Na granicy
Jest 28 października 1940 roku. W paśmie gór Pindos batalion "Aquila"
dywizji "Julia" podchodzi do granicy grecko-albańskiej. Deszcz. Mrożąca
wilgoć przenika przez płaszcze i mundury. Nogi żołnierskie ciężko
stąpają po wąskiej ścieżce górskiej. Pochylone postacie taszczą broń,
dodatkowe racje żywności i amunicji. Sto ósma kompania skręca w lewo ku
szczytowi 1955, by osłonić marsz sił głównych batalionu, sto
czterdziesta trzecia idzie dalej -?ma dotrzeć do wioski Kaliwia.
Chrzęści oporządzenie, czasem brzęknie hełm trącony karabinem. Są
zmęczeni, a to dopiero początek drogi. Dokąd dąży to wojsko?
-?Luigi, daleko jeszcze do tych Aten? -?rosły Giovanni Angeloni,
dźwigający erkaem, pyta krajana i przyjaciela, plutonowego Collochię.
-?Daleko -?odpowiada idący za nim Vittorio Contestabile. -?Więcej niż od
naszej Aielli do Sulmony, ale chyba nie dalej niż do Rzymu.
-?Wystarczy. Byłem tam przed wojną z ojcem, ale jechaliśmy pociągiem.
-?Wybij sobie pociąg z głowy -?dopiero teraz odzywa się plutonowy. -?W Grecji nie ma prawie kolei, a i o drogi trudno.
-?Jeśli tu gorzej niż w naszych Abruzzach, po co nam te skały? Mało mamy
własnych? -?zwątpił Giovanni.
-?Mnie też tak się wydaje -?wtrącił Luigi. -?Byle dojść do Aten. Duże
miasto, ciepło. Gdy tam dotrzemy, na pewno nas puszczą do domu.
Giovanni, jak tam z Klarą?
-?Źle. Liczyłem, że nas zwolnią do domów, jak tych we Włoszech, i zaraz
się ożenię. Ale teraz sprawa się przeciągnie, a dla niej nie będzie
życia w Aiella. Zaszczują ją.
-?Przestrzegałem...
-?Ale rodzice nie chcieli się zgodzić. Będą musieli.
-?Módl się do świętego Dominika, byśmy jak najszybciej doszli do Aten i dostali urlopy.
-?Uwaga! Uwaga! -?biegnie szept od czoła kompanii. -?Granica.
Sto czterdziesta trzecia z wolna mija zwykły drewniany słup.
Kamienna, otoczona murem chata. Pełno w niej ciał ludzkich, potu,
ciężkich oddechów, chrapania. Jakiś cień wsuwa się do środka.
-?Panie poruczniku! Plutonowy Tombakis melduje, że po stronie albańskiej
niezwykły ruch. Włosi podeszli do granicy.
Podporucznik Markopulos otrząsnął się ze snu, podkręcił knot lampy i oświetlił śpiących. Ile razy tak robił w ciągu ostatnich dni? Lepiej nie
liczyć. Może i tym razem jest to fałszywy alarm.
Ale rozkazy ma wyraźne.
-?Wstawać! Wstawać!
Podnoszą się ociężali, senni, mrukliwi. Wiele dni i nocy nie dosypiają,
marzną i mokną. Jeden Siatos miał szczęście. Dwa dni spędził w domu na
chrzcinach pierworodnego. Wrócił kilka godzin temu i teraz -?zerwany ze
snu -?nie zdaje sobie sprawy, gdzie się znajduje. Czy u siebie, w Eptachorion, przy małym Nikosie i Zofii, czy na posterunku granicznym.
Co jest snem, a co rzeczywistością?
Wychodzą. Chłód otrzeźwia. Jak co dnia i co nocy, od kilku tygodni,
rozdzielają się i idą wzmocnić posterunki.
-?A to ty, Siatos -?mruknął kapral Gazos, gdy obok erkaemu legł młody
żołnierz. -?Dobrze, że jesteś. Samemu było mi niewyraźnie, bo znów nie
ma pełnej zmiany. Ale i ty sam przyszedłeś. Zresztą mniejsza z tym -
mów, jak było w domu.
-?Chłopak jest wspaniały. Mówią, że do mnie podobny. Masz ciasto. Zofia
piekła. Zrobiła też rękawiczki i szalik. Kolorowe, nie pasują do
munduru, ale ciepłe. Popatrz.
-?W tej ciemności niewiele widać. Jak będzie jaśniej, ocenię. Słuchaj...
Od strony albańskiej dochodziły początkowo niewyraźne, później
narastające dźwięki. Przejścia granicznego nie widzieli -?skrywał je
załom -?lecz tam, na granicy, coś się działo. Nałożyli hełmy. Gazos
zdjął pokrowiec z erkaemu, Siatos ułożył na parapecie zapasowe
magazynki. Czekali. Dźwięki stawały się coraz wyraźniejsze.
Nagle z prawej, od zaczynającego się wyłaniać z mroku szczytu 1955,
zagrał erkaem, później drugi. Po chwili zza załomu zaczęły wyłaniać się
jakieś postacie. Najpierw kilka, chwila przerwy i teraz już sznur ludzi,
niewyraźnych w mroku, uparcie podążał w ich stronę -?w stronę Grecji.
Gazos odbezpieczył erkaem, przeżegnał się, nabrał powietrza w płuca,
naprowadził broń na cel i nacisnął spust. Chauchat1 przemówił
statecznym stukotem.
Czoło sto czterdziestej trzeciej kompanii drgnęło. Żołnierze chronią się
za głazami. Dowódcy plutonów, młodzi podporucznicy, wykrzykują komendy,
jeden posługuje się gwizdkiem. Hałas, zamieszanie. Ale stare to wojsko,
wyszkolone. Sierżant Lanzarotti dopada do Collochia:
-?Z erkaemem na to zbocze. Szybko!
Luigi wyrywa Giovanniemu erkaem i ustawia go na skale. Na razie nic nie
widzi, ale Vittorio dostrzega przed nimi, nieco niżej i w prawo, błyski.
Luigi naprowadza broń na cel, ciągnie za spust. Erkaem milczy. Po raz
drugi -?to samo. Święta Madonno! Trzęsą mu się ręce. Bezpiecznik!
Zwolnił. Teraz Breda2 odpowiedziała Chauchatowi -?początkowo
jakby niepewnie, po chwili głosem pełnym, szybszym niż ten z przeciwka.
Ostrzelane ogniki zgasły.
-?Dostał! -?krzyknęli aielczycy.
Nie wiedzieli jednak, że wojna to nie polowanie na króliki. Tu,
zabijając, trzeba uważać, by i ciebie nie zabito. Sierżant Tymbazis,
ubezpieczający Gazosa i Siatosa z przeciwległego stoku, dostrzegł
strumień ognia idący z Bredy. Za późno, by uratować osłanianych -?w porę, by trafić w myśliwych. Krótką serią przeciął Giovanniego, trafił
śmiertelnie Luigiego, ranił Vittoria.
Jest 11.45. Zniknęła mgła, widać wyraźnie skaliste masywy groźnego
Pindosu. Podobny do Abruzzów, ale i inny. Może dlatego, iż nie ma
słońca, może dlatego, iż nie widać w dolinach białych miasteczek. Niemal
u stóp, w głębokim wąwozie, rwący Sarandoporos. Pamięta żelazne legiony
Cezara, rycerstwo Roberta Guiscarda oraz tych z 1918 roku -?takich
samych żołnierzy z piórkami. Teraz ich synowie, sto czterdziesta trzecia
kompania, chowają swych pierwszych poległych. Dwa niewielkie wgłębienia
w skalistym gruncie, w które włożono ciała.
Strzelcy stoją skupieni. Po raz pierwszy zetknęli się z wojną. Górale z Abruzzów -?młodzi, ale już o spracowanych rękach i przeoranych wiatrem
twarzach. Kto następny? -?zastanawiają się. Nie wiedzą jeszcze, że z tych 200, którzy tu stoją, rodzinną czerwoną glebę Abruzzów dojrzy tylko
kilku.
1. Potoczna nazwa francuskiego ręcznego karabinu maszynowego CSRG Mle 1915. [wróć]
2. Potoczna nazwa włoskiej broni produkowanej przez firmę Societa Italiana Ernesto Breda, najczęściej Breda Mod. 30. [wróć]
Mam do uregulowania rachunek z Grekami
Dwaj aielczycy nic nie znaczą dla tego, który pchnął wojsko na Grecję.
Nie myśli o nich Benito Mussolini -?szef rządu, wódz partii
faszystowskiej, pierwszy marszałek imperium, przewodniczący Wielkiej
Rady Faszystowskiej, minister spraw wewnętrznych, wojska, marynarki,
lotnictwa i kolonii, desygnowany wódz włoskich sił zbrojnych w polu,
dziekan korpusu dyktatorów...
Mussolini rozprawę z Grecją planował już od dawna. Jednak "układy"
międzynarodowe uniemożliwiały mu realizację tego zamierzenia, a oprócz
tego -?dążąc do przekształcenia całej strefy śródziemnomorskiej w imperium włoskie -?miał wiele innych, z "merytorycznego" punktu widzenia
bardziej priorytetowych problemów do rozwiązania.
Po wejściu do wojny po stronie Niemiec duce zmierzał jedynie do tego, by
możliwie szybko uchwycić jak największą zdobycz. Chodziło mu o to, aby
do rokowań pokojowych -?jak się spodziewał, rychłych -?zasiąść z pełnym
workiem. Marzył o zajęciu Egiptu, ale działania w tej strefie natrafiły
na ogromne trudności logistyczne. Pozostawały więc Bałkany.
Dlatego latem 1940 roku na pogranicze z Jugosławią zostały przegrupowane
główne siły włoskie. Miały one uderzyć na ten kraj wspólnie z nacjonalistami chorwackimi, przygotowującymi wybuch powstania. Bez tego
czynnika -?zdaniem dowódców włoskich -?operacja była trudna, zwłaszcza
iż należało liczyć się z koniecznością przełamywania silnie
ufortyfikowanego przez Jugosłowian pogranicza istryjskiego.
Istniała też inna możliwość. Umocniony rejon można było obejść przez
Austrię, ale do tego konieczne było współdziałanie III Rzeszy, pożądane
Węgrów, a nawet Bułgarów.
Berlin zaś po zwycięstwie nad Francją głowił się dopiero nad tym, co
robić. Szukał sposobów zmuszenia Wielkiej Brytanii do rezygnacji z walki
i w związku z tym był przeciwny wszczynaniu jakiejkolwiek akcji na
Bałkanach, gdyż ta mogłaby doprowadzić do konfliktu zbrojnego w tym
rejonie.
Bałkany -?zdaniem Berlina -?i tak, drogą podporządkowywania
ekonomicznego oraz siania wzajemnych waśni, znajdą się w orbicie "osi".
Konflikt zbrojny natomiast stworzy przesłanki do działania Brytyjczykom
oraz zaalarmuje Związek Radziecki.
Wiedział o tym dobrze minister spraw zagranicznych Galeazzo Ciano,
hrabia Cortellazzo. Syn oficera marynarki, wsławionego brawurą podczas I wojny światowej (za co król nadał mu tytuł hrabiego), jeden z czołowych
działaczy partii faszystowskiej (za co został admirałem), mąż ulubionej
córki Mussoliniego -?przystojnej i egzaltowanej Eddy -?sam prawnik i lotnik, interesujący się dramatem, krytyką i dziennikarstwem, bon
vivant, czuły na pochwały, z równą swobodą traktujący uderzenia w piłkę
golfową jak atak bombowy na wieś etiopską czy najazd na sąsiada.
Znakomity organizator polityki personalnej i obsadzania czołowych
stanowisk przez swoich ludzi, przez wielu uważany za delfina reżimu
faszystowskiego.
Niemców -?podobnie jak teść -?nie lubił, lecz wspólnie z nim
zorganizował "oś". Był przeciwnikiem wejścia Włoch do wojny, ale po jej
wypowiedzeniu bombardował Francję. Żywił sporo sympatii dla Polski, jak
większość arystokracji włoskiej (niezależnie od wieku), szanował
Anglików, inne narody -?zwłaszcza bałkańskie -?uważał za hołotę.
Teraz, znając stanowisko Niemiec wobec Bałkanów, uważał, iż należy
zrezygnować z napaści na Jugosławię, ale o zdobycie Grecji można się
pokusić.
Wiosną 1939 roku przekonał teścia o możliwości wyprawy na Albanię. Dała
ona królowi włoskiemu i cesarzowi Etiopii koronę Skanderbega, a jemu
udział w tamtejszych kopalniach ropy naftowej. Teraz z kolei pragnął
dorzucić Wiktorowi Emanuelowi III koronę Hellenów, a sobie -?lepsze
zabezpieczenie kopalń cynku w Beocji.
Do nich to przecież, niby nie wiedząc, do kogo należą, dobierali się
Niemcy. Pouczeni -?przepraszali, ale nie ulegało wątpliwości, iż byłyby
one pewniejsze pod strażą karabinierów włoskich.
Aparat MSZ, znając wolę szefa, robił wszystko, by dostarczyć mu
odpowiednich materiałów i zorganizować specjalne akcje, tym bardziej iż
sprawował on nadzór nad Albanią za pośrednictwem departamentu do spraw
albańskich kierowanego przez Zenone Beniniego.
Ministra spraw zagranicznych energicznie wspierało trio z Tirany.
