3
Kim Cordell leży zwinięta pod dwoma grubymi pledami na kanapie na piętrze, z głową opartą na dwóch poduszkach. Za oknem kłębiaste chmury w teatralny sposób zawisły nad miastem, okrywając niebo niczym złowróżbny ciemnoszary koc.
"Adekwatnie do sytuacji - myśli. - Życie w December to jedna wielka drama".
Faduma przysunęła do kanapy brązowy drewniany stolik i położyła na nim to, czego Kim może potrzebować. Laptop, karafkę wody z cytryną, kanapki, opakowanie czekoladek, paczkę gum SB12 i telefon. W kominku jest rozpalone, a Faduma krząta się w kuchni. Wszystko po to, by Kim nie musiała wstawać. By zregenerowała ciało i odzyskała spokój duszy.
"Ten pieprzony Frank... Na szczęście udało nam się go powstrzymać".
Kiedy się przeciąga, czuje kłucie w plecach i żebrach. Nie trzeba aż tak koło niej skakać, naprawdę. Może... wystarczyłoby, gdyby tylko trochę ktoś się nią zaopiekował.
Prawie całe ciało ma zmęczone i obolałe. Młody policjant Frank, który okazał się Seryjniakiem z December i przetrzymywał ją jako zakładniczkę w wieży obserwacyjnej w lesie, nie tylko uderzył ją mocno w potylicę, tak że straciła przytomność, ale także okładał ją po całym ciele. A na koniec skoczył jej z całej siły na plecy. Kiedy Kim przebierała się z podartych ubrań w miękki szlafrok, Faduma zauważyła między jej łopatkami siniak po bucie.
W tym miejscu boli ją najbardziej i prawdopodobnie ma złamane żebro. Zna ten ból. Podobny czuła, gdy w wieku dwudziestu kilku lat przewróciła się na łyżwach.
Dobrze wie, że lekarze nic z tym nie robią, tylko zalecają odpoczynek. Poza tym ma na ciele głównie siniaki i małe rany, które nie wymagają szwów. Kiedy najgorsze z nich Faduma przemywała spirytusem, Kim klęła w głos, bo tak ją piekło. Na czole nad jednym okiem ma opatrunek. Skóra na lewym policzku ciemnieje coraz bardziej i boli, gdy się dotyka to miejsce. Na szczęście ma wszystkie zęby. Natomiast nie udało jej się uniknąć rozciętej wargi.
Ale fizyczny dyskomfort jest przyćmiony czymś innym. Tym, co jeszcze wydarzyło się w wieży strażackiej.
"Kiedy to John mnie pocałował".
A może to ona pocałowała jego?
"Oboje tego chcieliśmy".
Tak właśnie było. Nawet jeśli to ona przyciągnęła go do siebie, John odwzajemnił pocałunek. Kim czuje mrowienie w brzuchu, ilekroć o tym pomyśli. Przyjemne uczucie, podobne do orgazmu, rozchodzi się od ud przez brzuch aż do klatki piersiowej, powodując przyspieszone bicie serca.
Potem widać było po Johnie zmieszanie i zawstydzenie, ale też...
"Wyglądał, jakby pragnął tego tak samo jak ja".
Czy to możliwe? Czy to możliwe, że zapomniał o Sarze i rozważa bycie z Kim? Że istnieje przyszłość, w której są... Kim i John?
"Przestań, uspokój się" - myśli i podnosi się trochę na kanapie, krzywiąc się z bólu. Jednocześnie uśmiecha się do siebie.
"Jak jakaś tępa nastolatka".
Rozlega się pukanie do drzwi na dole i Faduma krzyczy z kuchni, że Kim ma nie wstawać.
- Otworzę, nie ruszaj się!
"A jeśli to on?"
Kim przeczesuje włosy palcami. Jakby to miało jakkolwiek pomóc i zbitka ran, opuchnięć i siniaków, w którą się zamieniła, zyska na atrakcyjności.
Słyszy niewyraźnie, że Faduma z kimś rozmawia. Odpowiada jej niski męski głos i wtedy motyle w brzuchu Kim wykonują szybki taniec radości. Zwłaszcza gdy drzwi się zamykają, a na schodach rozlegają się kroki.
"John".
W całym ciele czuje ogromne pobudzenie. Jakby ktoś wsadził ją do saturatora i nasycił jej krew gazem. Nie myśląc o bólu, siada wyprostowana na kanapie i poprawia włosy, na ile się da.
Wtedy w drzwiach staje on i... okazuje się, że to zupełnie kto inny.
Motyle w brzuchu pikują w stronę podłogi niczym papierowy samolot zrobiony przez nawaloną małpę.
- Tom? - wydusza z siebie Kim i zapada się w kanapę. Ból ciała natychmiast powraca.
Tom O'Connor stoi w drzwiach z czapką w ręku, rozglądając się po pokoju.
- Przytulnie tu masz - mówi szorstkim głosem górskiego trolla. Głębokim głosem z wyczuwalną ironią. Nogi ma szeroko rozstawione. A jednak wydaje się... lekko skrępowany? Może nawet trochę spięty?
- Co ty tu robisz? - pyta Kim mało przyjaźnie.
Tom wzrusza ramionami.
- Chciałem sprawdzić... co u ciebie. Nieźle tam w górach oberwałaś i... - Widać, że wiele go to kosztuje, drapie się po karku i dalej stoi w progu. Kim nie zaprasza go dalej.
- Serio? Chyba gówno cię to obchodzi - mówi.
Toma spojrzenie z początku mrocznieje. Widać po nim, że nie nawykł do takiego traktowania. Kim momentalnie zaczyna się bać. Ale niespodziewanie Tom robi krok do przodu, a raczej wpada do pokoju, próbując utrzymać równowagę i nie upaść na twarz. Odwraca się i widzi stojącą za sobą Fadumę. To ona pchnęła go tak mocno od tyłu, że prawie się przewrócił.
Dziewczyna zostaje w progu.
- Stary, weź się ogarnij, kurwa. To twoja córka. Wejdź do środka i usiądź, wszyscy już wiemy, że ci na niej zależy. I tylko dlatego jeszcze ci nie przywaliłam moim kastetem. Więc siadaj, kurwa. Zrobię kawę. Ale ty dostaniesz czarną, nie ma mowy, żebym usługiwała jakiemuś pseudonaziolowi, kapujesz?
Tom wygląda, jakby jednocześnie chciał urwać jej głowę i podziękować, ale tylko przytakuje i robi parę kroków w stronę kanapy, choć na niej nie siada.
- To... to nieprawda, że gówno mnie to obchodzi - zwraca się do córki, gdy Faduma znika w kuchni. - Nie wiem do końca, co tak naprawdę czuję. Ale wtedy, na wieży, dotarło do mnie, że... że mnie obchodzisz, bez względu na to, jak bardzo bym chciał, żeby było odwrotnie.
- Dziękuję, pięknie to ująłeś. - Kim przewraca oczami. Mimo to mruczy pod nosem: - Ale ja w pewnym sensie chyba też się cieszę, że... że ten wariat cię nie dopadł.
Twarz Toma łagodnieje i już ma zamiar podejść bliżej, gdy dzwoni komórka Kim. Na ekranie pojawia się imię Mony, a oboje robią lekko zniesmaczone miny. Patrzą na siebie i się uśmiechają, ale od razu ich to złości. Wszystko wydaje się tak cholernie dziwne. Kim odbiera połączenie:
- Mona - mówi. - Po co...
- Mona jest na zwolnieniu lekarskim, to ja, Jimmy. Kim, przepraszam, ale przejdę od razu do rzeczy - przerywa. - Musisz tu przyjechać. Albo nie, nie wiem, ale to ty masz do tego najlepsze kompetencje. I najlepsze relacje z Johnem.
Na brzmienie tego imienia, wypowiedzianego z naciskiem, wnętrze Kim zamarza, jakby jej serce zamieniło się w dmuchawę do śniegu.
- John? - dopytuje, a Tom z zainteresowaniem prostuje plecy. - Co z nim?
- Próbowałem go zatrzymać - kontynuuje policjant - ale po prostu uciekł. Znasz go. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek z nas miał szansę do niego dotrzeć. Przynajmniej nie teraz, kiedy trafił na trop żony i syna i...
Teraz z kolei Kim mu przerywa:
- Jimmy, spokojnie. Nie rozumiem, co mówisz. Weź trzy głębokie wdechy. No już. A teraz mi powiedz: gdzie jest John?
Jimmy posłusznie trzykrotnie głęboko wciąga powietrze, ale w małych odstępach. W tle słychać wzburzone głosy innych policjantów. "To nie wróży nic dobrego" - myśli Kim, a jej ciało sztywnieje od środka jeszcze bardziej.
- Pojechał - mówi w końcu Jimmy spokojniejszym tonem - do domu Renégo.
- Renégo Hoffmanna? Lekarza sądowego? Dlaczego?
Jimmy wyjaśnia, że włos znaleziony na bluzie Mattiasa należy do zwierzęcia. A konkretnie do lamy. Kim od tych informacji dudni w głowie.
"To niemożliwe" - myśli.
- Ale dlaczego miałby... - zaczyna.
- Nie wiemy - przerywa jej policjant. - John jednak z morderczym spojrzeniem wybiegł bez słowa, więc musisz nam pomóc. Nie wiemy, co oznacza włos lamy. Ale najwyraźniej on wie i przeraził mnie swoją reakcją. Nikt nie da rady go powstrzymać. Może z wyjątkiem... ciebie.
- Mój Boże. - Kim zasłania ręką telefon i zwraca się do Toma: - Muszę pomóc Johnowi, zanim zrobi coś naprawdę głupiego.
- Podwiozę cię - deklaruje ten bez wahania. - Opowiesz mi po drodze. Dasz radę wstać sama czy ci pomóc?
Kim się rozłącza i wstaje, opierając się o Toma, który po raz pierwszy zachowuje się jak ktoś, kto ją lubi i troszczy się o nią, jak... jak ojciec.
Nie ma jednak czasu na analizowanie i wczuwanie się w tę sytuację. Musi się ubrać. Faduma wchodzi, niosąc tacę z dwiema filiżankami kawy, i zatrzymuje się w drzwiach, widząc Toma pomagającego obolałej Kim zejść z kanapy.
- Co ty, do cholery...?
Kim ucisza ją gniewnym spojrzeniem.
- Nie mamy teraz na to czasu, Fadumo. Wszystko ci opowiem. Przyniesiesz mi jakieś ubrania, proszę? Wychodzę, muszę...
No właśnie. Co ona musi zrobić? Uratować Johna? Uratować Renégo Hoffmanna? Pomóc uratować Mattiasa i... i Sarę? Nie ma, kurwa, pojęcia. Ale to, czego dowiedziała się od Jimmy'ego, wystarczy, by wiedziała, że trzeba działać szybko.
"Żeby nie wydarzyło się coś naprawdę złego".