2.
Znajdowałam się w jakimś obcym, dużym pokoju. Po dwóch jego stronach stały dziecięce łóżeczka - kilka pod oknem i tyle samo po przeciwległej stronie. Ja leżałam w łóżku umieszczonym na skraju, zaraz przy drzwiach. Był środek nocy i wszystkie dzieci oprócz mnie spały. Panowała ciemność, wył wiatr, drzewa na zewnątrz szumiały, a poświata księżyca złowrogo oświetlała pokój. Drzwi na korytarz, na którym paliło się światło, były otwarte. Jeden chłopiec w głębi, zupełnie odkryty, głośno chrapał. A ja się bałam. Strasznie się bałam. Było mi zimno, a mimo to próbowałam się odkryć, tak jak ten chłopiec, bo myślałam, że w ten sposób uda mi się zasnąć, ale sen nie przychodził. Nagle coś prześlizgnęło się po mojej kołdrze w poprzek łóżka. Zamarłam. Za chwilę "to" wróciło. Usiadłam. To coś zaczęło się do mnie skradać. To był wąż - widziałam go wyraźnie. Jego łuski lśniły w świetle księżyca. "Skąd on się tu wziął? To przecież niemożliwe!" A jednak był i zbliżał się do mnie. Zeskoczyłam na podłogę. Zaczęłam uciekać, biegając wokół łóżeczka, a on za mną. Serce we mnie zamarło. Krzyknęłam, wołając o pomoc. Przybiegła jakaś pani. Nie wiedziałam, kto to jest.
- Tu jest wąż, on mnie gonił! - tłumaczyłam przestraszona.
- Wąż?! Coś ci się śniło. Śpij, dziecko, niczego tu nie ma. - Kobieta była oschła i niesympatyczna. Podniosła kołdrę i gestem nakazała mi się położyć.
- Ale ja go widziałam, na pewno tu jest, schował się pod łóżko - przekonywałam, gramoląc się niezgrabnie na materac.
- Wejdź pod kołdrę, zamknij oczy i śpij!
- Nie mogę spać, boję się - tłumaczyłam zdesperowana, naciągając kołdrę, z nadzieją, że ta pani mi pomoże.
- Nie hałasuj, bo obudzisz inne dzieci! Niczego tu nie ma. Wszystkie dzieci śpią, ty też powinnaś - podsumowała beznamiętnie.
- Zostań ze mną - poprosiłam.
- Nie mogę, jestem zajęta - stwierdziła z kamiennym wyrazem twarzy. - I nie krzycz więcej bez powodu.
- Zostań...
- Śpij wreszcie - poleciła stanowczo i wyszła.
Jej kroki umilkły, zostałam sama. Czekałam, aż wąż znowu się pojawi. I zjawił się. Chyłkiem przemknął w poprzek mojego łóżka. Zacisnęłam mocno powieki. "A jeśli wąż schował się pod łóżkiem?" Wstrzymałam oddech.
- Wężu, nie zrobisz mi nic złego? - szepnęłam trwożliwie.
Nie odpowiedział. Gdy otworzyłam oczy, kilka razy prześlizgnął się jeszcze po mojej kołdrze, ale nie zbliżał się do mnie.
"Może zrozumiał?" - pomyślałam, czując, jak moje mocno bijące serduszko zaczyna się uspokajać.
- Jesteś dobrym wężem, prawda? - upewniłam się jeszcze raz szeptem.
Usłyszałam cichy pomruk. Drzewa zaszumiały, księżyc schował się za chmury. Zrobiło się ciemniej i już niczego nie widziałam. Leżałam przez chwilę w ciszy i ciemności. Nasłuchiwałam, leżąc bez ruchu, aż w końcu zasnęłam.
***
Rano obudził mnie szczebiotliwy hałas. Otworzyłam oczy i zobaczyłam gromadkę dzieci. Byłam wystraszona, bo nie znałam żadnego z nich. Wszystko było obce. "Co ja tutaj robię? Skąd się tu wzięłam? Gdzie moja mamusia? Gdzie tatuś? A te dziwne panie - kim są?" Żadna z nich się nie uśmiechała. Patrzyły gniewnie, usiłując zapanować nad rozbieganą grupą. Ze mną nie było kłopotów - serce łomotało mi z trwogi, więc ledwie mogłam się ruszyć.
- A ty czemu jeszcze w łóżku? - spytała z oburzeniem jedna z pań. - Wstawaj szybko i dołącz do dzieci!
Posłusznie wykonałam wszystkie polecenia, choć drżałam z przerażenia. Panie ustawiły nas w szeregu, aby zaprowadzić do łazienki. Każde dziecko trzymało w rączkach mydełko, pastę do zębów i szczoteczkę. Moje rączki były puste.
- Dziecko, a gdzie masz swoje przybory toaletowe? - usłyszałam jękliwy głos nad sobą.
Milczałam. Nie wiedziałam, gdzie mam. Nie wiedziałam nawet, że powinnam je mieć.
Dzieci zaczęły myć zęby, ja stałam w kącie i tylko się przyglądałam. W pewnym momencie jedna z pań odebrała szczoteczkę ciemnowłosemu chłopcu.
- Teraz twoja kolej. - Podała mi jego szczoteczkę. - Kolega na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu - zapewniła mnie.
Chłopiec faktycznie nie miał nic przeciwko temu, widocznie nigdy nie słyszał o zarazkach. Ja już o nich słyszałam i pamiętałam, że szczoteczek do zębów pod żadnym pozorem się nie pożycza. Byłam więc zbulwersowana, że taka duża, dorosła pani proponuje mi zarażenie się zarazkami jakiegoś chłopca. Stałam jak posąg, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Pani szarpnęła mnie za rękaw piżamki i próbowała siłą przyciągnąć do umywalki. Zacisnęłam usta i się rozpłakałam.
- Beksa-lala, beksa-lala - usłyszałam za sobą.
Dzieci śmiały się ze mnie, a ja jeszcze bardziej płakałam i chciałam zniknąć z tego potwornego miejsca. Niestety, nie mogłam.
Zapłakana i z nieumytymi zębami poszłam za dziećmi do sali, w której stały małe stoliczki. Wokół każdego rozstawiono sześć krzesełek. Pani wskazała mi jedno z nich. Podano śniadanie. Byłam tak przerażona, że zjadłam grzecznie wszystko, nawet biały ser, którego nie znosiłam. Po śniadaniu dzieci na komendę wstały i udały się do kącika zabaw. Stałam z boku i tylko je obserwowałam. Nie miałam odwagi do nich podejść, a tym bardziej bawić się z nimi, choć bardzo tego pragnęłam.
***
Miałam wtedy pewnie jakieś cztery lata i nie wiedziałam, że znalazłam się w żłobku tygodniowym. Dzieci przebywały w nim od poniedziałku do soboty, do domów zabierano je na niedzielę. Zazwyczaj umieszczali je tutaj rodzice, którzy dużo pracowali i nie mieli z kim zostawić potomstwa albo nie mieli warunków mieszkaniowych, by wychowywać dziecko - w tamtych czasach nierzadko trzy pokolenia mieszkały w jednej izbie.
W moim przypadku było trochę inaczej, ale tego na początku nikt mi nie wyjaśnił. Dopiero wiele miesięcy później tata napomknął, że mama nagle zachorowała na gruźlicę i znalazła się w szpitalu. Ale dlaczego on zostawiał mnie w tym strasznym miejscu na cały tydzień? Czy bał się, że sobie nie poradzi, i dlatego umieścił mnie w żłobku tygodniowym, a nie dziennym? Przecież po pracy wracał do domu, więc mógł mnie odbierać choćby kilka razy w tygodniu, gdyby tylko chciał. Dlaczego tak nie robił? Nigdy się nie dowiedziałam. Podobnie jak tego, dlaczego nikt nie pomyślał, by zaopatrzyć mnie w przybory do higieny. Prawdopodobnie ojciec nie myślał o takich drobiazgach jak mydło czy szczoteczka do zębów.
Nie miał też chyba pojęcia, jak bardzo nieszczęśliwa byłam w tym przerażającym miejscu. Pozbawiona wszystkiego, co znane, kochane i bliskie, czułam się opuszczona, zdezorientowana i zagubiona. Miałam wrażenie, że jestem tutaj od bardzo dawna i już się stąd nie wydostanę, a każdy dzień wlókł się niemiłosiernie.
Długo trwało, nim oswoiłam się z dziećmi i zaczęłam uczestniczyć w ich zabawach, bo za każdym razem musiałam pokonywać paraliżujące onieśmielenie. Zazwyczaj stałam w kącie, ssąc kciuk, stale słyszałam więc od pań:
- Wyjmij palec z buzi! Taka duża dziewczynka, nie wstyd ci?!
Było mi wstyd, ale to było silniejsze ode mnie. Uspokajało mnie, wyciszało i pozwalało poradzić sobie z emocjami.
***
Któregoś pięknego słonecznego dnia zaraz po śniadaniu ustawiono nas parami i ogłoszono, że wybieramy się na wycieczkę. Było nas sporo, dlatego panie, aby opanować kroczącą gromadkę, kazały nam trzymać się w parach za ręce i jednocześnie każdy z nas miał chwycić za ubranie dziecko stojące przed nim. W taki sposób stanowiliśmy zwartą grupę i nikt nie mógł się zgubić. Wyglądało to zapewne uroczo, więc przechodzący ludzie uśmiechali się do nas. Dziewczynka idąca przede mną miała ciemnozielony płaszczyk, uszyty z grubego, szorstkiego i nieprzyjemnie gryzącego materiału. Trudno było mi go utrzymać, mimo że kurczowo zaciskałam rączki, i cały czas się bałam, że przeze mnie "pociąg" się rozsypie.
Drzewa, pośród których szliśmy, dawały przyjemny cień. Wydawało mi się, że jesteśmy w lesie, lecz panie mówiły, że to park.
- Nie rozbiegajcie się! - upominały nas raz za razem. - Trzymajcie się razem.
Słońce prześwitywało pomiędzy gałęziami. Było na tyle ciepło, że panie usadziły nas na kocach, w wysokiej trawie wśród krzewów.
Ktoś zaproponował zabawę w głuchy telefon. Nie znałam jej, jednak zasady okazały się całkiem proste. Wybrane dziecko mówiło jakieś zdanie dziecku siedzącemu obok, a ono powtarzało je na ucho następnemu. Usiłowaliśmy powtórzyć wszystko wiernie, ale i tak wychodziły śmieszne przejęzyczenia. Wydawało mi się to nadzwyczaj zabawne. Do tego stopnia, że chciałam wymyślić kolejne hasło. Zgłaszałam się wytrwale, aż wreszcie zostałam wybrana. Pękałam z dumy, myśląc o zdaniu, które za chwilę wszyscy powtórzą.
Na końcu szeregu siedziała dziewczynka o imieniu Karina, która stanowiła dla mnie niedościgniony wzór. Była drobną, śliczną brunetką o wesołym usposobieniu i miała najładniejsze ubrania z nas wszystkich. Dużo mówiła o mamusi i tatusiu, którzy ją bardzo kochają. Karinka nie miała żadnych problemów z nawiązywaniem relacji. Gromadziła wokół siebie mnóstwo oczarowanych nią koleżanek, wychowawczynie też ewidentnie ją faworyzowały. Ja byłam jej przeciwieństwem - zbyt nieśmiała i zamknięta w sobie, by ktoś mnie lubił. Zazdrościłam Karince, że wszyscy ją tak kochają, a jednocześnie pragnęłam się z nią zaprzyjaźnić. Z całych sił zabiegałam, żeby mnie polubiła. Myślałam, że wtedy wszyscy inni też mnie polubią, może nawet pokochają. Próbowałam więc wymyślić takie zdanie, które jej się spodoba i z którego będzie się cieszyła, gdy je głośno wypowie jako ostatnia. To miał być pierwszy krok do naszej przyjaźni. Ponieważ tak bardzo chwaliła się miłością swoich rodziców, a ja sama szalenie za takim uczuciem rodziców tęskniłam, wywnioskowałam, że jest ich oczkiem w głowie. Dlatego wyszeptałam na ucho koleżance siedzącej obok mnie zdanie: "Bubuś tatusia, duduś mamusi". Te określenia, które kiedyś usłyszałam, wydawały mi się niezwykle ciepłe, ujmujące - takie, które sama chciałam usłyszeć, bo oznaczały, iż jestem kochana. Obserwowałam z zapartym tchem, jak kolejne osoby, przykładając rękę do ucha sąsiada, przekazują dalej moją wiadomość. Aż wreszcie dotarła ona do mojej idolki. Zadowolona, czekałam na jej entuzjastyczną reakcję, lecz zobaczyłam, że jej oczy się rozszerzają. Po chwili zaczerwieniła się i dosłownie eksplodowała:
- Kto to powiedział? - zakrzyknęła z wściekłością. - Kto? Ty?! - Wskazała mnie palcem.
Byłam tak zaskoczona, że nie umiałam wydobyć z siebie głosu. Skuliłam się cała.
- Nie rozmawiam z tobą! Jesteś głupia! Sama jesteś "bubuś tatusia, duduś mamusi"! - wycedziła z ironią - Idiotka! - Chwyciła grudkę ziemi i rzuciła nią we mnie. Wstałam, oniemiała.
