Jakiś miesiąc wcześniej
Odmawiam myślenia o ostatnim razie, gdy obudziłam się w ramionach Lukasa. W jego łóżku. Przy jego radiu z budzikiem, który wyciągnął mnie ze snu wiadomością, że siedemdziesiąt pięć tysięcy osób z branży naftowej straciło nagle pracę, a rząd zaostrzył kryteria przyznawania zasiłku dla bezrobotnych.
Lukas nadal spał. Odprawiłam więc mój zwyczajowy poranny rytuał: skontrolowałam stan konta (23 409 koron), przescrollowałam wiadomości i sprawdziłam maila.
Miałam w skrzynce wiadomość od mojego redaktora. Tego samego, któremu w ostatnich latach przesyłałam co tydzień moje wypociny do działu "Kultura". Prosił mnie o wystawienie faktury (żałosne 4000 koron) za mój ostatni tekst - wywiad z zapijaczoną pisarką, która mówiła z fałszywym oksfordzkim akcentem i nalała mi kieliszek wódki, mówiąc, że nienawidzi trójkątów miłosnych. "Jedyną funkcją tego motywu literackiego jest dekonstrukcja - oświadczyła. - To jak bójka na noże. Człowiek zawsze rani sam siebie. Nawet kiedy wygrywa".
W krótkim postscriptum na samym dole maila mój redaktor przesłał mi taką oto informację, ot, drobnostkę:
"Powinienem ponadto wspomnieć, że mieliśmy wczoraj spotkanie w sprawie redukcji zatrudnienia i doszliśmy do wniosku, że w pierwszej kolejności tniemy budżet na freelancerów, a dopiero potem weźmiemy się ewentualnie za etatowców". Zaznaczył, żebym nie brała tego do siebie. Zrobiłam kilka wdechów i wydechów, po czym odpisałam: "OK, wyślę dziś fakturę". Pomyślałam sobie: Nożeż kurwa mać. I co teraz? Wcisnęłam kciuk w punkt między brwiami, pomasowałam go chwilę, odgryzłam sobie koniuszek paznokcia i zirytowałam się głosem spikera radiowego, który przeprowadzał wywiad z ekonomistą, specem od rynku mieszkaniowego. Miałam po dziurki w nosie rynku mieszkaniowego. Właściwie miałam też dość takiego leżenia - w tamtym miejscu, przy tamtym śpiącym człowieku - ale zapomniałam o tym, gdy tylko zaczął przejawiać oznaki życia. Ziewnął głośno, przeciągnął się, po czym odwrócił się do mnie i pocałował mnie w skroń, ja zaś oplotłam go nogami. Położyłam głowę na jego piersi i powoli zsunęłam z nas kołdrę. Strasznie mnie kręciło, że miał na brzuchu napis "Rebel" wytatuowany gotyckimi literami.
Podobało mi się, gdy udawał, że jest obrażony, i zaczął mnie bić na niby, kiedy zapytałam:
- Wydziarałeś się jeszcze jako urzędnik Ministerstwa do spraw Dzieci i Równouprawnienia?
Gdy się nade mną pochylił, przytrzymał mnie i pozwolił, bym się wyrywała, walczyła, by znów znaleźć się na nim, nad nim, a ja mu odpowiedziałam, liżąc jego pępek. Zapewniłam go, że "nawet jako biurokrata" zostałby na zawsze wypalony na siatkówce mojego oka jako ktoś spoglądający z nadzieją ku przyszłości, w statecznych odcieniach czerwieni, beżu i niebieskości (jak na plakatach wyborczych Obamy), a wielkie litery pod spodem ułożyłyby się w słowo ZMIANA.
Był boski, był nie do przebicia, pochylił się nad nocnym stolikiem i zapalił papierosa. Odsunął go sprzed mojej twarzy jak sadystyczny starszy brat, gdy już myślałam, że mi go podaje, a ja zamachnęłam się na niego chyba trochę zbyt mocno, ale on mimo to dał mi kilka machów. Nie mieliśmy popielniczki, balansował więc papierosem nad kołdrą, by nie spadł na nią popiół. A ja chciałam go studiować. Jego mózg, który zwalniał tylko na te siedem minut potrzebnych na spalenie fajki (poza tym się nie wyłączał, nawet wtedy, gdy oglądaliśmy X-Menów na jego rzutniku: "Czy Magneto jest metaforą Izraela?" albo przy House of Cards: "Claire Underwood ma w sobie coś z Heddy Gabler, nie sądzisz?"). On we mnie trwał i to też nie zwalniało. Jego woda po goleniu. Basowy głos. Pulsował w całym moim ciele.
A ja, kim dla niego byłam?
No cóż, za drugim razem, gdy poszliśmy z sobą do łóżka, już po wszystkim, on powiedział:
- Nie wolno nam już tego powtarzać.
Co w żadnym wypadku nie zmieniło moich uczuć.
To się nazywa feromony, to się nazywa oksytocyna, to ci otwiera zatoki, czyni cię dziesięć kilo lżejszą, a ja nie umiałam wyjaśnić dlaczego. Może dlatego, że uwielbiałam słuchać snutych przez niego rozważań (wyznałam Kice: "Wszyscy mężczyźni "objaśniają nam świat", różnica tkwi w tym, co mają do powiedzenia"), może dlatego, że leżeliśmy w łóżku całe przedpołudnia, streamując ciągnące się godzinami spotkania, na których Julian Assange łączył się na wideolinku z ambasady Ekwadoru w Londynie. Że on mi urządzał spontaniczne plebiscyty na najlepszy tekst z piosenki Hey Ya! Outkast (What's cooler than being cool? Ice cold!) albo dlatego, że cytował Gramsciego: "Kryzys polega dokładnie na tym, że to, co stare, umiera, gdy nowe jeszcze się nie narodziło" z taką samą łatwością, z jaką analizował życie uczuciowe Carrie: "Powinna rzucić Mr. Biga w cholerę!".
A może to przez to, że byliśmy osamotnieni w naszej walce: nas dwoje kontra cały naród. Zgadzaliśmy się, że program Hurtigruta z minuty na minutę jest tak samo nieznośnie nudny jak wpatrywanie się w bęben wirującej pralki.
Niewykluczone też, że chodziło o jego wzrost. To pałąkowate nonszalanckie ciało, marynarki zarzucone na T-shirty z logo niszowych zespołów, ciemnoblond loki nad siwiejącymi zakolami, niebieskozielone oczy, spojrzenie, którego nie odwracał, gdy już raz się nim w ciebie wwiercił. Albo repertuar jego zdjęć na Google'u: podczas wykładu, z mikrofonem, w fotelu, otaczali go inni, tacy jak on oczytani i bywali w świecie ludzie, jego dłonie gestykulowały i podkreślały argumenty, winietka z "Russia Today" pobłyskiwała w lewym dolnym rogu ekranu. Miał w szufladzie więcej reklamówek z bezcłowego niż z supermarketu, zapraszali go na rozmowy do Frankfurtu, Sztokholmu i Gandawy, a najbardziej pochłaniało go studium kryzysów nauki: teoria względności, mechanika kwantowa, Thomas Kuhn i współistnienie dwóch paradygmatów, permanentna rewolucja i to, że używał pojęć takich jak "dyskursywna anomia", po angielsku pisał słowa w rodzaju hence czy thus i mnóstwo howeverów, a ja czułam się zaszczycona, czytając któregoś przedpołudnia (niezrozumiały) zalążek jego rozprawy.
Był to przełom w naszym trwającym siedem miesięcy związku.
Tak mi się wydawało. Oto ja: Jenny Marx. Vera Nabokov. Alma Hitchcock.
Głaskałam go po owłosionej nodze moją stopą o turkusowych paznokciach, pomalowanych specjalnie na tę okazję (400 koron). W ogóle - przyznaję się bez bicia - czułam, że muszę szminkować usta, malować paznokcie, farbować włosy, by nie wyglądać przy nim jak szara myszka. Ale na nic się to nie zdało.
Przełom?
Miało się okazać, że był to raczej kolejny rozłam.
- Po prostu czuję, że to wobec ciebie niesprawiedliwe - powiedział.
Takich właśnie użył słów (Kika, do mnie: "Mężczyźni są jak psy, potrafią wywęszyć strach"). Przemyślał sobie wszystko we Frankfurcie i doszedł do wniosku, że "tak będzie najlepiej", ja zaś tylko go przez to bardziej pożądałam. I wtedy objął mnie mocno, westchnął mi do ucha i powiedział miękko, tak jak wielokrotnie wcześniej (straciłam już rachubę):
- Teraz to już naprawdę nie wolno nam tego powtarzać.
I miał, rzecz jasna, rację. To już naprawdę musiał być ostatni raz, gdy słyszałam od niego te słowa.
Więc uciekłam. Wypadłam na korytarz, wskoczyłam w czółenka, utrzymywałam twarz pokerzystki i myślałam sobie: Miłość to akt przemocy (Czyż istnieje lepsze tego określenie? Miłość zaciska pięści, bije mnie na oślep, a ja krzyczę: "Aua! Po co mi, kurwa, to wszystko?!"). Zbiegłam po schodach, wyleciałam przez bramę wprost na zalaną słońcem ulicę, cały czas się odwracając, oglądając za siebie: Jeśli on za mną teraz nie pobiegnie, to będzie koniec.
Komórka wyślizgnęła mi się ze spoconej dłoni i upadła na asfalt, w prawym górnym rogu wyświetlacza zrobiła się czarna plama.
Próbowałam ją pocierać, jakby mieszkał w niej jakiś duch: Jeśli on teraz nie zadzwoni, to wszystko stanie się prawdą.
Jeśli zdążę przejść przez Sofienbergparken - gdzie rozkwitła już wiosna i wszystko wyglądało jak musical wystawiany przez ludzi na kwasie, którzy się zataczają, chodzą po napiętej linie, tańczą salsę, wystawiają krzesła na skraj chodników i przepędzają w ten sposób czas - jeśli zdążę przejść przez ten park, zanim on da jakiś znak, że żałuje, to znaczy, że naprawdę tym razem mówił to wszystko serio.
Dotarłam do Kirkeg?rdsgata. Przecięłam trawnik, minęłam roboty drogowe, zaparkowane toyoty yaris, kilka starych volvo, no i wtedy był już koniec. Świat wydawał się odległy, był kopią kopii innej kopii, a ja nie mogłam oddychać. Jebany ból. Czułam się, jakby moja klatka piersiowa się zatkała i trzeba ją było udrożnić kretem do rur, była w niej gruda tłuszczu, którą rozpuścić mogły tylko chemikalia, tusz spływał mi po policzkach i niemal rozjechał mnie zamówiony przez kogoś za pomocą apki dostawca rowerowy w jaskraworóżowym uniformie, który wrzasnął: "Ścieżka rowerowa!", najpierw przede mną, potem za mną. A na wysokości biblioteki miałam już poważne problemy ze wzrokiem. Na moich soczewkach pojawił się jakiś nalot. Musiałam zajrzeć do optyka Brilleland przy Markveien, aż się skuliłam z niesmakiem na tę żałosną nazwę - "Kraina Okularów" - a to tylko zmieniło moją żałobę we wstyd: osad na soczewkach, jakie to banalne, jakie niskie, potknęłam się w progu i niemal się wywaliłam, wskazałam na moje oczy, próbując przedstawić to jako przypadek czysto fizjologiczny, a optyczka zaprowadziła mnie na zaplecze. Wygrzebała mi soczewki z oczu, podała chusteczkę higieniczną, powiedziała, że powinnam zrobić sobie przerwę, dać sobie czas na rekonwalescencję, owszem, użyła tego właśnie słowa i z pewnością miała na myśli moje oczy, lecz ja wyobraziłam sobie drinka z parasolką na plaży.
Wgapianie się w wieczność, w morze, coś, co by mi przypominało, że wszystko przemija, że emocje, również one, nie trwają wiecznie.
Otarłam łzy i przeciągnęłam kartą przez terminal, płacąc za "konsultację optyczną", jak wyszczególniono na paragonie (519 koron), po czym uciekłam półślepa do domu. Znalazłam okulary (trochę za słabe) i paszport, wyciągnęłam spod łóżka starą torbę na kółkach. Musiałam wyjechać. To właśnie zaleciłyby mi wszystkie blogerki tego świata: zmień otoczenie, poznaj nowych ludzi, przestrzegaj zasady "zero kontaktu", więc zarezerwowałam sobie w biurze podróży wyjazd last minute na wczasy w Grecji ("Dla jednych kryzys, dla innych możliwość"). Samolot do Aten odlatywał o szóstej następnego ranka. Stamtąd miałam popłynąć statkiem na jakąś wyspę na zadupiu, a hotel miał na TripAdvisorze nieprzeciętnie wiele negatywnych opinii, ale mnie to nie obchodziło. Nienawidziłam latania, ale to też mnie nie obchodziło. Wzięłam truxal, zwykłą dawkę, trzydzieści miligramów.
Sześć godzin później wstałam i pomyślałam sobie: Trzeba się ogarnąć.
Zaciągnęłam zasłony i wzięłam prysznic w kabinie zamontowanej w kuchni.
Ustawiłam na kuchennym blacie lusterko i się nad nim pochyliłam: założyłam nowe miesięczne soczewki, ułożyłam włosy, wyskubałam sobie brwi (kichnęłam), posmarowałam łokcie kremem Clinique z pięćdziesięciomililitrowej tubki, psiknęłam sobie poison Diora na dłonie i wtarłam zapach wanilii za uszy. Pokryłam skórę podkładem Maxa Factora w odcieniu soft beige, nanosząc, zgodnie z tym, co wyczytałam, odpowiednio cienką warstwę. A potem: lekkie muśnięcie różu, odrobina tuszu na końcówki rzęs i niemal bezbarwna pomadka, żeby ledwie się dało zobaczyć, że jestem umalowana. Była to procedura, którą opanowałam do perfekcji. Niektórzy nazwaliby to próżnością. Ja nazywałam to sztuką przetrwania. Bo tak łatwo jest stracić kontrolę, freelancerzy to wiedzą, mają świadomość, że otchłań jest niebezpiecznie blisko. Jak powiedziała kiedyś Kajsa Ekis Ekman: "Jeśli pozwoliłabym sobie spędzić cały dzień w spodniach od dresu, to co by było dalej?". Ja pewnie nie zdołałabym się oprzeć promocji - 24 korony za tabliczkę - na czekoladę z migdałami przy sklepowej kasie, zaczęłabym spędzać dni na twitterowych debatach, podając dalej statusy Kanyego Westa opatrzone sarkastycznymi komentarzami, a jakbym już z tym ruszyła, to mogłabym równie dobrze oglądać Z kamerą u Kardashianów, rzecz jasna, ironicznie, ale w głębi duszy wiedziałabym, że to moje nowe przyjaciółki. Wszystkie Kardashianki. Siostry, których nigdy nie miałam. Takie rzeczy często spadają na ludzi. Zaczęłabym chodzić na skróty, zapisałabym się do Partii Pracy i wzięła kredyt hipoteczny z rekordowo niskimi odsetkami. No nie, trzeba się w końcu ogarnąć. Trzeba wstawać, ubierać się, regularnie uprawiać sport, czytać porządne książki, nawet ze złamanym sercem, a jeśli ktoś z tego powodu - co ciągle mi się zdarza - zaczynał rzucać w moją stronę uwagi w rodzaju "syndrom zdolnej dziewczynki", to podciągałam rękawy, demonstrując wewnętrzną stronę moich przedramion.
Wyglądam, jakbym się cięła?
Widzisz jakieś blizny? Jebany seksista.
Nożeż kurwa, miałam pozwalać oceniać się debilom, którzy naczytali się psychopapki? Tylko dlatego, że chodziłam na obcasach, trzymałam się prosto jak baletnica, miałam wąskie biodra i długą szyję? Nigdy w życiu nie dotknęłam nawet noża z intencją pocięcia własnego ciała, czy to wzdłuż, czy to wszerz, nigdy umyślnie nie rzygałam po jedzeniu i miałam serdecznie dość słuchania, że ta lub inna koleżanka chciałaby móc zjeść spaghetti bolognese i nie czuć do siebie odrazy przez cały następny tydzień. Byłam właściwie zachwycona, gdy skończyłam trzydziestkę, a nad paskiem dżinsów pojawił się pierwszy wałeczek. Umówiłam się na eks-seks z typem, który zawsze, gdy jeszcze byliśmy razem, ględził o mojej "wiotkiej talii", i pamiętam, że na nim siedziałam, a mój tłuszczyk falował: dumny, pełen mściwej satysfakcji, niczym deklaracja niepodległości.
[...]
Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku
na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji -
do czytania i dobrej prozy zagranicznej.
Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,
która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.
Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki
z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.
Odmawiam myślenia to pięćdziesiąta trzecia książka
Wydawnictwa Pauza.
Wcześniej ukazały się:
2018
Legenda o samobójstwie - David Vann
Pierwszy bandzior - Miranda July
Nasz chłopak - Daniel Magariel
Historia przemocy - Edouard Louis
Tirza - Arnon Grunberg
2019
Pasujesz tu najlepiej - Miranda July
O zmierzchu - Therese Bohman
Piękna młoda żona - Tommy Wieringa
Czekaj, mrugaj - Gunnhild ?yehaug
Floryda - Lauren Groff
Przyjaciel - Sigrid Nunez
Madame Zero i inne opowiadania - Sarah Hall
Mój rok relaksu i odpoczynku - Ottessa Moshfegh
Brud - David Vann
Koniec z Eddym - Edouard Louis
2020
Zgiń, kochanie - Ariana Harwicz
Linia - Elise Karlsson
Nocny prom do Tangeru - Kevin Barry
Ta druga - Therese Bohman
Dorośli - Marie Aubert
Turbulencje - David Szalay
Nikolski - Nicolas Dickner
Fauna Północy - Andrea Lundgren
Witajcie w Ameryce - Linda Boström Knausg?rd
Pełnia miłości - Sigrid Nunez
Przejście - Pajtim Statovci
Niebieska Księga z Nebo - Manon Steffan Ros
Dziennik upadku - Michel Laub
2021
Halibut na Księżycu - David Vann
Zabierz mnie do domu - Marie Aubert
Utonęła - Therese Bohman
Koniec dnia - Bill Clegg
Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag - Sigrid Nunez
Tęsknota za innym światem - Ottessa Moshfegh
Ostatnie stadium - Nina Lykke
Niepoprawna mnogość - zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell
Wyznanie - Domenico Starnone
Za otrzymane łaski - Valeria Parrella
Trzymam wilka za uszy - Laura van den Berg
Kto zabił mojego ojca - Edouard Louis
Archiwum zagubionych dzieci - Valeria Luiselli
2022
Komodo - David Vann
Londyn - David Szalay
Wyspa kobiet - Lauren Groff
Wizyta - Katharina Volckmer
Ostatni wywiad - Eshkol Nevo
Strega - Johanne Lykke Holm
Intymności - Lucy Caldwell
Coś nie tak. Kobiecość i wstręt - Eimear McBride
Pomniejsi wędrowcy - Eimear McBride
Dla Rouenny - Sigrid Nunez
Zmagania i metamorfozy kobiety - Edouard Louis