*
Peter jadł gorący kapuśniak, dmuchając w talerz, by jak najprędzej pochłonąć swoją porcję i wziąć się do roboty. Był nerwowy; odkąd wrócił z Danzig, przekonawszy się, że Katrin już tam nie mieszka, nie zaznał spokoju. Podpity lokator mieszkania przy Grenadiergasse powiedział, że poprzednie lokatorki wyjechały. "Kaszuby albo Prusy Wschodnie, jakieś miasto na literę M..." - tyle jedynie Peter zapamiętał, lecz te informacje były zbyt skąpe, zbyt niepewne, by mógł odszukać ukochaną.
Wówczas, na początku września trzydziestego dziewiątego, najpierw powlókł się na stację i po prostu patrzył na przyjeżdżające pociągi w głupiej nadziei, że dobry Bóg ześle mu cud: z jednego z wagonów wysiądzie Katrin i powie, że czekała, że go szukała i wciąż kocha. Z każdą upływającą minutą ta nadzieja jednak gasła, aż w końcu nie zostało z niej zupełnie nic, nawet pełgający płomyczek. Bo czyż Haupke nie wyraził się jasno? Powiedział przecież: był tu jakiś motocyklista, chyba mąż albo narzeczony tej młodej, skoro zabrał list do niej. Kogo Katrin wysłałaby po listy? Na pewno kogoś zaufanego. Peter rozważał wprawdzie, czyby to nie był Jacob Dulke - bo mógł się w międzyczasie odnaleźć, czyż nie? Ale Haupke wyraźnie mówił o młodym mężczyźnie. Zatem nie, to nie był pan Dulke, lecz jakiś obcy, choć dla Katrin najwyraźniej bliski. Czyżby rzeczywiście, jak pisał Rudi w liście, ułożyła sobie życie?
Peter usiłował odtworzyć w wyobraźni bieg wydarzeń. Co się działo w życiu Katrin po tym, jak on trafił do obozu? Od Haupkego usłyszał jedynie, że z czworga lokatorów zostały dwie kobiety, stara pani Dulke z wnuczką, i że na pewno nie mieszkają już w Danzig, bo jakiś czas po wyprowadzce któraś z nich przysłała pocztówkę. Sugerował, że mogły się rozdzielić. Tylko po co miałyby to robić? Kessler gubił się w domysłach.
Potem poczuł nikły przypływ otuchy: skoro Katrin - gdziekolwiek się podziewa - przysłała owego mężczyznę na motorze po listy, to chyba wciąż czeka, wciąż myśli o Peterze, pamięta swoją obietnicę? Sam motocyklista może być kimkolwiek - sympatycznym sąsiadem albo krewniakiem, w końcu z opowieści Katrin wynikało, że babcia Cila ma tu w okolicach liczną rodzinę...
A więc nie należy się poddawać! Trzeba szukać dalej, choćby do śmierci, bo dopóki istnieje szansa, że dziewczyna, którą poślubił przed Bogiem, gdzieś na niego czeka, dopóty nie wolno mu zrezygnować! A zatem co teraz? Miasto na literę M, Kaszuby czy Prusy Wschodnie?
Peter słabo znał geografię, nie ukończył nawet szkoły, dlatego nie miał pojęcia, jakie miasta o nazwach zaczynających się na literę M znajdują się w okolicy. Przez chwilę kręcił się po dworcu kolejowym, aż wreszcie wpadł na pomysł, by zapytać któregoś z pracowników stacji. Zdawał sobie sprawę, że to nietypowe zachowanie, nie był jednak w stanie wymyślić nic lepszego.
- Na M? - powtórzył zagadnięty przez niego kolejarz, na którego twarzy dominował sumiasty wąs. - To chyba Marienburg. Czekaj pan... Chyba żeby chodziło o Mohrungen. Albo Maldeuten.
Peter poczuł, że kręci mu się w głowie.
- Czy może pan... Mógłby pan mi to zapisać? - zapytał błagalnie. - Boję się, że nie spamiętam.
Najwyraźniej jego szczere, jasne spojrzenie sprawiało, że ludzie obdarzali go sympatią, bo prędko znalazł się jakiś niepotrzebny świstek i kopiowy ołówek, którym stary konduktor nabazgrał kilka nazw. Oprócz wymienionych wcześniej miejsc w spisie znalazły się również Mehlsack, Miswalde, Marienwerder oraz Mewe.
- To tylko te, gdzie zatrzymują się pociągi - dodał kolejarz. - Pewnikiem są i inne, ale ja ich nie znam. No, jest jeszcze Memel... A po co ci właściwie te nazwy, młody człowieku?
- Żony szukam - mruknął Peter, obawiając się zdradzić zbyt wiele. - Rozdzieliliśmy się, miała na mnie czekać tu, w Danzig, ale na wieść o wojnie wyjechała. Sąsiad obiecał przekazać adres, ale zgubił, pijus jeden... Zapamiętał jedynie, że na M.
- Ooo, chłopie, to życzę powodzenia - odparł wąsaty ze współczuciem. - Będzie ci potrzebne, biedaku. Świat jest wielki, a miast i miasteczek nazywających się na M są setki...
- To mówi pan, że jeszcze Memel? - Peter nie pozwolił sobie odebrać entuzjazmu. - Dopisze pan?
- Ale nie, to chyba niemożliwe. Memel jest daleko na północy, żonka by się tam nie wybrała... Pewnikiem to będzie Marienburg. Na twoim miejscu od tego bym zaczął.
Peter posłuchał owej rady. Choć noga dokuczała mu okropnie, choć był głodny i niemiłosiernie spragniony, a ze zmęczenia chwilami przysypiał na stojąco, przez kilka kolejnych dni jeździł z jednego miasta do drugiego i wszędzie rozpytywał o płowowłosą dziewczynę, Katrin Dulke, być może podróżującą w towarzystwie staruszki, ale możliwe też, że samotnie. Albo motocyklem, z młodym mężczyzną.
Wszystko na nic. Po dwóch tygodniach takiej tułaczki od dworca do dworca Peter musiał przyznać, że przegrał z kretesem. W odwiedzanych przez niego miastach o Katrin ani jej babci nikt nie słyszał, a skromne fundusze topniały. Musiał sypiać w tanich hotelikach, bo choć noce były jeszcze ciepłe, nie mógł ryzykować, że zostanie aresztowany za włóczęgostwo. Za wszelką cenę starał się uniknąć sytuacji, w której skontrolowano by jego dokumenty, bo choć kenkartę Noah Fischera schował na dnie bagażu i podróżował z legalnym paszportem, nie mógł przecież wykluczyć, że jako uciekinier z obozu jest poszukiwany przez policję.
Raz i drugi poprosił o nocleg w stodole, a poczciwy gospodarz nie tylko się zgodził, ale jeszcze nakarmił wychudzonego wędrowca - lecz na dłuższą metę nie było to bezpieczne. W dodatku wojna coraz wyraźniej dawała o sobie znać. Wprawdzie tam, gdzie szukał, nie prowadzono działań wojennych, gdy jednak na którejś ze stacji kolejowych zapytał o połączenie do Pucka (pamiętał, że właśnie stamtąd pochodziła babcia Katrin), usłyszał, że nie ma mowy, aby się tam dostał.
- Parę dni temu nasi zdobyli Putzig - usłyszał od siedzącego w poczekalni łysego jegomościa w binoklach. - Były naloty, że aż się kurzyło! Przetrzepaliśmy Polaczkom skórę!
Peter przeraził się, zaraz jednak wytłumaczył sobie, że na pewno bombardowano jedynie obiekty wojskowe, a nie spokojne wioski rybackie. Wiara w to, że dobry Bóg ocalił Katrin, była mu niezbędna jak oddychanie.
W takim razie Puck odpada. Poza tym lada chwila skończą mi się pieniądze, pomyślał. Powinienem gdzieś się zatrzymać, znaleźć dorywczą pracę i zarobić parę groszy. Już pomijając fundusze na dalszą podróż, muszę zwrócić wdowie Lankosch to, com od niej pożyczył. I jaki sens ma jeżdżenie ze stacji na stację, skoro błąkam się po omacku...?
Nagle przyszło mu do głowy coś, o czym wcześniej nie pomyślał. Marlene! Przecież ona może coś wiedzieć! Wprawdzie pamiętał z listu od Rudiego, że kuzynka wyjechała, ale przesyłki do niej mogą wciąż przychodzić na stary adres... Kto wie, czy gdzieś tam, w jej pokoiku w Sommerfeld, nie leży list, a na odwrocie koperty nie widnieje aktualny adres Katrin? Może też ciotka i wuj mają jakieś informacje!
Że też nie wpadłem na to wcześniej, beształ się Peter w duchu. Zaoszczędziłbym tyle czasu, nie mówiąc już o wyrzuconych w błoto pieniądzach na bilety! Cała tułaczka na marne!
Zaraz jednak odzyskał rezon. Wcale nie na marne, pomyślał. Bo przecież sporo się dowiedziałem. Skoro zawiadowcy tych wszystkich stacji zgodnie twierdzą, że żadna panna odpowiadająca opisowi Katrin nie zamieszkała w ich miasteczku w ciągu ostatniego roku, to chyba mogę te miejscowości wykluczyć. A teraz trzeba wracać do Sommerfeld i jakoś dyskretnie wypytać ciotkę o to, czy do Marlene nie przychodzą listy od Katrin. Dzięki ci, dobry Boże, za tę myśl!
Tak jak się Peter spodziewał, Marlene w Sommerfeld nie zastał. Przeczekał noc w rodzinnej wsi, zaś do miasteczka wyruszył tuż przed świtem, ukrywając się przed ludźmi - skoro w świat poszła wieść o jego śmierci, to lepiej było nie wyprowadzać z błędu ewentualnych nieprzyjaciół. Nad ranem udało mu się dotrzeć niepostrzeżenie do kamienicy, w której mieszkała ciotka, wahał się jednak, co czynić dalej. Że można zaufać matce Marlene, tego był pewien, w końcu była jego krewną; nie sądził, że chciała mu zaszkodzić. Natomiast za grosz nie darzył zaufaniem wuja.
Ostatecznie zaczekał w piwnicy, wyglądając ostrożnie na schody, ilekroć na klatce schodowej dały się słyszeć kroki. Spodziewał się, że wuj lada moment wyjdzie z domu, może do piekarni albo po gazetę, a wówczas on będzie mógł odwiedzić ciotkę w mieszkaniu. Stało się jednak inaczej, bo to pani Wiemann zeszła do piwnicy po słoiki. Peter ucieszył się, jakby był to znak od samego Boga - jakby dobry Ojciec uśmiechnął się do niego i poklepał go po ramieniu.
- Wszelki duch! - zawołała krewna zduszonym szeptem, widząc go. - Peter! To naprawdę ty?! - Z nabożnym lękiem dotknęła jego ramienia, a potem przyłożyła obie dłonie do szorstkich, nieogolonych policzków. - Przecież napisano nam, że nie żyjesz!
- Tak, wiem. - Machnął ręką lekceważąco, aby pokazać, że nie ma się nad czym rozwodzić. - Chorowałem ciężko, ale jak widzisz, ciociu, przeżyłem. A Marlene... Marlene jest w domu?
- Nie ma jej, chłopcze. Wyjechała już jakiś czas temu. Najpierw do Kolonii, a teraz... - Ciotka urwała, jakby niepewna, czy powinna wchodzić w szczegóły. - Pracowała w cukierni. Pisze do mnie od czasu do czasu.
- A nie przychodzą tu do niej listy od Katrin? Od tej dawnej przyjaciółki? Szukam tej dziewczyny, ciociu. Nie wiesz przypadkiem, gdzie ona teraz mieszka?
- Nie, nie mam pojęcia. Kiedyś coś przyszło, jak jeszcze Marlene z nami mieszkała. Ale na pewno wyrzuciła ten list, po cóż miałaby go przechowywać. W jej pokoju nic nie zostało, niedawno robiłam tam porządki.
- A nie opowiadała...? Nie wspominała, co tam słychać u państwa Dulke? - zapytał z rozpaczą.
- Wspomniała jedynie, że Katrin nie mieszka w Danzig, tylko w Prusach Wschodnich.
Peter westchnął; to nie była zbyt precyzyjna wskazówka. Choć z drugiej strony - mógł wykreślić ze swej listy miejscowości wokół Pucka. To akurat dobra wiadomość, skoro prowadzono tam działania wojenne.
- Dziękuję, ciociu - powiedział. - Zajrzę jeszcze do Anny, może ona coś wie.
Pani Wiemann przeżegnała się, jakby zobaczyła diabła.
- Bój się Boga, do Anny?! - zawołała. - Anny już nie ma w Sommerfeld i oby nigdy nie wróciła! To zbrodniarka! Nie wiesz, nie słyszałeś?!
Nie miał pojęcia, nawet nie wyobrażał sobie, że coś takiego jest w ogóle możliwe! Anna?! Łagodna, cicha dziewczyna, której niegdyś zwierzał się z miłości do Katrin, miałaby zabić Helmuta Stiemana?! W dodatku z takim okrucieństwem, jakby napawała się każdym zadanym ciosem? Peterowi nie mieściło się to w głowie.
Tak czy owak, przyjazd do Sommerfeld nie wniósł nic nowego do poszukiwań - Kessler nadal nie miał pojęcia, gdzie szukać ukochanej. Swoim zwyczajem postarał się jednak o to, by z tej podróży wynikło coś dobrego.
- Ciociu, gdyby Marlene się odezwała, powiadom ją, proszę, że żyję i mam się dobrze. Może ona zna nowy adres Katrin... Jeśli tak, to niech i jej przekaże... Że chorowałem, ale już odzyskałem siły. I niech ci poda ten adres, ja tu wrócę za jakiś czas. Tylko załatwię jedną sprawę, spłacę dług. I wtedy pojawię się znowu. Albo wyślę wiadomość.
- Ale po co ty się znowu gdzieś wybierasz! - sarknęła niezadowolona ciotka. - Siedź w domu, jeśli ci życie miłe. Nie dość to się nacierpiałeś? Skoro cię w końcu wypuścili z tego obozu, to teraz już się lepiej nie wychylać.
Peter nie sprostował tego "wypuścili", uznał jednak, że trzeba poprosić krewną o dyskrecję.
- Mam dług do spłacenia - powtórzył. - Niedaleko Monachium. Zarobię, oddam pieniądze i wrócę. Może już wtedy będziesz znała adres Katrin. A co do tego, żeby się nie wychylać... to nie mów nikomu, ciociu, żeś mnie widziała. Niech ludzie myślą, że rzeczywiście umarłem. Wtedy może mi odpuszczą to nieszczęsne wojsko. Bo przecież gdyby Peter Kessler nadal żył, wciąż wisiałby nad nim obowiązek służby w Wehrmachcie.
- Masz słuszność. Będę milczała jak zaklęta. - Ciotka położyła dłoń na piersi. - A swoją drogą, czemu ty tak wypytujesz o tę pannę Dulke?
Ale tego już Peter nie wyjaśnił. Ucałował krewną serdecznie, a potem, korzystając z tego, że wciąż było dość wcześnie, chyłkiem opuścił kamienicę, tylnymi drzwiami wprost na podwórze, stamtąd zaś przemknął w gęste krzaki porastające brzegi rzeki Lubst. Dotarł do miejsca, gdzie kiedyś, w szczęśliwych przedwojennych czasach, mieszkali państwo Dulke. Przez chwilę nasłuchiwał radosnego gwaru dobiegającego zza płotu i krzaków malin. Najwyraźniej w ogrodzie bawiły się dzieci nowych mieszkańców.
Serce ścisnęło się chłopakowi z żalu, gdy wspomniał, jak zaledwie przed dwoma laty tulił ukochaną na pożegnanie. Z jaką nadzieją czekał na jej listy - i na paszport, który miał być gotowy lada dzień. Gdyby nie przerażona żydowska dziewczyna z poranionymi stopami, którą znalazł wówczas w szopie, pojechałby tamtej jesieni do Danzig. Odnalazłby Katrin i może teraz, kto wie, byliby gdzieś daleko, w bezpiecznym miejscu, do którego nie dotarła wojna. Katrin wspominała o Anglii czy nawet Ameryce, a Peter gotów był zamieszkać w dowolnym zakątku świata - byle z nią.
Skoro jednak ich ścieżki rozdzieliły się i - przynajmniej na razie - nie potrafił odnaleźć ukochanej, z ciężkim sercem postanowił uczynić to, co dyktowało mu sumienie: pojechać w jakieś bezpieczne miejsce, gdzie nikt go nie zna, znaleźć pracę i zarobić tyle, by spłacić dług zaciągnięty u wdowy Lankosch, a potem spełnić złożoną jej obietnicę: że wróci.
Mógłby od razu udać się do Otterhausen, bał się jednak, bo znajdowało się blisko Dachau, a Peter na samo wspomnienie obozu czuł paraliżujący lęk, ściskający mu trzewia niczym imadło. Dlatego postanowił najpierw zdobyć pieniądze, a potem dopiero wybrać się do wdowy.
Oddam, com pożyczył, postanowił sobie, podziękuję jej za opiekę i pomoc, a wówczas wrócę do Prus Wschodnich i podejmę poszukiwania Katrin. Może już wtedy wojna się skończy...
Liczył na to, że zahaczy się do pracy w jakiejś gospodzie, miał wszak doświadczenie, potrafił całkiem nieźle gotować. Wprawdzie był teraz kuternogą, nie mógł długo stać ani chodzić, ale poza tym naprawdę odzyskał zdrowie i czuł się znacznie mocniejszy niż dawniej, jakby dzięki obozowym trudom stwardniał i nabrał męskiej siły. A do tego miał mnóstwo zapału.
Tymczasem wszystko poszło zupełnie nie tak, jak sobie planował. Po wizycie u ciotki udało mu się podjechać na wozie życzliwego chłopa do Guben, tam zaś wyskrobał z sakiewki resztę pieniędzy i pociągiem dostał się aż pod Frankfurt. Noc przespał w gęstych zaroślach, rano zaś począł wypytywać o pracę. Ostatecznie załapał się do pomocy w polu, bo właśnie kończyły się wykopki, a choć zarobek był niewielki, zaproponowano mu nocleg na sianie, możliwość wyprania odzieży i solidny wikt.
Po paru dniach wyruszył w dalszą drogę, ponieważ uznał, że wciąż nie oddalił się wystarczająco od Dachau, aby poczuć się bezpiecznie. Poza tym miał wrażenie, że im dalej na północ się przemieszcza, tym bliżej mu do ukochanej. Z powodu słabej znajomości geografii niezupełnie wiedział, gdzie właściwie zaczynają się Prusy Wschodnie, uznał jednak, że nie zaszkodzi jechać w stronę morza. Przesiadał się kilkakrotnie z pociągu na pociąg, na każdej stacji kolejowej czując się tak samo zagrożony. Parę razy kontrolowano mu dokumenty, a raz nawet patrolujący żołnierze zażądali pokazania rany na nodze, aby upewnić się, że nie mają do czynienia z dekownikiem, bo mężczyzn w jego wieku w cywilnym ubraniu prawie się już nie spotykało. Wszyscy byli na froncie, by wywalczyć dla Niemców nową "przestrzeń życiową".
W pociągach przysypiał trochę, ponieważ czuł się wyczerpany, psychicznie chyba nawet bardziej niż fizycznie. Budziły go nagłe szarpnięcia wagonu, zgrzyt kół na szynach, ale potem powieki znów mu opadały i zanurzał się w nerwowy sen. Wreszcie za którymś razem po przebudzeniu ujrzał tabliczkę z nazwą Misdroy. Nie wiedzieć czemu, poczuł się wtedy tak, jakby otrzymał znak z nieba - oto znalazł się w miejscowości, której nazwa rozpoczynała się na M. Wprawdzie nie spodziewał się, że akurat tutaj znajdzie Katrin, był wszak w zupełnie innej części Rzeszy - tyle że sam już nie wiedział, dokąd właściwie chce dotrzeć.
Wysiadł z pociągu, ściskając w jednej ręce swój skromny bagaż, w drugiej zaś laskę, i pokuśtykał w kierunku budynku dworca.
- Nie znajdzie się tu robota dla takiego jak ja? - zagadnął zawiadowcę.
Mężczyzna zmierzył go niechętnym wzrokiem.
- Robota zawsze się znajdzie, ale na kolei potrzeba siły i zdrowia - odparł opryskliwie.
- To może w okolicy? Nie ma tu jakiejś gospody, gdzie potrzebują kucharza?
Kolejarz wzruszył ramionami i odwrócił się, dając Peterowi do zrozumienia, że musi radzić sobie sam.
- Silni i zdrowi są teraz na wojnie - mruknął Peter, po czym ruszył przed siebie, bo zapadał już wczesny jesienny zmierzch, a on nie miał pojęcia, gdzie spędzi tę noc.
Szedł bez celu, zrazu powoli, potem coraz szybciej, mijając domostwa, w których właśnie zapalano światła, przy nich zaś - niczym przy ogniu - gromadzili się domownicy. Zanosiło się na deszcz, dął zimny wiatr pełen wilgoci, zapachu ryb i czegoś jeszcze, nieznanego i budzącego trwogę. Peter boleśnie zatęsknił za rodzinnymi stronami, za własnym kątem, ciepłym piecem oraz łóżkiem z poduszką, na której mógłby złożyć znużoną głowę. Powinienem był wrócić do wdowy, przyszło mu na myśl. Jeszcze przez kilka dni cieszyłbym się wygodami i poczuciem bezpieczeństwa.
Wiedział jednak, że owo bezpieczeństwo byłoby jedynie złudzeniem. Mieszkając tak blisko obozu w Dachau, nigdy nie odważyłby się poszukać pracy w okolicach Otterhausen. Umierałby ze strachu, że natknie się na kogoś znajomego, że któryś z esesmanów go rozpozna - nawet jeśli na ogół nie patrzyli więźniom w twarz i z pewnością nie zapamiętywali ich rysów, to istniało przecież takie ryzyko.
Po wtóre zaś - wdowa Lankosch prędzej czy później zapragnęłaby czegoś ponad jego towarzystwo. Peter doskonale wiedział, czuł każdą cząsteczką swojego jestestwa, ilekroć przechodziła obok i niby przypadkiem ocierała się o niego lub muskała dłonią jego ramię - że ta kobieta pragnęła go jako mężczyzny. Chciała jego ciała i jego uczuć. A przecież w żadnej z tych sfer nie miał jej nic do zaoferowania.
Ową wrześniową noc - pierwszą po przyjeździe do Misdroy - spędził pod odwróconą drewnianą łodzią, na którą natknął się już w zupełnych ciemnościach, brnąc po piasku przy wtórze ogłuszającego szumu, który - jak mu się wydawało - musiał pochodzić z pobliskiego lasu.
Dopiero o brzasku, gdy z trudem wyczołgał się spod swojego prowizorycznego schronienia, zrozumiał, co wywoływało taki hałas. To było ono - morze, o którym z takim zachwytem opowiadała mu niegdyś Katrin i które pragnęła mu pokazać. Będąc w Danzig, zupełnie o tym nie pomyślał, nie wybrał się na wybrzeże; głowę miał wówczas zaprzątniętą czym innym. Teraz - zakochany w wodnym żywiole od pierwszego wejrzenia - padł na kolana i modlił się bez słów, samym uniesieniem, samym zachwytem.
Jeszcze tego samego dnia znalazł pracę u piekarza Kromera, który został sam, pozbawiony syna i pomocników, w sierpniu przymusowo wcielonych do wojska. W piekarni znalazł się dla Petera ciepły kąt, codziennie gorący bochenek chleba i talerz zupy, a Kromerowi nie przeszkadzała nawet chroma noga chłopaka.
- Dopóki dźwigniesz worek z mąką, przydasz mi się, synku - zagrzmiał swoim tubalnym głosem. - A ramiona masz, jak widzę, szerokie, nawykłe do roboty. To dobrze. Oto czego trzeba w moim fachu.
Właśnie dlatego teraz, ponad pół roku po przybyciu do Misdroy, Peter jadł gorący kapuśniak i szykował się do pracy. Chciał jak najprędzej poprzenosić mąkę, którą w południe dostarczono z młyna. Im prędzej upora się z robotą, tym wcześniej będzie wolny. Pójdzie nad morze, popatrzy w wodną przestrzeń, na stalowoszare fale niosące grzywy piany, i będzie sobie wyobrażał, że gdzieś tam, dalej na wschód, na tę samą wodę patrzy jego ukochana. Że jest bezpieczna, wciąż o nim pamięta i nie przestała go kochać.