WRZESIEŃ
Ola postanowiła uciec na Zachód.
Wielokrotnie zastanawiała się, jakie będzie pierwsze zdanie książki, w której opiszą jej historię. "Aleksandra Czerniawska nie była piękna" nie
wchodziło w grę, ponieważ stanowiło jawną zrzynkę z Przeminęło z wiatrem, a poza tym rozmijało się z prawdą. "Dawnymi czasy Czerniawscy
żyli mniej więcej tak, jak żyją wszyscy po dworach na wsi" też nie, bo
rodzina Oli w przeciwieństwie do przodków Bogumiła Niechcica nie miała
żadnego dworu. "Imię moje Ola" było zbyt banalne, a "Warszawa się
budziła" bez sensu, bo nie byłoby to o niej, tylko o mieście, w którym
żyła, i to nie z własnej woli. Przychodziły jej do głowy różne banały
typu: "Długo patrzyła, jak balon się wznosił, aż całkiem zniknął za
horyzontem". Albo: "Zdjęła ze ściany portret rodzinny i powiesiła
rysunek naprędce skreślony jego ręką". Lub: "Nie zabrała ze sobą
niczego, bo to, co było najcenniejsze, zamieniło się w popiół". Długo ta
kwestia pozostawała otwarta, aż któregoś poranka zbudziła się i przypomniała sobie, co się jej śniło, a wtedy postanowiła, że pierwsze
zdanie powieści o niej będzie brzmiało właśnie tak: "Ola postanowiła
uciec na Zachód".
A potem... A potem co? - pytała samą siebie, patrząc w lustro, ale
odpowiedź nie była taka prosta. A potem się zobaczy, odpowiadała
ciemnowłosemu, ładnemu obliczu i postanawiała, że pomyśli o tym jutro,
względnie pojutrze. Albo po maturze. I na pewno zrealizuje swój plan.
- Diabła zobaczysz! - upominała ją babcia, która nie miała pojęcia, że
Ola prowadzi ze swoim odbiciem bardzo poważne konwersacje. - Do nauki
się bierz, a nie w lusterko patrzysz.
- To by była jakaś odmiana. Żeby się w końcu pokazał, bo wiemy, że jest,
ale nie wiemy gdzie - odpowiadała jej Ola po cichu, bo wzmianka o diable
mogłaby babcię zdenerwować i sprawić, że dziewczyna musiałaby się wraz z nią modlić wieczorami, czego serdecznie nie znosiła.
Babcia była bardzo pobożna i Ola to szanowała. A chociaż sama wierzyła w Boga Wszechmogącego, to jakoś się jej nie wydawało, że ów Bóg kojarzy
taką Olę i jej babcię, które żyją sobie we dwie w Warszawie w 1965 roku.
Bóg według Oli utknął myślami w Ameryce, gdzie mieszkają szczęśliwi
ludzie, albo na Zachodzie, o którym marzą wszyscy, naturalnie w cichości
serca, bo za głośne marzenia wysyłają do więzień. Na Polskę wedle
obserwacji Oli nie zwracał najmniejszej uwagi i pozwolił, żeby ludzie
żyli biednie, szaro i zamiast radości pełni byli rozczarowań. Z jakiegoś
powodu Bóg umieścił Olę i jej babcię w tej rzeczywistości i żeby nie
było im aż tak źle, rzucił ochłapem w postaci niewątpliwej urody obu,
przy czym Ola miała urodę w pełnym rozkwicie, a babcia przebrzmiałą,
dołożył małe mieszkanie i po namyśle dorzucił talent w rękach, który
pozwalał dorobić na boku. Z tym dorabianiem także trzeba było uważać, bo
babcia obszywała klientki z ich kamienicy i kilku sąsiednich, a ponieważ
szyła jak mistrzyni, to wszystkie sobie przekazywały informację o genialnej krawcowej, która z dwóch starych sukienek zrobi jedną nową,
uszyje spódnicę na bal z firany, a elegancką bluzkę z farbowanych
pieluch. Ola także potrafiła szyć, ale babcia kazała jej się nie
przyznawać i nie narażać, bo gdyby je złapano, to tylko babcię wsadzą do
więzienia, a Olę nie. Babcia miała obsesję na punkcie więzienia, pewnie
dlatego że w czasie wojny siedziała na Pawiaku i mało jej nie
rozstrzelali.
- Już wszystko umiem - powiedziała Ola pojednawczo. - To znaczy na
klasówkę z matematyki i budowę jedwabnika na biologię. Zewnętrzną i wewnętrzną.
- Jedwabnika? - Babcia aż usiadła. - Po co komu ta wiedza?
Jedwabniki snują jedwabne włókno, a Ola kochała powstający z niego
śliski i piękny materiał, dlatego chętnie nauczyła się, jak jest
zbudowany jedwabnik. Kiedy była w podstawówce, ich klasę zawieźli do
Milanówka pod Warszawą, do fabryki jedwabiu, i ona sobie te owady
dokładnie obejrzała. Były jednocześnie ohydne i ładne, Ola nie mogła się
zdecydować, kiedy patrzyła, jak zielone gąsienice pochłaniają liście
morwy, żeby później owinąć się w kokon.
- Obrałam ziemniaki - dodała szybko Ola, bo babcia już podwijała rękawy,
żeby zabrać się do obiadu.
- Ja bym sobie obrała, moje dziecko, ty się ucz. Przecież masz maturę.
Babcia ciągle powtarzała, żeby Ola się uczyła, i gotowa była zwolnić ją
z wszelkich obowiązków domowych, byle tylko widzieć wnuczkę z podręcznikiem. Ola tego nie rozumiała, bo nauka przychodziła jej z łatwością i nigdy nie musiała ślęczeć nad książkami. Zdolności
odziedziczyła po mamie, która ponoć świetnie się uczyła, a o której w domu się nie mówiło, bo babcia zaraz zaczynała płakać. Ola też miała
świetne stopnie, zarówno z przedmiotów ścisłych, jak i humanistycznych,
więc nie było żadnego powodu, żeby nie mogła pomóc w domu, obrać
ziemniaków, usmażyć kotletów czy pójść po zakupy. Czasami babcia,
zwłaszcza kiedy przypominała sobie, że wnuczka ma maturę, nawet na
wyjście na spacer patrzyła niechętnie, dając jej do zrozumienia, że ze
spaceru nic Oli nie przyjdzie, a dodatkowa godzina nad zadaniami z matematyki zapewni jej lepszą ocenę na egzaminie dojrzałości. Babcia
przed wojną skończyła szkołę handlową, z czego była bardzo dumna, bo nie
każdemu wiejskiemu dziecku płci żeńskiej udało się zaliczyć taki awans
społeczny. W naturalny zatem sposób uważała, że nauka to podstawa.
Aktualnie nie pracowała w handlu, tylko w przychodni lecznicy rządowej
na Emilii Plater, w rejestracji, gdzie czekając z utęsknieniem na
emeryturę, zapisywała ludzi na wizyty lekarskie i wydawała numerki,
niektóre po znajomości, za pudełko czekoladek albo kwiatki, chociaż
zdecydowanie wolała czekoladki.
- Moja babcia nie umiała pisać - przypominała Oli i dodawała: - Mama też
by się nie nauczyła, bo na wsi dzieci pracowały, odkąd potrafiły ustać
na nogach, ale na szczęście oddali mamę na służbę do Warszawy i dobrzy
państwo nauczyli ją liter, a potem posłali do szkoły.
Tak, tak, dopowiadała w myślach Ola, która znała tę historię na pamięć.
Prababcia Kachna i jej rodzeństwo pasali krowy, pomagali przy
zwierzętach w obejściu, robili w polu za wikt i opierunek. Ci dobrzy
państwo z Warszawy spadli prababci jak z nieba, bo dzięki temu nie tylko
nauczyła się czytać, pisać i liczyć, ale też poznała w Warszawie
pradziadka, który pracował w fabryce, wyszła za niego za mąż i już tu
została. Pradziadek nie był dobrą partią, bo zaglądał do kieliszka i zdarzało mu się żonę bić, ale przynajmniej nie musiała wracać na wieś.
Ola kiedyś wyobrażała sobie, że prapradziadkowie tęsknili za swoją córką
i często odwiedzali ją w mieście, ale babcia jej wytłumaczyła, że nic
bardziej mylnego - cieszyli się, że jedna gęba mniej do wykarmienia, nie
chcieli jej wcale oglądać i jeszcze wcisnęli Kachnie siostrzyczkę, która
była słabowita i nie nadawała się do pracy w polu, więc z niej nie było
żadnego pożytku. I prababcia Kachna tę Felusię wychowała jak swoją
córkę. Felusia była dla babci Krysi niczym siostra, bo były niemal w jednym wieku. I kiedy umarła przy porodzie, to babcia strasznie
rozpaczała i chciała wziąć dziecko do siebie i wychować, ale maleństwo
żyło tylko miesiąc, bo przecież od początku coś poszło nie tak. Od
początku z całą rodziną babci było coś nie tak. Ola to wiedziała aż za
dobrze, nawet jeśli nie odsłonięto przed nią wszystkich rodzinnych
tajemnic.
- Dzieci na wsi... - Babcia wzdychała i Oli robiło się strasznie przykro,
bo wyobrażała sobie te biedactwa, które zapracowywały się na śmierć i nikt im dobrego słowa nie powiedział, a na dodatek nie przytulił, kiedy
chorowały albo im było źle.
Ola zawsze miała co jeść i włożyć na grzbiet, dbano o nią i pewnie
kochano, ale jej także nikt nie przytulał. Kiedy jeszcze była mama, to
owszem, obejmowała ją i głaskała po głowie, ale bardzo szybko stało się
to złe i mama zniknęła z jej życia, powodując wyrwę w sercu, której
babcia nie umiała lub nie chciała załatać, bo sama rozpaczała i tęskniła
za utraconą córką.
- Ty się ucz, a nie mi tu będziesz w obejściu robić - nakazywała
wnuczce, a potem dodawała jeszcze coś o nowoczesnych kobietach, które
teraz wiedzą, czego chcą, i żyją według własnych zasad, w czym pomaga im
nauka.
Ola nigdy nie podjęła polemiki, chociaż chętnie by się dowiedziała, co
znaczy według babci nowoczesność. Obawiała się, że dotknięta bolesnymi
doświadczeniami czasu wojny i powojennymi babcia wyobraża sobie, że Ola
nigdy nie wyjdzie za mąż (żeby nie zostać wdową), nie będzie miała
dzieci (żeby ich nie stracić), poświęci się za to karierze naukowej,
która była według babci lekka, łatwa i przyjemna oraz niosła same
korzyści w porównaniu z ciężką dolą żony i matki. Ola nieraz
zastanawiała się, czy babcia nie ma racji i czy naprawdę nie lepiej jest
iść przez życie samej. Nikt nie powiedziałby, że Ola nie ma męża, bo
nikt jej nie chciał. Była na to stanowczo za ładna i miała wielbicieli
na pęczki. Nikt na tobie nie wisi, przekonywała samą siebie, nie musisz
rezygnować ze swoich planów dla mężczyzny ani nie żyjesz w nieustannym
strachu o dziecko. Tyle że, dumała, na starość nie ma kto ci podać
szklanki wody albo chleba ukroić. Ale i na to można znaleźć sposób,
wystarczy kogoś opłacić, żeby tę wodę podawał, albo odejść z tego
świata, nim się człowiek zestarzeje. Ola stanowczo była za śmiercią na
swoich warunkach. Za dużo się nasłuchała o śmierci w rodzinie, która
przychodziła sobie, kiedy i jak chciała, żeby i ona miała się poddać
temu, co los dla niej przygotował.
- Uczę się, uczę - skwitowała i wsadziła nos w książkę, którą sprytnie
umieściła w podręczniku do biologii na stronie z budową jedwabnika.
Czytała Złego po kawałku, delektując się tą powieścią, którą pożyczył
jej kolega z klasy. Każdy chciał tę książkę przeczytać, a od kiedy jej
autor kilka miesięcy wcześniej ostatecznie opuścił kraj, Złego trudno
było uświadczyć nawet w bibliotekach. Ojciec kolegi ponoć ukradł komuś
ten pożyczony egzemplarz. Ola nie wiedziała, czy w to wierzyć, ale
sądząc po treści i po tym, że musiała podpisać specjalne oświadczenie,
że zobowiązuje się oddać Złego w ciągu dziesięciu dni, czy go
przeczyta czy nie, była skłonna uwierzyć.
Chowała książkę, bo babcia mogła uznać ją za wywrotową i wpaść w jeden z tych swoich nastrojów, podczas których modliła się żarliwie o ocalenie
ich dwóch, o to, by nigdy nie spotkało ich to, co jej kochaną Karolinę.
Ola bała się tych nastrojów, bo wiedziała, że babcia wtedy strasznie
cierpi i nie można jej w żaden sposób pomóc.
Ola uwielbiała czytać. Najbardziej kryminały, których było zatrzęsienie
w bibliotece. Pani Jaga, bibliotekarka pamiętająca jeszcze jej mamę,
podsuwała Oli także "światową literaturę", bo jak twierdziła, "wnuczka
Krysi i córka Karoliny" powinna czytać raczej klasykę, a nie jakieś tam
"zabili go i uciekł". Dla świętego spokoju Ola przeczytała więc całego
Aleksandra Dumasa, zresztą, musiała to przyznać, z ogromnym
zainteresowaniem. Najbardziej podobał jej się Hrabia Monte Christo,
powieść o miłości i zemście, przebaczeniu oraz nienawiści. O tejże
powieści można było podyskutować tak z panią Jagą, jak i babcią oraz
opowiedzieć koleżankom, które były mniej zainteresowane bieganiem do
biblioteki. Temat w każdym razie był zupełnie bezpieczny, przynajmniej
Oli tak się wydawało. O bohaterach książek, płci męskiej, rozmawiała
tylko z Halą. Lubiła ją i uważała za najbliższą koleżankę, chociaż
przyjaciółką by jej nie nazwała. Ola w ogóle nie miała przyjaciółek,
pewnie dlatego, że nie lubiła się zwierzać ani opowiadać o sobie i swojej rodzinie. Z Halą jej było dobrze. Z jednej strony miała z kim
siedzieć, chodzić na spacery czy potańcówki, z drugiej strony nie
musiała bez końca opowiadać o tym, co czuje, myśli czy co planuje. Hala
była przy tym zwyczajna jak kasza manna. Tak samo biała i nijaka, co też
stanowiło plus, bo przy niej bardzo było widać, jak atrakcyjna jest Ola.
- Dobra z niej dziewczyna - mówiła babcia, która przyjaźniła się z babcią Hali, panią Teresą.
Między babciami panowała jeszcze dziwniejsza znajomość niż między
dziewczętami. Starsze panie od wielu lat spotykały się raz w tygodniu,
zawsze w sobotnie popołudnia, w kawiarni na Nowym Świecie. Zamawiały za
każdym razem to samo, czyli herbatę, szarlotkę i ptysia. Raz jedna jadła
ptysia, a druga szarlotkę, a tydzień później odwrotnie. Rozmawiały przy
tym o wszystkim i o niczym, co nazywały ploteczkami. Każda z nich
szykowała się na to spotkanie niczym na bal. Babcia Krysia wkładała
kapelusz z piórkiem, jedną z dwóch najlepszych sukienek, a kiedy było
zimno, palto z kołnierzem z lisa. Mogłyby się spotkać u Oli albo u Hali,
ale przecież nie o to chodziło. Wyprawa na Nowy Świat w poszukiwaniu
wspomnień ze świata, który każda z babć bezpowrotnie utraciła w trakcie
wojny, należała do rytuałów. Obie tego potrzebowały, niemal nigdy nie
odwoływały spotkań, jedynie w razie choroby. Niezmienny rytuał, jak
niezmienne było codzienne życie.
Ploteczki były nieszkodliwe, bo ani babcia Krysia, ani pani Teresa nie
należały do tego typu osób, które źle mówią o bliźnich. Opowiadały sobie
zatem o sąsiadach i sąsiadkach, o tym, że Maciejowie dzieci nie mają, a szkoda, bo bogaci ludzie. Mogliby adoptować, ale z jakiegoś powodu nie
chcą. Może Maciejowa nie chce obcego dzieciaka chować, a może to Maciej
nie chce. Mówiły i o tym, że Radomska z kamienicy obok w sklepie z mięsem pracuje, ale sąsiadom w pozyskaniu tego deficytowego towaru wcale
nie pomaga, ponieważ już dawno stwierdziła, że gdyby tak miała usłużyć
każdemu znajomemu, toby dla obcych nic nie zostało, i dopiero miałaby
kłopot. Zatem wszyscy grzecznie ustawiali się w ogonku i brali, co było
na ladzie, bo pod ladą nie było teoretycznie nic. Babcia Krysia uważała,
że to jest bardzo sprawiedliwe i Radomska jest uczciwą sklepową, a babcia Teresa sądziła, że ona tylko tak gada do swoich, a obcym towar
załatwia. Swoi przy tym nie gadają, a obcy też trzymają gębę na kłódkę,
żeby nie stać w kolejce. O to mięso prawie się obie kłóciły, bo przed
wojną czegoś takiego jak "nie ma mięsa" nie było. Mięso było zawsze.
Tyle że mięso stało się tematem tabu po tym, jak pod koniec poprzedniego
roku rozpętała się "afera mięsna", a na początku tego stracono jej
głównego bohatera. Babcia to nawet płakała, bo kto widział, żeby
człowieka za takie coś powiesić, a zresztą, argumentowała, czy to na
pewno był złodziej, bo zupełnie nie wyglądał... I na początku, jak jeszcze
trwał proces, obie szeptały o tym całym nieszczęściu, ale potem
przestały. Wszyscy zamilkli z przerażenia. Ola myślała wtedy złośliwie,
że cała ta straszna sprawa musi babciom odbierać apetyt. Ale sama była
przekonana, że stała się okropna niesprawiedliwość i że jeszcze większą
grandą jest to, że lepiej nie mówić o tym w szkole, by się nie narazić
władzy. Ola wprawdzie nie sądziła, żeby władza się nimi interesowała, bo
cóż one mogą, wdowa i sierota, ani pomóc, ani zaszkodzić, ale gdzieś tam
pod skórą czuła, że milczenie w sprawach politycznych jest złotem.
Obiecała zatem babci, że nigdy się nie będzie wypowiadać na temat
ekonomii państwa ludowego ani też dyskutować o wymiarze
(nie)sprawiedliwości. Potem od Hali dowiedziała się, że pani Teresa
kazała jej obiecać to samo. I tak starsze panie wróciły do
nieszkodliwych rozmów nad ciastkami.
Obowiązkowym punktem spotkań była dyskusja o doktorze Wojnowskim - tak
przystojnym, że nawet babcia Krysia, która opłakiwała męża od niemal
ćwierć wieku, nie mogła nie zauważyć, jaki jest podobny do Franciszka
Brodniewicza. Oprócz tego miał złote ręce. Pani Teresa, także wdowa, nie
miałaby nic przeciwko uwadze doktora Wojnowskiego, mężczyzny w jej wieku
i do tego kawalera. Podjęła pewne kroki w tym celu, to znaczy przy
pomocy babci Krysi zapisała się do przychodni i pozwoliła się zbadać
doktorowi, by w ten sposób nawiązać bliższą znajomość. Było to duże
poświęcenie, bo doktor Wojnowski specjalizował się w sprawach kobiecych,
a pani Teresa była nieco wstydliwa. Mówiła jednak, że co doktor to
doktor, a potem pozostało jej tylko chwalić fachowość specjalisty, bo
owszem, zbadał panią Teresę, powiedział, że wszystko jest w porządku, i życzył dobrego dnia, ale na tym się skończyło, ku jawnemu rozczarowaniu
jednej i skrywanej radości drugiej.
Rozmowy w kawiarni nie mogły się obyć bez wymiany informacji o wnuczkach, z pominięciem córki pani Teresy, co zrozumiałe, bo babcia
Krysia córki jakby nie miała, więc był to temat drażliwy. Każda zatem
opowiadała o niezwykłych osiągnięciach swojej wnuczki, co było trochę
śmieszne, bo po tych spotkaniach babcia Krysia wracała do domu i zaczynała przepytywać Olę na okoliczność "a Hala to z klasówek ma same
piątki, więc po maturze będzie studiowała medycynę". Ola wiedziała, że z tymi piątkami Hali to nie do końca tak jest. Owszem, Hala miała piątki z biologii, chemii i matematyki, ale język ojczysty był jej piętą
achillesową i Ola musiała jej pomagać w pisaniu wypracowań. Z kolei Hala
musiała wysłuchiwać w domu tyrad swojej babki na temat tego, jak to Ola
pomaga babci w szyciu i ciągle czyta książki, a kto czyta książki i pomaga w rodzinie, to wiadomo - jest wzorem dla innych wnuczek. Jedno
było prawdą. Hala wybierała się na medycynę, a Ola nie miała na to
najmniejszej ochoty.
- Ja nie czuję powołania do bycia lekarką, babciu - powtarzała do
znudzenia, ku rozczarowaniu pani Krystyny, która widziała Olę jako młodą
specjalistkę, najpierw u boku doktora Wojnowskiego, potem już
samodzielnie pracującą w przychodni.
W łaskawości swojej babcia dodawała, że Ola nie musi się zaraz zajmować
położnictwem, może być specjalistką od serca, wątroby czy nawet głowy,
ale czyż nie cudownie byłoby przyjmować dzieci na świat?
- Jak będziesz lekarzem, to ci chleba nigdy nie zabraknie - przekonywała
babcia, która uważała, że jeśli ktoś się uczy tak dobrze jak jej
wnuczka, to nie powinien myśleć o żadnych innych studiach niż medycyna.
- No to lepiej, żebym została piekarzem albo piekarzową - mruczała Ola.
- Wtedy mi dopiero chleba nie zabraknie.
Babcia nawet przed wojną nie miała poczucia humoru, zatem na takie
dictum zaczynała opowiadać o tym, jak Niemcy w czasie powstania
zbombardowali Warszawę i piekarnia na Marszałkowskiej, najlepsza w Warszawie, legła w gruzach. A po wojnie właściciele chcieli ją odbudować
i włożyli mnóstwo pracy i pieniędzy, ale nic z tego, bo albo piec
wybuchł, albo mąka była nie taka jak trzeba, albo zakwas się nie udawał.
Ciągle coś było nie tak, ale najbardziej jak przyszła władza ludowa i nie było już własnych piekarni, sklepów ani niczego takiego. Czyli to
nieprawda, że jak ktoś pracuje blisko chleba, to się nim naje, bo zawsze
może być wojna i wszystko zniszczyć.
Trudno było nie zauważyć, że babcia żyje wyłącznie przeszłością i nie
wierzy w przyszłość. Nawet z teraźniejszością miała umowę, że ta jest
wyłącznie na chwilę, a potem zaraz odejdzie w przeszłość. Ola sądziła,
że babcia zmusza się do egzystowania tylko po to, żeby ona mogła
spokojnie skończyć liceum, pójść na studia i zacząć żyć na własny
rachunek. Wtedy babcia mogłaby odejść, jak niejednokrotnie zapowiadała.
Już samo to zniechęcało Olę do studiów, bo skoro miało to oznaczać
zniknięcie babci Krysi z powierzchni ziemi, to ona się na to nie pisała.
Babcia nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo Ola ją kocha i jaka
jest dla niej ważna. Oczywiście takie deklaracje nigdy by jej nie
przeszły przez gardło. Tylko raz powiedziała o tym, żeby babcia nie
umierała, bo ona też opuści ten świat z nudów i z braku babcinego
utyskiwania. Powiedziała to żartem, a potem przepraszała babcię cały
tydzień, bo ta wzięła sobie jej słowa do serca nie jako deklarację
miłości, ale wyrażenie myśli o śmierci. Rozmowy z babcią należało
przeprowadzać bardzo ostrożnie, bo była tak doświadczona przez życie, że
byle co mogło ją wyprowadzić z równowagi. Nie zmieniało to faktu, że
pani Krystyna bardzo kochała Olę i jakby trzeba było "wyrwać sobie mięso
z piersi, żeby ją nakarmić", to niewątpliwie by tak postąpiła i jeszcze
posypałaby solą rany, żeby poświęcenie było całkowite. Ola tysiąc razy
zastanawiała się nad tym, jak miłość babci przekierować na bardziej
jasną stronę, ale nie dochodziła do żadnych wniosków.
- Powinnaś rozumieć, że ta opowieść o piekarni to przenośnia -
powtarzała babcia, wzdychając i patrząc na Olę smutnym wzrokiem.
- Rozumiem, tylko tak mówię przecież - łagodziła Ola, która z jednej
strony się buntowała, że babcia nie liczy się z jej zdaniem, a z drugiej
rozumiała, że ta chce dla niej jak najlepiej.
- Jak ktoś ma takie zdolności jak ty, to powinien być lekarzem -
upierała się babcia Krysia.
Ola zwykle zbywała to milczeniem, ale czasem, wyjątkowo rzadko,
wstępował w nią diabeł, zapominała o przeszłości babci, jej wrażliwości
i zaczynała dyskutować. Bo w końcu była nastolatką, a nastolatki mają
swój młodzieńczy bunt i swoje oczekiwania wobec życia.
- Nie tylko lekarze mają na chleb - dowodziła. - Rejestratorki w przychodniach też. I adwokaci. I dziennikarze. I żadna praca nie hańbi.
Babcia zawsze dawała się sprowokować, ale co dziwne, złość na wnuczkę za
każdym razem przeganiała smutek i w babcię wstępował duch kobiety,
której rodzina wyrwała się ze wsi zabitej dechami i urządziła w mieście,
i to nie byle jakim, bo w samej Warszawie. Przed wojną, owszem, adwokat
to był zawód dla elity, dowodziła. Ale po wojnie, a zwłaszcza odkąd
przyszła władza ludowa, to adwokatów lepiej omijać z daleka. Podobnie
jest z dziennikarzami, którzy w gazetach rzadko piszą, co chcą, tylko
muszą pisać to, co im każą, żeby karmić lud bajkami. Babcia o tych
bajkach mówiła szeptem, bo tak było bezpieczniej - ściany przecież miały
uszy, nawet w tak uczciwej kamienicy jak ta, w której mieszkały z Olą.
- Dobrze, już dobrze. No już się nie gniewaj na mnie. Nie powiedziałam,
że nie chcę iść na medycynę, tylko że rozważam też inne kierunki -
kapitulowała Ola po półgodzinnym kazaniu, gorszym niż najnudniejsze
lekcje, i wszystko wracało do normy, czyli babcia do życia przeszłością,
a Ola do prób wyrwania się z tego zaklętego kręgu smutku.
- Tylko aktorką nie zostawaj, bo dziadek by się w grobie przewrócił -
dodawała babcia pojednawczo.
- Nie ma obawy - łagodziła Ola.
Dziadka nie znała, zginął w czasie wojny. Wracał z pracy i była łapanka.
Zwykle Niemcy zabierali tych złapanych na Pawiak i tam przy odrobinie
szczęścia można było więźnia wykupić. Ale ta łapanka odbyła się po
jakiejś akcji Szarych Szeregów, więc nie zabrali ludzi do więzienia,
tylko od razu rozstrzelali na Marszałkowskiej. Czterdzieści osób wtedy
zginęło, w tym dziadek Tadeusz, który był dobry, mądry, pracowity,
stateczny, odpowiedzialny i w ogóle nie miał wad. Przed wojną pracował
jako inspicjent w teatrze, więc się napatrzył na wszelkiej maści
aktorki, początkujące i doświadczone, wielkie gwiazdy i takie, co nosiły
halabardy. I ponoć miał o nich swoje zdanie. Według babci jak najgorsze.
I choć babcia nie podawała żadnych nazwisk, to Ola nasłuchała się takich
rzeczy, że dziwiła się, że te występne istoty jeszcze chodzą po ziemi i nie uderzył w nie piorun. Nieraz zastanawiała się, czy stało się coś, co
utwierdziło babcię w tej złej opinii o aktorkach, czy też dziadek
natrafiał w swoim życiu zawodowym na kobiety wyłącznie zepsute, bo w prywatnym trafił na babcię, która, jak wiadomo, była najporządniejsza na
świecie.
Na szczęście babcia czasami zapominała jakoś o występności aktorek i chodziła z Olą do teatru. Przychodnia lecznicy rządowej cieszyła się
wieloma przywilejami, a do nich należały między innymi darmowe bilety na
spektakle, na które zwykli śmiertelnicy nie mogli się wcisnąć. Babcia
ochoczo z tych możliwości korzystała, na przykład żeby obejrzeć swoją
ukochaną aktorkę, panią Ninę Andrycz, o której wyrażała się zawsze z nabożną czcią. Pytana przez Olę, czy pani Andrycz należy do aktorek
porządnych czy też nie, babcia odpowiadała z godnością, że pani Nina
wymyka się wszelkim definicjom.
- To jest Zjawisko Aktorskie - ucinała każdą rodzącą się dyskusję.
- A pani Eichlerówna? - droczyła się z nią Ola. - Są podobne.
- Nigdy w życiu - odpowiadała gniewnie babcia. - Nie są ani trochę
podobne. Zobacz, jak się prezentuje jedna, a jak druga.
Babcia zdecydowanie należała do zwolenniczek pani Andrycz, która
konkurowała z drugą wielką heroiną sceny. Jeśli Olę spytać, to i ona
wolała panią Ninę, bo była bardziej przekonująca na scenie i daleko
ładniejsza. Irena Eichlerówna męczyła Olę swoją sztucznością i nienaturalną modulacją głosu. Ola jednak tak kochała teatr, że chodziła
chętnie i na panią Andrycz (z babcią), i na panią Eichlerównę
(przeważnie z Halą), błogosławiąc "dojścia" babci do biletów "na
wszelkie warte uwagi wydarzenia kulturalne". Ubolewała tylko, że babci
kompletnie nie interesuje muzyka i uważa ją za kulturę drugiej
kategorii, a podejrzewała, że nawet na najlepsze koncerty można by
dostać bilety w lecznicy rządowej. Tym chętniej więc korzystała z biletów do teatru, które zwykle rozchodziły się na pniu, a u koników
kosztowały krocie. I była głęboko wdzięczna za to, że mogła na przykład
obejrzeć Kalinę Jędrusik w cudownej sztuce Śniadanie u Tiffany'ego.
Kalina była absolutnie wspaniała jako kobieta upadła i nawet babcię ta
sztuka zachwyciła. A postawa moralna Holly mogła potem zostać omówiona w domu ze wskazaniem wszystkich za i przeciw, głównie przeciw. Ola
wysłuchała pouczeń babci z powagą, pokiwała głową, a potem poprosiła
panią Jagę o opowiadanie Trumana Capote, na podstawie którego powstała
sztuka. A kiedy je dostała, na wszelki wypadek przeczytała po kryjomu,
bo lepiej było przy babci nie wspominać, jak się podziwia fakt, że
bohaterka zrobiła wszystko, aby się dostać do lepszego świata, które to
myślenie było Oli i babci bardzo bliskie. Tyle że Ola mówiła o tym
otwarcie, a babcia wolała zapomnieć.
Mimo że tak się różniły, babcia była najbliższą i najważniejszą dla Oli
osobą. Ola kochała babcię całym sercem, bo babci nie sposób było nie
kochać, nie współczuć wdowieństwa i ciężkiej doli od pokoleń. Dlatego
postanowiła, że kiedyś ofiaruje jej tyle pieniędzy, żeby babcia nie
musiała obszywać sąsiadek, martwić się o mięso na obiad ani zastanawiać
się, czy wystarczy jej na szarlotkę lub ptysia na Nowym Świecie. Ola
uważała, że babci się należą i szarlotka, i ptysie, i herbata w czajniczku, i wszystkie dobra świata. I na pierwszym miejscu owych
postanowień z sekretnego zeszycika zapisała, że kiedyś sama będzie
babcię Krysię zabierała na ciastka do kawiarni i jeszcze na obiad do
Europejskiego. Nawet wiedziała, co trzeba zrobić, żeby tak się stało.
- Będę studiowała handel zagraniczny - mówiła do siebie, bo jeszcze nie
miała odwagi powiedzieć o tym babci. Przeczuwała, że babcia, zamiast się
cieszyć, że wnuczka się w nią wdała, użyje wszelkich sposobów, aby Olę
zniechęcić do tego pomysłu.
Ale ona już wybrała. Co więcej, jej wybór był bardzo dobrze przemyślany
i jedyny, jakiego mogła dokonać w tych okolicznościach życiowych. Bo
wbrew temu, co myślała jej babcia, Ola uważała, że to bardzo dobre
zajęcie dla młodej kobiety. I wcale nie miała na myśli bycia
kierowniczką sklepu ani pracy w centrali jakiegoś przedsiębiorstwa,
jeżdżenia w delegacje i tym podobnych bzdur. Ola chciała zrobić
wszystko, aby przygotować się do życia, jakie sobie zaplanowała. Bo jej
celem była ucieczka z tego kraju. Na Zachód.
Jeszcze nie wiedziała, jak dokładnie tego dokona, chociaż miała różne
pomysły, które nieświadomie podtykała jej sama babcia. Na przykład
pewnego dnia, kiedy Ola właśnie siedziała przy stole i rozwiązywała
równania z matematyki, babcia wróciła z przychodni i nie zdjąwszy
kapelusza, od razu do niej podeszła i bardzo zdenerwowana zaczęła
opowiadać o jakiejś artystce, która wyjechała do Włoch razem z ludźmi z teatru niby to krzewić polską kulturę i uciekła z jakimś gachem.
- Przykra sprawa - powiedziała Ola, nie bardzo rozumiejąc babcine
intencje, bo co ją mogły obchodzić sprawy jakiejś artystki i jej gacha.
- Bardzo przykra, bo inni ludzie, którzy tam pojechali, mieli przez to
ogromne problemy.
- Nie szukali jej? - Prawdę mówiąc, Oli kompletnie to nie obchodziło.
- Szukali, ale ona naprawdę uciekła. I musieli wracać bez niej.
- Skoro uciekła, to wrócili bez niej, a ona niech się martwi. Jeśli ten
gach ją porzuci, to może będzie chciała wrócić. - Ola myślami była przy
równaniach z dwiema niewiadomymi, które bardzo lubiła. W ogóle algebrę
uważała za bardzo łatwą, może geometrię mniej, ale lekcje matematyki to
była czysta przyjemność, zwłaszcza z takim nauczycielem jak profesor
Jakubik, który wszystko potrafił wytłumaczyć i był wyrozumiały dla
humanistów.
- Co ty mówisz, moje dziecko! - Babcia się zdenerwowała, więc Ola
odłożyła ołówek i spytała, o co tak naprawdę chodzi.
- O to, że za przyczyną takiej właśnie... pipy - babcia aż się
zarumieniła, wypowiadając tak wulgarne słowo - inni mieli kłopoty. Bo
jak tylko wrócili, to zaraz się zainteresowała nimi władza. Czy
wiedzieli, że koleżanka ma takie plany, czy mogli temu zapobiec...
Oli przemknęło przez myśl, że musi głębiej chować swój dzienniczek, bo
zdało jej się, że babcine wywody na temat uciekających za granicę
artystek mają drugie dno.
- Pewnie, że nie mogli zapobiec. - Wzruszyła ramionami, postanawiając
grać naiwną. - Każdy odpowiada za siebie.
- Ty chyba nie rozumiesz. - Babcia była coraz bardziej zdenerwowana. -
Ona w kraju zostawiła męża. I teraz ten mąż może trafić do więzienia.
- Na pewno nie trafi - zaprotestowała Ola, która była przekonana, że
mimo wszystko władzę cechuje rozsądek. - W końcu to on jest ofiarą. Nie
dość, że żona uciekła z innym, to jeszcze człowieka mają na milicję
ciągać? Przesada.
- No w każdym razie... - babcia w końcu zdecydowała się zdjąć kapelusz i usiąść na krześle w kuchni - trzeba uważać.
Ola wtedy podjęła dwa postanowienia. Po pierwsze, musi pomyśleć o czymś
bardziej konkretnym niż rysowanie serduszek wokół napisu "Paryż", po
drugie, musi zaplanować coś takiego, żeby mogła wziąć ze sobą babcię. Bo
babci nie może zostawić. Bo jej z samotności i tęsknoty pęknie serce. Co
do mamy, to Ola nie mogła rozstrzygnąć, czy na nią czekać czy też nie.
Mogą minąć lata, zanim mama znów z nimi będzie, albo w ogóle to nie
nastąpi, bo wiadomo, jak jest. Babcia, która czasami mamę odwiedza, jak
jej pozwolą oczywiście, mówi, że nie ma widoków, aby mama wróciła. A skoro babcia tak mówi, babcia, która miała na to największą nadzieję, to
wiadomo - nie ma zbyt dużych szans. Ola doszła do wniosku, że planowanie
wyjazdu należy rozpocząć już teraz. Nie ma na co czekać, bo to
niepoważne. Nie ma co się wykręcać mamą czy maturą. Ola zastanawiała
się, skąd w niej ta bezwzględność, ale dochodziła do wniosku, że nie
tyle jest bezduszna i egoistyczna, ile zdeterminowana. A wszystko się
jakoś ułoży. Trzeba tylko zabezpieczyć byt mamy, znaleźć sposób na
przekonanie babci do wyjazdu i na samą ucieczkę. I nie przejmować się,
że taki czy inny pomysł jest naiwny. Marzyciele dotrą najdalej.
Mimo wszystko sprawa tej artystki frapowała Olę. Osiągnięcia w jakiejś
dziedzinie artystycznej gwarantowały możliwość wyjazdu na Zachód.
Najpierw oczywiście trzeba było odwiedzić Wschód, pokłonić się wszystkim
bratnim krajom, a potem - jak się człowiek okazał grzeczny i miły -
można było liczyć na wyjazd do normalnego kraju. Najłatwiej kiedy się
grało na jakimś instrumencie.
W marcu tego roku odbył się Konkurs Chopinowski i Ola, namówiona przez
kolegów z klasy, była na wstępnych przesłuchaniach, i tak się jej
spodobały, że poszła potem na występy finałowe. Bliźnięta, Olgierd i Grażyna, obracały się w świecie artystycznym. Ich rodzice byli wybitnymi
pianistami, wykładali w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej i przyjaźnili się przed wojną z samym Karolem Szymanowskim, pierwszym
rektorem Szkoły. Podczas powstania jej budynek, jak większość Warszawy,
został zburzony przez Niemców, ale po różnych perturbacjach prawie go
zbudowano na nowo. Babcia zabrała dwunastoletnią Olę, żeby zobaczyła,
jak na terenie dawnego cyrku na Ordynackiej wbija się pierwszą łopatę i rusza odbudowa Szkoły. Ola to dobrze pamiętała, bo babcia opowiadała jej
wtedy dużo o mamie, która kochała muzykę i chodziła przed wojną na
koncerty do filharmonii. Dlatego kiedy Olgierd zaproponował randkę przy
Okólniku, zgodziła się niemal natychmiast.
- Ciągle tam coś poprawiają, ślimaczy się, obiecują, że w przyszłym roku
na pewno dokończą budowę - opowiadał Olgierd, zerkając na Olę, która mu
się bardzo podobała.
- Ale konkurs się tam odbędzie? - spytała Ola, która nie chciała zbyt
szybko przyjąć zaproszenia, swoim zwyczajem musiała się nieco podroczyć.
- Nie, w filharmonii. - Olgierdowi zaświeciły się oczy, bo wyglądało na
to, że Ola da się zaprosić.
- Chodź z nami, Olka, spodoba ci się - zachęcała Grażynka, która
postanowiła pomóc bratu zdobyć serce urodziwej koleżanki. - Będziemy na
pierwszych dwóch lekcjach, a potem rodzice nas zwolnią ze szkoły.
Wszystko oficjalnie, bo konkurs to wielkie kulturalne wydarzenie.
To stanowiło dodatkową zachętę. Nie żeby Ola nigdy nie była na wagarach,
zdarzało jej się, od czasu do czasu, kiedy nie zdążyła napisać
wypracowania czy nauczyć się na klasówkę. Zwykle targana wyrzutami
sumienia przyznawała się babci, prosząc ją o jakieś usprawiedliwienie w dzienniczku - że głowa ją bolała albo miała gorączkę. Babcia niechętnie
ulegała, utyskując przy tym, że musi robić takie rzeczy, a brzydzi się
kłamstwem. Ola przysięgała, że to już ostatni raz i na następną klasówkę
nauczy się "na blachę". Tutaj natomiast sprawa była zupełnie oficjalna,
prestiżowa nawet, bo cała klasa się zainteresowała, dokąd to się wybiera
trójka uczniów, a polonistka Wawrzyńcowa kazała im zrobić sprawozdanie z konkursu do gazetki ściennej. Irka i Kasia też chciały iść, Hala się
obraziła na Olę, a Zośka zaproponowała, że pożyczy jej jakąś sukienkę,
bo na taką imprezę trzeba się odpowiednio ubrać.
Ola odrzuciła propozycję Zośki. Hala powiedziała jej, żeby nie
przesadzała, więc poszła na konkurs w niedzielnej spódnicy i najładniejszym swetrze. Pierwsze przesłuchania były dość nerwowe.
Kandydaci wchodzili po kolei, grali etiudy Chopina, niektórzy dobrze,
inni się mylili, jakaś dziewczyna zemdlała, inna uciekła sprzed
fortepianu, ale potem wróciła i zagrała wspaniale, w tempie, które
oszołomiło jury. Ola siedziała przez kilka godzin, to znudzona, to
zafrapowana wykonaniem, zastanawiając się, czy jej się podoba muzyka
fortepianowa czy też nie. Bliźniaki w przerwach zabierały ją na spacer i ciastka do pobliskiej kawiarni, wypytywały o wrażenia i zapewniały, że
prawdziwy konkurs zacznie się przy następnych etapach, a podczas finału
"to dopiero będzie", bo finały obfitują w nieoczekiwane wydarzenia.
Ten konkurs przyniósł bardzo dziwne wydarzenie już wcześniej: między
drugim a trzecim etapem uczestników zdziesiątkowała grypa. Gorączka
szalała i wśród konkursowiczów, i jurorów i w końcu trzeba było coś
zrobić, bo z bólami mięśni, z temperaturą czterdzieści stopni nie sposób
było wykonać ani poloneza, ani mazurka. I tu przydały się Oli
znajomości, bo zaraz powiedziała o wszystkim babci i zanim szacowne jury
wpadło na ten pomysł, już lekarze w przychodni rządowej przyjmowali
zagrypionych uczestników, ordynowali syropy, proszki i posyłali do
łóżka. Ola została bohaterką konkursu, zaproszono ją na wszystkie
kolejne etapy i oczywiście na finał.
Konkurs wygrała ta sama dziewczyna, która w pierwszym etapie najpierw
uciekła, a potem wróciła i zagrała etiudę w dzikim tempie. Pochodziła z Argentyny, miała na imię Martha, była piękna i trochę podobna do Oli.
Ola oklaskiwała ją gorąco, podobnie jak Japonkę, która zajęła czwarte
miejsce, ale najwięcej braw zebrała inna Marta, Sosińska, która
uplasowała się na trzecim miejscu i była najlepsza z występujących w konkursie Polaków. Przewodniczący jury, bardzo znany profesor, mówił w radiu, jak to świat stoi przed "naszą polską Martą" otworem, i ogłaszał,
że niebawem młoda artystka wyjeżdża na koncerty za ocean. Wtedy Ola po
raz pierwszy pomyślała, że nie uda się jej wyjechać na Zachód ot tak. A nawet jakby jakimś cudem uciekła, to nie mogłaby wrócić, gdyby się coś
nie udało, a gdyby nie mogła zabrać babci, to już potem, kiedy zrobiłaby
karierę i miałaby pieniądze na jej sprowadzenie, nikt nie pozwoliłby jej
przyjechać. Ta Marta na pewno będzie jeździła po całym świecie, a jeśli
zechce, to zostanie sobie za granicą i tam będą ją kochali i przyjmowali
z otwartymi ramionami. Co więcej, polska Marta była już w Rio trzy lata
wcześniej i zajęła tam drugie miejsce w konkursie pianistycznym. Kiedy w Warszawie rozdawali nagrody, jako jedyna spośród laureatów oprócz
pucharów, dyplomów i uścisków dłoni dostała trzysta dolarów od ministra
kultury i sztuki. Laureaci dostawali pieniądze, owszem, nawet całkiem
spore, ale były to złotówki. A tu proszę, trzysta dolarów. Za takie
pieniądze można rozpocząć nowe życie w prawdziwym świecie. Ola chciała
po finałowym koncercie przepchnąć się do tej szczęściary i spytać, co
zamierza zrobić z twardą walutą. Stała w długiej kolejce do niej, ale w pewnym momencie ludzie się tak zaczęli pchać, że nieoczekiwanie znalazła
się przed obliczem Marthy Argerich. Spojrzała na tę wyniosłą piękność i zabrakło jej odwagi. Bo też nie wiedziała, co powiedzieć ani w jakim
języku, bo ledwie dukała po angielsku.
I wtedy, tam właśnie, przed obliczem Marthy Argerich, Ola mogła co
najwyżej wyrecytować jeden z sonetów Szekspira z akcentem, za który nie
ręczyła, zamiast złożyć gratulacje i zapytać, jak zaczęła się jej
przygoda z fortepianem i czy naprawdę tak bardzo lubi Chopina albo jak
się żyje w Argentynie. Na szczęście akurat koło niej znalazł się
Olgierd, który zorientował się, że Ola chciałaby coś powiedzieć, ale nie
wie jak, i zaproponował swoją pomoc. Ola przełknęła dumę i złożyła
najserdeczniejsze gratulacje, które kolega przetłumaczył z wielką
swobodą.
- Czy jesteś pianistką, moja droga? - zapytała nieoczekiwanie Martha
Argerich.
- Nie, ale kocham muzykę i Chopina - odpowiedziała Ola.
- Dla mnie też Chopin ma ogromne znaczenie, a wygrana w tym konkursie
jest jak dar z nieba - odparła Martha.
Ludzie napierali na Olę, więc zdecydowała się szybko dodać:
- Moja mama miała talent muzyczny, ale nie mogła się kształcić, bo
wybuchła wojna.
Już chciała odejść, ale Martha złapała ją za ramię.
- Moja mama jest tu ze mną i razem przeżywałyśmy ten konkurs -
powiedziała. - Pozdrów swoją mamę bardzo serdecznie.
W drodze do domu, bez Grażynki, która zostawiła ich samych pod błahym
pretekstem, Olgierd odważył się zapytać o to, kiedy umarła jej mama.
- W czasie wojny - odpowiedziała Ola. - Zginęła w powstaniu.
Chłopaka zatkało na moment, ale odzyskał rezon i powiedział:
- Niemożliwe, bo urodziłaś się w czterdziestym siódmym.
- Faktycznie niemożliwe, więc pewnie zmarła później. Albo wcale nie
umarła, tylko żyje - burknęła Ola i mimo protestów Olgierda, przeprosin
oraz obietnic, że już nigdy nie poruszy tego tematu, nie pozwoliła się
odprowadzić pod dom.
- Dziękuję bardzo za zaproszenie na konkurs - powiedziała łaskawie na
pożegnanie. - Za tłumaczenie moich słów i... w ogóle. Podziękuj Grażynce.
- Ola, poczekaj - zawołał za nią nieszczęśliwy Olgierd, który miał
nadzieję na kolejne randki, tyle że jednym niestosownym pytaniem ją
przekreślił. - Już nigdy nie zapytam o twoją mamę.
- Naprawdę nie o to chodzi - odparła, zanim odeszła.
Do wakacji unikała Olgierda, nie demonstracyjnie, ale konsekwentnie. Ten
ją przepraszał, prywatnie i publicznie, wzbudzając ciekawość wśród
kolegów, aż w końcu rozzłoszczona Ola powiedziała dobitnie, żeby raz na
zawsze sobie zapamiętał, że ona się nie gniewa, bo nie ma powodu. Za
zaproszenie na konkurs dziękuje i ucieszy ją, jeśli Olgierd będzie o niej pamiętał za pięć lat, przy okazji następnego.
Opowiedziała o tym Hali, która pytała, czemu Olgierd mówi o niej "lodowa
księżniczka".
- A właściwie to czemu tak się wtedy obraziłaś? Niewiele osób wie,
dlaczego nie masz mamy. Zawsze ktoś może o to zapytać. Każdego pogonisz?
Ola się skrzywiła.
- Tak naprawdę to na siebie byłam zła - odparła po namyśle. -
Powiedziałam, że mama umarła, i żałowałam. Potem, że żyje, i też
żałowałam. Wyszło, jakbym się wstydziła.
Hala była pełna współczucia.
- Wiesz - powiedziała - u nas wszyscy w domu uważają, że nie musicie się
wstydzić tego, co się stało z twoją mamą. To nie jest twoja wina. Ani
twojej babci. To ich wina, tych drani, co nas zabijali i którzy... którzy...
I babcia, i wszyscy, którzy wiedzieli, powtarzali jej, że to nie jest
jej wina i żaden wstyd. Ale te słowa - "wina" i "wstyd" - wwiercały się
jej w głowę za każdym razem, kiedy padały, i pogłębiały jej żal i pragnienie ucieczki tam, gdzie nikt jej nie zna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki