Prolog
Prolog
Kopenhaga
Droga z Tingbjerg w kierunku centrum
Rower leżał na poboczu, tylne koło było wygięte do góry, łańcuch
przysypany żwirem, a wiklinowy koszyk zwisał z wykrzywionej kierownicy.
Kierowca volvo zwolnił, choć i tak jechał powoli, nie więcej niż
trzydzieści na godzinę, bo właśnie wychodził z ostrego zakrętu. Kolor
ramy roweru przyciągnął jego uwagę, soczysta mięta. Znał się na barwach
jak mało który mężczyzna, był projektantem w jednym z największych
kopenhaskich domów mody. Stylowa zieleń ramy kontrastowała z jaskrawą
żółcią w tle.
Jego serce na moment zamarło, włączył światła awaryjne i zatrzymał
samochód, w niebezpiecznym miejscu, tuż za zakrętem. Wyskoczył z auta,
drobne krople deszczu migotały w blasku włączonych reflektorów, kiedy
przebiegał przed maską. Zatrzymał się przy rowerze i zastygł bez ruchu.
Spod żółtej peleryny wystawały nogi kobiety. Nie mylił się, pierwsze
wrażenie okazało się tym właściwym. Ktoś jest ranny i potrzebuje
natychmiastowej pomocy. Nachylił się nad ofiarą wypadku, chwycił za
ociekającą deszczem pelerynę, przewrócił kobietę na plecy.
Młoda i martwa twarz. Przyszło mu na myśl, że kobieta musiała podobać
się facetom, chociaż teraz niewiele zostało z jej atrakcyjności.
Pęknięta czaszka, zasychająca krew na skórze skroni i włosach - w jednej
sekundzie zrozumiał, że jest już za późno. Niekontrolowany cichy jęk
wydobył się z jego ust, wiedział, że ten obraz pozostanie z nim na
długo.
Zaczął klepać się po klatce piersiowej w poszukiwaniu telefonu
komórkowego, po chwili wyjął smartfon z wewnętrznej kieszeni płaszcza.
Już miał wybrać numer alarmowy, gdy nagły impuls zablokował ruch jego
palca po wyświetlaczu.
A jeśli mu nie uwierzą? Jeśli policja uzna, że to on potrącił kobietę?
Nie powinien się w to mieszać. Jej nikt już nie pomoże, a jemu może
tylko zaszkodzić. Jest znaną i wpływową osobą, nie potrzebuje problemów,
wizyt na policji, zeznań w sądzie. Jeżeli teraz odjedzie, nikt się nie
dowie, że tu był, a za dwadzieścia minut zaszyje się w swoim przytulnym
apartamencie w centrum Kopenhagi. Mógł słuchać muzyki, być skupionym na
drodze, nie patrzeć na boki, poza tym się ściemnia, dosłownie za kilka
chwil zapadnie zmrok, widoczność jest utrudniona. Nie jest
spostrzegawczą osobą, siąpi deszcz, po prostu nie zauważył roweru ani
ciała kobiety na poboczu. Jutro rano ma lot do Nowego Jorku, fashion
week, na który czekał od wielu tygodni. Kto wie, czy zeznania w sprawie
wypadku nie zatrzymają go w kraju, a na to nie może sobie pozwolić. To
nie jego sprawa, ktoś, kto potrącił kobietę, uciekł z miejsca wypadku,
za to grozi więzienie, ale on nie ma z tym nic wspólnego.
Pośpiesznym krokiem wrócił do samochodu, wyłączył światła awaryjne i ruszył przed siebie. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej. Co chwilę
zerkał we wsteczne lusterko, jakby się bał, że nagle ktoś pojawi się za
nim. Na szczęście nikt nie jechał, być może kolejny kierowca, tak jak on
kilka minut wcześniej, z ciekawości zatrzymał się przy kobiecie, a poza
tym to mało uczęszczana droga.
To spostrzeżenie sprawiło, że niepokój znów dorwał mu się do gardła. To
nie mógł być wypadek. Wychodząc z ostrego zakrętu, nie jedzie się
szybko, mało prawdopodobne, żeby śmiertelnie potrącić rowerzystę, co
najwyżej lekko zranić. Oczywiście bywają wyjątki, ale jakiś wewnętrzny
głos podpowiadał mu, że ktoś celowo to zrobił. Wjechał w kobietę, bo
chciał ją zabić. Być może jego podświadomość zarejestrowała drobny
szczegół, ulotne wrażenie, które jasno wskazywało na morderstwo, a nie
nieszczęśliwy wypadek? Teraz nie potrafił sobie przypomnieć, nazwać po
imieniu, ale czuł, że w tamtym miejscu zdarzyło się coś złego.
Nacisnął pedał gazu, nie chciał już wracać myślami do martwej kobiety,
tylko jak najszybciej znaleźć się w domu. Wziąć ciepłą kąpiel i zapaść
się w miękki fotel z kieliszkiem bourbona w dłoni. Jutro o tej porze
będzie wysoko, w przestworzach nad Oceanem Atlantyckim, z dala od
Kopenhagi i przyziemnych spraw.
Z przeciwnej strony nadjeżdżała biała furgonetka. Poczuł, że się poci.
Był dobrych kilka kilometrów od miejsca zdarzenia, po drodze minął parę
zjazdów. Kierowca busa jechał szybko, wątpliwe, żeby zwrócił na niego
uwagę. Poza tym wcale nie musi kierować się w tamtą stronę i natrafić za
kilka minut na martwą dziewczynę na poboczu. I, do cholery, przecież
jest niewinny, dlaczego martwi się, że ktoś go widział, oskarży o morderstwo lub nieudzielenie pomocy?
Skręcił w kierunku swojego osiedla, starł pot z czoła, wyłączył
ogrzewanie, sięgnął po pilota i otworzył bramę do podziemnego garażu. A jeśli ta kobieta jeszcze żyła, a jego telefon mógł jej pomóc? To
niemożliwe, przecież widział jej twarz, była martwa. Po co wybrał tamtą
drogę, teraz ma tylko przez to wyrzuty sumienia. Wiedział, że nie
zagłuszy ich lampka najlepszego trunku. Zaparkował samochód, wyłączył
silnik i wysiadając z auta, zauważył, że do butów ma poprzyklejane
liście. Wdepnął w nie tam, w miejscu morderstwa. Zrobiło mu się
niedobrze. Może liście trzymają się na lepkiej i gęstej krwi tamtej
kobiety?
