyż chociaż Generalny Plan Wschodni - przewidujący eksterminację, a w najlepszym razie germanizację większości Słowian - powstał w 1941 r., to przecież wynikał ze znanych Frankowi założeń ideologii narodowosocjalistycznej i musiał być wielokrotnie omawiany w ścisłym kierownictwie III Rzeszy, do którego jako Reichsleiter należał. W świetle nazistowskiej propagandy, ukazującej Polaków jako ludzi rasowo gorszych, nie mógł też mieć wątpliwości co do tego, że z nazistowsko-rasowego punktu widzenia większość z nich nie będzie się nadawać do programu germanizacji.
Zagadnieniami tymi zajmowali się wszakże nie tylko ideolodzy, ale od 1939 r. ze wzmożoną intensywnością także naukowcy niemieccy z kręgu tzw. "badań wschodnich". Jeden z nich, wschodząca gwiazda nauki nazistowskiej, profesor Uniwersytetu Karola w Pradze, kierujący tam Zakładem Nauki o Narodzie i Narodach Europy Wschodniej, Hans Joachim Beyer opublikował w 1942 r. (kiedy przyśpieszono realizację GPW) programową książkę Das Schicksal der Polen (Los Polaków). Pozorując obiektywizm socjologicznego warsztatu naukowego, a w rzeczywistości naginając jego metody do ideologicznej sztancy nazistowskiej "nauki o rasie" (Rassenkunde), dokonał analizy polskich "warstw społecznych i grup plemiennych" (!), z której wynikało, że "nie ma jednego narodu polskiego, lecz wiele polskojęzycznych grup osób"231. Związany z tym problem widział Beyer w tym, że "żadnej z tych grup nie można [...] pojednać z narodem niemieckim i dopasować do europejskiego porządku". Zatem, wykładał: "Rzeczowa polityka wobec Polaków oznacza przede wszystkim umacnianie i ekspansję narodu niemieckiego. Bez zdrowego, zupełnie wyodrębnionego z otoczenia, niemieckiego ciała narodowego na Wschodzie nie będzie zadowalającego rozwiązania kwestii polskiej w niemieckiej przestrzeni życiowej". Innymi słowy: losem Polaków miała stać się eksterminacja (w najlepszym razie wypchnięcie poza "Wschód"), bo wymagała tego "zasada utrzymania czystości krwi [niemieckiej]". Taki był ostateczny egzystencjalny scenariusz przewidziany przez ideologicznych planistów III Rzeszy dla narodu kokietowanego politycznie zaledwie kilka lat wcześniej sąsiada. Książka Beyera stanowiła kwintesencję prowadzonej od września 1939 r. ofensywy zniesławiania Polski i "naukowe" zwieńczenie propagandy, odmawiającej Polakom prawa do samodzielnego bytu państwowego i narodowego. Przysłowiową kropkę nad "i" w "kwestii polskiej" postawił Beyer w Tysiącletniej Rzeszy także, choć przypadkiem, i dlatego, że jej postępujące od 1943 r. coraz szybsze osuwanie się w gruzy zahamowało rozwój "badań wschodnich", a sama "kwestia polska" zniknęła z politycznego pola zainteresowania kierownictwa III Rzeszy.
*
Podejmując się (prze)śledzenia dróg i bezdroży rozwoju mentalności grupowej w przeszłości pod kątem roli, jaką odgrywały w jej kształtowaniu (i w funkcjonowaniu jej społecznego podglebia) kolektywne stereotypy, wstępujemy na niepewny grunt. Pragniemy wtedy - co jest skądinąd uprawnionym przedsięwzięciem badawczym - zrekonstruować przeszłość, tylko na ile jest to możliwe? Michael G. Müller poddaje w tym kontekście pod rozwagę "fakt, że nie jesteśmy w stanie wyjaśnić sposobów myślenia i działania ludzi we wcześniejszych epokach i że z tego powodu nigdy też nie "zrozumiemy" [ich] tak do końca"232. To prawda. Nie zwalnia nas to jednak, także w perspektywie naszych zobowiązań wobec przyszłości, z podejmowania p r ó b ich zrozumienia. Do takiej próby zrozumienia niemieckiego spojrzenia na Polskę i Polaków we "wczorajszej" zaledwie przeszłości, której tchnienie czujemy jeszcze na sobie, zaprasza antologia Der Geist Polonias.
Lektura tekstów pokazuje, że aczkolwiek ogląd ten od XVIII do XX w. ewoluował z rytmem przeobrażeń politycznych, społecznych i kulturowych, to w swoim rdzeniu pozostawał przez cały czas względnie stabilny. Trwałe piętno wywarła na nim okoliczność, że Polska znikła w 1795 r. z rodziny państw Europy, odradzając się w niej jedynie na krótko pod koniec rozpatrywanego tu okresu. W czasach od rewolucji francuskiej do wybuchu I wojny światowej, kiedy karierę robi w Europie "państwo" jako byt polityczny i pojęcie z zakresu refleksji politologicznej i historiozoficznej, państwa polskiego nie było. Funkcjonuje ono zatem w niemieckim dyskursie o Polsce jako "byłe państwo polskie", Rzeczpospolita szlachecka, której likwidacja konstytuuje się w tym dyskursie jako konieczny finał długiego procesu upadku. Poświęcona rozbiorom refleksja z dominującym w niej nurtem legitymizacyjnym233 kształtuje odtąd w zasadniczej mierze obraz Polski i Polaków z centralnie w nim osadzonym splotem stereotypów polnische Wirthschaft.
Modernizacja Niemiec w XIX w. związana z awansem mieszczaństwa jako grupy społecznej profilowała stosownie do zachodzących zmian wspomnianą ewolucję tego obrazu. Zwłaszcza dla pierwszej połowy XIX w. charakterystyczne jest postrzeganie Polski/Polaków przez społeczne kategorie tego sukcesu wobec braku polskiej klasy mieszczańskiej jako nośnika postępu. Biorące się stąd niemieckie poczucie własnej przewagi znajdowało dodatkową stymulację w kulturowej wspólnocie, jaką, z braku politycznej, niemieckie mieszczaństwo wytworzyło. Od drugiej połowy XIX w., kiedy to na mieszczańskiej bazie społecznej ostatecznie wykrystalizuje się niemiecka tożsamość narodowa, a jej religią polityczną stanie się nacjonalizm, fundamentem manifestującego się w negatywnym dyskursie o Polsce poczucia przewagi nie będzie już społeczny stan mieszczański, lecz naród niemiecki jako taki. Historia, tradycyjnie dostarczająca budulca procesom narodowotwórczym, będzie odtąd ulubionym polem wycieczek, nieraz w daleką przeszłość, dla demonstrowania własnej cywilizacyjno-kulturowej wyższości. Kiedy w krótkim okresie odrodzonej polskiej państwowości fakty przeczyły temu autostereotypowi, tym gorzej było dla faktów, bowiem interpretowano je jako rezultat skutecznej polskiej polityki asymilacyjnej. Od wygenerowania obrazu Polski jako kraju społecznie i gospodarczo niedorozwiniętego, a Polaków jako narodu znajdującego się niżej na skali wartości kulturowych blisko już było do konstrukcji wizerunku Polski i Polaków jako niepełnowartościowego organizmu społeczno-politycznego, potrzebującego niemieckiej kurateli do swojego funkcjonowania. Konsekwencje tej socjotechniki dla nazistowskich zabiegów legitymizacyjnych wokół rozpętania wojny z Polską są wiadome.
Pora powrócić na chwilę do Michaela G. Müllera. Nasze zainteresowanie przeszłością, powiada niemiecki historyk, nie jest "niewinne", gdyż zwracając się ku niej, "zawsze implikujemy własną teraźniejszość"234, dopowiedzmy tu: nawet i przyszłość. Bowiem to przyszłość polsko-niemieckich relacji znajduje się dzisiaj na szali, kiedy po ćwierćwieczu udanego budowania dobrosąsiedzkich stosunków z Niemcami (co w świetle prezentowanego tu ich niedawnego jeszcze obrazu Polski nie było wcale takie oczywiste) dorobek ten jest z premedytacją niszczony, niestety przez polskich polityków, szczujących polskie społeczeństwo na sąsiada i budzących stare demony - niestety, we własnym wewnętrznym interesie politycznym także już po drugiej stronie granicy. Dużo to mówi o mentalnej kondycji dzisiejszego obozu rządzącego w Polsce i jego elektoratu.
"Na jakie Niemcy zasługują Polacy?", pytał niedawno w "Polityce" Adam Krzemiński, parafrazując francuskiego historyka Josepha Rovana, który miał w 1945 r. odwagę powiedzieć Francuzom, że będą dla nich "takie, na jakie zasłużymy", i tłumaczył zaszokowanym rodakom: "Według tej straszliwej rany, jaką są dziś Niemcy w sercu Europy, będą sądzone sąsiednie narody. Miarą naszych zasług będą Niemcy dnia jutrzejszego"235. Od nienawiści odżegnać się trzeba we własnym interesie, gdyż cena "naruszania godności człowieka w przeciwniku" (za którego rządząca w Polsce partia i jej zwolennicy uważają Niemców), jest taka, pisał Rovan, że "to i ja będę kaleczony". Taka świadomość istniała u nas do niedawna. Tadeusz Różewicz, któremu pojednanie polsko-niemieckie szczególnie leżało na sercu i którego korespondencja z Karlem Dedeciusem, animatorem tego pojednania po drugiej stronie, jest tej postawy wymownym świadectwem, tak do niego pisał w 2004 r. zaniepokojony zbierającymi się nad owym pojednaniem chmurami: "My staraliśmy się (na długo przed różnymi episkopatami) przywrócić ludzkie stosunki między naszymi narodami; daj Boże, żeby teraz tego nie popsuli różni polityczni "patrioci", nacjonaliści, gówniarze", aby po objęciu w 2006 r. rządów przez partię braci Kaczyńskich stwierdzić z widoczną konsternacją: "Budowaliśmy z Tobą... przez pół wieku... a teraz politycy rozwalają ten nasz wspólny dorobek"236. Pisarz nie mógł przypuszczać, że po upływie dekady i kolejnych latach rządów tej partii jej "politycy rozwalać" będą nie tylko dobrosąsiedzkie stosunki z Niemcami, stanowiące nową jakość w naszych wzajemnych relacjach po dwóch i pół wiekach, ale i polityczne osiągnięcia Polski minionego dwudziestopięciolecia w kraju i w Europie.
1 Por. Der Geist Polonias. Dwa wieki recepcji kultury polskiej w Niemczech 1741-1942. Wybór, wstęp i opracowanie M. Zybura, Poznań 2017 ("Poznańska Biblioteka Niemiecka", t. 46). Dalej: Der Geist Polonias. Na potrzeby antologii przyjęto, że formuła "Der Geist Polonias" (Chr.F.D. Schubart) obejmuje szeroko pojętą polską dyspozycję mentalną, tak jak ją postrzegali Niemcy w ramach przyjętego tu zakresu czasowego, oraz generalnie polską conditio humana w rozumieniu Hannah Arendt, czyli jak ówczesne polskie działania (lub ich zaniechanie) na rozmaitych polach aktywności sprawiały, że Polska i Polacy tak, a nie inaczej jawili się wtedy w niemieckich oczach. Chronologiczne ramy antologii (XVIII-XX) uściślono do rocznych dat 1741-1942. Pierwsza z nich jest datą wydania 28. tomu leksykonu Zedlera z hasłem Polska, będącym po obrazie Polski u Samuela von Pufendorfa w poprzednim stuleciu standardowym tekstem referencyjnym dla tegoż wizerunku w wieku XVIII. Rok 1942 jest z kolei datą publikacji antypolskiej książki złej sławy uczonego Hansa Joachima Beyera Das Schicksal der Polen, w której mocnym akordem zamknął nazistowski dyskurs naukowy dotyczący przyszłości narodu polskiego.
2 S. Askenazy, Niemcy o Polsce, w: tegoż, Wczasy historyczne, t. 1, Warszawa 1902, s. 27. Wiek później przywoływał postać króla sympatyzujący z wysiłkiem reform stanisławowskich Christian Friedrich Daniel Schubart i już "nad grobem" Polski, niejako dla oddania historycznej sprawiedliwości niegdysiejszej świetności zgasłego właśnie państwa, Johann Wilhelm von Archenholz. Ale już po kilkudziesięciu latach mit propagandowy wiktorii wiedeńskiej zakwestionował z typową dla siebie jadowitą ironią Heinrich Heine, wyrzucając Sobieskiemu, "rycerskiemu cymbałowi", że przecież "pobił Turków, naturalnych sprzymierzeńców Polski, a uratował Austriaków...", którzy wzięli potem udział w jej rozbiorach. Por. Der Geist Polonias, s. 398-402.
3 Das verwirrte Pohlen in einer genauen Gegeneinanderhaltung der Ge- schichte des vorigen und jetzigen Schwedischen Kriegs vorgestellt, Franckfurth und Leipzig 1711, s. 62.
4 To wtedy, w latach 80. XVII w., Wacław Potocki dawał wyraz już powszechnej opinii, kiedy notował w swoich Moraliach: "że póki świat światem, / Nie będzie nigdy Niemiec Polakowi bratem". Stanisław Salmonowicz odnotowuje, że ówcześni "autorzy niemieccy wskazywali na niechęć narodową Polaków do Niemców, dla której z reguły nie widzieli żadnego uzasadnienia", w: S. Salmonowicz, Polacy i Niemcy wobec siebie. Postawy - opinie - stereotypy (1697-1815). Próba zarysu, Olsztyn 1993, s. 38.
5 Por. M. Schulze Wessel, Religiöse Intoleranz, grenzüberschreitende Kommunikation und die politische Geographie Ostmitteleuropas im 18. Jahrhundert, w: Europäische Öffentlichkeit. Transnationale Kommunikation seit dem 18. Jahrhundert. Hrsg. von J. Requate, M. Schulze Wessel, Frankfurt/M. 2002, s. 76 n. "Najdzikszym i najobrzydliwszym narodem wśród chrześcijan" nazwał Polaków autor anonimowej broszury o tumulcie toruńskim: Unpartheyisches Gespräche im Reiche der Todten zwischen Johanne Diazio [...] und Johann Gottfried Rößnern, gewesenen Praesidenten in Thorn [...], Berlin, Franckfurth und Hamburg 1725, s. 112, czemu wtórował car Piotr I ("najbardziej barbarzyński naród Europy"), któremu nieznany autor wystawił świadectwo "monarchy pochwały godnego i zacnego", pisząc jednocześnie o Rosjanach, że w przeciwieństwie do Polaków "są tak cywilizacyjnie zaawansowani, iż pod niejednym względem wyprzedzają teraz inne narody", tamże.
6 W XVIII w. ton tej dyskusji w Europie nadaje (co nie pozostało bez wpływu na odnośny dyskurs niemiecki) Monteskiusz, zaliczając Polskę do najbardziej zacofanych krajów Europy. O ogólno(zachodnio)europejskim charakterze oświeceniowych ram referencyjnych (prusko)niemieckiego negatywnego dyskursu cywilizacyjnego o Polsce por. H.-J. Bömelburg, "Polnische Wirthschaft". Zur internationalen Genese und zur Realitätshaltigkeit der Stereotypie der Aufklärung, w: "Der Fremde im Dorf". Überlegungen zum Eigenen und zum Fremden in der Geschichte. Rex Rexheuser zum 65. Geburtstag. Hrsg. von H.-J. Bömelburg, B. Eschment, Lüneburg 1998, s. 231-249.
7 H. Orłowski, Polnische Wirthschaft. Nowoczesny niemiecki dyskurs o Polsce. Przekład I. Sellmer i S. Sellmer, Olsztyn 1998, s. 127 (także i cytat z Heneliusa).
9 Cyt. za: Polska stanisławowska w oczach cudzoziemców. Opracował i wstępem poprzedził W. Zawadzki, t. I, Warszawa 1963, s. 9.
10 Grosses vollständiges Universal-Lexicon Aller Wissenschafften und Künste [Zedler], Polen, t. 28: Pi-Pq, Halle-Leipzig 1741, s. 1147.
11 Autor cytowanego tu hasła w leksykonie Zedlera uważa, że jest nawet gorzej: "szlachta i panowie, którym są poddani, traktują ich gorzej niż niewolników. Szlachta ma prawo decydowania o życiu i śmierci swoich służących i chłopów. Jeśli ktoś zabije kogoś z nich, to wystarczy, że zapłaci tylko tyle pieniędzy, ile zażąda za niego szlachcic, i tak rzecz zostanie załatwiona", tamże.
12 Por. np. O. Dietrich, Polnische Wirtschaft lub H. Johst, Podróż na Wschód, w: Der Geist Polonias, s. 714-717 i 729-732. Nawiązuje do niego i Hans Frank w swoim słynnym wywiadzie dla Heinza Kleissa z 1940 r.: "Sam lud zaniedbany, w totalnej nędzy, bez jakiegokolwiek zaopatrzenia, bez cienia socjalizmu, pozbawiony rzeczywistej, prawdziwej wspólnoty narodowej. Polskie ubogie warstwy robotników i chłopów małorolnych - wydane bez jakiejkolwiek ochrony na najgorszą nędzę. Ale polskie warstwy wyższe prowadziły hulaszczy i luksusowy tryb życia", Der Geist Polonias, s. 733-745. W zmodyfikowanej wersji tego toposu nazistowscy propagandyści przeciwstawiają korpus oficerski (szlachecki, pański), którym gardzą, zwykłym (chłopskim) masom żołnierskim, którym, dla wykazanej dzielności w walce, gotowi są okazać uznanie; por. K. Frowein, W. von Oven, Przeciwnik, tamże, s. 701-705.
13 Nawiasem mówiąc, wobec długotrwałości pańszczyzny i postaw, jakie zrodziła wśród chłopstwa, podtrzymywanych przez ziemiaństwo po jej zniesieniu przez zaborców praktycznie do końca istnienia II Rzeczypospolitej, między bajki trzeba włożyć mit o "polskim umiłowaniu wolności". Pisarz Marian Pilot, twórca nurtu chłopskiego we współczesnej literaturze polskiej i znawca zagadnienia, pisze: "Sarmacka Polska była koszmarnym niewolniczym państwem, w którym chłop był z bydlęciem zrównany. Przez siedem wieków historia nie zarejestrowała nikogo, kto godzien był jakiejkolwiek uwagi, prócz jednej Doroty Król - za cenę stosu", M. Pilot, Kobiety częściej miały nogi, "Tygodnik Powszechny", 26.02.2017.
14 A. Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej, Warszawa 2014, s. 7.
15 Chr.G. Steiner, Historia i przegląd literatury polskiej czasów dawnych i nowych w listach. List trzeci, w: Der Geist Polonias, s. 173.
16 Grosses vollständiges Universal-Lexicon, s. 1150.
17 Tamże, s. 1136. Jest to wczesny przykład archiwizacji idei niemieckiej "misji kulturalnej/cywilizacyjnej na Wschodzie" (Kulturträgertum), która w odniesieniu do Polski triumfalny pochód przez niemiecką historiografię i publicystykę rozpocznie po III rozbiorze i za półtora wieku kulminować będzie w monografii Kurta Lücka o "niemieckim wysiłku na rzecz rozbudowy Polski": Deutsche Aufbaukräfte in der Entwicklung Polens [...], Plauen 1934.
18 M. Klimowicz, Wawrzyniec Mitzler de Kolof (1711-1778), w: "...nie będzie nigdy Niemiec Polakowi bratem"...? Z dziejów niemiecko-polskich związków kulturowych. Praca zbiorowa pod redakcją M. Zybury, Wrocław 1995, s. 45-73.
19 Za: M. Zybura, Niemcy w Polsce, Wrocław 2001, s. 95.
20 Por. M. Klimowicz, Polsko-niemieckie pogranicza literackie w XVIII wieku. Problemy uczestnictwa w dwu kulturach, Wrocław 1998.
21 Miało swoją wagę wtedy porównanie przez Chr.G. Steinera w jego historii literatury polskiej wykształcenia Poniatowskiego z odnośnymi przymiotami "filozofa na tronie", Fryderyka II: "Poza byłym królem Prus nie było władcy, który od naszego króla czytałby więcej", w: Der Geist Polonias, s. 175.
22 M. Klimowicz, Polsko-niemieckie pogranicza literackie w XVIII wieku, s. 221.
23 Por. Voltaire, Pisma przeciw Polakom. Przełożył, wstępem i przypisami opatrzył M. Skrzypek, Warszawa 2017.
24 R.F. Arnold, Geschichte der deutsche Polenliteratur von den Anfängen bis 1800, Halle 1900, s. 76 (polski przekład pieśni w: Der Geist Polonias, s. 155).
26 Polski przekład w: Der Geist Polonias, s. 155 n. Na temat Schubarta por. M. Jędrzejewski, Christian Friedrich Daniel Schubart (1739-1791). Seine Bezüge zu Deutschland und Polen, "Biuletyn Polskiej Misji Historycznej. Bulletin der Polnischen Historischen Mission" 2013, nr 8, s. 371-403.
27 Dlatego władczyni własnoręcznie wykreśliła z tekstu traktatu słowo "prawnie", odnoszące się do zajmowania polskich terytoriów.
28 Ale pisząc wstęp do książki pod koniec 1831 r., uskarża się na "nieroztropne robienie tajemnicy ze źródeł (chociaż to, co było w tych wydarzeniach najgorsze i najbrutalniejsze, jest już dawno znane), tak że wciąż jeszcze brak nam wiedzy na temat wszystkich wyjaśniających ten proces członów pośrednich i przejść między nimi", w: F. von Raumer, Polens Untergang, Leipzig 1832, s. V.
29 Liberalizujący konserwatysta Raumer (stąd Heine nazwie go złośliwie "rewolucjonistą królewsko-pruskim") i tak posunął się w opinii pruskiego dworu w swojej demaskacji roli Prus w rozbiorach za daleko, bowiem rozważano wprowadzenie zakazu jego książki (nota bene zdecydowanie popierał ten pomysł Goethe), na co historyk zareagował, pisząc tekst usprawiedliwiający poniekąd politykę Prus wobec powstania listopadowego: Preußens Verhältnisse zu Polen in den Jahren 1830 bis 1832, aus amtlichen Quellen dargestellt (1832).
30 Najmocniej dał jej wyraz Carl Joseph Hübner (piszący pod pseudonimem Sirisa) w książce Polens Ende, historisch, statistisch und geographisch beschrieben von Sirisa, Warschau im Jahr 1773, 1793 und 1795. Oeffentlich bekannt gemacht 1797. Miejsce wydania zapewne fikcyjne. Autor podsumował swoją apologię rozbiorów stwierdzeniem, "że naród polski [...] musi dojść teraz do trwałego przekonania, że tylko będąc bezwzględnie posłusznym mądrym prawom patriotycznych monarchów [zaborczych], doczekać się może w przyszłości większej szczęśliwości i że tylko w ten sposób położyć może kres swojemu nieszczęściu i swojej nędzy", s. 547.
31 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 677.
32 R.O. Spazier, Rzut oka na charakter i dzieje Polaków i Rosjan aż do ostatniego rozbioru Polski, tamże, s. 190.
35 Ze zrodzonego w dobie insurekcji kultu Kościuszki w krajach niemieckich, który utrwalił w tamtejszej tradycji Karl von Holtei swoją śpiewogrą Stary wódz (1825), Bismarck kpił będzie jeszcze pod koniec XIX w. w swojej mowie podczas VIII sesji Izby Posłów w Berlinie 28.01.1886 r., por. Der Geist Polonias, s. 463-480.
37 S. Salmonowicz, Polacy i Niemcy wobec siebie, s. 113.
38 Reprezentantem zdecydowanie antypolskiego nurtu w tego rodzaju literaturze był bardzo płodny, popularny dramatopisarz (i opłacany przez Petersburg agent wpływu) August von Kotzebue.
39 P. Holzhausen, Das Polentum in deutschem Denken und Dichtung, "Hochland" 1916/17, s. 185.
42 Kwestionował autorstwo Goethego tegoż memoriału Erich Trunz w swoich Weimarer Goethe-Studien (Weimar 1980, s. 92 n.), ale sprawa pozostaje nadal otwarta.
43 Goethes Gespräche mit Eckermann. Hrsg. von W.Frhr. von Biedermann, t. VIII, Leipzig 1890, s. 128 (1.01.1832). Goethe, mówiąc o "niedotrzymywaniu słowa", ma na myśli zawarty przez Prusy w 1790 r. z Polską sojusz wojskowy, które złamały one w 1792 r., nie przysyłając obiecanej pomocy militarnej przeciwko Rosji, co otworzyło wrota do II rozbioru.
44 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 188.
45 Por. M. Jaroszewski, Der polnische Novemberaufstand in der zeitgenössischen deutschen Literatur und Historiographie, Warszawa 1922 (z obszerną bibliografią literatury przedmiotu).
46 Znalazły się wśród nich wszakże i utwory, które weszły do stałego kanonu niemieckiej pieśni politycznej, jak choćby tekst Juliusa Mosena Pułk czwarty. Kongenialnie spolszczony przez Jana Nepomucena Kamińskiego, stał się najpopularniejszą pieśnią powstańczą, uchodząc dzisiaj w Polsce za oryginalną polską pieśń patriotyczną.
47 Cyt. za: "...nie będzie nigdy Niemiec Polakowi bratem"...? Z dziejów niemiecko-polskich związków kulturowych, s. 286. Półtora wieku później, w przededniu "Jesieni Ludów Europy Środkowej-Wschodniej", powtórzył ten apel E.J. Osmańczyk, występując o zjednoczenie Niemiec: "Mówię wyraźnie - nie będzie niepodległej Polski bez zjednoczonych Niemiec! [...] jest rzeczą jasną, że nie ma pełnej wolności dla ludzi tak długo, jak długo istnieją narody niewolne", w: Z Edmundem J. Osmańczykiem rozmawia Paweł Wieczorek, "Gość Niedzielny" 1989, nr 4.
48 G.W. Strobel, Społeczeństwo i historiografia niemiecka a powstania polskie XIX wieku, w: Polskie powstania narodowe na tle przemian europejskich w XIX wieku, red. A. Barańska i in., Lublin 2001, s. 435.
49 Nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to wyrazem głęboko zinternalizowanych polskich kompleksów niższości wobec Niemców w szczególności, a zachodnich Europejczyków w ogólności, sprawiających, że "Polak" łasy jest na wszelkie, najbardziej zdawkowe nawet i konwencjonalne, okazywane mu stamtąd przejawy sympatii czy podziwu. Zauważył to zresztą już Hubert Vautrin w swoim Obserwatorze w Polsce (1807). Rewersem tego zjawiska jest z kolei wyższość i pogarda, z jaką "Polak" traktował i traktuje swoich sąsiadów na Wschodzie kontynentu, co Richard Otto Spazier skomentował znamiennymi słowy, że "daleko mniej w Rosjanach, a dużo więcej w Polakach Azji, aniżeli zwykło się to powszechnie przypuszczać", Der Geist Polonias, s. 191.
50 P. Roguski, Dzielny kosynier i piękna Polka. Powstanie listopadowe w poezji niemieckiej, Katowice-Warszawa 2004, s. 19.
51 W krajach niemieckich nazywano wtedy polskie powstanie często "rewolucją", nie mając pojęcia o jego programie społecznym (a raczej o jego braku - vide kwestia chłopska).
52 Tak interpretuje broszurę: Die Wiederherstellung Polens oder ein allgemeiner europäischer Krieg. Von einem polnischen Diplomaten, übertragen von Dr. R.O. Spazier. Nürnberg 1831 [faktycznym autorem broszury był podający się za jej tłumacza Spazier], G.W. Strobel, w: Społeczeństwo i historiografia niemiecka, s. 440.
53 Tamże, s. 439. Rusofobia była wówczas w Niemczech już powszechna i autentyczna, choć Heine przypisuje dopiero popowstaniowym Polakom, "komiwojażerom nienawiści do Rosjan na całym świecie", zaszczepienie jej Niemcom; por. Der Geist Polonias, s. 400.
54 E. Kolb, Polenbild und Polenfreundschaft der deutschen Frühliberalen. Zur Motivation und Funktion außenpolitischer Parteinahme im Vormärz, "Saeculum" 1975, nr 26, s. 117.
55 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 399.
56 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 231-233, 237. Świeża też była pamięć nieumiejętnie przez polskich oficerów popowstaniowych przygotowanej i stłumionej rebelii studentów we Frankfurcie nad Menem w kwietniu 1833 r., której niepowodzenie Börne wieszczył jeszcze przed jej rozpoczęciem.
57 Tamże, s. 399. Poza Heinem pisali o tym zjawisku m.in. także Büchner, Börne, Harring, rozpisywała się o nim ówczesna prasa i przechowuje jego pamięć literatura pamiętnikarska epoki.
61 Por. tamże, s. 463-480.
62 A. [Wojciech] Lipski, Beiträge zur Beurteilung der Ereignisse im Großherzogtum Posen im Jahre 1848, Berlin 1848, s. 58.
63 M.in. dlatego, że nie okazała dla niej entuzjazmu Francja, na którą obydwie strony liczyły jako na pewnego (i niezbędnego!) sojusznika.
64 K. Juchow, Verhandlungen des Deutschen Parlaments. I: Verhandlungen des Vorparlaments, Frankfurt/M. 1848, s. 36 n. Aczkolwiek żaden z parlamentarzystów nie żywił wtedy wątpliwości co do samej idei restytucji państwa polskiego, to jednak różnili się już oni między sobą, co do modus operandi, w jakim należałoby ją przeprowadzić. Podczas gdy jedni (E. Leisler) postulowali odtworzenie Polski w granicach z 1772 r. i nałożenie na przyszłe zjednoczone Niemcy obowiązku ewentualnych odszkodowań dla ludności niemieckiej, która po rozbiorach tam się osiedliła/została osiedlona, to drudzy (Biedermann), jeszcze w mniejszości, wotowali za "wskrzeszeniem Polski przy możliwie maksymalnej ochronie granic Niemiec", tamże.
65 Koniec powstania oznaczał też koniec "narodowej reorganizacji" WKP, którą próbował wcielić tu w życie gen. Wilhelm von Willisen (narażając się nota bene obydwu stronom konfliktu). Już wcześniej, 14 kwietnia, królewskim rozporządzeniem gabinetowym reorganizację ograniczono do powiatów z polską większością, a tereny, gdzie przeważała ludność niemiecka, przyłączono do Związku Niemieckiego.
66 Jak raptownie przyjaźń mogła wtedy w relacjach niemiecko-polskich ustąpić miejsca nienawiści (która to ekstremalna chwiejność nastrojów cechuje nasze społeczeństwa w odniesieniu do siebie i dzisiaj jeszcze), świadczy pieśń niemieckiej landwery, śpiewana przez nią podczas kwietniowo-majowych walk w Poznańskiem, zanotowana przez ówczesnego pruskiego pułkownika Heinricha Brandta, który pisze w tym miejscu wprost o "nienawiści rasowej": "Bowiem przeklęty polski szczep / Rozpala w nas ten wściekły gniew. / Dlatego bandy tej się strzeż, / Chyba że z rąk jej zginąć chcesz. / [...] Żołnierzy słychać głośny śpiew: / Precz z tego kraju, plemię złe. / A więc, Polaczki, to wasz kres, / Na wieczny zgon gotujcie się, / Polska nie wstanie nigdy z dna, / Jeśli nas spokój cieszyć ma", w: tegoż, Aus dem Leben des Generals der Infanterie Heinrich von Brandt, Berlin 1870, t. 1, s. 110.
67 E. Brandenburg, Untersuchungen und Aktenstücke zur Geschichte der Reichsgründung, Leipzig 1916, s. 251 n.
68 Por. H.-J. Seepel, Das Polenbild der Deutschen. Vom Anfang des 19. Jahrhunderts bis zum Ende der Revolution von 1848, Kiel 1967, s. 180.
69 Por. Zwierciadło przestrogi dla nas, czyli Polska (1831), w: Der Geist Polonias, s. 383-397.
70 Der Geist Polonias, s. 404. Takie samo stanowisko zajmował H. Frank, który w 1942 r. utrzymywał: "Piękne w tej wojnie jest to, że tego, co raz posiedliśmy, nigdy więcej nie oddamy", w: St. Piotrowski, Dziennik Hansa Franka, Warszawa 1956, s. 468.
71 Der Geist Polonias, s. 404.
73 Propolskich sympatii sprzed paru miesięcy liberalne mieszczaństwo wstydziło się wtedy już "z chłopięcym rumieńcem na twarzy", W. Hallgarten, Studien über die deutsche Polenfreundschaft in der Periode der Märzrevolution, München, Berlin 1928, s. 71.
74 Wniosek posła Arnolda Rugego, usiłującego w dzień po zakończeniu Polendebatte ratować resztki propolskich sympatii i wobec fatalnego dla sprawy polskiej głosowania Zgromadzenia postulującego przedłożenie kwestii "odbudowania wolnej i niepodległej Polski" Kongresowi europejskiemu przy współudziale Anglii, Francji i zainteresowanych mocarstw, został przez Zgromadzenie także odrzucony. Wydało ono natomiast w jaskrawej sprzeczności z duchem obrad Vorparlamentu cyniczne oświadczenie, że nie czuje się uprawnione "do wydawania sądów o wydarzeniach z przeszłości i udzielania nieokreślonych obietnic na przyszłość", Stenographischer Bericht über die Verhandlungen der deutschen constituirenden National-Versammlung zu Frankfurt am Main. Hrsg. von F. Wigard, Frankfurt/M. 1848, t. 2, s. 1186 i 1247.
75 Por. Der Geist Polonias, s. 406-424. Na to, że gdyby nie Jordan, głosowanie mogło było wypaść inaczej, jest wiele świadectw współczesnych i późniejszych ocen. H. Geffcken wspomina, że debata frankfurcka: "widowisko", jak ją nazywa, "przyniosła wstyd wychowaniu politycznemu Niemców", których honor uratował Jordan swoim wystąpieniem, "jedną z najwspanialszych mów, jakich wysłuchał kościół św. Pawła", w: Preußen, Deutschland und die Polen seit dem Untergang des polnischen Reiches: ein geschichtlicher Rückblick vom Standpunkte moderner Staatsethik, Berlin 1906, s. 144.
76 Der Geist Polonias, s. 414.
77 Rozgoryczony postawą Zgromadzenia poseł ks. Janiszewski, kończąc swoje wystąpienie, rzucił proroczą klątwę, którą Engels podsumował swoje omówienia debaty w "Nowej Gazecie Reńskiej": "Połknęliście Polaków, ale ich, na Boga, nie strawicie!", Marks i Engels o Polsce. Zbiór materiałów w dwóch tomach. Opracowała i do druku podała H. Michnik, Warszawa 1960, s. 144.
78 F. Möller, Vom revolutionären Idealismus zur Realpolitik. Generationswechsel nach 1848?, "Historische Zeitschrift" (Beihefte, Neue Reihe, Bd. 36: Generationswechsel und historischer Wandel) 2003, s. 71-91.
79 W kontekście rozczarowania i resentymentów, jakie rezultat debaty frankfurckiej wywołał u Polaków, i prób natychmiastowego zdyskontowania tego rozczarowania przez Rosję warto przypomnieć, co pisał o tym na gorąco B. Trentowski: "Lękam się, by nienawiść nasza ku Niemcom, którą podsyca ze swej strony car, nie wzięła góry - mianowicie w Poznańskiem, w Galicyi i Krakowie - nad myślą i obowiązkiem prawego Polaka; ażeby nie napędziła nas w moskiewskie matnie! Gdyby nienawiść nasza ku Niemcom przeważyła miłość naszą ku Ojczyźnie, gdybyśmy poddać się mieli carowi dobrowolnie, o, wtedy nic byśmy nie zrobili Niemcom, a uronilibyśmy szacunek Francyi i całej Europy, tudzież przyszłe owoce z naszej osiemdziesięcioletniej palmy męczeńskiej", Przedburza polityczna, Frejburg w Bryzgowii 1848, s. 105. Trzeba pamiętać o tych słowach filozofa "pedagogiki narodowej" zwłaszcza dzisiaj, kiedy rządząca partia, szczując w rosyjskim interesie politycznym Polaków przeciwko Niemcom i niszcząc w Europie szacunek, jaki Polska zdobyła sobie tam przez 25 lat trudnych (rzec by się chciało, czasami "męczeńskich") reform, całkiem jednoznacznie "napędza nas w moskiewskie matnie". Por. także: Nie ma trzeciej drogi: Unia albo Rosja. Rozmowa z Timothym Snyderem, "Polityka", nr 31, 2.08.2017, oraz: J. Kurski, PiS wybiera Wschód, "Gazeta Wyborcza", 12-13.08.2017, tutaj także: Marionetki Rosji. Z Anne Appelbaum i Radosławem Sikorskim rozmawia B.T. Wieliński.
80 "Temu szlachetnemu marzycielowi zawdzięcza sprawa polska największą obronę w debatach frankfurckich", pisał o nim J. Kucharzewski w jedynej dotąd polskiej monografii zagadnienia, w: Sprawa polska w Parlamencie Frankfurckim 1848 roku, Warszawa-Lublin-Łódź 1918, s. 42 (pierwodruk w "Przeglądzie Narodowym" 1908).
81 Do Czytelnika, w: Upadek Polski, opisany przez Dr. Fryderyka von Raumer. Tłómaczenie z Niemieckiego z Przedmową Karola Forstera, Berlin 1870, s. VI.
82 F. von Raumer, Briefe aus Frankfurt und Paris 1848-1849, Leipzig 1849, t. 1, s. 70 i 244.
84 Engels ma tu na myśli kolejne posunięcia rządu pruskiego wobec ziem WKP od 14 kwietnia do 2 maja 1848 r., por. Marks i Engels o Polsce, t. 1, s. 87 n.
85 Der Geist Polonias, s. 440.
87 Tamże, s. 425 nn. Opublikowany pierwotnie w "Deutsche Zeitung" (20.04.1848) tekst Polenlärm und Polenbegeisterung, którego ironiczny tytuł zapowiadał już wymowę treści, ukazał się następnie nakładem królewskiej drukarni nadwornej (!) w Berlinie jako odrębna ulotka.
89 H. Orłowski, Polnische Wirthschaft, s. 228.
90 Der Geist Polonias, s. 418.
91 Stenographischer Bericht, s. 1184.
92 Polen, w: Allgemeine deutsche Real-Encyklopädie für die gebildeten Stände (Brockhaus), Leipzig 1854, t. 12, s. 225; Polen, w: Neues Konversations-Lexikon für Alle Stände (Meyer), Hildburghausen 1859, t. 12, s. 877.
93 Der Geist Polonias, s. 467.
94 T. Nowakowski, Sind Emigranten schlechtere Schriftsteller? Die schwierige Situation vertriebener Schriftsteller, "Frankfurter Allgemeine Zeitung", 24.12.1973. Jak ulał pasuje to do charakterystyki polskich emigrantów sprzed wieku jako: "siedliska chorób w ciele całej zachodniej Europy, rozogniających każde pojedyncze zapalenie miejscowe", w: W. Juncker von Ober-Conreuth, Im Polen-Aufruhr 1846-1848. Aus den Papieren eines Landrats von ***, Gotha 1898, s. 52.
95 Dlatego tak wielką karierę będzie odtąd robił w Niemczech stereotyp polnische Wirthschaft.
96 F. Möller, Vom revolutionären Idealismus, s. 73 nn.
98 H. Fenske, Ungeduldige Zuschauer. Die Deutschen und die europäische Expansion 1815-1880, w: Imperialistische Kontinuität und national Ungeduld im 19. Jahrhundert. Hrsg. von W. Reinhard, Frankfurt/M. 1991, s. 88.
99 Pojawia się wtedy w niemieckiej historiografii i publicystyce znane nam skądinąd pojęcie "ziem odzyskanych", nawiązujące do faktu przynależności części z nich przed pokojem toruńskim do niemieckiego państwa zakonnego. Po raz ostatni pojęciem "ziem odzyskanych" posłuży się niemiecka propaganda w 1939 r. po zajęciu przez Wehrmacht w trakcie kampanii wrześniowej terenów należących do początków I wojny światowej do Rzeszy Niemieckiej.
100 J. Kucharzewski, Sprawa polska, s. 49 i 69. Symptomatyczne jest, że Pieśń Niemców Hoffmanna von Fallerslebena (późniejszy hymn niemiecki), którą Kucharzewski tu cytuje, powstała także w latach 40. XIX w. (1841).
101 J.N. Janowski, Notatki autobiograficzne 1803-1853, Wrocław 1950, s. 284.
102 Oczywiście rację ma Janowski co do sedna problemu, takiego mianowicie, że niemiecka solidarność ze "sprawą polską" kończyła się tam, gdzie zaczynała kolidować z narodowymi interesami niemieckimi. Por. M. Müller, Deutsche und polnische Nation im Vormärz, w: Polen und die polnische Frage in der Geschichte der Hohenzollern-Monarchie 1701-1871. Hrsg. von K. Zernack, Berlin 1982, s. 93 n. Problem ten wcześniej nie istniał, gdyż powstanie listopadowe jawiło się w optyce niemieckiej jako niepodległościowy zryw Polaków skierowany tylko przeciwko Rosji, skąd m.in. brało się spektakularne dla niego poparcie w krajach niemieckich. Ale rozdźwięk między polskim a niemieckim ruchem narodowym narastał od tego czasu niepowstrzymanie i lata 1846-1848 jedynie go ujawniły, ale nie wygenerowały. Zasadzał się on na nierozwiązywalnej sprzeczności między polską "rewolucyjną strategią" odzyskania państwa w rezultacie zbrojnego rozsadzenia powiedeńskiego ładu politycznego w Europie a stanowiskiem niemieckich liberałów, którzy porzucając ideę rewolucji, obrali "ewolucyjną strategię" (H.-H. Hahn) budowania zjednoczonego, narodowego państwa niemieckiego w oparciu o Prusy, nośny filar owego ładu. Por. S. Scholz, Die Entwicklung des Polenbildes in deutschen Konversationslexika zwischen 1795 und 1945, Münster 2000, s. 59; H.-H. Hahn, Deutschland und Polen in Europa. Überlegungen zur Interdependenz zweier nationaler Fragen im 19. Jahrhundert, w: Polen und Deutsche. Hrsg. von der NLfpB, Hannover 1995, s. 11 nn.
103 Emil Leisler z Nassau podczas pierwszej sesji 31 marca 1848: "Przyjaciele i niemieccy Współobywatele! Ci, którzy chcą być wolni, muszą być przede wszystkim sprawiedliwi. Chodzi tutaj o granice państw wielkiej niemieckiej ojczyzny, w której kiedyś mamy żyć jako ludzie wolni. Poruszono teraz kwestię granicy Niemiec z Polską. Niektórzy mówcy żądali, aby całe Poznańskie, albo, jeśli dobrze zrozumiałem, przynajmniej te jego części, w których przeważa żywioł niemiecki, znalazły się w Niemczech. Moi Współobywatele! Sądzę, że ci, którzy obarczyli się winą, świętą winą, powinni ją spłacić całkowicie, co do joty. Niech dłużnik nie zachowa żadnych korzyści. Dlatego przede wszystkim Polska musi zostać odbudowana. [Brawo.] A jeśli chodzi o to, w jakich granicach ma zostać odbudowana, to odpowiadam: jeżeli dopuściliśmy się rabunku i pragniemy teraz to, co zrabowaliśmy, oddać - to musimy to oddać w całości i ze wszystkimi związanymi z tym prawami od dnia rabunku. Moi Panowie, kiedy to dopuściliśmy się pierwszego rabunku na Polsce? W roku 1772. Zatem Polska musi być odbudowana w granicach z roku 1772. Zdaję sobie przy tym absolutnie sprawę z tego, że dla niemieckiej ludności Poznańskiego będzie to oznaczało niewesołe perspektywy. Tak, poznańscy Niemcy poniosą straty. Ale któż jest temu winny, jeśli nie ci, którzy dopuścili się rabunku na Polsce? Gdyby nie rozebrano Polski, Niemcy ci nie udaliby się tam, gdzie się dziś znajdują. Naród niemiecki musi wypłacić im odszkodowania. Nie wolno nam żądać, aby Polska ponosiła ciężary tych odszkodowań, to my sami musimy je ponieść", K. Juchow, Verhandlungen, s. 36-37.
104 I. Surynt, Badania postkolonialne a "Drugi Świat". Niemieckie konstrukcje narodowo-kolonialne XIX wieku, "Teksty Drugie" 2007, nr 4, s. 32, 34.
105 Złośliwy bon mot Fryderyka II o polskich Kaszubach jako "biednych Irokezach", których trzeba "oswoić z cywilizacją europejską", zrobił w dziewiętnastowiecznych Niemczech tak oszałamiającą karierę, że znawczyni problematyki gotowa jest w nim widzieć "niemalże hasło wywoławcze nowoczesnego niemieckiego dyskursu o Polsce"; por. I. Surynt, O misjonarstwie cywilizacyjnym. Zakon krzyżacki i kolonizacja "Wschodu" w niemieckim piśmiennictwie drugiej połowy XIX wieku, w: Opowiedziany naród, s. 196.
106 E.M. Arndt, Versuch in vergleichender Völkergeschichte, Leipzig 1843, s. 316.
107 Ten i poniższe cytaty z Wuttkego za Der Geist Polonias, s. 429-439.
108 Tamże, s. 460. Oczywiście nie o Polaków w tym eseju Treitschkemu w pierwszym rzędzie chodziło, lecz o wykazanie continuum między państwem zakonnym a współczesną mu monarchią Hohenzollernów, co było argumentem na przewodnią rolę Prus w przyszłych, zjednoczonych Niemczech. Wykazanie na przykładzie konfrontacji z Polakami kulturowo-cywilizacyjnych i organizacyjnych "przewag" i atutów Prus bardzo za tą rolą przemawiało i było jednocześnie pośrednią krytyką nieumiejętności realizowania takiej misji przez Austrię w jej słowiańskich prowincjach, co znów przemawiało za przywództwem Prus w planowanym państwie.
109 H. Orłowski, Polnische Wirthschaft, s. 137 nn.
110 H. von Treitschke, w: Der Geist Polonias, s. 460.
111 Treitschke, podobnie zresztą jak i H. von Sybel czy J.G. Droysen, akceptował partycypację historiografii w bieżącej grze politycznej i sam uprawiał obfitą, związaną z nią publicystykę.
112 Der Geist Polonias, s. 476. Bezwzględna integracja przez homogenizację była teraz stosowanym przez zjednoczone narodowe państwo niemieckie podejściem do obywateli, którzy, jak mówił w Izbie Posłów Bismarck, "są Prusakami tylko do odwołania, tylko do czasu, aż trafi się korzystna okazja do separacji", tamże, s. 478.
113 Bismarck nawet w Wydziale Katolickim pruskiego ministerstwa wyznań i oświecenia publicznego widział "czysto polonizacyjny organ", który zresztą zlikwidował; Der Geist Polonias, s. 470.
114 S. Scholz, Die Entwicklung des Polenbildes, s. 68. "Nowoczesność" warsztatu metodologicznego Caro atestował już wcześniej H. Orłowski w niemieckim wydaniu swojej Polnische Wirthschaft (1996, s. 304 nn.), nie biorąc wszakże pod uwagę akurat tego jego tekstu. "Nowoczesność" obrazu Polski w jego haśle dla leksykonu Meyera, o jakiej mówi Scholz, nie jest już taka oczywista, skoro ma ono oddawać szeroko wtedy "rozpowszechnioną wizję i wykładnię jej dziejów". Ta akurat nie była taka "nowoczesna". Nie stoi to w sprzeczności z podkreślanym przez Scholza długofalowym oddziaływaniem tekstu Caro.
115 Ten i następne cytaty z tego tekstu za Der Geist Polonias, s. 303-382.
116 K. Lück, Deutsche Aufbaukräfte in der Entwicklung Polens, Plauen 1934.
117 Marks i Engels o Polsce, s. 76.
118 Jest symptomatyczne, że kwestia kolonizacji wschodniej nie była poruszana w dwóch poprzednich edycjach leksykonu Meyera i brak jej na ogół w innych współczesnych encyklopediach tego czasu w poświęconych Polsce hasłach (gdzie, jeżeli się pojawia, to tylko marginalnie) oraz że nie natkniemy się w nich na stosowanie kryteriów narodowych do historii średniowiecza; por. S. Scholz, Die Entwicklung des Polenbildes, s. 69. Czyli wybór kwestii osadniczej na centralną oś konstrukcyjną swojej narracji o Polsce (nie tylko w odniesieniu do średniowiecza) i "unarodowienie" związanych z nią procesów były własnym pomysłem Caro.
119 "Nowoczesność - uprzemysłowienie i ukapitalistycznienie gospodarki, budowa kolei, zniesienie pańszczyzny, wprowadzenie systemu powszechnego opodatkowania, stworzenie administracji państwowej, upowszechnienie szkolnictwa itp. itd. - przyszła do Polski wraz z zaborcami", pisze J. Sowa, Fantomowe ciało króla. Peryferyjne zmagania z nowoczesną formą, Kraków 2011, s. 428. Por. także wywiad socjologa Zabory oznaczały dla Polski postęp i modernizację dla "Magazynu Świątecznego GW" z 9.11.2013.
120 A. Kochanowska-Nieborak, Francuzi Północy. Obraz Polski i Polaków w niemieckich leksykonach konwersacyjnych XIX wieku, Wrocław 2007, s. 71.
122 Der Geist Polonias, s. 677.
123 Sienkiewicz, naturalnie, jeśli chodzi o strategię "bogo-ojczyźnianego" krzepienia serc i jej efektów. Natomiast w swojej koncentracji na praktycznych cnotach mieszczańskich był pruskim Prusem.
124 H. Steinecke, Gustav Freytag: Soll und Haben (1855). Weltbild und Wirkung eines deutsche Bestsellers, w: Romane und Erzählungen des Bürgerlichen Realismus. Neue Interpretationen. Hrsg. von H. Denkler, Stuttgart 1980, s. 138.
125 Sz. Askenazy, Wczasy historyczne, Warszawa 1902, t. 1, s. 277.
126 H. Orłowski, Polnische Wirthschaft, s. 154. Cytat z historii literatury Meyera także za Orłowskim, s. 34.
127 I. Surynt, Das "ferne", "unheimliche" Land. Gustav Freytags Polen, Dresden 2004.
129 W powieści jesteśmy świadkami takich aktów samodyscyplinujących zachowań protagonisty Wohlfahrta.
130 Sz. Askenazy, Wczasy, s. 272. Może mieć rację W. Kunicki, utrzymując w swojej innowacyjnej analizie postrzegania polskości przez pisarza, że freytagowska "nienawiść "na Polaków" jest typową potrzebą odreagowania, która niewiele ma wspólnego z rzeczywistym sąsiadem Niemców, za to całkiem sporo ze stosowanymi przez [niemieckie] społeczeństwo mieszczańskie mechanizmami wyparcia", w świetle których "w "Polakach" odzwierciedla się nienawiść mieszczanina do samego siebie, jego niezdolność do miłości" (Zur Problematik der Polenwahrnehmung bei Gustav Freytag und Gottfried Keller, w: Gustav Freytag (1816-1895). Leben - Werk - Grenze. Hrsg. von R. Biskup, Leipzig 2015, s. 204 n.). Problem w tym, że czytelnicy Freytaga, zwolennicy i przeciwnicy, jego charakterystyki "Polaków" odbierali dosłownie, nie czytając Freuda (pierwsze ich pokolenia nie miały nawet takiej możliwości) nienawidzili rzeczywistych Polaków. Chyba i sam pisarz nie zdawał sobie sprawy z prawdziwego adresata swoich negatywnych emocji, kiedy np. w z gruntu antypolskim liście z 21.04.1861 r. do swego przyjaciela i polityka Th. Molinariego animował go: "każda akcja przeciwko Polakom bardzo by mi się podobała"...; za: "Mein theurer Theodor". Gustav Freytags Briefe an Theodor Molinari 1847-1867. Hrsg. von I. Surynt und M. Zybura, Dresden 2006, s. 99.
131 Cyt. za: H. Orłowski, Polnische Wirthschaft, s. 155.
132 F. Mehring, Gustav Freytag, w: tegoż, Gesammelte Schriften, Berlin 1976, t. 11, s. 63.
133 Por. M. Wojtczak, Ostmarkenliteratur. Prowincja Poznańska w literaturze niemieckiej lat 1890-1918, Poznań 2001.
134 Sz. Askenazy, Wczasy, s. 276 n.
135 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 462.
136 J. Kucharzewski, Sprawa polska, s. 39. Autor cytuje Heinego Szczury wędrowne: Dwóch są gatunków szczury: / Syci panowie i głodne ciury (tłum. J. Weyssenhoff). Kucharzewski miał tu na myśli głównie Franza Mehringa, który wydając w 1902 r. fragmenty spuścizny Marksa, Engelsa i Lassalle'a, pisał w komentarzu, że poglądy redaktorów "Nowej Gazety Reńskiej" w kwestii polskiej z czasów Polendebatte we Frankfurcie były "nie tylko przestarzałe, ale i dyskusyjne już w chwili ich publikacji", w: Aus dem literarischen Nachlass von Karl Marx, Friedrich Engels und Ferdinand Lassalle. Hrsg. von F. Mehring, Stuttgart 1902, t. 3, s. 25.
137 H. Jaenicke, Die Geschichte Polens. Ein Beitrag zum Verständnis der polnischen Frage, Berlin 1909, s. 11. Nawiasem mówiąc, nie inaczej myślano i w zwycięskim obozie Ententy, gdzie biedzono się z koniecznością "upokorzenia wielkiego i godnego przeciwnika - Niemiec" kosztem jakichś nieznanych bliżej wschodnioeuropejskich nacji, a zwłaszcza Polaków, "kafirów", jak ich nazywał premier Związku Południowej Afryki Jan Smuts, uczestnik paryskiej konferencji pokojowej z początku 1919 r., który w liście do Davida Lloyda George'a dał wyraz swemu przekonaniu, że Polska nie przetrwa, "nawet gdyby miała tę zdolność rządzenia i administrowania, której, jak wykazała historia, nie posiada", za: A. Nowak, Pierwsza zdrada Zachodu. 1920 - zapomniany appeasement, Kraków 2015, s. 14, 17. Samemu Lloydowi George'owi, uważającemu wtedy, że "oddać w ręce Polaków przemysł Śląska, to jakby dać małpie zegarek", porównanie to mogła nasunąć lektura książek z zakresu niemieckiego literackiego dyskursu kolonialnego, choćby Freytaga, którego Soll und Haben ukazało się w Anglii już w 1857 r. i było tam popularną książką. Historyk Michael Howard, który przekazał tę wypowiedź premiera, twierdzi, że brytyjskie "doświadczenie kolonialne i irlandzkie sprawiało, iż brytyjska klasa rządząca sympatyzowała w pewnym stopniu z niemieckim widzeniem Polaków jako untermenschów"; M. Howard, The Legacy of the First World War, w: Paths to War: New Essays on the Origins of the Second World War. Ed. by R. Boyce and E.M. Robertson, London 1989, s. 46.
138 Wpływ na zdecydowanie propolskie stanowisko Albersa miała zapewne jego górnośląska socjalizacja w Chudowie, w czym różnił się akurat od większości pisarzy niemieckich pochodzących z tego regionu.
139 E. Bernstein, Wie Fichte und Lassalle national waren, tutaj za: H. Orłowski, Polnische Wirthschaft, s. 234.
140 R. Fitzek, Volk an der Grenze. Ein Drama der Minderheit, Breslau 1933, s. 17.
141 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 536. Nota bene H. Orłowski, zajmując się Przyczynkiem Leonharda w swojej monografii Polnische Wirthschaft, myli w niej wskutek zbieżności imienia i nazwiska tego socjologa z "publicystą i pisarzem socjalistycznym Rudolfem Leonhardem", s. 243.
142 Zastanawiająco aktualnie brzmi A.D. 2017 komentarz Leonharda do praktyki partyjnego obsadzania (tj. z własnego środowiska bez względu na kompetencje) wyższych stanowisk sądowych w Polsce: "Daje to okazję do nieprawdopodobnych intryg i podziałów, ponieważ zwycięska partia orzeka przez wybranych przez siebie urzędników zawsze na swoją korzyść", tamże, s. 532.
143 Por. P. Fischer, Die deutsche Publizistik als Faktor der deutsch-polnischen Beziehungen 1919-1939, Wiesbaden 1991, s. 21.
144 L. Hölscher, Zukunft und Historische Zukunftsforschung, w: Handbuch der Kulturwissenschaften. Hrsg. von F. Jaeger i in., Stuttgart 2004, t. 1 (Grundlagen und Schlüsselbegriffe), s. 410.
145 Z chwilą faktycznego odzyskania niepodległości przez Polskę znika z niemieckiej wyobraźni dziewiętnastowieczny pozytywny stereotyp Polaka-patrioty, walczącego o niepodległość ojczyzny (der edle Pole), na nowo zaktywizowany i obecny w niej w pierwszych latach wojny.
146 Por. G. Nasarski, Osteuropavorstellungen in der konservativ-revolutionären Publizistik. Analyse der Zeitschrift "Deutsches Volkstum" 1917-1941, Bern 1974, przytaczaną już pracę P. Fischera Die deutsche Publizistik oraz odnoszące się do obrazu Polski i Polaka w Niemczech rozdziały książki T. Szaroty Niemiecki Michel. Dzieje narodowego symbolu i autostereotypu, Warszawa 1988.
147 T. Szarota, Niemiecki Michel, s. 321.
148 Cyt. za: E. Meyer, Deutschland und Polen 1914-1970, Stuttgart 1971, s. 23.
149 P. Fischer, Die deutsche Publizistik, s. 20 n.
150 Prawo to William I. Thomas, współtwórca amerykańskiej psychologii społecznej, sformułował wspólnie ze swoją żoną Dorothy Swaine Thomas w 1928 r. Przypomniał je w kontekście ówczesnych stosunków niemiecko-polskich P. Fischer w przywoływanej tu pracy; tamże, s. 3.
151 O. Forst de Battaglia, Polnische Rechenschaft, "Germania", 24.11.1928. Na temat autora por. K. Huszcza, Polska i Polacy w pracach Ottona Forst de Battaglii, Kraków 2002.
152 Polen und Deutschland. Tatsachen, Gedanken und Möglichkeiten, "Europäische Gespräche" 1927, z. 10, s. 527 n.
154 List z 3.02.1928 r. Cyt. za: T. Mann: Listy do Ottona Forst-Battaglii. Przeł. S. Helsztyński. Opracował i wstępem opatrzył R. Taborski, Warszawa 1973, s. 20. Rok wcześniej H. von Hofmannsthal, biorąc go jednoznacznie za Polaka, pisał: "Pańska wielka aktywność sprawia mi zawsze przyjemność. Literatura Pańskiego kraju jest jedną z wielkich europejskich literatur. Śledzenie jej rozwoju szczerze mnie cieszy, a ponieważ od dziecka znałem przynajmniej Waszych wielkich poetów - o ile można takowych poznać z przekładów - to napełnia mnie satysfakcją okoliczność, że zainteresowanie to mogę teraz przenieść na nazwiska po Wyspiańskim i Sienkiewiczu" (eseista propagował głównie polską literaturę współczesną). List z 16.10.1927 r., przechowywany w archiwum rodzinnym Battagliów w Wiedniu.
155 H. Orłowski, Polnische Wirthschaft, s. 347 n.
156 O. Forst de Battaglia, Stanisław August Poniatowski und der Ausgang des alten Polenstaates, Berlin 1927.
158 Cyt. za: B. Drewniak, Polsko-niemieckie zbliżenia w kręgu kultury 1919-1939, Gdańsk 2005, s. 10.
159 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 611.
160 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 557.
161 Już rok po publikacji niemieckiej książkę wydano za pieniądze niemieckiego MSZ w Anglii: Polands Westward Trend, London 1928.
162 P. Fischer, Die deutsche Publizistik, s. 115. Faktycznym autorem książki Hansena (pseudonim) był warszawski korespondent "Kölnische Volkszeitung" Wilhelm Baum.
163 K. Doss, Zwischen Weimar und Warschau. Ulrich Rauscher. Deutscher Gesandter in Polen 1922-1930. Biographie, Düsseldorf 1984, s. 83.
164 "Drogi i Kochany Panie!" Listy pisarzy polskich do Ottona Forst de Battaglii, red. M. Zybura,Wrocław 2010, s. 27.
165 Podobną próbę podjął już wcześniej, choć w skromniejszym zakresie, działacz partii "Zentrum" i aktywista ruchu pokojowego niemieckich katolików Carl-Oskar von Soden, publikując w 1927 r. w tygodniku "Allgemeine Rundschau" serię swoich relacji z Polski. Por. M. Gierlak, Das Polenbild in den "Polnischen Erinnerungen" Carl-Oskar von Sodens (1898-1943), w: Solidarität mit Polen. Zur Geschichte und Gegenwart der deutschen Polenfreundschaft, Hrsg. von M. Brandt, Frankfurt/M. 2013, s. 147-169.
166 Por. J. Röhling, "Sollten wir nich versuchen, Frau K. endlich das Handwerk zu legen?" Elga Kerns Buch "Vom alten und neuen Polen" und die Akte Elga Kern im AA Berlin, w: Grenzüberschreitungen. Deutsche, Polen und Juden zwischen den Kulturen (1918-1939). Hrsg. von M. Brandt, München 2006, s. 171-186. Autor pisze też o trudnościach, jakie Kern miała w Polsce po 1934 r. ze strony środowisk konserwatywnych, zainteresowanych utrzymaniem dobrych stosunków z III Rzeszą.
167 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 568.
168 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 574-575.
169 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 558.
170 Por. I. Liebmann, Wäre es schön? Es wäre schön! Mein Vater Rudolf Herrnstadt, Berlin 2008. Swoich relacji z Polski pisanych w latach 30. XX w. dla "Berliner Tageblatt" Herrnstadt nie wydał w wersji książkowej. A warto by było dla jego daru obserwacji, plastyczności opisu i humoru zrobić to jeszcze dzisiaj i wydać po polsku.
171 P. Fischer, Die deutsche Publizistik, s. 123.
172 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 587.
173 Pod tytułem So This Is Poland książka ukazała się już w 1932 r. w Londynie.
174 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 609.
175 Np. w ostatnim rozdziale drugiej książki pod symptomatycznym tytułem "...jeżeli Marszałek rozkaże" sugerował przygotowywanie przez Polskę misternej koncepcji zajęcia Prus Wschodnich sprawdzoną na Wileńszczyźnie metodą gen. Żeligowskiego.
176 A. Hitler, Mein Kampf. Eine kritische Edition. Hrsg. von Chr. Hartmann, Th. Vordemayer, O. Plöckinger und R. Tölpel im Auftrag des Instituts für Zeitgeschichte München-Berlin, München 2016, t. 2, s. 1657. Por. także J. Krasuski, Polska-Niemcy. Stosunki polityczne od zarania po czasy najnowsze, Poznań 2003, s. 255.
177 J. Krasuski, Polska-Niemcy, s. 255.
178 Por. K. Pryt, Die konjunkturelle Polenfreundschaft der Nationalsozialisten 1934-1939, w: Solidarität mit Polen, s. 174.
179 P. Fischer, Die Deutsche Publizistik, s. 197. Za ten gest w duchu deklaracji Polacy zrewanżowali się na prośbę strony niemieckiej skreśleniem Krzyżaków Sienkiewicza z gimnazjalnej listy lektur obowiązkowych; por. B. Drewniak, Polsko-niemieckie zbliżenia, s. 122.
180 Ukazały się w niej wcześniej biografie czołowych postaci III Rzeszy: Hitlera, Goebbelsa, Schachta oraz Mussoliniego, Roosevelta i Kemala Paschy.
181 Fr. W. von Oertzen, Marschall Pilsudski. Der Schöpfer und Lenker des neuen Polen, Berlin 1935, s. 6.
183 K. Pryt, Die konjunkturelle Polenfreundschaft, s. 178 n.
184 B. Drewniak, Polsko-niemieckie zbliżenia, s. 326 nn.
186 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 629.
187 J. Goebbels, Dzienniki. Tom I: 1923-1939. Wyboru dokonał, z języka niemieckiego przełożył, wstępem i przypisami opatrzył E.C. Król, Warszawa 2013, s. 358, 375, 554.
188 Dzisiejszym (!) zwolennikom opcji sojuszu z III Rzeszą (są tacy), nurzających się w odmętach historii kontrafaktycznej (a tak naprawdę alternatywnej) można przypomnieć ministerialne zalecenia dla prasy z sierpnia 1933 r., których po podpisaniu deklaracji w 1934 r. bynajmniej nie cofnięto, a w których tłumaczono dziennikarzom, że "górujący intelektualnie nad Polakami naród niemiecki w stopniowym dziele budowy [Tysiącletniej Rzeszy] zmarginalizuje żywioł polski i zmusi go po latach do defensywy polityczno demograficznej i duchowej"; cyt. za: K. Pryt, Die konjunkturelle Polenfreundschaft, s. 181. Taki miał być los polskiego sojusznika, któremu w zamian za dostęp do Bałtyku oferowano w ramach sojuszu (niczym Zagłoba Niderlandy Szwedom) dostęp do Morza Czarnego: "Morze Czarne jest także morzem", jak Ribbentrop przekonywał Becka jeszcze w styczniu 1939 r., por. J. Krasuski, Polska-Niemcy, s. 277.
189 Ponieważ rozbicie państwa czechosłowackiego nie wywołało spodziewanej wojny (tj. interwencji mocarstw zachodnich) opinia publiczna nie była jednak już tak antywojennie nastawiona jak wcześniej i spora część społeczeństwa popierała siłowe rozwiązanie konfliktu z Polską. Por. I. Kershaw, Der Überfall auf Polen und die öffentliche Meinung in Deutschland, w: Politischer Wandel, organisierte Gewalt und nationale Sicherheit. Beiträge zur neueren Geschichte Deutschlands und Frankreichs. Hrsg. von E.W. Hansen i in., München 1995, s. 238-250.
190 F.W. von Oertzen, Das ist Polen, München 1939, s. 7.
191 Nie przypadkiem publikacja ta obficie cytowana była w książkowym, rozszerzonym wydaniu dwunastego tzw. "korytarzowego" numeru czasopisma "Volk und Reich": Polen wider Polen pod red. Friedricha Heissa i Arnolda Hillena Ziegfelda (1932). Czasopismo to (i wydawnictwo pod tą samą nazwą) współpracujące ściśle z wydziałem prasowym MSZ było jednym z jego głównych instrumentów i forów uprawiania propagandy antypolskiej w Republice Weimarskiej.
192 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 633.
193 Cyt. za: L. Jockheck, Propaganda im Generalgouvernement. Die NS-Besatzungspresse für Deutsche und Polen 1939-1945, Osnabrück 2006, s. 67.
194 Ten i następne cytaty za Der Geist Polonias, s. 641 nn.
195 Ten i następne cytaty za Der Geist Polonias, s. 646 nn.
196 Kłamstwo Wingendorfa było świadome, gdyż niemiecki wydawca Reymonta publicznie uskarżał się na niskie zainteresowanie książką. Rozczarowany tym faktem opublikował nawet w formie ulotki specjalną odezwę do czytelników Beschwerde für das Publikum (Jena 1913), która, przedrukowana przez prasę, zmobilizowała krytykę (książkę omówiły chwalebnie, a nawet entuzjastycznie, 84 gazety i czasopisma), ale nie czytelników. Bilans pierwszego roku zbytu wydawca zamknął ilością 93 sprzedanych egzemplarzy dzieła; por. O. Mallek, Die Aufnahme der "Bauern" von Reymont in Deutschland. Einige Aspekte zur Frage der literarischen Rezeption, Leipzig 1969 (dysertacja doktorska w maszynopisie), s. 21.
197 R. Wingendorf, Polen. Volk zwischen Ost und West, Berlin 1939, s. 206.
198 Cyt za: E.C. Król, Polska i Polacy w propagandzie narodowego socjalizmu w Niemczech 1919-1945, Warszawa 2006, s. 247.
200 Ten cytat i następne za Der Geist Polonias, s. 654 nn.
201 Cyt. za: J. Böhler, Najazd 1939. Niemcy przeciw Polsce. Przekład D. Salamon, Kraków 2011, s. 56.
202 Demonstrowaną w przemówieniu Haldera pewność zwycięstwa autorzy poświęconej mu analizy nazywają wprost "arogancką", niespotykaną raczej u sztabowców; por. Chr. Hartmann, S. Slutsch, Franz Halder und die Kriegsvorbereitungen im Frühjahr 1939. Eine Ansprache des Generalstabschefs des Heeres, "Vierteljahrshefte für Zeitgeschichte" 1997, t. 45, nr 3, s. 470.
203 Cyt za: E.C. Król, Polska i Polacy, s. 283.
204 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 701.
205 Por. K.A. Kilian, Kriegsstimmungen. Emotionen einfacher Soldaten in Feldpostbriefen, w: Das Deustche Reich und der Zweite Weltkrieg, Band 9/2, Die deutsche Kriegsgesellschaft 1939 bis 1945: Ausbeutung, Deutungen, Ausgrenzung. Im Auftrag des MGFA hrsg. von J. Echternkamp, München 2005, s. 251-288.
206 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 711 nn. Nie sposób nie pomyśleć tu o A. Włodku i M. Janion, tłumaczących w czasie wojny (niezależnie od siebie) Korneta Rilkego.
207 Cyt. za: E.C. Król, Polska i Polacy, s. 283.
208 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 716.
209 B. Brecht, Arbeitsjournal 1938-1955 ("das ist die vierte teilung polens"), Berlin 1977, s. 39.
210 Także w Totentanz in Polen (1940) W. Petersena Warszawa pojawia się jako "miasto, które samo wydało na siebie wyrok", w: Der Geist Polonias, s. 700. Poemat St. Grochowiaka o wojnie obronnej 1939 r. pod tym samym tytułem był komentarzem do rysunków i zapisków Petersena, korespondenta wojennego Wehrmachtu. Polonistyce uniwersyteckiej zajmującej się tym poematem umknęło, że "niejaki Wilhelm Petersen" (jak pisał o nim we wstępie sam Grochowiak, również niezdający sobie sprawy z jego tożsamości), to zasłużony dla narodowego socjalizmu malarz i rysownik należący do elity artystycznej III Rzeszy.
211 O warszawskich Żydach Hirche donosił: "Faktycznie, w swej nienasyconej chciwości pasożyci ci zainfekowali już [...] całe miasto, robiąc z Warszawy żydowską metropolię. [...] Wręcz niewyobrażalny jest brud, w którym się gnieżdżą, i odpowiednio wielka do tego ilość wszy, niosących z zakamarków getta reszcie miasta na plecach swoich żywicieli zgubę i śmierć. Za swoją specjalność uważają tyfus plamisty. Samym Żydom nie szkodzą, być może z czystej wdzięczności za gorliwe pełnienie roli usłużnych pośredników", w: Der Geist Polonias, s. 723. Lektura tych słów zdradza inspiracje i oryginalny język, po który sięga teraz Jarosław Kaczyński, głosząc krucjatę przeciwko mającym przynieść Polsce zgubę uchodźcom spoza Europy.
212 Cyt. za: Der Geist Polonias, s. 719.
213 W. Petersen, Totentanz in Polen, w: Der Geist Polonias, s. 698.
215 Por. H. Orłowski, Wrzesień 1939 a pisarze III Rzeszy, "Przegląd Zachodni" 1969, z. 3, s. 112.
216 Por. S. Dębski, Między Berlinem a Moskwą. Stosunki niemiecko-sowieckie 1939-1941, Warszawa 2003.
217 H. Orłowski, Wrzesień 1939, s. 114.
218 Por. sylwetkę pisarza w: H. Orłowski, Literatura w III Rzeszy, Poznań 1975, s. 335-348.
219 Ten i następne cytaty za Der Geist Polonias, s. 730.
220 Inaczej to widział oficer Wehrmachtu August Töpperwien, który przebywając latem 1944 r. w okolicach Dukli (a więc niedaleko Zakopanego), tak zanotował swoje spostrzeżenia: "Uderzająca czystość polskich domostw chłopskich i osad. Jest tak jak u nas", w: "Erschießen will ich nicht!" Als Offizier und Christ im Totalen Krieg. Das Kriegstagebuch des Dr. August Töpperwien 3. September 1939 bis 6. Mai 1945. Hrsg. von H. Orłowski und Th.F. Schneider, Düsseldorf 2006, s. 297. Töpperwien, notując te słowa, pisał tak oczywiście nie tylko zupełnie pod prąd oficjalnego przekazu medialnego o Polsce i wbrew communis opinio przyjętej w III Rzeszy, ale i naruszał nazistowski dogmat o nieprzystawalności cywilizacyjnej światów niemieckiego i polskiego.
221 Por. W. Szatkowski, Goralenvolk. Historia zdrady, Zakopane 2012.
222 Por. E.C. Król, Polska i Polacy, s. 287.
223 Rozmawiający z Hitlerem krótko potem Goebbels zanotował: "Opinia Führera o Polakach jest miażdżąca. Bardziej zwierzęta niż ludzie [...]. Brud [...] niewyobrażalny, również ich możliwości rozumowania są równe zeru" (10.10.1939); w: J. Goebbels, Dzienniki. T. 2: 1939-1943, Warszawa 2016, s. 26.
224 Cyt. za: E.C. Król, Polska i Polacy, s. 287 n.
225 Założona na krótko przed startem tej edycji leksykonu, od 1936 r. w pełni samodzielna, Partyjna Komisja Kontroli dla Ochrony Piśmiennictwa Narodowosocjalistycznego nadzorowała od początku jej publikację, ingerując w treść haseł, a nawet dostarczając własne. Na temat praktyk Komisji por. J.-P. Barbian, Literaturpolitik im "Dritten Reich". Institutionen, Kompetenzen, Betätigungsfelder, Frankfurt/M. 1993, s. 135 nn.
226 Wynikało to z tego, że władze III Rzeszy zdawały sobie sprawę z istnienia ciągłości państwowej Polski, reprezentowanej przez uznawane międzynarodowo władze RP na uchodźstwie.
227 Ten i następne cytaty za Der Geist Polonias, s. 667 nn.
228 Der "VB" spricht mit dem Generalgouverneur Dr. Frank, "Völkischer Beobachter", 12.02.1940. Skorygowano natomiast niektóre dane statystyczne przytaczane przez Franka: 340 mld zł zadłużenia polskiego państwa przedwojennego gazeta uściśla do 140 mld; majątek narodowy do "mniej więcej połowy" tej sumy, gdy Frank mówi o 110 mln; liczbę robotników fabrycznych podaje 900 000, gdy Frank szacuje ją na "przynajmniej pół miliona".
229 Ten i następne cytaty za Der Geist Polonias, s. 743 nn.
230 Minister już 29 stycznia 1940 r. notował: "Awantura w sprawie Polski staje się z dnia na dzień coraz bardziej szalona. [...] Przechodzę teraz do kontruderzenia. [...] Wiele uda się wymazać", J. Goebbels, Dzienniki. T. 2: 1939-1943, s. 51.
231 Ten i następne cytaty za Der Geist Polonias, s. 746 nn. Autor nie mógł się spodziewać, że wymyślona przez niego kategoria "polskojęzycznych grup osób" zrobi po kilkudziesięciu latach zawrotną karierę w języku propagandowym partii J. Kaczyńskiego w niepodległej Polsce.
232 M.G. Müller, Zrozumieć polską historię, Poznań 2012, s. 8.
233 Por. A. Kochanowska-Nieborak, Der Legitimierungsdiskurs zu Polen in der deutschen Historiographie vor und nach den Teilungen Polens sowie in der Teilungszeit, "Orbis Linguarum" 2004, t. 27, s. 85-111.
234 M.G. Müller, Zrozumieć polską historię, s. 9.
235 Na jakie Niemcy zasługują Polacy?, "Polityka", 24.05-30.05.2017.
236 K. Dedecius - T. Różewicz: Listy 1961-2013, t. 2: 1981-2013. Opracowanie A. Lawaty, M. Zybura, Kraków 2017, s. 362 (list z 22.03.2004), s. 380 (list z 26.09.2006).