- Co się tutaj dzieje? - Pani, zaalarmowana krzykiem, obrzuciła nas chłodnym spojrzeniem.
- Ona mnie przezywa! - wyrzuciła płaczliwym głosem Karina, pokazując mnie palcem.
- Dlaczego tak robisz? Nie wolno przezywać koleżanek! - skarciła mnie sucho wychowawczyni.
Zesztywniałam. Wszystkie dzieci zaczęły się ode mnie odsuwać. Znów wszystko poszło nie tak... Byłam tą złą, która "się przezywa", zostałam napiętnowana nie tylko przez dzieci, ale również przez panią. Starałam się zyskać przyjaciółkę, a narobiłam sobie wrogów. A najgorsze było to, że Karinka, do której tak usilnie pragnęłam się zbliżyć, poniżyła mnie i odepchnęła.
Żłobek tygodniowy, w którym już wcześniej trudno mi było wytrzymać, od tego momentu stał się dla mnie miejscem nie do zniesienia.
Nawet niedziele - jedyny jasny promyk w ciemności, na które czekałam jak na ratunek - były smutne. Zbyt krótkie, aby się cieszyć, bo wieczorem zbliżała się chwila powrotu do okropnej placówki. W poniedziałkowy poranek podejmowałam więc desperackie wysiłki, aby zostać w łóżku.
- Tatusiu, jestem chora, boli mnie gardło - przekonywałam. - Dzisiaj nigdzie nie idę.
Ojciec był jednak nieugięty.
- Ubieramy się szybko i wychodzimy - mówił stanowczo i wyciągał mnie z pościeli.
Marudziłam i ociągałam się, dlatego aby mnie zmusić do szybszego wstawania czasem obiecywał:
- Przyjdę po ciebie dzisiaj zaraz po pracy.
Czekałam więc po leżakowaniu, godzinami wpatrując się w drzwi, czy nie stanie w nich tatuś. Niestety, na próżno. Nie przyszedł ani razu. Wkrótce zorientowałam się, że są to wyłącznie czcze deklaracje. Odbierał mnie zawsze dopiero po tygodniu.
W jedną z sobót, gdy tatuś po mnie przyszedł, poszliśmy jak zwykle na przystanek, ale wsiedliśmy do czerwonego autobusu jadącego w kierunku przeciwnym, niż był nasz dom.
- Dokąd jedziemy, tatusiu? - spytałam, rozglądając się po nieznanej okolicy.
- Do szpitala, do mamy.
- Do mamy? - Z radości aż zaparło mi dech w piersiach.
- Ale musisz tam być bardzo grzeczna, bo dzieciom nie wolno wchodzić do sali, rozumiesz?
- Yhm - mruknęłam, kiwając głową.
- Rozumiesz? - Tata ponowił pytanie. - Masz być grzeczna i słuchać mnie we wszystkim. Obiecujesz?
- Tak. - Znów skinęłam głową. W żłobku cały czas musiałam być grzeczna, więc doskonale wiedziałam, co przyrzekam.
Gdy wysiedliśmy z autobusu, tata wskazał ręką budynek i powiedział:
- To tutaj. Pamiętaj, co obiecałaś!
Stary, ogromny gmach, z którego miejscami odpadał tynk, było widać z daleka. Gmaszysko wzbudzało grozę wyglądem, a także przeznaczeniem - mieścił się tam szpital, w którym leczono gruźlicę i inne choroby płuc. Dzieci absolutnie nie miały tam wstępu, więc nie mogłam wejść na salę. Ponieważ jednak moja matka była już podleczona, ojciec postanowił w tajemnicy przed lekarzami (a w sobotę było ich w szpitalu niewielu) zaaranżować moje spotkanie z mamą w mało uczęszczanym przejściu. Obeszliśmy budynek i ciemną klatką schodową udaliśmy się na piętro. Znaleźliśmy się w wysokim pustym holu, którego ściany miały okropny ciemnooliwkowy kolor.
- Usiądź na krześle i zaczekaj chwilę - polecił ojciec i zniknął za wysokimi drzwiami z zamalowanymi na biało szybkami.
Byłam przerażona, bo to miejsce wydawało mi się jeszcze bardziej odpychające niż tygodniowy żłobek. Ze strachu zaciskałam piąstki, aż nagle w drzwiach pokazała się... moja mama, ubrana w seledynowy szlafrok frotte, przewiązany paskiem.
- Mama! - krzyknęłam, zrywając się z krzesła.
Ona wyciągnęła do mnie ręce, lecz zaraz je cofnęła, a ojciec szybko podskoczył do mnie i mocno chwycił mnie za ramię.
- Nie wolno ci podchodzić do mamy! - zawołał ostro.
"Tak długo jej nie widziałam i nawet nie mogę się do niej przytulić?!"
- Ja chcę do mamusi! - Wyrywałam się z płaczem.
Mama również się rozpłakała, ale ojciec trzymał mnie za ramiona i krzyczał:
- Nie możesz! Nie wolno ci się zbliżać!
Czułam się strasznie.
- Chcę do mamusi! - wyłam coraz głośniej.
Ojciec ścisnął mnie jeszcze mocniej i zaczął ciągnąć w dół po schodach. Nie zamierzałam iść, opierałam się. Jedną ręką chwyciłam się metalowej poręczy, a drugą wyciągałam do mamy, która stała na szczycie schodów i ocierała łzy.
- Idź z tatusiem, Martusiu! - wołała. - Idź z tatusiem...
"Dlaczego mama każe mi odejść? Czemu stoi tam bez ruchu? Dlaczego mnie nie przytuli?" Nic z tego nie rozumiałam.
Cały czas szarpałam się z tatą, który wołał, że mam się uspokoić, aż zaczęła mnie boleć ręka, za którą mnie ciągnął. W końcu ojciec wziął mnie pod pachę i wyniósł na dwór.
- Uspokój się wreszcie! - warknął z wściekłością, stawiając mnie mocno na ziemi.
Skapitulowałam i posłusznie poczłapałam z nim na przystanek. Padał deszcz, było szaro, ponuro i pochmurnie. Taki sam posępny nastrój panował w moim sercu. Nie miałam pojęcia, dlaczego mama mnie nie przytuliła, dlaczego stała tam jak słup soli. Tata niczego mi nie wyjaśnił. Nie powiedział, że kontakt z chorymi na gruźlicę jest surowo zabroniony, ponieważ łatwo można się zarazić. Nie wiedziałam tego i byłam pewna, że dzisiaj odtrąciła mnie mama, a jutro zostawi mnie tata. Bałam się, że zostanę zupełnie sama w tym dziwnym, wielkim domu, z oschłymi paniami i dziećmi wytykającymi mnie palcami. Czułam się odrzucona i samotna. Strasznie samotna. Tak bardzo pragnęłam, żeby ktoś mnie przygarnął, pogłaskał, wyszeptał, że mnie kocha, i został ze mną do końca świata.
Dorosły miałby problem, by to wszystko unieść, a co dopiero kilkuletnie dziecko.
***
Dni w żłobku były do siebie bliźniaczo podobne i wlekły się niemiłosiernie, ale powoli przywykłam do rutyny i sztywnego rozkładu zajęć, do posiłków, które zjadałam posłusznie, choć nie zawsze mi smakowały, do dzieci, które mnie nie lubiły, i do pań, które nie zwracały na mnie uwagi. Podczas zabawy udawało mi się czasem zapomnieć o tęsknocie za mamusią i tatusiem. Próbowałam śpiewać, bo to sprawiało, że smutek na chwilę znikał.
By nas zabawić, panie organizowały zajęcia muzyczne, plastyczne oraz ruchowe. Bawiliśmy się w Stary niedźwiedź mocno śpi, Kółko graniaste oraz Mam chusteczkę haftowaną, co ma cztery rogi. Niezmiernie lubiłam, gdy jedna z pań, Dorotka, rozśmieszała nas, przebierając się w nasze sukienki, bluzki i koszule nocne. Oczywiście nie wchodziła w nie, tylko wciągała je na siłę na rękę lub nogę i wyglądała przekomicznie. Dla mnie była to przednia zabawa, wywołująca dużo śmiechu, którego bardzo mi brakowało.
***
Nie wiem, ile czasu przebywałam już w żłobku, prawdopodobnie kilka, a może nawet kilkanaście miesięcy, gdy pewnego dnia podczas zabawy nagle usłyszałam swoje imię i nazwisko:
- Marta Szelągowska. - Jedna z wychowawczyń stała w drzwiach i rozglądała się po sali.
Skuliłam się za małym stolikiem, przy którym się bawiłam. "Znów ktoś na mnie naskarżył? Przecież byłam grzeczna i nie zrobiłam nic złego". Miałam ochotę wejść pod krzesło, by się ukryć.
