Rozdział 1
Maria Piotrowska patrzyła przez okno na listopadowy wieczór i zastanawiała się nad tym, czy wszyscy ludzie w jej wieku nie lubią tych jesienno-zimowych ciemności. Ona nie lubiła. Odkąd przeszła na emeryturę, jednym z zajęć, którym najchętniej się oddawała, było przesiadywanie w oknie, obserwowanie otoczenia i niespieszne rozmyślanie o życiu. O tej porze roku słońce zachodziło wcześnie, a po południu szybko zapadały egipskie ciemności, więc musiała szukać sobie zajęć na tę część dnia.
I nie chodziło zupełnie o to, że była podglądaczką albo coś w tym rodzaju. Po prostu jako mieszkająca samotnie kobieta po osiemdziesiątce nie miała zbyt wiele aktywności i często czuła się samotna. Obserwowanie ludzi przez okno sprawiało, że samotność stawała się mniej przytłaczająca i dokuczliwa. Dawała pewną ułudę. Jakby patrząc na sąsiadów i odwiedzających ich gości, znajdowała się bliżej nich.
Zagłuszało to chociaż w małym stopniu tę pustkę, która powstała w sercu Marii po śmierci męża. Henryk odszedł już czternaście lat temu na zawał. Co prawda już wcześniej leczył się z powodu miażdżycy, ale Maria i tak przeżyła szok, kiedy stojący w drzwiach policjant poinformował, że jej mąż nie żyje. Przez całą drogę do prosektorium miała nadzieję, że to jakiś nieśmieszny żart, ale niestety, to nie była przykra pomyłka. W wieku siedemdziesięciu jeden lat musiała pochować męża. W organizacji pogrzebu pomagała jej jedyna córka, ukochana Urszula. A także Krzysztof, zięć. Maria do tej pory była im wdzięczna za wsparcie w tamtym wyjątkowo trudnym okresie. Nieraz, kiedy go wspominała, dochodziła do wniosku, że bez nich by tego wszystkiego nie udźwignęła.
Bez nich i bez Dominiki. Wnuczka zawsze była dla Marii promieniem słońca w tym często szaroburym życiu. To właśnie na nią dzisiaj czekała, wpatrując się w okno. Dominika miała zajrzeć do niej po pracy. Od skończenia studiów pracowała w pobliskim Dziennym Domu Pomocy, gdzie pomagała seniorom w codziennych czynnościach, służyła im wsparciem i organizowała dla nich różnorakie, rozwijające zajęcia. Maria czasem przyjmowała zaproszenie wnuczki na warsztaty z robótek ręcznych albo tworzenia ozdób świątecznych przed Bożym Narodzeniem czy Wielkanocą. Dzięki temu poznała kilkanaście stale bywających tam osób. Może nie nawiązała z nikim szczerej przyjaźni, ale chętnie przekazywała przez wnuczkę pozdrowienia koleżankom oraz kolegom i z zaciekawieniem słuchała jej opowieści o pracy. Zwłaszcza w te długie, jesienno-zimowe wieczory.
Maria nigdy nie przepadała za zimą, ale odkąd się zestarzała, nie mogła w ogóle znieść tej paskudnej pogody. Chyba nie miałaby nic przeciwko usunięciu tej pory roku z kalendarza. No, może poza Bożym Narodzeniem.
Kiedyś zimy przynajmniej były śnieżne, dzięki czemu świat wyglądał urokliwie, a teraz? Ocieplenie klimatu. Deszcz. Wszędobylskie błoto. Nieraz nie chciało jej się nawet nosa wyściubić z mieszkania. Już od końca października wyczekiwała kolejnej wiosny i lata.
Choć w tym roku nie mogła się pozbyć dziwnego wrażenia, że następnych już niestety nie doczeka.
I o tym również chciała dziś porozmawiać z Dominiką. Czuła, że jeżeli nie wyrzuci z siebie tych obaw, to po prostu zwariuje. Na co dzień starała się nie obarczać najbliższych problemami - doskonale wiedziała, że w tych czasach młodzi mają mnóstwo na głowie - ale tym razem naprawdę potrzebowała poważnej rozmowy. Może właśnie dlatego stała w oknie już pół godziny przed umówionym spotkaniem. To była jedna z tych spraw życia i śmierci.
Ponieważ Dominika wciąż się spóźniała, a Marię rozbolały już nogi, w końcu odpuściła sterczenie w oknie i usiadła w swoim ulubionym fotelu. Na ławie naprzeciw niego stał już świąteczny stroik z gałązek świerku, w sercu którego znajdowała się świeczka. Maria dostała go kilka dni temu od Uli, która razem z Krzysztofem wpadła na niedzielną kawę. Obstawiała, że córka otrzymała go w podziękowaniu od jakiegoś pacjenta albo jakiejś pacjentki. Od wielu lat pracowała jako lekarka rodzinna w jednej z trzech przychodni w Stawińcu, choć nie tej najbliżej mieszkania Marii.
Na szczęście mimo to mogła wystawiać matce recepty na leki stałe. Mówiła, że to się nazywa recepta pro familia, czy coś takiego. W przeciwieństwie do córki Maria nie była zbyt dobrze wykształcona. Prawdę mówiąc, nie ukończyła nawet szkoły średniej. Przez wiele lat pracowała jako woźna w pobliskiej szkole podstawowej. Henryk natomiast większą część życia zawodowego przepracował w rafinerii w pobliskim Płocku. Naprawiał i konserwował urządzenia. On również wiele nie zarabiał, przez co musieli żyć skromnie. Może właśnie dlatego tak często powtarzali Urszuli, że nie ma ważniejszej sprawy niż solidne wykształcenie.
- Tego, co masz w głowie, nikt nie da rady ci zabrać - powtarzała jej Maria. - A jedyne, co mogę dla ciebie zrobić, to zapewnić ci godne warunki do nauki. Niewiele mam, więc niewiele ode mnie dostaniesz. Chociaż gdybym mogła, to gwiazdkę z nieba bym ci podarowała, Uleńko. Więc ucz się, córuś. Ucz się pilnie - mawiała przy wielu okazjach.
Czy jednak spodziewała się wtedy, że jej córka zostanie kiedyś cenioną lekarką?
Chyba nie bardzo. W tamtych czasach ludzie często mawiali, że na medycynę dostają się głównie dzieci medyków albo innych wysoko postawionych rodziców. Kiedy Ula obwieściła, że dostała się na kierunek lekarski, Maria w pierwszej chwili myślała, że to jakiś żart. Potrzebowała kilku dni, żeby wreszcie to do niej dotarło. Szok jednak szybko ustąpił miejsca dumie. Właściwie to do tej pory patrzyła na córkę z podziwem. Pierworodna. Taka idealna od samego początku. Lekarka.
Gdyby tylko tak się nie złościła, kiedy Maria jej o tym mówiła...
Wybór zawodu przez Ulę już w latach osiemdziesiątych ułatwił życie Piotrowskim. Brakowało wielu produktów. Na wsiach hodowano własne zwierzęta, ale w takich miasteczkach jak Stawiniec, ni dużych, ni małych, ludzie musieli radzić sobie inaczej. Prezenty, które Ula od początku otrzymywała od wdzięcznych pacjentów i którymi dzieliła się z rodzicami, naprawdę bywały wybawieniem. Zresztą do tej pory cieszyły Marię. Nawet ten stroik. Niby nic takiego, ale przyjemnie było rozświetlić chociaż świeczką te listopadowe ciemności. Salon od razu wydawał się przytulniejszy.
W kuchni też miała stroik. Ale tamten zrobiła sama, z szyszek i bombek, rok temu, na warsztatach w Dziennym Domu Pomocy, na które zaciągnęła ją Dominika. Podobał jej się, więc po okresie świątecznym wyniosła go do piwnicy i kilka dni temu znowu przyniosła.
- To się nazywa recykling, babciu - skwitowała wnuczka, która wpadła wtedy pomóc Marii porządkować mieszkanie.
- Za moich czasów niewiele się wyrzucało. Właściwie to prawie wszystko zostawialiśmy do ponownego użycia.
- A teraz króluje chińszczyzna i toniemy w rzeczach...
- Każda epoka rządzi się swoimi prawami.
- Mądrze mówisz, babciu.
Marii zrobiło się miło, choć takie słowa z ust wnuczki nie były zaskoczeniem. Dominika często prawiła jej komplementy. Od zawsze miały dobry kontakt i były dla siebie życzliwe.
Maria nie mogła się tylko nadziwić, że Dominika tak szybko urosła. Dopiero co leżała w pieluszkach, a tu proszę, już była po studiach. Tak niedawno prowadzała ją do sklepu za rękę, słuchając dziecięcych opowieści, i kupowała drobne słodycze.
Gdyby tak dało się cofnąć czas... Dlaczego nikt jeszcze nie wymyślił na to sposobu?
Zamyśliła się, kiedy wreszcie usłyszała wyczekany dźwięk domofonu. Dominika od dawna znała kod otwierający drzwi prowadzące na klatkę. Tak było łatwiej.
Mimo wszystko Maria wstała z fotela i ruszyła na korytarz, bo wnuczka nie posiadała kluczy do jej mieszkania. Zapasowy komplet miała Urszula, choć od pewnego czasu to Dominika mieszkała bliżej.
Wyjrzała na klatkę, akurat kiedy wnuczka pokonywała ostatnie schodki. Mimo że miała na sobie szerokie jeansy, ciepły płaszcz, szalik i grubą czapkę, jej policzki były czerwone od mrozu. Marii jednak to nie zdziwiło. Synoptycy od kilku dni zapowiadali niskie temperatury. Mówili o tym w każdej prognozie pogody w telewizji, którą oglądała.
- Cześć, Mika.
- Cześć! - Dominika wdrapała się wreszcie na piętro. Podeszła i cmoknęła seniorkę w policzek.
Nozdrza Marii od razu wypełnił zapach dobrze znanych perfum - świeża, ale też słodka, kwiatowo-owocowa woń. A długie brązowe włosy Dominiki połaskotały ją w twarz.
Jak dobrze było się znaleźć w ramionach ukochanej osoby. Chociaż na krótką chwilę.
- Przepraszam za to spóźnienie. Musiałam jeszcze podjechać na pocztę, ale autobus do ciebie się rozkraczył i musiałam ostatnie dwa przystanki iść pieszo.
- To pewnie zmarzłaś.
- Wręcz przeciwnie. Pędziłam do ciebie tak szybko, że aż się zapociłam.
- Żebyś się tylko nie pochorowała! Chodź do środka. Zaparzymy ciepłą herbatę.
Puściła wnuczkę przodem.
Kiedy Dominika pozbyła się wierzchnich ubrań i butów, zaproponowała, że sama przygotuje rozgrzewające napoje.
Maria nie protestowała. Od paru lat miała problemy z krążeniem: ciężkie nogi, żylaki, czasem obrzęki. Z przyjemnością usiadła na krześle i patrzyła, jak wnuczka z typową dla siebie energią nastawia wodę i sięga po kubki.
- Nowy sweter? - zagaiła, wskazując na czerwony golf, który Dominika miała na sobie.
- Mama dostała od taty na imieniny, ale wiesz, że takie kolory nie są w jej stylu, więc mi go dała.
Maria się zaśmiała.
- Kochany Krzysztof, chyba nigdy nie zapamięta, że jego żona woli nosić stonowane barwy.
- Jakby nie widywał jej co dzień.
- Ale nie tylko on taki jest. Wierz mi, Henryk przez całe życie się nie nauczył, że nie znoszę ubrań w paski. Jeszcze na ostatnie święta, które spędzaliśmy razem, sprezentował mi koszulę w paseczki.
- Pamiętasz takie szczegóły? - Dominika wyjęła z pudełka przy czajniku dwie torebki herbaty.
- Człowiek nigdy nie wie, które święta będą jego ostatnimi, więc tak, staram się notować takie rzeczy w pamięci, żeby sobie potem nie wyrzucać, że nie zapamiętałam czegoś ważnego.
Dominika się zamyśliła.
- Pięknie to powiedziałaś, wiesz? Chyba jest jakaś prawda w tym, że niektóre rzeczy powinniśmy robić tak, jakbyśmy robili je po raz ostatni, bo nigdy nie możemy mieć pewności, czy będzie nam dane jeszcze kiedyś je powtórzyć.
- Widzę, że nie tylko mnie ta końcówka roku prowokuje do tego typu przemyśleń.
- Pan Czesław, wiesz, ten kochający wełniane kamizelki i góralskie, ciepłe kapcie, trafił dziś do szpitala. Już od rana myślę o tym, jak kruche jest ludzkie życie.
- Biedny człowiek. Coś poważnego?
- Nie wiem. Jego córka dała mi tylko znać, że przez jakiś czas go nie będzie. Chciałam do niego zadzwonić, żeby wesprzeć go na duchu i spytać, czy czegoś mu nie potrzeba, ale odwiedziła nas dziś grupa przedszkolaków, a potem pani Stasia przewróciła się na schodach i zrobiło się zamieszanie... Chyba zadzwonię do niego, dopiero jak już wrócę do siebie.
- Pozdrów go ode mnie. Siedziałam naprzeciw niego podczas tych warsztatów na wiosnę, jak robiliśmy wielkanocne stroiki.
- Na pewno będzie mu miło. Czasem mnie podpytuje, co u ciebie.
- Tak? Nie wspominałaś.
- A co? Zaintrygowało cię to? - Dominika postawiła na stole dwa kubki i usiadła naprzeciw Marii.
- A wyglądam ci na kogoś, kto szuka miłości na stare lata? - Starsza pani aż się zaśmiała. - Przeżyłam już, co miałam przeżyć. Mężczyźni już mnie nie interesują... w tym sensie.
- A ja uważam, że nigdy nie jest za późno na miłość.
- Odważne stwierdzenie. To kiedy sama zaczniesz chodzić na randki?
- Oj, babciu.
- Ty mi nie babciuj. Czyli co? Mnie można próbować swatać, ale tobie nie wolno zwrócić uwagi, że życie w samotności na dłuższą metę nikomu nie służy?
- Może po prostu nie przebolałam jeszcze rozstania z Patrykiem?
- Czy nie rozeszliście się czasem już dwa lata temu?
- Dwa lata temu i miesiąc, ale kto by tam liczył...
Maria popatrzyła na wnuczkę z czułością. Pewnie nie była obiektywna, jak to babcia, ale dziewczynie niczego nie brakowało. Młoda, atrakcyjna, energiczna, pełna pasji i z sercem na dłoni... Pomyślała, że chyba nigdy nie zrozumie, dlaczego ten ancymon, Patryk, z nią zerwał. Spotykali się od drugiej klasy liceum i byli razem przez całe studia. Zakochani na zabój. Przynajmniej Dominika wydawała się świata nie widzieć poza tym chłopakiem.
Maria też go całkiem lubiła. Wysoki blondyn z gęstą czupryną, o myślicielskim spojrzeniu - tak określała go w duchu. Lubiła, kiedy odwiedzał ją razem z Dominiką. Ucinali sobie pogawędki o polityce i o muzyce, które były jego największymi pasjami. Raz dała się wyciągnąć Dominice nawet na koncert plenerowy przy Miejskim Domu Kultury, gdy grał zespół Patryka. Poznała wtedy jego rodziców i dziadka. Wydawali się porządnymi ludźmi. Eleganccy. Serdeczni. Dobrze wychowani.
Kiedy po ukończeniu studiów licencjackich młodzi zamieszkali razem i coraz częściej wspominali o ślubie, Maria zaczęła składać nawet pieniądze na prezent. Jej emerytura nie była duża, a chciała wręczyć nowożeńcom jakąś większą sumę.
A potem, w pewien deszczowy dzień, niespodziewanie zobaczyła na swoim progu zapłakaną Dominikę, która z trudem składała zdania. Chwilę trwało, zanim zrozumiała, że wnuczka mamrocze coś o rozstaniu.
- Stwierdził, że już do siebie nie pasujemy, dasz wiarę? I że ślub to decyzja na całe życie, a on nie chce się wiązać na zawsze, kiedy nie jest pewny, czy to, co do mnie czuje, to prawdziwa miłość, czy już tylko przyzwyczajenie...
To było trudne popołudnie. Nie tylko dla Dominiki. Dziś ludzie często myślą tylko o sobie, lecz Maria taka nie była. Urodziła się w czasie wojny, dorastała, kiedy wielu rzeczy nie było, ale zawsze troszczyła się o bliskich. Zresztą gdy ludzie się rozstają, sprawa rzadko kiedy dotyczy tylko jednej osoby. Skutki zwykle odczuwają wszyscy członkowie rodziny. To jak system naczyń połączonych. To, co dzieje się u jednego, nie pozostaje bez wpływu na resztę... Maria widziała świat wielowymiarowo. Rodzina też od zawsze była dla niej nadrzędną wartością.
Może właśnie dlatego zamyśliła się teraz nad słowami wnuczki?
Wiedziała, że Dominika boleśnie przeżyła tamto rozstanie, ale nie chciała, żeby dziewczyna z takim potencjałem szła przez życie samotnie. Gdy człowiek ma wsparcie, lepiej radzi sobie z trudami dnia codziennego - to była prawda stara jak świat.
Tylko jak uświadomić to Dominice, skoro babcine wykłady niewiele, jak widać, zmieniały w jej świadomości?
- Mimo to mogłabyś się wreszcie otworzyć na miłość.
- Otworzyć na miłość... - powtórzyła Dominika niespiesznie. - Ale co to w ogóle znaczy, babciu?
- Może w twoim przypadku to byłoby pozbycie się lęku, że znowu zostaniesz skrzywdzona?
- Nie sądziłam, że nasza dzisiejsza rozmowa potoczy się w takim poważnym kierunku. I nie wiem, czy jestem w tej chwili gotowa na podejmowanie tak poważnych tematów.
- W porządku, nie będę naciskała. Proszę cię tylko, żebyś nie zamykała swojego serca. Miłość potrafi ranić, to fakt, ale kiedy człowiek spotyka właściwą osobę... - zaczęła Maria, lecz nagle umilkła. - Zresztą nieważne. Nie chcesz o tym rozmawiać, to nie. Wiedz jednak, że głęboko wierzę, że poznasz jeszcze kogoś wyjątkowego. A ważne rzeczy często przychodzą niespodziewanie.
- Doceniam twoją troskę, babciu. I obiecuję mieć oczy i uszy szeroko otwarte. - Dominika ścisnęła jej rękę. - Teraz lepiej mi powiedz, jak minął ci dzień. Co dzisiaj robiłaś?
- A pochwalę ci się! - Maria wstała i przyniosła z pokoju kamizelkę, którą skończyła dziś robić sobie na drutach. - Wreszcie gotowa.
Dominika z uznaniem obejrzała jej dzieło.
- Piękna jest. Naprawdę. Nie zmarzniesz w te mrozy.
- Jeśli chcesz, mogę zrobić dla ciebie podobną.
- Nie mogłabym cię o to prosić...
- Podczas długich zimowych wieczorów i tak nie mam lepszych zajęć. Powiedz tylko, jaki byś chciała kolor. Zawsze to bardziej rozwijające zajęcie niż oglądanie kolejnych powtórek Ojca Mateusza.
Dominika odłożyła kamizelkę na blat i popatrzyła na Marię z wdzięcznością.
- Okej, skoro tak stawiasz sprawę, zastanowię się nad kolorem. Albo wiesz co? Sama kupię wełnę. I tak muszę w tym tygodniu zajrzeć do pasmanterii, bo urwał mi się guzik od spodni i gdzieś go potem zgubiłam. Widziałam, że mają tam wybór motków.
- A może zaszłabyś przy okazji do tej drogerii naprzeciwko? - Maria uznała, że to dobry moment, by zrobić wstęp. Zamierzała wreszcie wyjawić powód, dla którego zaprosiła dziś wnuczkę.
- Pewnie, mogę wstąpić. Czego potrzebujesz?
Maria poczuła niepokój, ale zebrała się na odwagę. W końcu chodziło o jej zdrowie. A może nawet i życie.
Pociągnęła w dół rękaw swetra i odsłoniła kawałek ramienia. Pokazała wnuczce zmieniony fragment skóry.
- Wy, młodzi, macie na pewno jakieś nowoczesne metody zwalczania krost.
Krosta. Właśnie tak nazwała coś, co od pewnego czasu sprawiało, że nie mogła spokojnie spać.
- Nie chce się zagoić już od ponad miesiąca. Kupiłabyś mi w drogerii jakąś maść? Trochę mnie boli.
Dominika przysunęła się bliżej i otaksowała wzrokiem krwawiący punkt.
- Mogę zobaczyć z bliska? Mama już to widziała?
Maria pokręciła głową. Nie miała jeszcze odwagi, by poruszyć ten temat z Urszulą. Zresztą córka z mężem wylatywali niebawem w tropiki. Nie chciała jej psuć humoru tuż przed świętami.
- Moim zdaniem powinnaś pokazać to lekarzowi - zawyrokowała Dominika. W jej głosie wyraźnie wybrzmiewał niepokój.
Maria głośno przełknęła ślinę. Czyli intuicja jej nie zawiodła. Naprawdę było się czym przejmować.
Niedobrze.
- Masz na myśli dermatologa? - Nie zamierzała jednak zdradzić wnuczce swoich prawdziwych uczuć. Nie chciała jej dodatkowo stresować ani zwracać na siebie uwagi. Chociaż nieraz czuła się najbardziej samotną kobietą na świecie, nie miała w zwyczaju stawiać siebie w centrum. A już na pewno nie chciała być problemem dla najbliższych.
- Myślę, że mama lepiej cię pokieruje, ale raczej nie zaszkodzi obejrzeć tej krosty dermatoskopem.
Maria westchnęła.
- A wiesz, że czułam, że zasugerujesz coś takiego?
- Czyli ta prośba o kupno maści w drogerii była tylko pretekstem do podjęcia tego tematu?
Maria przygryzła dolną wargę, lecz szybko przestała i zasłoniła wreszcie ramię.
- Mam nadzieję, że martwimy się obie na wyrost - wymamrotała.
- Dlaczego nie pokazałaś tego od razu mamie?
- Ja...
- Babciu!
- Może po prostu najpierw chciałam się upewnić, że niczego sobie nie wymyśliłam?
- Ale mama jest lekarką! I twoją córką! Nie wyśmiałaby cię, nawet gdybyś zwróciła się do niej z błahostką.
- Niby nie. Niemniej...
- Codziennie udziela pacjentom porad. Wie doskonale, na jakie sygnały alarmowe zwracać uwagę. Ludzie ją cenią.
- I potem narzeka, że ma dość rozmawiania o chorobach.
- Co nie zmienia faktu, że powinnaś pokazać jej to znamię. Ja się nie znam, ale to nie wygląda dobrze i wydaje mi się, że sama doskonale o tym wiesz...
- Czytałam co nieco o tego typu zmianach w gazetach...
- No właśnie. A mama ma duże znajomości. Na pewno może załatwić ci wizytę w przyspieszonym terminie u jakiejś swojej koleżanki albo jakiegoś kolegi. Mam nadzieję, że panikujemy na wyrost, ale badanie na pewno nie zaszkodzi.
- Sama nie wiem...
- Może od razu do niej zadzwonię? Może nawet mogłaby dołączyć tu do nas i jeszcze dzisiaj rzucić okiem na ten twój pieprzyk? Jest już po pracy.
- Ale ona ma teraz tyle na głowie... Zaraz lecą z Krzysztofem do tej Malezji...
- Są sprawy ważne i ważniejsze, babciu. - Dominika już wyjmowała z kieszeni telefon. - A ty powinnaś się wstydzić, wiesz? Mieć córkę lekarkę i nie poprosić o poradę medyczną przy pierwszej możliwej okazji? Wstyd! No po prostu wstyd! Na szczęście masz mnie.
- Matko boska, ale dziś zimno! - oznajmiła Urszula, wchodząc do mieszkania matki. Uszy i nos miała czerwone. Czubki jej eleganckich kozaków pokrywał śnieg. Odgarnąwszy z czoła lekko wilgotne włosy, otupała buty na wycieraczce, a potem popatrzyła na stojące w korytarzu matkę i córkę.
Maria nie zauważyła, że zaczęło padać i na dworze już robiło się biało. Płaszcz Urszuli i cienki szalik nie wydawały się najlepszym wyborem, jeśli chodzi o ubrania na taką pogodę, więc nie zaskoczyło jej, że córka zmarzła. Gdzie czapka i rękawiczki? Gdzie porządnie ocieplone buty na grubej podeszwie?
Zanim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, odezwała się Dominika:
- Cześć, mamo. Dziękuję, że przyjechałaś tak szybko.
- Drobiazg. Byłam na zakupach w centrum handlowym, więc akurat miałam po drodze. Okazało się, że twój ojciec nie ma żadnych szortów kąpielowych, które nie byłyby zniszczone. Dobrze, że zorientowałam się wcześniej.
- Cześć, Ulu. - Maria też się przywitała. - Wybacz, że cię fatygujemy, ale Dominika się uparła.
- Możesz sama do mnie zadzwonić, mamo, jeżeli coś się dzieje.
- Nie chciałam cię martwić...
Urszula odwiesiła płaszcz na wieszak i odstawiła buty pod ścianę.
- Jakiś zmieniony pieprzyk, tak?
- Na ramieniu. Właściwie między ramieniem a szyją - wyjaśniła Dominika. - Babcia mówi, że boli ją i krwawi.
- Przejdźmy do kuchni - poleciła Urszula. - Przy okazji zrobię sobie ciepłą herbatę. I ogrzeję ręce. Na dworze naprawdę jest ziąb.
- Ja zrobię herbatę - oznajmiła Dominika. - Jaką chcesz? Zieloną czy czarną?
- Może być zielona. A ty, mamo, dostajesz żółtą kartkę. Żeby ze sprawami zdrowotnymi zwracać się do Dominiki, a nie do mnie? Nie ufasz mi, czy co?
- Wręcz przeciwnie, bardzo ci ufam. Po prostu nie chciałam zawracać ci głowy...
Urszula przewróciła oczami. Stanęła na chwilę przy grzejniku w kuchni, który na szczęście był ciepły.
- Dobrze, że zmieniłam w zeszłym tygodniu opony. Tylko przy centrum handlowym minęłam dwie stłuczki.
- Aż tak pada? - zainteresowała się Maria.
- Sypie niemiłosiernie. Mam nadzieję, że władze gminy już szykują sól, piaskarki i pługi.
- Oby autobusy mimo to jeździły normalnie, bo chciałabym wrócić do siebie na kolację bez większych atrakcji. Już i tak musiałam iść do babci dwa przystanki z buta.
- Mogę cię podrzucić - zaoferowała Urszula.
- To nie po drodze.
- Przecież to żaden kłopot. I nie widziałyśmy się już od jakichś dwóch tygodni. Będziemy mogły po drodze sobie pogadać.
- No dobrze, mamo. Dzięki.
- Drobiazg. A zmieniając temat... ładnie ci w tym swetrze. - Wskazała na golf Dominiki.
- To sugestia, że chcesz go jednak odzyskać?
- To stwierdzenie, że do twarzy ci w tym kolorze. U mnie niestety leżałby w szafie. Cieszę się, że nie musi.
- A babcia zaproponowała, że zrobi mi wełnianą kamizelkę na drutach.
- O. - Urszula popatrzyła na matkę.
- Tobie nie proponuję, bo wiem, że i tak byś jej nie nosiła - odparła Maria. - Ostatni raz miałaś na sobie wydziergane ubrania chyba w czasach szkolnych.
Wtedy Urszula nie była jeszcze poważaną, szanowaną panią doktor. Teraz nosiła głównie eleganckie koszule, sukienki lub spodnie w kant.
- Co nie zmienia faktu, że doceniam twoją pracę, mamo. Narobiłaś się, nie ma co. I te detale... Skąd wzięłaś takie ładne guziki?
- Odprułam od jakiejś starej bluzki.
- Naprawdę urocze.
- A tu jest twoja herbata - obwieściła tymczasem Dominika i postawiła przed Urszulą kubek.
- Dzięki, skarbie. Uczynne z ciebie dziecko.
- Czy w dowód sympatii przywieziesz mi jakąś ładną biżuterię z Malezji? - Dominika puściła oko do babci, siadając na swoim krześle.
Maria nie zdołała pohamować uśmiechu.
- Wy, młodzi, to wszystko umiecie teraz sobie załatwić.
- Oczywiście, że coś ci przywiozę - odparła tymczasem Urszula. - Tobie też, mamo. Specjalnie wykupiłam dużą walizkę, żeby zmieściły mi się pamiątki.
- Ja to ci nawet trochę zazdroszczę tego wyjazdu. Słońce. Urokliwe plaże. Ciepła woda... - Dominika się rozmarzyła. - Sama bym chciała zobaczyć Malezję. Chociaż z drugiej strony... Śnieżne zimy też mają swój urok. Pamiętacie, jak w dzieciństwie rzucałam się w zaspy w Parku Zdrojowym? Albo jak budowaliśmy z Maćkiem i Lilą igloo, i jak zabieraliście mnie na wieś do cioci Bożeny? Lepiliśmy bałwany wyższe od nas? Ale to były czasy!
- Szkoda tylko, że wracaliście potem do domu przemoczeni aż do bielizny - mruknęła Urszula.
- Nie pamiętam, żebym chorowała.
- Co racja, to racja. Zawsze miałaś dobrą odporność - przyznała.
- Ja to pamiętam jeszcze nawet czasy, jak Wisła zamarzała - wtrąciła Maria, wracając do wspomnień. - Lód był tak gruby, że ludzie jeździli po rzece saniami. Teraz już zimy nie te.
- Albo te wysokie zaspy w zimę stulecia - dodała Urszula. - Pamiętasz, mamo, jak ludzie nie mogli wyjechać z miasta? Chyba cała Polska znalazła się wtedy pod śniegiem.
- O tak, co to była za zima! Ludzie przyjmowali na noc obcych, bo autobusy i pociągi stanęły, wielu nie miało jak wrócić do siebie. Ćmielowa w domu urodziła, bo świętej pamięci Kazimierz nie był w stanie zawieźć jej do szpitala. Tyle było śniegu!
- I pamiętam jeszcze, że potwornie zimno mieliśmy wtedy w mieszkaniu - ciągnęła Urszula.
- Prąd wyłączali...
- Naprawdę? - Dominika się zdziwiła.
- A jakże! Szkoły też pozamykali - powiedziała Maria. - Dzieciaki od rana łopatami machały na osiedlu. Chociaż szybko im się znudziło i potem już jeździły na sankach...
- To naprawdę miałyście niesamowite przeżycia.
Maria z Urszulą wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.
- Kiedyś to były czasy...
- A potem przyszło ocieplenie klimatu. - Urszula upiła kilka łyków herbaty, a potem umyła ręce i znowu popatrzyła na matkę. - Pokaż mi wreszcie ten pieprzyk.
Maria, tak jak wcześniej, odsłoniła ramię.
- Tylko błagam, bez wykładów. Jeżeli trzeba, to umów mnie do lekarza, ale proszę cię, nie praw mi już kazań o tym, że mogłam pokazać ci to wcześniej.
Urszula w milczeniu obserwowała zmienione znamię. Minę miała poważną i trochę zatroskaną. Czy tak właśnie wyglądała, kiedy badała swoich pacjentów?
- I co? - Maria nie wytrzymała wreszcie tej ciszy. - Bardzo jest źle?
- Dominika ma rację. Trzeba popatrzeć na to znamię przez dermatoskop. Najlepiej szybko - dodała.
Maria poczuła, jak po jej plecach rozszedł się nieprzyjemny dreszcz.
- Czyli jednak.
- Nie będę cię straszyć, ale nie wygląda to dobrze. Nieregularne brzegi. Bolesność. Krwawienie...
- Znasz jakiegoś dobrego dermatologa, mamo? - spytała Dominika, która wyglądała na bardzo przejętą.
Maria zasłoniła ramię i spojrzała na wnuczkę ze współczuciem. Niby to ona sama miała problemy, ale mimo wszystko żal jej się zrobiło tej młodej, wrażliwej dziewczyny. Wiedziała, że wnuczka będzie bardzo przeżywała całą tę sytuację.
I właśnie z tego powodu nic im wcześniej nie powiedziała. Od zawsze robiła wszystko, żeby nie przysparzać bliskim zmartwień i nie być dla nikogo ciężarem. Pieprzyk jednak nie znikał od wielu tygodni, a ostatnio bolał coraz bardziej, więc w końcu nie wytrzymała i poprosiła o pomoc.
- Zadzwonię jeszcze dzisiaj do koleżanki z czasów studenckich, która zajmuje się takimi przypadkami.
- Czyli to... rak? - odważyła się spytać Maria.
- Za wcześnie, żeby wyrokować, mamo. Poza tym najpierw trzeba wykonać badania, zanim postawi się diagnozę. Lekarze to nie wróżbici. Trzymamy się wyników. Faktów.
- A więc czerniak.
Urszula westchnęła.
- Być może. Nie wiem. Na pewno ten pieprzyk wygląda mi podejrzanie i wymaga dalszej diagnostyki.
Maria niby się tego spodziewała, ale mimo wszystko poczuła się nieco nieswojo na myśl o tym, że na jej ciele pojawił się... intruz. Na chwilę aż się zawiesiła. Poczuła, jakby ciało przestało należeć tylko do niej. Jakby była wybrakowana, choć diagnoza przecież jeszcze nie padła.
To było dziwne. Zaskakujące i zarazem nieco przerażające. Ciągle słyszała o ludziach, którzy toczyli walkę z chorobami, lecz nigdy chyba nie przypuszczała, że coś takiego może przydarzyć się także jej. I to na stare lata.
Choć z drugie strony, może to dobrze, że dopiero teraz?
Miała osiemdziesiąt pięć lat. Często myślała o tym, że najlepsze chwile życia ma już za sobą. I te złe w sumie też, przecież urodziła się podczas wojny, kiedy wszystko było niepewne. Przeżyła młodość, pierwszą miłość. Potem i drugą, poważniejszą i o wiele dojrzalszą. W dodatku uczucie to trwało przez znaczną część jej życia. Spędziła z Henrykiem kilkadziesiąt lat. Urodziła mu córkę, która teraz była jej dumą, i która wydała na świat kolejną cudowną kobietę.
Maria przymknęła oczy i przywołała w pamięci dziecięcy śmiech wnuczki. Wszystkie te zimowe popołudnia spędzane z nią na sankach i na lepieniu bałwanów, podczas gdy Urszula i Krzysztof byli w pracy. Widok ufnych oczu Dominisi, kiedy po zabawie podawała jej ciepłe, odżywcze kakao.