Odkupienie Morgan Bright - Chris Panatier

Kup ebooka

39.99 zł
30.79 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

?

Kiedy szły­śmy wypo­le­ro­wa­nym kory­ta­rzem, w świe­tle lamp włosy asy­stentki lśniły jak lato. Zapa­trzy­łam się na jej muśnięte słoń­cem loki, tak cięż­kie i bujne, że w każ­dej chwili mogłyby się zamie­nić w płyn i uto­pić moje myśli. Asy­stentka -?a może raczej sani­ta­riuszka -?miała pla­kietkę z imie­niem Enid. Już je zna­łam, choć nie wie­dzia­łam skąd. Przy­sta­nęła i prze­krę­ciła klamkę.

-?Jeste­śmy na miej­scu, pani Tur­ner.

-?Pro­szę mi mówić Char­lotte.

-?Oczy­wi­ście -?odparła i wska­zała w głąb pokoju.

Weszłam do środka.

-?Jak tu pięk­nie.

-?Miło mi, że tak myślisz. To jest Pokój Powi­talny. Spę­dzisz tu jedną noc, a jutro zosta­niesz przy­jęta do pro­gramu z pozo­sta­łymi. Możesz teraz wziąć prysz­nic i się prze­brać. Na komo­dzie znaj­dziesz kom­plet ubrań. Za jakiś czas przy­niosę ci tu kola­cję.

-?Dzięki -?odpo­wie­dzia­łam i odwró­ci­łam się do drzwi, ale się zatrza­snęły.

Był to pokój z jed­nym łóż­kiem i koja­rzył mi się z bar­dziej ele­ganc­kim hote­lem (ni­gdy nie miesz­ka­łam w hotelu, ale widzia­łam je w tele­wi­zji). Przy łóżku stała lampka, a tapeta z orna­men­tem balan­so­wała na cien­kiej gra­nicy mię­dzy czymś pięk­nym a paskud­nym. Ponie­waż nie mia­łam moż­li­wo­ści zmiany wystroju, z miej­sca posta­wi­łam na piękno. Uzna­łam to za miłą odmianę po nud­nym kwia­to­wym nadruku w naszej domo­wej sypialni -?był nie­wąt­pli­wie paskudny, choć ni­gdy nie powie­dzia­ła­bym tego Andrew, bo on wybrał wzór. Na tym więc sta­nęło: tapeta w Pokoju Powi­tal­nym była piękna. Zaczę­łam śle­dzić wzro­kiem skom­pli­ko­wane zawi­jasy i zakrę­tasy, od ściany do ściany.

Na biurku leżały mały notat­nik i gruby fio­le­towy mar­ker -?praw­do­po­dob­nie po to, by nikt nie mógł się nim dźgnąć. Po zdję­ciu zakrętki zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy jest wystar­cza­jąco sze­roki, by utknąć mi w tcha­wicy. Nie roz­wa­ża­łam tego na serio, ale byłam pewna, że inne tak. Tak zwane trudne przy­padki. Pomy­śla­łam, że mogła­bym coś naba­zgrać, ale nic nie przy­cho­dziło mi do głowy. Chyba ni­gdy nie mia­łam lek­cji pla­styki.

Zgod­nie z pole­ce­niem wzię­łam prysz­nic, korzy­sta­jąc z dostar­czo­nych bute­lek z mydłem w pły­nie i szam­po­nem. Obie cuch­nęły, a zio­łowe nuty były tak inten­sywne, że pod­czas szo­ro­wa­nia czu­łam to w ustach. By nie tra­cić czasu na zmy­wa­nie z sie­bie mydła, wyszłam spod prysz­nica i owi­nę­łam się ręcz­ni­kami.

Ubra­nia zapew­nione przez pla­cówkę leżały na komo­dzie. Pod­nio­słam je i zoba­czy­łam, że wypo­sa­żono mnie w uro­czo fan­ta­zyjny strój. Była to w zasa­dzie sukienka z cięż­kiego bia­łego mate­riału. Wzdłuż gor­setu, przez talię, aż do dołu bie­gły wąskie marsz­cze­nia. Poza tym sukienka miała wysoki koł­nierz i dłu­gie bufia­ste rękawy. Od talii do szyi bie­gły dwa rzędy guzi­ków. Roz­ło­ży­łam strój na łóżku, a potem unio­słam spód­nicę. W pasie przy­szyte były leg­ginsy o waflo­wym splo­cie, przy­po­mi­na­jące bie­li­znę ter­miczną, tylko grub­sze. Moją pierw­szą myślą było, że powin­nam być wdzięczna za wszystko, co pomoże prze­trwać chłód. Drugą: trudno będzie w tym korzy­stać z łazienki. Mój mało pojemny pęcherz to znany fakt.

Wło­ży­łam źle dopa­so­wane majtki i nie­prak­tyczny sta­nik, poło­ży­łam się na mate­racu, pozbie­ra­łam sukienkę i zaczę­łam wci­skać stopy w doszyte leg­ginsy. Wsu­nę­łam ramiona i ręce w bluzę, a potem spę­dzi­łam sporo czasu na zapi­na­niu licz­nych guzi­ków. Zdy­szana, przed małym lustrem, czu­łam się, jak­bym odbyła podróż w odle­głą prze­szłość.

Sie­dząc sztywno na łóżku, pochy­li­łam głowę ku poduszce, żeby uchro­nić tcha­wicę przed sztyw­nym koł­nie­rzem. Mimo to sukienka wciąż draż­niła mi szyję, więc prze­nio­słam się do biurka przy oknie. W końcu zna­la­złam pozy­cję, która odpo­wia­dała zarówno szyi, jak i koł­nie­rzowi, i zain­te­re­so­wa­łam się wido­kiem. Na dwo­rze pano­wał abso­lutny bez­ruch, nie­za­kłó­cony przez rudziki, zięby i wrony, choć zwy­kle nie odla­tują na zimę. Kra­jo­braz aż po sam hory­zont był pusty i mar­twy. Nawet chmury wisiały nie­ru­chomo. Par­king wyglą­dał jak sztuczny -?przy­po­mi­nał te w cen­trum wio­ski w zesta­wie kolejki elek­trycz­nej. Przy­szło mi do głowy, że zaraz się­gnie tu ręka olbrzy­miego dziecka i zacznie wszystko prze­sta­wiać. To była przy­jemna myśl -?bawiące się dziecko.

Za par­kin­giem śnieg prze­ci­nała czarna wstęga szosy, którą Andrew i ja przy­je­cha­li­śmy tu z Hay Springs. Mimo że podróż skoń­czyła się naszą tym­cza­sową roz­łąką i umiesz­cze­niem mnie w ośrodku, sama w sobie była wspa­niała. Andrew był prze­słodki i bar­dzo mnie wspie­rał. Pra­wie przez cały czas słu­cha­li­śmy mojej ulu­bio­nej muzyki, a kiedy zaczy­na­łam śpie­wać, wtó­ro­wał mi. Od mie­sięcy tak dużo nie roz­ma­wia­li­śmy. Mówi­li­śmy głów­nie o naszej przy­szło­ści -?zakła­da­jąc, że moje lecze­nie prze­bie­gnie zgod­nie z pla­nem -?a nawet pozwo­li­li­śmy sobie na roz­wa­ża­nie róż­nych imion dla dziecka! Kiedy dotar­li­śmy na miej­sce, nie posia­da­łam się z eks­cy­ta­cji. Ow­szem, byłam zde­ner­wo­wana -?w końcu przy­je­cha­łam na lecze­nie psy­chia­tryczne -?ale też liczy­łam na nowy począ­tek. Nawet kiedy się roz­sta­wa­li­śmy, byłam zaafe­ro­wana. Zosta­łam przy oknie aż do powrotu Enid. Pach­niała jak te olejki, które mają mieć na nas pozy­tywny wpływ. Chyba mówi się na nie "olejki końca". Cho­dzi o ich wła­ści­wo­ści proz­dro­wotne: "w końcu" czło­wiek jest wyle­czony.

Zwa­żyła mnie, zmie­rzyła tem­pe­ra­turę i ciśnie­nie, a potem wrę­czyła mi test cią­żowy. Kiedy pró­bo­wa­łam tłu­ma­czyć, że Andrew i ja rzadko współ­ży­li­śmy, odkąd się zaczęły nasze pro­blemy, powie­działa: "To tylko tak dla pew­no­ści". Uzna­łam, że widocz­nie nie chcą pod­da­wać kobiet w ciąży tera­pii elek­trow­strzą­sami, choć kiedy sie­dzia­łam na sede­sie, by zro­bić test, nie byłam pewna, czy w dal­szym ciągu się je wyko­nuje. Enid patrzyła, jak oddaję mocz, co mnie zdzi­wiło, ale uzna­łam, że muszę się przy­zwy­czaić, a poza tym chcia­łam ją zado­wo­lić. Test oczy­wi­ście dał wynik nega­tywny.

Kiedy zapa­dał zmrok, nade­szła pora kola­cji. Enid zja­wiła się z ele­ganc­kim wóz­kiem, któ­rego można by ocze­ki­wać w hotelu typu Ritz Carl­ton lub Plaza. Na ten widok ryk­nę­łam gęsim recho­tem i ewi­dent­nie prze­stra­szy­łam biedną kobietę. Ale jak mogłam się nie roze­śmiać? Podobne zestawy widy­wa­łam dotąd tylko w tele­wi­zji, ale zamiast wielu dań otrzy­ma­łam wszystko na jed­nej sre­brzy­stej tacy podzie­lo­nej na prze­gródki. Prze­su­nę­łam pal­cem po jej błysz­czą­cej kra­wę­dzi, sycąc oczy ele­ganc­kimi uchwy­tami. Szkoda, że tego nie widzi­cie.

Mój głód był tak doj­mu­jący, że dzi­wacz­nie dobrane potrawy mnie olśniły. Roz­bro­iły. Z per­spek­tywy czasu oce­niam, że nie­przy­pad­kowo -?chcieli mnie uspo­koić, spra­wić, żebym zmię­kła i dało się mnie łatwiej kon­tro­lo­wać. Ale wszystko było tak olśnie­wa­jące, tak pięk­nie podane, że bez wyrzu­tów sumie­nia ule­głam ich zaku­som. Poza tym wcale nie trzeba było mnie kon­tro­lo­wać. Posta­no­wi­łam, że zostanę gor­liwą uczest­niczką. "Kiedy życie daje ci cytryny, zrób...". Zapo­mnia­łam, jak to leciało dalej.

W każ­dej prze­gródce było sma­ko­wite kuli­narne cudo. W tych drob­nych w tyl­nym rogu tacy zna­la­złam przy­pra­wione orze­chy wło­skie, pestki gra­natu świe­cące jak rubiny, kawa­łek świe­żego koziego sera i nasiona sło­necz­nika. Obok umiesz­czono połówkę grejp­fruta pokro­joną na cząstki i kleks jogurtu -?tak świe­żego i aro­ma­tycz­nego, że śli­nianki pękały mi na sam widok. Daniem głów­nym oka­zał się filet z deli­kat­nie goto­wa­nego łoso­sia, ude­ko­ro­wany pie­czo­nymi pomi­dor­kami kok­taj­lo­wymi i podany ze świeżo upie­czoną, jesz­cze gorącą bułeczką. Obok tacy stało maleń­kie białe naczy­nie z por­ce­lany, a w nim kop­czyk lodu z ostrygą w połówce muszli. Ostrygą! W Nebra­sce! Zimą! Co za bez­czelna eks­tra­wa­gan­cja.

Andrew i ja ni­gdy nie jedli­śmy tak w domu. Sama taca byłaby naj­cen­niej­szym -?i naj­pięk­niej­szym -?przed­mio­tem pod naszym skrom­nym dachem. Sie­dząc przed takim posił­kiem, czu­łam się wyjąt­kowo. Jak wład­czyni sta­ro­żyt­nej kra­iny. Kle­opa­tra! Enid zosta­wiła mnie samą, a na koniec oznaj­miła, że mam zjeść wszystko.

Czu­łam się, jakby to był mój pierw­szy posi­łek.

Nabra­łam na łyżkę to, co było naj­bli­żej. Macza­łam kawałki łoso­sia w jogur­cie i orze­chach, a potem roz­gry­za­łam miąższ pokro­jo­nego grejp­fruta. Kolejne były pomi­dory -?ich cie­pło roz­le­wało mi się po każ­dym zaka­marku ust -?a następ­nie przy­stą­pi­łam do jedze­nia małych i tłu­stych zia­ren sło­necz­nika. Pochło­nę­łam bułkę, jakby miała mi uciec, wygrze­ba­łam ostrygę z jej lśnią­cego domku i połknę­łam w cało­ści. To prawda, co mówią: można poczuć smak oce­anu. Czy to nie dziwna myśl? Ni­gdy nie byłam nad oce­anem, a tym bar­dziej nie kosz­to­wa­łam jego sło­nej wody, ale wie­dzia­łam, że tak wła­śnie jest. I zoba­czy­łam to. Obraz prze­mknął mi przez głowę, gdy prze­ły­ka­łam ostrygę. Nie­spo­kojne szare niebo doty­ka­jące wzbu­rzo­nej wody i lata­jące wokół roz­wrzesz­czane mewy. Pia­sek pod pal­cami nóg i mię­dzy pal­cami rąk. Jed­no­cze­śnie cie­pły i chłodny. Magia.

Im peł­niej­szy mia­łam brzuch, tym lep­szy był mój nastrój. Pomy­śla­łam, że mój stan naprawdę może tu się popra­wić. Może Hol­ly­hock było mostem, a po dru­giej stro­nie cze­kała praw­dziwa rodzina. Wła­śnie na mnie. Musia­łam tylko przejść przez most.

Pestki gra­natu zosta­wi­łam na sam koniec, bo były takie piękne. Trzy­ma­jąc jedną pod świa­tło, podzi­wia­łam jej zaokrą­glone ścianki i maleń­kie nasionko zawie­szone w środku. Jadłam po jed­nej, roz­ko­szu­jąc się wstrzą­sem gory­czy, gdy pękały mię­dzy zębami trzo­no­wymi.

Dołą­czo­nemu zesta­wowi her­bat towa­rzy­szył roz­grzany do czer­wo­no­ści kamienny czaj­nik z kubecz­kiem wetknię­tym w pokrywkę jak pasu­jący kawa­łek puz­zli. Pra­wie popa­rzy­łam sobie język, bo tak szybko wypi­łam trzy fili­żanki jedna po dru­giej. Chcia­łam spraw­dzić każdy z egzo­tycz­nych sma­ków: pokrzywy, przy­wrot­nika i buz­dy­ganka. Przez to musia­łam oczy­wi­ście iść do łazienki. Nie chciało mi się nawet zamknąć drzwi. Kiedy usia­dłam na sede­sie, poczu­łam falę wyrzu­tów sumie­nia, że tak wspa­niale się bawię pod nie­obec­ność Andrew. Wytłu­ma­czy­łam sobie jed­nak, że to wszystko dla­tego, że nie muszę zmy­wać naczyń.

Pod­tar­łam się i wsta­łam. Kiedy pochy­la­łam się nad spłuczką, prze­szył mnie ból gdzieś ze środka -?tak inten­sywny, że aż się zgię­łam wpół. Pomy­śla­łam, że to za wcze­śnie na skur­cze men­stru­acyjne. Choć w zasa­dzie ostat­nio byłam roz­ko­ja­rzona i mogłam źle poli­czyć dni. Ale nie. To był ból innego rodzaju.

Doszłam do wnio­sku, że jestem prze­czu­lona. To jak ze spa­niem w nowym miej­scu -?sły­szymy hałasy, ale oka­zuje się, że to tylko złu­dze­nie. Kiedy wszystko wokół jest obce, łatwo zacząć wsłu­chi­wać się w sie­bie z prze­sadną uwagą i wyła­py­wać to, co zwy­kle umyka. Unio­słam sukienkę i ostroż­nie usia­dłam na łóżku. Zala­łam resztką wody zużytą torebkę her­baty i zaczę­łam popi­jać małymi łykami.

Enid wró­ciła po wózek, jak tylko dopi­łam do końca. Ucie­szy­łam się na jej widok. Pod­cho­dząc wol­nym kro­kiem do lusterka nad komodą, zasta­na­wia­łam się, jak to moż­liwe, że przy­szła tak od razu. Postu­ka­łam w szybę, podej­rze­wa­jąc, że to jedno z tych dwu­stron­nych luster, które się widzi w dra­ma­tach poli­cyj­nych. Na pewno mnie obser­wo­wały. Na tę myśl wzru­szy­łam ramio­nami. Niech sobie obser­wują!

-?Będziesz tu do rana -?poin­for­mo­wała Enid, gdy pako­wała sztućce.

Uśmiech­nę­łam się sze­roko, by to zauwa­żyła.

-?W porządku -?odpar­łam.

Posi­łek mnie uspo­koił. Może zadzia­łała tak któ­raś z her­bat. Albo poświę­cana mi uwaga. W Hol­ly­hock House wszystko krę­ciło się wokół mnie. Chyba ni­gdy wcze­śniej nie czu­łam się oto­czona taką opieką. Do głowy przy­szła mi zwa­rio­wana myśl: nie tylko pogo­dzi­łam się z tera­pią, lecz nie­cier­pli­wie na nią cze­ka­łam. Nie każdy ma szansę zacząć od nowa, a ja posta­no­wi­łam poczy­nić ten krok z otwar­tym umy­słem. Roz­pię­łam guziki koł­nie­rzyka, poło­ży­łam się na łóżku i podzi­wia­łam włosy Enid. Jej głowę oka­lały zło­ci­ste sploty, z tyłu prze­ty­kane drob­nymi gałąz­kami róż­no­ko­lo­ro­wych ziół.

-?Co się wyda­rzy rano? -?spy­ta­łam.

Dło­nie Enid (jak zawsze) poru­szały się z deter­mi­na­cją, gdy ukła­dała na wózku naczy­nia z kola­cji.

-?Dok­tor Ede­vane prze­pro­wa­dzi krótki wywiad kon­tro­lny, a potem dołą­czysz do innych kobiet z pro­gramu. -?Enid otwo­rzyła drzwi i wypro­wa­dziła wózek na kory­tarz. -?Na biurku jest dzba­nek ze świeżą wodą. Gdy­byś potrze­bo­wała cze­goś jesz­cze, można nas wezwać w ten spo­sób. -?Postu­kała w przy­cisk na ścia­nie nad włącz­ni­kiem świa­tła i wyszła. Jej uśmiech pozo­sta­wił po sobie blask w sali.

-?Dobra­noc! -?zawo­ła­łam za nią w nadziei, że usły­szała w moim gło­sie radość.

Drzwi zablo­ko­wały świa­tło z kory­ta­rza i lampka się wyłą­czyła. Pode­szłam do przy­ci­sku i pró­bo­wa­łam go naci­snąć, ale sala pozo­stała pogrą­żona w ciem­no­ści. W porządku, pomy­śla­łam. Przy­swoję sobie har­mo­no­gram. To będzie coś nowego. Praw­dziwy reset. Pode­szłam do okna i odsu­nę­łam firanki. Wie­czorny hory­zont był wstęgą pło­ną­cego fio­letu i poma­rań­czu. Wró­ci­łam do łóżka i poło­ży­łam głowę na podusz­kach -?zbyt zre­lak­so­wana, zanadto zmę­czona, by się zako­pać pod koł­drą. Oddech mia­łam spo­kojny, a w żołądku czu­łam cie­pło. Zamknę­łam oczy i pozwo­li­łam, by Hol­ly­hock mnie zabrało.

?

Po prze­bu­dze­niu wzię­łam roz­pust­nie długi prysz­nic, który zła­go­dził ból brzu­cha, a następ­nie wśli­zgnę­łam się w sukienkę z Hol­ly­hock jak nurek głę­bi­nowy w kom­bi­ne­zon. Potem sie­dzia­łam przy biurku i patrzy­łam na śnieg, cze­ka­jąc, aż przyj­dzie po mnie Enid. Z nieba spa­dały wiru­jące płatki śniegu, niczym drobne dzieci chmur ska­zane na wieczny cykl powro­tów -?jako śnieg, woda lub para -?aż po kres czasu. Kon­cep­cja ponow­nych naro­dzin: powsta­nia jako jedno i odro­dze­nia się jako coś innego, pod­nio­sła mnie na duchu. Wszystko było tak, jak powinno. Wszystko było wszyst­kim, o ile takie stwier­dze­nie ma sens. Dla mnie wtedy miało i z każ­dym dniem nabie­rało go coraz wię­cej.

Zja­wiła się Enid i wyszły­śmy z Pokoju Powi­tal­nego.

Sieć kory­ta­rzy dopro­wa­dziła nas do głów­nej odnogi Skrzy­dła Pół­noc­nego. Przy­sta­nę­ły­śmy pomię­dzy dwoma poko­jami pacjen­tów. Tak jak wie­czo­rem poprzed­niego dnia, Enid mnie zwa­żyła, zmie­rzyła mi ciśnie­nie i tem­pe­ra­turę. Po zano­to­wa­niu wyni­ków (wszyst­kie były książ­kowe) podała mi mały kube­czek z suple­men­tami, które mia­łam popić wodą, i poin­for­mo­wała, że w Hol­ly­hock obo­wią­zuje ści­sła poli­tyka anty­le­kowa, z wyjąt­kiem naj­po­waż­niej­szych przy­pad­ków. Powie­dzia­łam o swo­ich bólach brzu­cha. Enid poło­żyła tam dłoń i nie odry­wała tak długo, że poczu­łam cie­pło. Następ­nie stwier­dziła, że ból minie.

Popro­wa­dziła mnie do Hol­ly­hock Hall -?wiel­kiej, jasno oświe­tlo­nej jadalni. Ogromne okna po obu stro­nach się­gały od pod­łogi do sufitu, a dzięki nim pomiesz­cze­nie było ską­pane w lilio­wym świe­tle zimo­wego poranka. Chro­po­wate szyby zbro­jone meta­lową siatką spra­wiały, że świat na zewnątrz wyglą­dał jak sma­gane wia­trem morze pod zasnu­tym chmu­rami nie­bem. Po naszej stro­nie sali znaj­do­wała się linia wyda­wa­nia posił­ków, a po prze­ciw­nej były podwójne drzwi. Nad nimi wisiał wielki zegar pozba­wiony cyfr.

Enid popro­wa­dziła mnie do linii, a potem wyszła. Obser­wo­wa­łam ją, dopóki nie znik­nęła za drzwiami pod zega­rem, i byłam zazdro­sna o uwagę, którą teraz poświęci jakiejś innej pacjentce.

Szybko jed­nak poczu­łam radość na myśl o śnia­da­niu, któ­rego sama nie musia­łam przy­go­to­wy­wać, jedzo­nego z tale­rzy, któ­rych nie musia­łam zmy­wać. Sym­pa­tyczna kobieta zała­do­wała mi tacę na bogato: dosta­łam spe­cjal­nie przy­go­to­wany omlet warzywno-grzy­bowy, dwie kieł­ba­ski, tost i miskę owo­ców. W wydłu­żo­nej prze­gródce tacki zna­la­zła się lekko oso­lona połówka awo­kado z pestką. Wybra­łam her­batę z buz­dy­ganka, choć mia­łam prze­czu­cie, że w domu byłam miło­śniczką kawy. Hol­ly­hock miało w sobie coś takiego, co przy­tę­piało mi myśli o domu. Skła­ma­ła­bym, twier­dząc, że mi to nie prze­szka­dzało.

Wzię­łam tacę i wybra­łam sto­lik, przy któ­rym nikt nie sie­dział. Wie­dzia­łam, że muszę zacząć szu­kać przy­ja­ciół, ale na razie chcia­łam się cie­szyć jedze­niem. Oczy­wi­ście, kiedy tylko usia­dłam, pode­rwała się sie­dząca przy pobli­skim sto­liku kobieta -?jak­by­śmy sie­działy po prze­ciw­nych stro­nach huś­tawki -?i pode­szła do mnie. Była przy­sa­dzi­sta i miała kwa­dra­tową twarz, na któ­rej znać było zmę­cze­nie jakimś długo dźwi­ga­nym cię­ża­rem. Od razu wie­dzia­łam, że należy do ludzi, któ­rzy wyglą­dają na star­szych, niż są. Pod spra­co­waną skórą kryły się młode mię­śnie. Posta­wiła tacę po dru­giej stro­nie i tak gwał­tow­nie klap­nęła na ławkę, że jej kubek z her­batą pra­wie się prze­wró­cił.

-?Lepiej zepnij włosy -?pora­dziła. Sama miała dwa war­ko­cze zwią­zane w węzły po bokach głowy.

-?Cześć. Nie ma pro­blemu -?odpo­wie­dzia­łam. -?A dla­czego?

Wpa­ko­wała sobie do ust pół kieł­ba­ski.

-?Honora -?przed­sta­wiła się i ener­gicz­nie wycią­gnęła do mnie rękę nad sto­łem. Roz­sze­rzany rękaw jej koszuli był pod­cią­gnięty do przed­ra­mie­nia, przez co uka­zy­wał mię­śnie poru­sza­jące się jak struny instru­mentu. Miała duże ręce. Duże ramiona. Spra­wiała wra­że­nie, jakby drze­mała w niej ogromna siła. Nie widzia­łam takiej u żad­nej innej kobiety. Cokol­wiek robiła przed przy­by­ciem do Hol­ly­hock, wią­zało się to z ciężką pracą fizyczną. Może prze­rzu­cała siano? Chwy­ci­łam wycią­gniętą rękę, a ona pra­wie zmiaż­dżyła mi kości. Przed­sta­wi­łam się z gry­ma­sem bólu na twa­rzy.

Scho­wa­łam pod sto­łem obo­lałą dłoń, żeby ją roz­ma­so­wać.

-?Mówi­łaś coś o spię­ciu wło­sów?

-?Lubią za nie cią­gnąć, Char­lotte -?odparła, roz­kła­da­jąc ręce, jakby to było coś oczy­wi­stego.

-?Naprawdę? -?Rozej­rza­łam się. Wszyst­kie kobiety wyda­wały się łagodne i kul­tu­ralne.

-?Dla two­jego dobra mam nadzieję, że nie będą tego robić -?stwier­dziła Honora i zmie­rzyła wzro­kiem moją tacę. -?Nie cze­piają się każ­dej. Będziesz to jadła?

Zdez­o­rien­to­wana jej roz­mow­no­ścią, ledwo spo­strze­głam, co jest grane, gdy zła­pała jedną z moich kieł­ba­sek. Po chwili wpa­ko­wała ją sobie do wol­nej czę­ści ust i wybuch­nęła śmie­chem.

-?Tak, mia­łam zamiar to zjeść -?odpar­łam.

Honora żuła mięso, patrząc w prze­strzeń. Mię­śnie jej czaszki poru­szały się jak u lwicy prze­żu­wa­ją­cej kość. Odgry­złam kawa­łek omletu i oka­zał się on mie­sza­niną sma­ków pysz­niej­szą, niż można się spo­dzie­wać po zesta­wie jajek, pie­cza­rek i papryki. Kiedy prze­ły­ka­łam, moje zde­ner­wo­wa­nie z powodu kra­dzieży kieł­ba­ski zaczęło top­nieć.

-?Zosta­wiam kieł­ba­skę na koniec -?obwie­ściła Honora i wyli­zała resztki. -?Co więc cię tu spro­wa­dziło, Char­lotte?

-?Psy­choza domowa.

-?Czyli masz męża.

-?Skąd wiesz?

-?Daj spo­kój. Nikt nie dostaje tej dia­gnozy, jeśli nie zasu­ge­ruje jej mąż.

-?Dia­gnozę posta­wił praw­dziwy lekarz. A ja chcę zro­bić to, co naj­lep­sze dla mojej rodziny, więc posta­no­wi­łam się z tym pogo­dzić.

-?Kiedy po raz ostatni sły­sza­łaś o męż­czyź­nie z psy­chozą domową, co?

-?No... ni­gdy, ale...

Honora pokrę­ciła głową i wydęła wargi.

-?Zawsze winni są mężo­wie. On pra­cuje. On podró­żuje. On wycho­dzi z kole­gami. Robi Bóg wie co z Bóg wie kim i nikt się nad tym dłu­żej nie zasta­na­wia, nikt tego nie kwe­stio­nuje. Wresz­cie w kobie­cie coś pęka pod wpły­wem izo­la­cji albo po pro­stu zwy­czaj­nie się wku­rza, a psy­chia­tra, do któ­rego tra­fia, nazywa to schi­zo­fre­nią. Może nam się poprawi, a może nie. Tak czy ina­czej, ma pre­tekst do prze­rzu­ce­nia się na nową żonę. Bo ta poprzed­nia sfik­so­wała, łapiesz?

-?Naprawdę nie sądzę, by tak było z Andrew -?odpar­łam, gdy już z wdzięcz­no­ścią o nim pomy­śla­łam. -?Czy wszyst­kie pozo­stałe kobiety cier­pią na to samo?

-?Lwia część -?stwier­dziła Honora, oparła łokieć o stół i wska­zała pal­cem. -?Tam sie­dzi Eliza, widzisz?

-?Mhm.

-?Spa­liła swój dom, a kiedy ją spy­tali, dla­czego to zro­biła, odpo­wie­działa, że chciała, by mąż prze­stał wycho­dzić do pracy. Dasz wiarę? Po wszyst­kim umie­ścił ją tutaj.

-?No cóż, w końcu spa­liła dom -?odpar­łam z ulgą, że ja pod wpły­wem uro­jeń nie doko­na­łem pod­pa­le­nia.

-?Sęk w tym -?kon­ty­nu­owała Honora -?że Eliza jest więk­szą wariatką niż szop, który nie potrafi dosię­gnąć wła­snego tyłka. A macie tę samą dia­gnozę.

-?To pech -?zgo­dzi­łam się. -?Nosimy ten sam styg­mat.

-?Styg­mat?

-?Tak jest -?potwier­dzi­łam. -?Piętno. -?Prze­cią­gnę­łam kawa­łek jajka po tłusz­czu na tale­rzu i wzię­łam oczysz­cza­jący oddech. -?No cóż. Nie mogę się mar­twić o Elizę. Zostało mi dwa­dzie­ścia dzie­więć dni na upo­rząd­ko­wa­nie wła­snego umy­słu.

-?Czy z tobą jest naprawdę coś nie tak? Nie wyda­jesz mi się szcze­gól­nie chora.

Wzru­szy­łam ramio­nami.

-?Ty mnie też.

-?O nie, nie -?powie­działa, dzia­biąc się widel­cem w bok głowy. -?Ja jestem cał­ko­wi­cie popsuta. Popie­przona.

-?Honoro -?zaczę­łam, bar­dzo się sta­ra­jąc, by mój głos brzmiał sym­pa­tycz­nie. -?Mnie wyda­jesz się cał­ko­wi­cie nor­malna.

Zeskro­bała z tacy resztki i zja­dła. Nawet kiedy prze­żu­wała, jej usta były skie­ro­wane ku dołowi i zaci­śnięte -?jakby odpy­chała falę jakie­goś uczu­cia. Wie­dzia­łam, że drą­że­nie tematu byłoby nie­tak­towne, więc wydu­ka­łam, że wszystko w porządku, bo to nie moja sprawa.

-?Czy kie­dy­kol­wiek przy­szło ci do głowy, że możesz być złym czło­wie­kiem?

-?Yyy... Nie... Mam nadzieję, że nie jestem. I nie mam wąt­pli­wo­ści, że i ty nie jesteś złym czło­wie­kiem, Honoro.

-?Czy śro­dek się liczy, jeśli zewnętrzna powłoka jest zła?

-?Oczy­wi­ście, że tak.

-?Hmm... nie jestem pewna, że reszta świata tak to widzi.

-?Nie powin­naś się przej­mo­wać, jak widzi to reszta świata. Poza tym nie sądzę, by można było dzie­lić ludzi na dobrych i złych -?odpar­łam w prze­ko­na­niu, że to coś mądrego, co mógłby powie­dzieć Andrew. -?Uwa­żam, że zacho­wa­nia ludzi wyni­kają z tego, ile są w sta­nie znieść. Ci mniej odporni na ból mogą być bar­dziej skłonni do ranie­nia innych, bo nie dostali narzę­dzi do prze­pra­co­wa­nia tego, co prze­ży­wają. Czują się bez­bronni albo przy­parci do muru. Wła­śnie wtedy widzimy ludzi postę­pu­ją­cych nie­wła­ści­wie.

-?To tylko wymyślny spo­sób na powie­dze­nie, że każdy ma swoją gra­nicę wytrzy­ma­ło­ści, Char­lotte. Czy twój mąż zna­lazł cię w kole­dżu?

-?Nie, pozna­li­śmy się... -?mówię i ury­wam. Nie pamię­tam, gdzie się pozna­li­śmy, prawda? Ach tak, na meczu. Meczu base­bal­lo­wym. Grały dwie dru­żyny, a my byli­śmy na widowni. Tak wła­śnie się pozna­li­śmy (chyba). To jak praw­dziwa miłość z marzeń. Wszystko jest za mgłą.

Honora kon­ty­nu­owała:

-?Świata nie obcho­dzi, co jest w środku, jeśli zro­bisz coś, co się nie mie­ści w gło­wie. Nie­które czyny są na tyle złe, że inten­cje danej osoby nie mają tak naprawdę zna­cze­nia.

Poczu­łam, że pod gru­bym koł­nie­rzy­kiem napina mi się skóra.

-?O czym my mówimy, Honoro?

Jej wyraz twa­rzy się zmie­nił, się­gnęła nad sto­łem, zabrała mój kubek i dopiła her­batę.

-?Po połu­dnio­wej stro­nie głów­nego budynku mają małe ogro­dzone podwórko ze sta­rymi huś­taw­kami -?oznaj­miła, wyko­nu­jąc nie­okre­ślony gest nad moim ramie­niem. -?Kobiety na nich sie­dzą i pra­wie w ogóle się nie bujają. Możesz je wołać, ale i tak nie usły­szysz odpo­wie­dzi.

Prze­szedł mnie dreszcz.

-?Nie lubię huś­ta­wek -?odpar­łam. Nie mam poję­cia dla­czego.

-?Nie cho­dzi mi o huś­tawki, Char­lotte, tylko o pacjentki, które tam cho­dzą.

-?Co to za jedne?

-?Krąży pogło­ska, że praw­dziwe psy­cholki, bez­na­dziejne przy­padki. Tylko cze­kać, aż sama do nich dołą­czę -?odparła i wstała, bo już zja­dła swój posi­łek i część mojego.

-?Honoro? -?zwró­ci­łam się do niej, jak­bym wła­śnie została opusz­czona, choć prze­cież na początku chcia­łam jeść w samot­no­ści. Byłam taka szczę­śliwa, a teraz ona mówiła smutne rze­czy. -?Pró­bu­jesz mnie prze­stra­szyć?

Wes­tchnęła i prze­stą­piła z nogi na nogę.

-?Mówię tylko, że powin­naś nosić włosy spięte u góry, nic wię­cej.

Poczu­łam wewnętrzną iskrę buntu wobec cze­goś, co nie­wąt­pli­wie było próbą prze­śla­do­wa­nia nowej pacjentki.

-?Nosi­łam je tak zwią­zane w domu, żeby się nie bru­dziły i dla­tego, że Andrew lubił taką fry­zurę. Teraz mam tro­chę czasu na bycie sobą. Poza tym żadna z tych kobiet nie wygląda, jakby cią­gnęła za włosy.

Honora wzru­szyła ramio­nami i zaczęła odcho­dzić ze swoją tacą.

-?O te tutaj nie musisz się mar­twić.

Odsta­wiła tacę na miej­sce przy linii wyda­wa­nia posił­ków, a potem ruszyła w stronę podwój­nych drzwi pod zega­rem i znik­nęła za nimi. Rozej­rza­łam się po sali, nagle świa­doma wła­snych wło­sów, miękko opa­da­ją­cych na szyję i ramiona. Włosy wszyst­kich innych pacjen­tek były zwią­zane.

?

Dyrek­torka Hol­ly­hock House, dok­tor Althea Ede­vane, sie­działa na krze­śle, tyłem do ogrom­nej, nie­zwy­kle ozdob­nej kon­struk­cji z drewna. Wyglą­dało to jak klatka, w któ­rej urzą­dzono natu­ralne śro­do­wi­sko dla ptaka lub innego zwie­rzę­cia. Gałę­zie i patyki two­rzyły schro­nie­nie dla cze­goś, co się cza­iło w środku. Cienka siatka roz­cią­gnięta mię­dzy ramami suge­ro­wała, że to ptaki. Każde inne zwie­rzę roze­rwa­łoby ją pazu­rami. Nie sły­sza­łam jed­nak świer­go­ta­nia.

Lekarka wyglą­dała jak ktoś, kto pro­wa­dzi eks­klu­zywny ośro­dek odnowy bio­lo­gicz­nej dla bajecz­nie boga­tych. Jej por­ce­la­nowa cera miała woskowy połysk świad­czący o kosz­tow­nej i bar­dzo sta­ran­nej pie­lę­gna­cji -?pra­wie nie było widać oznak wieku, może poza deli­kat­nymi kurzymi łap­kami w kąci­kach oczu. Z rado­ścią zauwa­ży­łam też zmarszczki mimiczne jak u osoby, która czę­sto się śmieje. Gęste włosy lekarki były mocno sple­cione we fran­cu­ski war­kocz, w więk­szo­ści siwy, choć z nie­licz­nymi upar­tymi pasmami koloru kasz­ta­no­wego. Z jed­nej strony wysta­wał gustowny zie­lony ele­ment, jak piórko w kape­lu­szu. Zasta­na­wia­łam się, czy to goź­dziki, choć wcze­śniej widy­wa­łam je tylko na pół­kach z przy­pra­wami, a nie jako żywą roślinę. Bo to prze­cież rośliny, prawda?

Jej stro­jem była sukienka z tego samego marsz­czo­nego mate­riału co wszyst­kie, a dodat­kiem -?skromne czarne pan­to­fle z klamrą. Widzia­łam ruch bez­barw­nych warg, kiedy mówiła, ale więk­szość tre­ści mi umy­kała, bo błą­dzi­łam wzro­kiem po wnę­trzu klatki, wypa­tru­jąc goź­dzi­ków.

-?Pani Tur­ner? Pyta­łam o pani wra­że­nia do tej pory.

-?Słu­cham? -?odpar­łam. Poczu­łam się przy­ła­pana na odpły­nię­ciu myślami.

-?Wiem, jest to eks­cen­tryczne -?przy­znała, wska­zu­jąc klatkę czy cokol­wiek to było. -?Odwra­cacz uwagi, który pew­nie powin­nam była zosta­wić w domu. Ale tyle się od nich uczę. Cho­ciaż jaki w tym sens, skoro i tak ni­gdy mnie nie ma i nie mogę obser­wo­wać, jak rosną, prawda?

Prze­krzy­wi­łam głowę, sta­ra­jąc się zoba­czyć, o czym wła­ści­wie mówi.

-?Ogoń­czyki -?wyja­śniła. -?Nie­stety, kiedy już są naje­dzone, słabo się ruszają. -?Zatrze­po­tała pal­cami. -?Może uda się pani któ­re­goś doj­rzeć, zanim skoń­czy nam się czas. W każ­dym razie chcia­łam zapy­tać, jak się pani akli­ma­ty­zuje.

-?No cóż -?zaczę­łam, celowo patrząc jej w oczy, by w ten spo­sób poka­zać szcze­rość. -?Tra­fi­łam tu dopiero nie­dawno. Posiłki są... -?Zawie­si­łam głos, pró­bu­jąc zna­leźć słowo, które odda­łoby ich cudow­ność w moich oczach. -?Trans­de­centne.

-?Chyba chciała pani powie­dzieć "trans­cen­dentne" -?odparła Ede­vane i zachi­cho­tała. -?Czyli udało nam się osią­gnąć zamie­rzony efekt.

-?Naprawdę się nie spo­dzie­wa­łam tak nie­sa­mo­wi­tego jedze­nia w szpi­talu psy­chia­trycz­nym.

-?Chcemy, żeby­ście się czuły oży­wione, pełne ener­gii. Dobre jedze­nie to naj­lep­szy pierw­szy krok w tym kie­runku. Zgo­dzi się pani ze mną, pani Tur­ner? Chyba że mogła­bym mówić po imie­niu.

-?Tak, pro­szę. Char­lotte będzie w sam raz -?zapew­ni­łam i pomy­śla­łam, że ta kobieta jest bar­dzo sym­pa­tyczna. Czyż­bym się zaru­mie­niła?

-?Ciało odpo­wiada ade­kwat­nie do bodź­ców, które otrzy­muje, prawda? - kon­ty­nu­owała. -?Zaser­wuj byle co, to w zamian otrzy­masz banał. Dieta zło­żona z róż­no­rod­nego jedze­nia wyso­kiej jako­ści nie tylko jest odżyw­cza, ale i ma swoją sym­bo­likę. Chcę, żeby budziła w was eks­cy­ta­cję. Powinna napeł­nić brzuch, lecz rów­nież obu­dzić głód poten­cjału: umy­sło­wego i fizycz­nego.

-?Tak -?odpar­łam zachwy­cona. -?Na tym wła­śnie mi zależy. -?Poczu­łam się, jakby otwo­rzyła mi umysł i ciało.

-?Gdy­by­śmy poda­wali wam tylko miseczki mdłej owsianki i her­bat­niki Gra­hama, co by to w was obu­dziło? Według mnie nie­wiele. Swoją drogą, Sylve­ster Gra­ham wła­śnie dla­tego wyna­lazł te pozba­wione smaku "deseczki" jak z kar­tonu: by zdu­sić sek­su­alne żądze kobiet. Wie­dzia­łaś o tym?

-?Nie -?przy­zna­łam. Cóż to była za fascy­nu­jąca kobieta. Miała taką wie­dzę. Kiedy wspo­mniała o sek­sie, na pewno się zaru­mie­ni­łam.

-?Obie­cuję, że w Hol­ly­hock nie znaj­dziesz jego pury­tań­skich waflo­wa­tych wyro­bów. Pró­bu­jemy przy­po­mi­nać kobie­tom o ich natu­rze i pasjach, a nie je zako­py­wać. -?Wzięła głę­boki wdech, a potem wypu­ściła powie­trze. - Wiem, że to może się wyda­wać sprzeczne ze świa­tem, w któ­rym żyjemy, ale nie można repre­sjo­no­wać ludzi bez końca. Trzeba im poka­zać, kim są, a potem nauczyć się poru­szać po ich rze­czy­wi­sto­ści. Tak zapro­jek­to­wa­łam tutej­sze doświad­cze­nie, by było dla naszych pacjen­tek impul­sem do prze­bu­dze­nia. Jedze­nie to zale­d­wie nie­wielka cząstka cało­ści. Wszystko mocno przy­po­mina mój spo­sób hodowli tych motyl­ków.

-?Nie pomy­śla­łam o tym w ten spo­sób. Wszystko wydaje się takie prze­my­ślane.

-?Mam nadzieję. Twój mąż zapła­cił dużo pie­nię­dzy, żebyś mogła tu się leczyć. -?Po tych sło­wach się uśmiech­nęła i nie dodała nic wię­cej.

Jej oczy były jak kałuże w jaskini -?bla­do­zie­lone lub bla­do­błę­kitne, w zależ­no­ści od świa­tła. Źre­nice się roz­sze­rzyły, jakby nad naszymi gło­wami prze­le­ciała chmura. Oczy­wi­ście nic takiego nie nastą­piło, bo sie­dzia­ły­śmy w jej prze­stron­nym gabi­ne­cie pod sty­lo­wym żyran­do­lem. Zano­to­wa­łam w myślach, by spró­bo­wać odtwo­rzyć w naszym domu nie­które z tych ozdob­nych akcen­tów.

-?Zatem -?kon­ty­nu­owała -?te sesje psy­cho­te­ra­pii będą naszą szansą na wyle­cze­nie two­jej cho­roby. Spę­dzimy nieco dłuż­szy czas z twoim przy­tom­nym umy­słem i spró­bu­jemy coś wzbu­rzyć w pod­świa­do­mo­ści. Ale naj­pierw powiedz mi tro­chę wię­cej o sobie. Coś, czego mogę nie zna­leźć w two­jej kar­cie.

Nie spo­dzie­wa­łam się cie­pła od dyrek­torki ośrodka psy­chia­trycz­nego. Entu­zja­stycz­nym tonem zaczę­łam opo­wia­dać:

-?Andrew i ja prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do Hay Springs zimą zeszłego roku. Oboje wycho­wy­wa­li­śmy się w małych mia­stecz­kach na Wscho­dzie i zale­żało nam na zna­le­zie­niu przy­ja­znej spo­łecz­no­ści z dobrymi szko­łami. Tak by było nas stać na przy­jemny dom, w któ­rym mogli­by­śmy wycho­wy­wać dzieci.

Jej usta nie­znacz­nie się wygięły ku dołowi.

-?Mówisz to pra­wie tak, jak­byś czy­tała z dossier.

-?A co to jest dossier?

-?Nie­ważne. -?Mach­nęła ręką. -?W jakiej branży pra­cuje Andrew?

-?Sprze­daje urzą­dze­nia do pre­cy­zyj­nej obróbki, ale nie podam szcze­gó­łów, bo tego nie rozu­miem.

-?A ja i tak bym nie uda­wała, że temat mnie inte­re­suje -?odparła lekarka, a potem wybuch­nęła deli­kat­nym śmie­chem.

Poczu­łam, że wypeł­nia mnie radość.

-?Wygląda na to, że przez następny tydzień ja też nie będę musiała uda­wać! -?powie­dzia­łam. To wszystko było takie wyzwa­la­jące.

-?Zabawna jesteś, Char­lotte. Coś ci powiem: w cza­sach począt­ków tej pla­cówki, dawno temu, panie orga­ni­zo­wały pokazy talen­tów i kon­kursy pięk­no­ści. Kiedy słu­cham, jak sypiesz żar­tami, przy­cho­dzi mi do głowy, że może powin­ny­śmy do tego wró­cić.

-?Okej -?odpar­łam, czu­jąc, że moje policzki płoną. -?Tylko że nie wiem, czy mam jakieś talenty.

-?Może powin­naś lepiej poznać sie­bie, Char­lotte? Kiedy będziesz miała zaję­cia z prac ręcz­nych, spró­buj robie­nia na dru­tach, hafto­wa­nia, wypla­ta­nia koszy­ków. Poczy­taj nasze książki o tym, jak kobiety naj­le­piej wyko­rzy­stują swoją pozy­cję w innych kra­jach, jak roz­sa­dzają ramy swo­ich świa­tów wewnętrz­nych.

-?Tak zro­bię.

-?Dobrze... Kie­dyś popro­szę Enid, by się zasta­no­wiła nad zor­ga­ni­zo­wa­niem pokazu talen­tów. -?Lekarka zapi­sała coś na pod­kładce i zmie­niła pozy­cję na krze­śle. Pod sukienką poru­szały się kon­tury jej ciała. Było silne i sprę­ży­ste, co świad­czyło o regu­lar­nych, peł­nych dys­cy­pliny ćwi­cze­niach. -?Może opo­wiedz swo­imi sło­wami, co cię spro­wa­dza do Hol­ly­hock.

Ujęła to tak, jakby cho­dziło o waka­cyjny kurort albo uczel­nię. Moje samo­po­czu­cie pozwa­lało stwier­dzić, że nie jest to wcale tak odle­głe od rze­czy­wi­sto­ści.

-?Myślę, że już znasz odpo­wiedź.

-?Znam, ale wgląd w twoją per­spek­tywę pomaga mi w pracy -?odparła lekarka. Czu­bek jej nosa był cienki i błysz­czący. Jeśli miała maki­jaż, to mini­malny.

-?Myślę, że tra­fi­łam tu w taki sam spo­sób jak więk­szość kobiet.

-?Mówisz, jak­byś była roz­go­ry­czona, Char­lotte.

-?Nie... -?odpar­łam i się zawa­ha­łam, bo usły­sza­łam w gło­wie to, co Honora opo­wia­dała o żonach i mężach. -?Dosta­łam szansę na ura­to­wa­nie mał­żeń­stwa i rodziny. Ale któż nie miałby w sobie choćby odro­biny żalu, że naj­wy­raź­niej to kobieta musi się napra­wić, a męż­czy­zna nie ma obo­wiązku doko­na­nia w sobie jakich­kol­wiek zmian?

-?Wąt­pisz, że jesteś chora?

-?Nie -?odpo­wie­dzia­łam zgod­nie z prawdą. -?Dok­tor Bar­ker posta­wił mi dia­gnozę. Po pro­stu... zawsze taka byłam. A wszystko wyda­rzyło się nagle, rozu­miesz?

-?Pew­nie zawsze byłaś w gru­pie ryzyka, Char­lotte. To jak z wro­dzoną wadą serca odkrytą w póź­nym okre­sie życia. Objawy takie jak twoje bar­dzo czę­sto ule­gają zaostrze­niu w stre­su­ją­cych sytu­acjach, zwłasz­cza przy pre­dys­po­zy­cjach gene­tycz­nych. A mał­żeń­stwo to istna kopal­nia stresu.

-?Ale skoro tak, to dla­czego cho­roba dotyka tylko kobiety?

Lekarka unio­sła brwi i się uśmiech­nęła.

-?Nie sądzi­łam, że tak szybko roz­pocz­niemy pełną dys­ku­sję o DSM 11 - powie­działa, opa­da­jąc na opar­cie krze­sła. -?"Psy­choza domowa" to tylko nazwa, którą nada­jemy zabu­rze­niom z pogra­ni­cza schi­zo­fre­nii, kiedy zostają zaob­ser­wo­wane w kon­tek­ście zaj­mo­wa­nia się domem. Nie­stety, nawet w dzi­siej­szych cza­sach naj­czę­ściej robią to kobiety. Nie bez powodu scho­rze­nie, o któ­rym mówimy, daw­niej nosiło nazwę "schi­zo­fre­nii gospo­dyni domo­wej". Tro­chę tylko zła­go­dzono ety­kietę. Nie myśl jed­nak, że męż­czyźni nie cier­pią na zabu­rze­nia z pogra­ni­cza schi­zo­fre­nii typowe dla ich fizjo­lo­gii i ról spo­łecz­nych -?wyja­śniła i wska­zała regał z książ­kami. -?Widzisz tam­ten przy­ku­rzony zie­lony tom? To moja praca naukowa wła­śnie na ten temat, na wypa­dek gdy­byś kie­dyś miała ochotę prze­czy­tać. Ale wstrzy­maj się z tym do czasu, aż będziesz miała kło­poty z zasy­pia­niem. -?Lekarka zanio­sła się szcze­rym chi­cho­tem. -?Połowa naszej grupy badaw­czej to byli męż­czyźni, a odkry­cia...

Moją uwagę przy­cią­gnęła część regału tuż pod roz­prawą -?w miej­scu, gdzie stare książki medyczne w cięż­kich tomisz­czach tkwiły pomię­dzy dwiema pod­pór­kami z kamie­nia. Jedną z nich był kruk w sza­rym łup­ko­wym kolo­rze, a dru­gim -?drzewo z tego samego mate­riału. Gałę­zie drzewa poły­ski­wały dzięki zawie­szo­nym na nich ozdo­bom: były tam para srebr­nych okrą­głych kol­czy­ków, kilka bran­so­le­tek i deli­kat­nych naszyj­ni­ków, któ­rym towa­rzy­szyły zawieszki z moty­wem ukrzy­żo­wa­nia. Z kolei kruk miał w dzio­bie meda­lion.

Na półce poni­żej znaj­do­wało się ogromne zdję­cie lekarki z małym chłop­czy­kiem o bystrym spoj­rze­niu -?nie­wąt­pli­wie jej syn­kiem. Po bokach usta­wione były jego szkolne por­trety -?od przed­szko­laka po ucznia wcze­snych klas pod­sta­wówki. Podobna seria zdjęć, tylko nowych, przed­sta­wia­ją­cych tego samego chłopca w róż­nym oto­cze­niu i stroju, wisiała na ścia­nie.

Znów dobiegł mnie głos lekarki:

-?...ale nie twier­dzę, że kobiety są rów­nie licz­nie repre­zen­to­wane wśród nowych przy­pad­ków i nie neguję, że mamy do czy­nie­nia z falą nad­roz­po­znań tej cho­roby. To chcia­łaś usły­szeć?

-?Skąd mam wie­dzieć, że nie jestem jedną z kobiet, które zostały błęd­nie zdia­gno­zo­wane?

Jej oczy ema­no­wały wła­sną ener­gią. Zda­wało się, że jest w nich mądrość nie­do­stępna innym. Lekarka wstała i odparła:

-?Oj, nie sądzę, by w twoim wypadku popeł­niono błąd.

Z gra­cją pode­szła do biurka i chwy­ciła teczkę. W klatce coś zatrze­po­tało, a ja zare­ago­wa­łam na to cichym:

-?Uuu.

-?Oj -?powie­działa i sia­da­jąc, spoj­rzała przez ramię. -?Czyżby posta­no­wiły zaszczy­cić nas swoją obec­no­ścią?

Mignęło mi skrzy­dełko.

-?Czy to są... motyle? -?zapy­ta­łam.

-?Ow­szem. To nie­mą­dre, że je tu trzy­mam. Nie tylko pacjentki Hol­ly­hock zma­gają się z zabu­rze­niami psy­chicz­nymi. Ja też, jak widzisz, mam skłon­ność do obse­sji.

Odchy­li­łam się w bok, żeby lepiej widzieć.

-?Uwa­żam, że to uro­cze.

-?Mam tam więk­szość zna­nych ogoń­czy­ków: zie­lone, jałow­cowe, zebro­wate, kró­lew­skie, srebr­no­pa­skowe, kora­lowe, krza­cza­ste, może nawet ze dwa zło­ci­ste. Około dwu­dzie­stu sze­ściu gatun­ków bez poczwa­rek. Ich nie liczę, bo mogą się nie wykluć, tylko zawi­nąć i ni­gdy nie wyjść z kokonu. -?Pokle­pała teczkę dłońmi i z teatralną ele­gan­cją roz­ło­żyła ją sobie na kola­nach. -?A jeśli cho­dzi o cie­bie, zobaczmy. -?Odchrząk­nęła. - Pacjentka wyka­zuje liczne objawy schi­zo­fre­no­genne cha­rak­te­ry­styczne dla tak zwa­nej psy­chozy domo­wej. Są to mię­dzy innymi: uro­je­nia ksobne, cha­otyczna mowa, prze­jawy ambi­cji, nie­umie­jęt­ność kon­cen­tra­cji i histe­ria. Dowody aneg­do­tyczne wska­zują na kobietę zabu­rzoną. - Pod­nio­sła wzrok. -?Nie owi­jał w bawełnę, co?

-?Czym są uro­je­nia ksobne?

-?Prze­ko­na­niem, że jakieś zewnętrzne, nie­zwią­zane z tobą, nie­szko­dliwe zja­wi­ska są wymie­rzone prze­ciwko tobie, odno­szą się wła­śnie do cie­bie, gdy tak naprawdę nie mają z tobą bez­po­śred­niego związku -?wyja­śniła, nie prze­sta­jąc kart­ko­wać mojej histo­rii cho­roby. -?Dowie­dziaw­szy się, że sąsiadka, pani Alice James, zaczęła cho­dzić na lek­cje goto­wa­nia, pani Tur­ner poszła do jej kuchni i zaczęła opróż­niać półkę z przy­pra­wami. Dalej jest napi­sane, że się wła­ma­łaś w tym celu.

-?Drzwi były otwarte.

-?I wygląda na to, że prze­słu­chi­wała cię poli­cja: Pani Tur­ner, powo­łu­jąc się na nie­za­wodne źró­dło, twier­dziła, że pani James zamie­rza podać zatrute cia­steczka w Święto Dzięk­czy­nie­nia. A potem publicz­nie oskar­żyła ją o czary. - Lekarka unio­sła wzrok. -?Nie było tak?

-?Było, ale moje dzia­ła­nia wyni­kały z para­noi, a nie z uro­jeń.

Lekarka zare­ago­wała uśmie­chem.

-?Zauwa­ży­łam już, że poczu­cia humoru ci nie bra­kuje. Ale rze­czy­wi­ście jesteś chora. -?Zamknęła teczkę. -?Char­lotte, nie będę uda­wała, że igno­ruję rolę spo­łe­czeń­stwa w wystę­po­wa­niu ner­wic, które doty­kają nas, kobiety. Sama musisz umieć się poru­szać po świe­cie poza tymi murami. To podróż pełna nie­koń­czą­cej się fru­stra­cji, labi­rynt, który ma wej­ście, ale dla wielu nie ma wyj­ścia. Mał­żeń­stwo tylko wszystko kom­pli­kuje. Mogę ci zapro­po­no­wać szansę na wzmoc­nie­nie poczu­cia toż­sa­mo­ści, nie­za­leż­nego od męża. Będziesz znała i doce­niała swoją wewnętrzną war­tość jako czło­wieka i kobiety, nawet wyko­nu­jąc te codzienne czyn­no­ści, które sta­no­wią obcią­że­nie dla gospo­dyni domo­wej. Odnaj­dziesz rów­no­wagę dzięki naszym dwóm modu­łom: Prace Porząd­kowe i Pro­wa­dze­nie Domu. Nie­któ­rzy mogliby uznać, że to sta­ro­świec­kie podej­ście, ale uwierz mi: jest metoda w tym... no, sama wiesz, jak to dalej leci. (Nie wiem). Tutaj zre­se­tu­jesz umysł i per­spek­tywę, a kiedy dosta­niesz wypis, pan Tur­ner otrzyma coś w rodzaju czy­stej karty. Możesz budo­wać na czy­stej kar­cie, Char­lotte. To jak dom z fun­da­men­tami. Rodzina. Dzieci. -?Dok­tor ponow­nie skrzy­żo­wała nogi i prze­krzy­wiła głowę w ocze­ki­wa­niu na moją odpo­wiedź.

Nie wie­dzia­łam, co chce usły­szeć, ale odpar­łam:

-?Chcę wie­rzyć, że da się mi pomóc.

-?Da się. Jesteś w Hol­ly­hock, Char­lotte -?powie­działa z sze­ro­kim uśmie­chem. -?Stąd wiem, że twój mąż cię kocha. Spro­wa­dził cię do nas.

-?Tak. Tak, to prawda.

-?Każda kobieta leczona tutaj ma szansę stać się kimś znacz­nie wię­cej, niż mogłaby sobie wyobra­zić. Ale sam pro­ces zależy od cie­bie. Chcesz tego?

-?Chcę.

-?Musisz tylko zro­bić swoje. Otwo­rzyć umysł. Dać się pro­wa­dzić pro­ce­sowi tera­peu­tycz­nemu. -?Zer­k­nęła na zega­rek i wstała, dla­tego i ja się pod­nio­słam z krze­sła. -?Na następ­nej sesji zaczniemy medy­ta­cje pro­wa­dzone. Któ­re­goś dnia poznasz sie­bie i zawi­ru­jesz razem z nami - powie­działa i zakrę­ciła pal­cem w powie­trzu.

Kiedy mnie wypro­wa­dzała z gabi­netu, zauwa­ży­łam błysk przy posążku kruka. Meda­lion jesz­cze drżał, jakby chwilę wcze­śniej ktoś go potrą­cił.

Jeden

Wybla­kła fasada Hol­ly­hock wyła­nia się zza hory­zontu jak dotknięty klą­twą księ­życ na tle bez­kre­snego nieba. Jed­no­pa­smówka wie­dzie pro­sto, a z obu stron napie­rają na nią wyso­kie trawy pre­rii. Wydaje się, że każde mar­twe źdźbło chce za wszelką cenę utrzy­mać samo­chód w obra­nym kie­runku. Oboje -?kie­rowca i kobieta na sie­dze­niu pasa­żera -?od dłuż­szego czasu mil­czą. Gdy cel podróży wyła­nia się przed nimi, męż­czy­zna się do niej odwraca. Kobieta wyczuwa, że chce coś powie­dzieć. Jakoś ją pocie­szyć. Jed­nak tam, gdzie ma się zna­leźć, nie ma miej­sca na pocie­sze­nie. Oboje to wie­dzą.

-?Jesz­cze możemy zawró­cić.

Kobieta chowa dło­nie pod pachy i wbija palce w dzier­gany swe­ter. Nawet przy włą­czo­nym ogrze­wa­niu nie udaje jej się roz­grzać. Ramię boli moc­niej niż zwy­kle, prze­syła przez żebra echa prze­szło­ści. Po wszyst­kim, co prze­żyli -?po roku przy­go­to­wań do tego dnia -?wie, że nie może się teraz zatrzy­mać. Ma dług do spła­ce­nia. A jed­nak nie odrzuca jego pro­po­zy­cji wprost. Jakby, nie korzy­sta­jąc z niej teraz, zosta­wiała sobie moż­li­wość ratunku na póź­niej.

-?Jesteś naj­od­waż­niej­szą osobą, jaką znam. Już samo to, że dotar­łaś tak daleko...

-?Nie jestem odważna.

Choć widziała to miej­sce na zdję­ciach i całymi mie­sią­cami przy­glą­dała mu się z daleka, ujrze­nie zakładu na wła­sne oczy wcale nie czyni go mniej oso­bli­wym na tle bez­kre­snej rów­niny. To na­dal ano­ma­lia. Coś, co nie powinno ist­nieć. Można wręcz się zasta­na­wiać, dla­czego ktoś w ogóle posta­no­wił zbu­do­wać takie paskudz­two. Wokół nie ma nic. Ani mia­sta, ani innych budyn­ków. Nawet teraz, ze wszyst­kim, co wie, zadaje pyta­nie: dla­czego? Choć zna odpo­wiedź.

Zatraca się w nie­ozna­ko­wa­nej dro­dze, któ­rej czerń przy­po­mina bar­dziej roz­pa­dlinę niż coś uło­żo­nego na ziemi. Na asfal­cie nie nama­lo­wano linii oddzie­la­ją­cej pasy, a jed­nak pośrodku bie­gnie smuga świa­tła. Wygląda, jakby pul­so­wała.

Samo­chód wpada w krótki poślizg na zamar­z­nię­tym odcinku jezdni, gwał­tow­nie szar­pie, po czym odzy­skuje przy­czep­ność. Kobieta czuje, że serce pod­ska­kuje jej do gar­dła. Opusz­cza brodę, zamyka oczy i spo­wal­nia oddech.

-?Znasz ją. Byłaś nią przez rok -?odzywa się kie­rowca. -?Cicha. Uprzejma. Ofi­cjalna. Ale bez prze­sady.

-?Wiem.

-?Poza tym ufna, wręcz łatwo­wierna. Żadna tam roz­ra­biara. Trzy­mała się zasad.

-?Wiem -?powta­rza z naci­skiem.

Męż­czy­zna chrząka.

-?Prze­pra­szam. Dasz radę. Zaczy­nam glę­dzić, kiedy się dener­wuję.

-?Nic nie szko­dzi -?odpo­wiada, spla­ta­jąc i roz­pla­ta­jąc palce. -?Ja też jestem zestre­so­wana.

Droga się koń­czy i prze­cho­dzi w wysy­pany żwi­rem pod­jazd. Koła zaczy­nają dud­nić. Kobieta pod­nosi wzrok, a ośro­dek dla obłą­ka­nych wypeł­nia pra­wie całe pole widze­nia. Jest taki sam jak na sta­rych zdję­ciach: sze­roki budy­nek, wyż­szy pośrodku nad głów­nym wej­ściem, z dwoma cięż­kimi skrzy­dłami roz­po­star­tymi syme­trycz­nie w kie­runku pół­noc­nym i połu­dnio­wym. Cegła jest pokryta nie­zli­czo­nymi war­stwami łusz­czą­cej się bia­łej farby, co powo­duje, że Hol­ly­hock House spra­wia wra­że­nie sza­ra­wego i znisz­czo­nego przez pogodę. Poza tym jed­nak twardo i nie­prze­jed­na­nie stoi na swoim miej­scu. Do kra­wę­dzi nie zbli­żają się żadne drzewo ani krzew -?jakby budy­nek wydał ostrze­że­nie, a roślin­ność je usza­no­wała.

Ona też to czuje. Bez żad­nych wąt­pli­wo­ści. Magne­tyczne odpy­cha­nie. Odwaga w tym wypadku ozna­cza igno­ro­wa­nie fal złej ener­gii, którą budy­nek zdaje się emi­to­wać. Nie­zwra­ca­nie uwagi na ostrze­że­nia respek­to­wane przez drzewa. To ma być tylko trzy­dzie­ści dni. Trzy­dzie­ści dni na zro­bie­nie tego, co zro­bić należy. Na pozna­nie prawdy. Ma dług do spła­ce­nia.

Wjeż­dżają na wolne miej­sce par­kin­gowe prze­zna­czone dla przy­szłych pacjen­tek. Sil­nik gaśnie i zapada cisza. Kie­rowca nie wyko­nuje żad­nego ruchu -?to sub­telny sygnał dla pasa­żerki, że wciąż może pocią­gnąć za linkę i powoli opaść na zie­mię. Ona jed­nak jeży się na taką pro­po­zy­cję, choć wie, że stoją za nią dobre inten­cje. Gdyby teraz zawró­ciła, nie mogłaby dłu­żej ze sobą żyć. Już teraz ledwo jest w sta­nie wytrzy­mać. Otwiera drzwi i wysiada. Wiatr chłosz­cze ją w poli­czek, jakby udzie­la­jąc nagany.

-?Zrób ostatni test -?mówi kie­rowca i wyciąga z wewnętrz­nej kie­szeni płasz­cza urzą­dze­nie z małym ekra­nem.

Ona kiwa głową, kła­dzie prawą dłoń pod lewym oboj­czy­kiem i uci­ska pal­cem kon­kretne miej­sce. Męż­czy­zna patrzy na ekran.

-?Działa -?oznaj­mia, otwiera drzwi po stro­nie kie­rowcy i wysiada. Spo­ty­kają się wzro­kiem nad dachem samo­chodu, a para z ich ust pędzi wzdłuż samo­chodu, jakby chciała uciec jak naj­szyb­ciej.

-?Pani Tur­ner -?mówi męż­czy­zna.

-?Panie Tur­ner -?odpo­wiada kobieta.

KOMISARIAT POLICJI W SCOTTSBLUFF -?PRZESŁUCHANIE

Frag­ment trans­kryp­cji

[Prze­słu­cha­nie pro­wa­dzi INSPEK­TOR ABRAM GASTRELL -?Z KOMI­SA­RIATU POLI­CJI w Scot­ts­bluff]

GASTRELL: Nagry­wamy.

ŚWIA­DEK: Dzień dobry.

GASTRELL: Wszystko w porządku?

ŚWIA­DEK: Tak, tylko tro­chę mi zimno.

GASTRELL: Pro­szę wło­żyć moją kurtkę. Jak tam kość policz­kowa? Dać pani wore­czek z lodem?

ŚWIA­DEK: Wore­czek z lodem? Nie, dzię­kuję.

GASTRELL: Czyli jest pani gotowa?

ŚWIA­DEK: [Pota­kuje]

GASTRELL: W porządku. Jest ósma trzy­dzie­ści dwie, pią­tek, szes­na­sty marca. Mówi inspek­tor Abram Gastrell z poli­cji w Scot­ts­bluff, towa­rzy­szy mi ŚWIA­DEK. Czy może pani się przed­sta­wić?

ŚWIA­DEK: Char­lotte Andrew Tur­ner.

GASTRELL: Jest tu pani, żeby dobro­wol­nie zło­żyć zezna­nia doty­czące zda­rzeń z ostat­nich trzy­dzie­stu sze­ściu godzin, które miały miej­sce w Hol­ly­hock House. Zga­dza się?

ŚWIA­DEK: Tak.

GASTRELL: Urzą­dze­nie przy­pięte do klapy mojego mun­duru reje­struje prze­bieg śledz­twa. To ozna­cza rów­nież nagry­wa­nie naszych inte­rak­cji i prze­sy­ła­nie obrazu i dźwięku na żywo do innych wydzia­łów bio­rą­cych udział w ope­ra­cji. Wyraża pani na to zgodę?

ŚWIA­DEK: Tak, w porządku. Yyy... panie inspek­to­rze?

GASTRELL: Słu­cham?

ŚWIA­DEK: Gdzie jest pan Tur­ner?

GASTRELL: Cho­dzi o pani męża, Andrew Eversa Tur­nera?

ŚWIA­DEK: Tak jest.

GASTRELL: Jesz­cze się z nami nie skon­tak­to­wał. Usta­li­li­śmy, że nie­jaki Andrew Tur­ner nieco ponad rok temu wyna­jął dom w Hay Springs przy Soapweek Place.

ŚWIA­DEK: To nasz dom. Chcemy tam zało­żyć rodzinę.

GASTRELL: Czy tenże pan Tur­ner zaczął pra­co­wać w Par­ker Tool and Die mniej wię­cej w okre­sie, gdy wyna­jęła pani dom?

ŚWIA­DEK: Tak. To wła­śnie Andrew. Czyli powin­ni­ście móc go zna­leźć.

GASTRELL: Pani Tur­ner...

ŚWIA­DEK: Spraw­dzi­li­ście u Par­kera?

GASTRELL: Tak, oczy­wi­ście.

ŚWIA­DEK: Ale ile razy? Czy...

GASTRELL: Oso­bi­ście roz­ma­wia­łem z panem Par­ke­rem. Pani mąż nie poja­wił się w pracy od dwu­dzie­stego siód­mego lutego.

ŚWIA­DEK: Prze­pra­szam, ale to po pro­stu tro­chę dziwne, że nikt nie wie, gdzie on jest. Miał być przy moim wypi­sie z Hol­ly­hock House.

GASTRELL: Hol­ly­hock już nie ist­nieje, pani Tur­ner.

ŚWIA­DEK: Chcę tylko się z nim zoba­czyć.

GASTRELL: Rozu­miem. Może pod­czas naszej roz­mowy przy­po­mni pani sobie dodat­kowe szcze­góły, które pomogą nam go namie­rzyć. Szcze­rze mówiąc, nie mie­ści mi się w gło­wie, ile pani prze­szła w ciągu ostat­nich dni. Zapew­niam, że rów­nież chcę to wyja­śnić. Lokalne oddziały pró­bują poskła­dać wszystko w całość, ale nie­wiele tu sensu. Mam nadzieję, że pomoże nam pani roz­wiać wąt­pli­wo­ści. Może tak być?

ŚWIA­DEK: W porządku.

GASTRELL: Małymi krocz­kami. Obie­cuję, że dam znać, jeśli dowiem się cze­goś nowego o panu Tur­ne­rze.

ŚWIA­DEK: Dobrze. Po pro­stu powi­nien być teraz ze mną. Zakła­damy rodzinę.

GASTRELL: Daję pani słowo, że zro­bimy, co w naszej mocy, by go zna­leźć. Przejdźmy do Hol­ly­hock.

ŚWIA­DEK: Okej.

GASTRELL: Czy może pani opi­sać, co tak naprawdę tam się działo? Zanim panią ode­brano?

ŚWIA­DEK: Co się działo w Hol­ly­hock House? To chyba nie jest dobry pomysł.

GASTRELL: Słu­cham?

ŚWIA­DEK: Takich kwe­stii nie można tak po pro­stu na kogoś zrzu­cić. Nie chcia­ła­bym, by mózg panu eks­plo­do­wał.

GASTRELL: Zacznijmy od początku. Zdaje sobie pani sprawę, że jestem poli­cjan­tem?

ŚWIA­DEK: Tak. W pełni.

GASTRELL: Muszę usły­szeć, co tam się wyda­rzyło. Zro­zu­mieć, jak to się mogło... w taki spo­sób pogma­twać.

ŚWIA­DEK: Tak, ale...

GASTRELL: Musi pani ze mną współ­pra­co­wać.

ŚWIA­DEK: Pró­buję.

GASTRELL: Zagi­nęły dzie­siątki osób. Musimy wie­dzieć, gdzie są, co się stało i czy można je ura­to­wać.

ŚWIA­DEK: Nie sądzę, by było można cokol­wiek dla nich zro­bić. To przy­kre, ale zara­zem piękne.

GASTRELL: Piękne?

ŚWIA­DEK: Hmm.

GASTRELL: Jak może pani tak mówić?

ŚWIA­DEK: Widzia­łam.

GASTRELL: Pro­szę posłu­chać. Tak się zło­żyło, że jest pani jedy­nym świad­kiem. Pro­szę nie odgry­wać straż­niczki tajem­nicy...

ŚWIA­DEK: Wcale jej nie odgry­wam. Jestem Ustami Ziemi, pro­szę pana. Różą Jery­cha.

GASTRELL: Słu­cham? Czym pani jest?

ŚWIA­DEK: No wła­śnie. Nawet gdy­bym powie­działa wszystko, i tak by pan nie zro­zu­miał. Byłoby bez porów­na­nia łatwiej, gdy­by­śmy dys­po­no­wali nagra­niami! Dowie­działby się pan wszyst­kiego u źró­dła.

GASTRELL: Ist­nieją nagra­nia?

ŚWIA­DEK: Może Pani Dok­tor prze­cho­wy­wała kopie u sie­bie w domu. Mogli­by­ście tam poszu­kać.

GASTRELL: Ma pani na myśli dyrek­torkę Hol­ly­hock, Altheę Ede­vane?

ŚWIA­DEK: Tak.

GASTRELL: Wła­śnie trwa rewi­zja jej posia­dło­ści. Ale ja potrze­buję infor­ma­cji teraz. Gdzie były pozo­stałe osoby, kiedy to wszystko się zaczęło? Gdzie powin­ni­śmy szu­kać, jeśli chcemy mieć szansę na zna­le­zie­nie ludzi, któ­rzy nie mieli tyle szczę­ścia co pani?

ŚWIA­DEK: Ist­nieją zwie­rzęta z bar­dzo małymi żołąd­kami, które wybu­chają, jeśli karmi się je zbyt szybko. Złote rybki. Małe ptaki. Umysł działa tak samo, pro­szę pana.

GASTRELL: Chry­ste Panie.

ŚWIA­DEK: Mnie też to fru­struje. Chcę odzy­skać męża. A panu zależy na infor­ma­cjach.

GASTRELL: Czy pani... pró­buje ze mną nego­cjo­wać?

ŚWIA­DEK: Abso­lut­nie nie. Po pro­stu jestem empa­tyczna.

GASTRELL: Wygląda mi pani na taką.

ŚWIA­DEK: Teraz pan iro­ni­zuje.

GASTRELL: I do tego na spo­strze­gaw­czą.

ŚWIA­DEK: Jestem bar­dzo empa­tyczną osobą. Znam się na uczu­ciach i tak dalej.

GASTRELL: Gdzie szu­kać oca­la­łych, pani Tur­ner?

ŚWIA­DEK: Nie ma takich.

GASTRELL: Słu­cham?

ŚWIA­DEK: Nie ma sensu przy­spie­szać poszu­ki­wań, bo nikt nie prze­żył.

GASTRELL: Myślę, że pani nie może tego wie­dzieć.

ŚWIA­DEK: Ma pan prawo do swo­jego zda­nia.

GASTRELL: Pro­szę mi powie­dzieć, co się wyda­rzyło, pani Tur­ner. Co dokład­nie się stało.

ŚWIA­DEK: Zie­mia zna­la­zła usta i zro­biła wydech.

GASTRELL: Co to, do cho­lery, ma w ogóle zna­czyć?

ŚWIA­DEK: Wia­do­mość nade­słaną z sze­ściu kie­run­ków. Przy­wo­łaną tali­zma­nem pod­czas seansu spi­ry­ty­stycz­nego.

GASTRELL: No dobrze. Zróbmy choć na chwilę krok do tyłu. Dla­czego w ogóle tra­fiła pani do Hol­ly­hock?

ŚWIA­DEK: Żeby wyzdro­wieć, rzecz jasna. Andrew i ja chcie­li­śmy mieć dzieci, ale nie było ze mną dobrze. Pro­blemy emo­cjo­nalne. Trzeba było mnie wyle­czyć przed naro­dzi­nami maleń­stwa. Przy­jęto mnie do Hol­ly­hock i wyle­czono.

GASTRELL: Wyle­czono? Z czego?

ŚWIA­DEK: Z psy­chozy domo­wej.

GASTRELL: Aha. Z psy­chozy domo­wej. A mię­dzy nami: wie­rzy pani, że coś takiego ist­nieje?

ŚWIA­DEK: Och tak, jak naj­bar­dziej. Nasz lekarz rodzinny, dok­tor Hughes Bar­ker z Hay Springs, posta­wił tę dia­gnozę i wypi­sał skie­ro­wa­nie do Hol­ly­hock. Dok­tor Ede­vane ją potwier­dziła.

GASTRELL: Chciała pani tam tra­fić?

ŚWIA­DEK: Co to w ogóle za pyta­nie? Z praw­nego punktu widze­nia nie mia­łam wyboru.

GASTRELL: Oczy­wi­ście. Rozu­miem.

ŚWIA­DEK: Ale tak. Chcia­łam, żeby z Andrew się udało. Uzna­łam, że warto spę­dzić trzy­dzie­ści dni w ośrodku, jeśli to mi pomoże. Pró­bo­wa­łam opty­mal­nie wyko­rzy­stać ten czas, bo chcia­łam jak naj­le­piej dla naszej rodziny. Dla Andrew. Dla sie­bie. Dla naszych przy­szłych dzieci. Przy­stą­pi­łam do tego z otwar­tym umy­słem. To ważne. Tylko tak można zostać wyle­czoną. Mnie się udało.

GASTRELL: Jak tam było, kiedy pani przy­je­chała?

ŚWIA­DEK: Powie mi pan, kiedy znajdą Andrew?

GASTRELL: Oczy­wi­ście.

ŚWIA­DEK: Wszystko zaczęło się w pew­nym pokoju.

GASTRELL: Od niego więc roz­pocz­nijmy.