III
Kiedy dotarłam do swojego mieszkania, przebrałam się w jedyną w miarę przyzwoitą kreację i wróciłam na teren watahy. Przyjęcie było już w pełnym rozkwicie. Dom Torina wypełnili alfowie z wielu innych watah, a także spora grupa samotnych zmiennokształtnych, którzy liczyli na znalezienie tej nocy prawdziwego partnera.
Gdyby tylko wiedzieli.
Mimo mojej niechęci do wszystkiego, co wiązało się z byciem partnerką alfy, Torin przydzielił mi kilka zadań związanych z tym małym przyjęciem. Większość z nich miała polegać na kontaktach w sprawie listy gości, dekoracji czy jedzenia z moimi odpowiedniczkami z innych watah. Oczywiście zignorowałam jego polecenia. Nie wiedziałam, kto przejął moje obowiązki. Pewnie Sisily. Wyczuwałam, że wciąż rżnie się z moim partnerem... Och, przepraszam, zaspokaja jego potrzeby, skoro partnerka go zaniedbuje. Naprawdę nie czułam z tego powodu złości.
Dopóki ktoś zajmował jego uwagę, nie musiałam tego robić ja.
Srebrna sukienka z cekinami wirowała wokół nudnych srebrnych szpilek, gdy szłam po schodach do sali balowej. Pomieszczenie tonęło w delikatnym świetle, przystrojone girlandami lampek na górze i świecami na poziomie podłogi. Wszystko urządzono ze smakiem, w złoto-srebrnej tonacji.
W wieloczęściowych oknach rozsunięto ciężkie złote zasłony, tak by zapewnić wspaniały widok na tereny watahy oraz przestrzeń na zewnątrz, gdzie też mieli się gromadzić goście. To było spotkanie dekady i tej nocy spodziewaliśmy się takiej liczby osób, że nie wszyscy zmieszczą się nawet w naszej ogromnej sali balowej.
- Mero - odezwał się Torin, pojawiwszy się u podnóża schodów w idealnie skrojonym czarnym smokingu. Przeczesał dłonią ciemne włosy i pokiwał głową, gdy jego pełne zachwytu spojrzenie spotkało się z moim. - Wyglądasz absolutnie oszałamiająco.
Zmusiłam się do uśmiechu i zerknęłam na swoją kreację. Sukienka należała do mojej matki. Wisiała w szafie nieużywana, odkąd zabito mi ojca, bo od tego czasu kobieta nie miała już gdzie chodzić na bale czy przyjęcia. Skromnie skrojona, na wąskich ramiączkach i z dłuższym tyłem była niezbyt w moim stylu, ale na tę okazję się nadawała.
- Dziękuję - powiedziałam. Marzyłam, żeby przestał patrzeć na mnie w ten sposób. Mimo więzi, którą między nami czułam, jego gorące spojrzenie sprawiało, że skóra mnie świerzbiła.
- Gotowa? - zapytał i wyciągnął do mnie rękę.
Nie chciałam jej przyjąć, ale słowa Jaxsona odbijały się echem w mojej głowie, a co gorsza, sam beta stał po drugiej stronie sali i obserwował mnie równie uważnie jak Torin. Obaj potrzebowali, żebym tej nocy odegrała swoją rolę, pokazała silny, zjednoczony front. Postanowiłam dać z siebie jakieś trzydzieści procent.
- Dotknij mnie gdziekolwiek poza dłonią - mruknęłam do Torina z ustami rozciągniętymi w fałszywym uśmiechu - a sprawię, że zapragniesz odrzucić mnie ponownie.
Skrzywił się, przełknął ciężko, ale nie protestował, tylko ujął moją dłoń w swoją znacznie większą. Zmusiłam się, by utrzymać uśmiech na twarzy, nawet kiedy przez myśl przemknęła mi wizja zdjęcia buta i przebicia Torinowi klatki piersiowej obcasem.
Bez wątpienia potrzebowałam pomocy w radzeniu sobie z gniewem. Ale winę za to ponosiła wataha. W końcu zbierali to, co zasiali.
Gdy wyszliśmy na parkiet, wiele spojrzeń zwróciło się w naszą stronę, zebrani kiwali nam z szacunkiem głowami. Nie panował tu jeszcze tłok, więc przez salę kroczyliśmy bez przeszkód. Niestety, dało to Torinowi okazję do rozmowy.
- Kiedy zamierzasz przestać być dziewicą? - zapytał bez ogródek i dość niegrzecznie, bo to ani odpowiedni czas, ani właściwe miejsce na rozmowę o seksie.
Ale hej, nie jestem nieśmiała, więc skoro chciał to roztrząsać właśnie teraz, czekała go szczera odpowiedź.
- Nigdy nie oddam swojego ciała zmiennokształtnemu, dopóki nie uznam, że jest tego godny - rzuciłam równie bezpośrednio jak alfa. Otworzył usta, ale nie dopuściłam go do głosu. - I to nie tak, że uważam się za lepszą od innych. Mam jednak dłoń i wibrator, więc jeśli chodzi o orgazmy, sprawa jest załatwiona. A w seksie... potrzebuję więzi i połączenia. Wzajemnego szacunku. I naprawdę nie sądzę, że to zbyt wiele.
Szarpnął głową i rozejrzał się nerwowo w obawie, że inni zmiennokształtni mogli usłyszeć moje słowa. Najwyraźniej chciał jednak zachować tę osobistą sprawę w tajemnicy, tylko że to on poruszył tutaj ten temat.
Zjeb!
- Zawsze musisz ze wszystkim walczyć - powiedział w końcu, upewniwszy się, że nikt nas nie podsłucha. - Nawet gdy byliśmy dziećmi, nigdy nie umiałaś odpuścić. Ciągle szukałaś guza. Wtykałaś nos w nie swoje sprawy, co najwyraźniej jest waszą cechą rodzinną. Twojego ojca wpędziło to w kłopoty i nie chcę, żebyś poszła tą samą drogą. Jesteśmy partnerami. To się nie zmieni. Po prostu muszę czuć z tobą głębszą więź.
Tłumaczenie: mój kutas potrzebuje głębszego kontaktu z tobą. Przewróciłam oczami.
Ważniejsza od jego biednego "zaniedbanego" kutasa była wzmianka o moim ojcu. Lockhart Callahan zniszczył mi życie napaścią na alfę Victora. Za tę zbrodnię został stracony. Ale przynajmniej jego kara skończyła się od razu, w przeciwieństwie do tej wymierzonej mnie i mojej matce.
- Powiedz mi, co sprawiło, że mój ojciec zaatakował Victora - rzuciłam nagle.
Przez lata nigdy nie kwestionowałam wydarzeń z tamtego dnia. Raz, gdy byłam młodsza, zapytałam o to Jaxsona i Torina, a oni zamknięciem w celi więziennej na dwa dni skutecznie zniechęcili mnie do ponownego podejmowania tego tematu. Prawie umarłam tam z odwodnienia, bo wtedy nie umiałam jeszcze przywołać swojej wilczycy.
Moja nienawiść do nich naprawdę nie powinna ich dziwić.
- Musisz przestać grzebać w przeszłości, Mero. - Torin zbladł. - Po prostu musisz. Nawet ja nie wiem, co się stało. I jestem prawie pewien, że jedyni zmiennokształtni, którzy wiedzieli, już nie żyją. Cokolwiek było między Lockhartem a moim ojcem, umarło razem z nimi. Zostawmy to.
- Oczywiście, kochanie. Jak sobie życzysz. - Moje usta wykrzywiły się w najbardziej sztucznym uśmiechu tego wieczoru.
Torin miał szczęście, że byłam zbyt leniwa, by sięgnąć po but. Bo ta przelotna myśl, którą miałam wcześniej, właśnie zmieniała się w pragnienie.
W tym momencie przybyła część gości, więc nasza rozmowa została przerwana, a my skupiliśmy się na witaniu przybyłych. Reszta wieczoru upłynęła na nieustannym poznawaniu się i gadaniu o pierdołach związanych z watahą. To, jak często żałowałam, że nie przemyciłam tu książki, by móc się skryć i poczytać w kącie, dorównywało liczbie sytuacji, gdy musiałam się zachwycać Torinem i udawać, że jest on kolejnym wcieleniem Bestii Cienia, skoro "uratował nas" z mroków kary.
Uroczo, że nikt nie wspomniał o tym, iż to Victor tę karę sprowokował. Najwyraźniej tylko Callahanowie mieli być potępiani za grzechy ojca.
Nastrój mi się poprawił, kiedy odkryto pięć więzi prawdziwych partnerów, w tym jedną na moich oczach - między dwiema kobietami z watah z Kalifornii Południowej i Północnej. Były tak blisko siebie przez cały ten czas i nie wiedziały. Podobało mi się, że więź prawdziwych partnerów nie zna płci ani rasy i naprawdę stawia na to, kto najlepiej pasuje do twojej duszy. Przynajmniej miałam nadzieję, że wciąż tak jest. Torin i ja musieliśmy być wyjątkiem, prawda? Kiedyś całą sobą wierzyłam w magię tych więzi i nie mogłam całkiem tego porzucić, nawet teraz.
W połowie wieczoru wymówiłam się potrzebą skorzystania z łazienki, a kiedy z niej wyszłam, nie kłopotałam się już szukaniem Torina. Zamiast tego postanowiłam wyjść na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza.
Gdy chłodna bryza musnęła mi twarz, zniknęła część napięcia dławiącego mojego ducha. Zamknęłam oczy i cieszyłam się chwilą spokoju. Zmiennokształtnego wyczułam sekundę przed uniesieniem powiek, przez co ledwo uniknęłam zderzenia z nim.
- Przepraszam! - rzuciłam pospiesznie i cofnęłam się o krok przed wysokim mężczyzną, który nie należał do watahy Tormy.
Miał ciemną skórę i takie tęczówki, wyglądał na osobę pochodzenia azjatyckiego. Mógł być alfą lub betą którejkolwiek z watah, a ponieważ nie poświęciłam czasu na poznanie wszystkich przywódców, musiałam wyciągnąć to od niego podczas rozmowy.
- Proszę wybaczyć - odezwał się głębokim, przyjemnym głosem. - Nie mówię po angielsku.
Wgapiłam się w niego.
- Właśnie mówi pan perfekcyjnym angielskim - zauważyłam i aż uniosłam brwi ze zdziwienia. - Uznałabym, że to pański język ojczysty.
Oczy mu się rozszerzyły, a w ich głębi dostrzegłam niepokój, poczułam też, jak zmienia się energia jego wilka. Najwyraźniej powiedziałam coś irytującego.
- W jaką grę pani gra? - warknął w końcu.
Teraz to ja przyjęłam postawę obronną, ale w przeciwieństwie do jego wilka moja ospała wilczyca ledwo się ruszyła.
- Nie gram w żadne gry, proszę pana. Po prostu komentuję. A teraz przepraszam, szukam chwili samotności.
Odwróciłam się i odeszłam, tylko raz zerknęłam za siebie. Zobaczyłam, że patrzy za mną z podejrzliwością wymalowaną na twarzy. Poważnie, to było jedno z najdziwniejszych zdarzeń w moim życiu, ale miałam już zbyt wiele na głowie, by się tym dłużej przejmować.
- Mera!
Okrzyk zatrzymał mnie, zanim dotarłam między drzewa. Zacisnęłam zęby, niezdolna dłużej utrzymać fałszywego uśmiechu. Odwróciłam się i czekałam, aż Jaxson zakłóci mi spokój po raz drugi tego dnia.
- Czy ty właśnie rozmawiałaś z alfą Daiem? - zapytał, gdy do mnie podbiegł.
- Alfa Dai? - Spojrzałam ponad jego ramieniem w miejsce, gdzie stał tamten mężczyzna.
- Tak. - Jaxson skinął głową. - Jest z Tokio, odwiedza Amerykę z kilkoma członkami swojej watahy. Zdziwiło mnie to, bo on nie mówi po angielsku, a wiem, że ty w szkole japoński oblałaś.
- Mówił perfekcyjnie po angielsku. Jeśli to jakiś wasz wspólny żart, to naprawdę kiepski. - Zmrużyłam oczy i próbowałam uporządkować swoje zdezorientowanie.
Jaxson się nie uśmiechnął ani nie zaśmiał. Mogłabym przysiąc, że był równie skołowany jak ja.
- Żadnych żartów, Mero. Facet potrzebuje tłumacza za każdym razem, gdy pojawia się na takich spotkaniach.
Wyciągnął telefon i po kilku kliknięciach pokazał mi akta alfy. Przewijał dane dotyczące wielu watah i poszczególnych ich członków, aż wreszcie zatrzymał się na sekcji międzynarodowej. Rzeczywiście, czarno na białym miał napisane: Alfa Dai, wymaga tłumacza.
- Eee... - Co miałam na to powiedzieć? - Może to nie był on. To znaczy, nie ma innego racjonalnego wyjaśnienia, prawda? Chyba że nauczyłam się japońskiego w ciągu tych dwóch miesięcy, których nie pamiętam, i to w sekrecie przed wszystkimi.
Stwierdziłam to z sarkazmem, ale Jaxson nawet się nie uśmiechnął. Podniósł telefon, wcisnął kilka przycisków i usłyszałam dźwięk wybierania numeru. Po drugiej stronie znajomy głos odpowiedział szorstkim: "Czego?".
- Coś jest nie tak z Merą - rzucił Jaxson do Torina. - Wyjdź na zewnątrz i przyprowadź ze sobą alfę Daia.
Gdy się rozłączył, ledwo powstrzymałam chęć ucieczki, zanim mój partner kretyn się tu pojawi. Ta mała część mnie, ciekawa, czy to wszystko nie jest jakimś nieporozumieniem, powstrzymała mnie przed zwianiem stąd.
Czekaliśmy z Jaxsonem w niezręcznej ciszy. Kilka razy próbował ją przerwać pieprzeniem o niczym, ale ignorowałam go, zapatrzona w dom watahy.
Gdy tylko Torin i alfa Dai wyszli, ruszyłam w ich stronę.
- Wszystko w porządku? - zapytał Torin z troską w głosie. - Chyba zabiję Jaxsona, jeśli nie przestanie serwować mi tych tajemniczych wiadomości o mojej partnerce.
Kiedy objął mnie ramieniem i przyciągnął bliżej, próbowałam zrozumieć, dlaczego jego dotyk jest tak odrażający. Torin dawał mi wszystko, czego kiedykolwiek pragnęłam - prawdziwą watahę i życie rodzinne... a jednak czułam, że to tak bardzo nie w porządku.
Pochyliłam się do przodu, by jego ramię zsunęło się ze mnie, i uśmiechnęłam się do alfy Daia.
- Czy chwilę temu rozmawiał pan ze mną po angielsku?
Alfa przechylił głowę i znów wyglądał na skonsternowanego.
- Mówi pani po japońsku - odezwał się w tym, co brzmiało jak perfekcyjny angielski.
Postanowiłam zmienić taktykę i zwróciłam się do Jaxsona, którego mimo wszystko wciąż tolerowałam bardziej niż Torina.
- Czy mówiłam po japońsku?
- Tak, dla mnie tak to brzmiało - potwierdził Jaxson.
- Widzisz - powiedziałam i się odwróciłam, ale zaraz potrząsnęłam głową i zerknęłam z ukosa na mojego najstarszego przyjaciela. - Przepraszam, co? Mówiłam po japońsku?
Znałam japoński? Naprawdę nauczyłam się go podczas tych dwóch miesięcy, których nie pamiętam? Gdy próbowałam zgłębić tę myśl, znajomy ostry ból w głowie ukłuł mocniej niż zwykle.
- Jak to możliwe? - wymamrotałam zaćmiona bólem. - Miałam jeden semestr w szkole! Mój japoński ogranicza się do Konnichiwa i Ohayou gozaimasu!
Alfa Dai zamrugał.
- Kiedy to powiedziałaś, brzmiałaś jak Amerykanka próbująca kaleczyć mój język, ale wcześniej mówiłaś do mnie perfekcyjną japońszczyzną. Jakby to był twój ojczysty język.
- Nie. - Potrząsnęłam głową. - Nie, przepraszam, ale tego nie ogarniam.
Zanim ktokolwiek zdążył to skomentować, odwróciłam się na pięcie i pobiegłam między drzewa, bo desperacko potrzebowałam stąd uciec.
- Mera! - ryknął za mną Torin, ale nawet się nie odwróciłam.
Jedyną zaletą dzisiejszego wydarzenia było to, że Torin musiał być na nim obecny i rozmawiać ze wszystkimi alfami. Zwłaszcza że był świeży w tej roli, a my bardziej niż kiedykolwiek potrzebowaliśmy umocnić swoją pozycję w hierarchii watah i nawiązać nowe przyjaźnie.
Obowiązki przede wszystkim. Co mnie dawało dokładnie to, czego pragnęłam - czas na ucieczkę.
Ktoś jednak ruszył za mną, słyszałam trzask krzaków i drzew, gdy przedzierałam się przez las.
Mimo to wciąż się nie odwróciłam.
Jeśli mnie chcieli, musieli najpierw złapać.