- Czy jest tu gdzieś Marta Szelągowska? Czy ktoś ją widział? - Wychowawczyni ponowiła pytanie.
- Tu jest! - Kilkoro dzieci wskazało moją kryjówkę.
Czułam się jak wyrzutek i chciałam stać się niewidzialna. Pani jednak zauważyła mnie i podeszła.
- Chodź, dziecko. - Wzięła mnie za rękę, ale ja się ociągałam. - Przyszła twoja mamusia - wyjaśniła.
Nie wierzyłam własnym uszom. "Przyszła mamusia? Hurra!"
- Bądź grzeczna, miła i dużo się uśmiechaj - poinstruowała mnie wychowawczyni.
"Oczywiście, że będę grzeczna i będę się uśmiechać! Nareszcie przyszła moja mamusia! Co za szczęście! Wrócę do domu! Teraz już wszystko będzie dobrze. Hurra!"
Pani zaprowadziła mnie do pokoju obok. Prócz mojej mamy były tam jeszcze dwie wychowawczynie. Wszystkie obserwowały mnie z uwagą i jakoś sztucznie się uśmiechały. Mama też się uśmiechała, ale była dziwnie obca i inna, niż ją zapamiętałam. Stała nieruchomo, nie przytuliła mnie, a jedynie mi się przyglądała. Zawstydziłam się i nie potrafiłam zrobić kroku. Miałam wrażenie, jakbym wrosła w ziemię, a przecież tak czekałam na to spotkanie...
Nagle wszyscy zaczęli coś do mnie mówić.
- Chodź, podejdź bliżej - zachęcała jedna z pań.
- No powiedz coś, przywitaj się z mamusią - mobilizowała druga, popychając mnie lekko.
A ja stałam. Wreszcie po kilku minutach udało mi się przełamać. Poczułam się pewniej i podeszłam do mamy, która chwyciła mnie za rękę. Wyszłyśmy na dziedziniec. W tym momencie lody stopniały. Ach, jak się cieszyłam! Wprost zalała mnie fala szczęścia, zaczęłam skakać i biegać. Nareszcie byłam sobą.
- Goń mnie! - zawołałam wesoło do mamy i pobiegłam przed siebie. - A kuku! - Wychyliłam się zza ogromnego słupa. - Szukaj mnie! - Tłumiona tygodniami energia zaczęła mnie rozpierać.
- Chodź tu, Martusiu, nie uciekaj! - wołała za mną mama.
- A kuku, jestem tutaj, szukaj mnie! - Próbowałam bawić się w chowanego, biegałam i podskakiwałam.
- Przestań natychmiast, słyszysz?! - krzyknęła ostro mama. W sekundę zmienił się wyraz jej twarzy. - Wracaj tu i przestań się chować! Przyszłam cię odwiedzić, a ty ode mnie uciekasz. - Patrzyła na mnie groźnie. - Stań tu, pokaż, czy masz czyste ręce, wyprostuj się! Jesteś niegrzeczna! - zganiła mnie i przyciągnęła do siebie. - Czemu masz taką minę? Nie podoba ci się, że do ciebie przyszłam? - W jej głosie słyszałam wyłącznie pretensję.
Już nie byłam wesoła. Nie chciałam skakać i biegać. Już się nie cieszyłam. Mama, na którą tak czekałam, krzyczała i patrzyła na mnie złowrogo. Mówiła do mnie głosem nieznoszącym sprzeciwu. Napominała mnie, karciła i przywoływała do porządku. I oczekiwała, że będę natychmiast wykonywać jej polecenia. Była obca i zimna. Nazywała mnie Martusią i jedynie to słowo w jej ustach było ciepłe i miłe. Pozostałe brzmiały odpychająco i napawały strachem.
- Za jakiś czas wezmę cię do domu. Muszę jeszcze nabrać trochę sił. Na pewno na to czekasz, prawda? - spytała mama na koniec.
Potwierdziłam skinieniem głowy, ale w sercu czułam ogromny smutek i nie potrafiłam wydusić słowa.
Rozczarowana, z ulgą wróciłam do sali, choć wcześniej nie cierpiałam tego miejsca. Dzieci zaczynały właśnie jeść kolację. Wiedziałam, że wkrótce mam się z nimi pożegnać, opuścić żłobek i wrócić do naszego domu, w którym od długiego czasu spędzałam z tatą tylko niedziele. Ale po spotkaniu z mamą już tego tak bardzo nie pragnęłam.