ROZDZIAŁ 3
Dagmara
Już odbieram! Zaraz! - pomrukiwałam zniecierpliwiona, przeszukując torebkę, z której od kilku minut wydobywał się dźwięk komórki.
Ktoś usilnie próbował się połączyć, nie wiedząc, że ze stertą klasówek i siatami pełnymi zakupów właśnie dojeżdżam do domu, przed którym jak zwykle trudno było o miejsce do parkowania. Miałam nadzieję, że to nie dzieciaki.
Dzisiejszy piątkowy wieczór zaplanowaliśmy już w ubiegłym tygodniu. Zbliżający się weekend należał do Zbyszka, mojego od niedawna byłego męża, który zobowiązał się odebrać Michała z przedszkola i skontaktować się z Zośką. Nasza starsza latorośl zaczęła ostatnio przedkładać spotkania z koleżankami nad kontakty z ojcem i wymogła na mnie zgodę na wizytę u koleżanki pod pretekstem nauki do klasówki z biologii. Mogłam jedynie mieć nadzieję, że naprawdę spotka się z koleżanką, a nie z kolegą, a zgłębianie biologicznych zagadnień będzie czysto teoretyczne.
Zachowanie Zośki w ostatnim czasie pozostawiało wiele do życzenia. Kończyła drugą licealną, a wciąż nie wiedziała, jakie wybrać studia. W ostatnim czasie zaczęła nawet przebąkiwać o bezsensie dalszej nauki.
Mimo burzliwego rozwodu ze Zbyszkiem, spowodowanego jego licznymi zdradami, o których wcześniej nie miałam pojęcia, i depresją, w którą mnie wpędził, dla dobra dzieci postanowiłam utrzymać z nim poprawne stosunki. Fakt, że regularnie płacił alimenty i wywiązywał się ze swoich ojcowskich obowiązków, utwierdzał mnie w przekonaniu, że postępuję słusznie. Pięcioletni Michał potrzebował taty, siedemnastoletnia Zośka dyscypliny. A ja miałam nadzieję, że Zbyszek pomoże mi okiełznać jej młodzieńczą butę i pohamować nadmierny apetyt na nowe doświadczenia, polegające głównie na próbowaniu zakazanych owoców. Bo już nie raz i nie dwa poczułam od niej alkohol. Bo coraz częściej zdarzały się jej późne powroty do domu, kiepskie oceny i bezczelne odzywki, wobec których pozostawałam bezradna. Próby rozmowy, jakiekolwiek tłumaczenia, wbijanie do głowy życiowych rad - nie odnosiły skutku.
Moja córka uważała, że: "nie każdy musi kończyć studia", "jestem młoda, więc należy mi się trochę swobody", "czepiasz się!", "nie pamiętasz, kiedy sama byłaś młoda", "teraz są inne czasy", "może potrzeba ci mężczyzny, ponieważ zgorzkniałaś?". A nawet posunęła się do stwierdzenia: "dopadła cię menopauza" (w wieku czterdziestu lat!). Odpysknięcia i zarzuty można było mnożyć.
Myślałam o Zbyszku jak o sprzymierzeńcu w walce o przyszłość Zośki, obarczając się jednocześnie winą za rozchwianie córki. W końcu rozwód rodziców musiał odbić się na jej psychice.
Komórka nieustannie dzwoniła, aż wreszcie zlokalizowałam jej położenie w bocznej kieszonce torebki. Na ekranie ujrzałam numer mojej siostry Laury, z którą nie rozmawiałam od śmierci mamy.
Nie byłyśmy przykładem kochających się sióstr. Ona - ukochana córeczka, ja - jak gdyby mniej. Ona mieszkająca w Toruniu przy rodzicach, ja na emigracji we Wrocławiu, który wybrałam na miejsce zamieszkania. Obie mężatki z dwojgiem dzieci.
Na studia wyjeżdżałam z pretensjami, że rodzice od zawsze faworyzowali Laurę, potem jej męża i potomstwo, choć - tłumaczyłam sobie później - tak się zdarza w każdej rodzinie. Może dlatego, że jest ode mnie młodsza o cztery lata? Czy najmłodsze dziecko znaczy najukochańsze?
Łzy rodzinnej porażki otarł mi Zbyszek, w którego kochające ramiona wpadłam spragniona uczuć. I pozostawałam w nich do momentu, w którym zdałam sobie sprawę, że plotki o jego miłosnych wyczynach są prawdą.
Przez koszmar rozwodu przechodziłam sama. Tata, na którego ewentualnie mogłabym liczyć, już nie żył, zaś mama z Laurą winą za rozpad małżeństwa obarczyły wyłącznie mnie. Podobno zawsze byłam zbyt mało ekspansywna i wybrałam sobie nieodpowiedniego faceta. Pochyliłam głowę przed ich werdyktem. Może rzeczywiście miały rację? Na dodatek najwidoczniej nie zasłużyłam sobie na porządną przyjaciółkę, która wsparłaby mnie w trudnej sytuacji. Pielęgnowałam własne kompleksy, stroniłam od ludzi i zaszywałam się w domowym zaciszu. Co mogłam poradzić na to, że nauczono mnie żyć z pochylonym czołem?
Nacisnęłam niebieski przycisk komórki, spokojna, że to nie dzieciaki. Czyli wszystko u nich w porządku, odetchnęłam.
- Halo? Jestem - odezwałam się.
- Nareszcie odebrałaś! Od wieków próbuję się z tobą połączyć! - W głosie siostry usłyszałam zniecierpliwienie.
- Przepraszam, wracam ze szkoły. Nie mogłam znaleźć miejsca do zaparkowania - zaczęłam się tłumaczyć.
Laura przystąpiła do wyjaśnień.
- Dostałaś list od pana Stanisława? - zapytała, przywołując imię notariusza, wieloletniego przyjaciela mamy. Nie czekając na odpowiedź, kontynuowała: - Mamy się zgłosić na otwarcie testamentu w przyszły wtorek. Mam nadzieję, że będziesz mogła przyjechać - dodała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Jeszcze nie odebrałam listu. Ale jestem pod domem. Zaraz sprawdzę w skrzynce.
- To sprawdź i oddzwoń. I przełóż te swoje lekcje na kiedy indziej, bo są sprawy ważniejsze.
- Postaram się - odparłam, ale usłyszałam jedynie dźwięk przerwanego połączenia.
Zanim zdążyłam zapytać, co słychać u Marcina, Jarka i Aśki...
Weekend spędziłam "na klasówkach" i - korzystając z nieobecności Michasia - sprzątaniu mieszkania. Zosia wpadła na sobotni obiad i zaraz pognała na jakiś koncert, który odsypiała w niedzielę. Powzięłam stanowcze postanowienie, że porozmawiam ze Zbyszkiem o jej wypadach. Tak dalej być nie mogło. Zanim jednak przystąpiliśmy do poważnej rozmowy, poprosiłam go o opiekę nad dzieciakami na najbliższy wtorek.
- Dostałam list od pana Stasia Nowaka, notariusza mamy, i muszę jechać do Torunia na otwarcie testamentu - zawiadomiłam go, odbierając w niedzielę Michała. - Zajmiesz się dziećmi?
- Oczywiście. Jedź i niczym się nie przejmuj - zgodził się ochoczo. I przekazał mi mniej optymistyczną wiadomość: - Zanosi się, że niebawem wyjadę na kontrakt do Anglii. Na trzy lata.
- Jak to?
- Potrzebują inżynierów, złożyłem podanie. Dzięki temu będę w stanie bardziej pomagać ci finansowo.
- A dzieci?
- Zawsze mogą do mnie przyjechać. A z tym wtorkiem nie musisz się martwić - dodał, klepiąc mnie po ramieniu.
- Chodź, Michałku, do domu. - Zgarnęłam synka z nadzieją, że Zośka zaczęła się uczyć do jutrzejszej klasówki. - Musimy wracać.
- Cześć, tato. - Młody żegnał się z ojcem, nie wypuszczając z rąk kolejnego samochodu z napędem.
Spotkanie u notariusza miało odbyć się o jedenastej. Mimo oporów szefowej wzięłam zatem wolne i o piątej rano odpaliłam swoją leciwą corsę, biorąc namiar na cel.
Po drodze zerkałam na przydrożne ogołocone z liści drzewa, zrzucające po zimie ostatnie płatki śniegu. Delikatnie nabrzmiałe pączki wyczekiwały wiosny.
Jak dawno nie wyjeżdżałam z miasta! - myślałam, napawając się widokiem pozbawionym domów, supermarketów, parkingów. Tamtego razu, gdy jechałam na pogrzeb mamy, nie liczyłam.
Pamiętałam moment, kiedy siedziałam przed telewizorem i gapiłam się bezmyślnie w ekran telewizora, w którym nadawano jeden z wielu programów interwencyjnych przerywanych reklamami. Na wyświetlaczu komórki pokazał się od dawna niewidziany numer Laury.
- Dagmara? - odezwała się, kiedy tylko odebrałam połączenie. - Mama nie żyje.
Przez chwilę milczałyśmy.
- Co się stało? - przerwałam ciszę.
Zaszokowana czekałam na dalszy ciąg.
- Zawał. Dzwonię, bo chyba chciałabyś wiedzieć.
- Laura! Co to znaczy: chyba chciałabym wiedzieć?! Przecież to nasza mama! A jak ty się czujesz?
W słuchawce usłyszałam płacz.
- A jak mam się czuć? - krzyknęła, połykając łzy.
- Jutro przyjadę - zdecydowałam. - Zorganizujemy pogrzeb.
Wbrew nadziei, że się ucieszy, przyjmie pomoc, Laura zareagowała alergicznie.
- Nie! Sama wszystko zorganizuję! Z Marcinem. Dam ci znać, kiedy pogrzeb. Kiedy ostatnio byłaś u mamy? - rzuciła oskarżenie.
Musiałam przyznać, że nie widziałam mamy od ostatniego lata. Nie przyjechałam również na święta Bożego Narodzenia. Ale przecież ona wcale tego nie oczekiwała. Wystarczali jej Laura, Marcin i ich dzieci.
Kiedy zadzwoniłam w Wigilię i po krótkich życzeniach usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi oraz: "przepraszam, idzie Mikołaj, muszę już kończyć", odłożyłam słuchawkę ze łzami w kącikach oczu. Otarłam je szybko, by przebrać się za Mikołaja i sprawić radość Michasiowi.
- Masz rację, Lauro. Dawno nie byłam u mamy - odparłam. - Bardzo mi przykro i żal. Jeżeli nie chcesz, żebym pomogła ci w przygotowaniach do pogrzebu, dobrze. Daj znać, kiedy mam przyjechać - zgodziłam się, nie chcąc drażnić siostry.
Miałam na uwadze jej ból po stracie.
Sama przepłakałam całą noc. Przecież była to również moja mama.
Teraz przemierzałam znajomą trasę, tym razem aby zapoznać się z testamentem, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. I prawdę powiedziawszy, myślałam o nim niewiele.
Pięć godzin z Wrocławia do Torunia to wystarczająco długi czas, by opanować kawalkadę myśli przetaczających się po głowie.
Rodzice byli dość zamożnymi ludźmi. Dorobili się sporej przedwojennej willi przy Słowackiego, wygodnego domku letniego nad Wisłą w podtoruńskiej miejscowości i niewielkiej księgarni usytuowanej na Starówce, którą mama prowadziła przez lata. Nie śmiałam myśleć, jaka część schedy mogłaby mi przypaść, przygotowana na sytuację, w której Laura dostanie wszystko. Mama niejednokrotnie podkreślała, że na starość może liczyć wyłącznie na jedną córkę, skoro druga, ta bardziej niewdzięczna, czyli ja, wyprowadziła się "na koniec świata".
- Nie nastawiaj się na nic, tak będzie najlepiej - powtarzałam sobie przez całą drogę, żeby uniknąć zawodu.
W głębi duszy wstydziłam się myśli o mamie jako o spadkodawcy. Powinnam wykrzesać z siebie więcej miłości i żalu po jej śmierci, ale wspomnienie licznych niesprawiedliwości, jakich doznałam za jej życia, nie dawało o sobie zapomnieć.
Na ostatnim przystanku przed celem podróży wzmocniłam się kawą i hamburgerem serwowanych na stacji benzynowej, by całkowicie nie opaść z sił. Z ulgą wysiadłam na toruńskiej Starówce, gdzie mieściła się kancelaria wieloletniego znajomego rodziców "wujka" Stasia Nowaka. To jemu mama powierzyła załatwienie swoich spraw po śmierci.
Wyglądałam Laury. Kiedy jednak nie pojawiła się w ciągu dziesięciu minut, weszłam na klatkę schodową i wspięłam się na drugie piętro po drewnianych stromych schodach. Otworzyłam okazałe drewniane drzwi.
Moja siostra siedziała w środku, ściskając w dłoniach torebkę.
- Notariusz już czeka - przywitała mnie cierpko, odsuwając od siebie, gdy próbowałam ją przytulić. - Możemy wchodzić.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI