Odliczając z tobą - Tashie Bhuiyan

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (31,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

T-MINUS 28 DNI

Na lot­ni­skach zawsze panuje chaos.

Wokół mnie za dużo się dzieje. Zbyt dużo ludzi się spie­szy, zbyt wiele osób krąży bez celu, z gło­śni­ków sły­chać za dużo ogło­szeń. Jest też zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele łza­wych poże­gnań.

W moim kąciku panuje anar­chia. Mama wisi na tele­fo­nie, żegna­jąc się z dzie­się­cioma milio­nami przy­ja­ciół, a tata spra­wia wra­że­nie, jakby już żało­wał, że zgo­dził się z nią jechać na mie­sięczną wyprawę do Ban­gla­de­szu. Na lot­ni­sku imie­nia J.F. Ken­nedy'ego jest zbyt gło­śno nawet w słu­chaw­kach.

Chcia­ła­bym być gdzie indziej.

Obok stoi mój młod­szy brat, Samir, ja zaś sączę napój, po który wysła­łam go do Star­bucksa. W dru­giej ręce dla zabi­cia czasu trzy­mam otwartą książkę.

Dadu, czyli babci ze strony taty, nie podoba się jego koszula.

- Wpuść ją w spodnie - prosi po ben­gal­sku.

Kiedy jej syn nie­chęt­nie wyko­nuje pole­ce­nie, ukry­wam uśmiech za napo­jem. Z Dadu nie ma żar­tów.

- Jak długo będziemy cze­kać? - pytam Samira, wyjąw­szy uprzed­nio słu­chawkę.

- Któż to może wie­dzieć - odpo­wiada. - Aż mama wresz­cie skoń­czy roz­ma­wiać.

Nie na wiele się to zdało.

- Czyli... ni­gdy.

W dal­szym ciągu jestem prze­ko­nana, że na początku marca jest zbyt chłodno, by jechać na waka­cje, ale o ile znam wła­snych rodzi­ców, dziś praw­do­po­dob­nie były naj­tań­sze bilety na samo­lot.

Choć ich kocham, cie­szy mnie ich wyjazd na mie­sięczne odwie­dziny u rodziny ze strony mamy. Jakaś część mnie żałuje, że nie mogę jechać, bo uwiel­biam wizyty w Ban­gla­de­szu, uwiel­biam cudowną, ruchliwą ener­gię Dhaki, ale jed­no­cze­śnie prze­raża mnie wizja spę­dze­nia całego mie­siąca w oto­cze­niu krew­nych. Na szczę­ście liceum ma pierw­szeń­stwo przed odwie­dzi­nami u rodziny. Cza­sem dobrze mieć szes­na­ście lat.

Ale tylko cza­sem.

Mama wresz­cie odrywa się od tele­fonu i gestem wska­zuje walizkę. - Samir, chodź mi pomóc.

Kiedy brat asy­stuje pod­czas odprawy baga­żo­wej, ja ukrad­kiem staję przy Dadu i opie­ram się o nią ramie­niem. Od kilku dni mieszka u nas, by pomóc moim rodzi­com w pako­wa­niu.

- Co tam, Myro? - pyta, zwra­ca­jąc się do mnie moim "dak nam", imie­niem uży­wa­nym w gro­nie rodziny. Choć wolę ofi­cjalne imię, Karina, czyli "bhalo nam", "dobre imię", któ­rym posłu­gują się wszy­scy moi przy­ja­ciele, nie mam nic prze­ciwko, by Dadu mówiła do mnie Myra.

- Hej, Dadu. Jesteś gotowa na drugą podróż Ube­rem? - pytam. - Baba powie­dział, że do domu wró­cimy innym.

- Innym? - pyta, ści­ska­jąc mój nad­gar­stek. Jej skóra, pomarsz­czona ze sta­ro­ści i od wie­lo­go­dzin­nej cięż­kiej pracy, jest cie­pła i dobrze znana. - Myślisz, że tym razem ktoś spró­buje nas porwać?

- Inszal­lah - odpo­wia­dam żar­tem, co zna­czy "jeśli taka jest wola Boga".

Roze­śmiana Dadu kle­pie mnie w ramię.

- Myro, nie rób sobie głu­pich żar­tów.

Z sze­ro­kim uśmie­chem odpo­wia­dam:

- Prze­pra­szam.

Lubię takie lek­kie, pro­ste roz­mowy. Nie­zbyt czę­sto się zda­rzają, bo bab­cia na stałe mieszka w New Jer­sey. Co roku w lecie bła­gam rodzi­ców, by pozwo­lili mi do niej jechać. Zwy­kle odma­wiają, do czasu, aż wkra­cza Dadu, twier­dząc, że za mną tęskni. Rów­nie dobrze mogłaby powie­dzieć "twoja córka przy­jeż­dża do mnie w odwie­dziny, czy ci się to podoba, czy nie".

Wra­cają rodzice z baga­żem pod­ręcz­nym. Mama kręci głową, bo tata poka­zuje jej coś na tele­fo­nie.

- Samir, potra­fisz pobrać z Netlifksa filmy na tele­fon, prawda? - pyta tata, zna­cząco patrząc na mamę.

Samir kiwa pota­ku­jąco głową, lecz mama się krzywi.

- Już ci mówi­łam, że nie mam miej­sca.

- Bo masz na tele­fo­nie milion apli­ka­cji modli­tew­nych - rzuca Baba pod nosem. - Nawet Allah by uznał, że jedna wystar­czy.

Mama kle­pie go w ramię.

- Nie mów takich rze­czy przy dzie­ciach. Dasz im zły przy­kład. Prze­cież wiesz, że to przez Candy Crush i Face­bo­oka. Może pobie­rzesz filmy na swój tele­fon?

Baba pry­cha.

- Marze­nia. Pobra­łem wszyst­kie odcinki Bre­aking Bad. Nie mam miej­sca na twoje dra­maty.

Mama sku­bie grzbiet nosa.

- Już jeste­śmy po odpra­wie. Jeśli chcemy lecieć, musimy się zbie­rać - mówi do babci, a póź­niej z wycze­ku­ją­cym spoj­rze­niem odwraca się do mnie.

Z nie­pew­no­ści żołą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła. W myślach odli­czam wstecz, sta­ra­jąc się zrzu­cić z serca nie­wy­godny cię­żar. Dzie­sięć, dzie­więć, osiem, sie­dem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden.

Wiem, że mogę być roz­e­mo­cjo­no­wana. Prze­cież żegnam rodzi­ców na cały mie­siąc. Dzie­lić nas będzie nie­mal osiem tysięcy mil i dzie­się­cio­go­dzinna róż­nica czasu.

To bar­dzo dużo.

I za mało.

T-minus 28 dni.

Prze­cież to moi rodzice, nie mogę pozwo­lić, by wyle­cieli bez poże­gna­nia.

Pochy­lam się, by uści­snąć mamę. Pach­nie różami i szam­po­nem cytru­so­wym. Tka­nina jej sal­war kamiz dra­pie mnie w szyję. Jestem roz­darta pomię­dzy pra­gnie­niem moc­niej­szego przy­tu­le­nia się do niej, a chę­cią, by zna­la­zła się bar­dzo daleko.

- Do zoba­cze­nia, mamo - mówię, po czym przy­tu­lam tatę, od któ­rego czuć paskudną wodę koloń­ską, praw­do­po­dob­nie by zro­bić wra­że­nie na krew­nych mamy. Z uśmie­chem strze­puję mu z bar­ków jakiś paproch, a póź­niej się cofam.

- Do zoba­cze­nia, Babo.

- Myro, tylko dzwoń do nas codzien­nie - poleca mama. - Choć będziesz miesz­kać z Dadu, nie wszystko ci wolno. Masz się sto­sow­nie zacho­wy­wać i wię­cej czasu poświę­cać nauce, zamiast czy­tać te głu­pie książki.

Uśmiech zamiera mi na ustach. Czuję się jak pies, któ­remu wła­śnie kazano się tur­lać. Muszę sobie przy­po­mnieć, że mama chce dobrze.

- Jasne, mamo.

Teraz mama odwraca się do brata i zaczyna gru­chać, zacze­su­jąc mu przy tym włosy. Przy­gry­zam poli­czek, by nie zacząć wyć. Natu­ral­nie dla niego nie ma pro­tek­cjo­nal­nych upo­mnień.

- Samir, powiedz Dadu, jak zgłod­nie­jesz, dobrze? Zrobi ci wszystko, na co będziesz miał ochotę.

- Daj już spo­kój, mamo - odpo­wiada mój brat, odpy­cha­jąc jej dło­nie. Uśmie­cha się przy tym pro­mien­nie niczym stu­wa­towa żarówka, co z wielu powo­dów trudno mi znieść. Chyba ni­gdy nie uśmie­cha­łam się do rodzi­ców w taki spo­sób.

Tata robi krok naprzód, co przy­kuwa moją uwagę. Na jego minę nieco łatwiej patrzeć.

- Myro, infor­muj nas na bie­żąco o swo­ich stop­niach - prosi, ści­ska­jąc mnie za ramię. - Jesteś w przed­ostat­niej kla­sie. Wiesz prze­cież, że aby zostać leka­rzem, musisz mieć same piątki.

A jeśli nie chcę? Co wtedy?

- Dobrze, Babo - odpo­wia­dam, bo prze­cież nie mogę powie­dzieć nic innego. - Tak zro­bię.

Zaraz potem odcho­dzą w kie­runku ochrony, a my zosta­jemy tylko we troje. Na­dal sły­szę, jak się kłócą o Net­flixa.

- Chodź już, Myro - pona­gla Dadu, sztur­cha­jąc mnie w ramię.

Odwra­cam wzrok od odda­la­ją­cych się ple­ców rodzi­ców.

- Poszu­kajmy Ubera.

- Ja to zro­bię - mówi Samir, kiedy ruszamy do wyj­ścia. Jed­no­cze­śnie wyciąga tele­fon i gestem daje mi znak, że mam się nie wtrą­cać.

Wzno­szę oczy do nieba, choć wcale mnie nie dziwi, że chce prze­jąć dowo­dze­nie. Kiedy po raz ostatni patrzę przez ramię na rodzi­ców, Dadu deli­kat­nie cią­gnie mnie za ucho.

- To o czym teraz czy­tasz? - pyta.

Zasko­czona, odwra­cam się do niej. Choć po upo­mnie­niu mamy zamknę­łam książkę, histo­ria cią­gle krąży mi po gło­wie.

- Naprawdę chcesz wie­dzieć?

- No pew­nie - odpo­wiada Dadu z cie­płym uśmie­chem. - Możesz mi to opo­wie­dzieć w Ube­rze, w dro­dze do domu.

Zbli­żamy się do wyj­ścia, a mnie serce ska­cze z rado­ści.

- Świetny pomysł.

Tym razem kiedy się odwra­cam, nie widać już ani śladu rodzi­ców. I choć wiem, że to nie w porządku, odczu­wam wyłącz­nie ulgę.

Rozdział 2

2

T-MINUS 27 DNI

W liceum nie jest tak źle, jak poka­zują w tele­wi­zji. Ni­gdy nie widzia­łam, by ktoś kogoś wepchnął do szafki lub publicz­nie pognę­bił przy drzwiach sto­łówki. I wolę, aby tak zostało. Bo prze­cież to brzmi jak czy­sty kosz­mar.

W mojej szkole mogę się spo­dzie­wać naj­wy­żej powie­wa­ją­cych przed budyn­kiem pur­pu­rowo-zło­tych cho­rą­gwi przed­sta­wia­ją­cych ogromne wilki rodem z kre­skó­wek. Tą próbą nada­nia szkole atmos­fery, przy­naj­mniej moim zda­niem, pogar­dza nawet sam dyrek­tor. Liceum Midland High School sły­nie z przed­mio­tów ści­słych, w tym mate­ma­tyki, i wła­śnie dla­tego rodzice uznali je za naj­lep­szą dla mnie i mojego brata szkołę w Long Island. Choć Samir jest w pierw­szej, a ja w przed­ostat­niej kla­sie, to przez pół roku w tym miej­scu osią­gnął w dzie­dzi­nie nauk ści­słych znacz­nie wię­cej niż ja. Przede wszyst­kim dla­tego, że ja tych przed­mio­tów nie cier­pię.

Pomimo to poko­cha­łam jed­nak swoją szkołę. I jej jaskra­wo­żółte szafki, paste­lowe ściany oraz zadbane pod­łogi pokryte pur­pu­ro­wym lino­leum, dzięki czemu przy­po­mina raczej książki dr. Seussa niż pla­cówkę edu­ka­cyjną.

Kiedy wcho­dzę do sto­łówki, moje przy­ja­ciółki sie­dzą już przy limon­ko­wo­zie­lo­nym sto­liku przy auto­ma­tach, więc z sze­ro­kim uśmie­chem podą­żam w ich stronę. Dziś mam szcze­gól­nie dobry nastrój, bo bab­cia obu­dziła mnie wcze­śniej na para­thę i omlet. To miła nie­spo­dzianka, bo zwy­kle dostaję bato­nik muesli.

- Dzień dobry - mówię, obej­mu­jąc dwie ulu­bione dziew­czyny. - Ależ piękny dzień, prawda?

Nan­dini prze­wraca oczami, jed­no­cze­śnie prze­cią­ga­jąc dło­nią po krót­kich locz­kach, jesz­cze wil­got­nych po kon­tak­cie z ponurą pogodą.

- Karino, pada.

- To prawda - potwier­dzam, wci­ska­jąc się pomię­dzy nią a Corę, która ze śmie­chem robi mi miej­sce.

Pozna­ły­śmy się w pierw­szej kla­sie na lek­cji wło­skiego i od tam­tej pory jeste­śmy nie­roz­łączne. Co roku wybie­ramy zaję­cia z nadzieją na podobny plan lek­cji. Jak dotąd nam się udało.

W tym roku, choć codzien­nie mamy wolną pierw­szą lek­cję, przy­cho­dzimy wcze­śniej, żeby wspól­nie spę­dzić czas.

- Jak ci minął pierw­szy dzień bez rodzi­ców? - pyta Cora, odsu­wa­jąc na plecy włosy w kolo­rze pla­ty­no­wego blondu, a następ­nie poda­jąc mi kubek cie­płej kawy. - Widzę, że zaczę­łaś nosić krót­kie topy i poprze­cie­rane dżinsy.

W odpo­wie­dzi uśmie­cham się blado, zer­ka­jąc na swój strój. Nawet jeśli nie jest bar­dzo odważny, odsła­nia nieco wię­cej niż zwy­kle.

- Od wielu mie­sięcy ukry­wa­łam te rze­czy na dnie komody.

- To przy­naj­mniej wresz­cie ujrzały świa­tło dzienne - stwier­dza Nan­dini, dźga­jąc mnie w pępek.

Ze śmie­chem upi­jam łyk gorz­kiej kawy, usi­łu­jąc się nie krzy­wić. Cora naj­czę­ściej zapo­mina, jaką kawę lubię, ale nie narze­kam, bo nad­ło­żyła drogi, żeby mi ją kupić.

- Wczo­raj obej­rza­łam trzy filmy, poło­ży­łam się o pierw­szej, a Dadu nie powie­działa ani słowa. Może­cie w to uwie­rzyć? To naprawdę super.

- Ech, żałuję, że nie mam tak samo. Odkąd wpro­wa­dzili się do nas dziad­ko­wie, cały czas oku­pują tele­wi­zor, a oglą­da­nie na lap­to­pie to nie to samo - ciężko wzdy­cha Nan­dini. - Zasta­na­wiam się, czy kolej­nego czeku nie prze­zna­czyć na tele­wi­zor do swo­jego pokoju.

- To dobry pomysł - przy­znaje Cora, patrząc na nią roz­ja­śnio­nym spoj­rze­niem swych orze­cho­wych oczu. - Pomy­śl­cie tylko, jakie mara­tony fil­mowe mogły­by­śmy orga­ni­zo­wać.

Nan­dini naj­pierw uśmie­cha się od ucha do ucha, a potem prze­nosi wzrok na mnie.

- A tak poważ­nie, słonko, to cie­szę się twoim szczę­ściem. Potrze­bo­wa­łaś tego.

Odpo­wia­dam lek­kim uśmie­chem.

- Tak, naprawdę potrze­bo­wa­łam.

Kilka ostat­nich mie­sięcy było bar­dzo trud­nych, o czym wie­dzą zarówno Nan­dini, jak i Cora. Ni­gdy nie było powodu, by mieć przed sobą tajem­nice. Kiedy w dru­giej kla­sie Nan­dini zde­cy­do­wała, że nie chce już zapusz­czać wło­sów, nie­za­leż­nie od tego, czy należy do Sikhów, czy też nie, to naj­pierw nam o tym powie­działa. To my poszły­śmy z nią do fry­zjera, i to my trzy­ma­ły­śmy ją przez cały czas za rękę. Rok temu, gdy Cora odkryła wła­sną bisek­su­al­ność, nasz czat gru­powy do samego rana był roz­grzany do czer­wo­no­ści. Naza­jutrz zja­wi­ły­śmy się w szkole z jed­na­ko­wymi siń­cami pod oczami i na znak soli­dar­no­ści posy­ła­ły­śmy sobie zdra­dza­jące zmę­cze­nie uśmie­chy.

Na początku roku dotarło do mnie, że nie chcę być ani lekarką, ani inży­nie­rem, ani w ogóle nie chcę mieć nic wspól­nego z tech­niką ani naukami ści­słymi. I to było zde­cy­do­wa­nie naj­gor­sze doświad­cze­nie w moim dotych­cza­so­wym życiu. I jest na­dal.

Kiedy hipo­te­tycz­nie wspo­mnia­łam rodzi­com o moż­li­wo­ści stu­dio­wa­nia cze­goś innego niż medy­cyna - nie mówiąc ani słowa o filo­lo­gii angiel­skiej - usły­sza­łam strasz­liwe kaza­nie. Cią­gnęło się przez wiele tygo­dni, a jego kres zawdzię­czam jedy­nie ich przy­go­to­wa­niom do podróży.

Ich reak­cja była urze­czy­wist­nie­niem hor­roru. Do tam­tej pory w ogóle nie mia­łam poję­cia, że umiem odczu­wać lęk. Nie mogłam jed­nak zaprze­czyć jego ist­nie­niu, kiedy sie­dząc samot­nie w swoim pokoju, wal­czy­łam wśród łez o oddech, a piersi przy­gnia­tał mi coraz więk­szy cię­żar.

Z per­spek­tywy czasu sądzę, że lęk towa­rzy­szy mi od zawsze. Po pro­stu ni­gdy wcze­śniej nie przy­brał takich roz­mia­rów jak teraz, kiedy tuż za rogiem czeka na mnie przy­szłość, zara­zem tak nie­praw­do­po­dob­nie odle­gła, jak i bliż­sza niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Nan­dini i Cora na­dal sądzą, że powin­nam dążyć do dyplomu z języka angiel­skiego. Mnie samej wydaje się jed­nak, że po takiej pró­bie rodzice mogą się mnie wyrzec. Tym jed­nak nie muszę się mar­twić przez kolejny mie­siąc. Jestem wolna od nie­ustan­nego cię­żaru ich krzy­wych spoj­rzeń.

T-minus 27 dni. Zamie­rzam wyko­rzy­stać każdy z nich.

- Jak wam minął week­end? - pytam, opie­ra­jąc łok­cie na stole.

Sze­roko uśmiech­nięta Cora odpo­wiada:

- W porządku, bo zna­la­złam w gale­rii naj­pięk­niej­szą parę butów. Po powro­cie do domu prze­ślę ci zdję­cie na Snap­cha­cie. Są naprawdę super. Ide­alne na bal młod­szych klas.

- Nie chcę wię­cej sły­szeć o balu - wtrąca Nan­dini, która opiera mi brodę na ramie­niu. - Coro, to dla prze­gry­wów.

- Ale z was nudziary - jęczy Cora. - Zoba­czy­cie, będzie faj­nie! Prze­cież nie musimy nikogo zapra­szać. Możemy iść tylko we trzy, dla wprawy przed praw­dzi­wym balem.

- Powo­dze­nia w prze­ko­ny­wa­niu moich rodzi­ców, żeby się zgo­dzili na jaki­kol­wiek bal - mówię. Choć brzmi to nie­fra­so­bli­wie, do Nan­dini i Cory natych­miast dociera powaga sytu­acji.

Choć Nan­dini ma czy­sto indyj­skie korze­nie, Cora jest na wpół Chinką, moi rodzice są bar­dziej rygo­ry­styczni niż ich razem wzięci. Rzadko wolno mi robić cokol­wiek bez gwa­ran­cji nad­zoru rodzi­ciel­skiego. Łama­nie tych zasad zwy­kle nie jest warte pie­kiel­nych wrza­sków, jakie za sobą pociąga. Wiem, że chcą mnie chro­nić, ale i tak utrud­nia mi to życie towa­rzy­skie. To skom­pli­ko­wana sytu­acja.

W tym momen­cie nawet nie ma mowy o balu.

- Zacznę pisać pety­cję - obie­cuje Cora, wyj­mu­jąc przy tym pla­ner, w któ­rym chce coś zano­to­wać. - Chcia­ła­bym zoba­czyć, co powie twoja mama na widok pię­ciu­set pod­pi­sów.

Powstrzy­muję śmiech.

- Skąd, do licha, chcesz wziąć pięć­set pod­pi­sów? Nie sądzę, żeby znało mnie aż tyle osób.

- Słu­chaj, prze­cież nie muszą cię znać. Cho­dzi o spra­wie­dli­wość spo­łeczną. Rodzice pozba­wiają cię prawa do uczest­nic­twa w balu, a to powinno być zaka­zane pra­wem! - Pod­no­sząc głos, dodaje. - To twoja prze­strzeń. To twój obszar. Nie mogą ci tego zro­bić.

- Poważ­nie mówisz? - pytam ze śmie­chem. - Wiesz, jak teraz brzmisz? Czy to dla­tego, że twój tata jest biały?

Nan­dini pry­cha.

- Dokład­nie tak - odpo­wiada. - Coro, ty głu­polu. Kocham cię.

- Nie trak­tuj mnie pro­tek­cjo­nal­nie - rzuca Cora, ostrze­gaw­czo kie­ru­jąc w stronę Nan­dini swój ołó­wek, a póź­niej po chwili waha­nia, dodaje: - Ale ja też cię kocham.

Pry­cham.

- Obie zacho­wu­je­cie się jak bła­zny.

- Cicho bądź. - Nan­dini stuka mnie bar­kiem. - Jeśli trzeba, same cię porwiemy na ten bal. Chyba się zmie­ścisz do torby podróż­nej. Trzeba cię będzie tro­chę ści­snąć, ale myślę, że we trzy damy sobie radę.

- Na Boga, czy to ozna­cza, że taki jest plan? - pyta Cora, nie­mal wrzesz­cząc mi przy tym do ucha. Kilka osób sie­dzą­cych na końcu stołu patrzy na nas ze zło­ścią, więc posy­łam im prze­pra­sza­jący uśmiech. - To ofi­cjalna wia­do­mość. Trójca NCK idzie na bal!

- Czemu ja zawsze paplam bez zasta­no­wie­nia? - pyta szep­tem Nan­dini, wbi­ja­jąc wzrok w sufit.

Na­dal uśmiech­nięta, opie­ram Nan­dini głowę na ramie­niu. Choć moje naj­lep­sze przy­ja­ciółki lubią się wygłu­piać, to jed­nak są moje i nie zamie­ni­ła­bym ich na nic w świe­cie.

Nan­dini nieco się garbi, by mi było wygod­niej, a sie­dząca z dru­giej strony Cora splata palce z moimi.

- Naprawdę bym chciała iść z wami na bal - mówię. - Ale moi rodzice... No nie wiem.

Cora ści­ska mi dłoń.

- Karino, prze­cież wiesz, co mówią poeci. Jeśli bar­dzo mocno cze­goś chcesz, nic cię nie powstrzyma, czy coś w tym stylu. Mam rację, Nan­dini?

Nan­dini pota­kuje ruchem głowy, uśmie­cha­jąc się przy tym na widok mojej poiry­to­wa­nej miny. Ujmuje moją drugą rękę w obie dło­nie, a póź­niej splata mały palec z moim.

- Nie możesz pozwo­lić całemu światu decy­do­wać o two­jej przy­szło­ści. Słońce, to twoje życie. Jeśli chcesz iść na bal, powin­naś iść na bal. Raz na jakiś czas powin­naś na pierw­szym miej­scu posta­wić wła­sne szczę­ście.

- Po pro­stu jestem realistką - rzu­cam pod nosem, ale kiedy obie ści­skają mi dło­nie, nie pozo­staję im dłużna.

Nan­dini pry­cha.

- No jasne, Karino. Zaak­cep­tu­jemy ten fakt.

- Naprawdę tak jest - odpo­wia­dam gło­śniej.

Cora mru­czy, uno­sząc swą ide­alną brew.

- Uwie­rzę, kiedy zoba­czę.

- Nie­ważne. - Wzno­szę oczy do nieba. - Czy nie mia­ły­ście nad­ra­biać pracy domo­wej?

- O cho­lera - stwier­dza Cora, gwał­tow­nie prze­glą­da­jąc segre­ga­tor. - Czy któ­raś z was zro­zu­miała zada­nie z wło­skiego? Bo ja wcale. Co w ogóle zna­czy pyta­nie trze­cie?

Choć patrzę, jak Nan­dini jej to wyja­śnia, nie­ustan­nie wra­cam myślami do roz­mowy. Chwi­lowa nie­obec­ność rodzi­ców daje mi więk­szą swo­bodę, ale nie ozna­cza, że na wszystko mogę sobie pozwo­lić. To prze­cież potrwa tylko jakiś czas.

Do ich powrotu mam zale­d­wie dwa­dzie­ścia sie­dem dni, a wtedy moja pozła­cana klatka znów się zamknie.

Rozdział 3

3

T-MINUS 27 DNI

Przed pierw­szą lek­cją każda idzie w swoją stronę. Sia­dam z tyłu klasy i zamiast słu­chać nauczy­ciela, całą uwagę poświę­cam bez­ce­lo­wemu gry­zmo­le­niu w pamięt­niku. Choć nie mam szcze­gól­nych uzdol­nień, cza­sem w gło­wie pano­szy mi się poezja, którą zapi­suję w każ­dej wol­nej chwili.

Tonę w bla­sku księ­życa, me płuca pełne gwiazd

Po dzwonku pakuję swoje rze­czy i zatło­czo­nymi kory­ta­rzami ruszam do szafki, któ­rej wnę­trze odpo­wiada sta­nowi mojego umy­słu. Na każ­dej powierzchni znaj­dują się moje zdję­cia z Nan­dini i Corą. Są tam także rysunki boha­te­rów fil­mo­wych oraz ulu­bio­nych scen z ksią­żek. Na tablicy na wewnętrz­nej stro­nie drzwi znaj­dują się naba­zgrane przy­po­mnie­nia. Z tyłu wisi repro­duk­cja chu­s­teczki Des­de­mony z wzo­rem tru­ska­wek z Otella, do któ­rej przy­cze­pi­łam kilka wła­snych wier­szy.

Odło­żyw­szy pod­ręcz­nik, idę na kolejne ulu­bione zaję­cia, czyli język angiel­ski. Bar­dzo potrze­buję wytchnie­nia po fizyce dla zaawan­so­wa­nych. Broń Boże, by moi rodzice się kie­dy­kol­wiek zorien­to­wali, jak duży mam z nią pro­blem.

W pra­cowni angiel­skiego cho­wam się z tyłu, tuż przy oknie. Wraz z Corą i Nan­dini zaję­ły­śmy sobie to miej­sce już na początku roku, bo stąd łatwiej dys­kret­nie wysy­łać wia­do­mo­ści.

- Na WF-ie zda­rzyło się coś dziw­nego - mówi Nan­dini, pada­jąc na sto­jące obok mnie krze­sło. Na tablicy nauczy­cielka, panna Can­non, bazgroli już ćwi­cze­nie wstępne, nie­mal nie zwra­ca­jąc na nas uwagi. - Powiem wam przy lun­chu.

Uno­szę brwi.

- Cze­kam z nie­cier­pli­wo­ścią.

Kiedy roz­lega się dzwo­nek, do klasy wpada Cora, która zaj­muje miej­sce po dru­giej stro­nie Nan­dini.

- Koniecz­nie musia­łam się wysi­kać - wyznaje zdy­szana.

Ze współ­czu­ciem podaję jej butelkę z wodą.

Panna Can­non kla­śnię­ciem przy­wo­łuje naszą uwagę.

- Zacznijmy oma­wiać Wiel­kiego Gatsby'ego...

Jestem dziś w tak dobrym humo­rze, że zgła­szam się zaraz na początku dys­ku­sji. Zwy­kle, jeśli nie mam nic do powie­dze­nia, nerwy nie pozwa­lają mi tego zro­bić. Nie lubię czuć na sobie czy­je­goś wzroku, kiedy nie umiem powie­dzieć nic mądrego.

- Moim zda­niem tak naprawdę nie ma zna­cze­nia, czy Gatsby mówi prawdę o sobie lub wła­snej prze­szło­ści, bo czy to w ogóle ma wpływ na jego przy­szłość? Może prze­cież opo­wie­dzieć dowolną bajkę, ponie­waż i tak nie będzie to rów­nie istotne, jak spo­sób przed­sta­wie­nia jego miło­ści do Daisy. Śmiem twier­dzić, że to naj­waż­niej­szy aspekt jego całego wize­runku.

- To inte­re­su­jące stwier­dze­nie, Karino - oznaj­mia panna Can­non z uśmie­chem. - Czy ktoś chciałby się z tym nie zgo­dzić lub roz­wi­nąć ten wątek?

Zgła­sza się ktoś inny.

- Zga­dzam się z Kariną. Na stro­nie sto pięć­dzie­sią­tej jest napi­sane...

Kiwam pota­ku­jąco głową, szu­ka­jąc tego frag­mentu.

Roz­mowa trwa jesz­cze dzie­sięć minut, a póź­niej dzie­limy się na grupy. Rzecz jasna, zsu­wamy ławki: Cora, Nan­dini i ja.

- No dobra, jesz­cze nie zaczę­łam czy­tać - wyznaje Nan­dini, spraw­dziw­szy, czy panna Can­non zaj­muje się inną grupą. - Wczo­raj do późna pra­co­wa­łam w kinie, a musia­łam jesz­cze skoń­czyć laborkę z fizyki, więc... z cze­goś trzeba było zre­zy­gno­wać.

- A ja przej­rza­łam więk­szość, ale nic tak naprawdę nie zro­zu­mia­łam - dorzuca Cora, dra­piąc się w nos. - Karino, możesz nam wytłu­ma­czyć?

Bez zdzi­wie­nia wzno­szę oczy do nieba. Każda z nas jest dobra z innego przed­miotu. Nan­dini uwiel­bia nauki przy­rod­ni­cze, Cora histo­rię, a ja lite­ra­turę.

- Czyli zasad­ni­czo chce­cie "Gatsby'ego dla opor­nych", tak?

- O tak, dokład­nie na to liczę - potwier­dza Nan­dini.

Z wes­tchnie­niem kiwam głową.

- Niech będzie. No więc Nick jedzie z Gats­bym, który gada i gada, to histo­ria mojego życia, a tylko Bóg wie, czemu Nick w ogóle go słu­cha. A potem Gatsby cwa­nia­kuje, zaczyna opo­wia­dać, czego to on nie robił, w stylu: "nie uwie­rzysz, ale zebra­łem te wszyst­kie klej­noty w Euro­pie, polo­wa­łem na gru­bego zwie­rza, w I woj­nie świa­to­wej dosta­łem medale w wielu kra­jach Europy". A Nick zacho­wuje się jak... Jak sądzi­cie? Za to Gatsby... "Patrz, to mój medal z Czar­no­góry, a tu z kum­plami gram w kry­kieta w Oxfor­dzie i bla, bla, bla".

- Uwiel­biam cię - wyznaje szcze­rze Cora. - Jesteś anio­łem i dała­bym się za cie­bie pokroić. Ni­gdy wię­cej nie prze­czy­tam żad­nej książki.

- A powinno być dokład­nie na odwrót - odpo­wia­dam, kopiąc ją pod ławką. - Poczy­taj jakąś książkę, bar­dzo cię pro­szę.

- No, zoba­czymy - mówi Cora, pod­kre­śla­jąc to non­sza­lanc­kim gestem.

Gdy wyja­śni­łam dal­szy ciąg roz­działu, tuż przed dzwon­kiem wybie­ramy temat do omó­wie­nia w pracy domo­wej. Potem wsta­jemy, by iść na lunch, w dro­dze do drzwi sły­szę jed­nak, jak panna Can­non mówi:

- Karino, mogę cię pro­sić na sekundę?

Z waha­niem zer­kam na przy­ja­ciółki.

- Pocze­kamy pod klasą - obie­cuje Nan­dini, kle­piąc mnie w ramię. Z wdzięcz­nym uśmie­chem pod­cho­dzę do biurka, na któ­rym pełno jest ksią­żek i jakichś papie­rów.

Panna Can­non to moja ulu­biona nauczy­cielka. Star­sza od nas o zale­d­wie kilka lat, zawsze pro­wa­dzi naj­cie­kaw­sze lek­cje. Kiedy wyzna­łam jej, że lubię czy­tać wszystko, od kla­syki po bele­try­stykę z gatunku "young adult", pod­po­wie­działa mi kilka naj­lep­szych pozy­cji, a póź­niej zapro­po­no­wała, bym jej asy­sto­wała pod­czas godzin­nych zajęć wyrów­naw­czych, odby­wa­ją­cych się codzien­nie po dzie­wią­tej lek­cji.

Z początku się waha­łam, bo nie­zbyt dobrze sobie radzę poza wła­sną bańką spo­łeczną, czyli Nan­dini i Corą. Zaję­cia poza­lek­cyjne ozna­czają jed­nak kil­ku­mi­nu­towe wspar­cie dla jed­nej osoby, z czym umiem sobie pora­dzić nawet ja.

Kolej­nym pro­ble­mem była zgoda rodzi­ców, ale z nimi roz­ma­wiała panna Can­non. Jak można się było spo­dzie­wać, zażą­dali oso­bi­stego spo­tka­nia, i dopiero po nim pozwo­lili mi codzien­nie zosta­wać w szkole mię­dzy pięt­na­stą a szes­na­stą.

Oczy­wi­ście bez waha­nia wyra­zili zgodę na spo­tka­nia kółka dla przy­szłych leka­rzy we wtor­kowe popo­łu­dnia, choć to ozna­czało spę­dze­nie w szkole kolej­nej godziny, ponie­waż zaję­cia kółka zaczy­nają się dopiero po zaję­ciach wyrów­naw­czych. Szkoda, że takiej samej pobłaż­li­wo­ści nie oka­zują we wszyst­kich innych kwe­stiach, ale chyba za dużo wyma­gam. I tak rzadko cho­dzę na te spo­tka­nia. Nikt się nie cze­pia, kiedy ktoś opusz­cza zaję­cia kółka, pod warun­kiem, że jego nazwi­ska nie ma na tablicy elek­tro­nicz­nej. A mnie z całą pew­no­ścią nie ma na tablicy kółka dla przy­szłych leka­rzy.

Kiedy opie­ram się o ławkę, panna Can­non mówi:

- Zanim odmó­wisz, wysłu­chaj, co chcę powie­dzieć.

- Ojej - odpo­wia­dam. - To nie brzmi obie­cu­jąco.

- Och, wiem, dosko­nale to wiem. - Panna Can­non cicho wzdy­cha, bawiąc się swym rudym dre­dem. - Jak wiesz, wiel­kimi kro­kami zbli­żają się egza­miny Regents z angiel­skiego.

Pota­kuję ruchem głowy. To egza­miny sta­nowe, do któ­rych zgod­nie z nowo­jor­skim pra­wem obo­wiąz­kowo pod­cho­dzimy co roku. W tym roku zdaję z angiel­skiego, fizyki, wło­skiego i histo­rii USA.

- Jeden z moich uczniów popro­sił o pomoc - mówi panna Can­non. - Chwilę z nim pra­co­wa­łam, ale moim zda­niem wię­cej sko­rzy­sta ze wspar­cia rówie­śnika. Zasta­no­wisz się nad dawa­niem mu pry­wat­nych lek­cji?

Uno­szę brwi.

- Ja? Chyba wybrała pani nie­wła­ściwą osobę.

- Na pewno dobrze wybra­łam - odpo­wiada nauczy­cielka z uśmie­chem, choć po chwili znów przy­biera poważną minę i ściąga usta. - Wiem, że pro­szę o wiele, ale zamiast poma­gać mi pod­czas zajęć wyrów­naw­czych, ten czas możesz poświę­cić jemu.

Zasy­cha mi w ustach.

- Pięć dni w tygo­dniu?

Panna Can­non się krzywi.

- Tak byłoby naj­le­piej, bo to zastąpi czas, który poświę­casz na asy­sto­wa­nie mnie. To tylko trzy mie­siące, Karino, a ty jesteś moją naj­lep­szą uczen­nicą. Wiem, że dasz radę.

Kręcę głową, a serce bije mi jak osza­lałe.

- Nie wiem, czy...

- Jeśli się zgo­dzisz, nie będziesz musiała robić pro­jektu z poezji - prze­rywa mi panna Can­non. - Po pro­stu zali­czę ci tę pomoc zamiast niego.

Zaczy­nam się wahać. Pro­jekt z poezji to dwa­dzie­ścia pro­cent oceny. Mamy napi­sać dzie­sięć wła­snych wier­szy zgod­nie z wymo­gami róż­nych form poetyc­kich, np. haiku, lime­ryk, wiersz biały i tak dalej. Ter­min jest do przy­szłego mie­siąca. Jeden z tych dzie­się­ciu utwo­rów mamy wybrać do pre­zen­ta­cji na forum klasy.

Choć uwiel­biam poezję, nie cier­pię wystą­pień publicz­nych. Co gor­sza, abso­lut­nie nie podoba mi się wizja zdra­dza­nia swych naj­głęb­szych, naj­skryt­szych myśli. Zwol­nie­nie z tego obo­wiązku na rzecz kore­pe­ty­cji dla jakie­goś loso­wego typa i to w cza­sie, gdy i tak poma­ga­ła­bym pan­nie Can­non? Być może warto.

Mimo to jed­nak...

- Karino, zawsze masz naj­wyż­sze stop­nie w kla­sie, a na doda­tek bar­dzo poma­gasz innym - cią­gnie panna Can­non, ści­ska­jąc mnie za ramię. - Nikt nie nadaje się do tego lepiej niż ty.

Wiem, że usi­łuje mnie zachę­cić, ale jej słowa tylko nasi­lają nie­po­kój. Nie chcę jej zawieść, a przy­naj­mniej nie wtedy, gdy tak bar­dzo we mnie wie­rzy.

Na samą myśl o zmie­rze­niu się z jej roz­cza­ro­wa­niem żołą­dek zawią­zuje mi się na supeł. Z bole­snym opo­rem wyra­żam zgodę.

Twarz panny Can­non roz­świe­tla sze­roki uśmiech.

- Bar­dzo ci dzię­kuję, Karino.

- Kim jest ten uczeń? - pytam, cho­wa­jąc dło­nie w kie­sze­niach, by ukryć drże­nie pal­ców.

- Cho­dzi do tej klasy - odpo­wiada, wska­zu­jąc gestem dłoni lewą część sali. - Ali­stair.

Ogar­nia mnie nie­po­kój, jakby ktoś poło­żył mi na bar­kach cię­żar. Dzie­sięć, dzie­więć, osiem, sie­dem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden.

- Ali­stair? - powta­rzam. - Ali­stair Clyde? Ace Clyde?

Panna Can­non zasta­na­wia się przez chwilę.

- Tak. A to jakiś pro­blem?

Pra­wie wybu­cham histe­rycz­nym śmie­chem. Naj­wy­raź­niej cały świat się sprzy­siągł prze­ciwko mnie.

- Nie. Oczy­wi­ście, że nie.

Przy­gląda mi się bacz­nie, a na widok wyrazu mojej twa­rzy unosi brwi.

Mina jej rzed­nie, a ja mam wra­że­nie, że serce roz­py­cha mi się w piersi, aż trudno mi oddy­chać. Nawet naj­mniej­szy cień dez­apro­baty zawsze budzi we mnie nie­wy­po­wie­dziany lęk. Choć trudno w to uwie­rzyć, bo teraz jest to bole­śnie oczy­wi­ste, dotarło to do mnie zale­d­wie przed kil­koma mie­sią­cami.

- Czy mam przyjść do pani do klasy po dzie­wią­tej lek­cji? - pytam, by mieć to wresz­cie za sobą. Nie tylko mogę to zro­bić, ale po pro­stu to zro­bię.

Ponie­waż panna Can­non nie spusz­cza ze mnie wzroku, z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmie­chem prze­ły­kam nie­wy­godną kulę w gar­dle. Po chwili też się do mnie uśmie­cha.

- Byłoby super, gdy­byś mogła od razu iść do biblio­teki. Popro­szę, żeby tam się z tobą spo­tkał - odpo­wiada nauczy­cielka, poda­jąc mi teczkę. - Przy­go­to­wa­łam zarys gra­fiku tych zajęć, ale jeśli wymy­ślisz coś lep­szego, po pro­stu go zmień, żeby paso­wał wam obojgu.

Uśmie­cham się ner­wowo.

- Dobrze. Dzię­kuję, pro­szę pani.

Gdy wło­ży­łam teczkę do torby i wyszłam z sali, po dru­giej stro­nie kory­ta­rza dostrze­gam Nan­dini i Corę pogrą­żone w cichej roz­mo­wie.

Choć uśmie­chają się na mój widok, nie­mal natych­miast Cora znów poważ­nieje.

- Wszystko w porządku? Masz jakieś pro­blemy?

- Nie - odpo­wia­dam, moc­niej chwy­ta­jąc paski torby. - Nic się nie stało. Wszystko... - prze­ry­wam, ponie­waż nie jestem w sta­nie powie­dzieć nic wię­cej.

Cora z zanie­po­ko­joną miną rusza w moją stronę, lecz Nan­dini chwyta ją za nad­gar­stek.

- Coro, daj jej tro­chę czasu - prosi Nan­dini. Łączy nas ciche poro­zu­mie­nie, za co jestem tak wdzięczna, że zbiera mi się na płacz. - O co cho­dzi, kwia­tuszku?

W odpo­wie­dzi kręcę głową, po czym pędzę do naj­bliż­szej łazienki. Tam cho­wam się w kabi­nie, zatrza­skuję za sobą drzwi, a póź­niej zmu­szam się do głę­bo­kich odde­chów, przy­ci­ska­jąc przy tym dło­nie do oczu. Potrze­buję tylko chwili. Zaraz się pozbie­ram.

Choć pra­wie nie znam Ace'a Clyde'a, poma­ga­nie mu brzmi jak naj­gor­szy z moich kosz­ma­rów. To słynny leser.

A na samą myśl, że panna Can­non będzie zawie­dziona, czuję bole­sny skurcz w płu­cach.

Jak mam to zro­bić? - zasta­na­wiam się w duchu.

Dzie­sięć, dzie­więć, osiem, sie­dem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden. Dzie­sięć, dzie­więć, osiem, sie­dem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden.

Dosko­nale. Wszystko w porządku. Znów mogę sta­wić czoło światu bez obawy, że wybuchnę pła­czem.

Z unie­sioną głową otwie­ram kabinę. Kiedy pod­cho­dzę do umy­walki, by prze­myć twarz wodą, Cora i Nan­dini, które stoją w drzwiach łazienki, nie odzy­wają się ani sło­wem.

Na widok wła­snego odbi­cia w pokry­tym smu­gami lustrze wyraź­nie wraca do mnie wspo­mnie­nie nocy, kiedy zapy­ta­łam rodzi­ców, czy­sto hipo­te­tycz­nie, o moż­li­wość zmiany kie­runku stu­diów. Co prawda wtedy wyglą­da­łam gorzej, na twa­rzy mia­łam ślady łez, byłam kom­plet­nie roz­bita, lecz oczy płoną mi takim samym gorącz­ko­wym bla­skiem.

Potrze­bo­wa­łam tro­chę czasu, by upo­rać się ze świa­do­mo­ścią, że odczu­wam lęk. Choć wyma­gało to dłu­gich poszu­ki­wań w Google'u i roz­mów z Nan­dini i Corą, powoli nauczy­łam się to akcep­to­wać. To część mnie i ni­gdy się to nie zmieni. Po pro­stu muszę pamię­tać o odli­cza­niu, a wszystko będzie w porządku.

Nie pogar­dzi­ła­bym pomocą pro­fe­sjo­na­li­sty, ale to wyma­ga­łoby roz­mowy z rodzi­cami. Być może któ­re­goś dnia, kiedy będę w col­lege'u, kiedy będę mieć więk­szą swo­bodę, uda mi się cho­dzić na jakąś tera­pię. Do tego czasu muszę sobie jed­nak radzić sama.

Zmu­szam się do ostat­niego głę­bo­kiego odde­chu. Wszystko w porządku.

- No więc? - pyta Cora, sta­jąc przede mną. Pod­suwa mi paczkę chu­s­te­czek. - Czego chciała panna Can­non?

Odpo­wia­dam zde­ner­wo­wa­nym uśmie­chem. Dzie­sięć, dzie­więć, osiem, sie­dem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden.

- Żebym poma­gała Ace'owi Clyde'owi.

Cisza aż dzwoni w uszach. I jesz­cze raz.

I jesz­cze raz.

I jesz­cze...

A póź­niej Corze chu­s­teczki wypa­dają z ręki.

- Co takiego?

Rozdział 4

4

T-MINUS 27 DNI

Nan­dini, która wła­śnie wyszła z kolejki po lunch, wsuwa mi do ręki kawa­łek pizzy, za co dzię­kuję uśmie­chem.

- Jesteś naj­lep­sza.

- Karino, nie igno­ruj mnie. Poważ­nie mówisz? - pyta Cora, zde­cy­do­wa­nie zbyt agre­syw­nie dzio­biąc sałatkę. - Ace Clyde?

Prze­wró­ciw­szy oczami, rzu­cam w nią ser­wetką. Udało mi się uspo­koić serce, które bije teraz mia­rowo, a choć na­dal nie jest dobrze, bli­skość przy­ja­ció­łek bar­dzo mi pomaga.

- Ależ z cie­bie plot­kara.

- No i co z tego? - pyta Cora, odrzu­ca­jąc do tyłu włosy. - Ale poważ­nie, Ace Clyde?

- Tak - odpo­wia­dam z wes­tchnie­niem. - Ace Clyde. A teraz mogła­byś prze­stać w kółko powta­rzać jego imię i nazwi­sko? Bo mam wra­że­nie, że zaraz pojawi się tuż za mną niczym Krwawa Mary.

- Nan­dini, słabo mi - oznaj­mia Cora. - Jak ona może zacho­wać spo­kój?

- Chcesz znać prawdę? Moim zda­niem jest w szoku - odpo­wiada Nan­dini, krę­cąc głową. - Może nie rozu­mie powagi sytu­acji.

- Na miłość boską, tak, rozu­miem - wtrą­cam bez prze­ko­na­nia.

Cora i Nan­dini zde­cy­do­wa­nie lepiej ode mnie znają taj­niki życia towa­rzy­skiego liceum Midland High. Nie pomaga fakt, że mamy ponad dwa tysiące uczniów. Wszy­scy zwy­kle trzy­mają się wła­snego rocz­nika i krę­gów spo­łecz­nych. Oprócz osób, z któ­rymi przez te wszyst­kie lata cho­dzi­łam na zaję­cia, znam tylko garstkę pierw­sza­ków ze względu na brata, a i słowo "znam" to zde­cy­do­wa­nie za dużo.

Jed­nakże nawet przy tak nie­wiel­kim kręgu zna­jo­mych, nie spo­sób nie znać naj­słyn­niej­szych nazwisk w naszym rocz­niku. Do tej grupy należy Ace.

Jego star­szy brat, Xan­der Clyde, jest prze­wod­ni­czą­cym samo­rządu uczniow­skiego w naszym liceum. Ten przy­stojny, bogaty, popu­larny i inte­li­gentny chło­pak cho­dzi do ostat­niej klasy. Chcą się z nim umó­wić nie­mal wszyst­kie dziew­czyny oraz część chło­paków. A wszy­scy inni pra­gną jego towa­rzy­stwa.

Ace także zachwyca urodą i bogac­twem, choć jego popu­lar­ność i inte­li­gen­cja są kwe­stią sporną.

A w naszej kla­sie zde­cy­do­wa­nie cie­szy się nie­sławą. Sie­dzi sam, a jeśli ktoś na niego krzywo spoj­rzy, każe mu się odwa­lić. Na swe­ter­kach od zna­nych pro­jek­tan­tów mody nosi skó­rzaną kurtkę, a na doda­tek więk­szość czasu olewa nauczy­cieli.

- Naprawdę nie sądzę, żeby to do cie­bie dotarło - szar­pie mnie za rękę Cora. - Wiesz, kto to jest?

- Tak, Coro. I wiem, że to będzie kosz­mar - odpo­wia­dam z gory­czą. Że też aku­rat ja musia­łam tra­fić na chło­paka, który lek­ce­waży wszyst­kie normy i kon­we­nanse, a przy tym wygląda tak układ­nie. - Czemu panna Can­non mi to robi?

- Czemu się skar­żysz? - pyta Cora, uno­sząc do góry ręce. - Prze­cież Ace jest naj­faj­niej­szym face­tem w kla­sie.

- Nie cier­pię się zga­dzać z Corą, ale tym razem ma rację - dodaje Nan­dini, wzru­sza­jąc ramio­nami pod wpły­wem mojego scep­tycz­nego spoj­rze­nia. - Karino, czy ty go w ogóle widzia­łaś? Jest dosłow­nie wspa­niały.

Moje przy­ja­ciółki są śmieszne. Naprawdę tak jest, choć je uwiel­biam.

- O tak, ale wiesz, ja mam mu pomóc w nauce. A nie iść z nim na randkę. Bar­dziej mar­twi mnie fakt, że ten facet ni­gdy nie uważa na lek­cjach. To jak mam go cze­go­kol­wiek nauczyć?

- Jesteś bez­na­dziejna, Karino - rzuca Cora, ścią­ga­jąc usta. - Jak w takiej chwili możesz myśleć o nauce? Prze­cież nasza roz­mowa doty­czy Ali­sta­ira Clyde'a! Na litość boską, musisz go w sobie roz­ko­chać, a my będziemy prze­ży­wać to uczu­cie za twoim pośred­nic­twem. Karino, prze­cież wła­śnie do tego zmie­rzało całe twoje dotych­cza­sowe życie.

- Prze­stań się wygłu­piać - pro­szę, krę­cąc głową. - Ostat­nią rze­czą, jaka mi teraz cho­dzi po gło­wie, jest facet, nie wspo­mi­na­jąc nawet o Ali­sta­irze. Cudem będzie, jeśli w ogóle uda mi się z nim poroz­ma­wiać i nie wyjść na durną.

- Karina i Ali­stair sie­dzą na drze­wie i się CAŁUJĄ - pod­śpie­wuje Cora, koły­sząc się na boki. Pod­daję się, ponie­waż kiedy zaczyna się tak zacho­wy­wać, nie mam naj­mniej­szych szans.

Zwra­cam się po wspar­cie do Nan­dini, która jed­nak patrzy na mnie w zadu­mie. Pod wpły­wem jej wzroku prze­cho­dzą mnie ciarki, bo taka mina zdra­dza, że na pewno coś knuje.

- Mam dość was obu - rzu­cam, pod­kre­ślam to obraź­li­wym gestem, a póź­niej zaj­muję się pizzą. - Potrze­buję nowych przy­ja­ció­łek.

Na te słowa Cora wybu­cha śmie­chem, lecz Nan­dini w zamy­śle­niu stuka pal­cem w brodę.

- Zasta­na­wiam się, co wło­żymy na ślub. Chło­pak jest biały, co utrud­nia sprawę, ale może uda ci się go prze­ko­nać do brą­zo­wych stro­jów ślub­nych.

- Już pomi­ja­jąc nie­do­rzecz­ność tego wszyst­kiego, czy waszym zda­niem rodzice wyra­zi­liby zgodę na mój ślub z bia­łym chło­pa­kiem? - pytam z nie­do­wie­rza­niem. - Mia­ły­ście z nimi kon­takt?

Po chwili zasta­no­wie­nia, Nan­dini stwier­dza:

- To może ich po pro­stu nie zapro­simy. Do ołta­rza popro­wa­dzi cię Samir.

Z wes­tchnie­niem kręcę głową.

- Ty już lepiej nic nie mów. Naprawdę zamilcz.

- Prze­cież tylko pod­po­wia­dam poten­cjalne roz­wią­za­nia - odpo­wiada Nan­dini, w obron­nym geście poka­zu­jąc wnę­trze dłoni.

- Jakie niby poten­cjalne? Czy twoim zda­niem Ace chciałby się umó­wić z losową brą­zo­wo­skórą dziew­czyną, która pomaga mu w angiel­skim, choć rzuca się na niego tylu uczniów tej szkoły? Chyba zgu­bi­łaś wątek - rzu­cam, a póź­niej wska­zuję na nią pal­cem. - Wspo­mi­na­łaś o jakiejś drace na WF-ie. To będzie lep­szy temat do roz­mowy.

- Psu­jesz zabawę. - Cora marsz­czy nos, choć przy tym prze­nosi wzrok na Nan­dini, co ozna­cza, że tamta roz­mowa fak­tycz­nie dobie­gła końca. Al-?amdulillah. Dzięki Bogu.

Kiedy Nan­dini opo­wiada o jakimś chło­paku z WF-u, który poka­zał się nago całej kla­sie, odpły­wam myślami.

Nie powinno mnie dzi­wić, że Ace ma pro­blem z angiel­skim. Dziwi jedy­nie, że popro­sił o pomoc.

Żałuję tylko, że to ja mam poma­gać.

Ace się nie poja­wia.

Sie­dzę w biblio­tece całe pół godziny, lecz jego nie ma. To bar­dziej niż fru­stru­jące, a gdyby na samą myśl o pój­ściu na górę powie­dzieć o wszyst­kim pan­nie Can­non żołą­dek nie zwi­nął mi się w bole­sną kulkę, już bym to zro­biła.

Nie chcę jed­nak, żeby pomy­ślała, że rezy­gnuję, zanim jesz­cze spró­buję. Cze­kam jesz­cze chwilę, a póź­niej zer­kam do pod­ręcz­nika do histo­rii USA, żeby w tym nie­spo­dzie­wa­nym wol­nym cza­sie odro­bić wła­sną pracę domową. Jeśli już muszę tu być, mogę coś zro­bić.

O czwar­tej dzwoni dzwo­nek koń­czący zaję­cia wyrów­naw­cze. Biblio­tekę zaczy­nają opusz­czać ucznio­wie zmie­rza­jący na zaję­cia kółek.

Sta­ram się zła­go­dzić złość wywo­łaną pustym krze­słem po dru­giej stro­nie sto­lika.

Na cza­cie gru­po­wym z Nan­dini i Corą nie­ustan­nie przy­cho­dzą powia­do­mie­nia, co odrywa mnie od pracy domo­wej.

Cora Zhang-Agre­ste: I JAK??? JAK POSZŁO??? CZY #KAR­STAIR TO JUŻ OFI­CJALNE?

Nan­dini Kaur: Chcę mieć czarno na bia­łym, że wolę #ACE­KA­RINA!!! Ale też INFOR­MUJ NA BIE­ŻĄCO O SYTU­ACJI

Ja: Dosłow­nie nie zno­szę ŻAD­NEJ z was!!! Nawet się nie poja­wił więc... [Udaję zszo­ko­waną]

Cora Zhang-Agre­ste: fuj, faceci to takie świ­nie

Cora Zhang-Agre­ste: naprawdę nie potra­fią nic zro­bić dobrze

Nan­dini Kaur: chyba powin­ni­śmy o tym wie­dzieć. faj­nie było mieć jakieś 2 sekundy nadziei, przy­naj­mniej wg mnie

Ja: nie chcę powie­dzieć a nie mówi­łam, choć mówi­łam!!! Na doda­tek NIE USI­ŁUJĘ SIĘ Z NIM SPO­TY­KAĆ WIĘC MOŻE­CIE WYLU­ZO­WAĆ

Cora Zhang-Agre­ste: wylu­zo­wać? ni­gdy o tym nie sły­sza­łam!

Idę do szafki, pakuję rze­czy i biorę para­sol. Pada deszcz, musiało się roz­pa­dać w ciągu ostat­niej godziny. Kolejny powód do iry­ta­cji.

Gdy­bym lubiła kon­fron­ta­cje, dopa­dła­bym Ace'a i zażą­dała wyja­śnień, czemu mnie wpę­dza w tak nie­zręczną sytu­ację, która powo­duje potworny lęk.

Ale ponie­waż jest jak jest, mogę tylko cze­kać do jutra.

Rozdział 5

5

T-MINUS 26 DNI

Naza­jutrz, w cza­sie wol­nej lek­cji, koń­czę zaczęty wie­czo­rem prze­wod­nik. Prawdę mówiąc, przy­go­to­wa­łam go raczej dla panny Can­non niż dla Ace'a. Chcę jej poka­zać, że się sta­ram, że naprawdę usi­ło­wa­łam mu pomóc. To nie­wiele, ale prze­cież jakaś forma wyka­za­nia mojej ini­cja­tywy.

Prze­ka­za­nie prze­wod­nika dla niego ozna­cza także, że ni­gdy wię­cej nie będę ska­zana na poma­ga­nie mu. Odsunę od sie­bie pro­blem.

Sam prze­wod­nik zdra­dza jed­nak moje roz­draż­nie­nie, ponie­waż for­malne opisy zastą­piły w nim pro­ste stresz­cze­nia, jakimi zwy­kle raczę przy­ja­ciółki. Choć praw­do­po­dob­nie powi­nien być bar­dziej pro­fe­sjo­nalny, to prze­cież nie moja wina, że Ace się nie poja­wił.

Nan­dini i Cora nale­gają, żebym znów poszła do biblio­teki, bo może Ace'owi coś wypa­dło, a ja powin­nam dać mu drugą szansę. Muszę im z roz­draż­nie­niem przy­po­mnieć, że nie usi­łuję się z nim umó­wić. Boże ucho­waj, żebym miała to zro­bić. Prze­cież rodzice urwa­liby mi głowę. W moim domu panuje zde­cy­do­wa­nie zbyt wiele zasad, a do naj­waż­niej­szych należy brak rand­ko­wa­nia. Nie­które rozu­miem, lecz inne trud­niej przej­rzeć. Muszę zwra­cać uwagę na spo­sób spę­dza­nia czasu, na osoby, z któ­rymi wycho­dzę i na wybrane cele.

W związku z tym filo­lo­gia angiel­ska to w mniej­szym lub więk­szym stop­niu mrzonka.

Choć nie­ustanne prze­strze­ga­nie tych zasad jest wyczer­pu­jące, moi rodzice poświę­cili dla mnie zbyt wiele, żebym mogła je samo­lub­nie odrzu­cić. Prze­pro­wa­dzili się tu z Ban­gla­de­szu z nadzieją na zapew­nie­nie mi lep­szego startu. Pra­gną, abym doro­sła i odnio­sła suk­ces, uzy­skała sta­bil­ność finan­sową. Abym się nie roz­pra­szała, lecz pil­nie poświę­ciła wytę­żo­nej pracy. Wiem, że robią to z myślą o mojej przy­szło­ści, lecz nie mam poję­cia, jak być córką, którą się będą mogli pochwa­lić na impre­zach naszej spo­łecz­no­ści. Córką, o któ­rej osią­gnię­ciach będą mogli opo­wia­dać współ­pra­cow­ni­kom, która ni­gdy nie wyj­dzie przed sze­reg i która swym zacho­wa­niem będzie reali­zo­wać wszyst­kie ich życze­nia. Jakaś część mnie pra­gnie, by uznali mnie za wystar­cza­jącą, by byli ze mnie dumni. Pozo­stała część jed­nak żałuje, że nie mogę się scho­wać w mysią dziurę.

Sta­ram się zbyt czę­sto o tym nie myśleć.

Ponie­waż po dotar­ciu na angiel­ski ni­gdzie nie dostrze­gam Ace'a, zosta­wiam mu na ławce prze­wod­nik z naba­zgraną infor­ma­cją, co to jest. Kiedy pod­no­szę głowę, panna Can­non, choć przy­gląda mi się z cie­ka­wo­ścią, obda­rza mnie jedy­nie uśmie­chem.

Wzdy­cham z ulgą. Jestem pewna, że gdyby zoba­czyła mój paskudny komen­tarz, musia­ła­bym zre­zy­gno­wać ze szkoły.

Choć w ocze­ki­wa­niu na Ace'a sie­dzę na brzeżku krze­sła, zegar nie­ubła­ga­nie odmie­rza czas, panna Can­non pro­wa­dzi lek­cje, a drzwi do sali ani drgną.

Opu­ścił lek­cję? Poważ­nie?

Tuż przed koń­cem zajęć ktoś puka do drzwi, a póź­niej zapada abso­lutna cisza, kiedy wsuwa przez nie głowę Xan­der Clyde.

Ma osza­ła­mia­jąco nie­bie­skie oczy. Ciem­no­brą­zowe włosy zacze­sał gładko do tyłu. W brą­zo­wych moka­sy­nach, beżo­wych spodniach i wło­żo­nej w nie roz­pi­na­nej koszuli wygląda jak marze­nie col­lege'u nale­żą­cego do Ivy League.

Kiedy zaś obda­rza sze­ro­kim uśmie­chem pannę Can­non, zer­kam na Corę. Choć w żar­tach zachę­cała mnie do zdo­by­cia Ace'a, podej­rze­wam, że gdyby któ­raś z nas w ogóle zain­te­re­so­wała się Xan­de­rem, dosta­łaby zawału, bo żywi do niego pogardę, odkąd poko­nał ją w wybo­rach na sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­cego samo­rządu uczniow­skiego.

- Bar­dzo prze­pra­szam, czy mogę panią na chwilę pro­sić? - pyta oparty o drzwi Xan­der.

Panna Can­non, choć marsz­czy brwi, kiwa pota­ku­jąco głową.

- Moi dro­dzy, pra­cuj­cie dalej. Zaraz wrócę.

- Cie­kawa jestem, o co cho­dzi - mówi do nas Nan­dini, led­wie za tamtą dwójką zamkną się drzwi. - Myślisz, że to w spra­wie Ace'a?

Jakby jej słowa naci­snęły jakiś spust, drzwi otwie­rają się z hukiem, a do sali wcho­dzi ktoś jesz­cze. Z całą pew­no­ścią jest to Ace, choć przez kap­tur na gło­wie z tru­dem dostrze­gam jego minę, z którą zmie­rza do ławki, chwyta w zdobne biżu­te­rią palce mój prze­wod­nik, a póź­niej wycho­dzi.

W kla­sie natych­miast wybu­cha zdra­dza­jąca dez­orien­ta­cję wrzawa.

- Co się, do licha, stało? - pytam, odpro­wa­dza­jąc go wzro­kiem. - Czy dowie­dział się od panny Can­non, że coś mu zosta­wi­łam? Czy waszym zda­niem wie, że nie przy­szedł na wczo­raj­sze zaję­cia?

Nan­dini spra­wia wra­że­nie rów­nie zdez­o­rien­to­wa­nej, jak ja.

- Któż to wie.

Cora wyciąga szyję, usi­łu­jąc coś dostrzec przez okienko w drzwiach z tyłu klasy.

- Założę się, że maczał w tym palce ten dupek, jego brat.

- Nie zwa­laj całej winy na Xan­dera - rzuca Nan­dini, dając jej przy tym kuk­sańca.

Cora gło­śno chrząka, lecz nie odrywa zmru­żo­nych oczu od drzwi.

Po ich ponow­nym otwar­ciu wszyst­kie wstrzy­mu­jemy oddech, ale do sali wcho­dzi tylko panna Can­non.

Patrzy zna­cząco na całą klasę.

- Mam nadzieję, że pod moją nie­obec­ność pro­wa­dzi­li­ście owocną dys­ku­sję.

Choć wszy­scy potwier­dzają pomru­kiem, wąt­pię, by kto­kol­wiek oma­wiał coś poza Ace'em i Xan­de­rem.

Gdy lek­cja wresz­cie dobiega końca, wzywa mnie do sie­bie panna Can­non. Powoli pod­cho­dzę do jej biurka, nie zwra­ca­jąc uwagi na przy­spie­szone bicie serca, ponie­waż usi­łuję prze­wi­dzieć, jak poto­czy się roz­mowa.

- Jak ci wczo­raj poszło? - pyta z pro­mien­nym uśmie­chem, a ja mam pustkę w gło­wie.

Ona nie wie.

Przez chwilę chcę jej powie­dzieć prawdę. Zaraz jed­nak zaczy­nam sobie wyobra­żać, jak radość znika z jej twa­rzy, więc porzu­cam tę myśl. Lęk każe mi uni­kać roz­cza­ro­wa­nia panny Can­non. Setka uczniów, nad któ­rymi codzien­nie czuwa, to i tak bar­dzo dużo.

- Prace w toku - mówię, zresztą zgod­nie z prawdą. Prze­cież zabrał prze­wod­nik. - Jesz­cze nie wyczu­łam sytu­acji, choć wiążę z nią duże nadzieje.

- Bar­dzo mi miło to sły­szeć - odpo­wiada panna Can­non z cichym wes­tchnie­niem. - Karino, jesteś anio­łem. Bar­dzo ci dzię­kuję, że to robisz.

- To nic takiego - stwier­dzam, macha­jąc przy tym ręką. - Będę panią na bie­żąco infor­mo­wać.

Tuż za drzwiami staję jak wryta na widok leżą­cych w koszu kar­tek.

Nic z tego.

Wycią­gam je z wyraź­nie pustego pojem­nika, a póź­niej wpa­truję się w nie z nie­do­wie­rza­niem. Wyrzu­cił mój prze­wod­nik? Wiem, że był nieco pry­mi­tywny, ale to prze­cież żało­sne. Nan­dini i Cora, które cze­kają na mnie na kory­ta­rzu, patrzą to na plik kar­tek, to na moją twarz.

- O Jezu. Chyba obaj są dup­kami - stwier­dza Cora, krę­cąc przy tym głową. - Ale przy­naj­mniej dobrze się na nich patrzy. Nie­ważne. Dobra wia­do­mość jest taka, że dziś po szkole masz wolne, tak? Wiem, że przez week­end mia­ły­śmy się zająć pro­jek­tem na wło­ski na Face­Ti­mie, ale skoro już tu jeste­śmy...

Mru­gam, w dal­szym ciągu nie mogąc przejść do porządku dzien­nego nad fak­tem, że Ace wyrzu­cił mój prze­wod­nik.

- Ja... Ale moi rodzice...

- Prze­cież ich nie ma - przy­po­mina Nan­dini, stu­ka­jąc mnie bio­drem. Wyrywa mi prze­wod­nik z dłoni, a póź­niej otwiera moją torbę i bez­ce­re­mo­nial­nie wkłada kartki do środka. - A na doda­tek twoja Dadu jest prze­ko­nana, że i tak po szkole masz kore­pe­ty­cje, prawda?

- To zna­czy, chyba tak - odpo­wia­dam, obli­zu­jąc usta w poczu­ciu nie­pew­no­ści. - Ale ja...

- No chodź - prze­rywa mi Cora z miną zdra­dza­jącą nie­za­do­wo­le­nie. - Musimy jak naj­le­piej wyko­rzy­stać czas. Póź­niej możemy nawet wpaść coś zjeść. Prze­cież i tak ni­gdy nie cho­dzisz na kółko dla przy­szłych leka­rzy.

- To nie moja wina, że jest takie nudne - odpo­wia­dam, po czym zdaję sobie sprawę, że obie się ze mnie nabi­jają. Wzdy­cham, lecz na usta wypływa mi uśmiech. - No dobrze, w porządku. I tak nikt się nie zorien­tuje, że znik­nę­łam.

- A może wpad­niemy na Ace'a - suge­ruje Cora z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy, cią­gnąc mnie w stronę sto­łówki. - Byłoby zabaw­nie, co?

- Abso­lut­nie nie - odpo­wia­dam, licząc, że Ace będzie się dziś trzy­mał z daleka od biblio­teki. Nawet z bar­dzo daleka. - To nie byłoby zabawne.

Rozdział 6

6

T-MINUS 26 DNI

W biblio­tece roz­dzie­lamy się w poszu­ki­wa­niu róż­nych ksią­żek do pro­jektu z wło­skiego. Ja mam przy­nieść te poświę­cone wło­skiej gospo­darce. Tak dobrze znam te alejki, że nie trwa to długo.

Póź­niej sia­dam przy sto­liku, gdzie na czy­stej kartce w zeszy­cie zapi­suję wyma­ga­nia pro­jek­towe.

W pew­nej chwili poja­wia się nade mną cień. Ta osoba jest wyż­sza zarówno od Nan­dini, jak i Cory. Odwra­cam się powoli, a na widok Ali­sta­ira "Ace'a" Clyde'a, który obser­wuje mnie oparty o regał z książ­kami, oczy nie­mal wycho­dzą mi z orbit.

Naj­pierw przy­cho­dzi mi do głowy głu­pia myśl: Czemu on jest taki wysoki?

A póź­niej: Kto nosi skó­rzaną kurtkę na swe­ter od zna­nego pro­jek­tanta?

I trze­cia: Dla­czego on tak na mnie patrzy?

W stwier­dze­niu, że Ace jest przy­stojny, nie ma ani cie­nia prze­sady. Choć widy­wa­łam go w kla­sie i na kory­ta­rzu, ni­gdy dotąd nie byłam przed­mio­tem tak wni­kli­wej obser­wa­cji.

Ma nie­wia­ry­god­nie bladą skórę, która od razu każe mi go porów­nać do "czło­wieka utka­nego z bla­sku księ­życa". Taka jest prawda, choć pew­nie brzmi to pre­ten­sjo­nal­nie. Ciemne włosy, gdzieś pomię­dzy brą­zem a czer­nią, są potar­gane i zmierz­wione, jakby przez wiele godzin prze­cze­sy­wał je dłońmi. Oczy zaś, sta­no­wiące połą­cze­nie zie­leni i błę­kitu, poły­skują w sła­bych pro­mie­niach słońca wpa­da­ją­cych do wnę­trza biblio­teki przez zaku­rzone okna.

Ma podobną do brata, mocno zary­so­waną żuchwę, a brwi gęst­sze od moich, co wiele mówi. W prze­ci­wień­stwie do tam­tego jest jed­nak wysoki i chudy. Praw­do­po­dob­nie jest ode mnie wyż­szy o ponad dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów, bo ja mam nie­całe sto sześć­dzie­siąt cen­ty­me­trów.

Z kącika ust zwisa mu lizak, na któ­rym usi­łuję nie sku­piać wzroku. Zde­cy­do­wa­nie nie chcę, by sądził, że gapię mu się na usta.

Jakby czy­tał mi w myślach, wyciąga z ust lizaka, dzięki czemu mogę obej­rzeć jego palce pokryte pier­ścion­kami w naj­róż­niej­szych kształ­tach, roz­mia­rach i kolo­rach.

- Karina Ahmed?

Chyba tylko cudem udaje mi się nie pod­sko­czyć na dźwięk wła­snego nazwi­ska.

- Ali­stair Clyde - odpo­wia­dam. - Co ty tu robisz?

Unosi brwi.

- A nie mie­li­śmy się uczyć?

Mru­gam, zdu­miona.

- Przy­sze­dłeś się uczyć? Po wyrzu­ce­niu mojego prze­wod­nika do kosza? - Natych­miast zagry­zam usta, czu­jąc w brzu­chu cię­żar mar­twych motyl­ków. Nie powin­nam tego mówić. Nie mam dość ener­gii, by wykłó­cać się z Ace'em Clyde'em o prze­wod­nik. - Nie­ważne. Zapo­mnij.

Unosi do góry kącik ust, choć nie nazwa­ła­bym tego uśmie­chem.

- Nikt nie mówi do mnie Ali­stair.

- Poza panną Can­non - odpo­wia­dam łagod­nie, nie mogąc się otrzą­snąć ze zdzi­wie­nia takim obro­tem sprawy.

Z namy­słem pochyla głowę.

- To prawda.

Dopiero po chwili Ace obcho­dzi sto­lik i siada naprze­ciw mnie, roz­pie­ra­jąc się na krze­śle.

- No dobra, Ahmed. Nie powie­dzia­łaś pan­nie Can­non, że wczo­raj nawa­li­łem. Dla­czego?

Gapię się na niego. Jakie to ma zna­cze­nie? Co on tu robi?

- Nie zależy mi na wpę­dze­niu cię w zbędne kło­poty - odpo­wia­dam po chwili.

Ace mru­czy, a póź­niej znów wkłada lizaka do ust. Prze­no­szę wzrok na pro­jekt z wło­skiego.

- Karino, zna­la­złam... - zaczyna Nan­dini, lecz zaraz milk­nie i wpa­truje się w Ace'a sze­roko otwar­tymi oczami. - Och. Cześć!

Ace opiera się wygod­niej o opar­cie krze­sła i salu­tuje dwoma pal­cami.

- Czy wy się... uczy­cie? - pyta Nan­dini, patrząc na mnie.

Kręcę głową, po czym otwie­ram usta, by dać wyraz wła­snemu zakło­po­ta­niu, lecz w tej samej chwili Ace nakrywa dło­nią moją pracę domową, aż pier­ścionki ude­rzają o blat.

- Tak.

- Tak? - powta­rzam.

Jeśli naprawdę przy­szedł się uczyć, można by się spo­dzie­wać, że włoży w to nieco wię­cej wysiłku niż tylko roz­pie­ra­nie się na krze­śle z liza­kiem w ustach.

W tej samej chwili zza rogu wycho­dzi Cora ze sto­sem pod­ręcz­ni­ków.

- Chyba możemy podzie­lić się pracą... - zaczyna i też zaraz milk­nie. Nan­dini wyciąga rękę, by przy­trzy­mać wieżę ksią­żek, zanim spad­nie na pod­łogę. - Co tu się dzieje?

Krzy­wię się, ponie­waż Cora za chwilę się roz­pę­dzi. Ponow­nie odwra­cam się do Ace'a, przyj­mu­jąc obo­jętny wyraz twa­rzy, by nie poka­zać roz­draż­nie­nia.

- Naprawdę chcesz się uczyć?

Ace patrzy na mnie nie­wzru­szo­nym wzro­kiem.

- A niby czemu miał­bym tu sie­dzieć?

- No dobrze.

Zer­k­nąw­szy na Corę i Nan­dini, liczę, że z mojej miny wyczy­tają bła­ga­nie, by nie zosta­wiały mnie samej z tym chło­pa­kiem.

Cora posyła mi pro­mienny uśmiech.

- Wie­cie co? Wła­śnie sobie przy­po­mnia­łam, że mama kazała mi dziś wcze­śniej przyjść na obiad. Robi kur­czaka w cie­ście seza­mo­wym.

Nan­dini usi­łuje stłu­mić chi­chot.

- W takim razie zde­cy­do­wa­nie powin­naś już iść. - Sama także robi krok w tył, macha­jąc pal­cami na poże­gna­nie. - A do mnie wła­śnie dotarło, że muszę się zająć kostiu­mem na festi­wal Comic Con.

Patrzę na nie z otwar­tymi ustami. Wiem, że Nan­dini zbie­rała pie­nią­dze na bilet na Comic Con w San Diego, ale to dopiero w lipcu. A mamy marzec. Jeśli zaś cho­dzi o Corę, ostat­nio sły­sza­łam, że jej mama wyje­chała na jakąś kon­fe­ren­cję finan­sową.

- Cze­kaj­cie, ale co z...

- Wszystko w porządku, Karino! - odpo­wiada rado­śnie Cora, która już pode­szła do sto­lika i zaczęła się pako­wać. - Nie chcemy was roz­pra­szać.

Nan­dini kiwa pota­ku­jąco głową, wkła­da­jąc przy tym zeszyt do torby z Kapi­ta­nem Ame­ryką.

- Tak. Do zoba­cze­nia jutro na pierw­szej lek­cji.

Zanim zdo­łam zapro­te­sto­wać, całują mnie w czoło, a póź­niej, roze­śmiane, zni­kają za wyso­kimi pół­kami.

Super. Moje przy­ja­ciółki są bez­na­dziejne.

Z bólem serca prze­no­szę wzrok na Ace'a, który obser­wuje mnie spod unie­sio­nych brwi, obra­ca­jąc w pal­cach lizaka. Wzdy­cham i posta­na­wiam tym­cza­sem scho­wać roz­ża­le­nie do kie­szeni.

Przez wczo­raj­szą nie­obec­ność uwa­żam go za palanta, który na doda­tek nie prze­pro­sił.

Ale niech będzie.

Chce się uczyć, to będziemy się uczyć. Nie zamie­rzam żywić urazy o prze­wod­nik. Prze­cież Ace w końcu przy­szedł. Dzięki czemu panna Can­non nie będzie zawie­dziona.

Wyj­muję pomięty prze­wod­nik i kładę go na sto­liku mię­dzy nami. Na twa­rzy mojego towa­rzy­sza na uła­mek sekundy poja­wia się coś innego - być może jest to żal? - ale znika zbyt szybko, bym dała radę to roz­szy­fro­wać.

Zaci­skam usta.

- Pomy­śla­łam, że na począ­tek możemy się zająć tek­stami, które oma­wiamy na lek­cji, a bli­żej egza­mi­nów sku­pimy się na ich poszcze­gól­nych czę­ściach. Pasuje ci to?

- Zro­bimy to, co twoim zda­niem naj­le­piej się spraw­dzi - odpo­wiada, się­ga­jąc po prze­wod­nik. Leni­wie go prze­gląda, ale pospiesz­nie prze­su­wa­jąc wzro­kiem po tek­ście, unosi brwi. Z gry­ma­sem przy­po­mi­nam sobie, z jakim roz­draż­nie­niem pra­co­wa­łam nad tymi mate­ria­łami.

- Daj temu spo­kój - pro­szę, się­ga­jąc po prze­wod­nik. Bez opo­rów mi go oddaje, ale kiedy znów się opiera o krze­sło, patrzy na mnie cał­kiem ina­czej. Gry­zie przy tym lizaka, a gło­śne chru­pa­nie dociera aż do moich uszu.

Wsu­wam prze­wod­nik do segre­ga­tora. Nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku, Ace odkłada paty­czek na stół. Choć nie ma to nic wspól­nego z higieną, powstrzy­muję chęć wyrzu­ce­nia go do kosza. Nie potra­fię prze­wi­dzieć, czy po powro­cie zasta­ła­bym Ace'a w tym samym miej­scu.

- No dobrze, chcesz zacząć od Wiel­kiego Gatsby'ego, Kupca wenec­kiego czy Szkar­łat­nej litery?

- Ni­gdy nie sły­sza­łem o żad­nej z tych ksią­żek - odpo­wiada, się­ga­jąc po mój ołó­wek.

Wpa­truję się w niego i nie mam poję­cia, czy się nie zgrywa. Nie­moż­liwe, żeby nie znał tych tytu­łów. Żeby pozo­stać przy zdro­wych zmy­słach, muszę zało­żyć, że żar­tuje.

- To ja wybiorę - oznaj­miam. - Na począ­tek niech będzie Szkar­łatna litera.

Ruchem dłoni Ace zachęca do kon­ty­nu­acji. Nie prze­stał się na mnie gapić, a pod wpły­wem jego inten­syw­nego spoj­rze­nia rośnie moje zde­ner­wo­wa­nie.

- No dobrze - mru­czę, a póź­niej wyj­muję z torby Szkar­łatną literę. - Chcia­ła­bym zacząć od ana­lizy roz­dzia­łów. Ponie­waż jesie­nią czy­ta­li­śmy tę książkę, znamy tematy i ich prze­sła­nia, a zatem możemy do niej podejść bar­dziej ana­li­tycz­nie. Powiedz mi, co o niej sądzisz, dobrze? Dzięki temu usta­limy, pod jakim kątem do niej podejść na począ­tek.

Ace marsz­czy swe gęste brwi.

- A pod jakim kątem chcesz? Naprawdę jej nie czy­ta­łem. Znam tylko tytuł.

Choć zaci­skam dło­nie w pię­ści, udaje mi się powstrzy­mać wes­tchnie­nie.

- No dobrze. Na Hester wolę patrzeć z per­spek­tywy femi­ni­stycz­nej. Chcia­ła­bym poka­zać, że nawet jeśli w cza­sie, gdy powstała ta książka, o femi­ni­zmie nikt jesz­cze nie sły­szał, Haw­thorne opi­sał boha­terkę jako osobę silną, bun­tow­ni­czą i mającą dość odwagi, by nie podą­żać za resztą spo­łe­czeń­stwa - wyja­śniam, wska­zu­jąc przy tym na książkę. Mówię pospiesz­nie, choć z całych sił sta­ram się nie zba­czać z tematu. - Choć wiem, że cza­sem decy­zję Hester o nosze­niu litery "A" pod koniec książki uznaje się za prze­jaw dosto­so­wa­nia do mizo­gi­ni­stycz­nych ide­ałów, według mnie ta decy­zja, nie­bę­dąca wyni­kiem zmu­sza­nia do takiego dzia­ła­nia, pozwala jej odzy­skać spraw­czość.

Ace pochyla się naprzód, a jego woj­skowe buty sty­kają się z moimi zno­szo­nymi Converse'ami. Ma zde­cy­do­wa­nie zbyt ładne, a jed­no­cze­śnie zbyt nie­po­ko­jące oczy.

- Lubisz angiel­ski.

Patrzę na niego pustym wzro­kiem, przede wszyst­kim usi­łu­jąc nie zdra­dzić się miną nie­do­wie­rza­nia. O czym on w ogóle mówi? Co mia­ła­bym tu robić, gdyby angiel­ski nie spra­wiał mi frajdy? Z całą pew­no­ścią nie poma­ga­ła­bym nikomu w mate­ma­tyce.

- Tak.

- Dziwne - mru­czy, bawiąc się moim ołów­kiem. Lekko unosi kącik ust, ale to jesz­cze nie jest uśmiech. - Ahmed, co jesz­cze lubisz?

Na końcu języka mam już: kiedy ktoś mnie naprawdę słu­cha. Ale tego nie powiem za żadne skarby świata.

Pro­stu­jąc plecy, mówię:

- Posłu­chaj, Ace. Nie chcę mar­no­wać ani two­jego, ani swo­jego czasu. Jeśli nie masz ochoty na naukę, powiedz to pan­nie Can­non. Z pew­no­ścią coś wymy­śli.

No i wtedy nie będzie w tym mojej winy.

- Nie powie­dzia­łem, że to strata czasu - odpo­wiada Ace. - Po pro­stu jestem cie­kawy swo­jej wspa­nia­łej kore­pe­ty­torki.

- Ta książka jest naprawdę dużo cie­kaw­sza ode mnie - odpo­wia­dam. - No dalej, prze­czy­taj kilka pierw­szych roz­dzia­łów. Każdy z nich ma tylko dzie­sięć stron.

Zamy­ślony Ace stuka ołów­kiem w wargę.

- Dobrze.

Wyciąga rękę po książkę, a kiedy mu ją podaję, pogrąża się w lek­tu­rze, ja zaś wyko­rzy­stuję ten czas, by zapi­sać kilka pytań do dys­ku­sji. Kiedy mam już dwa, pod­no­szę głowę, chcąc spraw­dzić, jak mu idzie, on jed­nak znów wpa­truje się we mnie.

- O co cho­dzi? - Zer­kam na swój strój, czyli kolejną krótką koszulkę i poprze­cie­rane dżinsy, zasta­na­wia­jąc się przy tym, czy mama słusz­nie mnie przed nimi prze­strze­gała. - Coś nie tak?

- Ahmed, to jest nudne - oznaj­mia, czym zwraca na sie­bie moją uwagę.

- Angiel­ski nie jest nudny - ripo­stuję z iry­ta­cją. - Szkar­łatna litera jest jedną z naszych lek­tur.

Ace kręci głową.

- Moim zda­niem musimy ją jakoś uatrak­cyj­nić.

Milknę. Co to ozna­cza?

- Co masz na myśli?

- Tu nie­da­leko jest cukier­nia - oznaj­mia Ace. Na nie­szczę­ście ma zadziorny wyraz twa­rzy. Zasad­ni­czo lubię pły­nąć z prą­dem, ale on wydaje się osobą, która nadaje mu kie­ru­nek. - Chodźmy się tam pouczyć.

- No nie wiem - odpo­wia­dam drżą­cym gło­sem. - O szes­na­stej mam kółko dla przy­szłych leka­rzy.

Na które tak naprawdę się nie wybie­ram, ale to prze­cież nie jego sprawa.

- Tylko ten jeden raz - prosi Ace. Patrzy nie­mal bła­gal­nie. - Pomoże mi się to sku­pić, zapłacę, za co tylko zechcesz.

W myślach sły­szę, jak Cora krzy­czy RANY BOSKIE, ON CIĘ ZAPRA­SZA NA RANDKĘ!, choć prze­cież nie­mal na pewno jest to po pro­stu próba ucieczki od nauki.

A wra­ca­jąc do Cory...

- Muszę iść do toa­lety - oznaj­miam. Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, wstaję i zmie­rzam do wyj­ścia.

Na kory­ta­rzu wyj­muję tele­fon. Mam SMS-a od mamy, i to na niego kli­kam w pierw­szej kolej­no­ści. Pew­nie jetlag daje jej się we znaki, skoro pisze do mnie o tej strasz­li­wej porze.

Myro, zadzwoń do nas po powro­cie do domu. Nanu i nana chcą się z tobą przy­wi­tać.

Nie umiem powstrzy­mać gry­masu. Ta roz­mowa będzie... No cóż, zabawna.

Odpi­suję "OK", a póź­niej prze­cho­dzę do czatu NCK.

Ja: NIE MOGĘ UWIE­RZYĆ, ŻE MNIE OPU­ŚCI­ŁY­ŚCIE!! teraz ace chce iść się uczyć w jakiejś pie­karni, a to WSZYSTKO WASZA WINA

Cora Zhang-Agre­ste: PRZE­CIEŻ PRZY­SZEDŁ CO DO CHO­LERY MIA­ŁY­ŚMY ZRO­BIĆ??? ZOSTAĆ TAM??? prze­cież nie utrud­niamy przy­ja­ciół­kom pod­rywu

Nan­dini Kaur: Wspo­mnia­łaś o PIE­KARNI... ŻAR­TU­JESZ... WTF

Ja: NIE, POWAŻ­NIE MÓWIĘ RATUJ­CIE ZAMIAST KRZY­CZEĆ

Cora Zhang-Agre­ste: rany boskie rany boskie ranY BOSKIE KARINA

Ja: R A T U J

Nan­dini Kaur: ZGÓDŹ SIĘ DZIEW­CZYNKO NA CO CZE­KASZ OMG

Cora Zhang-Agre­ste: OK ALE TO PRZE­CIEŻ RANDKA ZGÓDŹ SIĘ OMG IDŹ

Nan­dini Kaur: NO JUŻ NIE PISZ DO NAS I IDŹ DO SWO­JEGO FACETA

Ja: to NIE jest mój facet!!!!!!!!!

Prze­łą­czyw­szy tele­fon w tryb "nie prze­szka­dzać", opie­ram głowę o ścianę. Co zresztą nic nie daje.

Z wes­tchnie­niem wybie­ram numer domowy. Po dwóch sygna­łach odbiera bab­cia.

- As-salaam ala­ikum!

- Wa-ala­ikum salaam - odpo­wia­dam. - Dadu, mogę dziś póź­niej wró­cić. Nie potrze­bu­jesz mnie w domu?

- Och, Myro! - odpo­wiada rado­śnie bab­cia. - Dobrze, że dzwo­nisz. Co chcesz dziś na kola­cję? Warzywne pulao czy khi­churi?

- Khi­churi - odpo­wia­dam, a póź­niej wra­cam do tematu roz­mowy. - Dadu, czy sły­sza­łaś, co mówi­łam? Mogę przyjść póź­niej, czy potrze­bu­jesz mnie w domu? Potrze­bu­jesz pomocy w kuchni?

- Ależ nie, Myro - mówi bab­cia. - Skup się na nauce. Dziś masz kółko, prawda? Mną się nie martw. Zro­bię kola­cję, będzie gotowa, kiedy wró­cisz do domu. Uwa­żaj na sie­bie.

- Dobrze, Dadu. Kocham cię.

- Ja też cię kocham - odpo­wiada. - Khoda hafiz! Do zoba­cze­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki