PÓŁ ROKU WCZEŚNIEJ
Betty nie miała uprzedzeń. Nie liczyło się dla niej, ile miały lat ani czy przed spotkaniem z nią przemierzyły świat. Uwielbiała wymyślać ich historie, tworzyć w wyobraźni barwne obrazy licznych palców, które dotknęły przynoszących szczęście pieniążków. Gdy nie sprzątała cudzych zapuszczonych domów, poświęcała czas na wyobrażanie sobie historii, obmyślanie imion, wyglądu i pragnień ludzi, których nie znała, lecz czuła z nimi niezwykłą więź. Oto ona, Betty Stevenson z Portobello, połączona misterną koronką życia z brodatym biznesmenem z Perth, pyzatymi chłopcami z Nethy Bridge i ekscentryczną babcią z Kirkcudbright, a może i z rudą kobietą pracującą u rzeźnika z sąsiedztwa, tą, co się tak strasznie jąka, że wypowiedzenie słowa "mielonka" zajmuje jej dwadzieścia sekund. A Betty trzymała w dłoni chwilę z życia tych ludzi, odciśniętą w miedzi historię.
Ale nie chodziło o to, by te monety zatrzymać.
Betty pochyliła się w świetle latarni na Portobello Promenade, udając, że zawiązuje sznurówkę. Dyskretnie położyła na ziemi pensa awersem do góry.
Zerknęła przez ramię, wyobrażając sobie przykucniętego obok młodszego braciszka z oczami jeszcze zapuchniętymi po drzemce i gorącym oddechem, pachnącym truskawkowymi landrynkami. W tamtych czasach była dla niego przewodniczką i wyrocznią. To ona mu powiedziała, że monety mają bijące serca, więc siedział w milczeniu, ściskając w dwóch palcach pensa, aż w końcu poczuł rytmiczny puls. Wierzył w to przez lata, dopóki starsi chłopcy z podwórka nie dowiedzieli się o tym i nie zmusili go do ugryzienia monety tak mocno, że złamał ząb.
Betty uważała, że to jej wina.
Ale nigdy nie straciła wiary w monety.
Nic nie cieszyło jej bardziej od widoku szczerze uszczęśliwionego Znalazcy, który znajdował w swoim zabieganym życiu chwilę, żeby pochylić się i podnieść pensa tak pieczołowicie umieszczonego w starannie wybranym punkcie przez Betty. Zatopieni w myślach ludzie, dojeżdżający do pracy, wracający do domu lub wybierający się na popołudniowy jogging, przypadkowo spoglądali na mały miedziany krążek na ziemi. Sama moneta wyglądała zwyczajnie, ale jej obecność w niezwykłym miejscu zaburzała ruch codziennego kołowrotka, a nawet na chwilę go unieruchamiała. Nagle przechodnie znowu zachowywali się jak dzieci, robili coś bez sensu, coś nielogicznego, nieprzynoszącego znaczącego zysku. Ta moneta dawała im szczęście - za sprawą Betty.
Zazwyczaj jej pensy zauważano w ciągu czterdziestu minut. Na ogół w tym czasie pojawiał się Niezdecydowany, który widział monetę, ale postanawiał jej nie dotykać - albo dlatego, że się spieszył, albo dlatego, że się wstydził zabrać zgubiony przez kogoś pieniążek. Betty uważała, że monetki na szczęście podnoszą ludzie wierzący w magię, ale po wnikliwych obserwacjach doszła do wniosku, że oprócz tego musi pojawić się jeszcze pewien impuls. Głównym czynnikiem była nie wiara w magię, lecz gotowość do publicznego przyznania się do niej. Niezliczone razy była świadkiem tego momentu rozterki, gdy ktoś po namyśle wybierał rozum, a nie serce, logikę zamiast szczęścia.
Przyglądanie się temu było torturą.
Przynajmniej tak mówiła ludziom. Ale gdyby ktoś ją spytał, dlaczego wróciła do zwyczaju z dzieciństwa, usiłowałaby to zbagatelizować. Powiedziałaby, że w ten sposób szerzy dobro, a potem wyrecytowałaby szereg frazesów w nadziei, że pasują do tej sytuacji - "Liczy się każdy dobry uczynek" lub "Lepiej dawać, niż brać". Ale wnikliwy obserwator zauważyłby, że Betty w to nie wierzy. I jeszcze jedno - że dzień po dniu zbiera i rozmieszcza pieniążki szczęścia, bo woli, żeby jej dłonie pachniały miedzią, a nie krwią.
Monetka, którą położyła w poniedziałek rano na Portobello Promenade, była nieskazitelna, choć wybito ją w 1988 roku. Betty znalazła ją na wybrzeżu pod Edynburgiem, na terenach pewnego zamku. Była tam fontanna z rzeźbą mającą przedstawiać łabędzia, choć nie wyglądała tak wdzięcznie - bardziej przypominała gęś. Dziób ptaka był szeroko otwarty, ale zamiast języka wystawała z niego dysza, z której nieustannie ciurkała woda. Betty dostawała mdłości na ten widok, wyobrażała sobie, że ktoś wepchnął tę rurkę w gardło ptaka, kalecząc go i odbierając mu głos. Od czasu do czasu z oślizłego wylotu dyszy skapywała kropla, która toczyła się po gładkiej, białej szyi, wzdłuż bladoczerwonej linii. Przypominała ranę na ludzkiej skórze, choć pozostawiła ją żelazista woda.
Betty myślała o tej ranie i krwi, gdy dostrzegła kolejną bliznę - delikatne pęknięcie w betonowej powierzchni Portobello Promenade, dokładnie tam, gdzie umieściła pensa na parę chwil przed tym, jak podniosła go Stef Campbell.
Akurat ona, akurat teraz.
To nie mógł być zbieg okoliczności.
Betty od czterech miesięcy sprzątała u Stef w każdy wtorkowy i piątkowy poranek, ale nigdy nie widziała jej w takich okolicznościach - w pochmurny poniedziałek, w czerwonej sportowej kurtce, z zarumienionymi policzkami, rozpuszczonymi włosami, kryjącymi małe srebrne kolczyki, z którymi Stef nigdy się nie rozstawała.
Stef biegła dość szybko, ale zabawnie, jakby spadał jej jeden but. Gdyby chodziła do szkoły, koledzy pewnie by się z niej śmiali i nikt nie chciałby jej wybrać do drużyny. To była kolejna rzecz, która je łączyła. Stef minęła Betty, zrobiła jeszcze parę kroków i stanęła jak wryta, wpatrując się w morze albo w rozciągający się nad nim przestwór nieba. Tego dnia spowijała je szarość, zapowiadająca letnią nawałnicę, tak gwałtowną, że pogodynek przeprosił widzów, zanim odczytał prognozę. Ostatni tydzień czerwca miał być deszczowy i wietrzny, nietypowo burzliwy.
Betty gapiła się na Stef, która usiadła na falochronie, zdjęła but i masowała stopę. Jej dłonie były oddalone od pieniążka dokładnie na długość linijki.
Betty to wiedziała, bo zawsze nosiła przy sobie linijkę na wypadek, gdyby znalazła monetę w trudno dostępnym miejscu. Czasami klękała w blasku automatu z kawą lub słodyczami i wygarniała wszystko, co pod nim zalegało.
Ale pens obok Stef leżał na widoku.
Betty usiłowała zmusić ją siłą woli, aby go podniosła, aby poczuła emanującą z niego dobrą moc.
I udało się. Stef zawiązała sznurówki i wyciągnęła rękę po pieniążek. Betty przyglądała się jej z fascynacją. Ruchy Stef skojarzyły się jej z metalową łapą automatu do gier niezdarnie chwytającą jaskrawe pluszaki ze sterty w szklanej gablocie. Gdy Stef w końcu podniosła monetę, wytarła ją o rękaw, położyła na dłoni i przyjrzała się jej z podziwem. Betty bardzo się ucieszyła, tak bardzo, że pewnie było widać bijącą od niej łunę radości.
Ale chwilę później jej świat błyskawicznie spochmurniał, bo przypomniała sobie o pęknięciu w chodniku, teraz tak bardzo rzucającym się w oczy, że nie mogła uwierzyć, że go nie zauważyła, kładąc pensa. Wszyscy wiedzą, że takie pęknięcia przynoszą pecha. Usiłowała zachować spokój i wmówić sobie, że szczęśliwa moneta to zrównoważy.
Serio, Betty? Naprawdę?
W oczach stanęły jej łzy, gdy podniosła się z ławki, spoglądając to na pęknięcie w asfalcie, to na czerwoną kurtkę Stef Campbell odchodzącej z pieniążkiem w dłoni. Mgliste przeczucie zamieniło się w pewność, stało się rozpalonym do czerwoności kamieniem parzącym żołądek Betty.
Z tego nie wyniknie nic dobrego.