Odruchowo zaczął wycierać buty o kratkę kanalizacyjną, by pozbyć się
brudu. A jeśli zostawił ślady podeszew swoich butów na innych liściach,
odciski palców na pelerynie denatki? Musi się uspokoić, nie ma nic
wspólnego z tamtym zdarzeniem, nie jest winny jej śmierci. Padający
deszcz zmyje ślady jego obecności, może być spokojny. Chociaż ruszając w stronę windy, wiedział, że ten wieczór nie będzie należał do łatwych. I wszystko przez nieznajomą dziewczynę, kobietę, która dzisiaj nie wróci
do domu, której ktoś niebawem zacznie szukać, a może nawet już szuka.
Jeszcze dziś wieczorem, najpóźniej jutro, zostanie odnaleziona, a świat
jej bliskich legnie w gruzach.
Kim była? Dlaczego ktoś ją zabił? I kim jest morderca? Pytania bez
odpowiedzi były czymś, czego nie znosił, za to one uwielbiały jego.
Wiedział, że nie zazna spokoju, dopóki nie pozna prawdy.
Lena
Lena
11 września 2019
Kopenhaga
Siadam na łóżku z bijącym sercem. Kręci mi się w głowie, pokój przed
moimi oczami wiruje, coś mnie zbudziło, jakiś hałas. Dźwięk tłuczonego
szkła? Ktoś rozbił szybę i wtargnął do domu?
Gwałtownie podrywam się z pościeli, serce wali z zawrotną prędkością,
krew pulsuje w uszach, znów zawrót głowy, za szybko wstałam,
przytrzymuję się szafy, żeby nie upaść. Łapię równowagę i na koszulę
nocną zarzucam szlafrok leżący na fotelu. Pasek wypadł ze szlufek, ale
nie mam czasu się po niego schylać. Powinnam uciekać. Głos w mojej
głowie łomocze z coraz większą siłą. Znaleźli mnie, wiedziałam, że
kiedyś to nastąpi. Nigdy i nigdzie nie będę bezpieczna. Ukradli mi
przyszłość i nic tego nie zmieni.
Drzwi do mojego pokoju nie mają zamknięcia, a nawet gdyby, dla nich to
żadna przeszkoda. Podbiegam do okna i odsłaniam rolety. Świta. Blade
promienie słońca muskają fasadę kamienicy po przeciwnej stronie ulicy.
Mój pokój znajduje się na zaadaptowanym poddaszu, nie uda mi się tędy
uciec. To już koniec. Jak w ogóle byłam w stanie choć przez chwilę
myśleć, że mogę spać spokojnie po tym, co się zdarzyło? Przeklinam
siebie za naiwność. Uciekać! Powinnam się na tym teraz skupić. Ale jak i dokąd? Może się schować? W szafie, pod łóżkiem, na balkonie?
W popłochu rozglądam się po pokoju, z korytarza dobiega odgłos
przesuwanego po podłodze szkła. Żadnych rozmów, kroków, nikt po mnie nie
idzie? Otwieram drzwi i wyglądam na korytarz. Szur, szur, szur, tępy
odgłos dochodzący z dołu, spokojny, wręcz nienaturalnie powolny. Na
palcach podchodzę do szczytu schodów i widzę kawałki szkła na deskach, a potem słyszę pochlipywanie. Cichy szloch. A więc to nie oni? Nie ma tu
nikogo oprócz mnie i pani Sary?
Zbiegam po schodach i dostrzegam ją na środku salonu, siedzi na swoim
wózku inwalidzkim i w ręku ściska trzonek miotły.
- I na dodatek jeszcze ciebie zbudziłam - mówi, podnosząc na mnie wzrok.
- Pani Saro, co się stało? - pytam, kucając przed nią.
Chwytam za jej dłonie, są zimne i pomarszczone.
- Rozbiłam wazon - mówi. - Ten po prababce Larsa, to był Holmegaard -
dodaje, spoglądając na mnie smutno. Przywołuje najstarszą hutę szkła w Danii, słynącą z wysokiej jakości przedmiotów o ponadczasowej i eleganckiej formie, już kilkukrotnie opowiadała mi historię tego wazonu.
- Ale niezdara ze mnie. Ręce się trzęsą, a chciałam słoneczniki wstawić
do wody, wczoraj wieczorem S?ren przyniósł.
Ma na myśli sąsiada spod szóstki. Emerytowanego profesora nauk
społecznych, wieloletniego przyjaciela pani Sary i jej męża Larsa. Pani
Sara uważa, że słoneczniki są najpiękniejszymi kwiatami na świecie, gdy
tylko jedne uschną, w wazonie pojawiają się kolejne.
- Są jak słońce, nie znam osoby, która nie uśmiecha się na ich widok.
Mówi tak za każdym razem, gdy układa z nich świeży bukiet i stawia w swoim ulubionym wazonie, którego kolorowe fragmenty leżą teraz pod moimi
gołymi stopami.
- Proszę mi to dać. - Biorę od niej zmiotkę i pochylam się nad rozbitym
wazonem.
- Włóż kapcie - prosi. - Jeszcze wdepniesz w odłamek szkła.
Posłusznie wbiegam do swojego pokoju i wsuwam na nogi klapki.
- Wobec starości człowiek jest taki bezradny - mówi, kiedy znów jestem
na dole.
Pani Sara z natury jest pogodną osobą, rzadko kiedy bywa smutna czy
przygnębiona, ale czasem jakieś wydarzenie zakłóca jej życiowy zen i potrzebuje kilku godzin, by znów wrócić do dobrej formy. Mówi wtedy, jak
ważne jest życiowe hygge. Słyszałam o tym terminie, ale nie sądziłam,
że naprawdę tak często to słowo jest wypowiadane w Danii. Pani Sara
właściwie w każdej sytuacji wtrąca je do naszych rozmów, sprawnie
zastępując nim kilka polskich przymiotników, jak "przyjemny",
"przytulny", "urokliwy", teraz też rozwodzi się na ten temat. Zastygam z miotłą w dłoni i zerkam na nią, zastanawiając się, co by zrobiła, gdyby
była na moim miejscu. Czy w mojej sytuacji też umiałaby odnaleźć
hygge?
A może zaryzykować i zdobyć się na szczerość wobec niej? Przyznać się,
co zrobiłam, z jakiego powodu kilka miesięcy temu przyjechałam do Danii
i zdradzić, dlaczego muszę się ukrywać? Zrzucić z siebie ten cały
ciężar, wygadać się... Tylko czy ona potrafiłaby mnie zrozumieć?
- Smucisz się? - pyta nagle. - Z powodu tego wazonu?
- Nie - protestuję, podnosząc się z kolan.
Emocje wyryte na mojej twarzy nie mają nic wspólnego ze zbitym wazonem,
chciałabym mieć tylko takie problemy.
