1
Lekarz nie każe mi usiąść. Sam wstaje, szuka czegoś na półce z papierami. Niczego nie szuka, nawet nie patrzy na tytuły teczek. Obchodzi mnie dokoła, udając szukanie, i zerka, z lewej, z prawej, z tyłu. To pan jest synem inżyniera Ptaka, wyobrażałem sobie, że pan jest starszy, no tak, gdzie ja położyłem... Denerwuje mnie. Za czterdzieści siedem minut mam być u Szefa, jeszcze chcę pogadać z ojcem, paczka mi ciąży. Elżbieta upiekła cielęcinę dla teścia. Czy wolno mu jeść pieczoną cielęcinę? Nie ma przeciwwskazań, mówi lekarz, w zasadzie może jeść wszystko, ale wątpię, stracił apetyt. Nic dziwnego. W szpitalu każdy traci apetyt, zwłaszcza człowiek przyzwyczajony do ruchu, kiedy go przykuwają do łóżka.
- Ustalono już źródło infekcji?
Przez dłuższy czas nie przyznawał mi się, że gorączkuje. W krótkich rozmowach telefonicznych informował sucho, że wszystko w porządku, niczego mu nie trzeba, był w Konstancinie u Waldemara, na spacerze w Łazienkach spotkał się z pułkownikiem Ostrowskim. Łazienki - trakt spacerowy zasłużonych emerytów. Łazienki i Powązki. Ci, do których nie można się było przedrzeć, chronieni kordonem oficerów dyżurnych i sekretarek, kontrolujący swój czas na sekundnikach, przechadzają się teraz po parku łazienkowskim, grzeją w słońcu chore kości i rozmawiają o wątrobach, nerkach, pogrzebach. Lekturę gazet zaczynają od nekrologów. Wspominają Wacława, Zygmunta, którzy już odeszli, i swoich sekretarzy, instruktorów, referentów, żyjących dziś z sekundnikami za takim samym kordonem.
O tym więc, że gorączkuje od miesiąca, dowiedziałem się godzinę przed wyjazdem na naradę do Budapesztu, a także o tym, że doktor Smirnoff nie potrafi zlokalizować infekcji i doradza obserwację szpitalną, na co on, rzecz jasna, ani myśli się zgodzić. Tym razem ja zabawiłem się w despotę: warknąłem do słuchawki, że musi, inaczej wpakuje się w kłopoty, które i mnie w końcu będą absorbować, a ja nie mam na to absolutnie czasu. Uległ dziwnie łatwo. Zleciłem sekretarce załatwienie miejsca w szpitalu i wyjechałem na naradę, z której właśnie powróciłem, i już jestem tutaj, w pokoiku lekarza prowadzącego, który podgląda mnie badawczo, udając szukanie.
- W zasadzie tak - słyszę. - Proszę usiąść.
Nie siadam. Mam już tylko czterdzieści cztery minuty, z czego dziesięć na dojazd. Irytuje mnie rozlazłość lekarza, jego krzątanina po pokoju cuchnącym kamforą i salicylem.
- Słucham, doktorze. Mam niewiele czasu.
Rozumie, kiwa głową. Jeszcze ślimaczy się, patrzy w okno, potem z szarej tekturowej teczki, leżącej na biurku, wyjmuje fotografię i pokazuje mi. Zdjęcie jest czarne, z siatką małych i dużych jaśnych plam: niebo nocne z gwiazdami. Ledwo rzucam na nie okiem.
- Pański ojciec jest ciężko chory.
- Tak?
Nagła suchość w ustach. Język przykleja się do podniebienia, nie można go oderwać.
- Limfosarkoma, nowotwór węzłów chłonnych. Nacieki w wątrobie. Zabieg chirurgiczny nie wchodzi już w grę.
Jestem spokojny. W trudnych chwilach twarz zamienia mi się w maskę, muskuły nieruchomieją, oczy tracą wyraz. Mówiono mi, że wyglądam wtedy sennie, jakbym w ogóle nie interesował się sprawą lub wiedział o niej wcześniej i więcej niż mój przeciwnik.
- Tak?
- Możemy leczyć tylko objawowo, uśmierzać cierpienie. Zejście nastąpi nie dalej...
Przerywam mu:
- Co to za zdjęcie?
- Izotopowy obraz wątroby. Praktycznie już jej nie ma, rozumie pan.
- Tak.
- Jedyne, o co należy zadbać w tej sytuacji, to komfort umierania. Wyobrażam sobie, co pan czuje, ale moim obowiązkiem...
Znów mu przerywam:
- Czy chory wie?
Zawodowy posłaniec nieszczęścia. Czasami po kilkakroć dziennie komunikuje obcym ludziom, że wyobraża sobie, współczuje. Wyraz twarzy ma przy tym smutny, a co najmniej poważny. Potem wypija kawę, idzie na obchód, żartuje z pielęgniarkami, dzwoni do żony, pyta, czy naprawiono centralne, gra w brydża, spółkuje, czyta książkę do snu, najpewniej medyczną, zasypia, chrapie.
- Mówimy o ostrym zapaleniu trzustki. Chorzy jednak domyślają się, wyczuwają, choć z drugiej strony świadomość broni się. Trudno powiedzieć. Pański ojciec zmienił się przez te dziesięć dni. Proszę być na to przygotowanym.
- Może potrzebne są zagraniczne leki? Dostarczyłbym natychmiast.
Współczujące oczy lekarza. Ciekawe, jak ón to robi, niezłe aktorstwo. Każdy, zapewne, składa podobne oferty. Czepianie się słomek z przewidywanym z góry efektem, a jednak czepianie się, żądanie roli dla siebie, potrzeba szansy.
- Mamy tu wszystko, panie dyrektorze.
- Rozumiem. Dziękuję.
Należy podać mu rękę i wyjść, a ja nie mogę zdobyc się na jedno ani drugie. Stoję sztywno przy drzwiach i wyobrażam sobie, że czas się cofa, moje wejście tutaj, uśmiech lekarza; informacja, że wszystko już w porządku, stan zapalny woreczka żółciowego ustąpił, wskazana jednak będzie dieta, miód, twarożek, żadnych smażonych mięs, miesięczny wyjazd do sanatorium. Mój wróg: szeroka twarz z czerwoną siateczką pękniętych naczyń włoskowatych, małym zadartym noskiem i pulchnymi wargami smakosza. Włosy szare, rzadkie, spadające na czoło, obła sylwetka sangwinika, brzuch wyraźnie zarysowany pod białym fartuchem. Nieduży, barczysty. Sympatyczny. Podobny do Góralczyka w tym swoim profesjonalnym zafrasowaniu, z oczami, które biegają na niczym nie zatrzymując się dłużej, omijając starannie twarz rozmówcy. Nie dałbym grosza za jego współczującą życzliwość. Czekał zapewne na moją wizytę, ciekaw, jak zareaguje towarzysz Ptak na wiadomość, że jego ojciec umiera. Emil Ptak - znany przecież z chłodnego pragmatyzmu, kostyczny i oschły, o którym mówi się, że raz podjętej decyzji nie cofnąłby nawet przed plutonem egzekucyjnym.
Krzywdzę człowieka; jest lekarzem i tylko lekarzem, nie może czuć tego co ja, w dużym szpitalu umiera codziennie po kilku pacjentów: nie byłby w stanie spełniać swoich funkcji, gdyby ulegał emocjom. A jednak niełatwo mu ogłaszać wyrok. Wie, co czułem przed chwilą, i nie wyciąga do mnie ręki, kiwa tylko głową zza biurka. Mogę odejść.
Podchodzę, ściskam mu dłoń. Jest ciepła, sucha, odwzajemnia uścisk.
Ojciec leży na wznak pod prześcieradłem i jeszcze nie widzi mnie, a ja pokonuję w sobie pragnienie gwałtowne i nagłe, żeby się cofnąć. Uciec, odłożyć wizytę na jutro.
Policzki, pełne niegdyś i młodzieńczo rumiane, powlekają fałdy szarożółtej zwiędłej skóry. Szpary bezbarwnych oczu, siwa szczecinka na brodzie, sinawe wargi zaciśnięte mocno jak świeża blizna. Bania kroplówki na stojaku, odór moczu i lekarstw, igła wkłuta w bezbronne, chude i wiotkie przedramię spoczywające na jaśku. Szum wentylatora.
- Cześć, ojciec. Co ty wyprawiasz?
Głowa z aureolą siwych włosów pozlepianych w kosmyki od potu nie unosi się znad poduszki, wykonuje ciężki, wymuszony półobrót i zastyga we wgnieceniu. Nos, wyostrzony i kościsty jak krogulczy dziób, celuje we mnie spomiędzy mroku oczodołów.
- Nic... No to jesteś.
Ostatni raz pocałowaliśmy się na moim weselu, dwadzieścia pięć lat temu, obaj nieco zażenowani tą niezwykłą czułostkowością, więc krótko i pośpiesznie, muskając sobie wargami policzki. Miałem wtedy lekki żal do niego, że odmówił swojej służbowej wołgi na nasz przejazd weselny. Taksówkarz policzył jakąś szaloną sumę, stary chciał zapłapić, oczywiście nie pozwoliłem, choć z pieniędzmi było krucho. Kupił nam serwis obiadowy na dwanaście osób - kpina w klitce trzy na cztery, gdzie przy stoliku wciśniętym w kąt z trudem mieściło się dwoje. Mógł dopomóc w załatwieniu większego mieszkania, wystarczyłoby kilka telefonów. Elżbieta liczyła na to w skrytości; ja nie miałem złudzeń, znając ojca, ale nie przeszkodziłem jej, gdy napomknęła przy weselnym stole w restauracji "Rycerska", że wolałaby w domu urządzić przyjęcie, niestety, ciasnota straszna. Jak było do przewidzenia, ojciec w pierwszej chwili w ogóle nie zareagował. Potem zaś, w tańcu z synową, zauważył mimochodem, że jesteśmy szczęściarzami mając własny kąt, bo zna on kilka młodych małżeństw, które mieszkają osobno, lata całe czekając na przydział. Przydziela się przecież w pierwszym rządzie ludziom z suteren i strychów, inaczej nie można na razie, jeżeli ma być w Polsce sprawiedliwość. Na co Elżbieta - wedle jej własnej relacji - odpowiedziała sarkastycznie, że sprawiedliwość jest szlachetną ideą, której łatwo hołdować, mając trzypokojowe mieszkanie, służbową wołgę z kierowcą i pobory, których starczyłoby dla paru rodzin. To, rzecz jasna, ojcu się należy i jest sprawiedliwe, zważywszy na zasługi i stanowisko, jakie zajmuje. Natomiast pozory świętości doprowadzają ją do pasji. Zna bowiem ludzi na stanowiskach, bardzo wielu zna takich, którzy o bliskich dbając nie mają poczucia rozmijania się ze sprawiedliwością. I taka jest reguła. A on, ojciec, stanowi wyjątek śmieszny, jeśli nie szkodliwy, bo dyskredytuje swoją postawą tych wszystkich, którzy są ludzcy. Człowieczeństwo i sprawiedliwość jeszcze nie idą w parze na tym zabawnym święcie, powiedziała mu, inaczej ojciec nie jadałby na śniadanie jajecznicy, mając w pamięci głodujące dzieci afrykańskie. Nie polubił Elżbiety. Uważał, że Ptakowie powinni żenić się z kobietami, u których dominują uczucia i skłonności do idealizmu, czego praktyczna Elżbieta miała być zaprzeczeniem.
Siadam przy nim na taborecie i unikając wzrokiem twarzy, odmienionej w worek, opowiadam coś o podróży, spotkaniach budapeszteńskich. Rozwijam pakunek z cielęciną, już pokrojoną w plastry, proponuję, by przegryzł. Lekarz pozwala, trzeba szybko odzyskać kondycję, za tydzień, dwa opuści przecież szpital. Gadam jak nakręcony, żartuję, szczerzę zęby, zamykając w sobie przerażenie na widok trupa, który jeszcze żyje i nie wie, że jest trupem. Odmawia jedzenia ruchem oczu. Nalegam.
- Nie mogę jeść.
- Zmuś się. Chyba nie chcesz tu leżeć miesiącami.
- To pójdzie szybko.
Ogarnia mnie wściekłość bezsilna na głupotę natury, która tworzy dzieło doskonałe i sama je niszczy w bezmyślny sposób, pozwalając komórkom dzielić się dziko i absurdalnie; wściekłość na niepojęte, bo oto leży przede mną mój ojciec, którego nigdy nie lubiłem, ponieważ zaprogramowano nas na tę samą modłę i odkrywałem w sobie zalążki cech, jakie w nim były już uformowane, przerysowane nawet, identyczne i zarazem odmienne, ze względu na różnicę czasów naszej dojrzałości. Nie lubiłem go więc, równocześnie wielbiąc i tracąc z oczu proces odwracania ról. Leży oto przede mną, zżerany przez nieuleczalne, a ja nie mogę temu zapobiec, niczego powstrzymać ani nawet zrozumieć, dlaczego, jakim prawem. Nie mogę także powiedzieć mu prawdy, potwierdzić przeczucia. Kieruję więc swój gniew przeciwko niemu, albowiem to jest najprostsze:
- Nie histeryzuj! Przywykłeś być zdrowy i teraz mażesz się jak baba! Musisz jeść. Za dwa tygodnie biorę urlop i jedziemy we dwójkę nad Balaton. Załatwiłem wszystko.
Patrzy na mnie załzawionymi oczami koloru mętnej wody i nic nie odpowiada, jakby był świadom wciąż trwającej swojej przewagi nade mną, wyższości tego, który wie, lecz nie chce sprawić bólu. Stara gwardia potrafi umierać z godnością. A ja uświadamiam sobie, że ten wspólny wyjazd - nad Balaton, w Tatry, na Krym, do Paryża - przyrzekałem mu wielokrotnie dawniej i udawaliśmy obaj, że wierzymy, pojedziemy, będzie wreszcie dużo czasu dla siebie, okazja, aby się poznać na nowo, wypocząć w rozluźnieniu, pogadać o najważniejszym i niczym. Czy aby naprawdę okazywało się to niemożliwością? Kłamstwo, powiadam sobie, nigdy nie chciałeś jechać z nim na urlop, może za pierwszym razem, kiedy faktycznie ci nie pozwolono, później zaś ta obietnica zaczęła ci ciążyć, obrastać w zahamowania, obiekcje, jak każde nie dotrzymane słowo. Człowiek starej daty, z innej epoki, będą wyrzuty i zarzuty, pretensje o konformizm i gorzkie konfrontacje, odejście od czegoś tam, niewierność czemuś, zwykłe starcze nudziarstwo, którego nie przetniesz żegnając się, pod pretekstem pilnych spraw. Będziesz skazany na niego przez bite dwa tygodnie... Taka jest prawda, powiadam sobie. A teraz rozpaczliwie żałujesz. Piła już zgrzyta, wżera się w żywe drewno. Nie będzie drzewa, które dało ci życie i kształt. Ptak z Ptaka: jednakowe krogulcze nosy, włosy konopne (jego jaśniejsze o srebrzysty pastel), smukłość budowy i skłonności do fantazjowania, które tłumisz w sobie, bo podkreślają odrębność. Rozumiesz szkodliwość inności, owej niezależnej dumy, zwłaszcza niebezpiecznej odkąd piastować zacząłeś odpowiedzialne stanowiska. Jak on to godził? Albowiem dumny był zawsze, pomimo kłopotów, jakich mu przysparzała niepokorność. Bywał degradowany (niepokój matki, nocne płakanie, szeptane kłótnie, abym nie słyszał), ale powracał do łask: miał szczęście do przełożonych, którzy wiedzieli, że opłaca się włożyć trochę trudu i pójść na parę pozornych ustępstw, aby sterować uczciwie niepokornym. Nie miał pojęcia, że często służy za szyld. Dziś to rozumiem. Wtedy uważaliśmy z matką, że czystość i odwaga muszą być w końcu nagrodzone, tak jak oliwa wypływa na wierzch; czy rozumienie nie mąci obrazu? Prawa natury mogą być głębsze od ludzkiego umysłu, który każde zjawisko pragnie opatrzyć komentarzem na własną miarę. Na przykład cechy ojca: sposób siadania, lekki, jakby nie dotykał krzesła, gest poprawiania włosów, trzymanie szklanki opuszkami palców, nagłe zapatrzenia, bez względu na wagę rozmowy czy zajęcia, wyłączenie się całkowite i śledzenie przez chwilę klucza żurawi klinem tnącego błękit. To wszystko jest we mnie. Skąd? Pamiętam, jak z przekory próbowałem nauczyć się trzymania szklanki pełną dłonią, tak jak robią to inni, i udawało mi się, gdy o tym pamiętałem, ale nie przeszło w nawyk.
Siedzę na niewygodnym stołku przy łóżku ojca i pamiętam, że do wizyty u Szefa zostało mi dwadzieścia siedem minut, równo tyle, bo Szef nie toleruje spóźnień. Sam także nie spóźnia się nigdy. Ceni czas. Wszyscy cenimy czas. Może dlatego, że najbardziej wierzymy samym sobie, a praktyczną tego wykładnią jest ciągły niedostatek godzin. Szef przetrzymuje trzy sekretarki pracujące na zmianę, moje dwie narzekają na przeciążenie pracą, ale żadna nie chce odejść. Nie idą nawet na chorobowe, chyba że wypędzam z Sekretariatu do łóżka.
I raptem odkrywam, że chcę się spóźnić. Nie dlatego, by mi sprawiało przyjemność siedzenie w tej dusznej salce, ani z poczucia obowiązku wobec ojca, któremu najwyraźniej nie jestem potrzebny: drzemie z uchylonymi powiekami, pogrążony w galarecie szpitalnej ciszy.
- Śpisz? - pytam szeptem.
- Nie... Idź już.
- Zjadłbyś coś. Pomyśl. Na co miałbyś ochotę?
Nie odpowiada. Wydaje mi się, że znowu zapadł w narkotyczny półsen, ale jakiś proces musi toczyć się w mózgu, bo nagle unosi powieki nieco wyżej i patrzy na mnie z ukosa, pytająco:
- Makaroniki?... Orzechowe ciasteczka...
W rozbłysku przypominam sobie maleńkie kruche ciasteczka z mączką orzechową, które matka piekła na przyjście gości. Wolno mi było dojadać to, co zostawało po ich odejściu. Czasami zjadali wszystkie do herbaty. Były bardzo smaczne, pachniały lasem.
- Postaram się. Za dwa tygodnie jedziemy nad Balaton, pamiętaj. Trzymaj się, staruszku.
Tylko dziewięć minut do spotkania z Szefem, na pewno się spóźnię. Ta myśl, radośnie i gniewnie przekorna, opuszcza mnie, gdy wsiadam do samochodu. Każę kierowcy dusić gaz do dechy.
Szef jest w dobrym nastroju, poleca przynieść dwie herbaty i nikogo nie łączyć. Wychodzi zza biurka przywalonego mozaiką papierów i sadza mnie w klubowcu za mahoniowym stolikiem, sam siada naprzeciw, ssąc fajkę; nalewa do dwóch platynowanych kieliszków po odrobinie koniaku, swój kieliszek grzeje ciepłem dłoni. Referuję mu krótko sprawy komitetu, mam je w punktach na kartce, najważniejsze zostawiam na koniec. Mniej doświadczeni zaczynają od najtrudniejszych spraw i przez to grzebią prostsze, bo mechanizm psychologiczny raz uruchomiony trzyma się już kierunku, kontrując z każdej pozycji, jeżeli wzbudzono w nim podejrzliwość i niechęć. Przedostatnim punktem jest budżet: jeżeli kampania ma się udać, potrzebujemy nowego podejścia, oryginalnego spojrzenia na problem. Etatowi średniacy, już z rutyną we krwi, nie potrafią spojrzeć oryginalnie, sięgnąć do argumentacji niewyświechtanej, a taka tylko może przemówić do ludzi.
- Co to ma wspólnego z budżetem? - pyta Szef, doskonale udając zdziwienie, choć wiem, że w lot pojął, do czego zmierzam. - Argumentacja jest waszą sprawą, mnie obchodzą wyniki.
- Musimy zaangażować najwybitniejszych i stworzyć im warunki. Ponadto papier, poligrafia, sprawny kolportaż. Podróże w teren autorów dla bezpośredniej konfrontacji z ludźmi.
- Kogo chciałbyś zaangażować?
Wymieniam kilku głośnych publicystów.
- Przekonać potrafię, ale muszę kupić ich czas.
- Czas czy ich samych? - w oczach Szefa przebłyskuje uśmiech.
Puszczam to mimo uszu, tak jak należy.
- Każdy z nich coś robi - argumentuję. - Rozjeżdżają się po świecie, piszą książki, mają umowy, zobowiązania. Potrzebuję środków, aby ich od tego uwolnić na czas kampanii.
- Nie mamy dodatkowych środków. Musisz się zmieścić w tym, co posiadasz. - Szef dolewa mi koniaku, swojego nie pije, delektuje się tylko aromatem. - Nie będziemy angażowali wybitnych publicystów, nawet i gdyby były środki. Zaskakujesz mnie, Ptak. Przypuszczałem, że to rozumiesz: naprawdę wybitni nie będą pracowali dla nas, oni pracują dla siebie, na własne nazwisko. Potrzebujemy średnich, oddanych. Takich, którzy zrobią wszystko, aby nasze tezy oprawić w przekonywającą retorykę.
- Nie wątpię, Szefie, że będą się starać. Ale nie powiedzą niczego więcej ponad to, co już mówili wielekroć. Jeśli zależy nam na kampanii...
- Ich właśnie potrzebujemy - przerywa mi, spoglądając na stołowego "Quartza", którego Czerwony wielki sekundnik odmierza uciekający czas. - Ludzie przywykli do formułek, nowe wprowadzają zamęt. Argumenty należy powtarzać, aby zapadły w podświadomość i niepostrzeżenie stały się własnymi. Twoi średniacy są do tego najlepsi. Wybitnym zostawmy reportaże z Iranu i Chile. Coś jeszcze?
Mogłem przewidzieć, że się nie zgodzi. Przez lata pracy w komitecie miałem okazję nieraz przekonać się o słuszności poglądu Szefa, że konstruktorami opinii są nie gwiazdy, lecz szeregowcy, tak jak bitwy wygrywa wojsko, wszawiejąc w okopach i przez ogień mozolnie pełznąc do przodu, generałom zaś przypina się ordery za efektowne operacje i zwycięstwa, jeśli tylko sprosta im żołnierz, czego nigdy tak naprawdę nie sposób wiedzieć z góry. Inaczej w ogóle nie byłoby bitew. Mechanizm działania banału jest irracjonalny: to, że w pierwszej chwili ludzie go odrzucają, nie budzi zdziwienia - tłumaczy się naturalną ludzką przekorą, konfrontacją z jednostkowymi faktami, które świadczą przeciw. Powtarzanie banału, i to bez żadnych uzupełnień, rozpoczyna proces tajemniczy, nie dający się ująć w kanony logiki, albowiem, jak można przypuszczać, przebiega on w sferze uczuciowej. Kraj, który dotąd darzono sympatią, zaczyna budzić wstydliwie skrywaną niechęć, potem wzgardliwą antypatię, wreszcie wrogość jawną, popartą faktami z innego portfela, które powtarza się jako własne, wymazując z pamięci każdy fakt o wymowie odwrotnej. Tak funkcjonuje reklama na Zachodzie - dotąd na grypę najlepszy był contac, potem pojawił się dristan: serie migawek na ekranie telewizyjnym i błyski: "Dristan!" - "Tylko dristan" - "Dristan doskonały" - "Brałeś już dristan?" Bez motywacji, argumentów. Motywacje i argumenty robią wodę z mózgu, wywołu ją kontrargumenty, zmuszają do porównań, myślenia. Ludzi to męczy. Wybór między niedoskonałościami, złem czy dobrem o różnych odcieniach, zostawić należy tym, którzy podejmują decyzję. Konsumentom prezentuje się dobro i zło: "Dristan jest skuteczniejszy od contaku".
To uczciwe. Gdyby wyłożyć klienteli wszystkie zalety i wady obu leków, wszelkie znane i jeszcze nie poznane działania uboczne, każdy wariant reakcji organizmu, funkcjonowanie poszczególnych składników, ich współzależności, uwarunkowania, skutki - nikt by nie wiedział, które lekarstwo zażyć na przeziębienie. Od tego są fachowcy. Odbiorcom serwować trzeba efekt w postaci arbitralnych haseł. I powtarzać je, powtarzać bez końca, aż zapadną w mózg i zaczną żyć samoistnie, jako własne prawdy.
Gdybym nawet zdobył się na polemikę z Szefem, nie dowiódłbym mu błędu w tym przewodzie myślowym, którego słuszność potwierdza zresztą wieloletnia praktyka naszego resortu. Prośba o zwiększenie budżetu miała w podtekście cel zupełnie inny: odwieść od cięć, które mają jakoby nastąpić wkrótce we wszystkich usługowych resortach.
- Góralczyk, Szefie.
- Znowu? - Szef śmieje się, mruga do mnie, wącha swój koniak. - A on nie może się ciebie nachwalić. Co jest właściwie między wami?
- Wkracza w moje kompetencje, dysponuje finansami. Chciałbym uprzedzić, że nie biorę za to odpowiedzialności.
- Niemożliwe, Ptak. Finanse należą do ciebie.
- Tak. Ale Góralczyk podejmuje zobowiązania wobec ludzi i przysyła ich do mnie. Staram się być lojalny, jednakże te i inne jego posunięcia tworzą sytuacje, z których trudno wybrnąć.
- Postulat?
- Podział budżetu. Niech Góralczyk sam gospodaruje.
Szef przygląda mi się z zaciekawieniem. Jego małe szarozielone, skośnie wycięte oczy zwężają się jeszcze bardziej. Krzaczaste brwi poprzetykane siwizną wyginają się w łuk.
- Chcesz oddać władzę?
Testuje mnie przenikliwym spojrzeniem; wiem, że wymaga, aby mu patrzeć w oczy, i nie odwracam wzroku, uśmiecham się lekko:
- Idzie jedynie o dobro sprawy, Szefie. Góralczyk podlega mi finansowo, jest natomiast niezależny merytorycznie. Tkwi w tym sprzeczność.
- Nie widzę sprzeczności. Władzę ma ten, kto dysponuje środkami.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.