Albania -?dziecko Ciano -?była pod jego osobistym nadzorem (złośliwi
mówili: jego wielkim księstwem), a tamtejszy namiestnik Francesco
Jacomoni di San Severino -?jego człowiekiem. Wspólnie z premierem
marionetkowego rządu albańskiego, Shefketem Verlacim, który pragnął
odwrócić uwagę rodaków od faktu utraty niepodległości, organizował on
akcję "wyzwolenia" spod jarzma greckiego północnego Epiru, tzw.
Czamurii, gdzie mieszkała pewna liczba Albańczyków.
Trzecim z Tirany był nowy dowódca wojsk włoskich w Albanii, generał
Sebastiano Visconti Prasca. Poprzedni dowódca, generał Alfredo Guzzoni,
nie sprostał stawianym przez reżim wymaganiom. Gdy w maju 1940 roku
Ciano sugerował mu przygotowanie wojsk do akcji przeciwko Grecji,
odpowiedział, iż może wykonywać rozkazy tylko swoich bezpośrednich
przełożonych. Tego było za wiele. Zięć duce, za pośrednictwem
podsekretarza stanu w Ministerstwie Wojny, generała Ubaldo Soddu -
człowieka, "który czekał na swoją godzinę" -?spowodował odwołanie
Guzzoniego i mianowanie na jego miejsce bardziej odpowiedniego
człowieka. Był nim teoretyk wojny totalnej, były attaché w Paryżu,
generał Visconti Prasca.
Trójca ta, pod opiekuńczymi skrzydłami Ciano, realizowała niezwłocznie
to, co przekazywał w imieniu swojego szefa Benini, wysuwała też własne
pomysły.
Na "froncie przeciwgreckim" działał również gubernator Egei (Dodekanezu)
Cesare Maria de Vecchi de Val Cismon. Adwokat, podczas I wojny światowej
kapitan oddziałów szturmowych (arditi) -?włoskich desperados,
przywykłych do przeprowadzania brawurowych akcji, z których większość
uczestników nie wracała -?"nieustraszony bufon", który nawyki lat wojny
przeniósł na czas pokoju.
Mentalność arditi związała go z Mussolinim -?był jednym z twórców
ruchu faszystowskiego, czołowym reprezentantem skrzydła
konserwatywno-monarchistycznego, jednym z czterech organizatorów marszu
na Rzym. Gdy faszyzm doszedł do władzy i skończyły się czasy napadów na
przeciwników politycznych, mimo iż porósł w stopnie i tytuły, nie
zmienił swej mentalności arditi. Jako zarządca Piemontu zmasakrował
robotników w Turynie, wysłany na gubernatora do Somalii zorganizował tam
wyprawę wojenną, połączoną z krwawymi pacyfikacjami na obszarze, który
już należał do Włoch. Przeniesiony na stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Skarbu, zaczął od zapowiedzi zniesienia rent inwalidom
wojennym, co spowodowało zagrożenie dla reżimu faszystowskiego, który tę
sprawę właśnie wysuwał jako jedną z kluczowych podczas walki o władzę.
W końcu Mussolini skierował go na wyspy Dodekanezu. Było to niby
zesłanie, bo daleko od Rzymu i tylko 140 000 poddanych, ale przecież
mógł sprawować tu władzę absolutną -?tym bardziej iż jako gubernator był
zarazem dowódcą miejscowych sił zbrojnych, a jako zasłużony działacz -
szefem partii na wyspach.
De Vecchi zainstalował się w odrestaurowanym pałacu wielkich mistrzów
joannickich na Rodos, miejscowych Greków trzymał twardą ręką, a chcąc
ich przerobić na Włochów, zamknął greckie szkoły i tępił język. Brak
sukcesów w tej mierze zwalał na Ateny i płynące stamtąd podżegania. On
też pragnął powiększyć swe "wielkie księstwo" kosztem greckich wysp
archipelagu, a gdy Włochy weszły do wojny, uznał, iż wybiła jego
godzina.
Z Rodos do Rzymu poczęły płynąć sążniste meldunki, w których roiło się
od wszelkich insynuacji pod adresem Grecji. Drążyły one umysł
Mussoliniego, podsycały rosnącą z każdym dniem niechęć do Hellady.
Nienawiść nienawiścią, porachunki porachunkami, ale Mussolini trzymał
się raz wyznaczonej hierarchii zadań. Grecję uważał za "kość", która
sama mu wpadnie w ręce, jeśli zdobędzie bardziej kuszący łup, jakim była
Jugosławia.
Czwartego sierpnia, z okazji rocznicy przewrotu w Grecji, dokonanego
przez reżim Metaksasa, sytuacja zaczęła się zaostrzać.
Jedenastego sierpnia Comando Supremo wydało rozkaz o gotowości do akcji
przeciwko Jugosławii. Ostateczny termin ustalono na dwudziestego
września. Marszałek Badoglio jednak, zapewne nie bez uwzględnienia
zdania Ciano, nie był przekonany o możliwości zrealizowania tej akcji i wydał rozkazy raczej dla uspokojenia duce niż w celu rozpoczęcia
rzeczywistej wojny.
Duce bowiem, wściekły na marszałka Grazianiego za odwlekanie ofensywy na
Egipt, na marynarkę za brak sukcesów, na Anglików -?iż jeszcze się biją,
na Niemców -?iż nie ujawniają swoich planów i być może toczą tajne
rozmowy z Brytyjczykami, na Włochów -?za dekadencję, pijaństwo i brak
decyzji -?miotał gromy na prawo i lewo, a każdy sprzeciw wzmagał jego
złość. Dworacy wiedzieli, iż w takich sytuacjach należy potakiwać, a później -?gdy złość minie -?zobaczy się, co dalej.
Ciano natomiast uznał, iż lepiej podsunąć teściowi Grecję.
Schemat działania był stosunkowo prosty. Podsekretarz stanu MSZ do spraw
albańskich, Benini, przekazał stosowną sugestię do Tirany. Tam Jacomoni
i jego albańscy pomocnicy "zorganizowali" odpowiednie artykuły w miejscowej prasie. Przedrukowały je niezwłocznie główne dzienniki
włoskie, a jednocześnie czołowi publicyści włoscy, przyjaciele Ciano,
zamieścili sążniste komentarze w rodzaju:
"Naród włoski wesprze naród albański w jego słusznej walce o wyzwolenie
braci spod jarzma kliki ateńskiej", "Prowokacje kliki ateńskiej,
mordującej patriotów albańskich, godzą w honor narodu albańskiego. Kto
zaś brudną ręką targa się na niego, niech wie, iż honor narodu
albańskiego jest honorem narodu włoskiego".
W ramach tej akcji "męczennikiem" za sprawę wyzwolenia Czamurii spod
panowania greckiego stał się niejaki Daut Hoxha1, którego mieli
zamordować agenci z Aten. Ze stolicy Grecji płynęły wyjaśnienia, iż był
to pospolity bandyta, który zginął z rąk podobnych mu rzezimieszków, ale
Tirana i Rzym podkreślały zgodnie "cnoty" Hoxhy i w ciągu kilku dni
kreowały go na bohatera narodowego.
Nie wchodząc w to, kim był rzeczywiście ten Albańczyk i w jakich
okolicznościach zginął, stwierdzić należy, iż stał się on ważkim
pretekstem w rozgrywce propagandowej przeciwko Grecji.
Zaistniała więc sytuacja typowa dla systemu autokratycznego -?duce
otrzymywał jednoznacznie brzmiące informacje z Tirany, Rodos, Aten i Rzymu, z których wynikało, że Grecja wysługuje się Anglikom, prowokuje
Włochy i osobiście Mussoliniego. Miał też zorganizowaną własną opinię
publiczną, gromko występującą przeciwko tym prowokacjom. Był na tyle
inteligentny, by nie brać tego wszystkiego za dobrą monetę, ale też był
"bogiem" z wszystkimi właściwymi dla nich słabościami, więc ulegał tej
akcji, która szła po linii jego antypatii.
Nic więc dziwnego, iż już dziesiątego sierpnia Grecja stała się
przedmiotem obrad na posiedzeniu rady ministrów. Duce wyraził się
wówczas, iż "zastanowi się nad uderzeniem, bo ma z Grekami rachunek do
uregulowania od 1923 roku i łudzą się, jeśli przypuszczają, że go
przekreślił".
Następnego dnia, po otrzymaniu kolejnego pakietu informacji o nowych
prowokacjach i incydentach, do których mieli posunąć się Grecy, uznał,
iż cierpliwość Włoch i ich wodza została wyczerpana. Postanowił
zaatakować Grecję, ale pod koniec września, po Jugosławii. Niezwłocznie
wydał stosowne rozkazy, między innymi sztabowi marynarki, by zakłócić
żeglugę na Morzu Egejskim, gdyż służy ona wyłącznie interesom
angielskim, oraz polecił wezwać z Tirany Jacomoniego i Visconti Prascę.
1. Daut Hoxha (zm. 1942) był albańskim działaczem komunistycznym i partyzantem w czasie II wojny światowej. Współpracownik Envera Hoxhy (Hodży). [wróć]