Podziękowania
Przy tej książce czuję szczególną wdzięczność, ponieważ społeczność
wsparła ją bezpośrednio. Wyjaśnienie dla tych, którzy nie wiedzą -
Odprysk Świtu powstał w wyniku udanej kampanii na Kickstarterze,
mającej na celu wydanie Drogi Królów w skórzanej oprawie. Dlatego na
początku dziękuję Wam wszystkim! Dziękuję za Wasz entuzjazm dla tej
serii, którą zawsze uważałem za zbyt dziwaczną i zbyt ogromną, by
zyskała popularność.
Stworzenie Odprysku Świtu w takim tempie, w jakim to zrobiliśmy,
wymagało mnóstwa czasu i pracy wielu ludzi. Na ich czele stał
niezmordowany Peter Ahlstrom, dyrektor wydawniczy w mojej firmie i główny redaktor tego tomu. Ponadto Karen Ahlstrom, która pilnuje
spójności, włożyła dużo pracy, by pomóc w rozwiązaniu kwestii związanych
ze skomplikowaną osią czasu tej książki. Kristina Kugler była naszą
redaktorką, jak zawsze fantastyczną. Kristy S. Gilbert z Looseleaf
Editorial & Production zajęła się składem i jak zwykle zrobiła kawał
świetnej roboty.
Ilustracjami na okładce i projektem graficznym zajmowali się Ben
McSweeney i Isaa? Stewart, przy czym Issa? Stewart pełnił funkcję
dyrektora artystycznego, a Ben stworzył ilustracje - w tym winietki dla
kolejnych rozdziałów.
Do grupy pisarskiej dla tej książki należeli: Kaylynn ZoBell, Ben
Oldsen, Alan Layton, Ethan Skarstedt, Kathleen Dorsey Sanderson, Eric
James Stone, Darci Stone, Peter Ahlstrom i Karen Ahlstrom.
W pracy nad Odpryskiem Świtu pomagali nam specjaliści od dostępności i porażenia dwukończynowego, którzy udzielili mi mnóstwo informacji
zwrotnych, dzięki czemu powstała książka lepsza nie tylko w tym
aspekcie, ale ogólnie bardziej zajmująca i interesująca. Zaliczali się
do nich Eliza Stauffer, Chana Oshira Block, Whitney Sivill, Sam Lytal i Toby Cole.
W zespole czytelników beta znajdowali się: Alice Arneson, Richard Fife,
Darci Cole, Christina Goodman, Deana Whitney, Ravi Persaud, Paige Vest,
Trae Cooper, Drew McCaffrey, Bao Pham, Lyndsey "Lyn" Luther, Eric Lake,
Brian T. Hill, Nikki Ramsay, Paige Phillips, Leah Zine, Sam Lytal,
Jessica Ashcraft, Ian McNatt, Mark Lindberg, Jessie Bell, David Behrens,
Whitney Sivill, Chana Oshira Block, Nathan Goodrich, Marnie Peterson,
Eliza Stauffer i Toby Cole.
Do czytelników gamma zaliczała się duża grupa czytelników beta, jak
również: Aaron Ford, Frankie Jerome, Shannon Nelson, Linnea Lindstrom,
Sam Baskin, Ross Newberry, Evgeni "Argent" Kirilov, Jennifer Neal, Tim
Ted Herman, Chris McGrath, Glen Vogelaar, Poonam Desai, Todd H. Singer,
Suzanne Musin, Gary Singer, Christopher Cottingham, Joshua Harkey,
Donita Orders, Robert West i Lingting "Botanica" Xu.
Powinienem tu również zauważyć, że wielu z nich zasiadło nad Odpryskiem
Świtu tuż po ukończeniu pracy nad Rytmem Wojny, żeby zdążyć na czas.
Szczerze doceniam ich mądrość, wnikliwe informacje zwrotne i wysiłek.
Prolog
Nic nie mogło równać się z doświadczeniem wiszenia na olinowaniu
dziesiątki stóp nad pokładem, pośród świeżego morskiego powietrza, i patrzenia na niekończącą się płaszczyznę migoczącej niebieskiej wody.
Ogromny ocean był szeroką drogą. Osobistym zaproszeniem do eksploracji.
Ludzie bali się morza, ale Yalb nigdy tego nie rozumiał. Morze było tak
otwarte, tak zapraszające. Wystarczyło traktować je z odrobiną szacunku,
a niosło, dokądkolwiek człowiek zapragnął. A po drodze nawet karmiło i usypiało swoimi pieśniami.
Odetchnął głęboko - smakując sól i patrząc na tańczące obok wiatrospreny
- i wyszczerzył się od ucha do ucha. Tak, nic się nie mogło równać z tymi chwilami. Ale szansa na wygranie kilku kul od nowego... cóż, była
blisko.
Dok trzymał się olinowania mocnym uściskiem człowieka, który nie chciał
spaść - zamiast luźnym kogoś, kto wiedział, że do tego nie dojdzie. Jak
na Alethyjczyka był dość kompetentny. Większość z nich nigdy nie
postawiła stopy na pokładzie statku, chyba że musieli przepłynąć
wyjątkowo duży staw. Ten osobnik jednak nie tylko odróżniał bakburtę od
sterburty, ale też umiał ciągnąć cumę i zrefować żagiel, nie wieszając
się przy tym.
Jednakże trzymał się zbyt mocno. I ściskał reling, kiedy statek się
kołysał. A trzeciego dnia dostał choroby morskiej. Zatem choć Dok był
blisko stania się prawdziwym marynarzem, jeszcze nie dotarł do celu. A ponieważ Yalb ostatnimi czasy starał się mieć na oku nowych marynarzy,
jego zadaniem było pomóc Dokowi poprzez zrobienie mu niezłego dowcipu.
Skoro alethyjska królowa chciała, by jej ludzie poznawali thayleńskie
tradycje żeglarskie, tego również musieli się dowiedzieć. To była nauka.
- Tam! - Yalb wychylił się i wskazał jedną ręką, kołysząc się na
wietrze. - Widzisz to?
- Gdzie? - Dok wspiął się wyżej i wpatrzył w horyzont.
- Tam! - Yalb znów wskazał. - Wielki spren, wyłaniający się z wody w miejscu, w którym odbijają się promienie słońca.
- Nie.
- Jest tam, Doku. Ogromny marynarzospren. Chyba nie jesteś...
- Zaraz! - Dok osłonił oczy. - Widzę go!
- Naprawdę? Jak wygląda?
- Ogromny żółty spren? Wznosi się z wody? Ma wielkie macki, którymi
macha w powietrzu. I... i jaskrawoczerwony pas na grzbiecie.
- Niech mnie wyrzucą za burtę i nazwą rybą. Jeśli go widzisz, to
rzeczywiście jesteś prawdziwym marynarzem! W takim razie wygrywasz
zakład.
Oczywiście dopilnowali, by Dok usłyszał ich szepty, kiedy rozmawiali o tych rzekomych "marynarzosprenach", wiedział więc, jaki opis podać. Yalb
wyjął z kieszeni parę odłamków i podał je Dokowi. Łatwe zwycięstwo na
początku, by skłonić Doka do dalszej gry. Będzie widywał te
"marynarzospreny" wszędzie, aż - kiedy już założy się o dużą stawkę, że
uda mu się złapać jednego z nich - wyjawią, że nie ma czegoś takiego jak
marynarzospren i wszyscy będą się doskonale bawić.
Zdaniem Yalba, jeśli człowiek był dość naiwny, by dać sobie zrobić taki
dowcip, to prędzej czy później utraci wszystkie kule. Dlaczego więc nie
na rzecz towarzyszy? Poza tym zachowają te kule, żeby kupić wszystkim -
w tym Dokowi - trunek na przepustce na lądzie. W końcu człowiek stawał
się prawdziwym marynarzem, kiedy upił swoich towarzyszy. A do tego,
kiedy solidnie się wstawią, może rzeczywiście wszyscy zobaczą gromadkę
jaskrawożółtych sprenów machających mackami.
Dok trzymał się olinowania.
- Czy to prawda, że kiedyś zatonąłeś, Yalbie?
- Statek zatonął. Ja jedynie przypadkiem na nim przebywałem.
- Słyszałem coś innego. - W głosie Doka brzmiał lekki alethyjski akcent.
- Nie opowiadałeś ludziom, że cały burzowy statek nagle spod ciebie
zniknął?
- No tak, zanim mnie wyciągnęli, wypiłem z pół oceanu. W tym czasie nie
byłem już raczej wiarygodnym świadkiem, prawda?
A jeśli znajdzie marynarza, który rozpowiadał tę historię, to zaszyje mu
hamak. Wiedzieli, że Yalb nie lubił opowiadać o nocy, kiedy zatonęła
Radość wiatru. To był dobry statek, z jeszcze lepszą załogą. Z nich
wszystkich przeżyła tylko trójka.
Pozostali dwaj opowiadali tę samą koszmarną historię, którą zapamiętał
Yalb. Skrytobójcy w mroku nocy - coś gorszego niż bunt. A później...
cały statek po prostu zniknął. Przez wiele miesięcy myślał, że stracił
rozum. Ale później cały burzowy świat oszalał, Pustkowcy wrócili,
pojawiła się nowa burza i zaczęła wielka wojna.
Dlatego teraz miał na pokładzie Alethyjczyka. I miał oko na wszystkich
nowych, tak na wszelki wypadek. Dok wyglądał na dobrego człowieka, więc
Yalb zamierzał potraktować go dobrze - traktując źle.
Yalb wychylił się jeszcze bardziej, starając się odzyskać dobry humor.
- Skoro już widziałeś marynarzosprena, możesz... - Zmarszczył czoło. Co
to było? Skaza na niekończącym się pięknie błękitu?
- Co? - spytał z przejęciem Dok. - Co mogę, Yalbie?
- Cicho! - Yalb wspiął się na węgorze gniazdo i machnął do Brekva, który
pełnił służbę. - Trzy rumby na bakburtę!
Brekv odwrócił się gwałtownie i wpatrzył w tamtą stronę, unosząc lunetę.
Następnie zaklął cicho.
- I co? - spytał Yalb.
- Statek. Zaczekaj chwilę. Wznosi się na fali. Tak, to statek, ma
poszarpane żagle. Przechyla się na bakburtę. Jak go w ogóle zauważyłeś?
- Jaką ma banderę?
- Żadną. - Brekv podał mu z góry lunetę.
Zły znak. Dlaczego płynął samotnie, w czasie wojny? Statek Yalba był
szybką jednostką zwiadu, więc w ich przypadku pływanie samotnie miało
sens. Ale statek kupiecki miałby w dzisiejszych czasach eskortę.
Yalb skupił się na statku. Żadnej załogi na pokładzie. Na burze. Oddał
lunetę.
- Chcesz to zgłosić? - spytał Brekv.
Yalb pokiwał głową i zsunął się po linie obok Doka, który patrzył na
niego zaskoczony. Yalb zeskoczył, wylądował w biegu i w trzech susach
dotarł do kapitan, przeskakując połowę stopni.
- O co chodzi? - Kapitan Smta była wysoką kobietą, która zwijała brwi w loki, by pasowały do jej włosów.
- Statek. Żadnej załogi na pokładzie. Trzy rumby na bakburtę.
Kapitan spojrzała w stronę sterniczki, po czym skinęła głową. Wydano
rozkazy marynarzom na takielunku. Skręcili w stronę zauważonej
jednostki.
- Ty będziesz wśród grupy wchodzącej na pokład, Yalbie - poleciła
kapitan. - Na wypadek gdyby potrzebne było twoje wyjątkowe
doświadczenie.
Wyjątkowe doświadczenie. Pogłoski nie były prawdą, ale wszyscy w nie
wierzyli i szeptali, że Yalb przez lata pływał na statku widmo - co
wyjaśniało, dlaczego w końcu zniknął. Nie bez powodu nikt nie chciał
zatrudnić wszystkich trzech ocalałych razem, więc musieli się
rozdzielić.
Nie narzekał na traktowanie. Kapitan wyświadczyła mu przysługę, że go w ogóle przyjęła. Dlatego, jeśli wydawała polecenie, wypełniał je. I choć
był zwykłym marynarzem bez żadnej władzy, nawet pierwszy oficer patrzył
na niego z oczekiwaniem, kiedy w końcu podpłynęli do dziwnego statku.
Żagle rozerwane na strzępy. Przechylony, a na pokładzie nie było nawet
duchów.
Nie zniknął pod ich stopami, kiedy go badali. Po godzinie wrócili z pustymi rękami. Ani śladu dziennika pokładowego i ani śladu załogi,
żywej lub martwej. Jedynie nazwa. Pierwsze marzenia, prywatny statek,
o którym pierwszy oficer coś słyszał. Zniknął przed pięcioma miesiącami
w czasie jakiegoś tajemniczego rejsu.
Czekając, aż kapitan i pozostali przedyskutują, co należy zrobić, Yalb
oparł się o reling i wpatrzył w dryfujący samotnie nieszczęsny statek.
Czy to było przeznaczenie, że właśnie on go odnalazł? Że człowiek,
którego statek zniknął, połączył się teraz ze statkiem, którego załoga
zniknęła? Kapitan będzie chciała postawić dodatkowe żagle i odholować go
do portu. Yalb był tego pewien. Wysiłek wojenny sprawiał, że
potrzebowali każdej jednostki.
Zamierzali umieścić go na nim. Wiedział to. Pewnie sama burzowa królowa
tego zażąda.
Morze było zaiste dziwną panią. Otwartą. Serdeczną. Zapraszającą.
Czasami odrobinę za bardzo.
1
Niektórzy mogliby uznać planowanie nowej wyprawy handlowej za nudne. Dla
Rysn była to emocjonująca pogoń. Owszem, siedziała w komnacie otoczona
stertami papierów, ale i tak czuła się jak łowczyni.
W tych raportach kryło się wiele interesujących drobiazgów. Szczegóły
towarów na sprzedaż, pogłoski o portach, których potrzeby ze względu na
trwającą wojnę były trudne do zaspokojenia. Gdzieś wśród tych
szczególików kryła się doskonała okazja dla jej załogi. Przeglądała je
jak zwiadowczyni skradająca się w poszyciu, cicha i ostrożna, szukająca
najlepszej okazji do ataku.
Poza tym zanurzenie się w coś wymagającego takiego skupienia odwracało
jej uwagę od innych zmartwień. Niestety, w chwili kiedy o tym pomyślała,
nie mogła powstrzymać się od spojrzenia w stronę Chiri-Chiri.
Skowrończyk, pokryty skorupą i obdarzony dużymi błoniastymi skrzydłami,
zwykle całe dnie spędzał, domagając się od Rysn jedzenia lub na inne
sposoby pakując się w tarapaty. Tego dnia jednak, jak często ostatnio,
leżał zwinięty w kłębek i spał na drugim końcu długiego stołu, w pobliżu
doniczki z shinovarską trawą.
Chiri-Chiri mierzyła w przybliżeniu stopę od nosa do podstawy ogona -
który miał kolejne piętnaście cali długości. Była tak duża, że Rysn
musiała ją nosić na obu rękach. Skowrończyk miał imponujący profil ze
spiczastymi żuwaczkami i oczami drapieżnika. Ostatnio jednak jej
brązowo-fioletowa skorupa wyblakła do niemal kredowego odcienia. Była
zbyt biała - nie chodziło o zwyczajną wylinkę. Działo się coś złego.
Rysn przesunęła się po ławie.
W przeszłości wolała malutki gabinet z dala od wszystkich innych. Teraz
sądziła, że robiła to podświadomie, bo chciała się ukryć.
Już nie. Miała teraz duży gabinet, w którym poleciła wprowadzić
rozliczne zmiany w umeblowaniu. Choć wypadek przed dwoma laty pozbawił
ją władzy w nogach, do uszkodzenia doszło na niższym odcinku kręgosłupa
niż u innych ludzi, z którymi korespondowała. Rysn mogła siedzieć bez
pomocy, choć męczyło to jej mięśnie, o ile nie miała oparcia. Mimo
wszystko uznała siadanie za dobre ćwiczenie, które wzmacniało jej
mięśnie.
Zamiast krzesła - albo całego rzędu - wolała długie ławy z wysokimi
oparciami, wzdłuż których mogła się ślizgać. Poleciła, by umieszczono je
przy długich stołach w gabinecie, który miał też liczne okna. Robił
wrażenie otwartego i pełnego swobody - uznała za zadziwiające, że
wcześniej wolała coś znacznie mniejszego i ciemniejszego.
Dotarła do krańca ławy, w pobliże stworzonego z koców gniazda
Chiri-Chiri. Odłożyła pióro i wyjęła diamentową kulę z pobliskiego
kielicha, po czym przesunęła ją w stronę Chiri-Chiri. Klejnot płonął
jasno, zachęcając skowrończyka, by pożywił się jego Burzowym Światłem.
Chiri-Chiri jedynie odrobinę otworzyła srebrne oko i prawie się nie
poruszyła. Wokół Rysn pojawiło się kilka niepokojosprenów, jak
wykrzywiające się czarne krzyże. Na burze. Medycy zajmujący się
zwierzętami nie potrafili jej zbytnio pomóc - domyślali się, że
chorowała, ale mówili, że każdy gatunek ma swoje choroby. A Chiri-Chiri
była jedynym przedstawicielem swojego gatunku, jakiego kiedykolwiek
widzieli.
Próbując nie pozwolić, by przytłoczył ją niepokój, Rysn zostawiła kulę w pobliżu pyska Chiri-Chiri i zmusiła się, by wrócić do łowów. Już wysłała
przez łączotrzcinę prośbę do kogoś, kto jej zdaniem mógł pomóc
Chiri-Chiri. Nic więcej nie mogła zrobić, dopóki on nie odpowie. Dlatego
przesunęła się z powrotem wzdłuż ławy, by wrócić do pracy. Wtedy jednak
uświadomiła sobie, że zostawiła pióro. Zaczęła przesuwać się z powrotem
w jego stronę.
Nikli natychmiast zerwał się ze swojego miejsca przy drzwiach i pobiegł
po pióro. Nim dotarła do celu, nadgorliwy mężczyzna już podawał jej
narzędzie pracy.
Rysn westchnęła. Nikli był jej nowym głównym tragarzem, mężczyzną, który
przenosił ją między miejscami, kiedy potrzebowała pomocy. Pochodził z zachodniego Makabaku i choć dobrze mówił po thayleńsku, miał problemy ze
znalezieniem pracy. Wyróżniał się, bo jego twarz i ramiona pokrywały
białe tatuaże.
Bardzo zależało mu na utrzymaniu pracy, ale choć doceniała inicjatywę...
- Dziękuję, Nikli. - Wzięła pióro. - Ale proszę, zaczekaj z udzielaniem
pomocy, aż cię o nią poproszę.
- Och! - Ukłonił się. - Przepraszam.
- Nic się nie stało. - Gestem poleciła mu wrócić na swoje miejsce przy
drzwiach komnaty.
Jego podejście nie było niezwykłe. Kiedy wyjaśniała, jak mają wyglądać
ławy w jej gabinecie, pierwszą reakcją była dezorientacja. "Ale czemu?"
- spytał brygadzista cieśli.
Ach, być wolną od tego "ale czemu".
Wszyscy inni uważali jej działania za dziwne. Była mistrzem kupcem,
miała własny statek i załogę. Mogła kazać służącym, by przynosili jej
wszystko, czego potrzebowała. I od czasu do czasu rzeczywiście
przydawała jej się pomoc.
Cała kwestia w tym, że nie zawsze potrzebowała pomocy. Sama musiała się
tego nauczyć, nie miała więc pretensji do Niklego. Otrząsnęła się z drobnej irytacji i skupiła znów na zadaniu, próbując ponownie odnaleźć
ekscytację.
Miał to być jej drugi rejs jako właścicielki statku. Pierwszy,
zakończony przed dwoma tygodniami, polegał na najzwyklejszym
dostarczeniu towarów do celu i pozwolił jej się przyzwyczaić do załogi i nawzajem. Poszło... nieźle. Och, zyski były dobre, co załoga doceniła.
Od umów, które negocjowała, zależało ich utrzymanie.
Jednakże w marynarzach i ich kapitan było coś, czego Rysn jeszcze nie
rozgryzła. Jakieś wahanie w kontaktach z nią. Może po prostu
przyzwyczaili się do Vstima, a nie Rysn, a jej sposób bycia różnił się
nieco od jej babska. A może tęsknili za rejsem, który byłby bardziej
zajmujący, bardziej satysfakcjonujący niż taka prosta wycieczka.
Przeglądała możliwości i w końcu skupiła się na trzech różnych
propozycjach. Wszystkie mogły się okazać zyskowne, ale którą wybrać?
Rozważała je przez jakiś czas, po czym wypisała listę wad i zalet każdej
umowy, jak ją nauczył Vstim.
W końcu rozmasowała skronie przy akompaniamencie cichego brzęku
biżuterii na brwiach i postanowiła dać sobie kilka minut. Sięgnęła po
niedawno otrzymane wiadomości przysłane przez łączotrzciny - od kobiet z całego świata, które podobnie jak ona utraciły władzę w nogach.
Rozmowy z nimi były ekscytujące i dodawały jej energii. Miały bardzo
podobne odczucia, co ona, i chętnie dzieliły się z nią swoimi
odkryciami. Azirka Mura zaprojektowała kilka interesujących urządzeń
pomagających w codziennym życiu, które świadczyły o niesamowitej
kreatywności. Haki i pierścienie, które ułatwiały dostęp do przedmiotów
wiszących na kołkach. Wyspecjalizowane obręcze, druty i zaokrąglone
pręty do pomocy w ubieraniu.
Czytając ostatnie listy, nie mogła powstrzymać optymizmu. Niegdyś czuła
się tak odizolowana. Teraz uświadamiała sobie, że wielu ludzi - choć
dziwnie niewidzialnych dla reszty świata - stawiało czoło takim samym
wyzwaniom. Ich historie dodawały jej energii, a wykorzystując ich
sugestie, Rysn poleciła wprowadzić zmiany na statku. Zamocowane na stałe
krzesło i markiza na pokładzie rufowym, w pobliżu steru. Zmiany w jej
kajucie, które ułatwiały poruszanie się i ubieranie.
Kiedy statek stał w porcie, cieśle wypełniali jej polecenia. Jednakże
ciągle patrzyli na nią niepewnie. I zadawali to koszmarne pytanie.
"Ale czemu?".
Czemu nie została u siebie i pozwoliła, by jeden z podwładnych prowadził
osobiste negocjacje? Ostateczny kontrakt mogła wynegocjować przez
łączotrzcinę. Czemu chciała mieć miejsce na pokładzie rufowym, zamiast
płynąć wygodnie w kajucie? Czemu prosiła o skonstruowanie systemu
bloczków, by mogła dostać się na pokład rufowy i go opuścić, skoro mogli
ją tam wnieść tragarze?
Czemu, czemu, czemu? Czemu chcesz żyć, Rysn? Czemu chcesz poprawić swoją
sytuację? Przesunęła wzrokiem po rysunkach, które przysłała jej Mura.
Był to nowy projekt, wymyślony przez żarliwca w Jah Keved, innego
rodzaju krzesła na kółkach. Rysn korzystała z tego popularnego, z małymi
kółkami na tylnych nogach. Wymagał tragarza, który odchylał krzesło do
tyłu - jakby siedziała na odwróconej taczce - i popychał ją tam, dokąd
chciała się udać. Z tego projektu korzystano od stuleci.
To jednak było coś nowego. Krzesło z dużymi kołami, które można było
poruszać samemu za pomocą rąk. Musiała zlecić jego wykonanie. Na statku
raczej zdałoby się na nic - a ulice Thaylen były najpewniej zbyt
nierówne, ze zbyt wieloma schodkami - ale gdyby mogła samodzielnie
poruszać się między komnatami w domu, wiele by się zmieniło.
Napisała odpowiedź dla Mury, po czym znów wróciła do trzech możliwych
rejsów i rozważyła je. Ładunek oleju rybnego, dywanów lub beczek z wodą.
Wszystkie były po prostu przyziemne. Jej statek, Wędrowny żagiel,
wybudowano do wyższych celów. Oczywiście w trakcie wojny nawet proste
rejsy były niebezpieczne. Ale jeden z najlepszych w tej dziedzinie
wyszkolił ją, by szukała okazji, z których nikt inny by nie skorzystał.
"Szukaj potrzeby", powtarzał jej Vstim. "Nie bądź pąklą, po prostu
wysysającą pieniądze, gdzie się da, Rysn. Odnajdź niezaspokojoną
potrzebę...".
Postanowiła zacząć od nowa, ale przerwało jej ciche pukanie do
zewnętrznych drzwi. Zaskoczona podniosła wzrok - nie spodziewała się
gości. Nikli spojrzał w jej stronę, a kiedy skinęła z aprobatą, wyszedł
do przedsionka, by otworzyć.
Chwilę później w jej gabinecie pojawił się uśmiechnięty mężczyzna. Rysn
z zaskoczeniem upuściła papiery.
Reshi miał brązową skórę i nosił włosy zaplecione w dwa długie warkocze
opadające na ramiona. Jego tradycyjnej wiązanej spódnicy towarzyszyła
luźna koszula z frędzlami odsłaniająca pierś. Po dwóch latach
korespondencji wiedziała, że kiedy Talik podróżował, zwykle wybierał
jeden ze starannie uszytych thayleńskich strojów. Tradycyjne szaty
wkładał celowo, kiedy chciał przypomnieć ludziom, skąd pochodzi.
Na jego widok zaparło jej dech w piersiach. Mieszkał tysiące mil od
niej. Jak się tu znalazł? Próbowała zebrać myśli.
- Ach, czyli teraz, kiedy jesteś potężną właścicielką statku, nie masz
mi już nic do powiedzenia? W takim razie pewnie powinienem się
zbierać... - Jednocześnie uśmiechał się coraz szerzej.
- Wejdź i usiądź. - Przesunęła się wzdłuż długiego stołu do drugiego
końca, gdzie leżało mniej papierów. Gestem zaprosiła go, żeby zajął
miejsce na krześle po drugiej stronie. - Jakim cudem dotarłeś tutaj tak
szybko? Napisałam do ciebie przed trzema dniami!
- Byliśmy w Azimirze - wyjaśnił i usiadł. - Król chce się spotkać z Dalinarem Kholinem i osobiście poznać tych Świetlistych Rycerzy.
- Król opuścił Relu-na? - Rysn opadła szczęka.
- Dziwne to czasy. Skoro koszmary wędrują po świecie, a vorinowie
jednoczą się pod jednym sztandarem, i to alethyjskim, naszedł czas.
- Oni... Nie zjednoczyliśmy się pod alethyjskim sztandarem. Jesteśmy
zjednoczoną koalicją. Pozwól, że naleję ci herbaty.
Złapała kij do chwytania, zaczepiła go o uszko czajnika i pociągnęła po
stole w ich stronę. Talik - który był bardzo surowy, kiedy spotkali się
po raz pierwszy - poderwał się na równe nogi, by jej pomóc. Wziął
czajnik i nalał płyn do dwóch kubków.
Była wdzięczna. A jednocześnie sfrustrowana. Utrata zdolności chodzenia
była irytująca - wydawało się, że tę emocję ludzie rozumieją. Niewielu
pojmowało jednak poczucie zażenowania, które ją wypełniało - choć
wiedziała, że nie powinno - na myśl, że jest ciężarem. Choć doceniała
troskę, z jaką odnosili się do niej ludzie, to bardzo się starała, by
robić jak najwięcej samodzielnie. Kiedy ludzie przypadkiem w tym
przeszkadzali, Rysn trudniej było ignorować tę część jej, która szeptała
kłamstwa. Która mówiła, że ponieważ utraciła sprawność w kilku
aspektach, stała się całkowicie bezwartościowa.
Ostatnio radziła sobie z tym coraz lepiej. Nie otaczały jej przez cały
czas wstydospreny. Ale wciąż chciała znaleźć sposób, by wyjaśnić, że nie
jest dzieckiem, które wymagało hołubienia.
- Bogowie dalecy i bliscy. - Talik podał jej kubek i znów usiadł. -
Trudno uwierzyć w to, jak szybko mija czas. Minęło... dwa lata od dnia,
kiedy nas odwiedziłaś? Od twojego wypadku? Wydaje się, że zaledwie kilka
miesięcy.
- A mnie się wydaje, że cała wieczność.
Rysn upiła łyk herbaty i wyciągnęła rękę w stronę Chiri-Chiri. W takiej
sytuacji skowrończyk zwykle zbliżał się i wąchał. Dziś jedynie się
poruszył i zaćwierkał cicho.
- Powspominać możemy później - stwierdził Talik. - Czy mogę ją obejrzeć?
Rysn pokiwała głową, odstawiła herbatę, przesunęła się i wzięła
skowrończyka na ręce. Chiri-Chiri kilka razy zamachała skrzydłami, ale
zaraz się uspokoiła. Rysn uniosła ją, by Talik mógł się jej przyjrzeć -
mężczyzna przesunął swoje krzesło w taki sposób, że siedział obok niej.
- Pokazałam ją wielu medykom od zwierząt, ale byli bezradni. Wszyscy
sądzili, że skowrończyki wymarły, jeśli w ogóle o nich słyszeli.
Talik wyciągnął rękę i ostrożnie dotknął czubka głowy Chiri-Chiri.
- Taka duża... - szepnął. - Nie miałem pojęcia.
- Co masz na myśli? - spytała Rysn.
- Kiedy upadła Aimia, Na-Alind... jedna z rodzin wielkoskorupowych bogów
Reshich... przyjęła ostatnie skowrończyki. Wielkoskorupy nie myślą i nie
mówią tak jak ludzie, a ich zwyczaje są dziwne. Jednak... na ile umiemy
to ocenić, złożyły obietnicę. Że ochronią je, swoich krewniaków.
Widziałem tylko dwa inne skowrończyki. Oba żyły od dziesięcioleci, ale
były małe, wielkości dłoni.
- Chiri-Chiri lubi jeść. Dużo. A w każdym razie lubiła...
- W starożytności skowrończyki dorastały do większych rozmiarów. W dzisiejszych czasach mają pozostać małe. Ukryte. By ludzie nie zaczęli
znów na nie polować.
- Ale co mam zrobić? Jak mam jej pomóc?
- Kiedy przed trzema dniami dostałem twój list, napisałem do tych na
wyspie. Małżonek króla zwrócił się do Relu-na. Odpowiedź jest prosta,
Rysn, ale niełatwa. Zdecydowanie.
- To znaczy?
Talik spojrzał jej w oczy.
- Wyspa powiedziała, żeby zabrać ją do domu.
- Na wyspy Reshi? Pewnie mogę udać się w odwiedziny. Jak ominęliście
tereny okupowane? Długą drogą od wschodu? My... - Na widok ponurej miny
mężczyzny Rysn przerwała. - Och. Mówiąc "dom", miałeś na myśli Aimię.
Cóż, to nie jest niemożliwe. Królewska marynarka ma kilka przyczółków na
głównej wyspie.
- Nie chodzi o główną wyspę Aimii, Rysn. Musisz zabrać ją do Akinah.
Utraconego miasta. - Pokręcił głową. - To niemożliwa podróż. Od wielu
pokoleń nikt nie postawił stopy na wyspie.
Rysn zmarszczyła czoło, pogłaskała Chiri-Chiri i zastanowiła się.
Akinah. Czy ostatnio nie natrafiła gdzieś na tę nazwę? Przywołała gestem
Talika, odstawiła Chiri-Chiri i wróciła do papierów.
Po kilku minutach odnalazła to, czego szukała.
- Popatrz.
Trzymała papier w taki sposób, by mężczyzna mógł nachylić się obok niej
i czytać. Nie przestrzegał vorińskich zakazów w tej kwestii. Cóż, Rysn
też nie, choć ostatnimi czasy bez słowa sprzeciwu nosiła rękawiczkę.
Przed dwoma miesiącami thayleńska marynarka odnalazła statek widmo.
Urzędnicy powiązali go z wyprawą do na wpół mitycznego miasta Akinah.
Królowa Urithiru, Navani Kholin, szukała statku, który udałby się do
Aimii i zbadał pewien rejon. Dziwny sztorm w miejscu, gdzie podobno
znajdowały się ruiny Akinah.
Królowa Navani obiecywała nagrodę dla chętnych, ale na razie nikt nie
przyjął propozycji. Rysn spojrzała na Talika, który pokiwał głową.
Najwyraźniej Rysn musiała odwiedzić Urithiru.
2
W Urithiru czekali na Rysn pan-sługa jako przewodnik i czterech tragarzy
- wysłannicy królowej Navani, którzy mieli pokazać Rysn, że jest
oczekiwana, a jej wizyta mile widziana. Tragarze nieśli jednoosobowy
palankin, który postawili na ziemi. Przyjrzeli się jej krzesłu z kółkami.
- Jasność Rysn woli używać własnego krzesła jako środka transportu -
odezwał się zza krzesła Nikli.
Choć była to prawda, Nikli - mimo wszelkich wysiłków - znów popełnił
błąd.
- Jestem zaszczycona takim powitaniem. Nikli, oni znają Urithiru
znacznie lepiej niż my. Najlepiej będzie, jeśli pozwolimy, żeby mnie
zanieśli. Doceniłabym jednak, gdybyś wziął ze sobą krzesło, na wypadek
gdybym potrzebowała go później.
- Oczywiście, jasności. - W głosie mężczyzny zabrzmiała nuta
zawstydzenia.
Konieczność zwrócenia mu uwagi sprawiła Rysn przykrość, ale ci mężczyźni
uważali służenie jej za swój obowiązek. A ona nauczyła się, że
przyjmowanie gościnności było ważnym elementem negocjacji handlowych.
Poleciła Niklemu, by przeniósł ją do palankinu. Kiedy znalazła się w środku, zdusiła poczucie niepewności i braku wartości, które wciąż
pojawiało się za każdym razem, kiedy przenoszono ją jak worek lawisowego
ziarna.
Nie użalaj się nad sobą, pomyślała z naciskiem. Zużyłaś cały swój
przydział przed wieloma miesiącami.
Kiedy usiadła, Nikli otworzył koszyk Chiri-Chiri, by Rysn mogła podnieść
skowrończyka i umieścić go w środku. Mimo zdarzających się czasem
pomyłek Nikli dobrze sobie radził z przewidywaniem jej potrzeb. W swoim
czasie z pewnością się dotrą.
- Dziękuję, Nikli.
- Będziemy za wami, jasności, gdybyście czegoś potrzebowali.
Alethyjscy tragarze znieśli ją rampą Bramy Przysięgi. Odsunęła zasłony
palankinu, by rozejrzeć się po okolicy. Przed Urithiru - potężnym
miastem-wieżą, siedzibą Świetlistych Rycerzy - wznosiło się dziesięć
podwyższeń, a każde z nich łączyło się przez Bramę Przysięgi z innym
miastem świata. Ale prawdziwym cudem była sama wieża - wbudowana w góry,
z dziesięcioma poziomami wznoszącymi się w stronę słońca. Powiadano, że
miała prawie dwieście kondygnacji. Jak to możliwe, że niższe poziomy nie
zapadły się pod jej ciężarem?
Co ciekawe, nie wszystkie cuda tego miasta były starożytne. Rysn
rozglądała się za tajemniczym alethyjskim projektem, o którym kiedyś
opowiedział jej Vstim. Kiedy znalazła się na płaskowyżu, do którego
prowadziło dziesięć ramp Bram Przysięgi, dostrzegła go. Płaskowyż po obu
stronach kończył się stromymi urwiskami, gdzie inżynierowie budowali
dwie duże drewniane platformy.
Oficjalnie miała to być ogromna winda. Wykorzystująca złączone fabriale
w nowy sposób, wymyślony przez Navani Kholin - kiedy jedna strona
opadała, druga się podnosiła. Do Rysn - dzięki kontaktom z babskiem,
który był obecnie thayleńskim ministrem handlu - dotarły wyjątkowo
interesujące pogłoski na temat ukrytego celu tych platform.
Jeśli to, co słyszała, było prawdą... Jeśli te fabriale rzeczywiście
mogły zrobić to, co mówiła o nich królowa Navani...
Chiri-Chiri poruszyła się w jej ramionach i wystawiła przez okno smukły
łebek skorupiaka. Wydała z siebie pytające szczęknięcie.
- Uważasz to za interesujące? - spytała z nadzieją Rysn.
Chiri-Chiri zaćwierkała.
- W tej wieży jest dużo fabriali - zauważyła Rysn. - Jeśli zaczniesz je
zjadać jak ostatnio, znów będę musiała cię zamknąć. Czuj się ostrzeżona.
Nie była pewna, ile Chiri-Chiri rozumiała. Istota z całą pewnością
reagowała na ton głosu Rysn i czasami odpowiednio nań reagowała -
zależnie od tego, czy miała ochotę na psoty. Tego dnia jedynie znów
ułożyła się wygodniej i usnęła. Była taka apatyczna. Rysn poczuła, że
pęka jej serce.
By się na tym nie skupiać, odłożyła Chiri-Chiri na poduszkę i zaczęła
robić notatki na temat tego, co widziała w Urithiru. Większość
przypominała jej ostatnie odwiedziny - przedstawiciele wielu różnych
narodowości w zatłoczonych korytarzach. Jej pan-sługa po drodze
odpowiadał na pytania i opisywał architekturę, aż w końcu dotarli do
atrium z ogromnym szklanym oknem ukazującym lodowate pustkowie. Rysn nie
mogła przestać myśleć o implikacjach tego miejsca. Nie każdego dnia
powstawało nowe królestwo, nie wspominając już o mitycznym mieście
Świetlistych Rycerzy.
Palankin był dość mały, by nie utknąć w korytarzach, więc zmieścił się
wraz z tragarzami w jednej z cudownych fabrialowych wind w atrium.
Jechała w górę, pokonując dziesiątki kondygnacji. Kiedy dotarli na
szczyt, tragarze zanieśli Rysn do niedużej komnaty, w której odbywały
się spotkania Navani Kholin - niedawno ukoronowanej królowej Urithiru.
Robiła imponujące wrażenie z tym swoim alethyjskim wzrostem, a siwiejące
czarne włosy upięła w skomplikowane warkocze na czubku głowy i ozdobiła
świecącymi szafirami.
Większość rówieśników Rysn rozpoczynała rozmowę pytaniem "Co mogę na tym
zyskać?", jednak Rysn już na początku szkolenia pozbyła się tej maniery.
Dzięki swojemu babskowi inaczej patrzyła na świat i nauczyła się zadawać
pytanie "Jaką potrzebę mogę zaspokoić?".
Taki był prawdziwy cel kupca. Odnaleźć uzupełniające się potrzeby, a później połączyć je ze sobą w taki sposób, by wszyscy na tym
skorzystali. Skuteczny kupiec skupiał się nie na tym, co mógł uzyskać od
ludzi, ale co mógł zrobić dla nich.
A wszyscy mieli potrzeby. Nawet królowe.
Tragarze opuścili ją na ziemię. Rysn zostawiła Chiri-Chiri w palankinie,
a sama zaczekała, aż Nikli przeniesie ją na krzesło przed biurkiem
Navani. W takich sytuacjach wybierała siedziska, które dla niej
przygotowano, choć jej krzesło na kółkach czekało na tyłach komnaty.
Tragarze i przewodnik wyszli, choć Nikli pozostał tuż przy drzwiach, by
czekać na jej polecenia. Przy pobliskim pulpicie stała młoda kobieta,
gotowa do robienia notatek ze spotkania, a drzwi pilnowało dwóch
strażników. Poza tym Rysn była właściwie sama pod spojrzeniem tej
niewiarygodnie majestatycznej kobiety.
Na szczęście Rysn niemal całkowicie pozbyła się już braku pewności
siebie. Inaczej uznałaby to za bardzo przerażające, a nie tylko
odrobinę. Navani wpatrywała się w nią, jakby była diagramem okrętu, i wydawało się, że tym przenikliwym spojrzeniem odczytuje jej duszę.
- Tak... - odezwała się królowa po thayleńsku. - Przypomnisz mi, kim
jesteś?
- Jasności? Yyy, jestem Rysn Ftori. Bah-Vstim? Przybyłam w odpowiedzi na
waszą prośbę?
- Ach, oczywiście. Statek widmo.
Navani wyciągnęła rękę, a wtedy asystentka podeszła pośpiesznie i podała
jej stosowne notatki. Królowa wstała i spacerowała po komnacie, czytając
notatki, a Rysn czekała.
W końcu królowa zatrzymała się, skupiła spojrzenie na krześle na tyłach,
przyciągnęła swoje krzesło bliżej i usiadła przed Rysn. Był to drobny,
ale cenny gest. Rysn nie przeszkadzało, jeśli ludzie stali w jej
obecności, ale fakt, że Navani usiadła w taki sposób, by ich twarze
znajdowały się na tym samym poziomie, świadczył o niejakiej życzliwości.
- Królowa Fen mówi, że osobiście przyjrzałaś się statkowi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki