Rozdział 8
8
Próbując zaimponować Emmie, Apollo zabrał ją do malutkiej knajpki z sushi przy Thompson Street, gdzie musieli stać w kolejce przed wejściem.
Ze względu na porę roku - była późna jesień - czekanie na chodniku
przypominało sterczenie w lodówce, więc kiedy wreszcie dostali stolik,
oboje trzęśli się z zimna i wysączyli butelkę grzanego sake, zanim
podano im jedzenie.
Dowiedział się, że dorastała w Wirginii, w malutkiej mieścinie Boones
Mill. Miała siostrę, Kim, starszą o jedenaście lat. Jej rodzice zmarli,
kiedy miała pięć lat; więcej nie chciała na ten temat mówić.
Po skończeniu osiemnastu lat Kim stała się jej opiekunką prawną.
Znalazła sobie pracę na miejscu i zajęła się wychowaniem siostry,
zamiast iść do Jefferson College of Health Sciences w Roanoke, do
którego została przyjęta. Dopiero kiedy Emma skończyła szkołę średnią i dostała się na University of Virginia, Kim poszła do Jeffersona i została pielęgniarką. Życie po śmierci rodziców Emma zapamiętała jako
toczące się w trzech miejscach: w domu, szkole i bibliotece publicznej w odległym o dwadzieścia minut jazdy Roanoke.
- Moją ulubioną bibliotekarką była tam pani Rook - mówiła. - Wychowała
mnie w nie mniejszym stopniu niż Kim.
Byli w połowie kolacji, zaczęli drugą butelkę grzanego sake i rozmawiając, pochylali się ku sobie ponad drewnianym blatem. Inni
klienci siedzieli bardzo blisko, kelnerzy mieli tak mało miejsca, że
przy każdym przejściu potrącali Apolla, który jednak - zasłuchany w opowieść Emmy - prawie tego nie zauważał.
- Jeżeli Kim się spóźniała, pani Rook sadzała mnie w kącie i puszczała
mi film. Dzięki temu mogła przygotowywać się do zamknięcia biblioteki.
Obejrzałam wszystkie filmy dla dzieci, jakie mieli, aż pewnego dnia,
miałam wtedy dwanaście lat, sama sobie coś wybrałam, praktycznie na
chybił trafił. Spodobała mi się fotografia na pudełku: dwoje półnagich
czarnych uzbrojonych we włócznie.
- To wystarczyło, żebyś chciała obejrzeć ten film? - zapytał Apollo.
- No pewnie! To był jedyny film w całej bibliotece z czarnymi ludźmi na
okładce. Brazylijski, zatytułowany Quilombo. Pani Rook zajrzała do
mnie, stwierdziła, że mam zajęcie, i wróciła do swoich spraw. - Sake
zaczynało działać i Emma zaśmiała się głośno. - Na pewno nie
zorientowała się, że to film o buntach niewolników w Brazylii. Skądże!
Ani że pokażą w nim, jak ci niewolnicy masowo mordują Portugalczyków.
Nie powiedziałam jej, o czym jest; była przemiłą starszą panią i wiedziałam, że byłaby zażenowana, a byłam zbyt dobrze wychowana, żeby ją
wprawiać w zakłopotanie. Ale film bardzo mi się podobał, potem nie
chciałam już oglądać niczego innego. - Przekrzywiła głowę i z uśmiechem
zapatrzyła się w sufit. - Był po portugalsku, z angielskimi napisami.
Pokochałam brzmienie tego języka. Trochę to trwało, ale w końcu
przekonałam panią Rook, żeby sprowadziła parę innych brazylijskich
filmów: Bye Bye Brasil, Metrem do gwiazd, Os Trapalh?es e o Rei do
Futebol. W końcu przestała je kupować, bo miłość jednej dziewczyny do
Brazylii nie usprawiedliwiała takich wydatków, ale i tak dużo dla mnie
zrobiła. Uświadomiłam sobie, jak wielki jest świat, o wiele większy niż
Boones Mill. I zapragnęłam go zobaczyć.
- Jedno oko masz większe, drugie mniejsze - powiedział Apollo.
Właśnie w tej chwili zwrócił na to uwagę. Różnica była ledwie
zauważalna, ale z tego powodu Emma zdawała się oglądać świat
intensywniej niż inni. A może po prostu zaczynał się w niej zakochiwać.
Spuściła głowę i zasłoniła większe oko. Może poczuła się urażona. Apollo
nie przypuszczał, żeby mógł teraz jakoś to naprawić, więc zamiast tego
powiedział pierwsze, co mu przyszło do głowy:
- A wiesz, nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy będę miał syna, czy
córkę. Po prostu chcę być dobrym ojcem dla swoich dzieci.
Nawet nie skończył mówić, gdy zdał sobie sprawę, jak beznadziejnie to
zabrzmiało.
Świetny temat do rozmowy na pierwszej randce, Apollo! Może od razu
zapytaj, czy nie wzięłaby z tobą kredytu hipotecznego na najbliższe
trzydzieści lat?
Opuściła rękę i dolała sobie odrobinę sake. Opróżniła kieliszek długim,
nieśpiesznym łykiem.
- Chcę ci wyjaśnić - powiedziała, odstawiwszy kieliszek na stół -
dlaczego ci odmówiłam, kiedy pierwszy raz zaprosiłeś mnie na randkę.
- A także następne pięć razy - przypomniał.
- A także następne pięć razy - zgodziła się.
Rozsiadła się wygodniej na krześle, Apollo natomiast pochylił się w jej
stronę.
- Odmówiłam, ponieważ przenoszę się do Brazylii. Kupiłam już bilety.
Jadę do Salvador da Bahia, to na północy.
- Na długo?
- Nie wiem.
Apollo dopił sake prosto z butelki.
- To dlaczego teraz się zgodziłaś? - zapytał.
Wbiła wzrok w blat i odparła z uśmiechem:
- Złapałam się na tym, że wyczekuję piątkowych wyprzedaży, bo mam
nadzieję, że znowu przyjdziesz. - Spojrzała mu w oczy. - Tęskniłam za
tobą.
Wyszli na ulicę. Wziął ją za rękę. Odpowiedziała uściskiem na jego
uścisk.
- Chciałem jeszcze porozmawiać o tym twoim wyjeździe do Brazylii... -
Jestem bóg Apollo, powiedział sobie w duchu. Jestem bóg Apollo. - Na
pewno nie dasz się namówić, żeby zostać?
Uśmiechnęła się do niego półgębkiem, lekko wstawiona. Zaczęli się
całować.
Cztery tygodnie później poleciała do Brazylii.
Rozdział 9
9
Spróbujcie po czymś takim spotykać się z innymi kobietami. Apollo
owszem, próbował, ale serce nie chciało go słuchać - wybór miał
następujący: albo Emma Valentine, albo nic. Właściwie jak długo można
siedzieć w takiej Brazylii, prawda? Pisywali do siebie, ale Emma miała
kłopot z dostępem do Internetu. Po paru miesiącach przeniosła się z Salvadoru do Manaus, następnie do Fortalezy. Zamierzała też odwiedzić
Rio i S?o Paulo, ale to później. Apollo złapał się na tym, że zaczyna
śledzić w sieci wiadomości z Brazylii. Kupił sobie Quilombo na DVD i chociaż film był najzupełniej poważny (afrykańscy niewolnicy walczący ze
złymi Portugalczykami), zaśmiewał się do łez na myśl o dwunastoletniej
Emmie oglądającej go raz po raz w publicznej bibliotece w Roanoke. Pod
jej nieobecność coraz mocniej się w niej zakochiwał.
Po trochu sprzedał cały księgozbiór państwa D'Agostino. Pocztówkę od
Crowleya wystawił na licytację; po czternastu godzinach miał pięć ofert
i ostatecznie poszła za trzy tysiące dolarów. Pod koniec roku 2003
pomógł Lillian wpłacić zaliczkę na nowe lokum, zgrabny, jednorodzinny
domek w Queens, w Springfield Gardens. Nie chciała przyjąć jego pomocy,
dopóki nie usiedli razem do rachunków i nie wyliczyli dokładnie, ile
zaoszczędzi, jeżeli wkład własny do kredytu wyniesie trzydzieści procent
zamiast dwudziestu. Tego rodzaju sprawy pomagały Apollowi zająć czas i myśli.
Po roku Emma napisała, że wraca do Stanów. Przylot jest przewidziany
późnym wieczorem, pisała, a poza tym nie wie, czy on jeszcze ma ochotę
się z nią spotykać, ale gdyby rzeczywiście chciał po nią wyjść, to z przyjemnością zobaczyłaby jego twarz jako pierwszą w sali przylotów.
Zaplanowane na dziesiątą lądowanie dwa razy się opóźniało i ostatecznie
Apollo przesiedział na lotnisku Kennedy'ego całą noc. Rodziny i przyjaciele w sali przylotów siedzieli, przysypiali, szurali nogami,
wzruszali ramionami, a niektórzy próbowali walczyć, im większe jednak
stawało się opóźnienie, tym bardziej się z nim godzili i potulnieli.
Apollo również. Krótko po północy zapadł w sen.
Od czasu do czasu któryś z opóźnionych samolotów lądował i wysiadających
z niego niemrawych pasażerów witali podobnie niemrawi bliscy. Zanim
wreszcie zjawił się samolot Emmy, przez ogromne okna terminalu sączył
się już brzask.
Włosy nosiła dłuższe, bardziej jej się kręciły, a ich brąz przybrał
lekko rudawy odcień. Skórę miała opaloną, jej ubranie utrzymane w jasnych kolorach było cienkie i zupełnie niedopasowane do chłodnej
wiosennej pory. Nie zabrała z powrotem walizki, niosła tylko przerzucony
przez ramię plecak. Przywoziła mniej, niż wywiozła. Poruszała się
powoli, jakby znużona, ale też nieodczuwająca potrzeby pośpiechu.
Wypatrzyła go wcześniej niż on ją.
- Czekałeś? - zapytała, kiedy wziął od niej plecak. Może to ze
zmęczenia, ale oczy jej zadrżały i zwilgotniały. - Czekałeś - powtórzyła
półgłosem.
Usiedli w restauracyjnej części terminalu, żeby nacieszyć się tym, co
Dunkin' Donuts miało najlepszego.
- Witaj w Stanach - powiedział Apollo, kiedy rozpakowali kanapki z jajkiem i serem. Podniósł swoją kanapkę do ust. - Niedługo zabiorę cię
do lepszej knajpy.
Podciągnęła lekko rękawy.
- Fique tranquilo - odparła z uśmiechem. - Nie będę więcej tego robić.
Poszedł do lady po nóż, bo kanapka nie została rozkrojona do końca.
Stojąc przy ladzie, patrzył, jak Emma zaczyna jeść. Nie mógł się
nadziwić, że wróciła. Nadgarstek miała przewiązany cienkim czerwonym
sznurkiem. Dlaczego na ten widok zesztywniał? Sznurek miał w sobie coś
sentymentalnego, w sam raz mógłby być pamiątką po jakimś ślicznym
brazylijskim chłopcu, który zawiązał go Amerykance na przegubie dłoni,
bo nie mógł jej dać niczego lepszego. Nie było jej przez rok, mogła się
przecież przez ten czas zakochać w kimś innym, prawda? Może przywiozła z powrotem mniej rzeczy, bo zamierzała tam wrócić?
Snując takie rozważania, wrócił do stolika z plastikowym nożykiem w ręce
i potężnym lękiem w brzuchu. Dzióbał swoją kanapkę, ale nie miał
apetytu. Emma też niewiele mówiła, przynajmniej dopóki nie skończyła
jeść. Wtedy podstawiła mu pod nos rękę, tę ze sznurkiem. Sznurek trochę
zesztywniał z brudu. Musiała go nosić od dłuższego czasu.
- Kiedy przyjechałam do Salvadoru, zamieszkałam u pewnej rodziny w dzielnicy Itapu?. Mają tam jezioro, które się nazywa Lagoa do Abaeté.
Pamiętasz, jak opowiadałeś mi przy kolacji o tej parze starszych
satanistów? Na widok tego jeziora od razu pomyślałam o tobie, bo mówi
się o nim, że jest nawiedzone. Kiedy nauczyłam się lepiej mówić po
portugalsku, poznałam tam pewną praczkę. Moi gospodarze radzili mi,
żebym się z nią nie zadawała, mówili, że to czarownica, ale ja ją
polubiłam. Nie bałam się jej. Przywodziła mi na myśl moją matkę, którą
nawet mogłaby być, gdyby matka żyła. Była twarda, zabawna i miała w nosie, co ludzie o niej gadają. Zaczęłam się wymykać ukradkiem z domu,
żeby posiedzieć przy niej na brzegu jeziora, kiedy robiła pranie. Zanim
wyjechałam do Manaus, kazała mi pomyśleć sobie trzy życzenia na całe
życie, a kiedy to zrobiłam, przewiązała mi nadgarstek - Emma obróciła
rękę w jedną stronę, w drugą, wpatrzona w czerwony sznurek. - Musi się
rozpaść sam z siebie, powiedziała, a gdy spadnie mi z ręki, życzenia się
spełnią. Nie wolno mi go przeciąć. N?o corta-la. Z początku myślałam,
że to fajne, taka odrobina mistycyzmu, tymczasem noszę to cholerstwo już
ponad pół roku! Strzępi się i wygląda fatalnie, ale chcę, żeby moje
życzenia się spełniły. Nie patrz tak na mnie! Ja chyba po prostu wierzę
w czary.
Apollo ujął jej dłoń i przyciągnął do siebie.
Jestem bóg Apollo, pomyślał. Jestem bóg Apollo.
Wziął do ręki leżący na blacie plastikowy nóż i jednym ruchem przeciął
sznurek, który spadł na plastikowy blat. Emma się wzdrygnęła, on jednak
nie puścił jej ręki.
- Obiecuję ci - powiedział - że przy mnie wszystkie twoje trzy życzenia
się spełnią.
W tym momencie Emma Valentine stanęła przed wyborem: mogła potraktować
zachowanie Apollo Kagwy jako dowód na to, że jest aroganckim palantem,
albo dojść do wniosku, że jest odważny i szlachetny. On wykonał swój
ruch. Teraz to ona musiała podjąć decyzję.
Rozdział 10
10
Wczesnym wieczorem Apollo stanął przed piętrowym szeregowcem w Ridgewood, w Queens. Kiedy, szurając nogami, wchodził po schodach do
drzwi frontowych, śmiał się w duchu z tego, jak - gdy mieszkali z Lillian w trzypokojowym mieszkaniu we Flushing - takie domy zdawały mu
się lepsze. Wyrafinowane. A gdy za którymś razem zapytał, dlaczego w takim nie mieszkają, Lillian odparła:
- Takich domów się nie wynajmuje. Takie domy kupuje się na własność.
Nawet teraz, gdy dorobili się z Emmą własnego mieszkanka na Manhattanie,
nie potrafił nie podziwiać szeregowca: gapił się w okna na piętrze, na
rynnę biegnącą przy krawędzi dachu... Apollo Kagwa mógł mieć trzydzieści
siedem lat, ale wciąż czuł to samo co tamten chłopak.
Zadzwonił do drzwi. Ze środka dobiegł kobiecy głos, rozległo się
szczękanie otwieranych zamków i firanka w oknie na parterze odsunęła się
kilka cali w bok: ktoś, kogo Apollo nie widział, chciał zobaczyć, kto
stoi na schodach. Zabrzmiał drugi głos, niższy, należący do mężczyzny, i szczęk zamków ustał. Apollo poczuł się, jakby cofnął się do czasów, gdy
kazano mu czekać przed wejściem do sklepu jakiegoś nerwowego
antykwariusza, albo do jednej z licznych sytuacji, gdy właściciel
prywatnego domu nie chciał go wpuścić.
Jestem bóg Apollo, pomyślał. Jestem bóg Apollo.
Ostatnio ta mantra przychodziła mu równie machinalnie jak oddychanie.
Czekając, wyjął komórkę i posłał Emmie esemesa. Zastanawiał się, czy już
dotarła do restauracji.
"Spóźnię się, ale na pewno przyjdę".
- Chwileczkę! - zawołała zza drzwi kobieta. - Już otwieram!
Drzwi zatrzęsły się we framudze, zamek trzasnął, szczęknął, znowu
trzasnął.
- Chodź mi tu pomóż! - burknęła kobieta. - Nie widzisz, jak się męczę?
Firanka zatrzepotała, rozległy się kolejne kroki, cięższe i bardziej
pośpieszne. Dwa szczęknięcia, ruch klamki i drzwi się otworzyły. W progu
stał mężczyzna po trzydziestce, za jego plecami było widać niższą,
znacznie od niego starszą kobietę. Oboje byli biali i wyglądali jak
wyjęci z jakiejś starej środkowoeuropejskiej ryciny: sztywne sylwetki i ściągnięte, pożłobione zmarszczkami twarze.
- To nic trudnego! - zawołał mężczyzna przez ramię. Dziecinny głos nie
pasował do jego wieku.
Kobieta pociągnęła go za ramię, żeby się odsunął.
- Pani Grabowski? - zapytał Apollo.
- Pan w sprawie książek?
- Tak, to ja.
Wyciągnął do niej rękę z wizytówką, ale mężczyzna był szybszy:
przechwycił ją i wycofał się w głąb domu. Apollo w duchu postanowił
nazywać go Igorem, bez względu na to, jakie okaże się jego prawdziwe
imię. Pani Grabowski uśmiechnęła się lekko i gestem zaprosiła go do
środka.
Weszli do jadalni, gdzie na stole czekało sześć kartonów. W sąsiednim
pokoju stała modułowa sofa, duży telewizor z płaskim ekranem i niewiele
poza tym.
- Powiedziała pani, że zmarł pani mąż - zagaił Apollo.
- Były mąż - poprawiła go pani Grabowski.
Rozejrzała się po jadalni, w której stał wprawdzie stół, ale nie było
krzeseł. Ściany w kolorze złamanej bieli były tak zakurzone, że wydawały
się szare. W jednym kącie piętrzyły się czarne worki na śmieci, jeden z nich był otwarty, wysypywały się z niego wyblakłe kurtki sportowe i wyświechtane spodnie. Pan Grabowski na starość poddał się
starokawalerstwu.
- W ostatnich latach mieszkałam z synem niedaleko stąd, dosłownie za
rogiem.
- Przynajmniej była pani w pobliżu.
Pani Grabowski wzruszyła ramionami.
- To dzielnica ukraińska, gdzie indziej mielibyśmy się podziać? Do końca
tygodnia musimy uprzątnąć mieszkanie. Właściciele chcą je wynająć komuś
innemu.
Mówiła z lekkim akcentem, chociaż mogła mieszkać w Stanach od dobrych
dwudziestu lat. Lillian też nigdy nie wyzbyła się tego leciutkiego
brytyjskiego zaśpiewu, który przed ponad czterdziestu laty dał jej
zatrudnienie w Glamour Time. Apollo zaśmiewał się do rozpuku, słuchając,
jak matka wymawia z brytyjska słowo "aluminium": a-luu-mini-jum.
Igor zakręcił wizytówką w palcach jak wykidajło na bramce sprawdzający
tożsamość gościa.
- Kończyłeś jakąś szkołę, żeby się tym zajmować? - zapytał.
- To są te książki? - zagadnął Apollo, wskazując kartony na stole.
Wcale nie był ciekawy odpowiedzi, po prostu chciał podkreślić swój
dystans do tych zaczepek. Gadaj zdrów, Igor.
- Lubił czytać - powiedziała pani Grabowski, gdy Apollo otworzył
pierwsze pudło - ale z wiekiem coraz gorzej widział.
Igor nie był zachwycony, że go zignorowano.
- Znasz Baumanów? - zapytał, podnosząc głos.
Matka spojrzała na niego.
- Proszę cię, nie wygłupiaj się.
Apollo nie musiał nawet zaglądać do kartonu, żeby wiedzieć, że nie
znajdzie w nim niczego wartościowego. Woń pleśni - po zalaniu książek
wodą - uniosła się znad pudła niczym widmo. Otworzył następny karton. To
samo.
- Białe Kruki Baumanów - mówił dalej Igor. - Złożyli już ofertę na zakup
księgozbioru ojca.
Pani Grabowski pacnęła go w ramię i zaczęła mówić coś w ich rodzimym
języku. Apollo, który tymczasem podszedł do trzeciego pudełka, miał
wrażenie, że się kurczy. Przejechał kawał drogi tylko po to, żeby na
miejscu zastać sześć kartonów książek, które na pewno okażą się
poplamione, pomarszczone od wilgoci i podarte.
A mógł od razu pójść na kolację z Emmą. Jedna z jej przyjaciółek z najdawniejszych lat, Nichelle, była przejazdem w Nowym Jorku i zarezerwowała im stolik w Bouley; wystarczyło wypowiedzieć tę nazwę z właściwym francuskim akcentem, żeby wyrobić sobie pojęcie o tym, ile
będzie kosztował posiłek. Tymczasem on tkwił w Ridgewood i słuchał, jak
dwoje Ukraińców kłóci się po ukraińsku. A może po rosyjsku? Przyjechał
tu, żeby usłyszeć od Igora, że Baumanowie zaproponowali kupno zbioru
zalatujących stęchlizną książczyn pana Grabowskiego; żeby traktujący go
z wyższością neptek podważał jego autorytet i doświadczenie.
Ale dobry antykwariusz nigdy nie rezygnuje z okazji do wyłowienia
cennego nabytku.
Zwłaszcza antykwariusz, który spodziewa się dziecka.
Igor wyjął komórkę, wystukał coś na ekranie i znów przeszedł na
angielski:
- Mam tu numer do Baumanów.
Apollo dotarł do szóstego kartonu, który zawierał wydania w twardych
oprawach i to - jak upewnił się szybkim niuchem - wolne od pleśni. Tym
razem sięgnął do środka i zaczął przeglądać książki.
- Do którego z nich? - zapytał. - Davida czy Natalie?
Trochę literatury faktu o Wietnamie; niektóre książki zachowały nawet
obwoluty. Gdyby nie zamierzał jechać prosto na kolację, może
zaproponowałby dwadzieścia dolców za całe pudło, żeby spokojnie
przejrzeć w domu jego zawartość.
Pani Grabowski znów uderzyła syna.
- Mówiłam ci przecież, żebyś nie kłamał! - krzyknęła.
Tym razem trafiła prosto w komórkę, która wypadła z dłoni Igora,
uderzyła o drewnianą podłogę i wpadła pod sofę.
- Mamo! - Igor rzucił się po telefon. Wizytówka Apolla sfrunęła na
podłogę.
Pani Grabowski zwróciła się do Apolla:
- Chce je pan kupić?
- Cóż... - Apollo jeszcze raz zajrzał do szóstego kartonu. Jak to
uprzejmie wyrazić? - Widać, że pani mąż czerpał z nich wiele radości.
Zwiesiła głowę, cała drżąc z żalu. W tym samym momencie Apollo natrafił
na książkę, na widok której zesztywniał: Pola ognia Jamesa Webba.
Obwoluta bez przebarwień, sama książka bez wyblaknięć i przetarć, a gdy
zajrzał na stronę przedtytułową, stwierdził, że trzyma w rękach
najprawdziwsze pierwsze wydanie. Oczywiście nie mogła się równać z pocztówką od Crowleya, ale miał w Wirginii regularnego klienta,
zapalonego historyka, który za takie cacko mógł zapłacić nawet dwieście
pięćdziesiąt dolarów.
Jeszcze raz obrzucił wzrokiem wnętrza. Stare ubrania w workach na
śmieci. Rozpadająca się modułowa sofa. Kuchnia, widoczna z jadalni,
wyglądała jak cmentarzysko garnków i sprzętów AGD. Nic nie wskazywało na
to, żeby pan Grabowski zostawił po sobie cokolwiek wartościowego; żona
wspomniała, że nawet mieszkanie jest wynajęte. Odziedziczyła zapuszczone
lokum, które musiała szybko posprzątać, za jedynego pomocnika mając
nieudacznego Igora.
A mimo to udało jej się zachować godność, prawda? Nie dała się namówić
synowi na jego durny plan. Mimo że z pewnością potrzebowała pieniędzy -
jakichkolwiek pieniędzy - nie chciała okłamywać Apolla, żeby je od niego
wyciągnąć. Wyobraził ją sobie, jak normalnie pracuje w ciągu dnia, po
czym codziennie wieczorem przyjeżdża do Ridgewood, żeby sprzątać po
swoim zmarłym, zapewne równie nieudacznym jak syn mężu. Była wprawdzie
Ukrainką, ale przypominała mu jego matkę: podobnie jak ona zaharowywała
się na śmierć, a mimo to los nie uśmiechał się do niej tak, jak
powinien. Gdyby zapłacił jej tyle, ile książka była naprawdę warta,
zrobiłby dobry uczynek. Nawet połowa, sto dolców, zrobiłaby wielką
różnicę. Tygodniowe zakupy. Miesięczny rachunek za elektryczność.
- Obyś mi tylko nie stłukła ekranu, mamo! - dobiegł z drugiego pokoju
głos Igora.
Obejrzała się na niego przez ramię: na klęczkach szukał po omacku
telefonu pod sofą. Wyglądał jak berbeć, który zgubił ulubioną zabawkę.
Pani Grabowski wyraźnie złagodniała. Apollo poczuł, jak współczucie
przemyka mu przez twarz niczym nagła wysypka.
Szybko jednak upomniał się w duchu. Dlaczego przyjechał dziś do
Ridgewood? Dlatego, że minęło sześć lat od znalezienia skarbu państwa
D'Agostino, a jemu przez cały ten czas nie trafiło się nic choćby tak
wartościowego jak ta powieść Webba. Dlatego, że Emma musiała w bibliotece przejść na pół etatu. Dlatego, że już za dwa tygodnie Apollo
Kagwa i Emma Valentine spodziewali się pierwszego dziecka.
Kiedy pani Grabowski podniosła na niego wzrok, pokazał jej dwie książki
w twardych okładkach.
- Przegapiłem je za pierwszym razem - wyjaśnił.
Spojrzała na okładki, odczytała tytuły, poruszając niemo ustami.
- Są coś warte? - zapytała, przyglądając mu się uważnie.
- Trochę tak - przyznał w końcu.
Gdyby próbował kupić tylko jedną, pani Grabowski byłaby przekonana, że
książka musi być bardzo cenna. Druga pozycja - sfatygowany egzemplarz
niewybitnego thrillera - pełniła rolę swoistego kamuflażu dla Pól
ognia. Apollo nauczył się tej sztuczki dawno temu, od starych
antykwariuszy. Nie podobało mu się, jak to załatwia, dlatego w głębi
ducha postanowił, że robi to dla swojego nienarodzonego jeszcze dziecka.
To dla malucha, tłumaczył sobie, i te słowa działały kojąco na jego
sumienie jak aloes na lekkie oparzenie.
- Dam pani pięćdziesiąt dolarów - powiedział cicho.
- Za sztukę? - zapytała, podnosząc głos.
Sięgnął po portfel.
- Nie - odparł - za obie.
Odczekał, aż skinęła głową, i wręczył jej pieniądze.
Wrócił Igor. W jednej ręce mocno ściskał telefon.
- I co, jesteś z siebie dumny? - zapytał. - Że okantowałeś starą wdowę?
Pani Grabowski zmięła banknoty w dłoni i grzmotnęła go pięścią.
- Nie mów tak! Twój ojciec od lat nie dał mi tyle pieniędzy!
- Wiesz, że to prawda - mówił Igor do Apolla, nie zwracając uwagi na
zachowanie i słowa matki. - I ja też to wiem.
Apollo włożył książki pod pachę. Pani Grabowski odprowadziła go do
wyjścia. Igor dreptał za nią.
Apollo przekroczył próg i zszedł po schodach na chodnik. Kiedy się
odwrócił, Igor stał w drzwiach; za jego plecami pani Grabowski
przeliczała pieniądze. Apollo nie umiał się zdecydować, czy kobieta ma
minę zadowoloną, czy podejrzliwą.
- To tylko interesy - powiedział. - Przyjechałem tu ubić interes, nic
więcej.
- Diabeł lubi chować się za krzyżem - odparł Igor i zamknął drzwi.
Rozdział 11
11
Kiedy wszedł do Bouley, poczuł się jak w chatce z piernika. Przed
budynkiem biegła Duane Street - był to dość modny kwartał Manhattanu,
ale wciąż po prostu centrum Nowego Jorku i restauracja widziana z zewnątrz (elewacja w przygaszonym morelowym odcieniu, częściowo
przeszklone drzwi wejściowe) prezentowała się całkiem sympatycznie.
Kiedy jednak otworzył drzwi i znalazł się w holu, stwierdził, że zewsząd
otaczają go jabłka. Wbudowane we wnękę ścienną półki piętrzyły się po
sufit, a na nich leżały świeże, czerwone jabłka. Owionął go jabłczany
aromat. Drzwi wychodzące na Duane Street zamknęły się za nim i nagle
odniósł wrażenie, że idąc zarośniętą ścieżynką przez mroczny las,
natknął się na wiejski domek. Stał i rozkoszował się zapachem jabłek.
Jeżeli przyniósł ze sobą do centrum jakieś przykre piętno spotkania z panią Grabowski, to w tym pomieszczeniu poczuł się zeń oczyszczony.
Drzwi naprzeciwko prowadziły do poczekalni - długiego, wąskiego
korytarza z miękko tapicerowanymi krzesłami i maciupeńkimi stolikami.
Sześć żyrandoli zwieszających się z drewnianych belek stropowych rzucało
niewiele światła. Zasłony na oknach olśniewały przepychem niczym suknie
ślubne. Poczekalnia była spowita wytwornym półmrokiem jak salonik w historycznej rezydencji.
Odruchowo zerknął na swoje stopy: nie pamiętał, czy ma na nogach
półbuty, czy adidasy. Poprawił torbę kurierską na ramieniu, tak żeby
znalazła się za jego plecami. Kilka osób czekało na wskazanie stolika,
ale nie było wśród nich Emmy ani Nichelle. Za pulpitem z ciemnego drewna
stał maître d'hôtel - wysoki mężczyzna w szytym na miarę granatowym
garniturze wpatrzony w ekran, który osobliwie podświetlał jego ostre
rysy. Kiedy podniósł wzrok na powitanie Apolla, jego oczy zniknęły w cieniu. A ponieważ jego ust również nie było widać, prezentował się
raczej upiornie niż szykownie.
- Czterdziestka, prawda?
Nie tego się Apollo spodziewał. Odstawił torbę i pokazał puste ręce.
Jeżeli chcieli go odesłać z kwitkiem, to była to najdziwniejsza odmowa,
jaką w życiu słyszał.
- Nichelle Murray? - zagadnął.
Maître d'hôtel skinął krótko głową, cofnął się od pulpitu i zniknął za
drzwiami, które miał za plecami. Apollo zerknął na siedzących w poczekalni gości, widocznych ledwie jako sylwetki na obitych skórą
krzesłach. Chwilę później maître d'hôtel wrócił, niosąc sportową
marynarkę.
Pomógł Apollowi ją założyć, po czym skinął na niego i - z kartą dań pod
pachą - przeprowadził go przez poczekalnię. Sklepiony strop sali
jadalnej był wyłożony listkami osiemnastokaratowego złota i dodatkowo
powleczony ozdobną warstewką lakieru z dwunastokaratowego białego złota,
co nadawało mu zamszowej miękkości. Podłogę z bordowego kamienia
okrywały perskie dywany. Jeżeli hol przywodził na myśl domek w środku
lasu, a poczekalnia - nawiedzony salonik, to jadalnia wyglądała jak sala
tronowa w średniowiecznym zamczysku, co tylko wzmagało panującą w restauracji baśniową atmosferę. Apollo miał wrażenie, że nie przemierza
po prostu kolejnych sal, lecz odrębne królestwa; wcale by się nie
zdziwił, gdyby przy którychś drzwiach wystawiono zakutych w pancerze
strażników. A gdy maître d'hôtel doprowadził go do właściwego stolika,
czekała tam na niego prawdziwa królowa: Emma Valentine w tak bardzo
zaawansowanej ciąży, że nie miała siły się podnieść.
Pochylił się i ją pocałował.
Nichelle wstała ze swojego miejsca, żeby go uściskać.
- A oto i on - powiedziała. - Ojciec panny młodej.
Emma z uśmiechem pochyliła się w fotelu.
- Jesteś niepoprawna, Nichelle.
Nichelle nie zamierzała wypuścić Apolla, uczepiona kurczowo jego lewej
ręki, a on nagle zdał sobie sprawę, że jest wstawiona. Ubzdryngolona.
Stojąca na stole butelka białego wina była otwarta i w połowie pusta.
Obok talerza Emmy stała butelka perriera, opróżniona w dwóch trzecich.
Do tej pory podano trzy talerzyki z przystawkami: ostrygi, grzybki i coś, czego Apollo nie rozpoznał. Obrus był wymięty jak pościel, w której
ktoś już spał.
- Aż tak się spóźniłem? - zapytał.
- To my przyszłyśmy przed czasem - odparła Emma.
- Chcesz, żeby szybko znaleźli ci stolik? - Nichelle wskazała Emmę. -
Przyprowadź kobietę w dziewiątym miesiącu ciąży.
- W trzydziestym ósmym tygodniu! - żachnęła się Emma.
Nichelle machnięciem ręki zbyła jej protest.
- Dla normalnych ludzi matematyka nic nie znaczy. Dziewiąty miesiąc.
Apollo usiadł obok Emmy, naprzeciwko Nichelle. Nie zdążył się jeszcze
dobrze usadowić, gdy przy stoliku pojawił się kelner, nalał mu wina,
napełnił kieliszek Nichelle i dolał Emmie wody gazowanej do szklanki.
Nie zapytał, czy chcą następną butelkę wina, po prostu uniósł tę pustą,
na co Nichelle skinęła potakująco głową.
Apollo postawił torbę na podłodze pomiędzy krzesłami swoim i Emmy. Emma
siedziała nieco bokiem, żeby nie obijać się brzuchem o stół i móc
wyciągnąć nogi. Zerknęła na torbę, po czym spojrzała na niego pytająco.
- Ridgewood - wyjaśnił. - Nic wielkiego.
Poklepała go po udzie.
- Dobrze, że spróbowałeś.
W trzydziestym ósmym tygodniu wyglądała jak koliber, który połknął
strusie jajo. Obnosiła się z ciążowym ciałem z czymś na kształt
znużonego autorytetu, jakby czerpała przyjemność z chwilowego
powiększenia swoich rozmiarów.
Kiedy kelner wrócił z nową butelką białego wina, nogi trzymała
wyprostowane i skrzyżowane w kostkach. Stopy miała obciągnięte. Na
każdym innym etapie swojego życia, nawet we wcześniejszych stadiach
ciąży, podkuliłaby nogi, żeby zrobić kelnerowi miejsce - ale nie teraz.
Teraz niech świat się trochę do niej dostosuje.
Nie cofnęła nóg i kelner obszedł je dookoła. Dolał Nichelle i dopełnił
kieliszek Apolla, mimo że ten zdążył upić zaledwie dwa łyki.
Goście siedzący przy innych stolikach roztaczali zupełnie odmienną aurę.
Średnia wieku wskazywała na miliarderów. Nawet pomocnicy kelnerów byli
tu biali.
- Los Angeles dobrze cię traktuje? - zainteresował się Apollo. - Czy to
miasto w ogóle się zmienia?
- Czas płynie powoli, kiedy jesteś szczęśliwy - odparła Nichelle - a ja
jestem tam szczęśliwa.
Emma dziabnęła widelcem pustą ostrygę, po czym zajęła się leżącym na
sąsiednim stoliku ostatnim grzybkiem.
- Nichelle pisze scenariusze do The Witching Hour - oznajmiła z dźwięczną, muzykalną nutą dumy w głosie.
- O rany! - zdumiał się Apollo. - Oglądamy to!
Pociągnął łyk wina i poczuł, że się odpręża, zapada w wygodnym krześle,
zatapia w rozmowie.
- Myślałeś, że dlaczego zaczęliśmy to oglądać? - Emma nachyliła się ku
niemu. - Musiałam wesprzeć swojaczkę.
- Daleko cię rzuciło od Boones Mill - zauważył Apollo, podnosząc
kieliszek.
Nichelle spojrzała na Emmę i również wzięła kieliszek do ręki.
- Nas obie. - Łyknęła wina i zacmokała, patrząc na brzuch Emmy. -
Słyszałam, że teraz z kolei wybieracie się na planetę "Poród naturalny".
Przykro mi, ale to dla mnie za daleko.
Rozmowy o porodach naturalnych nigdy nie były przeznaczone dla uszu
Apolla, nawet jeśli znajdował się w tym samym pokoju i siedział przy tym
samym stole. Kiedy powiedzieli Lillian o swoich planach, mało nie
dostała szmergla ze strachu, chociaż sama wolała twierdzić, że to tylko
"troska". Tak samo zresztą było z większością kobiet w życiu Emmy -
tylko jej starsza siostra Kim udzieliła jej wsparcia, ale był ku temu
dobry powód: Kim Valentine miała być ich akuszerką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
1
Ta baśń zaczyna się w roku 1968, w czasie strajku śmieciowego. W lutym
pracownicy nowojorskich służb oczyszczania miasta przez osiem dni z rzędu nie odbierali śmieci. Sto tysięcy ton resztek zalegało na
chodnikach i wylewało się na jezdnie. Szczury towarzyszyły joggerom w porannych treningach. Powietrze wrzało od płonących odpadków. Miasto
zostało uznane za nieżywe. Mimo to w powietrzu wciąż musiała się unosić
jakaś pomylona magia, bo właśnie wtedy Lillian i Brian się poznali.
Przybyli z dalekich stron, by odnaleźć się nawzajem w Queens. Żadne z nich nie mogło przewidzieć, jaką burzę rozpęta ich zakochanie.
Lillian Kagwa była imigrantką z Ugandy. Brian West przyjechał z niewiele
mniej egzotycznej krainy Syracuse. Córka Afryki Wschodniej i syn
nowojorskiej prowincji spotkali się w taniej agencji modelek przy
Northern Boulevard. Żadne z nich nie było jej klientem.
W tygodniu, w którym wypadł strajk śmieciarzy, Lillian została
zatrudniona w agencji na stanowisku recepcjonistki. Witała
przychodzących gości i stanowiła miły widok dla ludzi spacerujących po
chodnikach wśród piętrzących się od tygodnia stert odpadków. Brian,
kurator sądowy, od czasu do czasu odwiedzał Pawła Arseniewa, założyciela
agencji i jednego ze swoich podopiecznych, który odsiedział cztery lata
za oszustwo. Brian nie dowierzał, że Paweł naprawdę wrócił na drogę
cnoty, w tym tygodniu jednak mniej interesował go pan Arseniew, znacznie
bardziej zaś nowa recepcjonistka. Spotkanie z nią było jak znalezienie
róży na wysypisku śmieci. W tym jednym tygodniu odwiedził agencję
czterokrotnie.
Mimo natychmiastowego zauroczenia Lillian Kagwą miał jednak skłonność do
przekręcania jej nazwiska, ona zaś regularnie myliła go z innymi białymi
mężczyznami. Trudno więc powiedzieć, żeby byli sobie przeznaczeni. Mimo
to Brian West - niski, krępy i uparty - wracał nieustępliwie, a w te
dni, w które się nie pokazywał, Lillian ze zdumieniem łapała się na tym,
że za nim tęskni.
Lillian Kagwa pochodziła z Jinji, drugiego co do wielkości miasta w Ugandzie, w którym przeżyła uniezależnienie się kraju od Wielkiej
Brytanii oraz późniejsze rodzime rządy Miltona Obote. Obote rządził za
pomocą armii i tajnej policji znanej pod nazwą General Service Unit.
Gdziekolwiek pojawili się ludzie z GSU, nieśli zło i niegodziwość.
W roku 1967 Lillian z trojgiem kuzynostwa jechali samochodem do stolicy,
Kampali, kiedy zostali zatrzymani przez trzech mężczyzn podających się
za funkcjonariuszy GSU. Siedzieli cicho jak myszy pod miotłą, gdy agenci
sprawdzali ich tożsamość, aż w końcu polecili Arthurowi - jedynemu
mężczyźnie wśród podróżnych - wysiąść i otworzyć bagażnik. Arthur się
zawahał: nie chciał zostawiać sióstr i Lillian samych. Wtedy jeden z agentów od niechcenia nachylił się i strzelił mu w brzuch.
Huk wystrzału na chwilę ogłuszył, a błysk z lufy dodatkowo oślepił trzy
kobiety, ale siedząca za kierownicą Lillian wyczuła, że strzelec sięga
do środka, żeby wyjąć kluczyki ze stacyjki. Wrzuciła bieg i ruszyła z piskiem opon, zanim jeszcze dobrze otrząsnęła się po strzale. Jechała
dwukierunkową drogą wężykiem, jak pijana. Agenci GSU ostrzelali
samochód, ale nie mogli go ścigać, ponieważ w ich pojeździe skończyła
się benzyna. Ustawili posterunek specjalnie po to, żeby ukraść
odpowiednie auto; teraz musieli czekać na kolejną okazję.
Prowadziła jak wariatka. Do Kampali dotarli w pół godziny, ale Arthur
zmarł na długo przedtem. Taki incydent nie zasługiwał nawet na wzmiankę
w serwisach informacyjnych, bo generalnie cała Uganda dostała pierdolca.
Lillian chciała się stamtąd jak najszybciej wydostać i po roku miała już
amerykańską wizę.
W roku 1968 znalazła się w Nowym Jorku. Miała dwadzieścia pięć lat i nie
znała nikogo w mieście, ale dzięki wychowaniu pod władzą brytyjską
dobrze znała angielski, co znacznie ułatwiło jej asymilację. Jednym z powodów, dla których pan Arseniew ją zatrudnił, był fakt, że mówiła po
angielsku znacznie lepiej od niego. Przydawała agencji poważnego
charakteru i pozorów legalności, chociaż Brian West nie mylił się w swoich podejrzeniach: działalność Arseniewa była jednym wielkim
przewałem. Lillian nie miała o tym pojęcia, kiedy przychodziła do pracy:
wiedziała tylko, że dostanie dwukrotność stanowej płacy minimalnej, trzy
dolary za godzinę. W Ugandzie nie była w stanie znaleźć żadnej pracy,
więc tę hołubiła ze wszystkich sił. A strajk śmieciarzy? Czymże był w porównaniu z morderstwem w majestacie prawa?
Agencja Glamour Time mieściła się w pozbawionym okna kantorku na piętrze
budynku niedaleko Queensboro Plaza - z dala od wszelkich ośrodków haute
couture, za to w doskonałym miejscu, żeby zgarniać początkujące modelki
z robotniczego Queens. Aby zostać przyjętym do agencji, wystarczyło mieć
zdjęcie portretowe. Tak się szczęśliwie składało, że pan Arseniew miał
na miejscu nieduże studio fotograficzne, w którym - za opłatą - mógł
osobiście zrobić dziewczynie fotografie do portfolio. Niektórym młodym
kobietom proponował prywatne sesje zdjęciowe po godzinach. Ulice Nowego
Jorku tonęły w nieodbieranych śmieciach, ale od Glamour Time wionęło
własnym smrodkiem. Jedynym uczciwym elementem tego biznesu była
Afrykanka odbierająca telefony w recepcji.
Interes pana Arseniewa mógłby się kręcić bez większych przeszkód przez
lata, wabiąc coraz to nowe młode kobiety żywiące nadzieję na zrobienie
kariery, gdyby nie ten przeklęty kurator, który prawie zamieszkał w recepcji. Jak robić porządny przekręt, kiedy codziennie rano odwiedza
cię gliniarz? Brian West psuł interes. A ponieważ był urzeczony Lillian,
to samo odnosiło się do niej. Dlatego pan Arseniew ją zwolnił. Nie było
to szczególnie inteligentne posunięcie, ale i pan Arseniew nie był
szczególnie inteligentnym człowiekiem. Brian tropił go bezlitośnie,
niczym inspektor Javert z hrabstwa Onondaga. Robienie ludziom zdjęć nie
było sprzeczne z prawem, ale prowadzenie studia fotograficznego bez
zezwolenia można już było potraktować jako naruszenie zasad zwolnienia
warunkowego. Paweł Arseniew wrócił za kraty. Lillian Kagwa musiała
znaleźć nową pracę.
Znalazła ją na stanowisku sekretarki do spraw administracyjnych w kancelarii prawnej w środkowej części Manhattanu. Zarabiała mniej.
Przeprowadziła się do mniejszego mieszkania. Zerwała wszelkie kontakty z Brianem. Znajomość z nim przypłaciła utratą niezłej pracy, a teraz
traciła dodatkowo po pół godziny na dojazd w każdą stronę, więc nie, nie
pójdzie z nim na kolację i do kina, dziękuję bardzo. Zresztą była młoda,
a Nowy Jork oferował znacznie więcej rozrywek niż Jinja. Poznali się w roku 1968, ale na pierwszą prawdziwą randkę poszli dopiero osiem lat
później.
Brian postanowił dać Lillian trochę swobody. Wynajął mieszkanie całe
hrabstwo dalej, na Staten Island, ale nie mógł przestać o niej myśleć.
Dlaczego? Co takiego w sobie miała? Nie umiał tego wytłumaczyć, ale było
trochę tak, jakby rzuciła na niego urok.
* * *
Brian West był jedynym dzieckiem dwojga zgoła nieromantycznych
pijaczków. W wieku dwunastu lat załapał się do sprzedaży słodyczy w Elmwood Theatre. Popełnił ten błąd, że pochwalił się zarobionymi
pieniędzmi ojcu, Frankowi. Spodziewał się gratulacji i poklepania po
plecach, a zamiast tego padł ofiarą wymuszenia rozbójniczego we własnym
mieszkaniu. Za zabrane mu pieniądze ojciec kupił skrzynkę piwa Genesee,
którą do spółki z matką rozpracowali jeszcze przed snem. Taki dom albo
człowieka złamie, albo zahartuje. Może jedno i drugie. Czym było
czekanie, aż kobieta ci wybaczy, w porównaniu z ojcem, który cię pobił i ograbił z twojej pierwszej wypłaty?
Pod koniec roku 1976 wreszcie stało się: Brian West i Lillian Kagwa
poszli na randkę. Kiedy pierwszy raz się spotkali, podczas strajku
śmieciowego, mieli po dwadzieścia pięć lat, teraz - trzydzieści trzy. Na
przestrzeni tych ośmiu lat Lillian spotykała się z wieloma mężczyznami i w porównaniu z nimi Brian prezentował się całkiem korzystnie: pracowity,
niepijący, oszczędny, bez długów. Zabawne, jak wysoko ceniła sobie teraz
te zalety. Jedyny drobny problem objawił się przy kolacji, kiedy Brian
zaczął mówić o możliwości bycia mężem i ojcem i o tym, jak bardzo chce
mieć dzieci. Już przy tamtym pierwszym spotkaniu w Glamour Time wyczuł,
że byłaby świetną matką. Kiedy skończył mówić, przypomniała mu
delikatnie, że są dopiero na pierwszej randce. Może z planowaniem ślubu
zaczekałby przynajmniej, aż wyjdą z kina? Trzeba Brianowi oddać
sprawiedliwość: nie żachnął się, nie zezłościł. Tylko się roześmiał. Nie
zdawał sobie z tego sprawy, ale to właśnie w tym momencie Lillian
naprawdę się w nim zabujała.
Poszli na Rocky'ego. Lillian wybrałaby coś innego, ale w połowie filmu
zaczęła się dobrze bawić, a nawet rozpoznawać na ekranie samą siebie,
niezłomną marzycielkę. O tym właśnie był ten film. Czy nie taka właśnie
była? Lubiła sobie wyobrażać, że tak. Może dlatego Brian zabrał ją
właśnie na ten film. Żeby pokazać jej coś na jej temat, czego nigdy nie
umiał ubrać w słowa. Wcześniej opowiedział jej o tym, jak obrabował go
własny ojciec, ona jemu o tym, jak Arthur został postrzelony w samochodzie, a teraz siedzieli w ciemnym kinie przy Times Square. Razem.
Dwoje twardzieli. Całe życie doprowadziło ich do tego punktu. Wydawało
się to takie niewiarygodne, nieprawdopodobne jak mit. W ciemnościach
trzymała go za rękę. Mimo że jeszcze przez trzy godziny nie uprawiali
seksu, należałoby stwierdzić, że ich pierwsze dziecko - jedyne dziecko -
poczęte zostało właśnie wtedy. Myśl. Idea. Wspólne marzenie.
Rodzicielstwo to historia, którą dwoje ludzi zaczyna opowiadać wspólnie.
W kwietniu 1977 roku ciąża zaczęła być widoczna. Brian znalazł dla nich
mieszkanie z dwiema sypialniami w Jackson Heights. Ich syn urodził się
we wrześniu. Brian uznał, że dziwnie byłoby nazwać półczarnego dzieciaka
Rocky, więc dali mu na imię Apollo. Brian lubił go nosić na zgiętej w łokciu ręce i gruchać do niego słodko:
- Jesteś bóg Apollo. Dobranoc, moje słoneczko.
I żyli długo i szczęśliwie. Przynajmniej przez kilka lat.
Zanim nadeszły czwarte urodziny Apolla, Briana już z nimi nie było.
Nie uciekł z inną kobietą, nie wyjechał z miasta, żeby wrócić do
Syracuse. Właściwie wyglądało to tak, jakby zniknął z powierzchni ziemi.
Nie sposób go było znaleźć, bo nie zostawił za sobą żadnego śladu, ani z okruchów chleba, ani z transakcji kartą kredytową.
Kiedy Apollo przyszedł na świat, Brian i Lillian myśleli, że to koniec
opowieści. Mylili się. Szaleństwo dopiero się zaczynało.
Rozdział 3
3
Jesienią roku 1989 Apollo Kagwa był uczniem gimnazjum nr 237 we
Flushing. Po zniknięciu Briana Lillian wróciła do panieńskiego nazwiska
i dopilnowała, żeby nosił je także jej syn. Stał się Kagwą z mocy prawa.
Wymazali Westa ze swojego życia.
* * *
Nawet taki ostrożny i samowystarczalny dzieciak jak Apollo mógł się
dorobić własnej ekipy. Miał dwóch dobrych kumpli. Poza tym dobrze mu
szła historia Ameryki, którą wykładał im pan Perrault. Lillian zdała
egzaminy, została asystentką i znalazła lepszą pracę, nieco dalej od
centrum Manhattanu. Często jednak musiała zostawać po godzinach, czasem
wracała dopiero o ósmej. O takich dzieciakach jak Apollo mówiło się, że
chodzą z kluczem na szyi. Zapraszani do Donahue Show goście biadali
nad tą nową rzeczywistością i rugali pracujące matki, które swoją
potrzebą zarobienia na życie wyrządzały krzywdę dzieciom.
To popołudnie Apollo spędził w taki sam sposób, jak spędzają czas
wszystkie dzieci, które nie muszą prosto ze szkoły wracać do domu:
odwiedził pobliski bar, gdzie przepuścił parę ćwierćdolarówek na
automatach, wpadł do latynoskiego sklepiku po oranżadę i chipsy i pokręcił się trochę na rogu Colden Street, gdzie dzieciaki akurat bawiły
się piłką. Pograł z nimi godzinę albo dwie i poszedł do siebie na górę.
Prawdę mówiąc, nie kąpał się od dobrych dwóch dni i po zabawie był tak
spocony, że sam nie mógł dłużej znieść swojego zapachu. Odkręcił
prysznic i zdążył się rozebrać do pasa, gdy z drugiego końca mieszkania
dobiegło głośne pukanie. Udał, że go nie słyszy - to pewnie sąsiadka
chciała czegoś od mamy - ale pukanie tylko się nasiliło. Z kranu leciała
gorąca woda, spod prysznica buchały kłęby pary. Wychodząc z łazienki,
Apollo jakby wynurzył się z chmury.
Przeszedł przez pół mieszkania, gdy włoski zjeżyły mu się na karku.
Pukanie do drzwi nie ustawało, on jednak obejrzał się za siebie, na
wylewającą się z łazienki parę, która zdawała się podążać za nim. Nagle
zakręciło mu się w głowie, jakby zupełnie nieświadomie znienacka wszedł
do czyjegoś snu. Własnego snu. To nim wstrząsnęło. W dzieciństwie śnił
ten sen noc w noc. Ile miał wtedy lat? Trzy? Cztery? Pukanie do drzwi,
odgłos lejącej się wody, kłęby pary w mieszkaniu i...
Podbiegł do drzwi wejściowych. Ledwie się przy nich znalazł, pukanie
ucichło.
- Zaczekaj na mnie - wyszeptał. Poczuł się głupio, gdy wypowiedział te
słowa. A jeszcze głupiej, gdy je powtórzył.
Ojca nie ma za drzwiami. Ojca nie ma za drzwiami. Ojca nie ma.
Mimo to otworzył zamki. Miał wrażenie, że się kurczy. Jak otwierał te
drzwi we śnie? Jak zdołał dosięgnąć górnego zamka, kiedy był małym
dzieckiem? W snach wszystko było możliwe. A teraz? Może zasnął w łazience, siedząc w wannie, i przypadkowe wyładowania elektryczne w mózgu spowodowały ponowne objawienie się tej fantazji.
Postanowił się nad tym nie zastanawiać. Świadomość bycia w śnie dawała
osobliwą wolność. Jeżeli za drzwiami naprawdę zobaczy ojca, to
przynajmniej sobie przypomni, jak wyglądał. Bo już go nie pamiętał.
Kiedy jednak otworzył drzwi, ojca nie było.
Za to na progu stało tekturowe pudełko.
Wychylił się, jakby miał nadzieję dostrzec gdzieś w pobliżu, może w głębi korytarza, tamtego ojca ze snu. Nikogo nie było widać. Spuścił
wzrok na karton: gruba tektura, jedno słowo wypisane czarnym flamastrem
na wieku: "Improbabilia".
Przyklęknął na jedno kolano, wziął pudełko do rąk (nie było ciężkie) i zabrał je do domu. Zawartość przemieszczała się z głuchym odgłosem.
Usiadł na podłodze w salonie. Podniósł wieko.
Rozdział 4
4
- Ten karton należał do twojego ojca - powiedziała Lillian.
Apollo nie zauważył, że słońce zaszło, nie słyszał, jak matka weszła do
mieszkania. Dopiero kiedy musnęła jego kark, zdał sobie sprawę z istnienia świata wokół niego.
Rzuciła na bok torebkę i kucnęła przy nim.
- Gdzie go znalazłeś?
- Ktoś go zostawił pod drzwiami.
Rozłożył zawartość kartonu na dywanie: dwa przedarte bilety do kina,
portretowe zdjęcie młodej białej kobiety, umowa najmu mieszkania w Jackson Heights, rachunek za noc w hotelu przy Dziewiątej Alei, blisko
Times Square, pliczek rachunków za jedzenie na wynos, świadectwo
małżeństwa Briana Westa i Lillian Kagwy i książka dla dzieci.
- Co ty wygadujesz? - wyszeptała Lillian, wodząc wzrokiem po tych
przedmiotach. - Mój Boże... - dodała jeszcze ciszej.
Apollo odwrócił się do niej. Wstała, wyprostowała się, próbowała się
otrząsnąć.
- Powiedz mi prawdę: wyjąłeś te rzeczy z mojej szafki? Grzebałeś w moich
rzeczach?
Wskazał drzwi wejściowe.
- Ktoś pukał, bardzo długo. Pomyślałem... - Zawiesił głos. - Nie
wiedziałem, kto to. Zamierzałem się wykąpać.
W tej właśnie chwili zdał sobie sprawę, że woda nadal się leje. Zerwał
się na nogi i pobiegł do łazienki. Odpływ w wannie był przytkany, woda
przelewała się górą i zbierała w kałużę na podłodze.
- Apollo! - zawołała na ten widok Lillian. Przepchnęła się obok syna i zakręciła kran. Ściągnęła ręczniki z suszarki i porozkładała je na
podłodze. - Muszę zajrzeć do pani Ortiz, sprawdzić, czy jej nie
zalaliśmy.
Wprawdzie w salonie znalazło się absolutnie niewiarygodne tekturowe
pudełko, ale pewnych spraw rodzic nie mógł zignorować - na przykład
tego, czy bezmyślna latorośl nie spowodowała powodzi u sąsiadki z dołu,
miłej, starszej pani, która w przeszłości się nią opiekowała. I ile
będzie kosztowało odmalowanie sufitu u pani Ortiz.
Lillian wyszła z łazienki. Apollo również. Idąc do drzwi, zerknęła na
pudło i rozłożone na dywanie rzeczy i natychmiast skręciła w ich stronę.
Pochyliła się, zabrała jedną kartkę i wyszła z mieszkania. Apollo wrócił
do salonu. Lillian zabrała rachunek z hotelu niedaleko Times Square.
Myślała, że w ten sposób coś ukrywa, ale nie miało to znaczenia. Zanim
przyszła, zdążył obejrzeć i zapamiętać wszystkie przedmioty, po czym
zaczął je łączyć ze znanymi sobie historiami rodzinnymi. Niektórych
detali nie był pewien; matka swoim zachowaniem właśnie potwierdziła
jeden z nich.
Jak człowiek, który zatrzymał te wszystkie rzeczy, mógł z dnia na dzień
zostawić żonę i dziecko? I jak wylądowały na progu mieszkania Apolla?
Ponownie spojrzał na wieko i odczytał wypisane na nim słowo:
"Improbabilia".
Matka musiałaby mu objaśnić znaczenie większości przedmiotów, ale jeden
z nich zdawał się mniej skomplikowany niż inne: książka dla dzieci
Outside Over There Maurice'a Sendaka. Otworzył ją. Liczył na jakiś
liścik, dedykację, parę słów skierowanych przez ojca do syna, ślad
ojcowskiego charakteru pisma. Niczego podobnego nie znalazł, ale książka
była mocno zaczytana, prawy górny róg każdej stronicy przybrudzony,
grzbiet wielokrotnie poprzełamywany. To nie była książka na pokaz, ktoś
często po nią sięgał. Apollo wyobraził sobie, jak Brian West, może
siedzący tutaj, na tej właśnie kanapie, czyta książkę na głos swojemu
dziecku. Sam zaczął czytać na głos.
- "Kiedy tata wypłynął na morze" - brzmiał początek.
Matka mało czytała. Miała wiele zalet, ale nie było wśród nich miłości
do książek. Harowała jak wół i wieczorami ledwie starczało jej sił, żeby
posiedzieć z synem przed telewizorem. Apollowi to nie przeszkadzało.
Kiedy jednak zasypiała na kanapie, ściągał jej buty, zdejmował perukę,
wyłączał telewizor i szedł do swojego pokoju poczytać. Robił to, odkąd
nauczył się sylabizować. Książka, którą w tej chwili trzymał w ręce,
sprzyjała wyobrażaniu sobie, że kiedyś nie był jedynym czytelnikiem w domu. Podobała mu się myśl, że odziedziczył zamiłowanie do słowa
pisanego. Może ta książka była zaledwie pierwszą z wielu, którymi ojciec
zamierzał się z nim podzielić. Wraz z pojawieniem się kartonu jego
apetyt na czytanie jeszcze się wzmógł.
Czytał w łóżku i w toalecie. Zabierał książki do parku. Podczytywał
wydania kieszonkowe, grając w softball. Gubił książki, oblewał je
oranżadą, na kartkach pojawiały się ślady palców zabrudzonych czekoladą.
Nawet najmilsi bibliotekarze musieli w końcu zażądać karnych opłat na
fundusz zakupowy. Lillian zaczęła więc przynosić książki i czasopisma z pracy: "Reader's Digest" i "People", "Consumer Reports" i "Bon Appétit".
A Apollo czytał je wszystkie i dopominał się o więcej. Zaprzyjaźniła się
z asystentkami z innych pięter biurowca, zdołała nawet namówić kilka z nich do prenumerowania innych pism niż te dostępne w jej kancelarii.
Działający po drugiej stronie ulicy gabinet dentystyczny trzymał w poczekalni zapas tanich czytadeł dla klientów i Lillian przekonała
recepcjonistkę, żeby oddawała jej zużyte, najbardziej sczytane
egzemplarze, zamiast je wyrzucać. Dominowały wśród nich romansidła i thrillery, było też sporo kryminalnej literatury faktu. Lillian wrzucała
je jak leci do torby foliowej i wiozła metrem do domu. I tak Apollo
przeczytał Ted Bundy. Bestia obok mnie Ann Rule, The Wayward Heiress
Blanche Chenier oraz Smoka Clive'a Cusslera w wieku, w którym był
stanowczo za młody, żeby je zrozumieć - ale mimo to każdą z nich
doczytał do końca. Dla pewnego typu dzieci czytanie bez nadzoru bywa
błogosławieństwem.
Lillian nie do końca zadawała sobie sprawę z tego, jakim dzieckiem jest
Apollo, aż do pewnej soboty na początku października, kiedy przyszła do
nich pani Ortiz, sąsiadka z dołu. O dziwo, przyszła zobaczyć się nie z nią, lecz z jej synem. Pierwsze skojarzenie Lillian było takie, że
chłopak coś przeskrobał, ale pani Ortiz zamachała w powietrzu banknotem
jednodolarowym i wyjaśniła, że Apollo obiecał jej przynieść egzemplarz
"People" z tą prześliczną Julią Roberts na okładce i się z tym spóźnia.
Zdezorientowana i skonsternowana Lillian potrzebowała dobrych paru
minut, żeby się otrząsnąć i zdać sobie sprawę, że jej syn sprzedaje
książki i czasopisma, które ona przynosi do domu. Wzburzona wparowała do
pokoju Apolla, znalazła żądany numer "People" w jednym z piętrzących się
na podłodze stosów i oddała go pani Ortiz za darmo. Próbowała jej nawet
dorzucić inne, bardziej aktualne wydanie z Barbarą Bush na okładce, ale
pani Ortiz nie wiedziała, kto to.
Apollo wrócił krótko przed zachodem słońca. W Nowym Jorku utrzymywała
się ciepła pogoda, temperatura za dnia oscylowała w granicach od
dwudziestu do dwudziestu pięciu stopni. Apollo z kolegami grali w futbol
dotykowy w parku Flushing Meadows. Przyszedł do domu brudny, ale
rozpromieniony. Lillian poczekała, aż zbłądzi do kuchni i tam ją
znajdzie. Wcześniej przez całe popołudnie pakowała czasopisma i książki
w miękkiej oprawie do worków na śmieci, które następnie postawiła na
niedużym kuchennym stole zamiast kolacji. Zanim zdążył zapytać, o co
chodzi, powiedziała mu o wizycie pani Ortiz.
- Postarałam się je dla ciebie zdobyć, bo myślałam, że będziesz je
czytał - wyjaśniła. Podniosła jeden z worków i aż stęknęła, taki był
ciężki. - Ale jeśli nie chcesz, wrzucimy je do spalarki.
- Ale ja je czytam. - Apollo rozwiązał jeden z worków i zajrzał do
środka. - Wszystkie, bez wyjątku. Co mam z nimi robić po przeczytaniu?
- Wyrzucać, Apollo. Cóżby innego? - Lillian zawiązała worek z powrotem.
- Ale pani Ortiz lubi przeglądać "People", więc...
- Więc czemu by nie oskubać starowinki, tak?
- Płaci mi dwadzieścia pięć centów. Cena z okładki to dolar
dziewięćdziesiąt pięć. Dla niej to prawdziwa okazja. Nie przeszkadza
jej, że to wydanie sprzed paru tygodni. Co w tym złego?
Lillian już otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, kiedy złapała się na
tym, że nie ma na podorędziu dobrej odpowiedzi. Powiodła wzrokiem po
workach.
- I wszystko sprzedajesz?
- Jak czegoś nie mogę sprzedać, to wyrzucam, ale w naszej okolicy handel
idzie całkiem nieźle.
- Masz dwanaście lat. - Lillian opadła ciężko na krzesło. - Gdzie się
tego nauczyłeś?
- Od ciebie, mamo - odparł po chwili, uśmiechnięty od ucha do ucha. -
Nauczyłem się, podpatrując ciebie.
- Jak to?
- Ciężko pracujesz, ja to widzę. No i jestem twoim synem. Mam to we
krwi.
Wskazała mu krzesło. Usiadł. Długo patrzyła na niego bez słowa.
- Jeżeli zamierzasz prowadzić interes, będziesz potrzebował wizytówek -
powiedziała w końcu. - Z twoim nazwiskiem i numerem telefonu. Zamówię je
dla ciebie przez moją kancelarię, dostaniesz je za darmo.
Wstała i po chwili wróciła z arkuszem papieru maszynowego i długopisem w ręce. Narysowała na kartce duży prostokąt, w który wpisała dwie linijki
tekstu:
Apollo KagwaUżywane książki i czasopisma
Skreśliła drugą linijkę i napisała nową wersję:
Książki i czasopisma na każdą kieszeń
U dołu dodała domowy numer telefonu, po czym przytknęła długopis do
górnej części prostokąta, powyżej nazwiska.
- Firma musi mieć nazwę - stwierdziła, czekając na reakcję Apolla.
Wyjął długopis z jej dłoni i własnoręcznie dopisał:
Improbabilia
Rozdział 5
5
Apollo Kagwa mógłby pójść na studia, gdyby nie człowiek nazwiskiem
Carlton Lake. W ostatniej klasie szkoły średniej imienia Johna Bowne'a Apollo był - gdyby kierować się jego ocenami - idealnie przeciętnym
uczniem: same trójki i czwórki od góry do dołu. Niektórzy nauczyciele
byli zaskoczeni, bo miał opinię pilnego i systematycznego ucznia, ale
szkoła nie była jego prawdziwą pasją. Apollo Kagwa bez reszty poświęcał
się swojemu biznesowi.
Miał siedemnaście lat, Improbabilia rozwinęły się przez ten czas w imponujący koncern. Znali go w Queens, Bronksie i na Manhattanie.
Sprzedawcy rzadkich i używanych książek kojarzyli go, bo potrafił ni z tego, ni z owego zadzwonić do sklepu i się zapowiedzieć - ot, kolega po
fachu, który akurat jest w pobliżu i chętnie złożyłby im kurtuazyjną
wizytę. Ależ oczywiście, odpowiadali, zbici z tropu jego dobrymi
manierami, zwłaszcza że nie słynęli przecież z obycia i znajomości
etykiety. A potem melduje się u nich piętnastoletni dzieciak z plecakiem, pod którym muł by klęknął, i przedstawia się jako Apollo.
Okulary ma tak ogromne, że powinny mieć wycieraczki.
Wchodzi do sklepu i próbuje im sprzedać stare, zaczytane egzemplarze
czasopism w rodzaju "The Connoisseur" albo "Highlights". Połączenie
ducha przedsiębiorczości i bezgranicznej naiwności wystarczało, by
niektórzy ze starych księgarzy z miejsca zakochali się w piętnastolatku.
Za ich pośrednictwem odbierał wymarzone wykształcenie. Uczyli go
wyceniać książki, tłumaczyli, jak wyglądają wyprzedaże majątku po
zmarłych i gdzie najlepiej rozstawić stolik na wystawie antyków.
Nie wszyscy byli równie serdeczni. Kiedy próbował demonstrować i sprzedawać swoje książki, oskarżali go, że towar jest kradziony - może
gdzieś się włamał, rozbił witrynę i wyniósł z wystawy, co tylko się
dało? Wejścia do wielu antykwariatów, zwłaszcza tych lepszych i droższych na Manhattanie, strzegły zamknięte drzwi i umieszczony przy
nich dzwonek. Były to czasy Bernharda Goetza strzelającego do czarnych
chłopców w metrze. Wielu białych mu kibicowało i każdy dzieciak z nadmiarem melatoniny - nawet czarny chłopak w okularach, z plecakiem
pełnym książek - stawał się groźnym drapieżnikiem. Zdarzało mu się
czekać kwadrans przed wejściem do sklepu, podczas gdy sprzedawcy
udawali, że go nie widzą.
Na domiar złego zaczynał się zastanawiać, czy może naprawdę ma w sobie
coś, co przeraża ludzi; czy nie jest przypadkiem potworem, przez którego
ojciec wyprowadził się z domu. Takie obsesyjne myśli nachodziły go
najsilniej w takich chwilach jak ta, kiedy cały świat zdawał się
potwierdzać jego potworną naturę, i przy odrobinie nieostrożności
mogłyby go pochłonąć. Aby znieść te upokorzenia, te eksplozje
supernowych nienawiści do samego siebie, wymyślił sobie mantrę (a może
jej słowa same do niego spłynęły z jakiegoś starego wspomnienia), którą
- poddawany krytycznemu osądowi - mamrotał w kółko pod nosem:
- Jestem bóg Apollo. Jestem bóg Apollo. Jestem bóg Apollo.
Tak długo ją powtarzał, aż zaczynał się czuć naprawdę bosko.
Nie znaczyło to jednak, że księgarze wpuszczali go do swoich sklepów.
* * *
W roku 1995, pod koniec szkoły, został przyjęty do Queens College,
jednakże latem przed rozpoczęciem pierwszego roku akademickiego jeden z antykwariuszy, którzy stali się jego mentorami, dał mu prezent z okazji
ukończenia szkoły średniej: Confessions of a Literary Archaeologist
Carltona Lake'a.
Lake opisuje swoje życie kolekcjonera rzadkich i cennych książek,
rękopisów, partytur, a nawet listów z epoki napoleońskiej. Sam
kolekcjoner i jego zbiory z czasem stali się sławni, ale początek
książki jest poświęcony temu, jak Lake zapałał miłością do słowa
pisanego. Był zapalonym czytelnikiem i bywalcem antykwariatów, ale
wspomina, że gdy przyszła pora na prawdziwe kolekcjonowanie - i zakupy
książek droższych niż ćwierć czy pół dolara - "zawsze mógł liczyć na
pobłażliwość wyrozumiałej babki". Inaczej mówiąc: babcia wspierała go
finansowo. Dość szybko zaczął kolekcjonować dziewiętnastowiecznych
francuskich poetów: Baudelaire'a, Verlaine'a, Rimbauda, Mallarmégo i wkrótce doznał swoistego objawienia, "olśnienia", jak sam o tym pisał,
gdy na aukcji w Nowym Jorku dokonał pierwszego znaczącego zakupu: nabył
egzemplarz Les Fleurs du Mal - Kwiatów zła - Baudelaire'a z naniesionymi na marginesach własnoręcznymi poprawkami autora. Po tym
znalezisku stał się literackim archeologiem. Odkrył swoje powołanie.
Został bibliofilem.
Apollo Kagwa jeszcze nie skończył dobrze czytać tej dykteryjki, a już
wiedział, że jesienią nie rozpocznie studiów w Queens College. Nie miał
wprawdzie babki, która sponsorowałaby jego zakupy, ale czuł, że w duchu
jest bibliofilem - i zupełnie nie przeszkadzał mu w tym fakt, że na
razie nie odróżniał Baudelaire'a od Beatrix Potter. Skoro Carlton Lake
mógł się parać tym fachem, to czemu nie on? I tak oto syn dwojga
niezłomnych marzycieli sam stał się marzycielem.
Rozdział 6
6
"Wyprzedaż majątku" brzmi wytwornie, ale dla Apolla mogła oznaczać
wyprawę aż do New Rochelle, by tam w piwnicy kolonialnego
wiktoriańskiego dworku oglądać zebrane w worku na śmieci książki
zniszczone przez wodę. Chociaż zdarzyło mu się również w małym
miasteczku w Sugar Hill zastać na miejscu cztery regały pełne
zachowanych w idealnym stanie pierwszych wydań. Suspens i zaskoczenie
były dla niego nie mniej ważne od materialnych zysków.
Szybko odkrył swoje powołanie, ale na pierwsze wielkie znalezisko -
swojego Baudelaire'a - natknął się dopiero w wieku trzydziestu czterech
lat. Tymczasem, mając lat dziewiętnaście, wyprowadził się od Lillian i znalazł sobie kawalerkę w Jackson Heights; zgromadził w niej tyle
książek, że ledwie zmieścił się tam jeszcze jednoosobowy tapczan. W poszukiwaniu książek przemierzał kraj wzdłuż i wszerz. Czasami podnosił
wzrok znad frontyspisów i marginesów, żeby docenić krajobraz za oknem
albo pójść z dziewczyną na randkę, ale po krótkim okresie przyjemności
zawsze wracał do pracy.
Wielki dzień przyszedł wraz z wyprzedażą majątku w piwnicy pewnej
kamienicy w Bronksie: czterdzieści dwa pojemniki - od pudełek po
adidasach po starą pomarańczową skrzynkę po mleku podprowadzoną z supermarketu - wypełnione jednymi z najrzadszych książek na temat magii
i okultyzmu, jakie Apollo w życiu widział. Pan i pani D'Agostino,
kochające się starsze małżeństwo, zmarli w odstępie zaledwie paru
miesięcy, zostawiwszy po sobie księgozbiór, który przyprawiał o dreszcze
czworo ich dzieci i jedenaścioro wnucząt. W jednym z grymuarów Apollo
znalazł ich fotografię: wyglądali jak starsi państwo z filmu Odlot,
tyle że ci akurat Carl i Ellie Fredricksonowie gromadzili księgi
poświęcone czarnej magii. Bezpretensjonalne zdjęcie tak bardzo nie
pasowało do ich nieziemskiej kolekcji, że Apollo musiał się mocno
postarać, by nie wybuchnąć śmiechem w obecności ich krewnych.
Zaproponował mocno zaniżoną cenę, ale ponieważ był pierwszym kupcem,
który raczył się pofatygować do nich na południe Bronksu, przyjęli jego
ofertę. Po południu tego samego dnia wypożyczył furgonetkę i przewiózł
księgozbiór do siebie. Tydzień zajęło mu skatalogowanie książek i opatrzenie ich należytym opisem przed wystawieniem na sprzedaż.
Kartkując je, znajdował od czasu do czasu dopiski na marginesach
sporządzone dwoma różnymi charakterami pisma.
Kiedy przeglądał trzecie wydanie in folio niewinnej książeczki
zatytułowanej Podręcznik Łowcy Czarownic Krwawej Rady, ze środka
wypadła pocztówka adresowana do państwa D'Agostino. Wyglądała całkiem
zwyczajnie, co najwyżej zżółkła mniej, niżby się tego spodziewał po
dacie nadania - na stemplu widniał rok 1945. Podpis adresata był
wyraźny, jego nazwisko oczywiste: Aleister Crowley. Szybki rzut oka do
Internetu potwierdził, że Crowley był słynnym okultystą z początków XX
wieku, nazywanym czasem "największym nikczemnikiem w dziejach
ludzkości". Oskarżany o satanizm, zażywał okazjonalnie narkotyki i poszukiwał erotycznych przygód w czasach, gdy zakrawało to na skandal,
zamiast stanowić zwyczajny element profilu w serwisie randkowym. W roku
1981 Ozzy Osbourne napisał o Crowleyu piosenkę. Wyglądało na to, że
Domenico i Eliana D'Agostino otrzymali od niego kartkę pocztową.
Apollo przeczytał jej treść:
Niektórzy mężczyźni rodzą się sodomitami, inni dorastają do sodomii, a jeszcze innym zostaje ona narzucona.
Myślę o was obojgu.
Kto by pomyślał? Państwo D'Agostino okazali się parą dyplomowanych
świrów!
Już przed znalezieniem pocztówki zakup ten był najcenniejszą zdobyczą
Apolla. Teraz zaś, gdyby udało mu się potwierdzić autentyczność kartki,
jego znalezisko mogło stać się wprost legendarne. Carlton Lake miał
swoje wiersze Baudelaire'a z autorskimi poprawkami. Apollo Kagwa miał
zbereźną pocztówkę od Aleistera Crowleya. Przeczytał ją jeszcze raz i parsknął śmiechem. Podniósł ją, żeby podzielić się z kimś tym doskonałym
żartem... ale siedział sam w swoim salonie. Oto natrafił na znalezisko
życia i nie miał komu o nim powiedzieć. Ze zdumieniem stwierdził, że
ogarnęło go zupełnie nowe, zaskakujące uczucie.
Apollo Kagwa poczuł się kurewsko samotny.
Obrzucił zakupione książki jeszcze jednym spojrzeniem, zerknął na
pocztówkę. Wyglądało na to, że państwo D'Agostino lubili zaszaleć i że w swoją okultystyczną podróż wyruszyli razem. Dopiski na marginesach - dwa
różne charaktery pisma - sugerowały, że oboje, mąż i żona, studiowali te
same księgi i wymieniali się uwagami na ich temat, przez całe dekady
prowadząc taką konwersację. Nagle Apollo zrozumiał, że ten księgozbiór
jest czymś więcej, niż tylko znakomitym interesem: jest zapisem dwóch
splecionych żywotów.
O trzeciej nad ranem trzydziestoczteroletni Apollo Kagwa, siedzący w swoim dwupokojowym mieszkanku w otoczeniu małej biblioteczki
okultystycznej, zdał sobie sprawę, że jego zegar biologiczny tyka.
Rozdział 7
7
Wyprzedaże biblioteczne odwiedzał rzadziej niż wyprzedaże majątku po
zmarłych i antykwariaty, ale ponieważ i tak był już w Washington Heights
przy okazji (bezowocnej) wyprzedaży majątku, postanowił zajrzeć do filii
Nowojorskiej Biblioteki Publicznej w Fort Washington.
Na takie wyprzedaże trafiały zwykle pozycje, które biblioteka miała
nadzieję sprzedać, zamiast oddać na przemiał, przemieszane z książkami
podarowanymi przez lokalnych mieszkańców. Nie należało się po nich
spodziewać takich skarbów jak księgozbiór D'Agostino, ale można było
kupić za pięćdziesiąt centów książkę, którą później sprzedawało się za
pięć dolarów - a właśnie taki poziom zysków (lub strat) decydował o sukcesie (lub niepowodzeniu) niemal wszystkich drobnych biznesów. Nie
było to szczególnie romantyczne, ale rzeczywistość rzadko taka bywa.
Apollo zaglądał na wyprzedaże biblioteczne głównie w poszukiwaniu
kryminałów drukowanych dużą czcionką, żeby sprzedawać je emerytom,
którzy znaleźli jego stronę w sieci i prosili o wysyłkę towaru.
Przypominało mu to jego pierwszy model biznesowy: dostarczanie "People"
pani Ortiz z mieszkania C23.
Filia w Fort Washington miała trzy kondygnacje nadziemne, ale wyprzedaż
zorganizowano w piwnicy, w zakamarku przylegającym do czytelni. Jedna z bibliotekarek była zmuszona łączyć prowadzenie wyprzedaży ze swoimi
normalnymi obowiązkami. Kiedy Apollo zszedł do piwnicy, pomagała akurat
matce z dwójką dzieci, którzy buszowali wśród mocno sfatygowanych
książeczek z obrazkami. Młodsze z dzieci wzięło sobie za punkt honoru
ściągnięcie wszystkich książek z regału na ziemię. Matka niczego nie
zauważyła - albo udawała, że nie zauważa - bibliotekarce przybył więc
trzeci etat: praca ekipy sprzątającej. Nagle z czytelni dobiegło męskie
wołanie, które ze względu na panującą w bibliotece ciszę brzmiało, jakby
wołający używał megafonu:
- Halo! Halo, potrzebuję pomocy!
Bibliotekarka wróciła z zakątka wyprzedażowego do czytelni. Przy biurku
stał ogromny mężczyzna z wypchanym starym plecakiem na plecach i dwiema
pękającymi w szwach torbami na zakupy w rękach.
- To nie żarty! - wołał dalej. - Muszę do toalety!
Bibliotekarka obeszła jego samego i jego torby i stanęła po drugiej
stronie biurka: wąska w ramionach, krąglejsza w biodrach. Mężczyzna był
od niej dobre dwie stopy wyższy. Z daleka można by pomyśleć, że widzimy
pojedynek elfki z ogrem.
Inni ludzie w czytelni, głównie seniorzy, podnieśli głowy znad gazet i pisemek ilustrowanych, ale nie odważyli się zrobić nic więcej. Apollo
zbliżył się o dziesięć kroków, gotowy w każdej chwili przyjść z pomocą.
- Proszę mnie posłuchać - powiedziała bibliotekarka. - Słyszy mnie pan?
Uśmiechała się, ale zarówno jej poza, jak i ton głosu były nadzwyczaj
władcze.
- Mam chyba uszy, prawda? - Mężczyzna pochylił się nad biurkiem, jakby
zamierzał się na nią rzucić.
Bibliotekarka bynajmniej się nie cofnęła.
- Widzi pan, ja też mam uszy. Dlaczego więc pan krzyczy?
Mężczyzna zachwiał się na nogach, jakby torby nagle zaczęły mu ciążyć -
a może po prostu się zmieszał. Człowiek o takich gabarytach nie
przywykł, żeby na niego pokrzykiwano, zwłaszcza kiedy pokrzykuje kobieta
o wzroście pięciu stóp i jednego, może dwóch cali.
Bibliotekarka otworzyła szufladę biurka, w której spoczywała dwustopowej
długości drewniana linijka z przywiązanym na końcu kluczem.
- Dam panu klucz do łazienki - powiedziała - ale potrzebuję pańskiego
dokumentu tożsamości.
Ani na moment nie przestała się uśmiechać, ale w tej chwili już wszyscy,
włącznie ze stojącym nad nią olbrzymem, wiedzieli, że ta pani nie
żartuje. Była chuda jak żelazny łom - i równie twarda. Być może taka
drobna kobieta musiała wcześnie nauczyć się asertywności, bo w przeciwnym razie byłaby na każdym kroku lekceważona lub zakrzykiwana.
Tak czy inaczej, podziałało. Wszyscy w piwnicy patrzyli jak zauroczeni.
- Ale ja nie mam dowodu tożsamości - odpowiedział spotulniały już
olbrzym.
- Proszę zostawić tutaj wszystkie swoje bagaże. - Bibliotekarka
posłużyła się linijką jak wskaźnikiem. - Wiem, że pan po nie wróci.
Zamiast odstawić torby, mężczyzna tylko przycisnął je do piersi niczym
dwie przerośnięte damskie torebki.
- Tu są tajemnice - powiedział.
Bibliotekarka skinęła głową, ponownie otworzyła szufladę, wrzuciła
linijkę do środka, zamknęła szufladę, skrzyżowała ramiona na piersi,
zadarła głowę i spojrzała mu w oczy.
Apollo zdążył doliczyć do dziesięciu, zanim mężczyzna jak
zahipnotyzowany odstawił torby.
- Plecak też? - zapytał.
- Wszystkie bagaże - potwierdziła bibliotekarka.
Gdyby w tym momencie skinęła na Apolla, on też oddałby jej swoją siatkę.
Ogromny mężczyzna dołożył plecak do dwóch pozostałych pakunków, a wtedy
bibliotekarka wręczyła mu wyjęty z szuflady klucz.
- Dziękuję - powiedział półgłosem.
- Nie ma za co. - Tym razem jej uśmiech był nadzwyczaj serdeczny.
Cała czytelnia zamarła w milczeniu, słuchając, jak klucz zgrzyta w zamku
i skrzypią otwierane drzwi łazienki. Kiedy zamknęły się z trzaskiem,
wszyscy wzdrygnęli się równocześnie, jak wybudzeni ze snu - wszyscy poza
bibliotekarką, która zdążyła tymczasem wyjść zza biurka, wyminąć Apolla
i wrócić do matki z dwojgiem dzieci. Kupili cztery książki za dolara.
Bibliotekarka odwróciła się wtedy do Apolla, który stał przed nią
oniemiały.
- Czym mogę służyć?
Wskazał stojące przy biurku torby.
- Zamierzałem pani pomóc z tym facetem.
Zerknęła na bagaże na podłodze, po czym znów spojrzała na niego
pytająco.
- Ale sama pani załatwiła sprawę - dodał.
- Taka praca.
Zaprosił ją na kolację, ale grzecznie odmówiła, wbijając na kasę trzy
wybrane przez niego książki. Wyprzedaże w piwnicznym kącie odbywały się
w każdy piątek, więc wrócił w następnym tygodniu, a potem w kolejnym. W końcu powiedziała mu, jak się nazywa: Emma Valentine.
Pięć miesięcy po tym, jak się poznali, zgodziła się wreszcie pójść z nim
na randkę.