- Na targu staroci kupimy nowy. - Uśmiecham się, wyrzucając zawartość
szufelki do kubła na śmieci.
Mój puls zwolnił, nadal jestem bezpieczna, ukryta w domu staruszki w centrum Kopenhagi. Tu, w jej obecności, nic mi nie grozi, mogę się
uspokoić. Odkładam szufelkę do szafki w przedpokoju i ruszam w stronę
kuchni.
W pomieszczeniu czuć zapach ryby i cebuli, które wczoraj pani Sara jadła
na kolację. Podchodzę do okna i otwieram je na oścież, wpuszczając
rześkie powietrze do mieszkania. Opłukuję ręce nad zlewem i sięgam po
płócienną szmatkę z napisem po duńsku: hav en god dag znaczącym:
miłego dnia. Mimo że pobudka była nieprzyjemna, to będzie dobry dzień,
obiecuję sobie w myślach.
- Zrobię nam śniadanie, a potem pójdziemy na spacer - mówię, wyjmując
pieczywo z chlebaka. - Zapowiada się piękny dzień, trzeba to
wykorzystać.
- Sernik i kawa - wtóruje mi starsza pani, pojawiając się w progu.
- I to mi się podoba.
Odwracam się w jej stronę. Szeroki uśmiech na jej twarzy sprawia, że od
razu czuję się lepiej. Doceniam każdą chwilę spędzoną w obecności tej
wesołej staruszki, choć nawet przez moment nie potrafię zapomnieć,
dlaczego tu się znalazłam. Nie można przejść do porządku dziennego nad
tym, że zabiło się człowieka.
Emil
Emil
11 września 2019
Kopenhaga
Szpital, w którym pracuję, jest jednym z najnowocześniejszych w Danii,
numer jeden w Kopenhadze. Okulistyka na światowym poziomie, coś, o czym
w Polsce mogłem tylko pomarzyć. Zespół lekarzy i pielęgniarek to
międzynarodowe środowisko, nie czuję się więc tu obco. Każdy ma ten sam
problem - adaptacja, trudności językowe i życie z dala od swojego kraju.
Wynajmuję mieszkanie niecałe dziesięć minut pieszo od szpitala.
Niewielkie studio z widokiem na kanał Sortendams. Gustowne, przytulne i jasne. Jak większość mieszkańców, po Kopenhadze poruszam się rowerem.
Przeprowadzka do Danii, na którą zdecydowałem się pod wpływem impulsu -
była reakcją na propozycję, złożoną mi przez Martina, mojego kolegę z Sofii, także lekarza okulistę - okazała się śmiałym krokiem w kierunku
zmian w moim życiu. Chciałem, aby nastąpił moment zwrotny i nie chodziło
tylko o wyższe zarobki czy lepsze możliwości w podnoszeniu kwalifikacji
zawodowych, lecz także otwarcie na nowo w kwestiach osobistych. Marazm,
w jakim żyłem, sprawiał, że gnuśniałem. Celowe wprowadzenie bałaganu do
poukładanego życia czasem ma sens. Zależało mi, aby podobnym do siebie
dniom nadać nowy koloryt.
A przede wszystkim chciałem zapomnieć o Lenie. Dziewczynie, która nagle
zniknęła z mojego życia. Z dnia na dzień, bez słowa pożegnania,
wyjaśnienia, zostawiając pustkę w moim sercu, swoje osobiste rzeczy w naszym mieszkaniu i całą masę pytań bez odpowiedzi. Jednak przyjeżdżając
tu kilka miesięcy temu, nie sądziłem, że tak szybko spotkam nową
kobietę, z którą zacznę układać sobie życie.
Młoda pielęgniarka, także Polka, była spragniona zmian i potrzebowała
seksu równie mocno jak ja. Do łóżka poszliśmy na drugiej randce, a potem
pozwoliłem jej wpadać do mnie, kiedy tylko miała na to ochotę. Od ponad
trzech miesięcy jesteśmy parą, nie zdecydowaliśmy się zamieszkać razem,
choć to byłoby finansowo najlepszym rozwiązaniem, zważywszy na fakt, że
i tak większość czasu spędzamy w klinice. Ostatnio nawet kilka razy o tym wspomniała, ale nie podjąłem wątku. Uważam, że jest za wcześnie na
jakiekolwiek deklaracje, a wspólne mieszkanie jest pewnego rodzaju
granicznym punktem, początkiem nowego etapu, na który mamy jeszcze czas.
Dzisiaj to ona zaprosiła mnie do siebie na kolację, zapewne ze
śniadaniem. Z chęcią pozwolę jej zająć się sobą.
Wychodzę z kliniki kilka minut po osiemnastej i od razu dzwonię do niej.
- Cześć, kotku - odzywa się, a w oddali słyszę, jak coś skwierczy na
patelni.
- Robisz steki? - pytam.
- Jak zawsze - kwituje. - Dobrze wysmażone dla mnie i krwiste dla
ciebie. Możesz kupić wino, czerwone wytrawne, w tym sklepie na rogu
mojej ulicy?
- Jasne - mówię, przyciskając telefon uchem do ramienia, a ręką wpisuję
kod w zapięciu od roweru.
Odpinam go, chowam zabezpieczenie do plecaka, cały czas słuchając jej
wywodu na temat naszego kilkudniowego wspólnego wyjazdu do Polski.
Pracuję zbyt krótko, by móc pozwolić sobie na pełnowymiarowy urlop tak
jak ona, ale trzy lub cztery dni mam w planach.
- Zatrzymalibyśmy się w Międzyzdrojach - ciągnie.
Brzękają jakieś naczynia, z kranu leje się woda. Nie lubię, gdy włącza
głośne mówienie, zazwyczaj proszę, aby przerzuciła się na słuchawkę, ale
teraz nie robię tego, i tak mam zamiar za chwilę skończyć rozmowę.
- A potem wpadłbyś do mnie do Szczecina - rzuca. - Poznałbyś moją
rodzinę.
- Pogadamy o tym, jak przyjadę - przerywam jej. - Wsiadam właśnie na
rower.
Żegnam się i chowam telefon do kieszeni spodni. Nie podoba mi się plan
wizyty w jej rodzinnym domu. Niby nic, ale tak jak w przypadku wspólnego
zamieszkania, to także pewnego rodzaju linia graniczna, niepisana
deklaracja, że coś dla siebie znaczymy, mamy wobec siebie poważne plany
i niech dowiedzą się o naszym istnieniu nasi bliscy. Nie mam ochoty
poznawać jej rodziny. Nie na tym etapie związku, nie teraz.
Zarzucam plecak na ramiona i wjeżdżam na Sortedam Dossering, drogę
biegnącą wzdłuż kanału. Wrzesień jest wyjątkowo ciepły, choć co kilka
dni niespodziewanie nad miastem przechodzi ogromna zlewa. Duńska pogoda
nie jest tak beznadziejna, jak można by się spodziewać, być może zmienię
zdanie, gdy przyjdzie deszczowa jesień, ale jak do tej pory nie mogę
narzekać.
Jeszcze nie wiem, jak długo zostanę w Danii, kontrakt ze szpitalem
podpisałem na trzy lata, z możliwością skrócenia lub przedłużenia
pobytu; to dość elastyczna forma zatrudnienia, która jest mi na rękę. Od
października wraz z Martinem mamy w planach zapisać się na intensywny
kurs duńskiego. Obecnie znam tylko podstawowe zwroty, a język brzmi
niczym bełkot nawiedzonego przez złe duchy człowieka. Czarno widzę moje
sukcesy w tej kwestii, ale dam sobie i duńskiemu szansę.
Przejeżdżam trasą rowerową na drugą stronę kanału i staję na czerwonym
świetle. Ruch jest duży, popołudniowe godziny szczytu, w słuchawkach
przyjemnie gra Miles Davis, gdy nagle dziewczyna po przeciwnej stronie
ulicy przykuwa moją uwagę. Dosłownie świat na moment zamiera, jesteśmy
tylko ona i ja. Auta jeżdżące w jedną i drugą stronę stanowią jedynie
tło dla spektaklu, który odgrywa się przed moimi oczami. Nie ma
wątpliwości, nie mogę się mylić, to ona, Lena. Pewnego dnia wyszła i już
nie wróciła, a teraz idzie chodnikiem po drugiej stronie ulicy, zwinnie
przemykając pomiędzy kałużami po wczorajszej zlewie. Włosy wirują na
wietrze i choć nie widzę jej twarzy, nie mam cienia wątpliwości, to
Lena.
Jak to w ogóle możliwe? Co ona tutaj robi? Może jednak się mylę i to
tylko podobna do niej dziewczyna? Ale ten sam krok, sylwetka. Nagle się
odwraca, jakby wyczuła, że ktoś jej się przygląda. Doskonale widzę jej
twarz, Lena Romanowska, dziewczyna, w której powoli zaczynałem się
zakochiwać i która nie dała nam szansy, abyśmy sprawdzili, czy to, co
się między nami dzieje, jest prawdziwe. Muszę ją zatrzymać, poznać
odpowiedzi na te wszystkie pytania, które nie opuszczały mnie przez
długie tygodnie.
- Lena! - krzyczę. - Lena!
Jednak szum jadących aut i gwar ulicy nie pozwalają moim słowom dotrzeć
do niej. Wyjmuję pośpiesznie telefon z kieszeni i robię zdjęcie. Nie
złapałem ostrości, sylwetka dziewczyny uchwycona jest w ruchu, ale nie
mam wątpliwości. To Lena. Nieświadoma tego, że ją obserwuję, schodzi do
stacji metra ?sterport, znikając mi z oczu.
- Szlag - klnę pod nosem.
Nie może mi teraz uciec, nie, gdy ją odnalazłem. Nerwowo podryguję nogą,
wściekły, że czerwone światło wciąż świeci. Gdy wreszcie zmienia się na
zielone, ruszam, przecinam ulicę i zeskakuję z roweru. W pierwszej
chwili mam zamiar rzucić go i pobiec za Leną na stację metra, ale
rozsądek zwycięża. Nie chciałbym, aby ktoś ukradł mi mój nowy nabytek.
Choć mówią, że tutaj nikt rowerów nie kradnie, wolę nie ryzykować.
Pośpiesznie przykuwam go do stojaka i puszczam się biegiem w dół.
Rozglądam się na boki, ale nigdzie jej nie widzę. Nie mam karty do
metra, nie mogę przekroczyć bramek, podbiegam do automatu z biletami i wtedy znów ją zauważam. Nie widzi mnie, wsiadła już do wagonika, stoi
oparta o okno i szuka czegoś w torebce. Drzwi zamykają się i kolejka
odjeżdża wraz z nią.
- Kurwa - klnę głośno.
Przechodnie zerkają na mnie, a wypychane przez kolejkę powietrze połyka
kolejne słowa wściekłości wydobywające się z moich ust. Uciekła mi, nie
udało mi się jej dogonić, ale jednego jestem pewien, to ona. I jakkolwiek brzmi to niewiarygodnie, Lena ukrywa się w Kopenhadze. A ja
zrobię wszystko, by ją odnaleźć.
Nikodem
Nikodem
11 września 2019
Jezioro Powidzkie
Biszkopt kopie kolejną dziurę w ziemi. Ostatnio takie niefrasobliwe
zajęcie sobie znalazł mój przyjaciel labrador. Całe dnie spędza w ogrodzie, robiąc szkody, na które wcześniej mu nie pozwalałem, a teraz
mu w tym nie przeszkadzam. Psiak cieszy się powrotem do dawnego życia,
zupełnie tak jak ja. Od kilku miesięcy znów mieszkam w domu nad
jeziorem, choć myślałem, że to już niemożliwe. Ale nie dla mojej matki.
Dla niej nie ma rzeczy niemożliwych.
Gdy kilka miesięcy temu mój ojciec oznajmił, że sprzedał działkę z domkiem nad Jeziorem Powidzkim, myślałem, że to koniec. Wszystkie moje
grzechy ukryłem w tym miejscu, moim skrawku ziemi i nie wyobrażałem
sobie życia gdzie indziej. Nie mogłem do tego dopuścić, ale było już za
późno, ojciec wymachiwał mi przed nosem umową sprzedaży i z dumną miną
opowiadał, jaki niebywały interes zrobił, pozbywając się tej ziemi.
Miliony scenariuszy przewijały się w mojej głowie, a każdy wskazywał na
moją szybką i nieuniknioną śmierć. Nie miałem zamiaru gnić w więzieniu,
a wiedziałem, że lada dzień to nastąpi. Odkryją, co zrobiłem, poznają
moją tajemnicę i wsadzą mnie za kratki. To zabije matkę - prawda o mnie
będzie ciosem, z którego się nie podźwignie, nie chciałem tego oglądać.
Dlatego postanowiłem załatwić sprawę po swojemu. Jednak skończenie z samym sobą wymaga od człowieka nie tyle determinacji, ile fizycznej
siły, a ja nie byłem w stanie wstać z łóżka, a co dopiero się zabić.
Ogarnęły mnie dziwny paraliż i niemoc. Wiedziałem, że pierwszy szok
minie, zbiorę się w sobie i stanę na wysokości zadania. Potrzebuję kilku
dni i zrobię to. Raz, a dobrze. Leżałem, wpatrując się w sufit i wyobrażając sobie, w jaki sposób nastąpi mój koniec. Biszkopt położył
się obok łóżka, zerkając na mnie za każdym razem, gdy przewracałem się z boku na bok. Odnosiłem wrażenie, że wie, co zamierzam zrobić. Jakimś
szóstym zmysłem, psim instynktem rozszyfrował mnie i dlatego nie
opuszcza na krok.
Wieczorem przyszła do mnie matka.
- Nikoś, tak bywa, ta dziewczyna... - powiedziała, siadając obok mnie na
łóżku. Wiedziała, że nie lubię, jak mówi o niej bezosobowo. - Lena -
poprawiła się, odchrząkując. - Nie była dla ciebie. Kiedy w końcu to
zrozumiesz?
Patrzyłem niemo w sufit.
- Synku... - Zaczęła gładzić moją rękę przez kołdrę. - Czas leczy rany,
zobaczysz, wszystko się ułoży.
- Ojciec - wydusiłem z siebie. - Ojciec sprzedał dom.
- Och! - Wypuściła głośno powietrze z płuc. - Miał ci tego nie mówić.
Wezbrała we mnie złość na matkę, ale nawet nie miałem siły, aby to
okazać. Traktowała mnie jak chorego umysłowo, chciała decydować za mnie
w każdej kwestii, zawsze lepiej wiedziała, czego potrzebuję i co jest
dla mnie dobre. Zamknąłem oczy.
- Jeśli o to chodzi, uważam, że tak będzie lepiej, pozbycie się tego
parszywego miejsca, które stale przypomina ci tamtą dziewczynę -
zaczęła. - Tę oszustkę Lenę...
- Wyjdź! - krzyknąłem, przerywając jej. - Chcę pobyć sam!
Byłem na nią, na nich, wściekły.
- Nikoś! - Znów próbowała dotknąć mojej ręki.
- Mamo, wyjdź!
Powiedziałem to ostrym tonem, miałem ochotę użyć innych słów, dużo
wulgarniejszych, i gdyby wtedy nie opuściła posłusznie pokoju, tak
pewnie bym zrobił. To ona wszystko popsuła. Jeśliby nie wsadzała nosa w nie swoje sprawy, Lena nadal byłaby ze mną. A tak - uciekła, zostawiając
pustkę w moim życiu. Nie chciałem i nie potrafiłem się z tym pogodzić.
Nie tylko radość, lecz także grzech jest łatwiej dzielić z kimś na pół,
jak mówi stara piosenka.
Następnego dnia czekałem, żeby matka wyszła z domu - ojciec już dawno
wybył do pracy. Około południa usłyszałem, jak zamyka drzwi i wsiada do
samochodu. Przypuszczałem, że jedzie odwiedzić ciotkę w domu spokojnej
starości, zazwyczaj wpadała do niej w poniedziałki.
Wstałem z łóżka, odprowadziłem wzrokiem jej samochód i kucnąłem, by
pożegnać się z Biszkoptem. Wtedy naprawdę uważałem, że widzę go ostatni
raz w życiu. Był moim najlepszym przyjacielem i mocno ubolewałem, że
nadszedł kres naszej relacji. Jednak nie miałem wyjścia, nie było Leny,
nie było domku nad jeziorem, nie mogło być już także mnie.
Przed wyjściem celowo zamknąłem Biszkopta w domu, wiedziałem, że gdy
ojciec wróci, wścieknie się. Nie znosił, gdy pies zostawał sam, czasem
zdarzało się, że zrobił jakąś szkodę, ale w tamtej chwili chciałem, żeby
właśnie tak się stało. Matka obroni Biszkopta, nic złego go nie spotka,
natomiast ojcu popsuje to humor, a potem będzie tylko gorzej. Dotrze do
nich wiadomość, że ich syn popełnił samobójstwo. Pierworodny wziętego
prawnika, a skończył tak marnie. Jego nazwisko okryje się wstydem, ale
zasłużył sobie na to. Gdyby nie był tak surowy w wychowaniu i szorstki w obyciu, nie byłbym tym, kim się stałem. To przez niego zawsze czułem się
jak wybrakowany towar.
Chciałem zrobić to nad jeziorem, skończyć ze sobą w miejscu, które na
zawsze naznaczyło moje życie. Wiedziałem, że domek jest pusty, ojciec
potrzebował kilku dni, aby zabrać stamtąd nasze rzeczy, nowy właściciel
jeszcze nie zdążył się wprowadzić. Gdy zaparkowałem przed bramą, trzęsły
mi się ręce. Już kilka razy próbowałem targnąć się na życie, ale tamtego
dnia uważałem, że tym razem nikt ani nic nie pokrzyżuje mi planów.
Jednak stało się inaczej. Nie zdążyłem zacisnąć stryczka na szyi, gdy
matka zjawiła się za moimi plecami.
- Nikodem, Matko Najświętsza! - Podbiegła i chwyciła mnie w pasie. Byłem
od niej wyższy i silniejszy, ale jej obecność mnie zaskoczyła. -
Wiedziałam, wiedziałam, że trzeba mieć na ciebie oko, jak dobrze, że
posłuchałam intuicji. - Potok słów wylewał się z niej, mieszając ze
szlochem. - Gdzie popełniłam błąd? Co zrobiłam nie tak?! - lamentowała.
Zrobiło mi się jej szkoda i o ile ojciec zasługiwał na bolesny cios, o tyle ona nie powinna go otrzymać. Mimo swojej nadopiekuńczości i wszystkich wad była jedyną osobą, której na mnie zależało. Temu, jaki
się stałem, winien był ojciec, nie ona.
W kwestii Leny oczywiście to była matki sprawka; gdyby nie wtrącała się
do naszych relacji, może udałoby się ocalić nasze "razem". Wiedziałem,
że zrobiła to z troski o mnie. Wszystkie jej działania były podyktowane
chęcią stworzenia mi idealnego życia, tylko zapomniała, że wizje dziecka
i rodzica rzadko się pokrywają. Mimo wszystko nie poradziłaby sobie z poczuciem winy po mojej śmierci. Nie zasługiwała, żeby ją tak okrutnie
zranić. Objąłem ją i mocno przytuliłem.
Matka musiała mnie śledzić albo wynajęła do tego kogoś, mogła też
podrzucić nadajnik GPS do mojego auta, to wszystko byłoby bardzo w jej
stylu. W każdym razie tamtego dnia uratowała mi życie, a potem niemal
nie odstępowała mnie na krok. Wróciliśmy do Gniezna, postanawiając
zachować w tajemnicy to, co chciałem zrobić. Przekonywała, że z czasem
ból minie.
- Jeszcze będziesz szczęśliwy, zaufaj mi - mówiła. - Daj sobie czas, a wszystko się ułoży.
Drżałem na samą myśl o tym, co się stanie, gdy dom dostanie się w ręce
nowego właściciela, a moja tajemnica ujrzy światło dzienne. To zabije
matkę, nie miałem co do tego wątpliwości. Stało się inaczej.
Kilka dni po mojej nieudanej próbie samobójczej zjawiła się na progu
mojej sypialni i powiedziała z uśmiechem na ustach:
- Wszystko załatwiłam.
Zamknęła za sobą drzwi i podeszła do mojego łóżka.
- Słucham? - Spojrzałem na nią, nie do końca rozumiejąc, o co jej
chodzi.
- Możesz spać spokojnie. - Położyła rękę na moim ramieniu, a mnie
przebiegły dreszcze.
Ona wie. Na moment zrobiło mi się ciemno przed oczami. Uderzenie gorąca
i nagle przeszywający chłód. Trząsłem się w środku. Odkryła moją
tajemnicę. Odgadła, co zrobiłem i kim naprawdę jestem.
- Dom nadal należy do ciebie. - Uśmiechnęła się.
Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Milczałem, nie potrafiłem wydusić z siebie słowa.
- Do nas właściwie - poprawiła się, siadając obok mnie na łóżku. - Do
ojca, ściśle rzecz ujmując, ale generalnie do ciebie. - Znów uśmiech
zagościł na jej twarzy.
- Nie rozumiem - wymamrotałem, próbując rozwikłać, o co jej chodzi.
Ojciec sprzedał dom, pokazywał mi umowę, niemożliwe, aby znów należał do
nas.
- Wymagało to ode mnie trochę sprytu i zachodu - ciągnęła. - Ale czego
się nie robi, żeby mój synek był szczęśliwy! - Nie przestawała się
uśmiechać.
Opowiedziała, jak zadzwoniła do nowego właściciela i podzieliła się z nim historią, która skutecznie odwiodła go od pomysłu zakupu domu.
- "Jestem agentką nieruchomości", skłamałam - powiedziała. - "Zauważyłam
pana ofertę. Nadal jest pan zainteresowany zakupem domu nad jeziorem?",
zapytałam. "Nie", odpowiedział. "To nieaktualne, już kupiłem domek nad
Jeziorem Powidzkim". "O nie", przerwałam mu. "Tylko nie to!". "Nie
rozumiem?", zaniepokoił się i już wiedziałam, że mam go w garści. "Muszę
pana przestrzec przed tym miejscem! Niech pan wycofa się z zakupu. Czy
słyszał pan, co się tam stało?".
Gdy powiedziała te słowa, krople potu pojawiły się na moim czole. Ona
wie. Dowiedziała się, co się tam wydarzyło. Poznała sekret, który skrywa
dom nad jeziorem. Zamknąłem oczy i ściskałem kołdrę, aby nie zacząć
wrzeszczeć. Wszystko stracone, Lena uciekła, a matka odkryła moją
najmroczniejszą tajemnicę. Jakie to będzie miało dla mnie konsekwencje?
Mój mózg produkował najgorsze scenariusze, jednak znów byłem w błędzie.
- Oczywiście facet nie wiedział, co mam na myśli, więc przedstawiłam mu
katastroficzną wizję przyszłości jeziora - ciągnęła swoją opowieść. -
Gość nie jest stąd, więc nie słyszał o cofaniu się linii brzegowej, o fatalnym wpływie kopalni odkrywkowych na poziom wód w Jeziorze
Powidzkim, naopowiadałam mu samych strasznych rzeczy o tym miejscu. -
Teatralnym gestem uniosła oczy ku górze. - Wmówiłam mu, że kupił domek
nad jeziorem, które z czasem może przestać istnieć.
To prawda, Jezioro Powidzkie niknie w oczach, w ostatnim czasie linia
brzegowa cofnęła się o sześć metrów, a poziom wody obniżył o ponad dwa.
- Kto chciałby popełnić taki błąd i za kilka lat obudzić się na pomoście
pośród wyschniętej trawy? - W charakterystyczny dla siebie sposób
przekrzywiła głowę. - Podałam mu dla zmyłki kilka ciekawych lokalizacji,
które moje biuro ma w swojej ofercie i powiedziałam, że skontaktuję się
za kilka dni, żeby sprawdzić, czy coś wybrał - ciągnęła matka. - I tak
jak przypuszczałam, jeszcze tego samego dnia facet zadzwonił do ojca i zrezygnował z zakupu.
- Ale jak to? - przerwałem jej. - Przecież już podpisali umowę.
- Przedwstępną. - Posłała mi swój pokrzepiający uśmiech. - Mamusia nad
wszystkim czuwa. - Ścisnęła moją rękę. - Namówiłam ojca na sprzedaż, to
teraz naprawiłam swój błąd. - Dumnie uniosła głowę do góry. - W każdym
razie znów możesz tam zamieszkać, ale pod warunkiem, że ja wprowadzę się
na najbliższe tygodnie razem z tobą. Muszę mieć cię, synek, na oku. -
Spojrzała na mnie, jakbym znów miał osiem lat, a ona nadal była osobą,
wokół której kręci się mój świat.
Kolejny raz uratowała mi skórę i zwróciła coś, co nigdy nie powinno
trafić w obce ręce.
Lena
Lena
11 września 2019
Kopenhaga
Nadmorski klimat Danii bardzo mi służy. Odkąd tu mieszkam, moja skóra
jest nawilżona i nabrała zdrowego kolorytu. Zauważyłam, że niemal każda
Dunka ma naturalnie błyszczącą i jędrną cerę. Nawet taka staruszka jak
pani Sara nie może narzekać na zmarszczki. Chciałabym tak dobrze się
czuć i wyglądać w jej wieku. Pani Sara mieszka w Kopenhadze od ponad
siedemdziesięciu lat. Przyjechała z Polski po zakończeniu wojny, była
wtedy małą dziewczynką. Poznałam ją w nietypowy sposób, spadła mi z nieba niczym anioł i sprawiła, że mogłam ukryć się u niej bezpiecznie.
Kiedy pół roku temu przyjechałam do Danii, nie sądziłam, że zostanę
tutaj tak długo. Po tym, co odkryłam w domu nad jeziorem i po swojej
ucieczce ze szponów Nikodema, wynajęłam pokój w centrum Kopenhagi.
Potrzebowałam dużego, anonimowego miasta, gdzie nikt nie będzie zwracać
na mnie uwagi i nikogo nie zainteresuje moja przeszłość. Była to meta na
chwilę, zdawałam sobie z tego sprawę. Skromne oszczędności nie mogły
wystarczyć mi na długo, a nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić,
potrzebowałam pracy, pieniędzy i pomysłu na życie.
Pewnego wieczoru, gdy wracałam ze snucia się po mieście i bezowocnego
szukania pracy, usłyszałam z głośników kościoła polski język.
Zaciekawiona przeszłam na drugą stronę ulicy i weszłam do środka. Jak
się okazało, wieczorne msze w kościele Świętej Anny odbywały się po
polsku. Akurat nabożeństwo się skończyło, wychodzili ludzie, światła
jedno po drugim gasły, a ja rozważałam, czy nie zaczepić którejś z kobiet i nie zapytać o pracę. Jak do tej pory jedynie odbijałam się od
drzwi. Bez znajomości duńskiego nie chcieli mnie przyjąć w kawiarni ani
sklepie. Oczywiście mogłam pracować na zmywaku albo w roli sprzątaczki,
ale chciałam dać sobie jeszcze kilka dni na znalezienie czegoś lepiej
płatnego.
Stojąc za ciężką, atłasową zasłoną, patrzyłam, jak kobiety wychodzą,
szepcząc do siebie. Nie widziały mnie, może gdyby któraś zaczepiła mnie
wzrokiem, byłoby mi łatwiej zrobić pierwszy krok. Za długo zwlekałam, aż
po chwili zostałam sama w przedsionku. Wtedy zauważyłam korkową tablicę
ogłoszeń, gdzie oprócz mnóstwa propozycji wyjazdów pielgrzymkowych były
też oferty prywatne. Powbijane szpilkami kartki różnej wielkości i koloru, w większości w języku duńskim, ale było też kilka po polsku.
Zamiana mieszkania, wspólna podróż do Polski, poszukiwany współlokator i propozycja pracy. Jakaś pani Ewa drobnym, pochyłym pismem wyznawała, że
z przyczyn osobistych jest zmuszona wrócić na stałe do Polski i szuka
kogoś, kto chciałby pełnoetatowo zajmować się starszą panią. Jeszcze
tego samego wieczoru zadzwoniłam pod podany numer. A następnego dnia
poznałam panią Sarę.
Nie byłam pierwszą osobą, która chciała dostać tę pracę, ale jako jedyna
przystałam na warunki. To, co przeszkadzało innym kandydatom, dla mnie
było najlepszym rozwiązaniem. Otóż starsza pani wymagała opieki
całodobowej, a nie każdy chciał porzucić swoje życie, partnera, rodzinę
i wprowadzić się do mieszkania przy Esplanaden. Ja byłam zachwycona tą
propozycją. Staruszka okazała się pogodną, entuzjastyczną osobą, bez
oznak demencji starczej. Jej umysł był nadal sprawny, zupełnie odmiennie
od ciała. Kobieta od kilku miesięcy poruszała się na wózku inwalidzkim,
być może to także odstraszało inne osoby, które odpowiedziały na
ogłoszenie. Dla mnie było to idealne rozwiązanie.
Dostałam własny pokój w jej przestronnym, pięknym dwupoziomowym
mieszkaniu, świetne wynagrodzenie i choć wiedziałam, że nie jest to
praca na stałe, tamtego dnia, gdy się do niej wprowadziłam, uznałam, że
wygrałam los na loterii. I do dziś nie mogę na nic narzekać. Nie wiem,
co przyniesie przyszłość, jak długo będę mieszkać i pracować u pani
Sary, ale nauczyłam się żyć chwilą, ograniczać swoje plany i marzenia do
dwudziestu czterech godzin, a obecność starszej pani obok tylko mi w tym
pomaga. Najważniejsze, że uciekłam z Polski, wymknęłam się z rąk
człowieka, który stanowił dla mnie największe zagrożenie.
Wciąż jednak tkwi w mojej podświadomości, nawiedza mnie w snach. Dzisiaj
znów do mnie przyszedł. Nikodem stanął na progu mieszkania na
Esplanaden, pani Sara zajechała mu wózkiem drogę, próbowałam uciec, ale
nogi odmówiły mi posłuszeństwa i wtedy zbudziłam się zlana potem. Na
samą myśl o tym, co by się stało, gdyby on mnie odnalazł, lub ktoś z mojej przeszłości, robi mi się słabo. Odrzucam od siebie te myśli i skupiam się na chwili obecnej.
Pcham wózek wzdłuż Bredgade, rześkie powietrze owiewa mi twarz. Idziemy
na Nyhavn, napić się kawy i zjeść sernik w ulubionej kawiarni pani Sary.
Słońce przebija się przez chmury, a wiatr niesie ze sobą zapach morza.
Pani Sara, zanim zaczęła poruszać się na wózku, prowadziła bujne życie
towarzyskie wśród duńskiej Polonii. Niejednokrotnie miałam ochotę
zapytać ją, czy zna pana Stefana, sąsiada znad Jeziora Powidzkiego, ale
stwierdziłam, że ze względów bezpieczeństwa lepiej o nim nie wspominać.
Nikt z mojego dawnego świata nie może się dowiedzieć, że obecnie żyję w Kopenhadze. A znając ekstrawertyczną naturę pani Sary, łatwo zgadnąć, że
zaraz wymyśliłaby, że koniecznie musimy odwiedzić jego pensjonat na
Prinsessegade lub zaprosić go do nas.
Dochodzimy do Nyhavn; rząd kolorowych kamieniczek ma w sobie niezwykły
urok. Mimo że od kilku miesięcy wpadamy tutaj mniej więcej raz w tygodniu, nie przestaje mnie zachwycać. Siadamy w cieniu, przy stoliku z lnianym obrusem i bukietem nagietków w złotym flakonie. Zamawiamy
ulubiony sernik pani Sary i kawę. Oczekując na deser, siedzimy w ciszy i patrzymy na zacumowane w przystani statki. Cieszę się, że staruszka jest
dyskretną osobą i nigdy nie pyta o moje życie osobiste. Kiedy
zamieszkałam u niej, oględnie wspomniałam, że przyjechałam tutaj, aby
oderwać się od przeszłości. To jej wystarczyło.
- Czasem podróż w nieznane jest najlepszą alternatywą - powiedziała
wtedy. - Rzucić to, co było, i stać się kimś nowym; niby to ta sama
osoba, ale jednak miejsce, gdzie żyje, zmienia ją zupełnie.
Musiałam przyznać jej rację.
- Tak było z moją rodziną - dodała. - Gdy przyjechaliśmy do Danii po
wojnie, na zupełnie nowy, czysty grunt, to mimo że nikt nie zapomniał
tego, co działo się przez sześć lat, łatwiej było zacząć w nowym
środowisku.
Pani Sara jest jedyną znaną mi osobiście osobą, która przeżyła
Holocaust. Wraz z rodzicami i bratem ukryli się u polskich przyjaciół,
dzięki temu przeżyli.
- Ach, prawie bym zapomniała, dostałam zaproszenie na odczyt do
Instytutu Polskiego - mówi, gdy kelner podaje nam zamówienie. -
Podwójne. - Posyła mi uśmiech. - Ciekawy wykład samej pani dyrektor,
niesamowicie mądra kobieta, robi bardzo dużo dla propagowania polskiej
historii, wspiera duńską Polonię, zaangażowana jak nikt wcześniej. -
Nabija na widelczyk kawałek ciastka. - Założyła fundację, która ma za
zadanie krzewić polskość wśród społeczności Polaków mieszkających w Danii. Wspaniała inicjatywa, ogromny nacisk kładzie na historię, ale
także na promocję młodych talentów. Co roku przyznaje stypendia
najlepszym uczniom. Kobieta anioł, zresztą sama zobaczysz, gdy ją
poznasz.
Nie podoba mi się ten pomysł. Nie chcę tam iść, bo wśród Polonii
kopenhaskiej żyje pan Stefan, jedyna osoba, która łączy mnie z przeszłością. Nie mogę pozwolić, aby się dowiedział, że tu się ukryłam.
Choć to on zainspirował mnie do przyjazdu do Kopenhagi i mimo że jest
bardzo sympatycznym staruszkiem, przede wszystkim jest sąsiadem Nikodema
i spotkanie z nim oznacza zbyt wielkie ryzyko.
- W piątek dwudziestego siódmego września o dziewiętnastej - oznajmia
pani Sara.
Dobrze, że nie w piątek trzynastego, nie to, że jestem przesądna.
- Na spotkanie przybędzie przedstawiciel z ambasady - ciągnie
nieświadoma tego, co dzieje się w mojej głowie. - I kilku wpływowych
ludzi z duńskiej Polonii.
Tym bardziej nie chcę tam pójść.
- Czego będzie dotyczyć ten odczyt? - rzucam, aby podtrzymać konwersację
i nie wyjść na osobę niekulturalną.
- Doktor Szmida będzie mówiła na temat zasłużonych osób wśród duńskiej
Polonii.
- Będzie mówiła o pani? - pytam, zerkając na staruszkę.
- Nie. - Śmieje się. - Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Prelekcja
wydaje się ciekawa i chciałabym jej posłuchać. Myślę, że i tobie takie
wyjście do ludzi dobrze zrobi.
Mam w tej sprawie odmienne zdanie. Muszę szybko wymyślić jakąś wymówkę,
to zbyt ryzykowne, by tam iść.
- Niezbyt interesuję się historią - mówię.
To nie do końca prawda, nie jestem wielką pasjonatką, ale też nie
ignorantką. Po minie pani Sary widzę, że nie spodziewała się takiej
odpowiedzi. Widocznie ma o mnie lepsze zdanie.
- Och, to niedobrze. - Kręci głową. - Historia to tożsamość człowieka,
wy, młodzi, nie możecie o tym zapominać. - Spogląda mi w oczy i dodaje:
- Odczyt będzie połączony z degustacją wina, obwiązuje strój wieczorowy.
Myśli, że tym mnie przekona? Alkohol, modne stroje... Może jednak nie ma o mnie tak dobrego zdania, jak sądziłam.
- I tak nie mam się w co ubrać - stwierdzam, spoglądając na nią.
- Żadna kobieta nie ma. - Nabija na widelczyk ostatnią porcję ciastka. -
Ale to najmniejszy problem. - Kładzie dłoń na moim nadgarstku. - O to
się nie martw, kupimy coś odpowiedniego na tę okazję. Chętnie odwiedzę z tobą kilka sklepów, przypomnę sobie, jak to miło jest się stroić. Jestem
pewna, że wybierzemy coś szykownego.
Nie komentuję tej uwagi, pośpiesznie szukam jakichś argumentów, które
pozwolą mi zostać w domu, ale żadne wytłumaczenie nie przychodzi mi do
głowy.
- Jeśli chcesz, możemy nawet jutro pójść na zakupy - proponuje.
Chyba w ogóle nie bierze pod uwagę innej możliwości. Jak sama na wózku
ma się tam dostać? A kto ma jej tej pomocy udzielić, jeśli nie
opiekunka? W końcu za to mi płacą, nie mogę o tym zapominać.
- A na tym wieczorze w instytucie będzie dużo osób? - Spoglądam na nią.
- Wejście tylko z zaproszeniami - informuje. - Więc nie martw się, nikt
niewłaściwy się tam nie dostanie.
W jej spojrzeniu widzę zrozumienie. Już kilka razy to dostrzegłam, niemą
sugestię, znak, że domyśla się, że spotkało mnie coś złego. Nigdy nie
pytała, dlaczego wybrałam pracę jej opiekunki i czy mam zamiar kiedyś
pojechać na urlop i odwiedzić bliskich. Zapewne w życiu sama miała
tajemnice, którymi nie chciała się dzielić z innymi. Dyskrecja pani Sary
jest mi na rękę, a jej empatia daje mi poczucie bezpieczeństwa.
- To co z tym tournée po sklepach? Dasz się namówić? - Odsuwa od siebie
pusty talerzyk i filiżankę.
- Tak - zgadzam się, posyłając jej uśmiech. - Może w następnym tygodniu?
Kopenhaga to nie Orchówek, mało prawdopodobne, żeby pan Stefan przyszedł
na ten odczyt, a skoro obowiązują wejścia z zaproszeniami, to tym
bardziej szanse, że się spotkamy, maleją. Zapewne zaproszone zostały
tylko osoby najbardziej wpływowe w społeczności duńskiej Polonii, a pan
Stefan jedynie prowadzi hostel. Jeśli nawet przyjdzie, nie wiadomo, czy
mnie w ogóle pamięta i czy rozpozna po tak długim czasie. Byłam u niego
pół roku temu, w nocy, rozczochrana, w domowych ciuchach, teraz będę
elegancka i zupełnie inna niż tamta ja. W razie najgorszego wszystkiemu
zaprzeczę, powiem, że musiał mnie z kimś pomylić. Tak czy inaczej, jeśli
będzie na tym spotkaniu wielu ludzi, jak przewiduje pani Sara, łatwo
wtopię się w tłum.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki