?
Kiedy szłyśmy wypolerowanym korytarzem, w świetle lamp włosy asystentki
lśniły jak lato. Zapatrzyłam się na jej muśnięte słońcem loki, tak
ciężkie i bujne, że w każdej chwili mogłyby się zamienić w płyn i utopić
moje myśli. Asystentka -?a może raczej sanitariuszka -?miała plakietkę z imieniem Enid. Już je znałam, choć nie wiedziałam skąd. Przystanęła i przekręciła klamkę.
-?Jesteśmy na miejscu, pani Turner.
-?Proszę mi mówić Charlotte.
-?Oczywiście -?odparła i wskazała w głąb pokoju.
Weszłam do środka.
-?Jak tu pięknie.
-?Miło mi, że tak myślisz. To jest Pokój Powitalny. Spędzisz tu jedną
noc, a jutro zostaniesz przyjęta do programu z pozostałymi. Możesz teraz
wziąć prysznic i się przebrać. Na komodzie znajdziesz komplet ubrań. Za
jakiś czas przyniosę ci tu kolację.
-?Dzięki -?odpowiedziałam i odwróciłam się do drzwi, ale się
zatrzasnęły.
Był to pokój z jednym łóżkiem i kojarzył mi się z bardziej eleganckim
hotelem (nigdy nie mieszkałam w hotelu, ale widziałam je w telewizji).
Przy łóżku stała lampka, a tapeta z ornamentem balansowała na cienkiej
granicy między czymś pięknym a paskudnym. Ponieważ nie miałam możliwości
zmiany wystroju, z miejsca postawiłam na piękno. Uznałam to za miłą
odmianę po nudnym kwiatowym nadruku w naszej domowej sypialni -?był
niewątpliwie paskudny, choć nigdy nie powiedziałabym tego Andrew, bo on
wybrał wzór. Na tym więc stanęło: tapeta w Pokoju Powitalnym była
piękna. Zaczęłam śledzić wzrokiem skomplikowane zawijasy i zakrętasy, od
ściany do ściany.
Na biurku leżały mały notatnik i gruby fioletowy marker -?prawdopodobnie
po to, by nikt nie mógł się nim dźgnąć. Po zdjęciu zakrętki zaczęłam się
zastanawiać, czy jest wystarczająco szeroki, by utknąć mi w tchawicy.
Nie rozważałam tego na serio, ale byłam pewna, że inne tak. Tak zwane
trudne przypadki. Pomyślałam, że mogłabym coś nabazgrać, ale nic nie
przychodziło mi do głowy. Chyba nigdy nie miałam lekcji plastyki.
Zgodnie z poleceniem wzięłam prysznic, korzystając z dostarczonych
butelek z mydłem w płynie i szamponem. Obie cuchnęły, a ziołowe nuty
były tak intensywne, że podczas szorowania czułam to w ustach. By nie
tracić czasu na zmywanie z siebie mydła, wyszłam spod prysznica i owinęłam się ręcznikami.
Ubrania zapewnione przez placówkę leżały na komodzie. Podniosłam je i zobaczyłam, że wyposażono mnie w uroczo fantazyjny strój. Była to w zasadzie sukienka z ciężkiego białego materiału. Wzdłuż gorsetu, przez
talię, aż do dołu biegły wąskie marszczenia. Poza tym sukienka miała
wysoki kołnierz i długie bufiaste rękawy. Od talii do szyi biegły dwa
rzędy guzików. Rozłożyłam strój na łóżku, a potem uniosłam spódnicę. W pasie przyszyte były legginsy o waflowym splocie, przypominające
bieliznę termiczną, tylko grubsze. Moją pierwszą myślą było, że powinnam
być wdzięczna za wszystko, co pomoże przetrwać chłód. Drugą: trudno
będzie w tym korzystać z łazienki. Mój mało pojemny pęcherz to znany
fakt.
Włożyłam źle dopasowane majtki i niepraktyczny stanik, położyłam się na
materacu, pozbierałam sukienkę i zaczęłam wciskać stopy w doszyte
legginsy. Wsunęłam ramiona i ręce w bluzę, a potem spędziłam sporo czasu
na zapinaniu licznych guzików. Zdyszana, przed małym lustrem, czułam
się, jakbym odbyła podróż w odległą przeszłość.
Siedząc sztywno na łóżku, pochyliłam głowę ku poduszce, żeby uchronić
tchawicę przed sztywnym kołnierzem. Mimo to sukienka wciąż drażniła mi
szyję, więc przeniosłam się do biurka przy oknie. W końcu znalazłam
pozycję, która odpowiadała zarówno szyi, jak i kołnierzowi, i zainteresowałam się widokiem. Na dworze panował absolutny bezruch,
niezakłócony przez rudziki, zięby i wrony, choć zwykle nie odlatują na
zimę. Krajobraz aż po sam horyzont był pusty i martwy. Nawet chmury
wisiały nieruchomo. Parking wyglądał jak sztuczny -?przypominał te w centrum wioski w zestawie kolejki elektrycznej. Przyszło mi do głowy, że
zaraz sięgnie tu ręka olbrzymiego dziecka i zacznie wszystko
przestawiać. To była przyjemna myśl -?bawiące się dziecko.
Za parkingiem śnieg przecinała czarna wstęga szosy, którą Andrew i ja
przyjechaliśmy tu z Hay Springs. Mimo że podróż skończyła się naszą
tymczasową rozłąką i umieszczeniem mnie w ośrodku, sama w sobie była
wspaniała. Andrew był przesłodki i bardzo mnie wspierał. Prawie przez
cały czas słuchaliśmy mojej ulubionej muzyki, a kiedy zaczynałam
śpiewać, wtórował mi. Od miesięcy tak dużo nie rozmawialiśmy. Mówiliśmy
głównie o naszej przyszłości -?zakładając, że moje leczenie przebiegnie
zgodnie z planem -?a nawet pozwoliliśmy sobie na rozważanie różnych
imion dla dziecka! Kiedy dotarliśmy na miejsce, nie posiadałam się z ekscytacji. Owszem, byłam zdenerwowana -?w końcu przyjechałam na
leczenie psychiatryczne -?ale też liczyłam na nowy początek. Nawet kiedy
się rozstawaliśmy, byłam zaaferowana. Zostałam przy oknie aż do powrotu
Enid. Pachniała jak te olejki, które mają mieć na nas pozytywny wpływ.
Chyba mówi się na nie "olejki końca". Chodzi o ich właściwości
prozdrowotne: "w końcu" człowiek jest wyleczony.
Zważyła mnie, zmierzyła temperaturę i ciśnienie, a potem wręczyła mi
test ciążowy. Kiedy próbowałam tłumaczyć, że Andrew i ja rzadko
współżyliśmy, odkąd się zaczęły nasze problemy, powiedziała: "To tylko
tak dla pewności". Uznałam, że widocznie nie chcą poddawać kobiet w ciąży terapii elektrowstrząsami, choć kiedy siedziałam na sedesie, by
zrobić test, nie byłam pewna, czy w dalszym ciągu się je wykonuje. Enid
patrzyła, jak oddaję mocz, co mnie zdziwiło, ale uznałam, że muszę się
przyzwyczaić, a poza tym chciałam ją zadowolić. Test oczywiście dał
wynik negatywny.
Kiedy zapadał zmrok, nadeszła pora kolacji. Enid zjawiła się z eleganckim wózkiem, którego można by oczekiwać w hotelu typu Ritz
Carlton lub Plaza. Na ten widok ryknęłam gęsim rechotem i ewidentnie
przestraszyłam biedną kobietę. Ale jak mogłam się nie roześmiać? Podobne
zestawy widywałam dotąd tylko w telewizji, ale zamiast wielu dań
otrzymałam wszystko na jednej srebrzystej tacy podzielonej na
przegródki. Przesunęłam palcem po jej błyszczącej krawędzi, sycąc oczy
eleganckimi uchwytami. Szkoda, że tego nie widzicie.
Mój głód był tak dojmujący, że dziwacznie dobrane potrawy mnie olśniły.
Rozbroiły. Z perspektywy czasu oceniam, że nieprzypadkowo -?chcieli mnie
uspokoić, sprawić, żebym zmiękła i dało się mnie łatwiej kontrolować.
Ale wszystko było tak olśniewające, tak pięknie podane, że bez wyrzutów
sumienia uległam ich zakusom. Poza tym wcale nie trzeba było mnie
kontrolować. Postanowiłam, że zostanę gorliwą uczestniczką. "Kiedy życie
daje ci cytryny, zrób...". Zapomniałam, jak to leciało dalej.
W każdej przegródce było smakowite kulinarne cudo. W tych drobnych w tylnym rogu tacy znalazłam przyprawione orzechy włoskie, pestki granatu
świecące jak rubiny, kawałek świeżego koziego sera i nasiona
słonecznika. Obok umieszczono połówkę grejpfruta pokrojoną na cząstki i kleks jogurtu -?tak świeżego i aromatycznego, że ślinianki pękały mi na
sam widok. Daniem głównym okazał się filet z delikatnie gotowanego
łososia, udekorowany pieczonymi pomidorkami koktajlowymi i podany ze
świeżo upieczoną, jeszcze gorącą bułeczką. Obok tacy stało maleńkie
białe naczynie z porcelany, a w nim kopczyk lodu z ostrygą w połówce
muszli. Ostrygą! W Nebrasce! Zimą! Co za bezczelna ekstrawagancja.
Andrew i ja nigdy nie jedliśmy tak w domu. Sama taca byłaby
najcenniejszym -?i najpiękniejszym -?przedmiotem pod naszym skromnym
dachem. Siedząc przed takim posiłkiem, czułam się wyjątkowo. Jak
władczyni starożytnej krainy. Kleopatra! Enid zostawiła mnie samą, a na
koniec oznajmiła, że mam zjeść wszystko.
Czułam się, jakby to był mój pierwszy posiłek.
Nabrałam na łyżkę to, co było najbliżej. Maczałam kawałki łososia w jogurcie i orzechach, a potem rozgryzałam miąższ pokrojonego grejpfruta.
Kolejne były pomidory -?ich ciepło rozlewało mi się po każdym zakamarku
ust -?a następnie przystąpiłam do jedzenia małych i tłustych ziaren
słonecznika. Pochłonęłam bułkę, jakby miała mi uciec, wygrzebałam
ostrygę z jej lśniącego domku i połknęłam w całości. To prawda, co
mówią: można poczuć smak oceanu. Czy to nie dziwna myśl? Nigdy nie byłam
nad oceanem, a tym bardziej nie kosztowałam jego słonej wody, ale
wiedziałam, że tak właśnie jest. I zobaczyłam to. Obraz przemknął mi
przez głowę, gdy przełykałam ostrygę. Niespokojne szare niebo dotykające
wzburzonej wody i latające wokół rozwrzeszczane mewy. Piasek pod palcami
nóg i między palcami rąk. Jednocześnie ciepły i chłodny. Magia.
Im pełniejszy miałam brzuch, tym lepszy był mój nastrój. Pomyślałam, że
mój stan naprawdę może tu się poprawić. Może Hollyhock było mostem, a po
drugiej stronie czekała prawdziwa rodzina. Właśnie na mnie. Musiałam
tylko przejść przez most.
Pestki granatu zostawiłam na sam koniec, bo były takie piękne. Trzymając
jedną pod światło, podziwiałam jej zaokrąglone ścianki i maleńkie
nasionko zawieszone w środku. Jadłam po jednej, rozkoszując się
wstrząsem goryczy, gdy pękały między zębami trzonowymi.
Dołączonemu zestawowi herbat towarzyszył rozgrzany do czerwoności
kamienny czajnik z kubeczkiem wetkniętym w pokrywkę jak pasujący kawałek
puzzli. Prawie poparzyłam sobie język, bo tak szybko wypiłam trzy
filiżanki jedna po drugiej. Chciałam sprawdzić każdy z egzotycznych
smaków: pokrzywy, przywrotnika i buzdyganka. Przez to musiałam
oczywiście iść do łazienki. Nie chciało mi się nawet zamknąć drzwi.
Kiedy usiadłam na sedesie, poczułam falę wyrzutów sumienia, że tak
wspaniale się bawię pod nieobecność Andrew. Wytłumaczyłam sobie jednak,
że to wszystko dlatego, że nie muszę zmywać naczyń.
Podtarłam się i wstałam. Kiedy pochylałam się nad spłuczką, przeszył
mnie ból gdzieś ze środka -?tak intensywny, że aż się zgięłam wpół.
Pomyślałam, że to za wcześnie na skurcze menstruacyjne. Choć w zasadzie
ostatnio byłam rozkojarzona i mogłam źle policzyć dni. Ale nie. To był
ból innego rodzaju.
Doszłam do wniosku, że jestem przeczulona. To jak ze spaniem w nowym
miejscu -?słyszymy hałasy, ale okazuje się, że to tylko złudzenie. Kiedy
wszystko wokół jest obce, łatwo zacząć wsłuchiwać się w siebie z przesadną uwagą i wyłapywać to, co zwykle umyka. Uniosłam sukienkę i ostrożnie usiadłam na łóżku. Zalałam resztką wody zużytą torebkę herbaty
i zaczęłam popijać małymi łykami.
Enid wróciła po wózek, jak tylko dopiłam do końca. Ucieszyłam się na jej
widok. Podchodząc wolnym krokiem do lusterka nad komodą, zastanawiałam
się, jak to możliwe, że przyszła tak od razu. Postukałam w szybę,
podejrzewając, że to jedno z tych dwustronnych luster, które się widzi w dramatach policyjnych. Na pewno mnie obserwowały. Na tę myśl wzruszyłam
ramionami. Niech sobie obserwują!
-?Będziesz tu do rana -?poinformowała Enid, gdy pakowała sztućce.
Uśmiechnęłam się szeroko, by to zauważyła.
-?W porządku -?odparłam.
Posiłek mnie uspokoił. Może zadziałała tak któraś z herbat. Albo
poświęcana mi uwaga. W Hollyhock House wszystko kręciło się wokół mnie.
Chyba nigdy wcześniej nie czułam się otoczona taką opieką. Do głowy
przyszła mi zwariowana myśl: nie tylko pogodziłam się z terapią, lecz
niecierpliwie na nią czekałam. Nie każdy ma szansę zacząć od nowa, a ja
postanowiłam poczynić ten krok z otwartym umysłem. Rozpięłam guziki
kołnierzyka, położyłam się na łóżku i podziwiałam włosy Enid. Jej głowę
okalały złociste sploty, z tyłu przetykane drobnymi gałązkami
różnokolorowych ziół.
-?Co się wydarzy rano? -?spytałam.
Dłonie Enid (jak zawsze) poruszały się z determinacją, gdy układała na
wózku naczynia z kolacji.
-?Doktor Edevane przeprowadzi krótki wywiad kontrolny, a potem dołączysz
do innych kobiet z programu. -?Enid otworzyła drzwi i wyprowadziła wózek
na korytarz. -?Na biurku jest dzbanek ze świeżą wodą. Gdybyś
potrzebowała czegoś jeszcze, można nas wezwać w ten sposób. -?Postukała
w przycisk na ścianie nad włącznikiem światła i wyszła. Jej uśmiech
pozostawił po sobie blask w sali.
-?Dobranoc! -?zawołałam za nią w nadziei, że usłyszała w moim głosie
radość.
Drzwi zablokowały światło z korytarza i lampka się wyłączyła. Podeszłam do przycisku i próbowałam go nacisnąć, ale sala pozostała pogrążona w ciemności. W porządku, pomyślałam. Przyswoję sobie harmonogram. To będzie coś nowego. Prawdziwy reset. Podeszłam do okna i odsunęłam firanki. Wieczorny horyzont był wstęgą płonącego fioletu i pomarańczu. Wróciłam do łóżka i położyłam głowę na poduszkach -?zbyt zrelaksowana, zanadto zmęczona, by się zakopać pod kołdrą. Oddech miałam spokojny, a w żołądku czułam ciepło. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, by Hollyhock mnie zabrało.
?
Po przebudzeniu wzięłam rozpustnie długi prysznic, który złagodził ból
brzucha, a następnie wślizgnęłam się w sukienkę z Hollyhock jak nurek
głębinowy w kombinezon. Potem siedziałam przy biurku i patrzyłam na
śnieg, czekając, aż przyjdzie po mnie Enid. Z nieba spadały wirujące
płatki śniegu, niczym drobne dzieci chmur skazane na wieczny cykl
powrotów -?jako śnieg, woda lub para -?aż po kres czasu. Koncepcja
ponownych narodzin: powstania jako jedno i odrodzenia się jako coś
innego, podniosła mnie na duchu. Wszystko było tak, jak powinno.
Wszystko było wszystkim, o ile takie stwierdzenie ma sens. Dla mnie
wtedy miało i z każdym dniem nabierało go coraz więcej.
Zjawiła się Enid i wyszłyśmy z Pokoju Powitalnego.
Sieć korytarzy doprowadziła nas do głównej odnogi Skrzydła Północnego.
Przystanęłyśmy pomiędzy dwoma pokojami pacjentów. Tak jak wieczorem
poprzedniego dnia, Enid mnie zważyła, zmierzyła mi ciśnienie i temperaturę. Po zanotowaniu wyników (wszystkie były książkowe) podała mi
mały kubeczek z suplementami, które miałam popić wodą, i poinformowała,
że w Hollyhock obowiązuje ścisła polityka antylekowa, z wyjątkiem
najpoważniejszych przypadków. Powiedziałam o swoich bólach brzucha. Enid
położyła tam dłoń i nie odrywała tak długo, że poczułam ciepło.
Następnie stwierdziła, że ból minie.
Poprowadziła mnie do Hollyhock Hall -?wielkiej, jasno oświetlonej
jadalni. Ogromne okna po obu stronach sięgały od podłogi do sufitu, a dzięki nim pomieszczenie było skąpane w liliowym świetle zimowego
poranka. Chropowate szyby zbrojone metalową siatką sprawiały, że świat
na zewnątrz wyglądał jak smagane wiatrem morze pod zasnutym chmurami
niebem. Po naszej stronie sali znajdowała się linia wydawania posiłków,
a po przeciwnej były podwójne drzwi. Nad nimi wisiał wielki zegar
pozbawiony cyfr.
Enid poprowadziła mnie do linii, a potem wyszła. Obserwowałam ją, dopóki
nie zniknęła za drzwiami pod zegarem, i byłam zazdrosna o uwagę, którą
teraz poświęci jakiejś innej pacjentce.
Szybko jednak poczułam radość na myśl o śniadaniu, którego sama nie
musiałam przygotowywać, jedzonego z talerzy, których nie musiałam
zmywać. Sympatyczna kobieta załadowała mi tacę na bogato: dostałam
specjalnie przygotowany omlet warzywno-grzybowy, dwie kiełbaski, tost i miskę owoców. W wydłużonej przegródce tacki znalazła się lekko osolona
połówka awokado z pestką. Wybrałam herbatę z buzdyganka, choć miałam
przeczucie, że w domu byłam miłośniczką kawy. Hollyhock miało w sobie
coś takiego, co przytępiało mi myśli o domu. Skłamałabym, twierdząc, że
mi to nie przeszkadzało.
Wzięłam tacę i wybrałam stolik, przy którym nikt nie siedział.
Wiedziałam, że muszę zacząć szukać przyjaciół, ale na razie chciałam się
cieszyć jedzeniem. Oczywiście, kiedy tylko usiadłam, poderwała się
siedząca przy pobliskim stoliku kobieta -?jakbyśmy siedziały po
przeciwnych stronach huśtawki -?i podeszła do mnie. Była przysadzista i miała kwadratową twarz, na której znać było zmęczenie jakimś długo
dźwiganym ciężarem. Od razu wiedziałam, że należy do ludzi, którzy
wyglądają na starszych, niż są. Pod spracowaną skórą kryły się młode
mięśnie. Postawiła tacę po drugiej stronie i tak gwałtownie klapnęła na
ławkę, że jej kubek z herbatą prawie się przewrócił.
-?Lepiej zepnij włosy -?poradziła. Sama miała dwa warkocze związane w węzły po bokach głowy.
-?Cześć. Nie ma problemu -?odpowiedziałam. -?A dlaczego?
Wpakowała sobie do ust pół kiełbaski.
-?Honora -?przedstawiła się i energicznie wyciągnęła do mnie rękę nad
stołem. Rozszerzany rękaw jej koszuli był podciągnięty do przedramienia,
przez co ukazywał mięśnie poruszające się jak struny instrumentu. Miała
duże ręce. Duże ramiona. Sprawiała wrażenie, jakby drzemała w niej
ogromna siła. Nie widziałam takiej u żadnej innej kobiety. Cokolwiek
robiła przed przybyciem do Hollyhock, wiązało się to z ciężką pracą
fizyczną. Może przerzucała siano? Chwyciłam wyciągniętą rękę, a ona
prawie zmiażdżyła mi kości. Przedstawiłam się z grymasem bólu na twarzy.
Schowałam pod stołem obolałą dłoń, żeby ją rozmasować.
-?Mówiłaś coś o spięciu włosów?
-?Lubią za nie ciągnąć, Charlotte -?odparła, rozkładając ręce, jakby to
było coś oczywistego.
-?Naprawdę? -?Rozejrzałam się. Wszystkie kobiety wydawały się łagodne i kulturalne.
-?Dla twojego dobra mam nadzieję, że nie będą tego robić -?stwierdziła
Honora i zmierzyła wzrokiem moją tacę. -?Nie czepiają się każdej.
Będziesz to jadła?
Zdezorientowana jej rozmownością, ledwo spostrzegłam, co jest grane, gdy
złapała jedną z moich kiełbasek. Po chwili wpakowała ją sobie do wolnej
części ust i wybuchnęła śmiechem.
-?Tak, miałam zamiar to zjeść -?odparłam.
Honora żuła mięso, patrząc w przestrzeń. Mięśnie jej czaszki poruszały
się jak u lwicy przeżuwającej kość. Odgryzłam kawałek omletu i okazał
się on mieszaniną smaków pyszniejszą, niż można się spodziewać po
zestawie jajek, pieczarek i papryki. Kiedy przełykałam, moje
zdenerwowanie z powodu kradzieży kiełbaski zaczęło topnieć.
-?Zostawiam kiełbaskę na koniec -?obwieściła Honora i wylizała resztki.
-?Co więc cię tu sprowadziło, Charlotte?
-?Psychoza domowa.
-?Czyli masz męża.
-?Skąd wiesz?
-?Daj spokój. Nikt nie dostaje tej diagnozy, jeśli nie zasugeruje jej
mąż.
-?Diagnozę postawił prawdziwy lekarz. A ja chcę zrobić to, co najlepsze
dla mojej rodziny, więc postanowiłam się z tym pogodzić.
-?Kiedy po raz ostatni słyszałaś o mężczyźnie z psychozą domową, co?
-?No... nigdy, ale...
Honora pokręciła głową i wydęła wargi.
-?Zawsze winni są mężowie. On pracuje. On podróżuje. On wychodzi z kolegami. Robi Bóg wie co z Bóg wie kim i nikt się nad tym dłużej nie
zastanawia, nikt tego nie kwestionuje. Wreszcie w kobiecie coś pęka pod
wpływem izolacji albo po prostu zwyczajnie się wkurza, a psychiatra, do
którego trafia, nazywa to schizofrenią. Może nam się poprawi, a może
nie. Tak czy inaczej, ma pretekst do przerzucenia się na nową żonę. Bo
ta poprzednia sfiksowała, łapiesz?
-?Naprawdę nie sądzę, by tak było z Andrew -?odparłam, gdy już z wdzięcznością o nim pomyślałam. -?Czy wszystkie pozostałe kobiety
cierpią na to samo?
-?Lwia część -?stwierdziła Honora, oparła łokieć o stół i wskazała
palcem. -?Tam siedzi Eliza, widzisz?
-?Mhm.
-?Spaliła swój dom, a kiedy ją spytali, dlaczego to zrobiła,
odpowiedziała, że chciała, by mąż przestał wychodzić do pracy. Dasz
wiarę? Po wszystkim umieścił ją tutaj.
-?No cóż, w końcu spaliła dom -?odparłam z ulgą, że ja pod wpływem
urojeń nie dokonałem podpalenia.
-?Sęk w tym -?kontynuowała Honora -?że Eliza jest większą wariatką niż
szop, który nie potrafi dosięgnąć własnego tyłka. A macie tę samą
diagnozę.
-?To pech -?zgodziłam się. -?Nosimy ten sam stygmat.
-?Stygmat?
-?Tak jest -?potwierdziłam. -?Piętno. -?Przeciągnęłam kawałek jajka po
tłuszczu na talerzu i wzięłam oczyszczający oddech. -?No cóż. Nie mogę
się martwić o Elizę. Zostało mi dwadzieścia dziewięć dni na
uporządkowanie własnego umysłu.
-?Czy z tobą jest naprawdę coś nie tak? Nie wydajesz mi się szczególnie
chora.
Wzruszyłam ramionami.
-?Ty mnie też.
-?O nie, nie -?powiedziała, dziabiąc się widelcem w bok głowy. -?Ja
jestem całkowicie popsuta. Popieprzona.
-?Honoro -?zaczęłam, bardzo się starając, by mój głos brzmiał
sympatycznie. -?Mnie wydajesz się całkowicie normalna.
Zeskrobała z tacy resztki i zjadła. Nawet kiedy przeżuwała, jej usta
były skierowane ku dołowi i zaciśnięte -?jakby odpychała falę jakiegoś
uczucia. Wiedziałam, że drążenie tematu byłoby nietaktowne, więc
wydukałam, że wszystko w porządku, bo to nie moja sprawa.
-?Czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że możesz być złym człowiekiem?
-?Yyy... Nie... Mam nadzieję, że nie jestem. I nie mam wątpliwości, że i ty
nie jesteś złym człowiekiem, Honoro.
-?Czy środek się liczy, jeśli zewnętrzna powłoka jest zła?
-?Oczywiście, że tak.
-?Hmm... nie jestem pewna, że reszta świata tak to widzi.
-?Nie powinnaś się przejmować, jak widzi to reszta świata. Poza tym nie
sądzę, by można było dzielić ludzi na dobrych i złych -?odparłam w przekonaniu, że to coś mądrego, co mógłby powiedzieć Andrew. -?Uważam,
że zachowania ludzi wynikają z tego, ile są w stanie znieść. Ci mniej
odporni na ból mogą być bardziej skłonni do ranienia innych, bo nie
dostali narzędzi do przepracowania tego, co przeżywają. Czują się
bezbronni albo przyparci do muru. Właśnie wtedy widzimy ludzi
postępujących niewłaściwie.
-?To tylko wymyślny sposób na powiedzenie, że każdy ma swoją granicę
wytrzymałości, Charlotte. Czy twój mąż znalazł cię w koledżu?
-?Nie, poznaliśmy się... -?mówię i urywam. Nie pamiętam, gdzie się
poznaliśmy, prawda? Ach tak, na meczu. Meczu baseballowym. Grały dwie
drużyny, a my byliśmy na widowni. Tak właśnie się poznaliśmy (chyba). To
jak prawdziwa miłość z marzeń. Wszystko jest za mgłą.
Honora kontynuowała:
-?Świata nie obchodzi, co jest w środku, jeśli zrobisz coś, co się nie
mieści w głowie. Niektóre czyny są na tyle złe, że intencje danej osoby
nie mają tak naprawdę znaczenia.
Poczułam, że pod grubym kołnierzykiem napina mi się skóra.
-?O czym my mówimy, Honoro?
Jej wyraz twarzy się zmienił, sięgnęła nad stołem, zabrała mój kubek i dopiła herbatę.
-?Po południowej stronie głównego budynku mają małe ogrodzone podwórko
ze starymi huśtawkami -?oznajmiła, wykonując nieokreślony gest nad moim
ramieniem. -?Kobiety na nich siedzą i prawie w ogóle się nie bujają.
Możesz je wołać, ale i tak nie usłyszysz odpowiedzi.
Przeszedł mnie dreszcz.
-?Nie lubię huśtawek -?odparłam. Nie mam pojęcia dlaczego.
-?Nie chodzi mi o huśtawki, Charlotte, tylko o pacjentki, które tam
chodzą.
-?Co to za jedne?
-?Krąży pogłoska, że prawdziwe psycholki, beznadziejne przypadki. Tylko
czekać, aż sama do nich dołączę -?odparła i wstała, bo już zjadła swój
posiłek i część mojego.
-?Honoro? -?zwróciłam się do niej, jakbym właśnie została opuszczona,
choć przecież na początku chciałam jeść w samotności. Byłam taka
szczęśliwa, a teraz ona mówiła smutne rzeczy. -?Próbujesz mnie
przestraszyć?
Westchnęła i przestąpiła z nogi na nogę.
-?Mówię tylko, że powinnaś nosić włosy spięte u góry, nic więcej.
Poczułam wewnętrzną iskrę buntu wobec czegoś, co niewątpliwie było próbą
prześladowania nowej pacjentki.
-?Nosiłam je tak związane w domu, żeby się nie brudziły i dlatego, że
Andrew lubił taką fryzurę. Teraz mam trochę czasu na bycie sobą. Poza
tym żadna z tych kobiet nie wygląda, jakby ciągnęła za włosy.
Honora wzruszyła ramionami i zaczęła odchodzić ze swoją tacą.
-?O te tutaj nie musisz się martwić.
Odstawiła tacę na miejsce przy linii wydawania posiłków, a potem ruszyła w stronę podwójnych drzwi pod zegarem i zniknęła za nimi. Rozejrzałam się po sali, nagle świadoma własnych włosów, miękko opadających na szyję i ramiona. Włosy wszystkich innych pacjentek były związane.
?
Dyrektorka Hollyhock House, doktor Althea Edevane, siedziała na krześle,
tyłem do ogromnej, niezwykle ozdobnej konstrukcji z drewna. Wyglądało to
jak klatka, w której urządzono naturalne środowisko dla ptaka lub innego
zwierzęcia. Gałęzie i patyki tworzyły schronienie dla czegoś, co się
czaiło w środku. Cienka siatka rozciągnięta między ramami sugerowała, że
to ptaki. Każde inne zwierzę rozerwałoby ją pazurami. Nie słyszałam
jednak świergotania.
Lekarka wyglądała jak ktoś, kto prowadzi ekskluzywny ośrodek odnowy
biologicznej dla bajecznie bogatych. Jej porcelanowa cera miała woskowy
połysk świadczący o kosztownej i bardzo starannej pielęgnacji -?prawie
nie było widać oznak wieku, może poza delikatnymi kurzymi łapkami w kącikach oczu. Z radością zauważyłam też zmarszczki mimiczne jak u osoby, która często się śmieje. Gęste włosy lekarki były mocno splecione
we francuski warkocz, w większości siwy, choć z nielicznymi upartymi
pasmami koloru kasztanowego. Z jednej strony wystawał gustowny zielony
element, jak piórko w kapeluszu. Zastanawiałam się, czy to goździki,
choć wcześniej widywałam je tylko na półkach z przyprawami, a nie jako
żywą roślinę. Bo to przecież rośliny, prawda?
Jej strojem była sukienka z tego samego marszczonego materiału co
wszystkie, a dodatkiem -?skromne czarne pantofle z klamrą. Widziałam
ruch bezbarwnych warg, kiedy mówiła, ale większość treści mi umykała, bo
błądziłam wzrokiem po wnętrzu klatki, wypatrując goździków.
-?Pani Turner? Pytałam o pani wrażenia do tej pory.
-?Słucham? -?odparłam. Poczułam się przyłapana na odpłynięciu myślami.
-?Wiem, jest to ekscentryczne -?przyznała, wskazując klatkę czy
cokolwiek to było. -?Odwracacz uwagi, który pewnie powinnam była
zostawić w domu. Ale tyle się od nich uczę. Chociaż jaki w tym sens,
skoro i tak nigdy mnie nie ma i nie mogę obserwować, jak rosną, prawda?
Przekrzywiłam głowę, starając się zobaczyć, o czym właściwie mówi.
-?Ogończyki -?wyjaśniła. -?Niestety, kiedy już są najedzone, słabo się
ruszają. -?Zatrzepotała palcami. -?Może uda się pani któregoś dojrzeć,
zanim skończy nam się czas. W każdym razie chciałam zapytać, jak się
pani aklimatyzuje.
-?No cóż -?zaczęłam, celowo patrząc jej w oczy, by w ten sposób pokazać
szczerość. -?Trafiłam tu dopiero niedawno. Posiłki są... -?Zawiesiłam
głos, próbując znaleźć słowo, które oddałoby ich cudowność w moich
oczach. -?Transdecentne.
-?Chyba chciała pani powiedzieć "transcendentne" -?odparła Edevane i zachichotała. -?Czyli udało nam się osiągnąć zamierzony efekt.
-?Naprawdę się nie spodziewałam tak niesamowitego jedzenia w szpitalu
psychiatrycznym.
-?Chcemy, żebyście się czuły ożywione, pełne energii. Dobre jedzenie to
najlepszy pierwszy krok w tym kierunku. Zgodzi się pani ze mną, pani
Turner? Chyba że mogłabym mówić po imieniu.
-?Tak, proszę. Charlotte będzie w sam raz -?zapewniłam i pomyślałam, że
ta kobieta jest bardzo sympatyczna. Czyżbym się zarumieniła?
-?Ciało odpowiada adekwatnie do bodźców, które otrzymuje, prawda? -
kontynuowała. -?Zaserwuj byle co, to w zamian otrzymasz banał. Dieta
złożona z różnorodnego jedzenia wysokiej jakości nie tylko jest
odżywcza, ale i ma swoją symbolikę. Chcę, żeby budziła w was ekscytację.
Powinna napełnić brzuch, lecz również obudzić głód potencjału:
umysłowego i fizycznego.
-?Tak -?odparłam zachwycona. -?Na tym właśnie mi zależy. -?Poczułam się,
jakby otworzyła mi umysł i ciało.
-?Gdybyśmy podawali wam tylko miseczki mdłej owsianki i herbatniki
Grahama, co by to w was obudziło? Według mnie niewiele. Swoją drogą,
Sylvester Graham właśnie dlatego wynalazł te pozbawione smaku "deseczki"
jak z kartonu: by zdusić seksualne żądze kobiet. Wiedziałaś o tym?
-?Nie -?przyznałam. Cóż to była za fascynująca kobieta. Miała taką
wiedzę. Kiedy wspomniała o seksie, na pewno się zarumieniłam.
-?Obiecuję, że w Hollyhock nie znajdziesz jego purytańskich waflowatych
wyrobów. Próbujemy przypominać kobietom o ich naturze i pasjach, a nie
je zakopywać. -?Wzięła głęboki wdech, a potem wypuściła powietrze. -
Wiem, że to może się wydawać sprzeczne ze światem, w którym żyjemy, ale
nie można represjonować ludzi bez końca. Trzeba im pokazać, kim są, a potem nauczyć się poruszać po ich rzeczywistości. Tak zaprojektowałam
tutejsze doświadczenie, by było dla naszych pacjentek impulsem do
przebudzenia. Jedzenie to zaledwie niewielka cząstka całości. Wszystko
mocno przypomina mój sposób hodowli tych motylków.
-?Nie pomyślałam o tym w ten sposób. Wszystko wydaje się takie
przemyślane.
-?Mam nadzieję. Twój mąż zapłacił dużo pieniędzy, żebyś mogła tu się
leczyć. -?Po tych słowach się uśmiechnęła i nie dodała nic więcej.
Jej oczy były jak kałuże w jaskini -?bladozielone lub bladobłękitne, w zależności od światła. Źrenice się rozszerzyły, jakby nad naszymi
głowami przeleciała chmura. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło, bo
siedziałyśmy w jej przestronnym gabinecie pod stylowym żyrandolem.
Zanotowałam w myślach, by spróbować odtworzyć w naszym domu niektóre z tych ozdobnych akcentów.
-?Zatem -?kontynuowała -?te sesje psychoterapii będą naszą szansą na
wyleczenie twojej choroby. Spędzimy nieco dłuższy czas z twoim
przytomnym umysłem i spróbujemy coś wzburzyć w podświadomości. Ale
najpierw powiedz mi trochę więcej o sobie. Coś, czego mogę nie znaleźć w twojej karcie.
Nie spodziewałam się ciepła od dyrektorki ośrodka psychiatrycznego.
Entuzjastycznym tonem zaczęłam opowiadać:
-?Andrew i ja przeprowadziliśmy się do Hay Springs zimą zeszłego roku.
Oboje wychowywaliśmy się w małych miasteczkach na Wschodzie i zależało
nam na znalezieniu przyjaznej społeczności z dobrymi szkołami. Tak by
było nas stać na przyjemny dom, w którym moglibyśmy wychowywać dzieci.
Jej usta nieznacznie się wygięły ku dołowi.
-?Mówisz to prawie tak, jakbyś czytała z dossier.
-?A co to jest dossier?
-?Nieważne. -?Machnęła ręką. -?W jakiej branży pracuje Andrew?
-?Sprzedaje urządzenia do precyzyjnej obróbki, ale nie podam szczegółów,
bo tego nie rozumiem.
-?A ja i tak bym nie udawała, że temat mnie interesuje -?odparła
lekarka, a potem wybuchnęła delikatnym śmiechem.
Poczułam, że wypełnia mnie radość.
-?Wygląda na to, że przez następny tydzień ja też nie będę musiała
udawać! -?powiedziałam. To wszystko było takie wyzwalające.
-?Zabawna jesteś, Charlotte. Coś ci powiem: w czasach początków tej
placówki, dawno temu, panie organizowały pokazy talentów i konkursy
piękności. Kiedy słucham, jak sypiesz żartami, przychodzi mi do głowy,
że może powinnyśmy do tego wrócić.
-?Okej -?odparłam, czując, że moje policzki płoną. -?Tylko że nie wiem,
czy mam jakieś talenty.
-?Może powinnaś lepiej poznać siebie, Charlotte? Kiedy będziesz miała
zajęcia z prac ręcznych, spróbuj robienia na drutach, haftowania,
wyplatania koszyków. Poczytaj nasze książki o tym, jak kobiety najlepiej
wykorzystują swoją pozycję w innych krajach, jak rozsadzają ramy swoich
światów wewnętrznych.
-?Tak zrobię.
-?Dobrze... Kiedyś poproszę Enid, by się zastanowiła nad zorganizowaniem
pokazu talentów. -?Lekarka zapisała coś na podkładce i zmieniła pozycję
na krześle. Pod sukienką poruszały się kontury jej ciała. Było silne i sprężyste, co świadczyło o regularnych, pełnych dyscypliny ćwiczeniach.
-?Może opowiedz swoimi słowami, co cię sprowadza do Hollyhock.
Ujęła to tak, jakby chodziło o wakacyjny kurort albo uczelnię. Moje
samopoczucie pozwalało stwierdzić, że nie jest to wcale tak odległe od
rzeczywistości.
-?Myślę, że już znasz odpowiedź.
-?Znam, ale wgląd w twoją perspektywę pomaga mi w pracy -?odparła
lekarka. Czubek jej nosa był cienki i błyszczący. Jeśli miała makijaż,
to minimalny.
-?Myślę, że trafiłam tu w taki sam sposób jak większość kobiet.
-?Mówisz, jakbyś była rozgoryczona, Charlotte.
-?Nie... -?odparłam i się zawahałam, bo usłyszałam w głowie to, co Honora
opowiadała o żonach i mężach. -?Dostałam szansę na uratowanie małżeństwa
i rodziny. Ale któż nie miałby w sobie choćby odrobiny żalu, że
najwyraźniej to kobieta musi się naprawić, a mężczyzna nie ma obowiązku
dokonania w sobie jakichkolwiek zmian?
-?Wątpisz, że jesteś chora?
-?Nie -?odpowiedziałam zgodnie z prawdą. -?Doktor Barker postawił mi
diagnozę. Po prostu... zawsze taka byłam. A wszystko wydarzyło się nagle,
rozumiesz?
-?Pewnie zawsze byłaś w grupie ryzyka, Charlotte. To jak z wrodzoną wadą
serca odkrytą w późnym okresie życia. Objawy takie jak twoje bardzo
często ulegają zaostrzeniu w stresujących sytuacjach, zwłaszcza przy
predyspozycjach genetycznych. A małżeństwo to istna kopalnia stresu.
-?Ale skoro tak, to dlaczego choroba dotyka tylko kobiety?
Lekarka uniosła brwi i się uśmiechnęła.
-?Nie sądziłam, że tak szybko rozpoczniemy pełną dyskusję o DSM 11 -
powiedziała, opadając na oparcie krzesła. -?"Psychoza domowa" to tylko
nazwa, którą nadajemy zaburzeniom z pogranicza schizofrenii, kiedy
zostają zaobserwowane w kontekście zajmowania się domem. Niestety, nawet
w dzisiejszych czasach najczęściej robią to kobiety. Nie bez powodu
schorzenie, o którym mówimy, dawniej nosiło nazwę "schizofrenii
gospodyni domowej". Trochę tylko złagodzono etykietę. Nie myśl jednak,
że mężczyźni nie cierpią na zaburzenia z pogranicza schizofrenii typowe
dla ich fizjologii i ról społecznych -?wyjaśniła i wskazała regał z książkami. -?Widzisz tamten przykurzony zielony tom? To moja praca
naukowa właśnie na ten temat, na wypadek gdybyś kiedyś miała ochotę
przeczytać. Ale wstrzymaj się z tym do czasu, aż będziesz miała kłopoty
z zasypianiem. -?Lekarka zaniosła się szczerym chichotem. -?Połowa
naszej grupy badawczej to byli mężczyźni, a odkrycia...
Moją uwagę przyciągnęła część regału tuż pod rozprawą -?w miejscu, gdzie
stare książki medyczne w ciężkich tomiszczach tkwiły pomiędzy dwiema
podpórkami z kamienia. Jedną z nich był kruk w szarym łupkowym kolorze,
a drugim -?drzewo z tego samego materiału. Gałęzie drzewa połyskiwały
dzięki zawieszonym na nich ozdobom: były tam para srebrnych okrągłych
kolczyków, kilka bransoletek i delikatnych naszyjników, którym
towarzyszyły zawieszki z motywem ukrzyżowania. Z kolei kruk miał w dziobie medalion.
Na półce poniżej znajdowało się ogromne zdjęcie lekarki z małym
chłopczykiem o bystrym spojrzeniu -?niewątpliwie jej synkiem. Po bokach
ustawione były jego szkolne portrety -?od przedszkolaka po ucznia
wczesnych klas podstawówki. Podobna seria zdjęć, tylko nowych,
przedstawiających tego samego chłopca w różnym otoczeniu i stroju,
wisiała na ścianie.
Znów dobiegł mnie głos lekarki:
-?...ale nie twierdzę, że kobiety są równie licznie reprezentowane wśród
nowych przypadków i nie neguję, że mamy do czynienia z falą nadrozpoznań
tej choroby. To chciałaś usłyszeć?
-?Skąd mam wiedzieć, że nie jestem jedną z kobiet, które zostały błędnie
zdiagnozowane?
Jej oczy emanowały własną energią. Zdawało się, że jest w nich mądrość
niedostępna innym. Lekarka wstała i odparła:
-?Oj, nie sądzę, by w twoim wypadku popełniono błąd.
Z gracją podeszła do biurka i chwyciła teczkę. W klatce coś
zatrzepotało, a ja zareagowałam na to cichym:
-?Uuu.
-?Oj -?powiedziała i siadając, spojrzała przez ramię. -?Czyżby
postanowiły zaszczycić nas swoją obecnością?
Mignęło mi skrzydełko.
-?Czy to są... motyle? -?zapytałam.
-?Owszem. To niemądre, że je tu trzymam. Nie tylko pacjentki Hollyhock
zmagają się z zaburzeniami psychicznymi. Ja też, jak widzisz, mam
skłonność do obsesji.
Odchyliłam się w bok, żeby lepiej widzieć.
-?Uważam, że to urocze.
-?Mam tam większość znanych ogończyków: zielone, jałowcowe, zebrowate,
królewskie, srebrnopaskowe, koralowe, krzaczaste, może nawet ze dwa
złociste. Około dwudziestu sześciu gatunków bez poczwarek. Ich nie
liczę, bo mogą się nie wykluć, tylko zawinąć i nigdy nie wyjść z kokonu.
-?Poklepała teczkę dłońmi i z teatralną elegancją rozłożyła ją sobie na
kolanach. -?A jeśli chodzi o ciebie, zobaczmy. -?Odchrząknęła. -
Pacjentka wykazuje liczne objawy schizofrenogenne charakterystyczne dla
tak zwanej psychozy domowej. Są to między innymi: urojenia ksobne,
chaotyczna mowa, przejawy ambicji, nieumiejętność koncentracji i histeria. Dowody anegdotyczne wskazują na kobietę zaburzoną. -
Podniosła wzrok. -?Nie owijał w bawełnę, co?
-?Czym są urojenia ksobne?
-?Przekonaniem, że jakieś zewnętrzne, niezwiązane z tobą, nieszkodliwe
zjawiska są wymierzone przeciwko tobie, odnoszą się właśnie do ciebie,
gdy tak naprawdę nie mają z tobą bezpośredniego związku -?wyjaśniła, nie
przestając kartkować mojej historii choroby. -?Dowiedziawszy się, że
sąsiadka, pani Alice James, zaczęła chodzić na lekcje gotowania, pani
Turner poszła do jej kuchni i zaczęła opróżniać półkę z przyprawami.
Dalej jest napisane, że się włamałaś w tym celu.
-?Drzwi były otwarte.
-?I wygląda na to, że przesłuchiwała cię policja: Pani Turner,
powołując się na niezawodne źródło, twierdziła, że pani James zamierza
podać zatrute ciasteczka w Święto Dziękczynienia. A potem publicznie
oskarżyła ją o czary. - Lekarka uniosła wzrok. -?Nie było tak?
-?Było, ale moje działania wynikały z paranoi, a nie z urojeń.
Lekarka zareagowała uśmiechem.
-?Zauważyłam już, że poczucia humoru ci nie brakuje. Ale rzeczywiście
jesteś chora. -?Zamknęła teczkę. -?Charlotte, nie będę udawała, że
ignoruję rolę społeczeństwa w występowaniu nerwic, które dotykają nas,
kobiety. Sama musisz umieć się poruszać po świecie poza tymi murami. To
podróż pełna niekończącej się frustracji, labirynt, który ma wejście,
ale dla wielu nie ma wyjścia. Małżeństwo tylko wszystko komplikuje. Mogę
ci zaproponować szansę na wzmocnienie poczucia tożsamości, niezależnego
od męża. Będziesz znała i doceniała swoją wewnętrzną wartość jako
człowieka i kobiety, nawet wykonując te codzienne czynności, które
stanowią obciążenie dla gospodyni domowej. Odnajdziesz równowagę dzięki
naszym dwóm modułom: Prace Porządkowe i Prowadzenie Domu. Niektórzy
mogliby uznać, że to staroświeckie podejście, ale uwierz mi: jest metoda
w tym... no, sama wiesz, jak to dalej leci. (Nie wiem). Tutaj zresetujesz
umysł i perspektywę, a kiedy dostaniesz wypis, pan Turner otrzyma coś w rodzaju czystej karty. Możesz budować na czystej karcie, Charlotte. To
jak dom z fundamentami. Rodzina. Dzieci. -?Doktor ponownie skrzyżowała
nogi i przekrzywiła głowę w oczekiwaniu na moją odpowiedź.
Nie wiedziałam, co chce usłyszeć, ale odparłam:
-?Chcę wierzyć, że da się mi pomóc.
-?Da się. Jesteś w Hollyhock, Charlotte -?powiedziała z szerokim
uśmiechem. -?Stąd wiem, że twój mąż cię kocha. Sprowadził cię do nas.
-?Tak. Tak, to prawda.
-?Każda kobieta leczona tutaj ma szansę stać się kimś znacznie więcej,
niż mogłaby sobie wyobrazić. Ale sam proces zależy od ciebie. Chcesz
tego?
-?Chcę.
-?Musisz tylko zrobić swoje. Otworzyć umysł. Dać się prowadzić procesowi
terapeutycznemu. -?Zerknęła na zegarek i wstała, dlatego i ja się
podniosłam z krzesła. -?Na następnej sesji zaczniemy medytacje
prowadzone. Któregoś dnia poznasz siebie i zawirujesz razem z nami -
powiedziała i zakręciła palcem w powietrzu.
Kiedy mnie wyprowadzała z gabinetu, zauważyłam błysk przy posążku kruka. Medalion jeszcze drżał, jakby chwilę wcześniej ktoś go potrącił.
Jeden
Wyblakła fasada Hollyhock wyłania się zza horyzontu jak dotknięty klątwą
księżyc na tle bezkresnego nieba. Jednopasmówka wiedzie prosto, a z obu
stron napierają na nią wysokie trawy prerii. Wydaje się, że każde martwe
źdźbło chce za wszelką cenę utrzymać samochód w obranym kierunku. Oboje
-?kierowca i kobieta na siedzeniu pasażera -?od dłuższego czasu milczą.
Gdy cel podróży wyłania się przed nimi, mężczyzna się do niej odwraca.
Kobieta wyczuwa, że chce coś powiedzieć. Jakoś ją pocieszyć. Jednak tam,
gdzie ma się znaleźć, nie ma miejsca na pocieszenie. Oboje to wiedzą.
-?Jeszcze możemy zawrócić.
Kobieta chowa dłonie pod pachy i wbija palce w dziergany sweter. Nawet
przy włączonym ogrzewaniu nie udaje jej się rozgrzać. Ramię boli mocniej
niż zwykle, przesyła przez żebra echa przeszłości. Po wszystkim, co
przeżyli -?po roku przygotowań do tego dnia -?wie, że nie może się teraz
zatrzymać. Ma dług do spłacenia. A jednak nie odrzuca jego propozycji
wprost. Jakby, nie korzystając z niej teraz, zostawiała sobie możliwość
ratunku na później.
-?Jesteś najodważniejszą osobą, jaką znam. Już samo to, że dotarłaś tak
daleko...
-?Nie jestem odważna.
Choć widziała to miejsce na zdjęciach i całymi miesiącami przyglądała mu
się z daleka, ujrzenie zakładu na własne oczy wcale nie czyni go mniej
osobliwym na tle bezkresnej równiny. To nadal anomalia. Coś, co nie
powinno istnieć. Można wręcz się zastanawiać, dlaczego ktoś w ogóle
postanowił zbudować takie paskudztwo. Wokół nie ma nic. Ani miasta, ani
innych budynków. Nawet teraz, ze wszystkim, co wie, zadaje pytanie:
dlaczego? Choć zna odpowiedź.
Zatraca się w nieoznakowanej drodze, której czerń przypomina bardziej
rozpadlinę niż coś ułożonego na ziemi. Na asfalcie nie namalowano linii
oddzielającej pasy, a jednak pośrodku biegnie smuga światła. Wygląda,
jakby pulsowała.
Samochód wpada w krótki poślizg na zamarzniętym odcinku jezdni,
gwałtownie szarpie, po czym odzyskuje przyczepność. Kobieta czuje, że
serce podskakuje jej do gardła. Opuszcza brodę, zamyka oczy i spowalnia
oddech.
-?Znasz ją. Byłaś nią przez rok -?odzywa się kierowca. -?Cicha.
Uprzejma. Oficjalna. Ale bez przesady.
-?Wiem.
-?Poza tym ufna, wręcz łatwowierna. Żadna tam rozrabiara. Trzymała się
zasad.
-?Wiem -?powtarza z naciskiem.
Mężczyzna chrząka.
-?Przepraszam. Dasz radę. Zaczynam ględzić, kiedy się denerwuję.
-?Nic nie szkodzi -?odpowiada, splatając i rozplatając palce. -?Ja też
jestem zestresowana.
Droga się kończy i przechodzi w wysypany żwirem podjazd. Koła zaczynają
dudnić. Kobieta podnosi wzrok, a ośrodek dla obłąkanych wypełnia prawie
całe pole widzenia. Jest taki sam jak na starych zdjęciach: szeroki
budynek, wyższy pośrodku nad głównym wejściem, z dwoma ciężkimi
skrzydłami rozpostartymi symetrycznie w kierunku północnym i południowym. Cegła jest pokryta niezliczonymi warstwami łuszczącej się
białej farby, co powoduje, że Hollyhock House sprawia wrażenie szarawego
i zniszczonego przez pogodę. Poza tym jednak twardo i nieprzejednanie
stoi na swoim miejscu. Do krawędzi nie zbliżają się żadne drzewo ani
krzew -?jakby budynek wydał ostrzeżenie, a roślinność je uszanowała.
Ona też to czuje. Bez żadnych wątpliwości. Magnetyczne odpychanie.
Odwaga w tym wypadku oznacza ignorowanie fal złej energii, którą budynek
zdaje się emitować. Niezwracanie uwagi na ostrzeżenia respektowane przez
drzewa. To ma być tylko trzydzieści dni. Trzydzieści dni na zrobienie
tego, co zrobić należy. Na poznanie prawdy. Ma dług do spłacenia.
Wjeżdżają na wolne miejsce parkingowe przeznaczone dla przyszłych
pacjentek. Silnik gaśnie i zapada cisza. Kierowca nie wykonuje żadnego
ruchu -?to subtelny sygnał dla pasażerki, że wciąż może pociągnąć za
linkę i powoli opaść na ziemię. Ona jednak jeży się na taką propozycję,
choć wie, że stoją za nią dobre intencje. Gdyby teraz zawróciła, nie
mogłaby dłużej ze sobą żyć. Już teraz ledwo jest w stanie wytrzymać.
Otwiera drzwi i wysiada. Wiatr chłoszcze ją w policzek, jakby udzielając
nagany.
-?Zrób ostatni test -?mówi kierowca i wyciąga z wewnętrznej kieszeni
płaszcza urządzenie z małym ekranem.
Ona kiwa głową, kładzie prawą dłoń pod lewym obojczykiem i uciska palcem
konkretne miejsce. Mężczyzna patrzy na ekran.
-?Działa -?oznajmia, otwiera drzwi po stronie kierowcy i wysiada.
Spotykają się wzrokiem nad dachem samochodu, a para z ich ust pędzi
wzdłuż samochodu, jakby chciała uciec jak najszybciej.
-?Pani Turner -?mówi mężczyzna.
-?Panie Turner -?odpowiada kobieta.
KOMISARIAT POLICJI W SCOTTSBLUFF -?PRZESŁUCHANIE
Fragment transkrypcji
[Przesłuchanie prowadzi INSPEKTOR ABRAM GASTRELL -?Z KOMISARIATU
POLICJI w Scottsbluff]
GASTRELL: Nagrywamy.
ŚWIADEK: Dzień dobry.
GASTRELL: Wszystko w porządku?
ŚWIADEK: Tak, tylko trochę mi zimno.
GASTRELL: Proszę włożyć moją kurtkę. Jak tam kość policzkowa? Dać pani
woreczek z lodem?
ŚWIADEK: Woreczek z lodem? Nie, dziękuję.
GASTRELL: Czyli jest pani gotowa?
ŚWIADEK: [Potakuje]
GASTRELL: W porządku. Jest ósma trzydzieści dwie, piątek, szesnasty
marca. Mówi inspektor Abram Gastrell z policji w Scottsbluff, towarzyszy
mi ŚWIADEK. Czy może pani się przedstawić?
ŚWIADEK: Charlotte Andrew Turner.
GASTRELL: Jest tu pani, żeby dobrowolnie złożyć zeznania dotyczące
zdarzeń z ostatnich trzydziestu sześciu godzin, które miały miejsce w Hollyhock House. Zgadza się?
ŚWIADEK: Tak.
GASTRELL: Urządzenie przypięte do klapy mojego munduru rejestruje
przebieg śledztwa. To oznacza również nagrywanie naszych interakcji i przesyłanie obrazu i dźwięku na żywo do innych wydziałów biorących
udział w operacji. Wyraża pani na to zgodę?
ŚWIADEK: Tak, w porządku. Yyy... panie inspektorze?
GASTRELL: Słucham?
ŚWIADEK: Gdzie jest pan Turner?
GASTRELL: Chodzi o pani męża, Andrew Eversa Turnera?
ŚWIADEK: Tak jest.
GASTRELL: Jeszcze się z nami nie skontaktował. Ustaliliśmy, że niejaki
Andrew Turner nieco ponad rok temu wynajął dom w Hay Springs przy
Soapweek Place.
ŚWIADEK: To nasz dom. Chcemy tam założyć rodzinę.
GASTRELL: Czy tenże pan Turner zaczął pracować w Parker Tool and Die
mniej więcej w okresie, gdy wynajęła pani dom?
ŚWIADEK: Tak. To właśnie Andrew. Czyli powinniście móc go znaleźć.
GASTRELL: Pani Turner...
ŚWIADEK: Sprawdziliście u Parkera?
GASTRELL: Tak, oczywiście.
ŚWIADEK: Ale ile razy? Czy...
GASTRELL: Osobiście rozmawiałem z panem Parkerem. Pani mąż nie pojawił
się w pracy od dwudziestego siódmego lutego.
ŚWIADEK: Przepraszam, ale to po prostu trochę dziwne, że nikt nie wie,
gdzie on jest. Miał być przy moim wypisie z Hollyhock House.
GASTRELL: Hollyhock już nie istnieje, pani Turner.
ŚWIADEK: Chcę tylko się z nim zobaczyć.
GASTRELL: Rozumiem. Może podczas naszej rozmowy przypomni pani sobie
dodatkowe szczegóły, które pomogą nam go namierzyć. Szczerze mówiąc, nie
mieści mi się w głowie, ile pani przeszła w ciągu ostatnich dni.
Zapewniam, że również chcę to wyjaśnić. Lokalne oddziały próbują
poskładać wszystko w całość, ale niewiele tu sensu. Mam nadzieję, że
pomoże nam pani rozwiać wątpliwości. Może tak być?
ŚWIADEK: W porządku.
GASTRELL: Małymi kroczkami. Obiecuję, że dam znać, jeśli dowiem się
czegoś nowego o panu Turnerze.
ŚWIADEK: Dobrze. Po prostu powinien być teraz ze mną. Zakładamy rodzinę.
GASTRELL: Daję pani słowo, że zrobimy, co w naszej mocy, by go znaleźć.
Przejdźmy do Hollyhock.
ŚWIADEK: Okej.
GASTRELL: Czy może pani opisać, co tak naprawdę tam się działo? Zanim
panią odebrano?
ŚWIADEK: Co się działo w Hollyhock House? To chyba nie jest dobry
pomysł.
GASTRELL: Słucham?
ŚWIADEK: Takich kwestii nie można tak po prostu na kogoś zrzucić. Nie
chciałabym, by mózg panu eksplodował.
GASTRELL: Zacznijmy od początku. Zdaje sobie pani sprawę, że jestem
policjantem?
ŚWIADEK: Tak. W pełni.
GASTRELL: Muszę usłyszeć, co tam się wydarzyło. Zrozumieć, jak to się
mogło... w taki sposób pogmatwać.
ŚWIADEK: Tak, ale...
GASTRELL: Musi pani ze mną współpracować.
ŚWIADEK: Próbuję.
GASTRELL: Zaginęły dziesiątki osób. Musimy wiedzieć, gdzie są, co się
stało i czy można je uratować.
ŚWIADEK: Nie sądzę, by było można cokolwiek dla nich zrobić. To przykre,
ale zarazem piękne.
GASTRELL: Piękne?
ŚWIADEK: Hmm.
GASTRELL: Jak może pani tak mówić?
ŚWIADEK: Widziałam.
GASTRELL: Proszę posłuchać. Tak się złożyło, że jest pani jedynym
świadkiem. Proszę nie odgrywać strażniczki tajemnicy...
ŚWIADEK: Wcale jej nie odgrywam. Jestem Ustami Ziemi, proszę pana. Różą
Jerycha.
GASTRELL: Słucham? Czym pani jest?
ŚWIADEK: No właśnie. Nawet gdybym powiedziała wszystko, i tak by pan nie
zrozumiał. Byłoby bez porównania łatwiej, gdybyśmy dysponowali
nagraniami! Dowiedziałby się pan wszystkiego u źródła.
GASTRELL: Istnieją nagrania?
ŚWIADEK: Może Pani Doktor przechowywała kopie u siebie w domu.
Moglibyście tam poszukać.
GASTRELL: Ma pani na myśli dyrektorkę Hollyhock, Altheę Edevane?
ŚWIADEK: Tak.
GASTRELL: Właśnie trwa rewizja jej posiadłości. Ale ja potrzebuję
informacji teraz. Gdzie były pozostałe osoby, kiedy to wszystko się
zaczęło? Gdzie powinniśmy szukać, jeśli chcemy mieć szansę na
znalezienie ludzi, którzy nie mieli tyle szczęścia co pani?
ŚWIADEK: Istnieją zwierzęta z bardzo małymi żołądkami, które wybuchają,
jeśli karmi się je zbyt szybko. Złote rybki. Małe ptaki. Umysł działa
tak samo, proszę pana.
GASTRELL: Chryste Panie.
ŚWIADEK: Mnie też to frustruje. Chcę odzyskać męża. A panu zależy na
informacjach.
GASTRELL: Czy pani... próbuje ze mną negocjować?
ŚWIADEK: Absolutnie nie. Po prostu jestem empatyczna.
GASTRELL: Wygląda mi pani na taką.
ŚWIADEK: Teraz pan ironizuje.
GASTRELL: I do tego na spostrzegawczą.
ŚWIADEK: Jestem bardzo empatyczną osobą. Znam się na uczuciach i tak
dalej.
GASTRELL: Gdzie szukać ocalałych, pani Turner?
ŚWIADEK: Nie ma takich.
GASTRELL: Słucham?
ŚWIADEK: Nie ma sensu przyspieszać poszukiwań, bo nikt nie przeżył.
GASTRELL: Myślę, że pani nie może tego wiedzieć.
ŚWIADEK: Ma pan prawo do swojego zdania.
GASTRELL: Proszę mi powiedzieć, co się wydarzyło, pani Turner. Co
dokładnie się stało.
ŚWIADEK: Ziemia znalazła usta i zrobiła wydech.
GASTRELL: Co to, do cholery, ma w ogóle znaczyć?
ŚWIADEK: Wiadomość nadesłaną z sześciu kierunków. Przywołaną talizmanem
podczas seansu spirytystycznego.
GASTRELL: No dobrze. Zróbmy choć na chwilę krok do tyłu. Dlaczego w ogóle trafiła pani do Hollyhock?
ŚWIADEK: Żeby wyzdrowieć, rzecz jasna. Andrew i ja chcieliśmy mieć
dzieci, ale nie było ze mną dobrze. Problemy emocjonalne. Trzeba było
mnie wyleczyć przed narodzinami maleństwa. Przyjęto mnie do Hollyhock i wyleczono.
GASTRELL: Wyleczono? Z czego?
ŚWIADEK: Z psychozy domowej.
GASTRELL: Aha. Z psychozy domowej. A między nami: wierzy pani, że coś
takiego istnieje?
ŚWIADEK: Och tak, jak najbardziej. Nasz lekarz rodzinny, doktor Hughes
Barker z Hay Springs, postawił tę diagnozę i wypisał skierowanie do
Hollyhock. Doktor Edevane ją potwierdziła.
GASTRELL: Chciała pani tam trafić?
ŚWIADEK: Co to w ogóle za pytanie? Z prawnego punktu widzenia nie miałam
wyboru.
GASTRELL: Oczywiście. Rozumiem.
ŚWIADEK: Ale tak. Chciałam, żeby z Andrew się udało. Uznałam, że warto
spędzić trzydzieści dni w ośrodku, jeśli to mi pomoże. Próbowałam
optymalnie wykorzystać ten czas, bo chciałam jak najlepiej dla naszej
rodziny. Dla Andrew. Dla siebie. Dla naszych przyszłych dzieci.
Przystąpiłam do tego z otwartym umysłem. To ważne. Tylko tak można
zostać wyleczoną. Mnie się udało.
GASTRELL: Jak tam było, kiedy pani przyjechała?
ŚWIADEK: Powie mi pan, kiedy znajdą Andrew?
GASTRELL: Oczywiście.
ŚWIADEK: Wszystko zaczęło się w pewnym pokoju.
GASTRELL: Od niego więc rozpocznijmy.