ROZDZIAŁ 1
Wrocław, 3 lata wcześniej - listopad
Powinna była już dawno wstać. Dochodziło południe, a Genowefa nadal leżała w łóżku, skulona pod ciężką kołdrą. Każdy ruch wydawał się zbyt ryzykowny. Trzeci miesiąc ciąży - w teorii niewielki problem, a w praktyce pełen lęku. Dwa poprzednie poronienia nauczyły ją, że każda niefrasobliwość może kosztować życie dziecka, które jeszcze nie miało prawa pojawić się na świecie. Na dodatek Ksawerego nie było w domu. Znowu w pracy, znowu pochłonięty kolejnym projektem. Od pięciu lat byli małżeństwem, choć znali się o wiele dłużej. Genowefa wspominała, jak zaczęła się ich historia - na pewnej imprezie, gdy koleżanka przedstawiła ją Ksaweremu, studenckiemu geniuszowi informatyki. Pamiętała dokładnie ten moment. Chłopak podszedł do niej z szerokim uśmiechem, zadając pytanie, które w jej oczach było... najgorsze.
- Hej, jak masz na imię, piękna dziewczyno?
Genowefa poczuła ukłucie irytacji. Czy naprawdę musiał zacząć od tego pytania? - pomyślała. A jednak odpowiedź sama wymsknęła się z jej ust:
- Możesz mówić do mnie "córko nieba".
Ksawery zmarszczył brwi, potem wybuchnął śmiechem:
- Co? Córko czego?
- Nieba. Albo, jeśli wolisz, to mów do mnie: kobieto szlachetnego roku. Moje imię jest pełne elegancji, jak patronka Paryża.
Chłopak uniósł ręce w geście poddania.
- Słuchaj... Nie mam pojęcia, o czym mówisz. Chciałem tylko znać twoje imię. Jeśli to problem, to spadam.
Genowefa poczuła, jak jej serce przyspiesza. Podobał jej się ten chłopak - inteligentny, błyskotliwy, ale też... uroczo niecierpliwy.
- Genowefa Kwiecień - odpowiedziała w końcu.
- O... to już jakiś postęp. - Ksawery się uśmiechnął. - Ja nazywam się Ksawery Kondracki. I powiem ci... twoje imię jest naprawdę piękne. Moja babcia miała takie samo. To była wspaniała kobieta.
Genowefa uśmiechnęła się smutno, przypominając sobie swoją babcię, która stanowiła dla niej wzór spokoju i siły. Babci już nie było - odeszła kilka lat wcześniej, zostawiając po sobie ciepło wspomnień i zapach lipowej herbaty, który wciąż wracał w snach.
Po tej imprezie Ksawery i Gienia stali się nierozłączni. On był pilnym studentem, a w weekendy pomagał jej ojcu w stolarni. Mały warsztat Andrzeja Kwietnia tętnił drewnem i życiem - tu powstawały meble, które trafiały do mieszkań całego Wrocławia. Ksawery w tej pracy znajdował ukojenie, a dla Genowefy obietnica kołyski, którą kiedyś zrobi dla ich dziecka, była symbolem miłości i bezpieczeństwa. Ale kołyska wciąż nie stanęła w ich domu. Dwa poronienia zostawiły po sobie pustkę, której nie wypełniała nawet troskliwa opieka lekarzy.
Po studiach Ksawery dostał dobrą pracę w dużej firmie projektowej. Jego talent i ambicja szybko zostały zauważone - awansował, zarabiał coraz lepiej, a ich życie zaczęło się stabilizować. W końcu mogli pozwolić sobie na własne lokum. Kupili apartament blisko centrum, w eleganckiej, zielonej dzielnicy Wrocławia. Mieszkanie było nowoczesne, przestronne i pełne światła. Kiedy Ksawery wspinał się po szczeblach kariery, Genowefa w przedszkolu "Niedźwiadki z żółtej chatki" realizowała swoje marzenia o pracy z dziećmi...
Kurczę, dochodzi trzynasta, a ja nadal w łóżku - pomyślała i w końcu zebrała się, by wstać. Przygotowała sobie herbatę, kanapki z białym serem i podeszła do okna. Cisza w domu była przytłaczająca. Genowefa miała przeczucie, że Ksawery nie dotrzyma obietnicy i przyjedzie później, niż mówił. Tak, obiecywał - "Już wracam", "Do osiemnastej w domu", "Nie martw się, wszystko będzie dobrze" - ale słowa nie były lekarstwem na jej strach.
Nie, Ksawery nie był złym mężem. Kochał żonę i bardzo o nią dbał. Tyle lat byli już razem. Przegadali niejedną noc. W chwilach uniesienia stanowili idealną całość. Tylko... no właśnie, co się zmieniło? Dlaczego ludzie nie mogą pozostać tacy jak na początku znajomości? Przecież zmiana nie zawsze wychodzi na dobre. Genowefa często się nad tym zastanawiała. Czy to pieniądze tak go zmieniły? A może pozycja zawodowa, ludzie, których spotykamy na swojej drodze życiowej?
Zasępiła się i powiedziała na głos za Jo Nesb? z Człowieka nietoperza:
- Ludzie się zmieniają. Osoba, za którą się tęskni, być może już nie istnieje.
Bardzo kochała swojego męża i dlatego tęsknota za nim była tak duża. Tęskniła za jego głosem, zapachem, dotykiem. Tyle ostatnio razem przeszli. Dwa poronienia, ból i nostalgia za czymś, co jeszcze się nie wydarzyło, a może nigdy nie wydarzy. Często zastanawiała się, czy to jej wina, że ostatnio oddalili się od siebie. Ona tak bardzo chciała dziecka. Pragnęła tego maleństwa z całego serca. Owszem, w swojej przedszkolnej grupie miała cudowną dwudziestkę dzieciaków, ale to nie ona tuliła je wieczorem do snu, aby posłuchać bicia małego serduszka. Fakt, wszystko ostatnio kręciło się wokół tego, aby mogła zostać matką. Teraz, kiedy zaszła w ciążę po raz trzeci, strach urósł do granic możliwości. Nie tylko z obawy o kolejne poronienie, ale dlatego, że Ksawery powiedział jej, że jeśli tym razem się nie uda, to on na razie nie chce dalej próbować. Musi odpocząć i nabrać dystansu. Nie będzie miał siły, aby kolejny raz przeżywać te emocje. A Gienia nie widziała sensu swojego życia bez dziecka, dlatego obawa przed kolejną utratą była podwójna.
Dochodziła piętnasta. Ksawery obiecał, że wróci wcześniej. Genowefa postanowiła ładnie się ubrać na spacer. Sięgnęła po miętowy sweter... i poczuła przeszywający ból w podbrzuszu.
- Nie, nie znowu! - jęknęła. - Boże, nie zabieraj mi go!
Wolnym krokiem próbowała dotrzeć do salonu, szukając telefonu. Serce biło tak mocno, że miała wrażenie, iż wyskoczy z piersi. Raz, dwa, trzy sygnały... Ksawery nie odbierał. Ból stawał się nie do zniesienia. Osunęła się na podłogę, obejmując brzuch, łzy spływały po policzkach, a w sercu panował chaos: rozpacz, złość i poczucie niesprawiedliwości.
- Halo, sto dwanaście? Proszę o pomoc! Jestem sama... w trzecim miesiącu ciąży... tracę dziecko!
Pomoc już nadchodziła, a ona wpatrywała się w sufit, bezradna wobec własnego ciała i losu, który znowu postanowił z niej zakpić...
* * * * *
Obudziła się w szpitalu, w ciemnej, cichej sali, z wenflonem w ręce. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł Ksawery.
- Kochanie moje. Już się obudziłaś? Jak się czujesz? - Jego głos drżał, pełen troski.
Genowefa milczała. Zbyt słaba, zbyt załamana.
- Dlaczego? - wyszeptała w końcu. - Dlaczego nie przyjechałeś na czas? Czekałam, bałam się...
Chwycił jej dłoń, poczuł ciężar jej bólu i własnej bezradności.
- Przepraszam... Gieniu... Naprawdę zrobiłbym wszystko, żeby być szybciej.
Ale słowa nie wystarczały. Genowefa czuła, że straciła nie tylko dziecko. Straciła część siebie, część wspólnej przyszłości. Popatrzyła na niego, a z oczu popłynęły ogromne łzy.
Ksawery widział jej ból, który stawał się coraz bardziej trudny do zniesienia. Nie wiedział, co powiedzieć. Chwycił ją za dłoń.
- Kochanie, jeszcze raz przepraszam. Wyszedłem z pracy i zapomniałem, że mam wyciszony telefon. Dopiero w drodze do domu zauważyłem, że próbowałaś się ze mną skontaktować. Oddzwaniałem, ale już nie odbierałaś. Przyjechałem, a mieszkanie było zamknięte. Sąsiadka spod czwórki przyniosła mi klucze i powiedziała, że pół godziny wcześniej zabrało cię pogotowie. Dotarłem do szpitala najszybciej, jak było to możliwe. Nie płacz, proszę.
- Nie płacz?! - krzyknęła tak głośno, że aż sama się przestraszyła. - Czy ty wiesz, co mówisz?! Zostawiłeś mnie i nasze nienarodzone dziecko. Jak zawsze praca była ważniejsza. A teraz jego już nie ma! Mnie już nie ma. Rozumiesz? Mnie już nie ma!
Czuła się zdradzona. Zresztą nie tylko przez Ksawerego. Czuła, jakby ciało także ją zdradziło. Kolejny raz. Za każdym razem ból stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. To nie była tylko strata dziecka, to była strata marzeń, nadziei i przyszłości, którą już widziała oczyma wyobraźni. Najbardziej bolało, że nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kiedykolwiek będzie w stanie przejść przez to jeszcze raz. Żal i smutek przeplatały się z poczuciem winy i bezsilności. Każdy dzień, który miał być pełen radości, teraz był naznaczony cieniem straty. Czuła, że straciła nie tylko dziecko, lecz także część siebie. Każde poronienie zabierało kawałek jej duszy, pozostawiając ją coraz bardziej pustą. W tym momencie nie wiedziała, jak znaleźć w sobie siłę, by iść dalej.
- Kochanie, musisz teraz wypocząć. Wszystko się ułoży. Będzie dobrze - powiedział cichutko Ksawery. - Damy sobie radę. Kocham cię. Będę się tobą opiekował.
- Opiekował? Chyba żartujesz - odpowiedziała. - Jak zawsze kończy się na obietnicach. Gdybyś rzeczywiście się mną opiekował, to może nasze dziecko nadal by żyło.
- Wiem, że jesteś zdenerwowana, ale to, co mówisz, jest niesprawiedliwe. Nawet gdybym przyjechał wcześniej, to i tak nic by to nie dało. Lekarz powiedział, że czasami tak jest i nikt na to nie ma wpływu. Ja też przeżywam utratę naszego dziecka, ale to, co zaczyna się dziać między nami, jest jakimś szaleństwem. Tak nie można funkcjonować. Niszczymy siebie, a przecież życie toczy się dalej.
Genowefa zdawała sobie sprawę, że to nie jest wina Ksawerego. Lekarz już przy wcześniejszym poronieniu mówił, że trudno będzie donosić kolejną ciążę. Ale trzeba mieć zawsze nadzieję, bo życie ludzkie jest nieprzewidywalne. Miała trzydzieści sześć lat, więc jeszcze była szansa na kolejne ciąże. Jednak czuła tak ogromny żal, że musiała skupić na kimś negatywne emocje. A najczęściej ranimy najbliższe nam osoby.
- Jakie życie, Ksawery? - Nie mogła powstrzymać się przed kolejnym atakiem. - Czy moją samotność nazywasz życiem? Ja jestem sama.
- Nie jesteś sama. Masz mnie - odparł. Kochał ją, ale coraz trudniej znosił tę pogoń za dzieckiem. Jemu też było trudno. Bardzo pragnął potomstwa, ale kolejna ciąża Genowefy rodziła tylko strach, co dalej. Dziwne to wszystko było. Nienarodzone dziecko, zamiast scalać ich małżeństwo, powodowało rysy na ich związku. Ale czy to była wina tego dziecka? Ksawery zamyślił się na chwilę.
- Dla mnie to za mało.
Z zamyślenia wyrwały go słowa Genowefy.
- Czego ci za mało? - zapytał.
- Chcę czegoś więcej niż tylko ja i ty. To już mi nie wystarcza.
- Myślę, że jesteś zmęczona. Odpocznij sobie. Przyjadę jutro, może wtedy na spokojnie porozmawiamy. - Nachylił się i pocałował żonę w czoło. Poprawił jej kołdrę. - Pamiętaj, że bardzo cię kocham. Jestem pod telefonem. Do zobaczenia jutro.
Wyszedł na zewnątrz, zderzając się z zimnym powietrzem. Wciągnął je głęboko, jakby chciał się obudzić. Przez chwilę naprawdę czuł, że oddycha. Potem przyszła fala gniewu - ciężka, duszna jak burza, która tylko czeka, by uderzyć. Zaczął padać deszcz, a on poczuł ciężar całego świata na swoich barkach. Jak to możliwe, że coś tak trwałego rozsypało się w pył? Przyszłość zbladła, straciła barwy. W głowie miał tylko wspomnienia, które teraz bolały bardziej niż cokolwiek innego.
Wsiadł do auta. Deszcz zaczął bębnić o dach, a samotność otuliła go gęstą mgłą. Kochał żonę, jej uśmiech rozbrajał go w sekundę. Od pierwszego dnia wiedział, że to ta jedyna. Byli młodzi, pełni planów i marzeń. Ksawery chciał dać jej wszystko. Dorabiał w stolarni jej ojca, marząc, że kiedyś własnymi rękami zrobi meble do ich domu. Lubił zapach drewna, ciepło warsztatu i spokój, jaki dawała praca. Pan Andrzej potrafił wydobyć z deski duszę. Ale coraz trudniej było z tego rzemiosła wyżyć, gdy świat wolał tanie meblościanki z marketu. Jeszcze gdy Gienia studiowała, jej ojciec wyjechał do Ameryki. Mówił, że to tylko na chwilę, żeby zarobić, by było im lepiej. Helena, jego żona, płakała, ale w końcu się zgodziła. Po sprzedaży stolarni zostało niewiele. Ona została tu, z córką, pracując po dwanaście godzin w sklepie, byle tylko Gienia mogła ukończyć studia. Ksawery pamiętał to wszystko. Marzył, że pewnego dnia postawi dla nich mały drewniany dom. Ich dom. Miejsce, gdzie będą słyszeć bicie swoich serc.
Zaśmiał się nagle, krótko, nerwowo.
- I co z tego zostało? - mruknął do siebie. - Mam furę, ale nie mam dokąd jechać. - Uderzył dłonią w kierownicę. - Cholera! - Oparł głowę o przedramiona. Krople deszczu spływały po szybie jak ogromne łzy. - Ani jednego zasranego krzesła... ani kołyski... - wyszeptał.
Przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zawarczał i samochód ruszył w stronę pustego domu. Cisza, która tam czekała, była gorsza niż krzyk.
* * * * *
Genowefa siedziała w swoim ulubionym turkusowym uszaku, otulona miodowym kocem. Za oknem szalała zawierucha - śnieg wirował w świetle latarni, tworząc białą mgłę, w której wszystko znikało. Płatki odbijały światło jak iskry. Dla niej ten widok był hipnotyzujący. Od dziecka kochała zimę - tę ciszę, ten spokój, kiedy świat przykryty śniegiem wydawał się bezpieczny. Zamknęła oczy. Znów była małą dziewczynką na sankach, z ojcem, który śmiał się głośno, ciągnąc ją po śniegu. W nozdrzach czuła zapach jabłecznika i cynamonu. Mama krzątała się po kuchni, a w radiu grały kolędy...
Dzwonek do drzwi przeciął wspomnienie jak nóż. Drgnęła i spojrzała na drzwi.
- Ciekawe, kto to... - mruknęła pod nosem. Wstała powoli, poprawiła koc i podeszła do drzwi. Otworzyła.
- Witaj, moje kochanie - rozbrzmiał znajomy, donośny głos.
- Dzień dobry, mamo - powiedziała spokojnie, choć wszystko się w niej ścisnęło.
- No chyba mogę wejść? - Eleonora uniosła elegancką torbę, jak sztandar.
- Oczywiście, wejdź.
Już wiedziała, że Ksawery znów uciekł. Kiedy nie wiedział, jak jej pomóc, na ratunek wzywał swoją matkę. Teściowa Genowefy, przez wszystkich nazywana Norą, na stałe mieszkała w Berlinie. Po śmierci ojca Ksawerego wyjechała do swojej siostry. Opiekowała się jej wnukami (bo swoich nie miała, co często lubiła podkreślać) i dzięki temu mogła dorobić sobie do skromnej emerytury.
Teraz weszła pewnym krokiem, jak do siebie. W salonie odstawiła torbę z westchnieniem, rozejrzała się i od razu oceniła wnętrze.
- Ładnie tu u was. Stylowo. Nowocześnie - powiedziała, przeciągając każde słowo. Nie czekając na zaproszenie, ruszyła do okna. - I piękny widok! - Klasnęła w dłonie. - Wrocław w śniegu, jak z pocztówki.
Gienia skinęła głową, ale nie odpowiedziała. Z kuchni dobiegało ciche tykanie zegara. Eleonora odwróciła się nagle z błyskiem w oku.
- Ale dosyć gadania. Głodna jestem. Chodź, zjemy coś - rzuciła tonem nieznoszącym sprzeciwu i już maszerowała w stronę kuchni, stukając obcasami po panelach.
Eleonora była dobrą kobietą, ale zawsze musiała postawić na swoim. Często nie liczyła się ze zdaniem innych. Kiedy żył ojciec Ksawerego, to radzili sobie całkiem przyzwoicie. Pan Mikołaj miał emeryturę i dorabiał jako konserwator w szkole. To był dobry i bardzo spokojny człowiek. Przez większość życia musiał znosić humory Eleonory, a tych nie brakowało. Owszem, żona była dobrą kobietą, ale wszystko musiało być tak, jak ona chce. Często nie liczyła się ze zdaniem innych osób. Przez lata pracowała na poczcie. Po redukcji etatów przeszła na wcześniejszą emeryturę. Planowała zwiedzać świat, ale ojciec Ksawerego pewnego dnia dostał wylewu i już się nie obudził.
Genowefa westchnęła cicho.
- Oczywiście, mamo - powiedziała bardziej do siebie niż do niej.
Z korytarza dobiegł dźwięk szeleszczących toreb i odgłosy energicznego otwierania szafek. Dom, który przed chwilą był cichy i spokojny, nagle ożył - tyle że nie tak, jak Gienia by tego chciała.
Późnym wieczorem Ksawery wrócił z pracy. Klucz zgrzytnął w zamku, drzwi otworzyły się cicho. W mieszkaniu panował półmrok - tylko telewizor rzucał migotliwe światło na ściany.
Na kanapie siedziała jego matka, w szlafroku, z kubkiem herbaty w dłoniach.
- Dobry wieczór, mamo - powiedział zmęczonym głosem, zdejmując kurtkę. - A gdzie Gienia?
- Śpi - odparła Nora, nie odrywając wzroku od ekranu. - Położyła się godzinę temu. Bolała ją głowa. - Po chwili zerknęła na syna. - Pewnie głodny jesteś. Ogarnij się i chodź do kuchni. Zrobię ci kanapki i herbatę.
- Dzięki, jadłem w pracy. Ale herbaty chętnie się napiję.
Nora wstała, poprawiła szlafrok i mruknęła coś pod nosem o jedzeniu poza domem. W kuchni zapachniało malinami, gdy zalała wrzątek w dwóch kubkach. Ksawery usiadł przy stole, ciężko, jakby opadł z sił.
- Powinieneś wracać wcześniej - zaczęła, stawiając przed nim parujący kubek. - Gienia jeszcze nie doszła do siebie po szpitalu. Nie możesz jej zostawiać samej na cały dzień.
- Wiem - powiedział cicho. - Ale to nie jest takie proste. Jak jesteśmy razem, i tak milczymy. Ma do mnie żal... o wszystko.
- Żal? - Uniosła brwi. - Przecież to nie twoja wina, Ksawciu.
- Próbuję jej to powiedzieć - odparł gorzko. - Jednak nie trafiają do niej żadne argumenty.
Nora usiadła naprzeciw, splatając dłonie na stole.
- Ona bardzo chce być matką. Nie radzi sobie z emocjami. Ale to minie. Musisz być cierpliwy.
Ksawery potrząsnął głową.
- Już nie wiem jak. Cokolwiek powiem, jest źle. Cokolwiek zrobię, źle. To jak chodzenie po kruchym lodzie.
W kuchni zapadła cisza. Zegar tykał, herbaty parowały.
- Wiesz, co myślę? - odezwała się Nora po chwili. - Brak dziecka to nie jest wasz największy problem. To tylko rana, która obnażyła coś głębszego.
- Co masz na myśli? - zapytał ostrożnie.
- Że przestaliście być razem - odpowiedziała spokojnie. - Każde zamknęło się w swojej skorupie. A z takiego miejsca trudno sięgnąć po drugą osobę.
Ksawery oparł się o krzesło, przetarł twarz dłonią.
- Martwię się o nią, mamo. O nas.
- Ja też, synku - powiedziała cicho.
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. W tle telewizor w salonie mówił coś o pogodzie, a za oknem śnieg znów zaczął padać.
* * * * *
Poranek był cichy. Zbyt cichy. Za oknem wiatr szarpał gałęziami, a w kuchni pachniało jajecznicą i świeżym chlebem. Nora krzątała się przy stole, energicznie odkładając talerze.
- Siadajcie, zanim wystygnie - rzuciła z uśmiechem, ale w jej głosie brzmiała nuta rozkazu.
Śniadanie jedli we trójkę. Rozmawiali o pogodzie, o zbliżających się świętach. Nikt nie chciał zauważyć tego, co naprawdę wisiało w powietrzu.
- Gieniu - zaczęła w końcu Nora, odkładając widelec. - Może pójdziemy na zakupy? W Berlinie ubrania są koszmarnie drogie, a ja marzę o nowej kurtce. Co ty na to?
Genowefa podniosła wzrok znad talerza.
- Nie wiem, czy dziś to dobry pomysł. Wiatr wieje jak szalony. Może niech mama pojedzie z Ksawerym. Samochodem będzie szybciej.
Na moment zapadła cisza. Nora z synem wymienili krótkie spojrzenia.
- Macie już plany na święta? - podjęła znów temat, jakby tamto pytanie wcale nie padło. - Może przyjedziecie do mnie, do Berlina? Zrobimy kolację wigilijną, moja siostra się ucieszy...
Ksawery spuścił wzrok. Mieszał łyżeczką w herbacie, byle coś robić. Wiedział, że każde słowo może być jak iskra.
W końcu Gienia westchnęła.
- Mamo... teraz potrzebuję spokoju. Nie dam rady uczestniczyć w tym całym świątecznym zamieszaniu. Święta to czas rodziny, a ja... - Głos jej zadrżał.
- Co ty wygadujesz?! - przerwała Eleonora. - Przecież masz rodzinę! Tylko tego nie widzisz!
- Mamo, proszę! - Ksawery podniósł głos, pierwszy raz od dawna. - Uspokój się.
Na twarzy Gieni widać było zmęczenie. Zgaszone oczy, jakby to wszystko już dawno przestało ją obchodzić.
Ksawery poczuł, jak coś w nim pęka. To nie była już jego Niusia. Wstał, odsunął krzesło i bez słowa wyszedł z kuchni. Drzwi zatrzasnęły się lekko, zostawiając po nim tylko echo.
Nora spojrzała na synową z bezradnością.
- Nie chcę się wtrącać - zaczęła ciszej - ale jesteś niesprawiedliwa. Ksawery też cierpi. Może nie tak jak ty, ale po swojemu. Nie karz go za to, że nie umie wam pomóc. Musicie być razem, nie osobno. - Po chwili dodała łagodniej: - Wiem, że straciłaś dziecko, kochanie... ale nie zatracaj przy tym siebie.
Genowefa milczała. W gardle miała gulę. Co mogła powiedzieć? Że Ksawery ucieka w pracę? Że nawet jego obecność boli? Że jest w tym wszystkim zupełnie sama?
- Dziękuję za troskę, mamo. Sama muszę się z tym uporać - powiedziała cicho.
Nora tylko skinęła głową.
* * * * *
Święta spędzili we dwoje w domu. Na wigilię zostali zaproszeni do przyjaciela Ksawerego, Artura. Ksawery już od wielu lat pracował z nim w firmie. Genowefa lubiła zarówno jego, jak i jego żonę. To była normalna rodzina, mieszkali w starej kamienicy, w pięknym mieszkaniu, które Artur dostał w spadku po babci. Monika, jego żona, prowadziła salon fryzjerski i zajmowała się wychowaniem ośmioletnich bliźniaków. Wigilia u nich wydawała się Genowefie najlepszym rozwiązaniem. Nie chciała spędzać świąt w Berlinie, a siedzenie z Ksawerym w pustym domu też nie wchodziło w grę. Do ciotki do Oławy również nie zamierzała jechać. Lubiła ciotkę, kobieta była jej bardzo bliska, ale ostatnio Gienia wolała trzymać się domu.
Wigilia minęła w świątecznym nastroju. Synowie Artura i Moniki bardzo ucieszyli się z ogromnego pudła klocków Lego, które sprezentowali im Genowefa i Ksawery.
Pierwszy i drugi dzień świąt upłynął spokojnie w domu, nawet udało się nadrobić czytanie zaległych książek. Późnym popołudniem poszli na wspólny spacer. Śnieg skrzypiał pod ich butami przy każdym kroku. Ulica była niemal pusta, tylko gdzieniegdzie ktoś odgarniał chodnik albo wracał z kościoła z zapaloną świecą w dłoni.
- Dużo sypnęło - powiedziała Genowefa, poprawiając szalik. Jej oddech unosił się w powietrzu jak para z czajnika.
- Mhm. W końcu zima. - Ksawery wsunął ręce głębiej do kieszeni. - Takiego śniegu nie było od lat.
Szli powoli po grubym dywanie bieli. Latarnie rozpraszały światło, które odbijało się w śnieżnych zaspach, tworząc ciepłą poświatę. Wokół panowała ta specyficzna, gęsta cisza, jakby świat wstrzymał oddech.
- Lubię, jak jest tak cicho - odezwała się po chwili Genowefa. - Człowiek może wreszcie coś usłyszeć.
- Co na przykład?
- Siebie. - Uśmiechnęła się delikatnie, ale jej głos zabrzmiał jak echo.
- Pamiętasz, jak kiedyś bawiliśmy się z dzieciakami Artura w śnieżki? - zapytał Ksawery. - Miałem potem śnieg za kołnierzem przez pół dnia.
- Pamiętam. - Spojrzała przed siebie. - Wtedy było jeszcze... - Urwała, jakby sama siebie chciała powstrzymać.
- Jeszcze co? - zapytał cicho.
- Nic. Po prostu wtedy było więcej śmiechu.
Ksawery skinął głową, ale nic nie powiedział. Z ich butów sypały się grudki śniegu.
- Artur dzwonił - odezwał się po chwili. - Pytał, czy nie wpadniemy jutro na kawę.
- Jutro? Nie wiem. Zobaczymy.
- Mówił, że Monika upiekła sernik.
- Monika zawsze piecze sernik. - W jej głosie zabrzmiała nuta ironii. - Taka z niej perfekcyjna gospodyni.
- Lubi cię. Pytała o ciebie kilka razy.
- Wszyscy pytają. Ale nikt nie słucha, gdy odpowiadam.
Zatrzymali się przy latarni. Na przystanku ktoś zostawił gazetę, śnieg przykleił się do kartek i zamienił litery w szare plamy. Genowefa przyglądała się temu przez chwilę, jakby w tych rozmazanych słowach szukała jakiegoś sensu. Albo odpowiedzi na pytania.
- Wiesz - powiedziała cicho - czasem mam wrażenie, że stoimy w miejscu.
- Może boimy się ruszyć. - Ksawery popatrzył na nią z boku.
Przez moment żadne z nich nic nie mówiło. Płatki śniegu spadały gęsto, osiadały na ich ramionach, na włosach, na dłoniach. Światło latarni drżało, jakby samo było zmęczone tym czekaniem.
- Chodźmy już - powiedziała w końcu. - Zmarzłam.
- Tak. - Ruszył za nią. - W domu będzie cieplej.
Szli jeszcze chwilę w milczeniu, zostawiając za sobą ślady, które wiatr powoli zasypywał.
W mieszkaniu pachniało pomarańczą i goździkami. Genowefa zdjęła płaszcz i odwiesiła go starannie, jakby ten gest miał znaczenie. Ksawery włączył lampkę przy sofie - ciepłe światło rozlało się po pokoju, oświetlając półkę z książkami i doniczkę z bożonarodzeniową gwiazdą.
- Włączyć coś do obejrzenia? - zapytał, nie patrząc na nią.
- Coś lekkiego. Bez dramatów.
- Komedię?
- Może. Ale nie taką głupią.
Przez chwilę przeglądał tytuły na ekranie. W ciszy było słychać, jak w kuchni stygnie czajnik.
- Ten? - zaproponował. - O tej dziewczynie, co ucieka z wesela?
- Może być.
Nie usiedli obok siebie, ale każde po swojej stronie sofy. Światło telewizora migało na ich twarzach. Genowefa owinęła się kocem, trzymając kubek obiema rękami. Ksawery upił łyk herbaty, krzywiąc się lekko - była za gorąca.
- Dobra? - spytała.
- Trochę mocna. Ale dobra.
- Zawsze robię za mocną.
- Może dlatego, że boisz się, że coś będzie za słabe - powiedział cicho, bardziej do siebie niż do niej.
Nie odpowiedziała. Przez chwilę wpatrywała się w ekran, po czym odstawiła kubek na stół.
- Kiedyś lubiłam ten film.
- Wtedy wszystko się inaczej oglądało.
- Może po prostu inaczej się żyło.
Ksawery wyciągnął rękę, jakby chciał dotknąć jej dłoni, ale w ostatniej chwili ją cofnął. Zamiast tego poprawił poduszkę. Znowu zapadła cisza. Na ekranie ktoś śmiał się głośno, lecz ten śmiech brzmiał obco, jak zza szyby.
W końcu ściszył dźwięk.
- Gieniu...
- Nie zaczynaj. - Jej głos był miękki, ale stanowczy.
- Chciałem tylko...
- Wiem. Ale nie dzisiaj.
Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, potem skinął głową.
- Dobrze. Nie dzisiaj.
Zegar na ścianie tykał miarowo. Genowefa otuliła się mocniej kocem i oparła głowę o poduszkę. Przez chwilę wpatrywała się w migające światło z telewizora. Obraz się rozmywał, a w jej myślach zaczęły się pojawiać obrazy sprzed dwóch lat.
Tamta wigilia była inna. Pachniało pieczonym karpiem i cynamonem, a Ksawery wciąż coś podśpiewywał w kuchni, fałszując niemiłosiernie. Śmiała się wtedy, udając, że ją to drażni, ale w głębi duszy czuła, że właśnie tak wygląda szczęście - zwyczajne, ciepłe, niepozorne.
- Uważaj, bo przypalisz barszcz - ostrzegła go wtedy z uśmiechem.
- Nic mu nie będzie. To barszcz, nie rakieta kosmiczna - odpowiedział, mieszając w garnku z zaciętą miną.
- Wiesz, że nie lubię, jak gotujesz bez przepisu.
- A ja nie lubię żyć z kartką w ręce.
Pamiętała, jak wtedy położył dłoń na jej brzuchu. Jeszcze nic nie było widać, ale wiedzieli. Ich tajemnica pachniała nadzieją i nowym początkiem.
- W przyszłym roku będziemy we trójkę - powiedział cicho.
- Albo we czwórkę. Kto wie.
Śmiali się wtedy długo, a śnieg za oknem padał cicho, jakby błogosławił każde ich słowo.
Genowefa zamrugała. Obraz zgasł, zniknął. Znowu była w swoim salonie, z kubkiem zimnej herbaty w dłoniach. Na ekranie telewizora ktoś mówił coś o miłości, ale dźwięk był wyciszony. Ksawery siedział obok z lekko pochyloną głową. Pomyślała, że wygląda teraz jak ktoś, kto próbuje przypomnieć sobie dawne nuty, ale nie potrafi ich już zaśpiewać.
- Pamiętasz, jak wtedy śpiewałeś Lulajże, Jezuniu i nie trafiałeś w tonację? - zapytała nagle.
Uśmiechnął się blado.
- Tak. Ty się śmiałaś tak głośno, że sąsiedzi pewnie myśleli, że mamy gości.
- Mieliśmy. - Spojrzała na niego. - Przynajmniej przez chwilę.
Nie odpowiedział, tylko skinął głową. Potem oboje zamilkli - a cisza, która między nimi zapadła, była cięższa niż śnieg, który tamtej nocy przykrył cały świat.
* * * * *
Połowa stycznia przyniosła mróz - ale i chłód między nimi. Poświąteczny spokój rozpłynął się jak śnieg na szybie. Genowefa musiała zdecydować, czy wrócić do pracy w przedszkolu. Sama myśl o dzieciach, ich ciepłych rączkach i pytaniach, była zbyt bolesna.
- Może powinnam jeszcze nabrać sił - powiedziała cicho podczas obiadu. Przesuwała widelcem po talerzu, nie patrząc na Ksawerego.
- Jeśli tego potrzebujesz, kochanie... - Odłożył sztućce i uśmiechnął się z wysiłkiem. - Zapiekanka genialna. Dolejesz herbaty?
Cieszył się, że dziś Gienia jest w lepszym nastroju. Może to światełko w tunelu?
- Dobrze gotujesz - dodał po chwili, zerkając na nią ukradkiem. - Tylko czemu ty nic nie jesz?
- Nie jestem głodna - odpowiedziała. W głosie słychać było zmęczenie. A potem, jakby coś w niej pękło, nagle się ożywiła.
- Wiesz... pomyślałam, że moglibyśmy pojechać nad morze. Do Bursztynowa. Pani Marysia ma wolny apartament. Tam zawsze było nam dobrze, pamiętasz?
Ksawery zamarł z widelcem w dłoni.
- Świetny pomysł, ale... nie teraz. W firmie mam urwanie głowy, początek roku, rozliczenia...
- Ale ja mogę wziąć tydzień zwolnienia - przerwała mu szybko. - Odpoczniemy. Lekarz mówił, że możemy znów próbować... - Zawiesiła głos i spojrzała na niego z nadzieją.
Ksawery odchylił się na krześle. Westchnął.
- Kochanie... Rozmawialiśmy już o tym. Nie potrafię. Nie teraz. Potrzebuję czasu.
- Ty?! - Głos Genowefy nagle się załamał. - Ty potrzebujesz czasu? To ja straciłam dziecko! To ja byłam sama w szpitalu, pamiętasz?!
- Myślisz, że mnie to nie boli?! - Jego głos odbił się od ścian. - To było też moje dziecko! Nie mam już siły udawać, że wszystko jest w porządku!
- Ale ja nie chcę, żeby było "w porządku"! - przerwała mu z rozpaczą. - Chcę, żeby było jak dawniej, żebyśmy znowu... - zacięła się.
- Nie wiem, czy jeszcze potrafię - powiedział cicho. - Każde słowo o tym przypomina mi tamten dzień.
- A milczenie przypomina ci coś innego? - Jej ton złagodniał, ale oczy miała pełne łez. - Ty zamknąłeś się w sobie, jakbyś mnie też tam pogrzebał.
Ksawery gwałtownie odsunął krzesło. Widelec spadł z brzękiem na podłogę.
- Przestań! - krzyknął. - Chcę po prostu spokoju! Normalności! Życia bez tego ciągłego bólu! Czy to takie trudne do zrozumienia?!
- Spokoju? - powtórzyła z goryczą. - Ty zawsze chcesz spokoju. Nawet wtedy, kiedy powinnam była krzyczeć, że coś jest nie tak... Ty mówiłeś: "spokojnie, Gieniu, wszystko się ułoży".
- Bo wierzyłem, że się ułoży - wyszeptał.
- A ja wierzyłam, że jesteśmy silni - odpowiedziała. - Myliłam się.
Na moment zapadła cisza. Ksawery stał bez ruchu, ciężko oddychając. Jej twarz była blada, oczy błyszczały od łez, których nie chciała już ukrywać.
- Idę się przewietrzyć - powiedział po chwili, zbyt spokojnie.
- Jak zawsze - syknęła. - Najłatwiej wyjść.
Drzwi trzasnęły. Echo rozniosło się po mieszkaniu.
Genowefa została sama w kuchni. Naczynia na stole wyglądały obco, jakby należały do kogoś innego. Płomień świecy przygasł, herbata wystygła.
Wtedy podjęła decyzję.
Sięgnęła po telefon.
- Dzień dobry, pani Marysiu - powiedziała, starając się brzmieć wesoło.
- O, kochana! Już myślałam, że nie przyjedziecie. Szykować dla was pokój?
- Dla mnie. Sama przyjadę - odpowiedziała cicho. - Ksawery ma dużo pracy.
Pani Marysia zamilkła na moment.
- Dobrze, dziecko. Pokój będzie czekał.
- Dziękuję - szepnęła Genowefa i rozłączyła się, zanim zdążyłaby zmienić zdanie.
Telefon upadł na stół z lekkim stuknięciem. W mieszkaniu znów zapadła cisza - cięższa niż kiedykolwiek. Za oknem śnieg prószył gęsto, jakby chciał przykryć wszystko, co zostało powiedziane.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej