Odnaleziona - Magda Stachula

Kup ebooka

33.90 zł
28.12 zł (28,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Pro­log

Kopen­haga

Droga z Ting­bjerg w kie­runku cen­trum

Rower leżał na pobo­czu, tylne koło było wygięte do góry, łań­cuch przy­sy­pany żwi­rem, a wikli­nowy koszyk zwi­sał z wykrzy­wio­nej kie­row­nicy. Kie­rowca volvo zwol­nił, choć i tak jechał powoli, nie wię­cej niż trzy­dzie­ści na godzinę, bo wła­śnie wycho­dził z ostrego zakrętu. Kolor ramy roweru przy­cią­gnął jego uwagę, soczy­sta mięta. Znał się na bar­wach jak mało który męż­czy­zna, był pro­jek­tan­tem w jed­nym z naj­więk­szych kopen­ha­skich domów mody. Sty­lowa zie­leń ramy kon­tra­sto­wała z jaskrawą żół­cią w tle.

Jego serce na moment zamarło, włą­czył świa­tła awa­ryjne i zatrzy­mał samo­chód, w nie­bez­piecz­nym miej­scu, tuż za zakrę­tem. Wysko­czył z auta, drobne kro­ple desz­czu migo­tały w bla­sku włą­czo­nych reflek­to­rów, kiedy prze­bie­gał przed maską. Zatrzy­mał się przy rowe­rze i zastygł bez ruchu. Spod żół­tej pele­ryny wysta­wały nogi kobiety. Nie mylił się, pierw­sze wra­że­nie oka­zało się tym wła­ści­wym. Ktoś jest ranny i potrze­buje natych­mia­sto­wej pomocy. Nachy­lił się nad ofiarą wypadku, chwy­cił za ocie­ka­jącą desz­czem pele­rynę, prze­wró­cił kobietę na plecy.

Młoda i mar­twa twarz. Przy­szło mu na myśl, że kobieta musiała podo­bać się face­tom, cho­ciaż teraz nie­wiele zostało z jej atrak­cyj­no­ści.

Pęk­nięta czaszka, zasy­cha­jąca krew na skó­rze skroni i wło­sach - w jed­nej sekun­dzie zro­zu­miał, że jest już za późno. Nie­kon­tro­lo­wany cichy jęk wydo­był się z jego ust, wie­dział, że ten obraz pozo­sta­nie z nim na długo.

Zaczął kle­pać się po klatce pier­sio­wej w poszu­ki­wa­niu tele­fonu komór­ko­wego, po chwili wyjął smart­fon z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza. Już miał wybrać numer alar­mowy, gdy nagły impuls zablo­ko­wał ruch jego palca po wyświe­tla­czu.

A jeśli mu nie uwie­rzą? Jeśli poli­cja uzna, że to on potrą­cił kobietę? Nie powi­nien się w to mie­szać. Jej nikt już nie pomoże, a jemu może tylko zaszko­dzić. Jest znaną i wpły­wową osobą, nie potrze­buje pro­ble­mów, wizyt na poli­cji, zeznań w sądzie. Jeżeli teraz odje­dzie, nikt się nie dowie, że tu był, a za dwa­dzie­ścia minut zaszyje się w swoim przy­tul­nym apar­ta­men­cie w cen­trum Kopen­hagi. Mógł słu­chać muzyki, być sku­pio­nym na dro­dze, nie patrzeć na boki, poza tym się ściem­nia, dosłow­nie za kilka chwil zapad­nie zmrok, widocz­ność jest utrud­niona. Nie jest spo­strze­gaw­czą osobą, siąpi deszcz, po pro­stu nie zauwa­żył roweru ani ciała kobiety na pobo­czu. Jutro rano ma lot do Nowego Jorku, fashion week, na który cze­kał od wielu tygo­dni. Kto wie, czy zezna­nia w spra­wie wypadku nie zatrzy­mają go w kraju, a na to nie może sobie pozwo­lić. To nie jego sprawa, ktoś, kto potrą­cił kobietę, uciekł z miej­sca wypadku, za to grozi wię­zie­nie, ale on nie ma z tym nic wspól­nego.

Pośpiesz­nym kro­kiem wró­cił do samo­chodu, wyłą­czył świa­tła awa­ryjne i ruszył przed sie­bie. Naj­pierw powoli, a potem coraz szyb­ciej. Co chwilę zer­kał we wsteczne lusterko, jakby się bał, że nagle ktoś pojawi się za nim. Na szczę­ście nikt nie jechał, być może kolejny kie­rowca, tak jak on kilka minut wcze­śniej, z cie­ka­wo­ści zatrzy­mał się przy kobie­cie, a poza tym to mało uczęsz­czana droga.

To spo­strze­że­nie spra­wiło, że nie­po­kój znów dorwał mu się do gar­dła. To nie mógł być wypa­dek. Wycho­dząc z ostrego zakrętu, nie jedzie się szybko, mało praw­do­po­dobne, żeby śmier­tel­nie potrą­cić rowe­rzy­stę, co naj­wy­żej lekko zra­nić. Oczy­wi­ście bywają wyjątki, ale jakiś wewnętrzny głos pod­po­wia­dał mu, że ktoś celowo to zro­bił. Wje­chał w kobietę, bo chciał ją zabić. Być może jego pod­świa­do­mość zare­je­stro­wała drobny szcze­gół, ulotne wra­że­nie, które jasno wska­zy­wało na mor­der­stwo, a nie nie­szczę­śliwy wypa­dek? Teraz nie potra­fił sobie przy­po­mnieć, nazwać po imie­niu, ale czuł, że w tam­tym miej­scu zda­rzyło się coś złego.

Naci­snął pedał gazu, nie chciał już wra­cać myślami do mar­twej kobiety, tylko jak naj­szyb­ciej zna­leźć się w domu. Wziąć cie­płą kąpiel i zapaść się w miękki fotel z kie­lisz­kiem bour­bona w dłoni. Jutro o tej porze będzie wysoko, w prze­stwo­rzach nad Oce­anem Atlan­tyc­kim, z dala od Kopen­hagi i przy­ziem­nych spraw.

Z prze­ciw­nej strony nad­jeż­dżała biała fur­go­netka. Poczuł, że się poci. Był dobrych kilka kilo­me­trów od miej­sca zda­rze­nia, po dro­dze minął parę zjaz­dów. Kie­rowca busa jechał szybko, wąt­pliwe, żeby zwró­cił na niego uwagę. Poza tym wcale nie musi kie­ro­wać się w tamtą stronę i natra­fić za kilka minut na mar­twą dziew­czynę na pobo­czu. I, do cho­lery, prze­cież jest nie­winny, dla­czego mar­twi się, że ktoś go widział, oskarży o mor­der­stwo lub nie­udzie­le­nie pomocy?

Skrę­cił w kie­runku swo­jego osie­dla, starł pot z czoła, wyłą­czył ogrze­wa­nie, się­gnął po pilota i otwo­rzył bramę do pod­ziem­nego garażu. A jeśli ta kobieta jesz­cze żyła, a jego tele­fon mógł jej pomóc? To nie­moż­liwe, prze­cież widział jej twarz, była mar­twa. Po co wybrał tamtą drogę, teraz ma tylko przez to wyrzuty sumie­nia. Wie­dział, że nie zagłu­szy ich lampka naj­lep­szego trunku. Zapar­ko­wał samo­chód, wyłą­czył sil­nik i wysia­da­jąc z auta, zauwa­żył, że do butów ma poprzy­kle­jane liście. Wdep­nął w nie tam, w miej­scu mor­der­stwa. Zro­biło mu się nie­do­brze. Może liście trzy­mają się na lep­kiej i gęstej krwi tam­tej kobiety?

Odru­chowo zaczął wycie­rać buty o kratkę kana­li­za­cyjną, by pozbyć się brudu. A jeśli zosta­wił ślady pode­szew swo­ich butów na innych liściach, odci­ski pal­ców na pele­ry­nie denatki? Musi się uspo­koić, nie ma nic wspól­nego z tam­tym zda­rze­niem, nie jest winny jej śmierci. Pada­jący deszcz zmyje ślady jego obec­no­ści, może być spo­kojny. Cho­ciaż rusza­jąc w stronę windy, wie­dział, że ten wie­czór nie będzie nale­żał do łatwych. I wszystko przez nie­zna­jomą dziew­czynę, kobietę, która dzi­siaj nie wróci do domu, któ­rej ktoś nie­ba­wem zacznie szu­kać, a może nawet już szuka. Jesz­cze dziś wie­czo­rem, naj­póź­niej jutro, zosta­nie odna­le­ziona, a świat jej bli­skich legnie w gru­zach.

Kim była? Dla­czego ktoś ją zabił? I kim jest mor­derca? Pyta­nia bez odpo­wie­dzi były czymś, czego nie zno­sił, za to one uwiel­biały jego. Wie­dział, że nie zazna spo­koju, dopóki nie pozna prawdy.

Lena

Lena

11 wrze­śnia 2019

Kopen­haga

Sia­dam na łóżku z biją­cym ser­cem. Kręci mi się w gło­wie, pokój przed moimi oczami wiruje, coś mnie zbu­dziło, jakiś hałas. Dźwięk tłu­czo­nego szkła? Ktoś roz­bił szybę i wtar­gnął do domu?

Gwał­tow­nie pod­ry­wam się z pościeli, serce wali z zawrotną pręd­ko­ścią, krew pul­suje w uszach, znów zawrót głowy, za szybko wsta­łam, przy­trzy­muję się szafy, żeby nie upaść. Łapię rów­no­wagę i na koszulę nocną zarzu­cam szla­frok leżący na fotelu. Pasek wypadł ze szlu­fek, ale nie mam czasu się po niego schy­lać. Powin­nam ucie­kać. Głos w mojej gło­wie łomo­cze z coraz więk­szą siłą. Zna­leźli mnie, wie­dzia­łam, że kie­dyś to nastąpi. Ni­gdy i ni­gdzie nie będę bez­pieczna. Ukra­dli mi przy­szłość i nic tego nie zmieni.

Drzwi do mojego pokoju nie mają zamknię­cia, a nawet gdyby, dla nich to żadna prze­szkoda. Pod­bie­gam do okna i odsła­niam rolety. Świta. Blade pro­mie­nie słońca muskają fasadę kamie­nicy po prze­ciw­nej stro­nie ulicy. Mój pokój znaj­duje się na zaadap­to­wa­nym pod­da­szu, nie uda mi się tędy uciec. To już koniec. Jak w ogóle byłam w sta­nie choć przez chwilę myśleć, że mogę spać spo­koj­nie po tym, co się zda­rzyło? Prze­kli­nam sie­bie za naiw­ność. Ucie­kać! Powin­nam się na tym teraz sku­pić. Ale jak i dokąd? Może się scho­wać? W sza­fie, pod łóż­kiem, na bal­ko­nie?

W popło­chu roz­glą­dam się po pokoju, z kory­ta­rza dobiega odgłos prze­su­wa­nego po pod­ło­dze szkła. Żad­nych roz­mów, kro­ków, nikt po mnie nie idzie? Otwie­ram drzwi i wyglą­dam na kory­tarz. Szur, szur, szur, tępy odgłos docho­dzący z dołu, spo­kojny, wręcz nie­na­tu­ral­nie powolny. Na pal­cach pod­cho­dzę do szczytu scho­dów i widzę kawałki szkła na deskach, a potem sły­szę pochli­py­wa­nie. Cichy szloch. A więc to nie oni? Nie ma tu nikogo oprócz mnie i pani Sary?

Zbie­gam po scho­dach i dostrze­gam ją na środku salonu, sie­dzi na swoim wózku inwa­lidz­kim i w ręku ści­ska trzo­nek mio­tły.

- I na doda­tek jesz­cze cie­bie zbu­dzi­łam - mówi, pod­no­sząc na mnie wzrok.

- Pani Saro, co się stało? - pytam, kuca­jąc przed nią.

Chwy­tam za jej dło­nie, są zimne i pomarsz­czone.

- Roz­bi­łam wazon - mówi. - Ten po pra­babce Larsa, to był Hol­me­ga­ard - dodaje, spo­glą­da­jąc na mnie smutno. Przy­wo­łuje naj­star­szą hutę szkła w Danii, sły­nącą z wyso­kiej jako­ści przed­mio­tów o ponad­cza­so­wej i ele­ganc­kiej for­mie, już kil­ku­krot­nie opo­wia­dała mi histo­rię tego wazonu. - Ale nie­zdara ze mnie. Ręce się trzęsą, a chcia­łam sło­necz­niki wsta­wić do wody, wczo­raj wie­czo­rem S?ren przy­niósł.

Ma na myśli sąsiada spod szóstki. Eme­ry­to­wa­nego pro­fe­sora nauk spo­łecz­nych, wie­lo­let­niego przy­ja­ciela pani Sary i jej męża Larsa. Pani Sara uważa, że sło­necz­niki są naj­pięk­niej­szymi kwia­tami na świe­cie, gdy tylko jedne uschną, w wazo­nie poja­wiają się kolejne.

- Są jak słońce, nie znam osoby, która nie uśmie­cha się na ich widok.

Mówi tak za każ­dym razem, gdy układa z nich świeży bukiet i sta­wia w swoim ulu­bio­nym wazo­nie, któ­rego kolo­rowe frag­menty leżą teraz pod moimi gołymi sto­pami.

- Pro­szę mi to dać. - Biorę od niej zmiotkę i pochy­lam się nad roz­bi­tym wazo­nem.

- Włóż kap­cie - prosi. - Jesz­cze wdep­niesz w odła­mek szkła.

Posłusz­nie wbie­gam do swo­jego pokoju i wsu­wam na nogi klapki.

- Wobec sta­ro­ści czło­wiek jest taki bez­radny - mówi, kiedy znów jestem na dole.

Pani Sara z natury jest pogodną osobą, rzadko kiedy bywa smutna czy przy­gnę­biona, ale cza­sem jakieś wyda­rze­nie zakłóca jej życiowy zen i potrze­buje kilku godzin, by znów wró­cić do dobrej formy. Mówi wtedy, jak ważne jest życiowe hygge. Sły­sza­łam o tym ter­mi­nie, ale nie sądzi­łam, że naprawdę tak czę­sto to słowo jest wypo­wia­dane w Danii. Pani Sara wła­ści­wie w każ­dej sytu­acji wtrąca je do naszych roz­mów, spraw­nie zastę­pu­jąc nim kilka pol­skich przy­miot­ni­ków, jak "przy­jemny", "przy­tulny", "uro­kliwy", teraz też roz­wo­dzi się na ten temat. Zasty­gam z mio­tłą w dłoni i zer­kam na nią, zasta­na­wia­jąc się, co by zro­biła, gdyby była na moim miej­scu. Czy w mojej sytu­acji też umia­łaby odna­leźć hygge?

A może zary­zy­ko­wać i zdo­być się na szcze­rość wobec niej? Przy­znać się, co zro­bi­łam, z jakiego powodu kilka mie­sięcy temu przy­je­cha­łam do Danii i zdra­dzić, dla­czego muszę się ukry­wać? Zrzu­cić z sie­bie ten cały cię­żar, wyga­dać się... Tylko czy ona potra­fi­łaby mnie zro­zu­mieć?

- Smu­cisz się? - pyta nagle. - Z powodu tego wazonu?

- Nie - pro­te­stuję, pod­no­sząc się z kolan.

Emo­cje wyryte na mojej twa­rzy nie mają nic wspól­nego ze zbi­tym wazo­nem, chcia­ła­bym mieć tylko takie pro­blemy.

- Na targu sta­roci kupimy nowy. - Uśmie­cham się, wyrzu­ca­jąc zawar­tość szu­felki do kubła na śmieci.

Mój puls zwol­nił, na­dal jestem bez­pieczna, ukryta w domu sta­ruszki w cen­trum Kopen­hagi. Tu, w jej obec­no­ści, nic mi nie grozi, mogę się uspo­koić. Odkła­dam szu­felkę do szafki w przed­po­koju i ruszam w stronę kuchni.

W pomiesz­cze­niu czuć zapach ryby i cebuli, które wczo­raj pani Sara jadła na kola­cję. Pod­cho­dzę do okna i otwie­ram je na oścież, wpusz­cza­jąc rześ­kie powie­trze do miesz­ka­nia. Opłu­kuję ręce nad zle­wem i się­gam po płó­cienną szmatkę z napi­sem po duń­sku: hav en god dag zna­czą­cym: miłego dnia. Mimo że pobudka była nie­przy­jemna, to będzie dobry dzień, obie­cuję sobie w myślach.

- Zro­bię nam śnia­da­nie, a potem pój­dziemy na spa­cer - mówię, wyj­mu­jąc pie­czywo z chle­baka. - Zapo­wiada się piękny dzień, trzeba to wyko­rzy­stać.

- Ser­nik i kawa - wtó­ruje mi star­sza pani, poja­wia­jąc się w progu.

- I to mi się podoba.

Odwra­cam się w jej stronę. Sze­roki uśmiech na jej twa­rzy spra­wia, że od razu czuję się lepiej. Doce­niam każdą chwilę spę­dzoną w obec­no­ści tej weso­łej sta­ruszki, choć nawet przez moment nie potra­fię zapo­mnieć, dla­czego tu się zna­la­złam. Nie można przejść do porządku dzien­nego nad tym, że zabiło się czło­wieka.

Emil

Emil

11 wrze­śnia 2019

Kopen­haga

Szpi­tal, w któ­rym pra­cuję, jest jed­nym z naj­no­wo­cze­śniej­szych w Danii, numer jeden w Kopen­ha­dze. Oku­li­styka na świa­to­wym pozio­mie, coś, o czym w Pol­sce mogłem tylko poma­rzyć. Zespół leka­rzy i pie­lę­gnia­rek to mię­dzy­na­ro­dowe śro­do­wi­sko, nie czuję się więc tu obco. Każdy ma ten sam pro­blem - adap­ta­cja, trud­no­ści języ­kowe i życie z dala od swo­jego kraju. Wynaj­muję miesz­ka­nie nie­całe dzie­sięć minut pie­szo od szpi­tala. Nie­wiel­kie stu­dio z wido­kiem na kanał Sor­ten­dams. Gustowne, przy­tulne i jasne. Jak więk­szość miesz­kań­ców, po Kopen­ha­dze poru­szam się rowe­rem.

Prze­pro­wadzka do Danii, na którą zde­cy­do­wa­łem się pod wpły­wem impulsu - była reak­cją na pro­po­zy­cję, zło­żoną mi przez Mar­tina, mojego kolegę z Sofii, także leka­rza oku­li­stę - oka­zała się śmia­łym kro­kiem w kie­runku zmian w moim życiu. Chcia­łem, aby nastą­pił moment zwrotny i nie cho­dziło tylko o wyż­sze zarobki czy lep­sze moż­li­wo­ści w pod­no­sze­niu kwa­li­fi­ka­cji zawo­do­wych, lecz także otwar­cie na nowo w kwe­stiach oso­bi­stych. Marazm, w jakim żyłem, spra­wiał, że gnu­śnia­łem. Celowe wpro­wa­dze­nie bała­ganu do poukła­da­nego życia cza­sem ma sens. Zale­żało mi, aby podob­nym do sie­bie dniom nadać nowy kolo­ryt.

A przede wszyst­kim chcia­łem zapo­mnieć o Lenie. Dziew­czy­nie, która nagle znik­nęła z mojego życia. Z dnia na dzień, bez słowa poże­gna­nia, wyja­śnie­nia, zosta­wia­jąc pustkę w moim sercu, swoje oso­bi­ste rze­czy w naszym miesz­ka­niu i całą masę pytań bez odpo­wie­dzi. Jed­nak przy­jeż­dża­jąc tu kilka mie­sięcy temu, nie sądzi­łem, że tak szybko spo­tkam nową kobietę, z którą zacznę ukła­dać sobie życie.

Młoda pie­lę­gniarka, także Polka, była spra­gniona zmian i potrze­bo­wała seksu rów­nie mocno jak ja. Do łóżka poszli­śmy na dru­giej randce, a potem pozwo­li­łem jej wpa­dać do mnie, kiedy tylko miała na to ochotę. Od ponad trzech mie­sięcy jeste­śmy parą, nie zde­cy­do­wa­li­śmy się zamiesz­kać razem, choć to byłoby finan­sowo naj­lep­szym roz­wią­za­niem, zwa­żyw­szy na fakt, że i tak więk­szość czasu spę­dzamy w kli­nice. Ostat­nio nawet kilka razy o tym wspo­mniała, ale nie pod­ją­łem wątku. Uwa­żam, że jest za wcze­śnie na jakie­kol­wiek dekla­ra­cje, a wspólne miesz­ka­nie jest pew­nego rodzaju gra­nicz­nym punk­tem, począt­kiem nowego etapu, na który mamy jesz­cze czas. Dzi­siaj to ona zapro­siła mnie do sie­bie na kola­cję, zapewne ze śnia­da­niem. Z chę­cią pozwolę jej zająć się sobą.

Wycho­dzę z kli­niki kilka minut po osiem­na­stej i od razu dzwo­nię do niej.

- Cześć, kotku - odzywa się, a w oddali sły­szę, jak coś skwier­czy na patelni.

- Robisz steki? - pytam.

- Jak zawsze - kwi­tuje. - Dobrze wysma­żone dla mnie i krwi­ste dla cie­bie. Możesz kupić wino, czer­wone wytrawne, w tym skle­pie na rogu mojej ulicy?

- Jasne - mówię, przy­ci­ska­jąc tele­fon uchem do ramie­nia, a ręką wpi­suję kod w zapię­ciu od roweru.

Odpi­nam go, cho­wam zabez­pie­cze­nie do ple­caka, cały czas słu­cha­jąc jej wywodu na temat naszego kil­ku­dnio­wego wspól­nego wyjazdu do Pol­ski. Pra­cuję zbyt krótko, by móc pozwo­lić sobie na peł­no­wy­mia­rowy urlop tak jak ona, ale trzy lub cztery dni mam w pla­nach.

- Zatrzy­ma­li­by­śmy się w Mię­dzyz­dro­jach - cią­gnie.

Brzę­kają jakieś naczy­nia, z kranu leje się woda. Nie lubię, gdy włą­cza gło­śne mówie­nie, zazwy­czaj pro­szę, aby prze­rzu­ciła się na słu­chawkę, ale teraz nie robię tego, i tak mam zamiar za chwilę skoń­czyć roz­mowę.

- A potem wpadł­byś do mnie do Szcze­cina - rzuca. - Poznał­byś moją rodzinę.

- Poga­damy o tym, jak przy­jadę - prze­ry­wam jej. - Wsia­dam wła­śnie na rower.

Żegnam się i cho­wam tele­fon do kie­szeni spodni. Nie podoba mi się plan wizyty w jej rodzin­nym domu. Niby nic, ale tak jak w przy­padku wspól­nego zamiesz­ka­nia, to także pew­nego rodzaju linia gra­niczna, nie­pi­sana dekla­ra­cja, że coś dla sie­bie zna­czymy, mamy wobec sie­bie poważne plany i niech dowie­dzą się o naszym ist­nie­niu nasi bli­scy. Nie mam ochoty pozna­wać jej rodziny. Nie na tym eta­pie związku, nie teraz.

Zarzu­cam ple­cak na ramiona i wjeż­dżam na Sor­te­dam Dosse­ring, drogę bie­gnącą wzdłuż kanału. Wrze­sień jest wyjąt­kowo cie­pły, choć co kilka dni nie­spo­dzie­wa­nie nad mia­stem prze­cho­dzi ogromna zlewa. Duń­ska pogoda nie jest tak bez­na­dziejna, jak można by się spo­dzie­wać, być może zmie­nię zda­nie, gdy przyj­dzie desz­czowa jesień, ale jak do tej pory nie mogę narze­kać.

Jesz­cze nie wiem, jak długo zostanę w Danii, kon­trakt ze szpi­ta­lem pod­pi­sa­łem na trzy lata, z moż­li­wo­ścią skró­ce­nia lub prze­dłu­że­nia pobytu; to dość ela­styczna forma zatrud­nie­nia, która jest mi na rękę. Od paź­dzier­nika wraz z Mar­ti­nem mamy w pla­nach zapi­sać się na inten­sywny kurs duń­skiego. Obec­nie znam tylko pod­sta­wowe zwroty, a język brzmi niczym beł­kot nawie­dzo­nego przez złe duchy czło­wieka. Czarno widzę moje suk­cesy w tej kwe­stii, ale dam sobie i duń­skiemu szansę.

Prze­jeż­dżam trasą rowe­rową na drugą stronę kanału i staję na czer­wo­nym świe­tle. Ruch jest duży, popo­łu­dniowe godziny szczytu, w słu­chaw­kach przy­jem­nie gra Miles Davis, gdy nagle dziew­czyna po prze­ciw­nej stro­nie ulicy przy­kuwa moją uwagę. Dosłow­nie świat na moment zamiera, jeste­śmy tylko ona i ja. Auta jeż­dżące w jedną i drugą stronę sta­no­wią jedy­nie tło dla spek­ta­klu, który odgrywa się przed moimi oczami. Nie ma wąt­pli­wo­ści, nie mogę się mylić, to ona, Lena. Pew­nego dnia wyszła i już nie wró­ciła, a teraz idzie chod­ni­kiem po dru­giej stro­nie ulicy, zwin­nie prze­my­ka­jąc pomię­dzy kału­żami po wczo­raj­szej zle­wie. Włosy wirują na wie­trze i choć nie widzę jej twa­rzy, nie mam cie­nia wąt­pli­wo­ści, to Lena.

Jak to w ogóle moż­liwe? Co ona tutaj robi? Może jed­nak się mylę i to tylko podobna do niej dziew­czyna? Ale ten sam krok, syl­wetka. Nagle się odwraca, jakby wyczuła, że ktoś jej się przy­gląda. Dosko­nale widzę jej twarz, Lena Roma­now­ska, dziew­czyna, w któ­rej powoli zaczy­na­łem się zako­chi­wać i która nie dała nam szansy, aby­śmy spraw­dzili, czy to, co się mię­dzy nami dzieje, jest praw­dziwe. Muszę ją zatrzy­mać, poznać odpo­wie­dzi na te wszyst­kie pyta­nia, które nie opusz­czały mnie przez dłu­gie tygo­dnie.

- Lena! - krzy­czę. - Lena!

Jed­nak szum jadą­cych aut i gwar ulicy nie pozwa­lają moim sło­wom dotrzeć do niej. Wyj­muję pośpiesz­nie tele­fon z kie­szeni i robię zdję­cie. Nie zła­pa­łem ostro­ści, syl­wetka dziew­czyny uchwy­cona jest w ruchu, ale nie mam wąt­pli­wo­ści. To Lena. Nie­świa­doma tego, że ją obser­wuję, scho­dzi do sta­cji metra ?sterport, zni­ka­jąc mi z oczu.

- Szlag - klnę pod nosem.

Nie może mi teraz uciec, nie, gdy ją odna­la­złem. Ner­wowo podry­guję nogą, wście­kły, że czer­wone świa­tło wciąż świeci. Gdy wresz­cie zmie­nia się na zie­lone, ruszam, prze­ci­nam ulicę i zeska­kuję z roweru. W pierw­szej chwili mam zamiar rzu­cić go i pobiec za Leną na sta­cję metra, ale roz­są­dek zwy­cięża. Nie chciał­bym, aby ktoś ukradł mi mój nowy naby­tek. Choć mówią, że tutaj nikt rowe­rów nie krad­nie, wolę nie ryzy­ko­wać. Pośpiesz­nie przy­ku­wam go do sto­jaka i pusz­czam się bie­giem w dół. Roz­glą­dam się na boki, ale ni­gdzie jej nie widzę. Nie mam karty do metra, nie mogę prze­kro­czyć bra­mek, pod­bie­gam do auto­matu z bile­tami i wtedy znów ją zauwa­żam. Nie widzi mnie, wsia­dła już do wago­nika, stoi oparta o okno i szuka cze­goś w torebce. Drzwi zamy­kają się i kolejka odjeż­dża wraz z nią.

- Kurwa - klnę gło­śno.

Prze­chod­nie zer­kają na mnie, a wypy­chane przez kolejkę powie­trze połyka kolejne słowa wście­kło­ści wydo­by­wa­jące się z moich ust. Ucie­kła mi, nie udało mi się jej dogo­nić, ale jed­nego jestem pewien, to ona. I jak­kol­wiek brzmi to nie­wia­ry­god­nie, Lena ukrywa się w Kopen­ha­dze. A ja zro­bię wszystko, by ją odna­leźć.

Niko­dem

Niko­dem

11 wrze­śnia 2019

Jezioro Powidz­kie

Bisz­kopt kopie kolejną dziurę w ziemi. Ostat­nio takie nie­fra­so­bliwe zaję­cie sobie zna­lazł mój przy­ja­ciel labra­dor. Całe dnie spę­dza w ogro­dzie, robiąc szkody, na które wcze­śniej mu nie pozwa­la­łem, a teraz mu w tym nie prze­szka­dzam. Psiak cie­szy się powro­tem do daw­nego życia, zupeł­nie tak jak ja. Od kilku mie­sięcy znów miesz­kam w domu nad jezio­rem, choć myśla­łem, że to już nie­moż­liwe. Ale nie dla mojej matki. Dla niej nie ma rze­czy nie­moż­li­wych.

Gdy kilka mie­sięcy temu mój ojciec oznaj­mił, że sprze­dał działkę z dom­kiem nad Jezio­rem Powidz­kim, myśla­łem, że to koniec. Wszyst­kie moje grze­chy ukry­łem w tym miej­scu, moim skrawku ziemi i nie wyobra­ża­łem sobie życia gdzie indziej. Nie mogłem do tego dopu­ścić, ale było już za późno, ojciec wyma­chi­wał mi przed nosem umową sprze­daży i z dumną miną opo­wia­dał, jaki nie­by­wały inte­res zro­bił, pozby­wa­jąc się tej ziemi. Miliony sce­na­riu­szy prze­wi­jały się w mojej gło­wie, a każdy wska­zy­wał na moją szybką i nie­unik­nioną śmierć. Nie mia­łem zamiaru gnić w wię­zie­niu, a wie­dzia­łem, że lada dzień to nastąpi. Odkryją, co zro­biłem, poznają moją tajem­nicę i wsa­dzą mnie za kratki. To zabije matkę - prawda o mnie będzie cio­sem, z któ­rego się nie podźwi­gnie, nie chcia­łem tego oglą­dać. Dla­tego posta­no­wi­łem zała­twić sprawę po swo­jemu. Jed­nak skoń­cze­nie z samym sobą wymaga od czło­wieka nie tyle deter­mi­na­cji, ile fizycz­nej siły, a ja nie byłem w sta­nie wstać z łóżka, a co dopiero się zabić.

Ogar­nęły mnie dziwny para­liż i nie­moc. Wie­dzia­łem, że pierw­szy szok minie, zbiorę się w sobie i stanę na wyso­ko­ści zada­nia. Potrze­buję kilku dni i zro­bię to. Raz, a dobrze. Leża­łem, wpa­tru­jąc się w sufit i wyobra­ża­jąc sobie, w jaki spo­sób nastąpi mój koniec. Bisz­kopt poło­żył się obok łóżka, zer­ka­jąc na mnie za każ­dym razem, gdy prze­wra­ca­łem się z boku na bok. Odno­si­łem wra­że­nie, że wie, co zamie­rzam zro­bić. Jakimś szó­stym zmy­słem, psim instynk­tem roz­szy­fro­wał mnie i dla­tego nie opusz­cza na krok.

Wie­czo­rem przy­szła do mnie matka.

- Nikoś, tak bywa, ta dziew­czyna... - powie­działa, sia­da­jąc obok mnie na łóżku. Wie­działa, że nie lubię, jak mówi o niej bez­oso­bowo. - Lena - popra­wiła się, odchrzą­ku­jąc. - Nie była dla cie­bie. Kiedy w końcu to zro­zu­miesz?

Patrzy­łem niemo w sufit.

- Synku... - Zaczęła gła­dzić moją rękę przez koł­drę. - Czas leczy rany, zoba­czysz, wszystko się ułoży.

- Ojciec - wydu­si­łem z sie­bie. - Ojciec sprze­dał dom.

- Och! - Wypu­ściła gło­śno powie­trze z płuc. - Miał ci tego nie mówić.

Wez­brała we mnie złość na matkę, ale nawet nie mia­łem siły, aby to oka­zać. Trak­to­wała mnie jak cho­rego umy­słowo, chciała decy­do­wać za mnie w każ­dej kwe­stii, zawsze lepiej wie­działa, czego potrze­buję i co jest dla mnie dobre. Zamkną­łem oczy.

- Jeśli o to cho­dzi, uwa­żam, że tak będzie lepiej, pozby­cie się tego par­szy­wego miej­sca, które stale przy­po­mina ci tamtą dziew­czynę - zaczęła. - Tę oszustkę Lenę...

- Wyjdź! - krzyk­ną­łem, prze­ry­wa­jąc jej. - Chcę pobyć sam!

Byłem na nią, na nich, wście­kły.

- Nikoś! - Znów pró­bo­wała dotknąć mojej ręki.

- Mamo, wyjdź!

Powie­dzia­łem to ostrym tonem, mia­łem ochotę użyć innych słów, dużo wul­gar­niej­szych, i gdyby wtedy nie opu­ściła posłusz­nie pokoju, tak pew­nie bym zro­bił. To ona wszystko popsuła. Jeśliby nie wsa­dzała nosa w nie swoje sprawy, Lena na­dal byłaby ze mną. A tak - ucie­kła, zosta­wia­jąc pustkę w moim życiu. Nie chcia­łem i nie potra­fi­łem się z tym pogo­dzić. Nie tylko radość, lecz także grzech jest łatwiej dzie­lić z kimś na pół, jak mówi stara pio­senka.

Następ­nego dnia cze­ka­łem, żeby matka wyszła z domu - ojciec już dawno wybył do pracy. Około połu­dnia usły­sza­łem, jak zamyka drzwi i wsiada do samo­chodu. Przy­pusz­cza­łem, że jedzie odwie­dzić ciotkę w domu spo­koj­nej sta­ro­ści, zazwy­czaj wpa­dała do niej w ponie­działki.

Wsta­łem z łóżka, odpro­wa­dzi­łem wzro­kiem jej samo­chód i kuc­ną­łem, by poże­gnać się z Bisz­kop­tem. Wtedy naprawdę uwa­ża­łem, że widzę go ostatni raz w życiu. Był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i mocno ubo­le­wa­łem, że nad­szedł kres naszej rela­cji. Jed­nak nie mia­łem wyj­ścia, nie było Leny, nie było domku nad jezio­rem, nie mogło być już także mnie.

Przed wyj­ściem celowo zamkną­łem Bisz­kopta w domu, wie­dzia­łem, że gdy ojciec wróci, wściek­nie się. Nie zno­sił, gdy pies zosta­wał sam, cza­sem zda­rzało się, że zro­bił jakąś szkodę, ale w tam­tej chwili chcia­łem, żeby wła­śnie tak się stało. Matka obroni Bisz­kopta, nic złego go nie spo­tka, nato­miast ojcu popsuje to humor, a potem będzie tylko gorzej. Dotrze do nich wia­do­mość, że ich syn popeł­nił samo­bój­stwo. Pier­wo­rodny wzię­tego praw­nika, a skoń­czył tak mar­nie. Jego nazwi­sko okryje się wsty­dem, ale zasłu­żył sobie na to. Gdyby nie był tak surowy w wycho­wa­niu i szorstki w oby­ciu, nie był­bym tym, kim się sta­łem. To przez niego zawsze czu­łem się jak wybra­ko­wany towar.

Chcia­łem zro­bić to nad jezio­rem, skoń­czyć ze sobą w miej­scu, które na zawsze nazna­czyło moje życie. Wie­dzia­łem, że domek jest pusty, ojciec potrze­bo­wał kilku dni, aby zabrać stam­tąd nasze rze­czy, nowy wła­ści­ciel jesz­cze nie zdą­żył się wpro­wa­dzić. Gdy zapar­ko­wa­łem przed bramą, trzę­sły mi się ręce. Już kilka razy pró­bo­wa­łem tar­gnąć się na życie, ale tam­tego dnia uwa­ża­łem, że tym razem nikt ani nic nie pokrzy­żuje mi pla­nów. Jed­nak stało się ina­czej. Nie zdą­żyłem zaci­snąć stryczka na szyi, gdy matka zja­wiła się za moimi ple­cami.

- Niko­dem, Matko Naj­święt­sza! - Pod­bie­gła i chwy­ciła mnie w pasie. Byłem od niej wyż­szy i sil­niej­szy, ale jej obec­ność mnie zasko­czyła. - Wie­dzia­łam, wie­dzia­łam, że trzeba mieć na cie­bie oko, jak dobrze, że posłu­cha­łam intu­icji. - Potok słów wyle­wał się z niej, mie­sza­jąc ze szlo­chem. - Gdzie popeł­ni­łam błąd? Co zro­bi­łam nie tak?! - lamen­to­wała.

Zro­biło mi się jej szkoda i o ile ojciec zasłu­gi­wał na bole­sny cios, o tyle ona nie powinna go otrzy­mać. Mimo swo­jej nado­pie­kuń­czo­ści i wszyst­kich wad była jedyną osobą, któ­rej na mnie zale­żało. Temu, jaki się sta­łem, winien był ojciec, nie ona.

W kwe­stii Leny oczy­wi­ście to była matki sprawka; gdyby nie wtrą­cała się do naszych rela­cji, może uda­łoby się oca­lić nasze "razem". Wie­dzia­łem, że zro­biła to z tro­ski o mnie. Wszyst­kie jej dzia­ła­nia były podyk­to­wane chę­cią stwo­rze­nia mi ide­al­nego życia, tylko zapo­mniała, że wizje dziecka i rodzica rzadko się pokry­wają. Mimo wszystko nie pora­dzi­łaby sobie z poczu­ciem winy po mojej śmierci. Nie zasłu­gi­wała, żeby ją tak okrut­nie zra­nić. Obją­łem ją i mocno przy­tu­li­łem.

Matka musiała mnie śle­dzić albo wyna­jęła do tego kogoś, mogła też pod­rzu­cić nadaj­nik GPS do mojego auta, to wszystko byłoby bar­dzo w jej stylu. W każ­dym razie tam­tego dnia ura­to­wała mi życie, a potem nie­mal nie odstę­po­wała mnie na krok. Wró­ci­li­śmy do Gnie­zna, posta­na­wia­jąc zacho­wać w tajem­nicy to, co chcia­łem zro­bić. Prze­ko­ny­wała, że z cza­sem ból minie.

- Jesz­cze będziesz szczę­śliwy, zaufaj mi - mówiła. - Daj sobie czas, a wszystko się ułoży.

Drża­łem na samą myśl o tym, co się sta­nie, gdy dom dosta­nie się w ręce nowego wła­ści­ciela, a moja tajem­nica ujrzy świa­tło dzienne. To zabije matkę, nie mia­łem co do tego wąt­pli­wo­ści. Stało się ina­czej.

Kilka dni po mojej nie­uda­nej pró­bie samo­bój­czej zja­wiła się na progu mojej sypialni i powie­działa z uśmie­chem na ustach:

- Wszystko zała­twi­łam.

Zamknęła za sobą drzwi i pode­szła do mojego łóżka.

- Słu­cham? - Spoj­rza­łem na nią, nie do końca rozu­mie­jąc, o co jej cho­dzi.

- Możesz spać spo­koj­nie. - Poło­żyła rękę na moim ramie­niu, a mnie prze­bie­gły dresz­cze.

Ona wie. Na moment zro­biło mi się ciemno przed oczami. Ude­rze­nie gorąca i nagle prze­szy­wa­jący chłód. Trzą­słem się w środku. Odkryła moją tajem­nicę. Odga­dła, co zro­bi­łem i kim naprawdę jestem.

- Dom na­dal należy do cie­bie. - Uśmiech­nęła się.

Patrzy­łem na nią z nie­do­wie­rza­niem. Mil­cza­łem, nie potra­fi­łem wydu­sić z sie­bie słowa.

- Do nas wła­ści­wie - popra­wiła się, sia­da­jąc obok mnie na łóżku. - Do ojca, ści­śle rzecz ujmu­jąc, ale gene­ral­nie do cie­bie. - Znów uśmiech zago­ścił na jej twa­rzy.

- Nie rozu­miem - wymam­ro­ta­łem, pró­bu­jąc roz­wi­kłać, o co jej cho­dzi.

Ojciec sprze­dał dom, poka­zy­wał mi umowę, nie­moż­liwe, aby znów nale­żał do nas.

- Wyma­gało to ode mnie tro­chę sprytu i zachodu - cią­gnęła. - Ale czego się nie robi, żeby mój synek był szczę­śliwy! - Nie prze­sta­wała się uśmie­chać.

Opo­wie­działa, jak zadzwo­niła do nowego wła­ści­ciela i podzie­liła się z nim histo­rią, która sku­tecz­nie odwio­dła go od pomy­słu zakupu domu.

- "Jestem agentką nie­ru­cho­mo­ści", skła­ma­łam - powie­działa. - "Zauwa­ży­łam pana ofertę. Na­dal jest pan zain­te­re­so­wany zaku­pem domu nad jezio­rem?", zapy­ta­łam. "Nie", odpo­wie­dział. "To nie­ak­tu­alne, już kupi­łem domek nad Jezio­rem Powidz­kim". "O nie", prze­rwa­łam mu. "Tylko nie to!". "Nie rozu­miem?", zanie­po­koił się i już wie­dzia­łam, że mam go w gar­ści. "Muszę pana prze­strzec przed tym miej­scem! Niech pan wycofa się z zakupu. Czy sły­szał pan, co się tam stało?".

Gdy powie­działa te słowa, kro­ple potu poja­wiły się na moim czole. Ona wie. Dowie­działa się, co się tam wyda­rzyło. Poznała sekret, który skrywa dom nad jezio­rem. Zamkną­łem oczy i ści­ska­łem koł­drę, aby nie zacząć wrzesz­czeć. Wszystko stra­cone, Lena ucie­kła, a matka odkryła moją naj­mrocz­niej­szą tajem­nicę. Jakie to będzie miało dla mnie kon­se­kwen­cje? Mój mózg pro­du­ko­wał naj­gor­sze sce­na­riu­sze, jed­nak znów byłem w błę­dzie.

- Oczy­wi­ście facet nie wie­dział, co mam na myśli, więc przed­sta­wi­łam mu kata­stro­ficzną wizję przy­szło­ści jeziora - cią­gnęła swoją opo­wieść. - Gość nie jest stąd, więc nie sły­szał o cofa­niu się linii brze­go­wej, o fatal­nym wpły­wie kopalni odkryw­ko­wych na poziom wód w Jezio­rze Powidz­kim, naopo­wia­da­łam mu samych strasz­nych rze­czy o tym miej­scu. - Teatral­nym gestem unio­sła oczy ku górze. - Wmó­wi­łam mu, że kupił domek nad jezio­rem, które z cza­sem może prze­stać ist­nieć.

To prawda, Jezioro Powidz­kie nik­nie w oczach, w ostat­nim cza­sie linia brze­gowa cof­nęła się o sześć metrów, a poziom wody obni­żył o ponad dwa.

- Kto chciałby popeł­nić taki błąd i za kilka lat obu­dzić się na pomo­ście pośród wyschnię­tej trawy? - W cha­rak­te­ry­styczny dla sie­bie spo­sób prze­krzy­wiła głowę. - Poda­łam mu dla zmyłki kilka cie­ka­wych loka­li­za­cji, które moje biuro ma w swo­jej ofer­cie i powie­dzia­łam, że skon­tak­tuję się za kilka dni, żeby spraw­dzić, czy coś wybrał - cią­gnęła matka. - I tak jak przy­pusz­cza­łam, jesz­cze tego samego dnia facet zadzwo­nił do ojca i zre­zy­gno­wał z zakupu.

- Ale jak to? - prze­rwa­łem jej. - Prze­cież już pod­pi­sali umowę.

- Przed­wstępną. - Posłała mi swój pokrze­pia­jący uśmiech. - Mamu­sia nad wszyst­kim czuwa. - Ści­snęła moją rękę. - Namó­wi­łam ojca na sprze­daż, to teraz napra­wi­łam swój błąd. - Dum­nie unio­sła głowę do góry. - W każ­dym razie znów możesz tam zamiesz­kać, ale pod warun­kiem, że ja wpro­wa­dzę się na naj­bliż­sze tygo­dnie razem z tobą. Muszę mieć cię, synek, na oku. - Spoj­rzała na mnie, jak­bym znów miał osiem lat, a ona na­dal była osobą, wokół któ­rej kręci się mój świat.

Kolejny raz ura­to­wała mi skórę i zwró­ciła coś, co ni­gdy nie powinno tra­fić w obce ręce.

Lena

Lena

11 wrze­śnia 2019

Kopen­haga

Nad­mor­ski kli­mat Danii bar­dzo mi służy. Odkąd tu miesz­kam, moja skóra jest nawil­żona i nabrała zdro­wego kolo­rytu. Zauwa­ży­łam, że nie­mal każda Dunka ma natu­ral­nie błysz­czącą i jędrną cerę. Nawet taka sta­ruszka jak pani Sara nie może narze­kać na zmarszczki. Chcia­ła­bym tak dobrze się czuć i wyglą­dać w jej wieku. Pani Sara mieszka w Kopen­ha­dze od ponad sie­dem­dzie­się­ciu lat. Przy­je­chała z Pol­ski po zakoń­cze­niu wojny, była wtedy małą dziew­czynką. Pozna­łam ją w nie­ty­powy spo­sób, spa­dła mi z nieba niczym anioł i spra­wiła, że mogłam ukryć się u niej bez­piecz­nie.

Kiedy pół roku temu przy­je­cha­łam do Danii, nie sądzi­łam, że zostanę tutaj tak długo. Po tym, co odkry­łam w domu nad jezio­rem i po swo­jej ucieczce ze szpo­nów Niko­dema, wyna­ję­łam pokój w cen­trum Kopen­hagi. Potrze­bo­wa­łam dużego, ano­ni­mo­wego mia­sta, gdzie nikt nie będzie zwra­cać na mnie uwagi i nikogo nie zain­te­re­suje moja prze­szłość. Była to meta na chwilę, zda­wa­łam sobie z tego sprawę. Skromne oszczęd­no­ści nie mogły wystar­czyć mi na długo, a nie mia­łam poję­cia, co ze sobą zro­bić, potrze­bo­wa­łam pracy, pie­nię­dzy i pomy­słu na życie.

Pew­nego wie­czoru, gdy wra­ca­łam ze snu­cia się po mie­ście i bez­owoc­nego szu­ka­nia pracy, usły­sza­łam z gło­śni­ków kościoła pol­ski język. Zacie­ka­wiona prze­szłam na drugą stronę ulicy i weszłam do środka. Jak się oka­zało, wie­czorne msze w kościele Świę­tej Anny odby­wały się po pol­sku. Aku­rat nabo­żeń­stwo się skoń­czyło, wycho­dzili ludzie, świa­tła jedno po dru­gim gasły, a ja roz­wa­ża­łam, czy nie zacze­pić któ­rejś z kobiet i nie zapy­tać o pracę. Jak do tej pory jedy­nie odbi­ja­łam się od drzwi. Bez zna­jo­mo­ści duń­skiego nie chcieli mnie przy­jąć w kawiarni ani skle­pie. Oczy­wi­ście mogłam pra­co­wać na zmy­waku albo w roli sprzą­taczki, ale chcia­łam dać sobie jesz­cze kilka dni na zna­le­zie­nie cze­goś lepiej płat­nego.

Sto­jąc za ciężką, atła­sową zasłoną, patrzy­łam, jak kobiety wycho­dzą, szep­cząc do sie­bie. Nie widziały mnie, może gdyby któ­raś zacze­piła mnie wzro­kiem, byłoby mi łatwiej zro­bić pierw­szy krok. Za długo zwle­ka­łam, aż po chwili zosta­łam sama w przed­sionku. Wtedy zauwa­ży­łam kor­kową tablicę ogło­szeń, gdzie oprócz mnó­stwa pro­po­zy­cji wyjaz­dów piel­grzym­ko­wych były też oferty pry­watne. Powbi­jane szpil­kami kartki róż­nej wiel­ko­ści i koloru, w więk­szo­ści w języku duń­skim, ale było też kilka po pol­sku. Zamiana miesz­ka­nia, wspólna podróż do Pol­ski, poszu­ki­wany współ­lo­ka­tor i pro­po­zy­cja pracy. Jakaś pani Ewa drob­nym, pochy­łym pismem wyzna­wała, że z przy­czyn oso­bi­stych jest zmu­szona wró­cić na stałe do Pol­ski i szuka kogoś, kto chciałby peł­no­eta­towo zaj­mo­wać się star­szą panią. Jesz­cze tego samego wie­czoru zadzwo­ni­łam pod podany numer. A następ­nego dnia pozna­łam panią Sarę.

Nie byłam pierw­szą osobą, która chciała dostać tę pracę, ale jako jedyna przy­sta­łam na warunki. To, co prze­szka­dzało innym kan­dy­da­tom, dla mnie było naj­lep­szym roz­wią­za­niem. Otóż star­sza pani wyma­gała opieki cało­do­bo­wej, a nie każdy chciał porzu­cić swoje życie, part­nera, rodzinę i wpro­wa­dzić się do miesz­ka­nia przy Espla­na­den. Ja byłam zachwy­cona tą pro­po­zy­cją. Sta­ruszka oka­zała się pogodną, entu­zja­styczną osobą, bez oznak demen­cji star­czej. Jej umysł był na­dal sprawny, zupeł­nie odmien­nie od ciała. Kobieta od kilku mie­sięcy poru­szała się na wózku inwa­lidz­kim, być może to także odstra­szało inne osoby, które odpo­wie­działy na ogło­sze­nie. Dla mnie było to ide­alne roz­wią­za­nie.

Dosta­łam wła­sny pokój w jej prze­stron­nym, pięk­nym dwu­po­zio­mo­wym miesz­ka­niu, świetne wyna­gro­dze­nie i choć wie­dzia­łam, że nie jest to praca na stałe, tam­tego dnia, gdy się do niej wpro­wa­dzi­łam, uzna­łam, że wygra­łam los na lote­rii. I do dziś nie mogę na nic narze­kać. Nie wiem, co przy­nie­sie przy­szłość, jak długo będę miesz­kać i pra­co­wać u pani Sary, ale nauczy­łam się żyć chwilą, ogra­ni­czać swoje plany i marze­nia do dwu­dzie­stu czte­rech godzin, a obec­ność star­szej pani obok tylko mi w tym pomaga. Naj­waż­niej­sze, że ucie­kłam z Pol­ski, wymknę­łam się z rąk czło­wieka, który sta­no­wił dla mnie naj­więk­sze zagro­że­nie.

Wciąż jed­nak tkwi w mojej pod­świa­do­mo­ści, nawie­dza mnie w snach. Dzi­siaj znów do mnie przy­szedł. Niko­dem sta­nął na progu miesz­ka­nia na Espla­na­den, pani Sara zaje­chała mu wóz­kiem drogę, pró­bo­wa­łam uciec, ale nogi odmó­wiły mi posłu­szeń­stwa i wtedy zbu­dzi­łam się zlana potem. Na samą myśl o tym, co by się stało, gdyby on mnie odna­lazł, lub ktoś z mojej prze­szło­ści, robi mi się słabo. Odrzu­cam od sie­bie te myśli i sku­piam się na chwili obec­nej.

Pcham wózek wzdłuż Bred­gade, rześ­kie powie­trze owiewa mi twarz. Idziemy na Nyhavn, napić się kawy i zjeść ser­nik w ulu­bio­nej kawiarni pani Sary. Słońce prze­bija się przez chmury, a wiatr nie­sie ze sobą zapach morza. Pani Sara, zanim zaczęła poru­szać się na wózku, pro­wa­dziła bujne życie towa­rzy­skie wśród duń­skiej Polo­nii. Nie­jed­no­krot­nie mia­łam ochotę zapy­tać ją, czy zna pana Ste­fana, sąsiada znad Jeziora Powidz­kiego, ale stwier­dzi­łam, że ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa lepiej o nim nie wspo­mi­nać. Nikt z mojego daw­nego świata nie może się dowie­dzieć, że obec­nie żyję w Kopen­ha­dze. A zna­jąc eks­tra­wer­tyczną naturę pani Sary, łatwo zgad­nąć, że zaraz wymy­śli­łaby, że koniecz­nie musimy odwie­dzić jego pen­sjo­nat na Prin­ses­se­gade lub zapro­sić go do nas.

Docho­dzimy do Nyhavn; rząd kolo­ro­wych kamie­ni­czek ma w sobie nie­zwy­kły urok. Mimo że od kilku mie­sięcy wpa­damy tutaj mniej wię­cej raz w tygo­dniu, nie prze­staje mnie zachwy­cać. Sia­damy w cie­niu, przy sto­liku z lnia­nym obru­sem i bukie­tem nagiet­ków w zło­tym fla­ko­nie. Zama­wiamy ulu­biony ser­nik pani Sary i kawę. Ocze­ku­jąc na deser, sie­dzimy w ciszy i patrzymy na zacu­mo­wane w przy­stani statki. Cie­szę się, że sta­ruszka jest dys­kretną osobą i ni­gdy nie pyta o moje życie oso­bi­ste. Kiedy zamiesz­ka­łam u niej, oględ­nie wspo­mnia­łam, że przy­je­cha­łam tutaj, aby ode­rwać się od prze­szło­ści. To jej wystar­czyło.

- Cza­sem podróż w nie­znane jest naj­lep­szą alter­na­tywą - powie­działa wtedy. - Rzu­cić to, co było, i stać się kimś nowym; niby to ta sama osoba, ale jed­nak miej­sce, gdzie żyje, zmie­nia ją zupeł­nie.

Musia­łam przy­znać jej rację.

- Tak było z moją rodziną - dodała. - Gdy przy­je­cha­li­śmy do Danii po woj­nie, na zupeł­nie nowy, czy­sty grunt, to mimo że nikt nie zapo­mniał tego, co działo się przez sześć lat, łatwiej było zacząć w nowym śro­do­wi­sku.

Pani Sara jest jedyną znaną mi oso­bi­ście osobą, która prze­żyła Holo­caust. Wraz z rodzi­cami i bra­tem ukryli się u pol­skich przy­ja­ciół, dzięki temu prze­żyli.

- Ach, pra­wie bym zapo­mniała, dosta­łam zapro­sze­nie na odczyt do Insty­tutu Pol­skiego - mówi, gdy kel­ner podaje nam zamó­wie­nie. - Podwójne. - Posyła mi uśmiech. - Cie­kawy wykład samej pani dyrek­tor, nie­sa­mo­wi­cie mądra kobieta, robi bar­dzo dużo dla pro­pa­go­wa­nia pol­skiej histo­rii, wspiera duń­ską Polo­nię, zaan­ga­żo­wana jak nikt wcze­śniej. - Nabija na widel­czyk kawa­łek ciastka. - Zało­żyła fun­da­cję, która ma za zada­nie krze­wić pol­skość wśród spo­łecz­no­ści Pola­ków miesz­ka­ją­cych w Danii. Wspa­niała ini­cja­tywa, ogromny nacisk kła­dzie na histo­rię, ale także na pro­mo­cję mło­dych talen­tów. Co roku przy­znaje sty­pen­dia naj­lep­szym uczniom. Kobieta anioł, zresztą sama zoba­czysz, gdy ją poznasz.

Nie podoba mi się ten pomysł. Nie chcę tam iść, bo wśród Polo­nii kopen­ha­skiej żyje pan Ste­fan, jedyna osoba, która łączy mnie z prze­szło­ścią. Nie mogę pozwo­lić, aby się dowie­dział, że tu się ukry­łam. Choć to on zain­spi­ro­wał mnie do przy­jazdu do Kopen­hagi i mimo że jest bar­dzo sym­pa­tycz­nym sta­rusz­kiem, przede wszyst­kim jest sąsia­dem Niko­dema i spo­tka­nie z nim ozna­cza zbyt wiel­kie ryzyko.

- W pią­tek dwu­dzie­stego siód­mego wrze­śnia o dzie­więt­na­stej - oznaj­mia pani Sara.

Dobrze, że nie w pią­tek trzy­na­stego, nie to, że jestem prze­sądna.

- Na spo­tka­nie przy­bę­dzie przed­sta­wi­ciel z amba­sady - cią­gnie nie­świa­doma tego, co dzieje się w mojej gło­wie. - I kilku wpły­wo­wych ludzi z duń­skiej Polo­nii.

Tym bar­dziej nie chcę tam pójść.

- Czego będzie doty­czyć ten odczyt? - rzu­cam, aby pod­trzy­mać kon­wer­sa­cję i nie wyjść na osobę nie­kul­tu­ralną.

- Dok­tor Szmida będzie mówiła na temat zasłu­żo­nych osób wśród duń­skiej Polo­nii.

- Będzie mówiła o pani? - pytam, zer­ka­jąc na sta­ruszkę.

- Nie. - Śmieje się. - Przy­naj­mniej nic mi o tym nie wia­domo. Pre­lek­cja wydaje się cie­kawa i chcia­ła­bym jej posłu­chać. Myślę, że i tobie takie wyj­ście do ludzi dobrze zrobi.

Mam w tej spra­wie odmienne zda­nie. Muszę szybko wymy­ślić jakąś wymówkę, to zbyt ryzy­kowne, by tam iść.

- Nie­zbyt inte­re­suję się histo­rią - mówię.

To nie do końca prawda, nie jestem wielką pasjo­natką, ale też nie igno­rantką. Po minie pani Sary widzę, że nie spo­dzie­wała się takiej odpo­wie­dzi. Widocz­nie ma o mnie lep­sze zda­nie.

- Och, to nie­do­brze. - Kręci głową. - Histo­ria to toż­sa­mość czło­wieka, wy, mło­dzi, nie może­cie o tym zapo­mi­nać. - Spo­gląda mi w oczy i dodaje: - Odczyt będzie połą­czony z degu­sta­cją wina, obwią­zuje strój wie­czo­rowy.

Myśli, że tym mnie prze­kona? Alko­hol, modne stroje... Może jed­nak nie ma o mnie tak dobrego zda­nia, jak sądzi­łam.

- I tak nie mam się w co ubrać - stwier­dzam, spo­glą­da­jąc na nią.

- Żadna kobieta nie ma. - Nabija na widel­czyk ostat­nią por­cję ciastka. - Ale to naj­mniej­szy pro­blem. - Kła­dzie dłoń na moim nad­garstku. - O to się nie martw, kupimy coś odpo­wied­niego na tę oka­zję. Chęt­nie odwie­dzę z tobą kilka skle­pów, przy­po­mnę sobie, jak to miło jest się stroić. Jestem pewna, że wybie­rzemy coś szy­kow­nego.

Nie komen­tuję tej uwagi, pośpiesz­nie szu­kam jakichś argu­men­tów, które pozwolą mi zostać w domu, ale żadne wytłu­ma­cze­nie nie przy­cho­dzi mi do głowy.

- Jeśli chcesz, możemy nawet jutro pójść na zakupy - pro­po­nuje.

Chyba w ogóle nie bie­rze pod uwagę innej moż­li­wo­ści. Jak sama na wózku ma się tam dostać? A kto ma jej tej pomocy udzie­lić, jeśli nie opie­kunka? W końcu za to mi płacą, nie mogę o tym zapo­mi­nać.

- A na tym wie­czo­rze w insty­tu­cie będzie dużo osób? - Spo­glą­dam na nią.

- Wej­ście tylko z zapro­sze­niami - infor­muje. - Więc nie martw się, nikt nie­wła­ściwy się tam nie dosta­nie.

W jej spoj­rze­niu widzę zro­zu­mie­nie. Już kilka razy to dostrze­głam, niemą suge­stię, znak, że domy­śla się, że spo­tkało mnie coś złego. Ni­gdy nie pytała, dla­czego wybra­łam pracę jej opie­kunki i czy mam zamiar kie­dyś poje­chać na urlop i odwie­dzić bli­skich. Zapewne w życiu sama miała tajem­nice, któ­rymi nie chciała się dzie­lić z innymi. Dys­kre­cja pani Sary jest mi na rękę, a jej empa­tia daje mi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa.

- To co z tym tournée po skle­pach? Dasz się namó­wić? - Odsuwa od sie­bie pusty tale­rzyk i fili­żankę.

- Tak - zga­dzam się, posy­ła­jąc jej uśmiech. - Może w następ­nym tygo­dniu?

Kopen­haga to nie Orchó­wek, mało praw­do­po­dobne, żeby pan Ste­fan przy­szedł na ten odczyt, a skoro obo­wią­zują wej­ścia z zapro­sze­niami, to tym bar­dziej szanse, że się spo­tkamy, maleją. Zapewne zapro­szone zostały tylko osoby najbar­dziej wpły­wowe w spo­łecz­no­ści duń­skiej Polo­nii, a pan Ste­fan jedy­nie pro­wa­dzi hostel. Jeśli nawet przyj­dzie, nie wia­domo, czy mnie w ogóle pamięta i czy roz­po­zna po tak dłu­gim cza­sie. Byłam u niego pół roku temu, w nocy, roz­czo­chrana, w domo­wych ciu­chach, teraz będę ele­gancka i zupeł­nie inna niż tamta ja. W razie naj­gor­szego wszyst­kiemu zaprze­czę, powiem, że musiał mnie z kimś pomy­lić. Tak czy ina­czej, jeśli będzie na tym spo­tka­niu wielu ludzi, jak prze­wi­duje pani Sara, łatwo wto­pię się w tłum.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki