Odlot - Jennifer Echols

Reflow text when sidebars are open.
Wrzesień
W każdym mieście Południowej Karoliny, w którym zdarzyło mi się mieszkać - a było ich trochę - teren zajmowany przez przyczepy mieszkalne znajdował się obok lotniska. Kiedy miałam czternaście lat, po kolejnej przeprowadzce podjęłam pewną decyzję. Skoro los skazał mnie na mieszkanie przez całe życie w przyczepie, mogłabym żalić się na smród paliwa lotniczego jak moja mama, mogłabym jak wszyscy sąsiedzi zalewać się na śmierć (byle zagłuszyć ten potworny hałas) - albo mogłam nauczyć się latać.
Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Pierwszy krok polegał na tym, że przeszłam między przyczepami, przelazłam pod płotem otaczającym lotnisko i spytałam, czy nie mają tam dla mnie jakiejś roboty. Poszczęściło mi się. Miasto Heaven Beach zamierzało właśnie zatrudnić kogoś, kto zająłby się pracami biurowymi, a jednocześnie obsługiwałby też pompy z benzyną lotniczą. Miało z tym pewien problem, bo mężczyźni, którzy chętnie podjęliby się pracy na płycie lotniska, nie potrafili obsłużyć komputera. Kobiety, które dawały sobie radę ze stukaniem w klawiaturę, nie zamierzały brudzić sobie rączek paliwem. Czternastolatka o wygłodniałym wyglądzie nadawała się w sam raz.
Odbierałam telefony, wtykałam kliny pod koła odwiedzających lotnisko samolotów, napełniałam baki małych korporacyjnych odrzutowców - krótko mówiąc, robiłam wszystko, co trzeba było zrobić, a co nie wymagało jakichś szczególnych umiejętności. Można powiedzieć, że zarządzałam całym lotniskiem. Taki małomiasteczkowy port lotniczy nie potrzebował niczego więcej. Nie było tam żadnych pracowników dyżurujących przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Wieża, kontroler lotów? Bez żartów. Nic nie chroniło samolotów przed tym, żeby powpadały na siebie wzajemnie, jeśli nie liczyć umiejętności pilotów.
Recepcja, w której urzędowałam, znajdowała się w przeszklonym pawilonie z widokiem na pas startowy. Całymi dniami przesiadywałam na schodkach przy wejściu, mając ze sobą służbową komórkę (na wypadek, gdyby ktoś przypadkiem jednak zadzwonił) i gapiłam się na startujące oraz lądujące samoloty. Na tyłach biura znajdowały się małe hangary wynajmowane przez indywidualnych właścicieli samolotów. Niektórzy zresztą parkowali swoje maszyny na otwartej przestrzeni przed biurem, bo przecież, o ile były odpowiednio uwiązane, nic za wyjątkiem huraganu albo tornado nie mogło im zaszkodzić. Po mojej lewej stronie, czyli między mną a przyczepami, wznosiły się większe hangary należące do różnych firm. Po mojej prawej stronie sterczał maszt z wiatrowskazem, tam też znajdowały się pompy i stało kilka kolejnych hangarów z przerdzewiałego metalu. Najbliższy hangar pomalowany był na czerwono, widniały na nim białe litery, łuszczące się i spłowiałe, bo przez wiele lat znosiły napór burz przybywających do nas znad oceanu:
FIRMA LOTNICZA HALL
BANERY LOTNICZE: TWOJA REKLAMA NA PLAŻY!
LOTY WIDOKOWE NAD OCEANEM
ROZSYPYWANIE PROCHÓW NAD ATLANTYKIEM
SZKOLENIE PILOTÓW
Przyglądałam się w sierpniu maleńkim samolocikom Firmy Lotniczej Hall, jak lecą niziutko nad trawą obok pasa startowego i porywają ze sobą banery, które zaraz potem rozwijały się za nimi. Banery, czyli długie, o wiele dłuższe niż same samoloty transparenty reklamowe. Przysłuchując się rozmowom mężczyzn, którzy pili kawę i gawędzili o niczym z panem Hallem przed wejściem do biura, zorientowałam się, że najstarszy syn właściciela jest jednym z pilotów holujących banery. Poza tym pan Hall miał też dwóch synów w moim wieku, chłopcy pojawiali się w niektóre soboty, żeby pomagać przy sporządzaniu banerów. Nalepiali litery wielorazowego użytku. Alec był zawsze uśmiechnięty, jasnowłosy i sprawiał wrażenie sympatycznego, normalnego chłopaka, a pan Hall chyba za takiego go uważał. Natomiast Grayson zawsze pakował się w jakieś kłopoty. Był odrobinę wyższy, jego włosy zasłaniał słomkowy kowbojski kapelusz, a oczy krył za lustrzanymi lotniczymi okularami. Trudno było stwierdzić, czy gapił się na mnie, kiedy przesiadywałam na moich schodkach i paliłam sobie papierosy, ale wyobrażałam sobie, że mnie obserwuje. A wtedy niespodziewanie robiło mi się gorąco na całym ciele, chociaż siedziałam w cieniu.
Jednak teraz już ich nie było, znajdowali się w drodze do odległego o dwie i pół godziny jazdy Wilmington, gdzie mieszkali z mamusią, a najstarszy syn uczęszczał do college'u. Turyści też znikli z plaży. Sezon na reklamy lotnicze się skończył. Idealny moment, żeby zagadnąć pana Halla w sprawie lekcji. Broszurki Firmy Lotniczej Hall każdy mógł sobie wziąć ze stojaka, więc szczęśliwie nie musiałam świecić oczami i wypytywać pana Halla o cenę.
Zanim udało mi się odłożyć odpowiednią sumę i zdobyć się na odwagę, minął cały miesiąc. W końcu jednak pomaszerowałam do siedziby Firmy Lotniczej Hall i załomotałam do małych drzwiczek z boku hangaru, na których widniały litery SZKOL. Kiedy pan Hall zawołał ze środka, weszłam, a potem lawirując między samolotami i narzędziami, wkroczyłam do maleńkiego biura wydzielonego w rogu. Siadłam na krzesełku przed jego biurkiem i poprosiłam, żeby zabrał mnie w przestworza. Niestety, udzielił najgorszej z możliwych odpowiedzi: wetknął mi formularz zgody rodziców lub opiekunów, który miała podpisać moja matka.
Gdy tego wieczora wróciłam do naszej przyczepy, matki nie było. Leżałam w łóżku i nie mogłam zasnąć, próbowałam wykombinować, jak by tu jej pokazać ten formularz. Kiedy rankiem następnego dnia wychodziłam do szkoły, wciąż jeszcze nie było jej w domu. Przez wszystkie lekcje zamartwiałam się, nie wiedziałam, co jej powiedzieć. Mogłam oczywiście zasugerować mamie, że latanie może okazać się z czasem całkiem intratnym zawodem. Czasami puszczała teksty w rodzaju, że powinnam wziąć się za siebie i coś zrobić, żeby wyjść na ludzi. Obawiałam się tylko, że natychmiast, kiedy zdradzę, że udało mi się odłożyć jakieś pieniądze i chcę je wydać na takie ekstrawagancje - zamiast oddać mamusi - na żadne poparcie z jej strony nie będę mogła liczyć. Spędziłam już miesiąc w Heaven Beach, ale widok rachitycznego nadmorskiego lasu oglądanego przez szyby szkolnego autobusu wciąż wydawał mi się dziwaczny. Dojeżdżaliśmy już do przyczep; nie wierzyłam w to za bardzo, ale jednak miałam nadzieję, że mama jest w domu i będę miała sprawę z głowy. Nawet jeżeli odmówi, przynajmniej skończą się te męki.
Wsunęłam dłoń do kieszeni dżinsów, żeby dotknąć poskładanej kartki formularza. Za nią tkwiła forsa przeznaczona na lekcję latania. Zawsze istniało ryzyko, że zgubię kasę w szkole, ale bardziej obawiałam się zostawić pieniądze czy formularz w moim pokoju, bo matka mogłaby je znaleźć - czasem na gwałt potrzebowała funduszy i wtedy zaczynała się rewizja.
Gdy poruszyłam ręką, poczułam na sobie spojrzenie Marka Simona - siedział po drugiej stronie przejścia. Skądś wiedział o moich pieniądzach. Pewnie zorientował się po sposobie, w jaki ich dotykałam palcami, a teraz mi je zabierze. To była pierwsza rzecz, jaka przemknęła mi przez myśl. Już nie raz przedtem zdarzało mi się paść ofiarą rabunku w szkolnym autobusie.
Zmusiłam się jednak, żeby odetchnąć głęboko i rozluźnić się, nie poddać się odruchowej reakcji. Mark nie był wcale takim desperatem. Jechał tym autobusem, bo po szkole pracował u swojego wuja na lotnisku, nie mieszkał w przyczepie. Kiedy zerknęłam na niego, pochwyciłam spojrzenie nie tyle złodziejaszka, co zbereźnika. Myślał, że przyłapał mnie na tym, jak się dotykam.
Od jakiegoś czasu spotykałam się z tego rodzaju zainteresowaniem, ale wciąż było to dla mnie nowością. W ostatnim miejscu, gdzie mieszkałyśmy z mamą, czyli nieopodal bazy lotniczej, przemykałam jeszcze poza zasięgiem radaru. Nosiłam takie ciuchy, jakie akurat mi kupiła. Nienawidziłam moich kręconych włosów, niby brązowych, ale tak ciemnych, że nie wydawały się czarne tylko w intensywnym świetle słońca. W dodatku jeszcze matowiały. Kiedyś połamałam na nich grzebień. A potem pewnego pięknego, letniego dnia, obejrzałam w telewizji program, z którego dowiedziałam się, że dziewczyny o kręconych kudłach powinny z owymi kudłami się pogodzić, ostrzyc się porządnie, zastosować takie czy inne kosmetyki i pozwolić im wyschnąć w naturalny sposób. Zrobiłam, co się dało. Pomógł mi w tym tani salon fryzjerski działający w mojej okolicy oraz dyskontowy sklep z chemią gospodarczą. Wynik okazał się całkiem niezły, przez te kilka tygodni dzielących nas od przeprowadzki przeszłam całkowitą przemianę.
Przemianę, która w nowej szkole wywołała pożądany efekt. Już nikt nie współczuł mi dlatego, że matka o mnie nie dba, a ja sama o siebie zadbać nie potrafię. Właśnie że dbałam o siebie i to było widać. Miało to również swoje złe strony, czyli spojrzenia chłopaków takich jak Mark, przez co inne dziewczyny uznały mnie za dziwkę i trzymały się ode mnie z daleka. Ja jednak wiedziałam, co jestem warta i wcale się tego nie wstydziłam. Coś za coś: one mnie nienawidziły, ale za to ja czułam się dobrze z samą sobą.
To znaczy, tak było, dopóki nie wplątałam się w taką czy inną sytuację z jakimś chłopakiem, wówczas już nie byłam tego taka pewna. Przytrzymując się oparcia siedzenia, kiedy autobus zakręcał, Mark przeszedł na moją stronę przejścia i trącił mnie biodrem, zmuszając, żebym przesunęła się i zrobiła mu miejsce obok siebie. Spojrzał wymownie w stronę mojej dłoni nadal znajdującej się wewnątrz kieszeni.
- Może ci w tym pomóc? - spytał.
Gdyby zaczepił mnie w ten sposób kilka miesięcy wcześniej, może nawet bym się zgodziła. Nie był to jeden z tych postawnych, przystojnych chłopaków ze starszych klas, którzy nabierali właśnie muskułów w proporcji do osiągniętego nieco wcześniej wzrostu. Jednak jak na piętnastolatka prezentował się zupełnie znośnie. Miał takie senne, zaćpane spojrzenie, które bez skrępowania przesuwał po mojej postaci, i ciemne włosy zlepione w strąki, tak jakby nie brał codziennie prysznica, bo poprzedniego wieczora chlał do późna i w ogóle ledwo zdążył na poranny autobus szkolny. To był ten typ faceta, z którym zawsze w końcu musiałam się spiknąć, ryzykant uzależniony od adrenaliny, pod którego wpływem robiłam różne rzeczy, na które nie odważyłabym się sama.
Przypominał mi mojego chłopaka z kempingu położonego przy bazie lotniczej. Tamtemu najwyraźniej nie przeszkadzało, że mam matowe włosy - o ile pozwalałam mu pchać łapę do majtek. Przekonał mnie i zrobiliśmy to w lesie rosnącym tuż za końcem pasa startowego, samoloty przelatywały niziutko nad nami i gdyby coś poszło nie tak, spadłyby dokładnie w tym miejscu, gdzie byliśmy. Od tej adrenaliny, seksu i widoku srebrzystych podbrzuszy samolotów coś się ze mną porobiło. Chciałam tego więcej.
Co prawda, kiedy powiedziałam mu, że przeprowadzam się do Heaven Beach, już tego samego dnia umówił się z moją najlepszą przyjaciółką. No, więc przynajmniej na jakiś czas nie miałam ochoty, żeby mi taki czy inny chłopak w czymkolwiek pomagał. Wstałam, z trudem utrzymując równowagę w wąskiej przestrzeni między oparciem siedzenia z przodu a moim siedzeniem, spojrzałam na Marka i powiedziałam:
- Przepuść mnie. Wysiadam.
Wyszczerzył zęby.
- Przecież mówiłem, że mogę ci w tym dopomóc.
Ogarnęła mnie złość. Porządny chłopak z dobrej rodziny, a może nawet nie tak znów bardzo porządny chłopak, jak Grayson, niesforny synalek pana Halla nie pozwoliłby sobie na takie podteksty wobec porządnej laski z dobrej rodziny. Gdybym wysiadała ze szkolnego autobusu w bogatej dzielnicy, a nie przy przyczepach, nie musiałabym się pilnować i uważać na każde słowo, bo przecież prawie wszystko może się kojarzyć erotycznie. Rany... Próbowałam przecisnąć się przed nim.
- Daj spokój, Lea. Dlaczego chcesz tu wysiąść? Nie możesz zostać w autobusie? Przecież i tak jedziesz na lotnisko.
Powiedział to wyzywającym tonem, ale oprócz zaczepki w jego głosie dosłyszałam urazę. Też źle: nie mogłam sobie pozwolić na to, żeby przegiąć i żeby zrozumiał, że chcę go po prostu spławić. Powodowany urażoną dumą, jeżeli tylko zdoła, jeszcze bardziej utrudni mi życie w szkole.
- Matka życzy sobie, żebym zajrzała do domu między szkołą a pracą - skłamałam mu w żywe oczy. Prawdy nie wyjawiłabym za żadne skarby. Zaraz zacząłby kombinować, jak by to wykorzystać. A kiedy raz popełniłam ten błąd, że pojechałam razem z nim aż na lotnisko, polazł za mną do mojego biura i przesiadywał tam, dopytywał się o broszurki, domagał się map. Groził, że podpali poczekalnię swoją zapalniczką, o ile nie będę się nim zajmować. Dopiero po dłuższym czasie dał sobie spokój - kiedy naprawdę już musiał zasuwać do hangaru swojego wuja, bo inaczej to wujaszek dałby mu popalić.
Autobus zatrzymał się z piskiem na krawędzi dwupasmowej szosy i otworzył drzwi przy żwirowanym podjeździe prowadzącym do przyczep. Ben Reynolds oraz Aaron Traynor zbiegli po blaszanych stopniach, łomocąc buciorami. Jeżeli w ciągu następnych kilku sekund nie zdołam dotrzeć do przedniej części pojazdu, przegapię przystanek. A potem będę musiała przejść przez całe lotnisko z Markiem, a potem jeszcze całą drogę z powrotem do przyczepy. Szlag by mnie trafił, gdyby okazało się, że to właśnie z tego powodu minęłyśmy się - ja i matka.
Szturchnęłam znowu Marka i powiedziałam na tyle stanowczo, na ile mogłam to zrobić, nie zwracając na nas uwagi pięciu osób, które siedziały jeszcze w autobusie:
- No, rusz się.
Obrażone spojrzenie spod ciężkich powiek. Przesunął kolana na bok, w stronę przejścia, żebym mogła się przecisnąć. Kiedy biegłam do przodu, zawołał za mną:
- Poznam cię jutro po smrodzie.
Kilka dziewczyn zachichotało.
Poczułam, że się czerwienię. Na pewno nie śmierdziałam. Za to on pewnie tak, chociażby sądząc po stanie jego włosów. Ale ludziom wydawało się, że powinnam śmierdzieć. Wystarczyło, że puści taki tekst w szkole, a wszyscy mu uwierzą. Myślami już przebiegałam zawartość mojej szafy, zastanawiając się, co włożę następnego dnia, żeby wyglądać na tyle szykownie, na ile mogłam sobie pozwolić, nie dysponując w tym celu żadnym budżetem.
Ostatni krok i znalazłam się na drodze. Zmrużyłam oczy w jaskrawym słońcu. Autobus odjechał z głośnym rykiem motoru, a Ben zagrodził mi drogę prowadzącą w stronę przyczep. Zrobił z palców literę V, przytknął je do ust i wystawił przez nie język w moją stronę. A Aaron stał za nim i się śmiał.
Skierowałam spojrzenie w stronę zbudowanej z betonowych bloków pralni samoobsługowej wzmocnionej na użytek mieszkańców przyczep i ruszyłam przed siebie. W telewizji mówili, że nachalnych chamów należy ignorować, a wtedy przestaną się człowieka czepiać. W praktyce zasada ta sprawdza się mniej więcej pół na pół. To drugie pół znaczyło, że dwaj drągale by szli za mną aż pod same drzwi przyczepy i szarpali mnie za ubranie, jak jakieś psy. Jednak tego dnia podziałało. Aaron podniósł garść żwiru i cisnął nim w krocze Bena, po czym rzucił się do ucieczki. Ben pobiegł za nim, po chwili obaj znikli między przyczepami.
Odetchnęłam z ulgą, ale zaraz potem znów przypomniałam sobie o formularzu w kieszeni. Żeby tylko była w domu... Teraz, kiedy zbliżała się nieuchronnie chwila konfrontacji z matką, strach skręcił mi żołądek. Nagle już nie spieszyło mi się tak bardzo. Tak czy inaczej - stwierdziłam - jeżeli jest przypadkiem w domu, to już teraz się nie miniemy. Na teren prowadziła tylko jedna droga. Powłócząc nogami, minęłam pralnię od strony, gdzie znajdowały się wmurowane w ścianę skrzynki pocztowe - wmurowane po to, żeby trudniej było się do nich włamać - sprawdziłam naszą, zgrzytając zębami. Odkąd miałam dziesięć lat, to ja odbierałam pocztę, po prostu dlatego, że moja matka nigdy tego nie robiła. Tak więc to ja byłam zwiastunem złych wieści przy okazji trzech ostatnich eksmisji i dlatego w każdej chwili spodziewałam się koperty o oficjalnym i urzędowym wyglądzie. Tego dnia koperty nie było, tylko śmieci, które od razu wrzuciłam do kosza. W porządniejszych dzielnicach Heaven Beach obok koszy na śmieci znajdowały się pojemniki na makulaturę, ale właściciel terenu zajmowanego przez przyczepy nie przejmował się kwestią surowców wtórnych.
Żeby tylko była w domu... Sięgnęłam do torebki po papierosy. Zapaliłam, żeby się odprężyć. Poczułam kopa od nikotyny: pierwszy mach tego dnia. W tym mieście, z którego przyjechałyśmy, mój chłopak kradł dla mnie fajki. Teraz musiałam je kupować, co stanowiło potężną wyrwę w moich dochodach. Próbowałam rzucić, ale jeżeli nie liczyć gapienia się na samoloty, to była jedyna rzecz, która sprawiała mi przyjemność. Żeby tylko była w domu. Wyszłam na otwartą przestrzeń zacienioną rosnącymi wokół drzewami. Pod moimi stopami chrzęścił żwir. Z jakiejś przyczepy dobiegały głośne dźwięki muzyki country, chociaż wszystkie okna były zamknięte. Przynajmniej ktoś tam jest - pomyślałam. Gdyby wrócił Ben albo Aaron, mogłam w razie potrzeby wołać o pomoc. Rzecz jasna, moja mama wiele razy wołała o pomoc na różnych takich kempingach i nikt nigdy się nie zjawił.
Proszę, żeby tylko była w domu...
Dotarłam do naszej działki, obeszłam krzaczory i stanęłam jak wryta. Przed naszą przyczepą stał samochód starszy ode mnie, w kolorze wyblakłej czerwieni z niebieskimi drzwiami. Moja mama nie miała samochodu. Jakiś facet bez koszuli, z długimi, siwiejącymi włosami spiętymi w kucyk pojawił się w drzwiach, wyszedł na chwiejne cementowe bloki służące za schodki... Trzymał jeden bok telewizora, który pojawił się u nas wkrótce po tym, jak miesiąc temu się wprowadziłyśmy. Czyli znów ktoś nas okradał. Zakręciło mi się w głowie od stresu i nikotyny. Odwróciłam się, żeby pobiec do przyczepy z muzyką country.
W tej samej chwili mężczyzna schodził już tyłem po schodkach, a w drzwiach pojawiła się moja mama, trzymająca drugi bok telewizora. Z początku jej nie poznałam. Kiedy ostatnio ją widziałam, czyli kilka dni wcześniej, była jasną blondynką. Teraz jej włosy przybrały barwę jasnoczerwoną. Po sylwetce zorientowałam się, że to jednak ona.
Wypuściłam chmurę dymu. A więc ten facet to chłopak mojej matki. Mówiła kiedyś, że przeprowadzamy się do Heaven Beach, bo miał załatwić jej pracę w restauracji, w której pracował. Na razie jednak pracy jeszcze nie dostała, a on jak dotąd nie pojawił się w przyczepie, przynajmniej nie wtedy, kiedy ja byłam w domu. Przypuszczałam nawet, że go sobie zmyśliła. Bywało już, że przeprowadzałyśmy się dlatego, że jakiś facet obiecywał jej robotę. Czasami tylko tak mi mówiła, a potem okazywało się, że zwiewałyśmy, bo winna była komuś pieniądze. Jednak wyraźnie tym razem powiedziała prawdę. Telewizor był pierwszą rzeczą, o jaką prosiła swoich facetów, bo wiedziała, że uwielbiam oglądać telewizję. Telewizja dotrzymywała mi towarzystwa. Telewizor był też pierwszą rzeczą, która wędrowała do lombardu, jako przedmiot wart sporo gotówki, a przy tym dość łatwy w transporcie. Na przykład lodówkę zastawiła tylko raz.
- Cześć, kochanie! - zawołała do mnie mama. - Otwórz drzwi samochodu, dobrze?
Otworzyłam więc drzwi od strony kierowcy i pochyliłam do przodu siedzenie, żeby mogli wcisnąć telewizor na tylną kanapę. Kiepsko im szło, więc pofukiwali na siebie wzajemnie. Telewizor był niemal tej samej wielkości co tylna kanapa. Jeden koniec udało im się wetknąć, moja mama trzymała z tamtej strony, a ten facet - Billy - obszedł samochód dookoła. Kiedy stała tak, pochylona, widać było wyraźnie, że jej szorty są zbyt obcisłe, ale i tak jak na mamę miała całkiem niezłą figurę. Zresztą tak być powinno, miała przecież dopiero trzydzieści lat.
Wreszcie wyprostowała się, zostawiła uchylone drzwi, bo Billy miał zaraz siąść za kierownicą, i odwróciła się do mnie.
- Ślicznie dzisiaj wyglądasz! Daj buziaka.
Wpadłam w jej objęcia i poczułam, że całe moje ciało rozluźnia się, całkiem jak po pierwszym zaciągnięciu się papierosem. Jednocześnie odsunęłam peta, żeby nie podpalić jej włosów. Nie próbowałam kryć się z fajkami. Dawno przestałam się bać, że przyłapie mnie na paleniu. Z początku myślałam, że będzie się wściekać, ale już kilka razy widziała, jak palę, i nie powiedziała ani słowa.
Wyściskała mnie, a potem puściła.
- Albo to było kłamstwo, albo głupio dałaś się nabrać. Kto by sprzedawał na raty takiego gruchota?
- To tylko na parę tygodni - powiedziała. - Do czasu, aż dostanie pieniądze.
Znów albo kłamstwo, albo naiwność. Lombardy nie działają w ten sposób. Dadzą Billy'emu za ten telewizor tak mało i jednocześnie prowizja będzie tak wysoka, że nigdy już odbiornika nie zobaczę. A poza tym, skoro teraz brakowało mu pieniędzy na życie, przecież nie zmieni się to po następnej wypłacie. Przerabiałam ten scenariusz z moją mamą i jej chłopakami już dość razy, żeby wiedzieć, co stanie się dalej. Nigdy natomiast nie byłam pewna, czy ona sobie z tego nie zdaje sprawy, czy ma to gdzieś, czy po prostu nie widzi żadnego innego wyjścia.
Skrzywiła się i spojrzała spode łba na niebo: nad nami właśnie z rykiem przeleciał jakiś samolot. Przyczepy znajdowały się od tej strony pasa, gdzie maszyny podchodziły do lądowania. Iglasty las częściowo tłumił hałas, więc ryk silnika tym bardziej zaskakiwał, kiedy maszyna znalazła się bezpośrednio nad nami. Niewiarygodnym cudem utrzymujące się w powietrzu urządzenie przemieściło się nad naszymi głowami - tak wolno, jakby miało zaraz spaść, na tyle głośno, że zawibrowały przerdzewiałe blachy przyczep. Poczułam dreszcz przechodzący po plecach, jak po porządnym sztachnięciu się, tylko dużo przyjemniejszy.
- Boże, nienawidzę tych pierdolonych samolotów - powiedziała moja matka. - Wkrótce Billy załatwi mi robotę, a wtedy przeniesiemy się w jakieś fajniejsze miejsce, obiecuję.
- W porządku - odpowiedziałam obojętnie. Zawsze to powtarzała. Czasami nawet rzeczywiście dostawała pracę, ale nigdy dłużej niż na miesiąc. Spoglądałam w ślad za samolotem, aż zasłoniły go drzewa. Silnik słychać było jeszcze przez dłuższą chwilę, więc dalej patrzyłam w kierunku lotniska.
- Zaraz, chwileczkę - odezwała się moja mama. - Przecież ty masz trochę pieniędzy, mogłabyś dać je Billy'emu.
Papieros wypalił się już tymczasem do samego filtra. Zaciągnęłam się mimo wszystko i odwróciłam się w jej stronę. Pamiętałam, że za żadne skarby nie wolno mi spojrzeć na kieszeń, w której znajdowały się wszystkie moje pieniądze. Wypuściłam dym i odparłam niedbałym tonem:
- Z lotniska? Co ty, mało mi tam płacą. Wszystko zżerają podatki. A i tak już płacę za prąd i za wodę.
Popołudniowe światło dziwacznie pobłyskiwało w ciemnobłękitnym makijażu na jej powiekach.
- Chwilę. Przecież pracujesz tam każdego dnia po szkole i przez całe weekendy.
- Tak naprawdę... - z przerażeniem stwierdziłam, jak gładko to kłamstwo przechodzi mi przez gardło - pracuję tam tylko na pół gwizdka. Nie dają mi tylu godzin, ile bym chciała. Chodzi o to, że tam pracuje mój chłopak, więc to z nim spędzam resztę czasu.
- Poważnie? - zdziwiła się moja mama. Uniosła wyskubane brwi. - A jak się nazywa?
Mark. Oczywista odpowiedź: Mark. Tylko że to już nie przeszłoby mi przez gardło. Zanim się zorientowałam, palnęłam:
- Grayson Hall. Jego ojciec jest właścicielem tych samolotów, które pokazują reklamy na plaży.
- Nie cierpię tych maszyn - stwierdziła. - Ale taki chłopak, kto wie? Może skończy szkołę i do czegoś w życiu dojdzie?
- Może - potwierdziłam. Rzygać mi się chciało.
- Sheryl - zawołał Billy z samochodu. - Rusz tyłek!
- Na razie, kotku - powiedziała mama. Pocałowała palce i posłała mi całusa, po czym, wzbijając kurz, poczłapała do samochodu, obeszła go i wsiadła z drugiej strony.
Zanim samochód zniknął w lesie, pomachałam jej jeszcze i zdałam sobie sprawę, że trzymam zdechłego peta. Tak normalnie zaniosłabym go do środka, sprawdziłabym, czy na pewno jest zgaszony i wsadziłabym niedopałek do kosza. Jednak tego dnia rzuciłam go na ziemię, żeby dołączył do niezliczonych innych niedopałków ciśniętych przez moją mamę i wszystkich, którzy kiedykolwiek tu mieszkali. Weszłam po cementowych blokach do środka przyczepy.
Ściana po telewizorze wyglądała goło, chociaż wcale nie była goła. Zanim pojawił się odbiornik, mama powiesiła tam oprawione w ramki moje zdjęcia z pierwszej, drugiej i trzeciej klasy. Kiedy byłam w czwartej, stwierdziła, że szkoła ją kantuje, że te zdjęcia to rozbój w biały dzień. Moje odsłonięte na nowo uśmiechnięte twarze spoglądały na mnie, gdy przechodziłam przez jadalnię z aneksem kuchennym. Uciekłam korytarzykiem do sypialni, gdzie otworzyłam szufladę i wyciągnęłam umowę wynajmu przyczepy. Moja matka takie rzeczy po prostu wyrzucała, dlatego starałam się je jak najprędzej ukryć. Czasem te papierzyska przydawały się na coś, jeżeli właściciel chciał nas z miejsca wywalić na bruk. Tym razem potrzebowałam wzoru jej podpisu.
Wyciągnęłam formularz z kieszeni i rozłożyłam go. Żeby kartkę czymś przycisnąć, sięgnęłam po magazyn leżący na komódce: numer "Plane and Pilot" pożyczony z biura lotniska. Wtedy zgarnęłam go, niewiele o tym myśląc. Lubiłam czytać nocą w łóżku. Artykuły o samolotach dotrzymywały mi towarzystwa. Zresztą przecież zamierzałam go oddać... Ale teraz poczułam się jak złodziejka.
A to był dopiero początek. Przyglądając się podpisowi mamy na umowie, skopiowałam S, pierwszą literę Sheryl. Nie była to doskonała imitacja. Ręka mi się trzęsła. Ale przecież w przeciwieństwie do władz szkolnych pan Hall nie dysponuje wzorem jej podpisu dla porównania. A więc dalej: "heryl". Dostanie mi się za to. Ten przekręt jeszcze się na mnie zemści, dobrze o tym wiedziałam. Potem J na dobry początek "Jones". Alternatywa wobec fałszerstwa polegała na tym, że do końca życia pozostanę uziemiona i nigdy nie polecę samolotem. Dokończyłam: "ones". Jasne, miałam oddać ostatniego dolara mamie, żeby ona i Billy, czy kto tam akurat był jej chłopakiem w danym miesiącu, mogli się zabawić za moją kasę, żeby mógł kupić sobie nową wędkę i strzelbę, które potem i tak zastawiał, żeby mieć na piwo, albo i crack, o ile to był jeden z tych narzeczonych i żeby potem za nędzne resztki próbowali się odkuć w kasynie, i żeby przegrali wszystko. Podkreśliłam "Sheryl Jones" tak samo jak ona, czyli tak samo jak ósmoklasistka, która wciąż zakochana jest w swoim własnym podpisie.
Wcisnęłam formularz do kieszeni. Zamknęłam drzwi na klucz i z magazynem pod pachą ruszyłam do pracy. Przemknęłam tuż poza zasięgiem łańcuchowego pitbula należącego do sąsiada, żeby jeszcze bardziej go rozdrażnić, żeby szczekał i rzucał się na mnie jak opętany. Kiedy wychodziłam z lasu na długą, szeroką polanę, silnik samolotu zagłuszył psi jazgot. To był Stearman, dwupłatowiec z czasów drugiej wojny, którego wuj Marka używał jeszcze niedawno do opylania upraw. Schodził do lądowania.
Mark powiedział mi, że jego wujek, pan Simon, kupił ostatnio trzy maszyny Air Tractor - najbrzydsze samoloty, jakie dotąd widziałam na lotnisku, o śmiesznie długich nosach i topornym wyglądzie, pomalowane na jaskrawożółty kolor. Teraz pan Simon używał tych szkaradzieństw do pracy, więc dwupłatowiec przebudował z powrotem na samolot dwumiejscowy, tak że któryś z jego pilotów mógł zabierać turystów na przejażdżki.
To był piękny dwupłatowiec. Potężną bryłę silnika równoważyły skrzydła umiejscowione poniżej i powyżej. Wyglądał, jakby ktoś go zrobił z wehikułu czasu. Patrzyłam, jak szybuje coraz niżej, i wstrzymałam oddech, oczekując, że upadnie - jakoś zawsze mi się wydawało, że samolot powinien się rozbić. Tymczasem nigdy jeszcze nie widziałam, żeby coś takiego się zdarzyło. Dwupłatowiec i tym razem łagodnie siadł na pasie, po czym zwolnił. Potknęłam się - właśnie wyszłam z wysokiej zielonej trawy na asfalt.
W oddali zobaczyłam lotniskowych bywalców byczących się w bujanych fotelach na ganku biura. Pan Hall. Obok niego Admirał, czyli najprawdziwszy emerytowany admirał, chociaż byłoby to ostatnie skojarzenie, gdyby ktoś go zobaczył teraz w szortach cargo i hawajskiej koszuli. Pan Simon, który dla odmiany wyglądał dokładnie jak właściciel firmy specjalizującej się w opylaniu upraw; miał na sobie roboczy kombinezon i bejsbolówkę z logo producenta samolotów. Również emerytowany oficer marynarki wojennej - sporo z nich osiedliło się w Heaven Beach. Pilot odrzutowców pracujący dla jednej z miejscowych korporacji. Kiedy zbliżyłam się, kilku z nich odwróciło się w moją stronę.
Kiedy znalazłam się w zasięgu głosu, patrzyli się na mnie już wszyscy. Przerwali rozmowę. Byłam pewna, że gapili się na egzemplarz "Plane and Pilot". Mogłam tylko mieć nadzieję, że łokciem zasłaniałam naklejkę z adresem lotniska. Weszłam pod daszek.
Pan Hall powiedział:
- Cześć, Lea.
- Cześć, Lea. Witaj, Lea. Dzień dobry - rozległy się głosy.
Uśmiechnęłam się do nich blado, patrzyłam nad ich głowami w stronę pasa, przemknęłam chyłkiem w stronę oszklonych drzwi.
Pod moją nieobecność miasto powierzało opiekę nad lotniskiem jednemu z technicznych, niejakiemu Leonowi. Sprawdzał się doskonale, jeśli chodziło o umieszczanie klinów pod kołami samolotów, natomiast nie przejawiał szczególnych uzdolnień przy załatwianiu spraw przez telefon, poza tym wymogłam na nim obietnicę, że będzie trzymał się z dala od dokumentów, bo nie byłam na sto procent pewna, czy umie czytać. Odebrałam od niego klucze i lotniskową komórkę. Kiedy sobie poszedł, odsłuchałam nagrane podczas jego urzędowania wiadomości. Po tym, jak oddzwoniłam do pewnego faceta w sprawie wynajmu hangaru i omówiłam z nim szczegóły umowy, nagle zrobiło mi się gorąco. Jeżeli przyłapią mnie na tym, że sfałszowałam podpis matki na formularzu, trudno mi będzie twierdzić, że przecież mam dopiero czternaście lat i nie znam się na tym, co jest legalne, a co nie.
Starałam się o tym nie myśleć. Odegrałam sympatyczną hostessę, witając pewnego milionera, który wpadł do naszego miasteczka z rodziną na weekend. Zadzwoniłam do jedynej w tymże miasteczku firmy oferującej limuzyny, żeby przysłali po niego wóz. Zaparzyłam świeżą kawę w pokoju rekreacyjnym. Wysprzątałam całe biuro, nawet puste pomieszczenia. Kiedy wszyscy starzy zmyli się z ganku i byłam pewna, że nikt nie widzi, podrzuciłam nieszczęsny magazyn z powrotem na stolik w poczekalni.
Przez ostatnie półtorej godziny, aż do końca urzędowania, bujałam się w fotelu na ganku, grzałam się w popołudniowym słońcu i obserwowałam ruch na lotnisku. Budynek biura był nieco wysunięty przed ustawione w równy szereg hangary, przez co nie zawsze mogłam widzieć, kto przygotowuje maszynę do startu. Uwielbiałam, kiedy nagle silnik ożywał z głośnym rykiem, budząc mnie z zamyślenia, a samolot kołował do początku pasa. Potem zwiększał obroty, z coraz większą prędkością zbliżał się do mnie, a następnie wznosił się w powietrze, czemu nie towarzyszył już żaden dodatkowy odgłos - trochę jak samochód, który wjeżdża pod górę, tylko że samoloty nie miały pod kołami nic oprócz powietrza: pas startowy, potem trawa i wreszcie drzewa znajdowały się o wiele niżej. A potem maszyna znikała z mojego pola widzenia i nie wiedziałam, dokąd leci.
Na dwie minuty przed czasem zamknięcia biura zapaliłam papierosa. Półciężarówka pana Halla wciąż stała przed jego hangarem, ale przecież w każdej chwili mógł zamknąć interes i wybrać się do domu. Oznaczałoby to dla mnie kolejną nieprzespaną noc i powtórkę z męki przez cały następny dzień. Mówiłam mu co prawda, że przyjdę z podpisaną przez matkę zgodą, ale może przypuszczał, że nie zdołam jej namówić do złożenia tego podpisu. Jeżeli tak, to cóż, miał rację. Niech pan jeszcze nie odjeżdża.
Punktualnie o godzinie zamknięcia biura zgasiłam peta w stojącej przy drzwiach urnie z piaskiem i pomaszerowałam do hangaru Firmy Lotniczej Hall. Poprzedniego dnia zostałam pouczona, żeby nie walić do zewnętrznych drzwi, bo to działa panu Hallowi na nerwy. I tak słyszał, że ktoś wchodzi, bo drzwi mocno skrzypiały. Otworzyłam, weszłam. Spomiędzy cieni samolotów zobaczyłam, jak podnosi wzrok znad jakichś papierów wewnątrz szklanego akwarium swojego biura w rogu hangaru. Wskazał mi ruchem ręki wolne krzesło.
Sięgnęłam do kieszeni po pieniądze i formularz. Podałam mu jedno i drugie, usiadłam.
Odsunął je na bok, nawet nie spojrzał.
- Wróciłaś.
- Tak, proszę pana.
Dlaczego odsunął to wszystko na bok? Czyżby z góry wiedział, że sfałszuję podpis? Zmusiłam się do zachowania spokoju i skupiłam się na jego twarzy, tak jakbym naprawdę chciała sobie z nim porozmawiać.
Miał sporo po czterdziestce, jak przystało na ojca dwóch czternastolatków. Kiedyś był blondynem i pewnie miał kręcone włosy jak Grayson, ale teraz zaczął już siwieć, więc ścinał je króciutko, wyglądały prawie na proste. I kiedyś też był przystojniakiem, tak samo jak Grayson. W jego ogorzałej twarzy jeszcze można było dostrzec zarys wydatnej szczęki i wyrazistych kości policzkowych, jednak od czasu młodości musiał sporo przytyć, co zniekształciło jego rysy. Zresztą nie tylko twarz, bo miał też dość wyraźny brzuszek.
- Tak myślałem, że wrócisz - powiedział. - Jak ci się podoba praca w biurze lotniska?
Uwielbiałam tę pracę. To była najlepsza rzecz, jaka kiedykolwiek dotąd mi się zdarzyła. Ale wiedziałam, że gdybym to powiedziała tak po prostu, zabrzmiałoby to co najmniej dziwnie. Zbyt dziecinnie. Przecież w gruncie rzeczy głównie siedziałam na tyłku, niewiele poza tym. Odpowiedziałam więc:
- W porządku.
- Pośród stałych bywalców lotniska krąży taki żarcik o tobie...
Miał na myśli tych facetów przesiadujących na ganku. Spięłam się, gotowa stawić czoło temu, że nawet tutaj się ze mnie naśmiewają, a przecież dotąd na lotnisku czułam się względnie bezpiecznie.
Dokończył:
- Gdy próbujemy sobie przypomnieć jakieś zdarzenie sprzed dajmy na to piętnastu lat, zawsze ktoś powie: "niech Lea wam powie, jak to było". Łapiesz? Chodzi o to, że świetnie pracujesz i doskonale orientujesz się we wszystkim, co tu się dzieje. Nigdy przedtem nie mieliśmy tu nikogo takiego, kto by porządnie zajął się biurem.
- Och. Ha, ha. To miło - powiedziałam. Dowcip był mało zabawny, ale wyraźnie pomyślany jako komplement. I to dopiero było śmieszne, bo przecież tę pracę mógł dobrze wykonywać każdy, byleby trochę się postarał. Choć może, jak się nad tym zastanowić, właśnie w tym rzecz, żeby się postarać. Żeby komuś choć trochę zależało.
- Dlaczego chcesz zostać pilotem?
Rozdziawiłam gębę. Wiedziałam, że to sprawdzian i że nie powinnam zwlekać z odpowiedzią. Problem w tym, że nie bardzo zrozumiałam pytanie. Przyszłam w sprawie jednej lekcji. Jednej i tyle. Może i fantazjowałam sobie przez miniony miesiąc o tym, że kiedyś złapię robotę jako pilot linii lotniczych, będę nosić granatowy mundurek, włosy gładko przylizane i przyciśnięte czapką z daszkiem. Wyobrażałam sobie, jak to stoję w drzwiach kokpitu i witam pasażerów wsiadających na pokład, jak kolejno mierzą mnie wzrokiem od stóp do głów, spoglądają nieufnie na drobną kobietę, ale jednak decydują się złożyć swój los w moje ręce, a to właśnie dzięki temu uniformowi i dlatego, że ktoś najwyraźniej jednak odważył się powierzyć mi taki drogi i wielki samolot. Przynajmniej w ten sposób wyobrażałam sobie rozpoczęcie lotu pasażerskiego. Nigdy jeszcze nie leciałam samolotem. Widziałam to tylko w telewizji. Może to jakaś głupota, a rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej?
Wypaliłam ni z gruszki, ni z pietruszki:
- Lubię samoloty.
Uniósł siwoblond brwi i popatrzył na mnie. Nie zamierzał mi niczego ułatwiać, czekał, co powiem dalej.
Przełknęłam ślinę.
- Zawsze mieszkałam w pobliżu lotniska.
- Jak to? - spytał, zmarszczył teraz brwi. Nie wiedział, o co chodzi.
- Nie tego lotniska - wyjaśniłam. - Różnych lotnisk. Wiele razy się przeprowadzałam. Ostatnio mieszkałam przy bazie lotnictwa wojskowego. Bliżej samolotów niż kiedykolwiek dotąd. Nie mogę przestać o nich myśleć.
To rozumiał. Powoli skinął głową.
- Kiedy przeprowadziłam się tutaj, dostałam pracę w biurze. I teraz nie tylko słyszę samoloty i widzę, jak przelatują mi nad głową, ale też przyglądam się, jak startują i lądują. Ciągle mam wrażenie, że takie urządzenie nie ma prawa latać.
Zaśmiał się. Co prawda opanował się od razu i zacisnął usta, ale widać było, że z trudem powstrzymuje uśmiech.
- Posłuchaj, coś ci powiem - zaczął. - Kilka lat temu aż roiło się tutaj od młodych ludzi, którzy chcieli zostać pilotami. Twoją pracę wykonywało czterech facetów - dwóch siedziało w biurze, dwóch uwijało się na płycie lotniska. Te puste salony, w których urzędujesz, kiedyś wcale nie były puste. Jednak od zamachu na World Trade Center lotniska nie mają dobrej prasy, w dodatku recesja goni recesję. Nie ma już tak wielu chętnych do latania.
Skinęłam głową. Biuro rzeczywiście było ładnie urządzone, niezłe meble i tak dalej. Zresztą nikt na lotnisku nie krył, że czasy świetności to miejsce ma już za sobą.
- My, starzy, nie tylko tutaj, ale w całym kraju, powtarzamy w kółko, że trzeba coś zrobić, żeby młodzi ludzie znów zaczęli się garnąć do latania. Zgadzamy się co do jednego: większość ludzi słyszy przelatujące samoloty i mówi sobie "to jest samolot", po czym wracają do swoich zajęć. Tylko niektórzy spoglądają na lecącą maszynę, próbują zorientować się, jaki to typ i patrzą na nią tak długo, aż zniknie za horyzontem, a może nawet dłużej. I właśnie ci młodzi ludzie będą kiedyś pilotami - wskazał na mnie palcem. - Obserwowałem cię. I czekałem, kiedy do mnie przyjdziesz.
Sięgnął po formularz.
Właśnie usłyszałam od niego, że jestem jakąś wybranką losu. Tyle, że powiedział to w taki sposób, z takim przekonaniem o własnej nieomylności, że uznałam to za sygnał ostrzegawczy. Nagle zrozumiałam, dlaczego Grayson odszczeknął mu, kiedy pan Hall go ochrzanił za to, że coś nie tak zrobił z banerami.
Pan Hall spojrzał na mnie znad tego papierka, potem znowu spojrzał na formularz. Zapomniałam, że czuję się niezręcznie, bo w zamian ogarnęła mnie panika. Zrozumiałam, że przygląda się podpisowi.
Odłożył ten papier jak najdalej od siebie i zaraz potem umieścił go na stosie innych dokumentów.
- Dobrze, będzie lekcja, ale pod jednym warunkiem.
Że co, że mam wrócić i uzyskać od matki prawdziwy podpis? Zawsze to lepsze, niż żeby wezwał policję i żeby aresztowali mnie za fałszerstwo - chociaż nie takiej odpowiedzi oczekiwałam. Skręciło mnie w żołądku, kiedy czekałam, aż wreszcie to powie.
- Masz rzucić palenie - zażądał.
Wstrzymałam oddech. Zdumiało mnie, że go obchodzi, czy palę, czy nie. Skąd w ogóle wiedział? Chociaż pewnie waliło ode mnie szlugami. Tak jak od mojej matki, kiedy sobie zapaliła.
Dopiero wtedy z ulgą zdałam sobie sprawę, że ani słowem nie wspomniał o jej podpisie. A jeszcze potem wkurzyłam się, że wtrąca się w moje sprawy.
- Przecież panu płacę - stwierdziłam. - Nie może pan mnie zmusić, żebym przestała palić.
- Nie możesz mnie zmusić, żebym cię zabrał do samolotu.
Uśmiechnął się do mnie, ale nie zamierzał ustąpić.
Potem jednak pochylił się w moją stronę, jakby chciał mi powiedzieć coś w tajemnicy.
- Wyświadczam ci przysługę. Ja rzucałem palenie przez trzydzieści lat, zanim mi się udało. Zgadzasz się?
Kiwnęłam głową. Nie miałam wyboru.
- No, to idziemy.
Zerwał się z krzesła, pełen entuzjazmu. Jak dzieciak. Zupełnie, jakby naprawdę nie mógł się doczekać.
Poszłam za nim. Lawirował między samolotami poustawianymi w hangarze, wpasowanymi w ograniczoną przestrzeń niczym kawałki układanki. Zatrzymał się przy białej maszynie, większej od pozostałych - czteromiejscowej. Obeszliśmy ją dookoła. Pan Hall zaczął opowiadać, co może się zdarzyć, jeżeli nie sprawdzi się przed startem różnych rzeczy. Kazał mi wejść po drabince, a następnie wetknąć szklaną pipetę przez otwór w skrzydle, żeby sprawdzić poziom paliwa.
- To raczej prymitywny sposób - zauważyłam. Mój umysł odruchowo wzdragał się przed takimi nudziarstwami. Zdążyłam już nauczyć się w szkole, że różne tego rodzaju rytuały i formalności to zwykłe zawracanie głowy. - Przecież chyba w kokpicie jest wskaźnik paliwa?
- Jasne - odpowiedział. - Właśnie opowiedziałem ci o paru drobiazgach, które mogą zepsuć się w tym samolocie. A nie wydaje ci się, że wskaźnik paliwa też może się zepsuć?
- No, chyba tak.
- Od tego "chyba" zależy twoje życie. Albo śmierć.
Rozpoznałam ton, którym rugał Graysona. Wobec mnie mógł sobie darować takie teksty. Wciąż stojąc na drabince, odwróciłam się w jego stronę i spojrzałam z urazą.
Chyba zdał sobie sprawę, że przesadził, więc uniósł obie ręce do góry i wyjaśnił:
- Zastanów się chwilę. Gdyby zepsuł się wskaźnik paliwa w twoim samochodzie i nagle okazałoby się, że nie masz już benzyny - co byś zrobiła?
- Zjechałabym na pobocze.
Tak naprawdę, nie byłam tego pewna. Nie miałam jeszcze piętnastu lat, brakowało mi półtora miesiąca, żeby móc zdawać na prawo jazdy. Poza tym mojej matki przecież nigdy nie było w domu, więc niby jak miałam się nauczyć jeździć? Nie mówiąc o tym, że nie miałyśmy samochodu...
- No, właśnie - powiedział. - A co będzie, kiedy zepsuje się wskaźnik w twoim samolocie i nagle okaże się, że nie masz już paliwa?
- Co? Rozbiję się?
Powiedziałam to z przekąsem, właściwie żartem. Ale kiedy opuścił ramiona, zdałam sobie sprawę, że to właśnie i nic innego musiałoby nastąpić.
Od tej chwili bez słowa sprzeciwu robiłam, co mi kazał. Za dużo tego było na raz. Zasypał mnie wiadomościami - za dużo zwłaszcza dlatego, że nagle zdałam sobie sprawę, iż od tego wszystkiego może zależeć moje życie, a także życie innych ludzi - o ile rzeczywiście zostałabym kiedyś pilotem. Moje mrzonki o witaniu pasażerów na pokładzie okazały się żałosną głupotą. Okej, byle tylko zachować twarz, byle pan Hall się nie zorientował, że nic z tego nie kumam. Przebrnę jakoś przez tę lekcję i na tym koniec z lataniem. Pierwszy i ostatni raz.
Pokazał mi, jak należy otwierać ogromne wrota hangaru. Do wnętrza wdarł się przedwieczorny powiew wiatru. Potem powiedział mi, że mam mu pomóc wypchnąć samolot. Myślałam, że żartuje - jak mamy tylko we dwoje poruszyć taką wielką maszynę? Ale zaraz zdałam sobie sprawę, że przecież już widziałam, jak ludzie robią coś takiego. To znaczy, że samoloty są lżejsze, niż się wydaje. Pchałam z tyłu, pan Hall ciągnął za pomocą urządzenia połączonego z przednim kołem. Samolot jakby sam się wtoczył na pas startowy. Wsiedliśmy do niego. W środku nie było żadnych luksusów, tapicerka jak w tanim samochodzie. Podłączyliśmy wielkie słuchawki, żeby móc się wzajemnie słyszeć.
- Zaczynamy! - Pośród trzasków rozległ się jego głos.
Nacisnął jakiś guzik. Śmigło w jednej chwili zaczęło obracać się tak szybko, że stało się niewidoczne. Poczułam potężną wibrację. Pan Hall wyprowadził samolot na pas do kołowania, minął kolejne hangary, potem skręcił maszyną na pas startowy. Przyczepy znalazły się dokładnie za naszym ogonem. Drugi koniec pasa nikł gdzieś w oddali. Serce biło mi jak oszalałe.
- Teraz sprawdzimy kontrolki. - W słuchawkach jego głos brzmiał metalicznie. - Nie chodzi jednak o to, żeby po prostu popatrzeć na wskaźniki. To są rutynowe czynności, ale nie wolno nam popaść w rutynę. Musisz dotknąć każdego wskaźnika i świadomie upewnić się, że działa.
Musiałam więc dotykać kolejnych czarnych kółek na wysoko umieszczonym panelu wznoszącym się krzywizną przed nami. Potem pokazał mi, jak posługiwać się kierownicą - kiedy poruszał nią, kierownica umieszczona przede mną powtarzała jego ruchy - oraz pedałami. Spoglądaliśmy przez okna, żeby upewnić się, że poszczególne części samolotu wykonują jego polecenia. Zrobiło mi się niedobrze, a w słuchawkach rozległ się jakiś dziwny szum. Musiało stać się coś okropnego.
Pan Hall wyciągnął rękę i na pozór niezgrabnymi palcami odgiął mój mikrofon, tak że znalazł się kilka milimetrów dalej od ust. Ten straszny szum, to był odgłos mojego gorączkowego sapania.
- Czytałaś może "S-kadrę"? - spytał. - Albo słyszałaś o Chucku Yeagerze?
- Nie - próbowałam odpowiedzieć niedbałym tonem, ale zabrzmiało to, jakbym właśnie się dusiła.
- Chuck Yeager był pilotem oblatywaczem sił lotniczych. To pierwszy człowiek, który w tysiąc dziewięćset czterdziestym siódmym roku przekroczył barierę dźwięku. Inni piloci nie mogli wyjść z podziwu, bo facet bez problemu gotów był ryzykować życiem - a jeszcze bardziej zdumiewało ich, z jakim spokojem to robił - przynajmniej takie wrażenie się odnosiło, słuchając go przez radio. Wszyscy piloci mówią teraz głosem Yeagera, zwłaszcza rozmawiając przez interkom i zwracając się do pasażerów. Zrozumiano?
- Zrozumiano - oczywiście nie miałam pojęcia, o czym mówi.
- Głosem Yeagera posługujemy się też przez radio, niezależnie od tego, w jakie kłopoty byśmy się wpakowali. Histeryczne wrzaski, które może usłyszeć ktoś postronny, są niedopuszczalne, bo to źle wpływa na interesy. Powiedz to teraz głosem Yeagera.
Powtórzyłam jego słowa oraz wygłosiłam w przestrzeń informację na temat lotniska oraz naszego samolotu, żeby inni piloci przebywający w okolicy nie zderzyli się z nami podczas startu. W słuchawkach mój głos brzmiał tak, jakbym miała sześć lat. Zaraz ze wszystkich hangarów wybiegnie tłum pilotów i mechaników, wyleją się jak mrówki, żeby wyciągnąć dzieciaka z kokpitu.
- A teraz - odezwał się pan Hall - posłuchaj: mówiłaś mi, że lubisz patrzeć na samoloty i że sprawiają wrażenie, jakby zaraz miały spaść.
- Owszem. I to jeszcze zanim wiedziałam to, co wiem już teraz.
Kątem oka dostrzegłam, że poruszył się, że odwraca się w moją stronę. Odwróciłam się więc także. Odkąd wcisnęliśmy się do kokpitu, pierwszy raz ośmieliłam się choćby drgnąć. Przechylił głowę na bok, przyglądając mi się. Z jego ogorzałej twarzy nie sposób było czegokolwiek wyczytać, jednak jego głos brzmiał łagodnie i dobrotliwie:
- Możesz popełnić mnóstwo błędów. Piloci popełniają te błędy i z powodu tych błędów giną. Giną także z przyczyn zewnętrznych. Na przykład zjawiska atmosferyczne mogą cię zabić. Teraz jednak pokażę ci, że samolot jest twoim przyjacielem. Bo samolot chce latać.
- O ile ma paliwo - zauważyłam cierpko.
- Paliwo pozwoli silnikowi rozpędzić się do prędkości pięćdziesięciu pięciu węzłów, czyli około stu kilometrów na godzinę - i niczego więcej nam nie trzeba. Kiedy powietrze zacznie przemieszczać się z tą prędkością pod skrzydłem i nad nim, profil skrzydła tworzy siłę nośną. Samolot to zdumiewający wynalazek. Patrz.
Odwrócił się do przodu. Silnik zawył, pędziliśmy przed siebie. Poniewczasie zdałam sobie sprawę, że teraz już nie da się wysiąść.
- Widzisz? Nic nie robię - odezwał się znowu.
Rzeczywiście, nie trzymał dłoni na kierownicy. Uniósł je, rozprostowując palce. Tymczasem minęliśmy właśnie hangar firmy Simon Air Agriculture i unieśliśmy się w powietrze.
- Siła nośna. Siła, która powstaje dzięki genialnej konstrukcji tej maszyny.
Wystrzeliliśmy nad drzewa, pas pod nami skończył się. Nadal się wznosiliśmy. Nie zdawałam sobie dotąd sprawy, jak rozległy jest ten las. Ciągnął się aż po horyzont. Samolot z wolna przechylił się na bok, zaczęliśmy zataczać krąg, zawracaliśmy w stronę lotniska. Nigdy dotąd nie zdałam sobie sprawy, jaki kawał drogi dzieli moje biuro od kempingu z przyczepami. Dotąd sądziłam, że to całkiem niedaleko, bo nie było tam drzew czy budynków, aż do pierwszego hangaru - tymczasem było to mylne wrażenie. Odległość okazała się całkiem spora.
Potem przelecieliśmy lotem koszącym nad przyczepami. Kiedy patrzyłam z góry, drogi wydawały się biec w innych kierunkach, inaczej też przedstawiały się wąskie prześwity między przyczepami. Zdałam sobie sprawę, że to z tej perspektywy widać rzeczywiste proporcje. Mój dotychczasowy punkt widzenia, na poziomie przyczep, prowadził do zniekształcenia perspektywy. Wypatrzyłam moją przyczepę, rozpoznałam ją po położeniu metalowego dachu wobec ciemnej korony palmy rosnącej tuż przy oknie mojego pokoju; była wyższa od innych pobliskich drzew. Za sekundę, kiedy samolot wzniósł się wyżej, zobaczyłam ocean.
- O Jezu!
Mój własny głos zabrzmiał w słuchawkach tak donośnie, że aż zabolały mnie uszy. Chyba zapomniałam o Chucku Yeagerze, czy jak mu tam, który zawsze zachowywał spokój. Sądziłam, że pan Hall mnie ochrzani, ale tylko zaśmiał się - a ja gapiłam się przez okno.
Cóż, Heaven Beach, jak sama nazwa wskazuje, położone jest nad morzem. Inni mieszkańcy widywali ocean każdego dnia. Ja niby zdawałam sobie sprawę z jego bliskości, natomiast równie dobrze mógłby znajdować się w odległości miliona kilometrów od przyczepy, a nie dwóch. A teraz - proszę, błękitna przestrzeń naznaczona białymi grzywami fal zmierzająca ku horyzontowi.
- Teraz ty przejmiesz wolant - polecił pan Hall.
Wolant. Nie żadna kierownica. Przestałam wyglądać przez boczne okno, oparłam dłonie na uchwytach, zacisnęłam palce. Czułam, że mimo to drżą.
- Nie bój się, nie spadniemy - zapewnił mnie pan Hall. - Jak pamiętasz, stery po mojej stronie dublują twoje stery. Jeżeli popełnisz jakiś błąd, ja go naprawię. Wystarczy, że zrobisz, co ci powiem, a będziesz kierować samolotem. Jednak najpierw istotna formalność: chodzi o to, żeby nie doszło do sytuacji, w której oboje równocześnie próbujemy coś zrobić z tą maszyną. Przekazując ci stery, mówię: "twój samolot". Ty odpowiadasz: "mój samolot".
- Mój samolot - wychrypiałam szeptem.
- Naciśnij prawy pedał. Z początku delikatnie, żeby go wyczuć. Wtedy zaczniemy skręcać.
Zrobiłam, jak kazał. Samolot zaczął oddalać się od linii plaży. Pilotowałam go! Wszystko to widziałam po raz pierwszy w życiu i pewnie ostatni. Ten natłok wrażeń był niemal ponad moje siły. Rzuciłam okiem za siebie, przez ramię, żeby jeszcze raz spojrzeć na ocean - zafascynowana tym pięknym skrawkiem planety, którym wszyscy inni mogli się cieszyć, który znajdował się tak blisko miejsca, w którym mieszkałam, a który zarazem pozostawał dotąd całkowicie poza moim zasięgiem.
Lecieliśmy - ba, ja leciałam! - nad budynkiem szkoły, nad tanim supermarketem położonym przy autostradzie. Oba budynki wyglądały w zasadzie tak samo, po prostu płaski, czarny dach, wielki prostokąt i mniejsze kwadraty przytulone do nich - sala gimnastyczna oraz dział ogrodniczy, a na górze srebrzyste kubiki przemysłowych klimatyzatorów. Nie potrafiłabym odróżnić szkoły od marketu, gdyby nie widniejące na frontonach wielkie szyldy, które z góry wydawały się malutkie.
Pan Hall kazał mi kierować się z powrotem w głąb lądu, więc obawiałam się, że to już koniec lekcji. Ale nie, polecił mi znowu skręcić na wschód w stronę oceanu, potem na północ. Lecieliśmy nad wybrzeżem, mogłam zobaczyć nadmorskie miasteczka, w których nigdy nie byłam. Ośrodki cywilizacji przeplatane rezerwatami, szerokie rzeki płynące przez mokradła do morza. Dolecieliśmy aż do przylądku Fear w Północnej Karolinie. Tego dnia po raz pierwszy w życiu przekroczyłam granicę stanu Południowa Karolina. Na horyzoncie pojawiły się przedmieścia Wilmington, kiedy pan Hall odezwał się:
- Moglibyśmy wylądować i spotkać się z moimi chłopakami, ale chyba by się nie ucieszyli. Pora wracać. Ja mogę latać po ciemku, ale ty nie. Na dzisiaj wystarczy tego dobrego.
Zgodnie z jego instrukcjami zawróciłam samolot, pewnie po najszerszym łuku, jaki mogła wykonać tak niewielka maszyna. Kiedy leciałam po prostej, znów wzdłuż wybrzeża i nie zaciskałam już tak kurczowo dłoni na wolancie, spytałam:
- Dlaczego nie widuje się pan częściej z synami?
- E tam, żartowałem - odmruknął. - Alec i Grayson mieszkają z matką, a Jake jest w college'u.
Pośród ryku silnika wypełniającego kabinę zastanawiałam się, o co właściwie chciałam go zapytać. W końcu powiedziałam:
- Wygląda na to, że starają się wpadać do Heaven Beach przy każdej okazji, żeby z panem polatać.
- To moja wina - uciął pan Hall. - Popełniłem błąd.
Niepotrzebnie go pytałam, bo teraz oboje poczuliśmy się niezręcznie. Usiłowałam na gwałt wymyślić coś, co można by powiedzieć, jakieś pytanie na temat latania albo lotniska, albo na jakikolwiek inny temat, byle nie dotyczący jego synów.
- Tak, naprawdę paskudny błąd - ciągnął. - Próbowałem go naprawić, ale niektórych rzeczy po prostu naprawić się nie da.
Poruszył się w fotelu i wyciągnął przed siebie ramiona, jakby chciał odepchnąć od siebie złe wspomnienia i być może właśnie o to mu chodziło, jednak z mojego punktu widzenia oznaczało to coś całkiem innego: jeżeli w nieodpowiedni sposób poruszę wolantem, mam mniejsze szanse, że nas uratuje, więc pilnowałam się, żeby nie wykonać najmniejszego ruchu.
- Rany! - zawołał. - Jaki piękny dzień, żeby sobie polatać.
Pilotowałam przez całą drogę powrotną do Heaven Beach. Potem kazał mi powiedzieć "twój samolot" i przejął stery. Jednak przez całe lądowanie tłumaczył mi wszystko, każdy swój ruch, co i dlaczego. Samolot dotknął ziemi tak delikatnie, że zorientowałam się, iż jedziemy już po betonie dopiero, gdy do mojej świadomości dotarł nowy odgłos - kół toczących się po pasie. Potem jeszcze pozwolił mi pokierować na ziemi samolotem do hangaru Firmy Lotniczej Hall - chyba dopiero wtedy dowiedziałam się, że to się nazywa "kołowanie" - a na koniec pokazał mi, jak wyłącza się silnik. Znów razem wepchnęliśmy maszynę na jej miejsce w hangarze.
Zamykałam właśnie wielkie metalowe wrota, kiedy usłyszałam jego głos:
- O, cześć!
Przez boczne drzwi weszła kobieta w średnim wieku. Miała na sobie świetnie skrojony żakiet, włosy starannie ułożone w niedbałą fryzurę, była mocno umalowana, pachniała kwiatowymi perfumami - całkiem jakby dopiero co wyszła z pracy. Pocałował ją w policzek i przyprowadził do mnie za rękę.
- To jest Sofie - przedstawił mi ją. - Sofie, poznaj moją nową uczennicę. Nazywa się Lea.
- Witaj. - Sofie wyciągnęła w moją stronę dłoń z lśniąco czerwonymi paznokciami.
Nie bardzo wiedziałam, jak się zachować. Z uprzejmymi dorosłymi miałam do czynienia dopiero od miesiąca, a mianowicie odkąd pracowałam dla nich w biurze - i ci nie podawali mi ręki. Domyśliłam się jednak, że mam uścisnąć jej dłoń, co też uczyniłam.
Uśmiechnęła się do mnie.
- O rany, uśmiech od ucha do ucha! Chyba podobało ci się tam, w górze.
- O, tak...
To śmieszne. Ludzie często mieli coś do powiedzenia na temat mojej twarzy. Podobno byłam całkiem niebrzydka. Potrafiłam też skutecznie i przekonująco przybrać wyraz twarzy pod tytułem "spierdalaj". Ale jeszcze nikt nigdy nic nie powiedział na temat mojego uśmiechu.
- To co? O tej samej porze za tydzień? - spytał pan Hall.
Czułam, jak mój uśmiech się ulatnia.
- Hm.
Pewnie, że strasznie chciałabym polecieć w przyszłym tygodniu. Gdybym mogła, poleciałabym już następnego dnia. Co tam następnego dnia, od razu bym poleciała. Jednak potrzebowałam więcej niż tygodnia, żeby odłożyć na kolejną lekcję.
Niemal natychmiast dodał:
- Już jest po sezonie, a w interesach zastój. Teraz w ramach promocji dwie lekcje za cenę jednej. Czyli w przyszłym tygodniu za darmochę.
- Świetnie.
Wiedziałam, że to jałmużna. I przyjęłam ją bez słowa sprzeciwu.
- Idziemy na kolację - powiedział, wskazując kciukiem za ramię. - Wybierzesz się z nami?
Spojrzałam przelotnie na Sofie, która wciąż się do mnie uśmiechała. Nie, wyraźnie nie miała nic przeciwko temu, żeby zabrał mnie na ich randkę. Tylko że ja nie chciałam. Lekcja pochłonęła praktycznie wszystkie moje zasoby, a nie mogłam pozwolić, żeby płacili za moje jedzenie. Jałmużna - tak, ale bez przesady.
- Strasznie dziękuję - odpowiedziałam - ale mama już pewnie czeka na mnie z kolacją.
Omal się nie roześmiałam, bo to było największe kłamstwo tego dnia - jeszcze odleglejsze od prawdy niż to, że Grayson jest moim chłopakiem, jeszcze bardziej skandaliczne niż fałszerstwo. Ruszyłam pospiesznie ku drzwiom.
Nim ruszyłam w świetle zachodzącego słońca ku domowi, zajrzałam jeszcze po drodze do biura, żeby spod kontuaru recepcji wyciągnąć butelkę wody. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jak można płacić za wodę niegazowaną tyle samo, co za wodę gazowaną. Albo po co kupować wodę gazowaną? Kupowałam więc jedną butelkę, zabierałam każdego wieczora ze sobą do domu, gdzie myłam ją i napełniałam na nowo. Butelki zmieniałam dopiero wtedy, gdy pojawiała się groźba, że złażąca nalepka zdradzi mój sekret. Ale to nie był ten dzień. Kupiłam sobie jednak paczkę krakersów z automatu stojącego w pokoju wypoczynkowym. Czasem, kiedy matka pojawiała się w przyczepie, zastawałam potem pełną lodówkę - robiła to z myślą o mnie. Jednak nie tym razem, przecież była bez forsy. Inaczej nie sprzedawałaby telewizora. Zaburczało mi w brzuchu na myśl o porządnej kolacji, jaką mogłam zjeść z panem Hallem.
Przechodząc obok pogrążonego w mroku hangaru Simon Air Agriculture, wetknęłam do ust pierwszego krakersa. Zamiast tego marzył mi się papieros. Ale przecież tego dnia zostałam pilotem, teraz miałam jakiś rzeczywisty cel w życiu.
Trzy lata późniejGrudzień
Tego popołudnia w biurze lotniska panował przedziwny spokój. Nic się nie działo. Aż nagle podskoczyłam i czasopismo wyleciało mi z rąk. Aplikacja meteorologiczna na lotniskowej komórce podniosła alarm. Rzuciłam okiem na telefon, potem na niebo za oknem, wyłączyłam sygnał i poprzez "szybkie wybieranie" połączyłam się z Firmą Lotniczą Hall.
Odebrał pan Hall.
- Wesołych świąt, Lea.
Zła wiadomość, którą musiałam mu przekazać, uwięzła mi w gardle. Nadal był moim instruktorem pilotażu, a od kwietnia przyszłego roku miał zostać moim szefem. Biznes. Ale na przerwę świąteczną przyjechali do niego Grayson i Alec, przyjechał też na urlop Jake z Afganistanu. Tydzień wcześniej, kiedy weszłam do hangaru jego firmy, roiło się tam od chłopaków, którzy wygłupiali się i popychali. Ciepło, rodzina. I to samo nietypowe ciepło usłyszałam teraz w głosie pana Halla.
Tym trudniej było mi to powiedzieć:
- Właśnie dostałam komunikat od służby meteorologicznej. Nadchodzi burza. Czy Grayson jeszcze jest w powietrzu? Musi pan go jak najprędzej sprowadzić na ziemię.
Usłyszałam sygnał w telefonie. Pan Hall się rozłączył.
Nastawiłam telefon na prognozę pogody. Radar pokazywał rozległy, paskudny sztorm nadciągający w ekspresowym tempie znad Atlantyku.
Odłożyłam telefon, żeby spojrzeć przez wielkie okna wychodzące na pas startowy. Grayson, Alec i ja skończyliśmy osiemnaście lat i w ciągu minionych miesięcy zdobyliśmy wszyscy zawodowe licencje, więc pan Hall wreszcie mógł na czas przerwy wiosennej i w lecie zatrudnić nas zamiast przygodnych pilotów. Przez całe dnie lataliśmy na przemian starodawnymi samolotami, a pan Hall uczył nas, jak po wystartowaniu podejmować leżące na ziemi banery, a po przelocie wzdłuż plaży przed lądowaniem upuszczać je nisko nad ziemią. Wykonałam przelot podczas przerwy na lunch, a po mnie do samolotu wsiadł Grayson. Z mojego miejsca w recepcji widziałam, jak startował. Nie widziałam, żeby wylądował.
Sądząc po tym, jak gwałtownie pan Hall zakończył rozmowę, nie myliłam się. Grayson wciąż jeszcze był w powietrzu.
Nie było co się obrażać, chociaż nawet nie powiedział "dziękuję". Pozbierałam rozrzucone strony gazety i powróciłam do lektury; rozkoszny luksus, którym syciłam się codziennie w wolnym czasie między różnymi obowiązkami, o ile pochłonęłam już od deski do deski całą treść wydania "Plane and Pilot" z danego miesiąca. Oprócz kursów pilotażu i licencji, przez te lata wydarzyło się jeszcze jedno - zaprzyjaźniłam się z dziewczyną, która przyszła jako nowa do naszej szkoły. Na imię miała Molly. Wspaniałe było to, że Molly nie wstydziła się pokazywać w moim towarzystwie, więc dzięki niej przestałam być kompletnym wyrzutkiem. Gorzej, że była normalną dziewczyną, miała normalny dom i normalną rodzinę. W porównaniu z nią tym bardziej zdawałam sobie sprawę, jak bardzo odstaję od reszty. Dzięki tej przyjaźni stopniowo uświadamiałam sobie, w jakim stopniu moje życie różni się od jej życia, od życia Graysona i właściwie wszystkich moich rówieśników. Na przykład moja matka nigdy nie kupowała żadnych magazynów ani gazet. Odwróciłam stronę na nekrologi.
Coś mignęło za oknem. Odetchnęłam z ulgą. Grayson ląduje. Nie słyszałam silnika, ale to mnie nie zdziwiło. Z tej odległości od pasa małych samolotów często nie było słychać.
Kiedy jednak odłożyłam gazetę i podeszłam do okna, żeby upewnić się, że siadł bez problemu, nie zobaczyłam samolotu. To coś, co mi mignęło za oknem, to byli Alec i Jake, którzy przebiegli obok budynku biura, w stronę, gdzie powinien wylądować Grayson. Trochę wolniej biegł za nimi pan Hall.
Nie był to dobry znak. Kiedy któreś z nas zgarniało baner, zawsze ktoś inny pilnował, czy lina i transparent rozwinęły się prawidłowo, czy nic się nie poplątało, czy z samolotu nie odpadła jakaś część. Poza tym zazwyczaj nie obserwowaliśmy swoich startów i lądowań. Skoro teraz nawet pan Hall wybiegł na płytę lotniska, znaczyło to, że Grayson ma poważne kłopoty.
Pstryczkiem na ścianie przełączyłam komunikaty na zewnętrzny głośnik. Kiedy Grayson powie przez radio, że się zbliża, będziemy go słyszeć. Potem zapięłam zamek błyskawiczny mojej cienkiej kurteczki, zresztą jedynej kurteczki, jaką miałam. Zbyt lekkiej, żeby ochroniła mnie przed chłodem tego dnia, ale przecież musiałam zobaczyć, co się dzieje. Wetknęłam do kieszeni służbową komórkę i wyszłam na zewnątrz.
Lodowaty wiatr uderzył mnie w twarz i wepchnął mi kudły do oczu, zupełnie nie przyjmując się tym, że przecież zebrałam je gumką w kucyk. Wciąż jeszcze widać było niebieskie niebo, ale nad drzewami pojawiły się już złowrogie ciemnoszare chmury. Kilka obłoczków przemykało nad moją głową, ich cienie pędziły po ziemi prędzej niż samoloty. Po jednej stronie budynku biurowego stalowa linka pobrzękiwała o maszt flagowy, łomotała, wydając pusty, metaliczny dźwięk, który przywodził na myśl kościelny dzwon. Powinnam opuścić flagę, zanim nadejdzie burza, przemknęło mi przez myśl. Pomarańczowy rękaw wiatrowskazu wyprostował się całkowicie, w dodatku prostopadle do kierunku pasa startowego. Silny wiatr z boku. Niedobrze.
Kilka metrów dalej stali wszyscy trzej, każdy z nich patrzył w niebo, każdy w innym kierunku. Wypatrywali Graysona. Przez kilka ostatnich dni często widywałam zarówno Aleca, jak i Jake'a, ale nigdy razem. Teraz uderzyło mnie, jak bardzo są do siebie podobni - chociaż Jake był o pięć lat starszy. Muskularni, te same jasno blond włosy - chociaż Jake obcięty był na jeża, bo przecież był w wojsku. Te same otwarte, przyjazne twarze i swobodna postawa. Takie same stare dżinsy i bluzy, tego samego kroju kurtki. Ręce na biodrach, przystojni jak modele z żurnala, w naturalny sposób, zupełnie tego nieświadomi. Wyglądali jak na zdjęciu zrobionym przez ich matkę - fotografię pokazał mi kiedyś pan Hall.
Czułam się tak niezręcznie, że o mało się nie zaczerwieniłam. Podeszłam i stanęłam obok pana Halla. Alec był w moim wieku i pewnie naturalną koleją rzeczy powinnam stanąć przy nim, a nie przy jego ojcu, który był już panem w średnim wieku. Rzecz w tym, że po tych trzech latach spędzonych na lotnisku, wciąż nie znałam zbyt dobrze Aleca, Jake'a czy Graysona. Przyjeżdżali do Heaven Beach tylko na lato, na święta i czasem na weekendy. Znałam ich w sumie o tyle, że przyglądałam im się, siedząc na ganku przed biurem, a oni kręcili się wokół hangarów Firmy Lotniczej Hall. Przekomarzali się, kłócili się, wyzywali się od najgorszych. Czasami kłócili się na dobre, wtedy zdarzało się, że jeden drugiemu przyłożył, zanim trzeci z braci nie rozdzielił walczących i nie zawołał ojca. Przyglądałam im się z zawiścią i długo potem wspominałam, co się między nimi działo. Dałabym wszystko, żeby móc do nich dołączyć, żeby móc poczuć się częścią tej hałaśliwej, szorstkiej w obejściu rodzinki. Ale to jasne, że trzymali ze sobą i nie potrzebowali nikogo więcej. Miałabym się z pyszna.
A potem, mniej więcej rok przed tą burzą, zaraz przedtem, jak Jake został wysłany do Afganistanu, pan Hall powiedział mi, żebym przyszła jak zwykle na lekcję pilotażu. Przeszłam przez asfalt, podeszłam do hangaru i przez boczne drzwi usłyszałam głosy chłopaków. Nie chciałam im przerywać ani przeszkadzać, ale wydawało mi się, że najlepiej będzie, jeżeli tam wejdę bez żadnych ceregieli. Tak jak zawsze. Więc nie zapukałam, pchnęłam drzwi.
Zobaczyłam ich wszystkich i usłyszałam głos Aleca:
- Myślicie, że ją posuwa?
- Jezu Chryste, pewnie, że nie - oburzył się Jake.
- Jasne, że ją posuwa - stwierdził Grayson. - Jak myślisz, z jakiej racji ten skąpy dziad dawałby jej lekcje za darmo?
Drzwi wyślizgnęły mi się z dłoni i walnęły o metalową ścianę z hukiem. Jakby ktoś strzelił z armaty. Wszyscy trzej drgnęli nerwowo i odwrócili się w moją stronę. Alec siedział rozwalony na leżaku, Jake opierał się o nos czerwonego pipera, Grayson dłubał w silniku. Przez chwilę stałam, przetrawiałam zasłyszane słowa, próbowałam nie wyciągać z nich wniosków. Może wcale nie o to im chodziło. Nie o to, o czym myślałam. Może wcale nie mieli na myśli pana Halla. I nie mnie.
W następnej chwili zdałam sobie sprawę, że z całą pewnością właśnie o to im chodziło. Jake wbił wzrok w cementową podłogę i potrząsnął głową, jakby chciał powiedzieć, że głupio wyszło, że nie powinnam tego słyszeć, ale w sumie, co go to obchodzi. Alec zaczął dźwigać się z leżaka, a Grayson gapił się na mnie znad silnika samolotu. Spoglądał chłodno i miało to znaczyć: "A co, może nie? Zaprzeczysz?".
Czemu niby miałam zaprzeczyć? Odwróciłam się na pięcie i nie spojrzałam za siebie ani razu, nawet jak doszłam już do biura. Powiedziałam tylko Leonowi, że może wracać do swojej roboty, bo jednak tego dnia nie będę miała lekcji pilotażu.
Przez cały rok od tego dnia nie opuściłam ani jednej lekcji. Latanie było dla mnie zbyt ważne. Natomiast synów pana Halla unikałam, jak tylko mogłam. Zresztą, oni też nie szukali mojego towarzystwa. Jake był w Afganistanie. Alec i Grayson rzucali mi grzeczne "cześć", kiedy nie mieli innego wyjścia, a nawet otwierali przede mną drzwi biura, kiedy dźwigałam pudło pełne dokumentów, prawdziwi dżentelmeni z południa, a może chłopcy z południa, którym ojciec pogroził palcem i zapowiedział, że źle z nimi będzie, jeżeli nie będą zachowywać się jak dżentelmeni. Może nawet chcieli przeprosić, ale nie trafiła się odpowiednia chwila, a teraz wiedzieli, że lepiej już zostawić wszystko, jak jest, niż odgrzebywać tę historię. A poza tym to i tak bez znaczenia, bo przecież nic dla siebie wzajemnie nie znaczyliśmy.
Tymczasem dla mnie miało to znaczenie. Zdałam sobie z tego sprawę, kiedy patrzyłam, jak Jake i Alec wpatrują się w niebo. Dla nich byłam obca, a ja patrzyłam na nich jak na jakichś bohaterów z durnego serialu w telewizji, takiego serialu, na którego kolejny odcinek czeka się przez cały tydzień. No, czekało się, dopóki moja mama nie zaniosła telewizora do lombardu. W każdym razie, dość jednostronna relacja.
Wszystko jedno. Serce waliło mi jak oszalałe na myśl, że jednego z nich czeka paskudnie ciężkie lądowanie.
- Cholera. Nie do wiary - rzekł sam do siebie pan Hall.
- Wiem... - powiedziałam.
- Sprawdzałem prognozę przez cały dzień. Przecież nie pozwoliłbym mu wystartować. Ta burza wzięła się znikąd.
- Wszystko przez to, że jest zima i jesteśmy tak blisko oceanu - pozwoliłam sobie na truizm. - Burze pojawiają się nagle i niespodziewanie.
Cokolwiek stanie się z Graysonem - a niepokoiłam się bardzo - nie chciałam, żeby pan Hall przypisywał sobie winę. Ale przecież i tak będzie to robił.
- Zgadza się - przytaknął pan Hall. - Masz rację. Musisz być lepsza ode mnie.
To był jeden z jego ulubionych tekstów, przy tym najczęściej powtarzany przez jego synów. "Musisz być lepszy ode mnie, musisz być lepszy ode mnie...!" - powtarzali, przedrzeźniając ojca za jego plecami. Miałam nadzieję, że Grayson naprawdę jest lepszy od pana Halla, a przynajmniej ode mnie, bo szczerze wątpiłam, czy wylądowałabym przy takim wietrze.
W głośnikach rozległy się trzaski, potem spokojny, beznamiętny głos Graysona, opanowanego niczym Chuck Yeager. Oznajmił, że zamierza upuścić baner.
Pan Hall musiał być w tamtej chwili bardzo z niego dumny, ale nie pokazał tego po sobie. Skrzyżował tylko ramiona na piersi i dalej patrzył w niebo.
- Jest tam. - Alec pokazał palcem. Widzieliśmy już samolot, małą kropkę nad drzewami i słyszeliśmy go, odległe brzęczenie silnika przebijające się przez szum wiatru.
Teraz zatrzeszczało radio, które pan Hall miał zawieszone u paska. Znów usłyszeliśmy niewzruszony głos Graysona:
- Co z wiatrem? Nadal niekorzystny?
Powiedział to nie na częstotliwości należącej do lotniska, tylko na tej, której Firma Lotnicza Hall używała do komunikacji ze swoimi pilotami, ale nadal wypowiadał się publicznie, więc musiał zachowywać spokój. W zwykłych okolicznościach wcale nie przypominał Aleca czy Jake'a, wcale nie był spokojny. Już sobie wyobrażałam, jak lecą wszystkie możliwe przekleństwa, kiedy tylko wyłączy radio.
Chyba że kręci go niebezpieczeństwo, adrenalina - pomyśłałam. Akurat jeżeli chodziło o Graysona, to całkiem prawdopodobne.
Pan Hall rzucił okiem na wiatrowskaz, po czym uniósł radio do ust.
- Zgadza się, niekorzystny.
Mijały długie minuty, patrzyliśmy, jak kropka zbliża się do pasa, widać było już baner - nitkę ciągnącą się za kropką. Znalazł się nad pasem i zaanonsował się pogodnym tonem przez głośnik, potem zawrócił, żeby dokonać finalnego podejścia i znów się zaanonsował, dokładnie tak, jak nauczył nas wszystkich pan Hall. Samolot schodził coraz niżej, ryk silnika rozlegał się coraz donioślej.
Po trzech latach przyglądania się, jak piloci zrzucają i podejmują baner, ten widok wciąż robił na mnie wrażenie: jak maleńki był samolot, jak długi ciągnął transparent, jak wysokie i jaskrawe były czerwone litery. Baner, który ciągnął tym razem, a właściwie ciągnęliśmy wszyscy troje z Alekiem - na zmianę i przez cały tydzień - został z lata i głosił: PO ZACHODZIE SŁOŃCA 2 W CENIE 1. RESTAURACJA BEACHCOMBERS. Zastanawiałam się czasami, czy właściciel knajpy nie będzie miał nam za złe, jeżeli pojawią się klienci żądający dwóch drinków w cenie jednego i okaże się, że lokal nieczynny jest już od września. Ale przecież w grudniu nie było żadnych klientów, a w każdym razie żaden z amatorów promocji raczej nie wybrał się na bezludną plażę w pochmurny dzień.
Napis PO ZACHODZIE SŁOŃCA 2 W CENIE 1. RESTAURACJA BEACHCOMBERS zbliżał się do nas coraz bardziej, a samolot wydawał się tym bardziej mikroskopijny. Przed lądowaniem Grayson musiał zejść jak najniżej, na tyle, żeby bezpiecznie zrzucić baner, jednak tym razem było to wyjątkowo trudne. Nos maszyny kierował się ukośnie w naszą stronę, nie wzdłuż pasa. Chodziło o to, żeby przeciwstawić się sile wiatru. Nagle stracił kontrolę, przechylił się gwałtownie, lewym skrzydłem do góry. Wszyscy czworo wydaliśmy stłumiony okrzyk.
Wyprostował zaraz maszynę, akurat na naszej wysokości. Był tak blisko, że widziałam nawet ten słomkowy kowbojski kapelusz, który zawsze nosił, ale poza tym w oknach odbijały się chmury, więc nie dostrzegłam niczego więcej.
- Rzucaj, rzucaj, rzucaj! - wrzasnął pan Hall, nie do radia, tylko w powietrze.
Niczym na jego komendę uwolniony od ciężaru samolot wystrzelił w górę, by znaleźć się na bezpieczniejszej wysokości. Baner przez ułamek sekundy zwisał w powietrzu, po czym zaczął z wolna dryfować ku ziemi. Przynajmniej tak z początku to wyglądało. Cała nasza czwórka zdała sobie sprawę, że leci prosto na nas w tej samej chwili, kiedy Grayson odezwał się w radiu pana Halla:
- Może lepiej, żebyście poszli sobie gdzie indziej.
Alec i Jake rzucili się do ucieczki po jednej stronie budynku, ja i pan Hall po drugiej. Ponad dwumetrowej szerokości baner pędził ku nam, wijąc się jak wąż, niewiarygodnie prędko jak na taką wielkość. Trzask! Metalowy pręt wyrżnął w oszklone drzwi.
Skrzywiłam się, ale kiedy poszłam z powrotem przed budynek, ku mojemu zdziwieniu okazało się, że szyba wytrzymała. Teraz pręt miotał się tam i z powrotem po betonie, szarpała nim wstęga transparentu szalejącego na wietrze. Alec i Jake rolowali ją od drugiego końca, który zawinął się po przeciwnej stronie budynku.
- Nieźle dmucha - zawołał Jake.
Wiedziałam, że Grayson ma kłopoty, kiedy tylko zobaczyłam, jak biegną jego bracia i ojciec. Jednak gdybym miała jeszcze jakieś wątpliwości, teraz wszystko stało się aż nazbyt jasne: pilot myśliwca, który spędził rok na wypełnianiu niebezpiecznych zadań w Afganistanie, był wyraźnie zaniepokojony.
- Może niech ląduje na innym lotnisku - zawołał Alec do ojca.
- Oglądałam tę burzę na radarze - powiedziałam do pana Halla. - To jakiś potwór. Monstrum. Grayson nie da rady się przez nią przebić. Przydałoby się lotnisko z inaczej ukierunkowanym pasem.
Chodziło o to, żeby mógł lądować pod wiatr, bo wiatr boczny najbardziej utrudnia utrzymanie kursu. Dokonałam w myślach błyskawicznego przeglądu okolicznych lotnisk - na wybrzeżu, na północ i południe od nas. Na większości z nich ćwiczyłam lądowania i starty.
- Florence - wypowiedzieliśmy tę nazwę jednocześnie, ja i pan Hall. Podniósł znów radio do ust.
- We Florence jest kilka pasów biegnących w kilku różnych kierunkach. Proponuję, żebyś tam lądował. Pojedziemy po ciebie, a jutro wrócimy po samolot.
- Stąd do Florence jest ponad sto kilometrów - usłyszałam głos Graysona. - Nie dolecę. Zabraknie mi paliwa.
- Zrozumiałem - rzekł pan Hall do radia. Znów spojrzał na wiatrowskaz.
Alec i Jake zdołali zwinąć oporny baner w wielką, pękatą belę, a następnie upchnąć go na ganku pod ścianą, za fotelem, żeby go stamtąd nie wywiało. Wszyscy wyszliśmy z powrotem na płytę lotniska, żeby spoglądać, jak samolot leci wzdłuż pasa, potem zawraca. Grayson musiał powtórzyć te same czynności, co podczas pierwszego podejścia, tylko tym razem powinien wylądować.
No właśnie: powinien.
To niesprawiedliwe, że musiał zmagać się z tym samotnie. Nic nas nie łączyło, ale gdyby moja kolej nie wypadła wcześniej, to ja siedziałabym teraz za sterami tego samolotu. Podnosząc głos, żeby przekrzyczeć wiatr, powiedziałam do pana Halla:
- Może przydałaby mu się jakaś rada od pana?
Potrząsnął głową.
- Uczyłem was, jak należy postępować. Pytanie, czy wy się tego nauczyliście. Nie wiem. Ten dzieciak nigdy nie miał za grosz instynktu samozachowawczego. Teraz też pewnie uważa, że to świetna zabawa.
Rzeczywiście, Grayson był czarną owcą w rodzinie i jechał cały czas na adrenalinie, popisywał się i pakował się w kłopoty. Obrywało mu się za palenie, picie, trawę, przekraczanie dozwolonej prędkości, wagary. Pan Hall opowiedział mi o tym wszystkim podczas naszych lotów. Zamartwiał się, czy jego była żona poradzi sobie z samotnym wychowywaniem Graysona. Za to Alec narażał się najwyżej tym, że nie zgadzał się kablować na Graysona. Mimo wszystko wątpiłam jednak, by nawet Grayson uważał lądowanie przy takiej pogodzie za dobrą zabawę.
Niepokoiłam się, ale przecież dla Aleca musiało to być dziesięć razy cięższe przeżycie. Nie byli do siebie podobni pod żadnym względem, nie sprawiali wrażenia, jakby byli szczególnie zżyci. Alec trzymał się raczej Jake'a, w zasadzie wręcz był w niego zapatrzony, a Grayson chadzał własnymi drogami i jak mówiłam, pakował się w kłopoty. Jednak mimo wszystko byli braćmi, do tego bliźniakami. Nie zdziwiłam się więc, kiedy Alec zasłonił dłonią usta, spoglądając na oddalający się samolocik.
Zaskoczyło mnie natomiast, że Jake objął Aleca ramieniem.
Przez głośnik rozległ się spokojny głos Graysona. Czerwony samolocik podchodził do lądowania, znajdował się siedem metrów, dziesięć metrów nad ziemią...
Mrużyłam oczy, broniłam się przed uderzeniami lodowatego wichru, który niósł też ze sobą wciąż zbliżający się ku nam nikły odgłos silnika. Nagle maszyną szarpnęło na lewo, motor zawył. Grayson posługiwał się orczykiem i pedałami sterowania, walcząc z wiatrem. Ja też walczyłam, wczuwałam się w jego sytuację, zacisnęłam dłonie w pięści, czułam napięcie w ramionach, w stopach. Wstrzymywałam oddech.
Samolotem szarpnęło jeszcze kilka razy to w jedną, to w drugą stronę, przechylał się i znów wyrównywał. Aż w końcu znalazł się już kilkadziesiąt centymetrów nad pasem, kilka centymetrów, dotknął go kołami. Samolot wylądował tak równo i gładko, jakby wcale nie było wiatru.
- Doskonale - mruknął pan Hall.
Samolot wciąż jeszcze szybko kołował, kiedy wiatr nagle go przechylił na bok, jednym skrzydłem w niebo, drugie szorowało o asfalt.
- Szlag... - warknął pan Hall. Ja też wydałam jakiś dźwięk, coś między zachłyśnięciem się a okrzykiem. Jake przytrzymał drugą ręką Aleca, przyłożył dłoń do jego piersi, żeby chłopak nie ruszył natychmiast biegiem przez płytę lotniska. Nie mogliśmy już nic dla Graysona zrobić, zresztą i on już niczego zrobić nie mógł. Byliśmy zupełnie bezsilni. Ktoś jęknął:
- Nie, nie, nie, nie, nie...
Skrzydło powędrowało jeszcze wyżej, tak wysoko, jak tylko było to możliwe. Jeszcze chwila, a samolot przewróciłby się na wznak. Jednak w następnej chwili jakby zaczęło opadać, jakby wiatr na chwilę osłabł.
A potem potężny powiew chwycił za ogon maszyny, uniósł go i obrócił samolotem, tak że piper wykonał fikołka - a właśnie tego najbardziej się obawialiśmy i właśnie dlatego większość ludzi nie chce już latać tymi staromodnymi samolocikami. Wicher przeturlał maszynę tak, że znów poruszała się do przodu, po czym cisnął ją na drzewa.
Teraz biegliśmy wszyscy. Jake i Alec wyprzedzili mnie w mgnieniu oka. Mogłam tylko mieć nadzieję, że będą potrafili udzielić pomocy Graysonowi, kiedy się przy nim znajdą. Na razie widziałam jedynie jaskrawo czerwony samolot ustawiony pod dziwnym kątem na tle ciemnej plamy lasu. Skupiłam się na powierzchni pod moimi stopami, potem na nierównym gruncie - trawę ostatnio tu koszono w październiku - potem biegłam już pasem startowym, a przez całą drogę moja nieodłączna butelka wody tłukła się niemiłosiernie w kieszeni kurtki. Kiedy byłam już blisko, przypomniałam sobie, że w drugiej kieszeni mam telefon komórkowy. Wyciągnęłam go i wystukałam 911.
Jednak w tej samej chwili wszyscy trzej wychynęli spod skrzydła: najpierw Jake, potem Alec, wreszcie Grayson. Śmiali się jak szaleni.
Zatrzymałam się na asfalcie. Płuca paliły mnie boleśnie, marzyłam o tym, żeby pochylić się i oprzeć dłonie o kolana, nie zamierzałam jednak zrobić czegoś takiego na oczach chłopaków.
Odwróciłam się i zawołałam do pana Halla, że Graysonowi nic się nie stało. On zresztą też ich zobaczył, nie biegł już, tylko szedł. Przyciskał dłoń do serca.
Szłam jeszcze po trawiastym stoku, na którym znalazł się samolot, kiedy usłyszałam głos Jake'a:
- Szkoda, że Admirał tego nie widział. Miałbyś jak w banku list polecający od niego i mógłbyś startować na pilota marynarki wojennej. Wiesz, chodzi mi o lądowanie na lotniskowcach.
Jake darzył Admirała bezgranicznym podziwem ze względu na jego wyczyny wojenne.
Grayson oczywiście wiedział, że to wyjątkowy komplement. Po jego uśmiechu widać było, jaki jest zadowolony.
- E tam. Nic takiego.
Nawet jego oczy się śmiały, co robiło dziwne wrażenie. Rzadko zdarzało mi się widywać Graysona bez ciemnych awiatorów i słomkowego kowbojskiego kapelusza. Pewnie zapodziały się gdzieś w kokpicie.
- Szkoda, że tego nie sfilmowaliśmy - odezwał się Alec. - Powinieneś się zobaczyć, Grayson. Naprawdę kilka razy wyglądało, że już po tobie. Chyba ze trzy albo i cztery razy, nie?
- Raczej sześć albo siedem - poprawił go Jake.
- Nie muszę tego oglądać, siedziałem w środku - odparł Grayson. - A zresztą, jeżeli uda nam się skombinować traktor, żeby zaciągnąć samolot z powrotem na pas i uda się maszynę odpalić, mogę zrobić dubla dla kamery.
Jake i Alec ryknęli śmiechem. Alec powiedział:
- Tak właśnie myślałem: "Grayson pewnie świetnie się bawi".
- Ojciec też tak sądził - dodał Jake. Zaczął przedrzeźniać pana Halla, w czym zresztą wszyscy jego synowie byli świetni: - "Ten chłopak pewnie uważa, że to świetna zabawa. Nigdy nie miał za grosz instynktu samozachowawczego".
Ich śmiech umilkł, kiedy zbliżył się do nas pan Hall. Grayson dalej się uśmiechał, ale w jego oczach już śmiechu nie było. Czekał na werdykt ojca.