1. Dlaczego kolejny zbiór esejów o wolności?
Pierwszy zbiór wybranych przeze mnie tekstów zatytułowany Odkrywając
wolność. Przeciw zniewoleniu umysłów spotkał się z dużym
zainteresowaniem -?książka sprzedała się w ponad 50 tysiącach
egzemplarzy. Zachęciło mnie to do przygotowania następnego zestawu
esejów i analiz.
Jednak najważniejszym powodem mojej decyzji o wydaniu drugiego tomu jest
to, że indywidualna wolność (wolność jednostki), choć fundamentalnie
ważna dla jakości życia ludzi, podlega nieustannym atakom. Niektóre
biorą się ze złej woli -?dążenia do osiągania korzyści wynikającej ze
wzrostu władzy polityków (państwa). Inne -?z niezrozumienia wagi
indywidualnej wolności i/lub oddziaływania antywolnościowej,
etatystycznej propagandy na poglądy i zachowania wielu osób. Z obydwoma
zjawiskami mamy do czynienia w Polsce, zwłaszcza w ostatnich latach.
Takie słowa, jak wolność, praworządność, prawa, państwo, odnoszę do
czynników zmiennych, czyli takich, które przybierają różne natężenie lub
postać w rzeczywistym świecie, a ściślej w różnych ustrojach, czyli
systemach złożonych z rozmaitych instytucji.
Definicje tych pojęć (terminów) nie są celem samym w sobie, lecz
niezbędnym krokiem do fundamentalnie ważnej analizy, jaką postać ich
desygnaty, czyli to, do czego się odnoszą, mają w rozmaitych
kombinacjach instytucjonalnych oraz -?jakie są tego skutki.
Dlatego ograniczam tu do minimum terminologiczne wyjaśnienia, by
następnie skupić się na głównym temacie: alternatywnych ustrojach oraz
błędach i nieporozumieniach na ten temat.
Dalej omawiam następujące kwestie:
- Co to jest państwo?
- Jak pojmować wolność?
- Granice wolności
- Wolność a równość
- Prawa negatywne (wolnościowe) kontra prawa pozytywne (roszczeniowe)
- Sfery (rodzaje) wolności z lotu ptaka
- Szeroka wolność gospodarcza i jej rdzeń -?własność prywatna:
szczególnie ważna i szczególnie atakowana
- Koncepcje natury ludzkiej i ich ustrojowe konsekwencje
- Co robić w sprawie wolności?
2. Co to jest państwo?
Z wyjątkiem pustelników oraz Robinsona Crusoe do chwili pojawienia się
Piętaszka ludzie żyli w mniejszych lub większych grupach. Z tym
podstawowym faktem są związane bardzo ważne pojęcia, które odnoszą się
do stosunków między ludźmi, takie jak wolność, własność, przymus,
sprawiedliwość, państwo, prawo, władza itp. Nie możemy się bez tych
ważkich pojęć obyć, choć nie są one powszechnie i w pełni zrozumiałe, po
części ze względu na różnorodność form zbiorowego życia ludzi, a po
części dlatego, że owe pojęcia podlegały i podlegają -?świadomym lub
nieświadomym -?operacjom, które wypaczają ich pierwotny sens.
Patrząc na historię z lotu ptaka, dostrzegamy dwa rodzaje grup, w jakich
żyli ludzie:
1. Niewielkie grupy oparte na więzach krwi: szczepy, klany, plemiona,
które nie mają organizacji nazywanej "państwem".
2. Dużo większe grupy nieoparte na więzach krwi, określane często jako
"społeczeństwo" i mające państwo.
Ten podział jest rozłączny tylko wtedy, gdy kategorię pierwszą zawęzimy
do grup ludzi żyjących poza zasięgiem jakiegokolwiek państwa.
Współcześnie grup tego rodzaju jest bardzo mało, ale w takich formach
zrzeszenia ludzie bytowali przez większość swych dziejów. Grupy oparte
na więzach krwi istnieją jednak również wewnątrz społeczeństw; co
więcej, bez najmniejszej z nich, a mianowicie rodziny, nie było do tej
pory społeczeństwa. W niektórych państwach, np. w Afganistanie i wielu
krajach Afryki, istnieją dodatkowo silne struktury plemienne, co rodzi
napięcia między władzą plemienną a państwową.
Zanim zostawimy na uboczu grupy bez państwa, nazywane w filozofii
"stanem natury", warto zaznaczyć, że ich wizje były wśród filozofów
zróżnicowane i służyły im jako podstawa do prezentowania rozmaitych
koncepcji natury człowieka oraz -?co się z tym wiąże -?poglądów na temat
pożądanego zakresu i charakteru państwa. Owe wizje stanu natury niewiele
miały wspólnego z badaniami grup opartych na więzach krwi i wahały się
od lubianej przez filozofów, na czele z Jeanem-Jakiem Rousseau,
koncepcji "szczęśliwego dzikusa" do ponurego obrazu krótkiego i brutalnego życia w takich wspólnotach (poglądy prezentowane głównie
przez Thomasa Hobbesa).
Z faktu, że bez przerwy słyszymy o państwie, nie wynika jednak
automatycznie, że wiemy, o co chodzi. Część trudności bierze się z tego,
że słowo "państwo" obrosło grubą warstwą emocjonalnych skojarzeń, dużo
częściej pozytywnych niż negatywnych. Skojarzenia pozytywne graniczą z deifikacją państwa. Ma to swoje źródło między innymi w filozofii, a szczególnie w spekulacjach niemieckiego filozofa Georga Wilhelma
Friedricha Hegla o państwie, które jest zwieńczeniem historii. Bertrand
Russell (1997), współtwórca logicznych podstaw matematyki, pisze, że
"Hegel i jego zwolennicy myślą, że "prawdziwa" wolność polega na
uległości wobec policji".
Na poziomie mniej intelektualnie wyrafinowanym, choć niekoniecznie
bardziej niedorzecznym, deifikację państwa odnajdujemy w popularnych
wierzeniach, że państwo stoi ponad prawami przyrody, matematyki i ekonomii -?i dzięki temu rozdaje rozmaite dobra, a nic nikomu nie
odbiera. A poza tym dowolny problem może zostać rozwiązany tylko przez
państwo. Jest to "mentalność sowieckiego działacza".
Każda trwała grupa ludzi, typu zarówno pierwszego, jak i drugiego, ma
swój system instytucjonalny, czyli ustrój. Rozumiem przez to zestaw
ponadosobowych reguł (zakazów, nakazów) dotyczących ochrony przed
agresją, rozstrzygania sporów oraz współpracy, reguł egzekwowanych przez
mniej lub bardziej wyodrębnioną część grupy. Państwo jest szczególnym
typem systemu instytucjonalnego, istniejącym w terytorialnie większych
grupach, nieopartych na więzach krwi.
Czym się ono różni od innych systemów instytucjonalnych? Najpowszechniej
uznawaną odpowiedź zaproponował Max Weber, jeden z największych badaczy
społeczeństw przełomu XIX i XX wieku. Według jego definicji państwem
jest taki system instytucjonalny, w którym egzekwowaniem reguł,
nazywanych zwykle (państwowym) prawem, zajmuje się specjalny,
wyodrębniony organizacyjnie aparat, mający na danym terytorium monopol
na stosowanie przymusu i -?w ostatecznej instancji -?przemocy. Państwo
zajmuje się też zwykle stanowieniem prawa, ale nie jest to konieczny
element weberowskiej definicji. Przemoc to zastosowanie dominującej siły
fizycznej, która jest zarezerwowana współcześnie dla organizacji typu
policja. Natomiast przymus to silna presja psychiczna polegająca na
groźbie poważnych kar, z zastosowaniem przemocy włącznie. Państwowy
przymus odnajdujemy współcześnie w kodeksach karnych oraz w organizacjach, które kary te egzekwują: policji, prokuraturze, sądach,
które tworzą łącznie aparat ścigania i wymiaru sprawiedliwości.
Odnosząc weberowską definicję państwa do realnego świata, dochodzimy do
kilku niebanalnych kwestii.
Po pierwsze, jak mocny musi być monopol na przymus i przemoc, aby można
było mówić o państwie? Możemy tu sobie wyobrazić skalę, nazwijmy ją
poziomem monopolu na przymus i przemoc na danym terytorium, która będzie
sięgać od zera do monopolu absolutnego. Blisko tego pierwszego krańca
będą jednostki konwencjonalnie uznawane za państwa i należące do
Organizacji Narodów Zjednoczonych, choć ewidentnie nie są one państwami
w sensie weberowskim. Chodzi tu o kraje ogarnięte wojną domową czy
anarchią, np. Somalia czy Haiti. Nazywa się je często "państwami
upadłymi" (failed states). Poziom bezpieczeństwa jest tam zwykle
gorszy niż we wspólnotach bez państwa, bo tradycyjne mechanizmy zostały
rozbite lub osłabione, a "państwowe" nie działają lub -?co gorsza -?ich
funkcjonariusze uprawiają na własny rachunek przemoc wobec
współobywateli, mając na dodatek nowoczesną broń. To w takich skrajnych
warunkach sprawdza się obserwacja Hobbesa, że ludzie są gotowi
zaakceptować monopolistycznego despotę, byle im zapewnił elementarne
bezpieczeństwo. Nie oznacza to, oczywiście, że ludzie zawsze preferują
politycznych despotów.
A co reprezentuje drugi kraniec skali, w odniesieniu do którego nie ma
najmniejszych wątpliwości, że mamy do czynienia z weberowskim państwem?
Najbardziej skrajny monopol na przymus i przemoc ma na swoim terytorium
państwo w Korei Północnej i inne współczesne państwa totalitarne. Życie
w takich współczesnych despotiach, które stanowią nowoczesne
przeciwieństwo "stanu natury", może być jeszcze gorsze niż w "państwach
upadłych" i tradycyjnych, bezpaństwowych wspólnotach. Powyższe nie jest
krytyką weberowskiej definicji państwa, lecz ujawnieniem jej logicznych
implikacji: nie wszystkie jednostki nazywane konwencjonalnie "państwami"
są nimi w świetle najpowszechniejszej definicji państwa, a te, które ją
spełniają, w najwyższym stopniu budzą grozę. Nie oznacza to, że taka
musi być i jest każda jednostka, która spełnia kryterium Webera.
Sygnalizuje to jednak fundamentalny problem weberowskiego państwa,
problem, który wykracza poza -?skądinąd niezbędne -?analizy pojęciowe.
Zajmiemy się nim dalej, analizując pojęcie i granice wolności oraz
zależności między kształtem ustroju a prawami człowieka.
Nieco odmienną od weberowskiej definicję państwa zaproponował Douglass
C. North (1981, s. 21). Według niej państwo to "organizacja, która ma
względną przewagę w stosowaniu przemocy, rozciągająca się na terytorium,
którego granice są wyznaczone przez jego zdolność do nakładania i ściągania podatków". Ta definicja eliminuje ze zbioru państw tzw.
państwa trwale upadłe, bo mówi o względnej przewadze państwa w stosowaniu przemocy na danym terytorium, a nie jego monopolu. Ale poza
tym zbiory jednostek identyfikowanych jako państwa przez obie definicje
się nie różnią. Obydwie podkreślają to, że państwo ma aparat egzekwujący
jego reguły pod groźbą stosowania przemocy lub jej faktycznym użyciem.
Innymi słowy, system instytucjonalny ograniczający się do "państwa
socjalnego" to nie państwo.
Powyższe uwagi dotyczyły pojęcia państwa, a nie zróżnicowania realnych i wyobrażalnych państw. O tym będzie mowa dalej. Tu dodam tylko, że owo
zróżnicowanie było i jest ogromne i stanowi główny czynnik różnicujący
ustroje.
3. Jak pojmować wolność?
Raymond Aron (2006), jeden z najwybitniejszych francuskich myślicieli
liberalnych XX wieku, zauważył, że "wolność" jest "najczęściej używanym
i najbardziej wieloznacznym ze wszystkich słów". Ale przecież nie
wyrzekniemy się wielkiego słowa "wolność", musimy natomiast zawsze
wiedzieć, w jakim znaczeniu jest ono używane.
Na początku odróżnijmy wolność jednostki, której poświęcona jest ta
książka, od wolności społeczeństwa czy narodu. W tym drugim przypadku
mówi się o "niepodległości", mając na myśli to, że w danym kraju rządzą
nie obcy, tylko "swoi", i pomijając fakt, jak oni to robią, a tym samym
jak przedstawia się kwestia indywidualnej wolności i szerzej -?warunków
życia ludzi.
W tej książce są poruszane zagadnienia dotyczące wolności jednostki. To
ustalenie nie usuwa jednak kłopotów związanych z pojęciem wolności, o jakich mówił Raymond Aron. Część tych pojęciowych problemów ma swoje
źródło w rozmaitych interpretacjach i manipulacjach, jakim podlegało i podlega słowo "wolność" zarówno w myśli społeczno-politycznej, jak i w propagandzie, szczególnie w państwach, gdzie wolności ewidentnie
brakowało.
Część kłopotów z pojmowaniem wolności bierze się również z tego, że w powszechnej intuicji wolność oznacza przeciwieństwo niewoli
(niewolnictwa). Friedrich A. Hayek (2011, s. 33) podkreśla, że takie
rozumienie słowa "wolność" datuje się od czasów starożytnych. W Grecji
bowiem ludzie dzielili się na dwie grupy o wyraźnie odmiennym statusie:
wolnych i niewolników1. Jednakże bieg dziejów przyniósł
ogromne zróżnicowanie ustrojów i w efekcie ogromne zróżnicowanie
trwałych sytuacji ludzi, a po zniesieniu prawnie uznawanego niewolnictwa
w XIX wieku na świecie żyją tylko ludzie wolni. W rezultacie wolność
rozumiana jako przeciwieństwo niewoli nie oznacza jednej, jasno
określonej sytuacji jednostki, tylko wiele rozmaitych, alternatywnych
sytuacji. Innymi słowy, "wolność" odnoszona do szerokiego przedziału
historii, ze współczesnością włącznie, nie jest prostym
przeciwstawieniem niewolnictwa, lecz złożoną zmienną, której granicznym
stanem jest niewola jednostki.
Przyjmujemy powszechnie, że te alternatywne sytuacje jednostki da się
uporządkować wedle pewnej skali, że da się im, innymi słowy, przypisać
jakieś miary, a zatem można mówić, gdzie jest wolności więcej, a gdzie
mniej. Od około czterdziestu lat dostępne są dla wielu krajów świata
rozmaite indeksy wolności, opracowywane przez takie ośrodki, jak Freedom
House, Fraser Institute, Heritage Foundation czy Bank Światowy. Mimo
pewnych immanentnych słabości takich indeksów umożliwiają one postęp w badaniach nad wolnością.
Ustaliliśmy, że wolność jest zmienną opisującą złożony świat i że w odniesieniu do rozmaitych ustrojów możemy mówić, że ludzie mają w nich
mniej lub więcej wolności. Powstaje jednak pytanie: mniej lub więcej
czego? Albo inaczej: o jaką cechę alternatywnych sytuacji ludzi chodzi,
gdy mówimy, że mają oni mniej lub więcej wolności? W pierwszym odruchu
wiele osób odpowiada: "mniej lub więcej możliwości" lub -?co jest bardzo
podobne -?"mniejszy lub większy zakres wyboru". Przyjmując takie pojęcie
wolności, wchodzimy jednak na niebezpieczny grunt. Wedle tej definicji
ludzie mieliby więcej wolności np. w Arabii Saudyjskiej niż w Urugwaju.
Człowiek bogatszy ma niewątpliwie więcej możliwości i większy zakres
wyboru niż biedniejszy. Definiowanie zakresu wolności poprzez zakres
możliwości (wyboru) prowadzi więc do pomieszania zamożności z wolnością.
Takie pojęciowe zamieszanie spotykamy u ludzi, którzy mieli skądinąd
wybitne osiągnięcia w dziedzinach, gdzie ocena wyników ma mocniejsze
podstawy niż w filozofii czy naukach społecznych. Tak na przykład
Bertrand Russell (1997), wybitny logik, definiuje prawo do "minimum
wolności" jako prawo do "jedzenia, picia, zdrowia, życia płciowego i posiadania potomstwa". Friedrich A. Hayek (2011, s. 30) daje -?pośrednio
-?taką oto replikę: "Jeśli (...) zaakceptuje się utożsamianie wolności z możnością, przestają istnieć granice dla sofizmatów służących
wykorzystaniu uroków słowa "wolność" dla uzasadniania środków, które
niszczą wolność jednostki".
Pojęciowe zamieszanie, o którym mowa, przyczyniło się do tego, że wielu
zachodnich intelektualistów (ale nie Russell) uznawało stalinowski
Związek Radziecki za oazę wolności, bo -?rzekomo -?wyrugowano tam nędzę.
(Oprócz tego brali oni za dobrą monetę wolnościowe deklaracje zawarte w stalinowskiej konstytucji).
Oddzielenie pojęcia wolności od pojęcia zamożności nie oznacza, że w ten
sposób lekceważymy problem biedy. Przeciwnie, takie oddzielenie jest
niezbędne, aby w sprawach jej usuwania można było jasno myśleć i skutecznie działać. To właśnie wspomniane pomieszanie pojęć i związane z tym potępienie zasadniczego składnika klasycznie pojmowanej wolności,
którym jest własność prywatna, typowe dla marksizmu, było przyczyną
klęsk w dziedzinie poprawy warunków życia milionów ludzi wszędzie tam,
gdzie on w praktyce tryumfował.
Jaką cechę trwałych sytuacji jednostek w rozmaitych ustrojach należy
brać pod uwagę, chcąc tak zdefiniować wolność, by nie mylić jej z zamożnością? Wstępem do odpowiedzi na to pytanie jest pojęcie zbioru
typów możliwych działań człowieka, np. poruszanie się, pobieranie
informacji i wiedzy z otoczenia, prezentowanie stylu konsumpcji i -
szerzej -?życia oraz różnego typu interakcje z innymi ludźmi:
komunikowanie się, spotykanie się, trwałe zrzeszanie się, wymiana dóbr,
w tym systematyczne transakcje kupna-sprzedaży nazywane rynkiem; a także
rozmaite formy agresji jednych ludzi wobec innych. Pytanie o zakres
wolności odnosi się do tego, gdzie -?w obrębie owego zbioru typów
działań oraz jego poszczególnych składników -?przebiega granica między
działaniami, które "wolno" wykonywać, a tymi, które podlegają określonym
zakazom lub nakazom. Jeśli mówimy o wolności w relacji
jednostka-państwo, a to nas w tej książce głównie interesuje, to mamy na
myśli zakazy (nakazy) zawarte w państwowym prawie i związane z nimi
państwowy przymus oraz państwową przemoc. Działania pierwszej grupy,
czyli niepodlegające państwowym zakazom (lub nakazom), są przedmiotem
praw (uprawnień) wolnościowych; owe prawa nazywa się też niekiedy krótko
"wolnościami". Możemy więc w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że zakres
wolności jest wprost proporcjonalny do zakresu praw wolnościowych i odwrotnie proporcjonalny do listy działań nakazywanych lub zakazywanych
przez państwo.
Do tych pojęciowych stwierdzeń trzeba dodać jedną uwagę: otóż przez
ogromną większość dziejów człowieka zakres wolności był bardzo silnie
zróżnicowany wewnątrz poszczególnych państw. Jednym tego przejawem był
podział społeczeństwa na stany (szlachta, mieszczanie, chłopi). Drugim -
prawna dyskryminacja kobiet w porównaniu z prawnym statusem mężczyzn.
Wielkim dorobkiem 100-200 lat jest zniesienie, a przynajmniej silne
ograniczenie tego zróżnicowania, zwłaszcza w krajach mających ustroje i kulturę zachodniego typu (zob. punkt 5).
Tę przemianę można interpretować jako przechodzenie do równości na
gruncie ogólnie obowiązującego prawa. Odrębnym tematem jest to, jak to
prawo jest interpretowane i egzekwowane przez organy wymiaru
sprawiedliwości.
4. Granice wolności
W tym punkcie wychodzimy poza kwestie definicji i dotykamy problemów
etycznych, a także praktycznych, bo jak zobaczymy -?nie da się oderwać
tych pierwszych od drugich.
Zastanawiając się nad problemem granic wolności, trzeba na początku
odróżnić z jednej strony takie systemy normatywne, jak religia czy
etyka, a z drugiej -?państwowe prawo. Relacja między tymi dwoma zbiorami
norm jest jednym z głównych problemów filozofii politycznej oraz tematem
gorących publicznych dyskusji. Na płaszczyźnie opisowej możemy zauważyć,
że nawet w najbardziej świeckich ustrojach państwowe prawo obejmuje
normy, które jednocześnie są częścią każdej wielkiej religii (i każdego
kodeksu moralnego), np. przykazania "nie zabijaj" czy "nie kradnij".
Skrajny przypadek stanowią tu ustroje teokratyczne, gdzie całość norm
określonej religii wchodzi w skład państwowego prawa, a władza religijna
jest zarazem władzą państwową. Takie ustroje często występowały w historii, a współcześnie dominują w niektórych krajach islamu, takich
jak Arabia Saudyjska czy Iran. Ilustrują one pewną prawidłowość:
połączenie władzy religijnej i państwowej trudno jest pogodzić z szerszym zakresem wolności. To w Europie nastąpiło najwcześniej
zdecydowane rozszerzenie wolności, a zdaniem wielu badaczy wynikało to z faktu, że to tu w istocie dokonało się rozdzielenie obu władz
(szczególny przypadek podziału władz), co wiązało się z walką między
cesarstwem a papiestwem.
Na płaszczyźnie normatywnej pojawia się zaś pytanie o to, które
działania powinny podlegać tylko perswazji i sankcjom religijnym lub
społecznemu ostracyzmowi, a które powinny być zakazane (lub nakazywane)
przez użycie potężnej broni, jaką jest przymus państwa. Tu leży istota
obecnego sporu o rozdział państwa i Kościoła, sporu, który jest
szczególnie żywy we współczesnej Polsce. Obejmuje on także kwestie
dotyczące dopuszczalności przerywania ciąży czy zapłodnienia in vitro.
Nie leżą one w centrum zainteresowań tej książki, dlatego ograniczę się
tu do pytania: czy rachuby na uzyskiwanie siły państwowego przymusu nie
wypierają wysiłków perswazyjnych, nakierowanych na zmianę wewnętrznych
postaw w tych kwestiach?
Problem relacji między normami religijnymi czy normami moralnymi a treścią państwowego prawa jest fragmentem szerszej kwestii, a mianowicie
tego, jakie typy czynów są i powinny być traktowane przez państwo jako
przestępstwa, czyli podlegać ściganiu i karaniu przez państwowy aparat.
Im szersza jest lista takich czynów, tym węższy jest zakres wolności w danym kraju. Długość tej listy jest wobec tego bardzo ważną empiryczną
miarą represyjności rozmaitych ustrojów, którą można traktować jako
odwrotność ich liberalności, czyli zakresu wolności, jaki w nich panuje.
Trzeba do tego dodać, że represyjność systemów, gdzie wolność
gospodarcza (własność prywatna i transakcje rynkowe) jest przestępstwem,
jest większa, niż wynikałoby to z ich kodeksów karnych. Albowiem
wynikający z tego monopol państwa na zatrudnianie i na rozdzielanie dóbr
ogromnie zwiększa jego potencjał karania i nagradzania ludzi.
Jakie kryterium (zasada) powinno wyznaczać dopuszczalną prawnie granicę
indywidualnej wolności? Filozofia, prawo, a także potoczne myślenie
odwołują się do kryterium krzywdy (szkody) innych ludzi czy istot albo
(współcześnie) takich bytów jak środowisko naturalne. Jest to jednak
tylko wstęp do bardziej precyzyjnych tez.
Kolejnym ważnym wstępnym ustaleniem jest rozróżnienie czynów
wykonywanych indywidualnie -?bez interakcji z innymi -?oraz działań
będących częścią takich interakcji. Te drugie dominowały i dominują w każdym społeczeństwie. Pośród pierwszych wyodrębnia się działania,
których skutki dotkną tylko działającej osoby oraz takie, które niosą
jakieś skutki dla innych (Mill 2006).
Uznawanie krzywdy (szkody) za kryterium wyznaczania granic wolności
stanowi punkt wyjścia do całej serii pytań. Oto niektóre z nich:
1. Czy należy zakazywać dorosłym i w pełni poczytalnym ludziom takich
działań, które chcieliby oni podejmować, ale które -?w jakiejś
zewnętrznej opinii -?im samym wyrządzają krzywdę? Uznanie tej zasady
nazywa się paternalizmem; należy dodać, że paternalizm dotyczy również
stosunków jednostki z innymi ludźmi i jest w sprzeczności z zasadą
wolności umów (zob. punkt 5). Paternalizm wobec działań pierwszego
rodzaju łatwo prowadzi do pełzającego ograniczania wolności jednostki -
dla jej własnego dobra! Wstępując na tę drogę, nie sposób bowiem
obiektywnie powiedzieć, gdzie się należy zatrzymać. Jeżeli zakazuje się
uprawiania gier hazardowych, to dlaczego nie zakazać alpinizmu i niemal
wszystkich wyczynowych sportów, które przecież są ryzykowne dla zdrowia
i -?niekiedy -?życia osób, które je uprawiają? Zatem pierwsza linia
obrony wolności to sprzeciw wobec paternalizmu. Obrona wolności przed
inwazją paternalizmu ma jednak szansę powodzenia tylko wtedy, gdy
akceptujemy w praktyce negatywne konsekwencje, czyli ryzyko wynikające
od czasu do czasu z wykorzystywania przez nas szerszej wolności, to
znaczy nie wyciągamy ręki do państwa o odszkodowania. Innymi słowy, gdy
poczuwamy się do odpowiedzialności za nasze czyny, które nam samym
wyrządzają jakąś szkodę. Chcieć szerokiej wolności i jednocześnie chcieć
nie odpowiadać za własne czyny jest niespójne nie tylko moralnie, ale
też praktycznie: naciski na państwo, aby dało odszkodowania za krzywdy,
jakie poszczególni ludzie -?korzystając z takiej wolności -?sami sobie
wyrządzają, musi prędzej czy później prowadzić do ograniczenia wolności.
Ograniczanie wolności wynika nie tylko z paternalistycznych presji,
jakie na państwo wywierają rozmaici obrońcy człowieka, ale i z odrzucania indywidualnej odpowiedzialności za siebie przez wielu ludzi.
2. Trwają fundamentalne spory odnośnie do tego, jaki moment należy
przyjąć za początek istnienia człowieka oraz czy byt potencjalny należy
traktować tak jak byt faktyczny. Rygorystyczne stanowisko w tych
kwestiach prowadziłoby do zakazu zapładniania in vitro oraz stosowania
antykoncepcji.
Do kategorii "innych", których współczesne prawo usiłuje chronić poprzez
rozmaite zakazy, zalicza się też środowisko naturalne. Uzasadnia się to
częściowo interesem samych ludzi, wskazując na zagrożenia dla ich
zdrowia czy życia, jakie wynikałyby z określonych działań, które szkodzą
środowisku. W roli uzasadnienia pojawia się też jednak jego samoistny
"interes", przez co jest ono włączane do zbioru "innych", jakich należy
prawnie chronić. Jak rygorystyczne mają być owe zakazy (a także rozmaite
opłaty ekologiczne), które ograniczają wolność działań mających skutki
materialne? Problem polega na tym, że ostre ograniczenia przynoszą -
przynajmniej na krótszą metę -?szkody ludziom: podnosząc koszty
działalności gospodarczej, mogą ostatecznie prowadzić do bezrobocia.
3. Jak widać, w realnym świecie, gdzie zasoby są ograniczone, a między
działaniami różnych ludzi występują rozmaite (i często trudne do
identyfikacji) powiązania, postępujące ograniczanie jednego rodzaju
krzywdy prowadzi do narastania krzywdy innego rodzaju, a postępujące
ograniczanie krzywdy jednych ludzi prowadzi lub może prowadzić do
narastania krzywdy innych ludzi. Pomijanie tych zależności jest ucieczką
od rzeczywistości, jest uprawianiem moralnej łatwizny.
Przez krzywdę rozumiem tu nie tylko złe skutki określonych działań, ale
też skutki zaniechań. Jakie powinny wobec tego być granice rozmaitych
"ostrożnościowych" regulacji, nacelowanych na zapobieganie określonym
krzywdom? Tak na przykład postępujące zaostrzenie wymaganej przez prawo
prewencyjnej kontroli skutków nowych lekarstw ograniczy częstotliwość
wprowadzania na rynek farmaceutyków o niebezpiecznych skutkach
ubocznych. To samo działanie opóźni jednak wprowadzanie nowych leków,
które mogłyby zniwelować cierpienia i odsunąć w czasie śmierć wielu
ludzi. Jak widać, głoszona generalnie zasada ograniczania krzywdy jako
podstawa dla prawnego ograniczania wolności nie rozstrzyga sama przez
się najtrudniejszych i najważniejszych przypadków występujących w realnym życiu złożonych współczesnych społeczeństw. Aby można było tymi
kwestiami kompetentnie się zajmować, potrzebna jest dodatkowa, często
niełatwa, wiedza techniczna, czyli wiedza o skutkach rozmaitych działań
i zjawisk oraz o zależnościach między nimi. Nie można być współcześnie
dobrym etykiem, będąc tylko etykiem. Stąd pojawiają się nowe dyscypliny,
takie jak np. bioetyka. Ale i one nie są w stanie rozstrzygnąć
wszystkich dylematów moralnych.
4. Przechodząc do gospodarki, trzeba przypomnieć, że rynkowa konkurencja
niewątpliwie krzywdzi tych, którzy w niej przegrywają, bo wywołuje u nich przykre stresy, pogarsza ich sytuację finansową i niekiedy pozbawia
dobrej reputacji. Dlatego przez zdecydowaną większość historii rynkowa
konkurencja była ostro ograniczana przez przymusowe grupowanie dostawców
określonych dóbr w cechach i gildiach. (Inną przyczyną braku konkurencji
były monopolistyczne przywileje rozdawane przez władców). Dopiero
zasadnicze rozszerzenie wolności gospodarczej rozpoczęte na Zachodzie u schyłku XVIII wieku dało wolnorynkowy kapitalizm i dzięki temu
systematyczny rozwój gospodarki, który ogromnie zmniejszył zakres nędzy
wszędzie tam, gdzie ten ustrój przez dłuższy czas się utrzymał. Wraz z tymi procesami krzywdy wyrządzane przez konkurencję przegrywającym na
rynku zniknęły z katalogu niesprawiedliwości, które uzasadniają
ograniczenie wolności przez państwo, a za niedopuszczalne uznaje się
ograniczanie konkurencji.
5. Jakie krzywdy u odbiorców powinny stanowić uzasadnienie dla prawnych
ograniczeń wolności słowa i środków masowego przekazu? Elastyczna
interpretacja owych krzywd musiałaby prowadzić do masowej cenzury.
Zwolennicy wspomnianej wolności powinni więc bronić ich rygorystycznej
definicji, a w związku z tym mieć sceptyczny stosunek na przykład do
karno-prawnego ścigania za obrazę uczuć religijnych. Oczywiście nie
oznacza to, że takie czyny popierają czy traktują za moralnie
dopuszczalne. Podobnie powinni podchodzić do innych oficjalnych powodów
ograniczania wolności słowa, np. względów bezpieczeństwa państwa czy
obywateli (prawne ograniczenia wolności zgromadzeń). We wszystkich tych
i innych przypadkach powinna obowiązywać ogólna zasada domniemania
wolności, wedle której ciężar dowodu spoczywa na tym, kto chce wolność
ograniczyć. Od aktywności zwolenników wolności zależy to, czy dowód ten
będzie rygorystyczny czy pozorny. Dla zwolenników wolności słowa i mediów poza dyskusją powinna być bezzasadność prawno-karnych ograniczeń
wolności w imię "ochrony majestatu" -?przeżytku czasów politycznego
absolutyzmu.
6. Ludzie zawsze żyli w rozmaitych grupach i w związku z tym wchodzili w rozmaite interakcje (współdziałanie, transakcje, zrzeszanie się itp.) z innymi ludźmi. Wyżej była mowa o fundamentalnym typie interakcji:
komunikowaniu się ludzi między sobą. Problem jest jednak znacznie
szerszy i dotyczy również transakcji, czyli regularnej wymiany nazywanej
zwykle rynkiem. Amartya Sen (1999, s. 6; cytat za Chauffour 2009, s.
168) podkreśla: "Wolność wymiany słów, dóbr czy darów nie wymaga
obronnego uzasadniania w kategoriach korzystnych lub odległych skutków;
jest ona częścią sposobu, w jaki ludzie żyją i współdziałają w społeczeństwie (jeśli tylko nie powstrzymują ich przed tym zakaz lub
regulacje)". Prawo do angażowania się we wzajemną wymianę jest więc w jakimś sensie naturalnym prawem człowieka, naturalnym, bo odpowiadającym
jego społecznej naturze. Znacznie wcześniej mówił o tym Adam Smith
(1989), podkreślając, że ludzie mają z natury taką właśnie skłonność.
Tej wizji natury ludzkiej odpowiada zasada swobody umów, która w początkach XIX wieku na Zachodzie stała się "fundamentem całokształtu
przepisów o zobowiązaniach" (Czachórski i in. 2003). W myśl owej zasady,
jeśli wymiana jest dobrowolna, czyli nie wynika z zastosowania jasno
określonego przymusu lub oszustwa wobec którejś z jej stron, to znaczy,
że jest korzystna dla każdej z nich -?w porównaniu z sytuacją, gdyby do
takiej umowy nie doszło. Przyjmuje się więc to niepaternalistyczne
założenie, że poszczególni ludzie są najlepszymi sędziami swoich
interesów nie tylko w działaniach, które odnoszą się jedynie do nich
samych, ale też w stosunkach z innymi ludźmi. Na mocy tych założeń prawo
nie powinno ingerować w treść umów (w tym rozmaitych transakcji), chyba
że prowadzą one do ewidentnej krzywdy dla jakiejś trzeciej strony (np.
umowa zabójstwa na zlecenie lub zmowa kartelowa).
Zasada wolności umów stanowi podstawę wolności w zdecydowanie
najważniejszej sferze ludzkich działań -?w interakcjach. Dlatego prawna
erozja tej zasady, jaka następuje w ciągu ostatnich stu lat, jest erozją
wolności. Chodzi zwłaszcza o erozję wolności umów między kontrahentami
na rynku. Nie chodzi tu o socjalizm, który jako system z natury
antyrynkowy wolność umów zastąpił nakazem i rozdzielnikiem. Chodzi o kraje, gdzie nie zniesiono własności prywatnej i rynku, nazywane
popularnie "kapitalistycznymi". Główną ideologiczną podstawą wspomnianej
erozji jest paternalistyczne założenie, że w pewnych rodzajach
transakcji jedna strona jest immanentnie (strukturalnie) słabsza niż
inna, więc prawo musi ją chronić, ograniczając wolność umów. Ten prawny
paternalizm związany z rozciągnięciem pojęcia przymusu jest chyba
najmocniej widoczny w przypadku umów o pracę, czyli w prawie pracy. W tym wypadku doktryna "słabej strony" wyraźnie odbija wpływ marksizmu,
który daje prostą (choć fałszywą) wizję kapitalistycznego społeczeństwa:
składa się ono mianowicie z wyzyskiwaczy (kapitaliści, czyli
pracodawcy)2 i wyzyskiwanych (proletariat, czyli
pracobiorcy). Uznanie, że istnieje taka asymetria sił, oraz moralne
oburzenie, jakie odczuwa każdy, komu ten myślowy model opanował umysł,
pchały i pchają w kierunku restrykcyjnego prawa pracy i wzmacniania
pozycji związków zawodowych. A to z kolei -?poprzez osłabienie
skłonności i zdolności firm do zatrudniania pracowników oraz windowanie
płac ponad wzrost wydajności pracy -?przyczynia się do długofalowego
bezrobocia. W tej kwestii przeprowadzono wiele badań empirycznych.
Fałszywe, ale potężne emocjonalnie wizje społeczeństwa mają wielką moc
destrukcji. Innym ich przykładem jest wizja ludzkości, jaką daje
radykalny islam, z jej podziałem na wiernych oraz niewiernych, których
należy zwalczać. Cechą charakterystyczną tych i innych podburzających
wizji jest to, że są one skrajnie antyindywidualistyczne: jednostka
występuje tam nie jako odrębna osoba, lecz jako składnik jakiegoś
społecznego agregatu.
7. Nawet jeśli, co rzadko bywa, występuje powszechna zgoda, że -?ze
względów religijnych czy moralnych -?określone działania ludzi należy
zaliczyć do zbioru przestępstw i jako takie winny być zwalczane przez
państwo, to sprawy nie można uważać za ostatecznie rozstrzygniętą.
Pojawia się bowiem pytanie: w jakim stopniu da się wyegzekwować ten
zakaz i jakie będą skutki uboczne używania państwowego aparatu przymusu?
Pouczającym przykładem jest tu historia prohibicji w Stanach
Zjednoczonych: najpierw pod wpływem potężnego moralno-religijnego ruchu
została ona wprowadzona -?i to poprzez zmianę w konstytucji! A potem -
wobec ogromu krzywd i szkód, jakie wywołało egzekwowanie zakazu
produkcji, handlu i konsumpcji alkoholu -?została ona zniesiona przez
ponowną zmianę w konstytucji. Szkody polegały na wzroście zorganizowanej
przestępczości i -?w efekcie -?eskalacji zabójstw i innych fizycznych
gwałtów, rosnącej korupcji w policji oraz upadku autorytetu prawa. A zatem nie wystarczą kryteria moralne czy religijne, aby rozstrzygać o zakresie państwowych zakazów. Trzeba bowiem dodatkowo pytać o to, jakie
krzywdy wywoła próba egzekwowania określonego zakazu przez aparat
państwa. Ponownie mamy do czynienia z moralnym problemem, gdzie
ostateczny sąd wymaga wiedzy technicznej, tym razem z zakresu
kryminologii, socjologii i innych stosowanych nauk społecznych.
Nietrudno zauważyć, że omawiany problem dotyczy między innymi żywo
dyskutowanej obecnie kwestii zasadności kryminalizacji łagodniejszych
narkotyków.
* * *
Spróbujmy na koniec tych rozważań na temat ograniczania wolności przez
państwo przedstawić kilka założeń, które łącznie określają coś, co można
nazwać radykalnym i konsekwentnym wolnościowym stanowiskiem w tej
fundamentalnej kwestii:
1. Zakazy określonych działań muszą brać pod uwagę skutki nie tylko dla
istot chronionych, ale też dla innych, których one dotyczą. Z pewnością
nie powinny one wyrządzać tym drugim większych szkód niż te, których
chce się uniknąć w przypadku tych pierwszych.
2. Obowiązuje domniemanie wolności, czyli "co nie jest zakazane, jest
dozwolone", a ciężar dowodu spoczywa na tych, którzy wolność chcą
ograniczyć. U podłoża tej propozycji leży założenie, że wolność jest
fundamentalną wartością i to w podwójnym sensie: a) jest wartością
samoistną, odpowiadającą naturze i godności człowieka; b) jest wartością
instrumentalną, bo jej szeroki zakres daje pozytywne skutki dla ludzi:
umożliwia intelektualne poszukiwania i -?w efekcie -?odkrycia oraz
innowacje (na co zwracał szczególną uwagę John Stuart Mill), daje
rozległe pole dla wykorzystywania rozmaitych talentów, pozwala na
użytkowanie ważnej praktycznie wiedzy, która jest nieuchronnie
rozproszona w społeczeństwie i dlatego nie da się jej scentralizować.
Ten argument na rzecz wolnego rynku sformułował w wyrazisty sposób
Friedrich A. Hayek. Nie każdy może z wszelkiego rodzaju szeroko
zakrojonej wolności skorzystać, bo nie każdy ma ku temu odpowiednie
predyspozycje. Tak na przykład nie każdy może zostać artystą, badaczem,
przedsiębiorcą czy wyczynowym sportowcem. Ale dzięki temu, że niektórzy
mogą czynić użytek z szeroko zakrojonych wolności, wszyscy korzystają,
choć większość pośrednio.
3. Nie ma prawnych zakazów (nakazów) umotywowanych paternalizmem, i to w odniesieniu zarówno do działań, których skutki dotyczą tylko samego
sprawcy, jak i interakcji między ludźmi. To drugie oznacza, że prawo
respektuje ogólną zasadę swobody umów. Zakaz prawnego paternalizmu może
się utrzymać oczywiście tylko wtedy, gdy ludzie w praktyce poczuwają się
do odpowiedzialności za własne czyny.
4. Normy religijne czy moralne nie są wystarczającą podstawą prawnych
zakazów czy nakazów. Można natomiast powiedzieć, że są one konieczną
przesłanką w tym sensie, że jeśli zakazu (nakazu) określonego działania
nie można w żaden racjonalny sposób odnaleźć w żadnej normie religijnej
lub moralnej, to nie powinien on znaleźć się w prawie.
Powyższe przesłanki nie wyznaczają jednoznacznie zestawu działań, które
miałyby być zakazywane (lub nakazywane) jednostkom przez państwo poprzez
zastosowanie państwowego przymusu, ale go zawężają -?w porównaniu ze
zdecydowaną większością wyobrażeń o pożądanym zakresie takiej
interwencji, a tym bardziej praktyki działania państw. Założenia te
sugerują, że przedmiot prawa karnego, czyli katalog czynów uznawanych za
przestępstwa i -?w efekcie -?ściganych przez policję i prokuraturę,
powinien być ograniczony do minimum3. Jeden ze sposobów
bardziej precyzyjnego wyznaczania tej minimalnej liczby polegałby na
tym, że obejmowałaby ona tylko takie czyny, które -?w jednomyślnej
opinii cywilizowanego społeczeństwa (z wyłączeniem psychopatów i socjopatów) -?powinny być całkowicie wyeliminowane, gdyby to tylko było
możliwe (por. Cooter 1984). Wedle tej procedury na owej liście z pewnością znalazłyby się takie elementarne przestępstwa, jak zabójstwo,
okaleczenia ciała, napad, rabunek, kradzież, oszustwo itp. Listę minimum
można by też wyznaczyć jako wspólną cechę z list przestępstw
obowiązujących we współczesnych państwach (ta lista byłaby zapewne
szersza niż poprzednia, gdyż nawet w krajach demokratycznych występuje
silna presja na poszerzanie zbioru czynów uznawanych za przestępstwa).
Niezależnie od metody wyznaczania minimalna lista przestępstw musi
obejmować czyny zabronione przez kodeks karny po to, by skutecznie
zwalczać wspomniane wyżej przestępstwa przeciw konkretnym ludziom.
Chodzi tu o przestępstwa przeciw wymiarowi sprawiedliwości, takie jak
składanie fałszywych zeznań czy lekceważenie orzeczeń sądów.
Trzeba podkreślić, że minimalizacja liczby czynów uznawanych za
przestępstwa przez prawo karne nie oznacza minimalizacji roli prawa w zapobieganiu szkodom, jakie powstają w stosunkach między ludźmi (oraz w rozstrzyganiu związanych z tym konfliktów). Prawo karne nie jest (i na
pewno nie powinno być) jedynym prawem. Oprócz niego istnieje przecież
prawo cywilne, a w jego ramach -?prawo o czynach niedozwolonych
(deliktach). Prawo cywilne jest uruchamiane z inicjatywy osoby, która
uważa się za poszkodowaną, a nie z urzędu przez prokuratora. Umożliwia
ono również wykorzystywanie niepaństwowych mechanizmów rozstrzygania
sporów: arbitrażu i mediacji. Minimalizacji przedmiotowego zakresu prawa
karnego towarzyszyłoby odpowiednie rozszerzenie zbioru przypadków
rozstrzyganych przez prawo cywilne.
5. Wolność a równość
Mówiąc o prawach wolnościowych, zakładałem dotąd milcząco, że chodzi o zawarte w państwowym prawie ogólne uprawnienia, to znaczy dotyczące nie
konkretnych ludzi, lecz ludzi należących do określonej kategorii.
Wolnościowe uprawnienie dotyczące maksymalnej liczby osób, jakiej mogą
dotyczyć ze względu na czynniki biologiczne, można nazwać powszechnym.
Tak na przykład prawo wyborcze czy uprawnienia do niektórych czynności
prawnych przysługują współcześnie dorosłym, a nie dzieciom. Wolność
osobista przysługuje wszystkim (z wyjątkiem więźniów). To są przykłady
powszechności praw. Powszechność praw to innymi słowy równość wobec
prawa. Jej przeciwstawieniem była nierówność zakresu wolności na mocy
prawa, czyli podział dorosłych ludzi na grupy o nierównym prawnie
statusie, takim jak wolni i niewolnicy czy szlachta, mieszczanie i chłopi pańszczyźniani (których prawna sytuacja niewiele różniła się od
niewolników). Taka stratyfikacja prawna istniała przez zdecydowaną
większość historii w przeważającej liczbie społeczeństw. Dzisiaj
nierówność prawna występuje w krajach fundamentalistycznego islamu,
takich jak Arabia Saudyjska czy Afganistan za talibów. Ma ona postać
prawnego upośledzenia kobiet w porównaniu z mężczyznami.
Równość wobec prawa jest wielkim dorobkiem myśli i praktyki
liberalizmu ostatnich trzystu lat. Jest to ten rodzaj równości, który
budzi najmniej kontrowersji i który bez napięć daje się pogodzić z ideałem szeroko zakrojonej wolności. Można by wręcz powiedzieć, że
radykalne i konsekwentne wolnościowe stanowisko wyraża się w postulacie
maksymalnie szerokiej wolności dla maksymalnie dużej liczby ludzi, czyli
w połączeniu minimalizacji sfery zastosowania państwowego przymusu (zob.
poprzedni punkt) oraz równości wobec prawa, szczególnie wtedy gdy
państwo stosuje przymus (zob. Hayek 2011, s. 97).
Bardziej skomplikowana jest relacja między szerokim zakresem generalnych
wolnościowych uprawnień a innym wielkim ideałem klasycznego liberalizmu:
ideałem równości szans. Przez równość szans rozumiem sytuację, gdy
ludzie o podobnych predyspozycjach (czyli cechach ciała, umysłu i charakteru) mają podobne szanse realizacji tych samych życiowych planów.
Ludzie są różni, a zatem różni ludzie mają różne szanse realizacji tych
samych planów. W związku z tym na przykład osoba o niskim wzroście nie
zostanie zawodowym koszykarzem, człowiek niemający słuchu muzycznego nie
stanie się wybitnym skrzypkiem, a osobnik o słabej woli i odporności
psychicznej nie będzie zawodowym decydentem. Każda z tych osób może mieć
jednak szczególne predyspozycje innego typu. Niezbędnym składnikiem
równości szans jest równość wobec prawa. Albowiem podział społeczeństwa
na nierówne -?pod względem statusu prawnego -?grupy dorosłych ludzi,
niezależnie od cech ich członków, w elementarny sposób gwałci postulat
równych życiowych szans dla ludzi o tych samych predyspozycjach. Sama
równość wobec prawa, choć fundamentalnie ważna, nie wystarczy jednak,
aby zapobiegać dużej nierówności szans.
Jak daleko można się posunąć w działaniach redukujących tę nierówność,
nie wpadając w kolizję z innym wielkim postulatem klasycznego
liberalizmu, a mianowicie ideałem szerokiego zakresu wolności? Mało kto
dostrzega tu w ogóle możliwość konfliktu. Jednakże Robert Pilon (1979),
wybitny amerykański filozof prawa, słusznie zauważa, że wolność
jednostki obejmuje swobodę wyboru partnerów do różnych interakcji, co
oznacza, że na określone stanowiska czy do określonych transakcji można,
choć z moralnego punktu widzenia nie należy, wybierać osoby o gorszych
predyspozycjach niż alternatywni kandydaci. Taka sytuacja jest w zgodzie
z ideałem szerokiej wolności, ale w kolizji z postulatem równości szans.
Nie sposób więc zaprzeczyć, że -?na płaszczyźnie analizy pojęć -?ten
pierwszy ideał nie obejmuje drugiego, to znaczy trzeba je traktować
odrębnie.
Ale czy z tego wynika, że w ustrojach o bardziej ograniczonej wolności,
zwłaszcza gospodarczej, będzie mniej nierówności szans niż w systemach o większej wolności? Czy należy, innymi słowy, ograniczać wolność i ponosić związane z tym koszty, jeśli chce się zmniejszyć nierówność
szans? Nie widzę takiego dylematu, przeciwnie, widzę odwrotną zależność.
Otóż skala rodzinno-towarzyskiego i partyjnego nepotyzmu, czyli doboru
na rozmaite stanowiska ludzi o gorszych predyspozycjach niż alternatywni
kandydaci, będzie tym mniejsza, im większy odsetek tych stanowisk będzie
w dyspozycji ludzi, którzy -?bezpośrednio lub pośrednio -?na nepotyzmie
będą tracić, a nie odnosić korzyści finansowe, polityczne czy psychiczne
(wdzięczność krewnych i znajomych). O każdym zachowaniu decydują
relatywne bodźce. A kto na uprawianiu nepotyzmu traci (a przynajmniej
nie zyskuje)? Decydenci w prywatnych przedsiębiorstwach podlegających
odpowiednio silnej konkurencji, gdyż są oni wrażliwi na zyski swoich
firm, a nepotyzm je pomniejsza. Tacy decydenci, jeżeli tylko ich firmy
są autentycznie prywatne, czyli niezależne od polityków, będą również
odporni na partyjne kumoterstwo, bo żaden polityk nie może ich pozbawić
stanowiska. A zatem maksymalnie możliwy zasięg sektora prywatnego oraz
konkurencji -?wyraz szerokiego zakresu wolności gospodarczej -?ogranicza
do minimum nepotyzm i w ten sposób sprzyja równości szans. Ponadto
szeroka wolność gospodarcza i związane z nią ograniczenie nepotyzmu
łącznie działają na rzecz rozwoju gospodarki. Nie widzę więc kolizji
między szerokim zakresem wolności a zmierzaniem ku równości szans,
przeciwnie -?w realnym świecie istnieją pewne pozytywne sprzężenia
między tymi dwoma ideałami klasycznego liberalizmu.
Wreszcie należy też poruszyć sprawę dążenia do wyrównywania sytuacji, w tym dochodu. Ten rodzaj egalitaryzmu ma swoje intelektualne podstawy w pojęciu sprawiedliwości społecznej. Jest ono immanentnie niejasne, a więc nie daje żadnej precyzyjnej wskazówki, w jakim punkcie realizowanej
przez system polityczny redystrybucji dochodów należy się zatrzymać.
Innymi słowy, nie mówi, jaki jest optymalny rozkład dochodów w społeczeństwie. Służy ono więc za intelektualne usprawiedliwienie
ciągłej redystrybucyjnej walki między rozmaitymi grupami społecznymi,
prowadzonej poprzez system polityczny4.
W odpowiedzi na pytanie o to, jaka jest optymalna nierówność szans w społeczeństwie, ogromna większość odpowie: żadna. Ideał równości szans
ma więc współcześnie mocną intersubiektywną podstawę. A jaka będzie
odpowiedź na pytanie: jaka jest optymalna nierówność dochodów? Kakofonia
różnych propozycji, które nie dadzą się intersubiektywnie sprowadzić do
jakiegoś wspólnego mianownika. Każdy, kto akceptuje szeroki zakres
wolności i ideał równości szans oraz chce być logicznie konsekwentny, ma
tylko jedną odpowiedź na pytanie o rozkład dochodów: taki, który wynika
z połączenia dążeń do tych dwóch ideałów. Oznacza to, że egalitaryzm
dochodów (i związane z nim intelektualne konstrukty) traci rację bytu.
Przyjęcie -?jak powiedziałem, czysto arbitralnie, bo inaczej się nie da
-?za cel innego rozkładu musi być w konflikcie z szeroką wolnością lub
równością szans.
Reakcje egalitaryzmu w praktyce politycznej potwierdzają ten konflikt.
Polegają one mianowicie na redukcji wolności, zwłaszcza gospodarczej. W skrajnym przypadku -?socjalizmu -?wolność była ograniczana przez
delegalizację własności prywatnej w sferze produkcji jako głównego
źródła wysokich dochodów. (Nie była to, rzecz jasna, jedyna przyczyna
wprowadzenia tego ustroju). Za zmniejszenie nierówności dochodów płacono
w socjalizmie ogromną cenę: przedsiębiorcze talenty, obecne w każdym
społeczeństwie, były marnowane, a gospodarka w miarę upływu czasu
zmierzała do stagnacji. Ponadto monopol własności państwowej rodził
ogromną koncentrację państwowej władzy i ogromną nierówność w tej
dziedzinie, co mogło prowadzić do dużych nierówności materialnych
warunków życia między polityczną elitą a resztą społeczeństwa. Rozdęcie
władzy politycznej umożliwiało wreszcie ogromny zakres politycznego i rodzinno-towarzyskiego nepotyzmu, naruszając równość szans. Im więcej
państwa w społeczeństwie, tym więcej dobrych posad dla "swoich".
Mniej skrajna forma politycznego egalitaryzmu dochodów nie narusza
(przynajmniej formalnie) własności prywatnej i rynku, polega natomiast
na rozbudowie państwa socjalnego, czyli różnego rodzaju świadczeń, które
wymagają silnie podwyższonych podatków, a to można traktować jako
ograniczanie wolności gospodarczej, o czym dalej.
Redukcji rozpiętości dochodów nie należy mylić z ograniczaniem biedy
definiowanej w sensie absolutnym (niezaspokojenie podstawowych potrzeb),
a nie poprzez relatywny dochód. Są to pojęciowo zupełnie różne kwestie,
a na gruncie praktycznym niektóre działania ograniczające górne dochody,
tłumiąc przedsiębiorczość i tworzenie miejsc pracy, mogą przyczynić się
do poszerzania obszaru bezrobocia i biedy.
Rozumiem jednak, że bardzo duże rozpiętości indywidualnych dochodów,
szczególnie jeśli są one dziedziczne, mogą razić. Taka sytuacja jest
typowa dla krajów Ameryki Łacińskiej. Ale jest ona wynikiem nie polityki
klasycznego liberalizmu, lecz szczególnego interwencjonizmu. Chodzi tu
zwłaszcza o silne ograniczenie kluczowego składnika wolności
gospodarczej, a mianowicie konkurencji, zwłaszcza swobody wejścia na
rynek. Daje to trwałą dominację rozmaitym potężnym grupom biznesowym,
często rodzinnym i nierzadko silnie powiązanym z polityką. Innym
czynnikiem, tym razem ograniczającym dochody biedniejszych osób, są
rozmaite regulacyjne i podatkowe bariery utrudniające ich legalne
zatrudnienie (The Economist 2022, s. 34-36).
6. Prawa negatywne (wolnościowe) kontra prawa pozytywne (roszczeniowe)
Słowo "prawa" wywołuje pozytywne emocje i -?w efekcie -?podlega
rozmaitym interpretacjom (zob. esej Leszka Kołakowskiego w tym tomie).
Wraz z rozwojem ruchu socjalistycznego w XIX wieku pojawiło się w myśli
społecznej, w debatach publicznych i w praktyce politycznej rozróżnienie
dwóch typów praw jednostki: a) negatywnych i b) pozytywnych (zob.
Chauffour 2009, s. 32).
Przez prawa negatywne rozumie się we wspomnianej dychotomii
wolnościowe uprawnienia, o których była mowa przy analizie granic
indywidualnej wolności. Im większe są te uprawnienia, tym bardziej musi
być ograniczona władza państwa, które -?przypominam -?jest z definicji
organizacją mającą na danym terytorium względną przewagę w stosowaniu
przymusu i przemocy. Zakres wolnościowych uprawnień jest więc
nierozerwalnie związany z gigantycznym problemem, jak ograniczyć władzę
takiej organizacji. Temu -?ciągle aktualnemu -?zagadnieniu była
poświęcona myśl takich klasyków, jak J. Madison, J.S. Mill, B. Constant,
A. de Tocqueville, F. Bastiat, K. Popper, R. Nozick, M. Friedman (zobacz
ich eseje w Odkrywając wolność. Przeciw zniewoleniu umysłów).
Wspólnym elementem rozmaitych propozycji jest odpowiedni podział władz
państwa. Nic nie może też zastąpić silnie zorganizowanego społeczeństwa
obywatelskiego i wolnych mediów obserwujących działanie organów państwa
i reagujących na ich działania zagrażające wolności.
Natomiast prawa pozytywne oznaczają prawa wszystkich lub wybranych
grup obywateli do określonych świadczeń ze strony państwa. Dlatego można
je nazwać prawami roszczeniowymi. Stworzenie kategorii tych praw było
reakcją socjalistycznie czy etatystycznie nastawionych autorów i aktywistów na -?ich zdaniem -?nadmierny nacisk, jaki klasyczni
liberałowie kładli na wolnościowe uprawnienia, czyli na ograniczanie
władzy państwa. Niektórzy z tych pierwszych podkreślali, że nawet
najbardziej ograniczone państwo świadczy obywatelom usługi ochronne
przed różnymi formami agresji ze strony innych ludzi (obrona narodowa
oraz państwowy aparat ścigania i wymiaru sprawiedliwości), a to jest
przecież wykonywaniem prawa pozytywnego.
Ten fakt był i jest oczywisty dla klasycznych liberałów. Klasyczny
liberalizm obejmuje nie tylko szerokie uprawnienia wolnościowe (prawa
negatywne), ale też ochronę przed różnymi rodzajami przestępstw ze
strony innych osób i ich organizacji oraz przed zewnętrzną agresją. Całą
tę wiązkę praw można określić jako prawa klasyczne, pamiętając, że
zasadniczy ustrojowy problem polega na tym, jak powinien być usytuowany
i zbudowany aparat ścigania i wymiaru sprawiedliwości, aby państwo było
powszechną agencją ochrony, a nie systematycznym lub kapryśnym despotą.
Owa funkcja ochronna nie musi być w całości monopolem państwa. W krajach
kapitalistycznych działają przecież firmy ochroniarskie, agencje
detektywistyczne itp.
Chcę też zauważyć, że zakres funkcji ochronnej państwa rósł w czasie i w czasach współczesnych objął -?jak sądzę, z uzasadnieniem -?ochronę
dzieci przed przemocą ze strony dorosłych oraz kobiet przed przemocą ze
strony mężczyzn.
* * *
Niektórzy zwolennicy rozwiniętych praw pozytywnych wykorzystują
oczywisty fakt, że skoro państwo klasycznego liberalizmu realizuje
określone prawo tego rodzaju (ochronę ludzi przed agresją ze strony
innych ludzi), to powinno realizować inne prawa pozytywne, przede
wszystkim prawa socjalne. Obejmują one świadczenia rzeczowe (np.
"darmowa" oświata i służba zdrowia) oraz pieniężne (np. państwowe
emerytury czy zasiłki dla bezrobotnych).
Skoro usługi ochronne państwa wymagają publicznych nakładów, to dlaczego
nie objąć nimi również praw socjalnych? Takie retoryczne pytanie zadają
niektórzy zwolennicy tych praw. Ale sam fakt, że realizacja dwóch
różnych celów wymaga pieniędzy, nie oznacza, iż owe cele są równoważne.
Z faktu, że wydałem pieniądze na lody, nie wynika, że powinienem też
kupić kokainę.
Niektórzy obrońcy praw socjalnych argumentują za pomocą innego
"wspólnego mianownika" (wnikliwą krytykę ich argumentacji przeprowadza
Loren E. Lomasky [1987, s. 85-90]): zgadzają się, że klasyczne
uprawnienia wolnościowe wynikają z pewnych podstawowych potrzeb
człowieka. Na tej podstawie twierdzą, że są uzasadnione inne uprawnienia
-?prawa socjalne, bo stanowią odpowiedź na inne podstawowe potrzeby
człowieka. Mamy tu typowy błąd pozornego wynikania -?przesłanka jest
prawdziwa, ale ogłoszony wniosek z niej nie wynika, podobnie zresztą jak
w przypadku wcześniejszego rozumowania. Zauważmy najpierw, że nawet na
płaszczyźnie moralnej nie każda podstawowa potrzeba jednej osoby
uzasadnia domaganie się odpowiedniego działania od innego człowieka. Dla
przykładu, na osobie, która ma dwie źrenice, nie ciąży moralny obowiązek
przekazania jednej z nich niewidomemu (zob. Lomasky 1987, s. 87). Pewne
działania lub zaniechania są jednak przedmiotem moralnych czy
religijnych obowiązków, np. pomoc osobom w bardzo trudnej życiowej
sytuacji. Z tego jednak samo przez się nie wynika uzasadnienie dla
"dobroczynności publicznej", czyli dla praw socjalnych. Pamiętajmy o ogólnej zasadzie, że normy moralne nie są wystarczającą podstawą dla
kształtowania treści prawa, choć treść prawa powinna mieć jakieś moralne
uzasadnienie.
Ponadto w praktyce politycznej wydatki na finansowanie praw socjalnych
są wielokrotnie wyższe niż publiczne nakłady na ochronę ludzi przed
agresją ze strony niektórych ludzi. Oznacza to, że ograniczanie wolności
związane z podatkami jest dużo większe w tym pierwszym przypadku niż
drugim.
W tym miejscu trzeba wspomnieć o dostępie do edukacji. Otóż przed
wprowadzeniem finansowanej przez państwo i obowiązkowej edukacji w szkołach publicznych Anglia, Walia i Stany Zjednoczone miały rozwiniętą
sieć płatnych szkół podstawowych, finansowanych przez rodziców uczniów i Kościoły. W 1833 roku na edukację dzieci w wieku szkolnym przeznaczono
około 1 procent dochodu narodowego netto. W 1920 roku po wprowadzeniu
"bezpłatnego" i obowiązkowego nauczania wydatki wynosiły 0,7 procent
(West 1991). Bezpłatne szkoły publiczne przejęły rynek edukacyjny i doprowadziły do upadku płatne szkoły prywatne. West (1991) podkreśla, że
"aż do połowy XIX wieku ekonomiści polityczni z wyjątkiem Marksa i Engelsa byli zwolennikami dostarczania oświaty przez rynek", gdyż
uznawali, że czesne stanowi "jedyny czynnik podtrzymujący tak pożądaną
przecież konkurencję wśród nauczycieli i między szkołami". Milton
Friedman, uznając polityczną trudność powrotu do powszechnego czesnego,
zaproponował, aby pieniądze przeznaczane z budżetu na oświatę były
wypłacane w postaci bonów edukacyjnych, co umożliwiałoby osiągnięcie
tych efektów. Trzeba wreszcie uznać, że niektórzy rodzice, przynajmniej
w pewnych kulturach, mogą wstrzymywać się z posyłaniem swoich dzieci do
szkoły. Ten fakt uzasadniałby wprowadzenie, w imię równości szans,
obowiązku szkolnego, czyli ograniczenie wolności rodziców w relacji do
ich dzieci.
Rozważając uzasadnienie praw socjalnych, trzeba, jak we wszystkich
niebanalnych przypadkach, wyjść poza ogólne normy etyki (oraz poza dobre
chęci) i odwołać się do odpowiedniej technicznej wiedzy, w tym przypadku
do wiedzy na temat tego, jak zachowują się ludzie zależnie od rozmaitych
sytuacyjnych bodźców, którym podlegają. Wtedy się dostrzega, wbrew
wyobrażeniom socjalnych etatystów, że państwo socjalne nie jest jedynym
sposobem pomagania ludziom w autentycznej potrzebie. Z akceptacji
odpowiednich norm moralnych nie wynika akceptacja państwowych praw
socjalnych. Co więcej, ekspansja państwa socjalnego wypiera
skuteczniejsze, niepaństwowe sposoby pomocy ludziom w potrzebie, m.in. w formie stowarzyszeń wzajemnej pomocy (zob. teksty Kelleya i Sirico w Odkrywając wolność. Przeciw zniewoleniu umysłów). Dalej, rozrost
publicznej pomocy socjalnej wywołuje u jej beneficjentów (a na dłuższą
metę -?ofiar) różne patologie, co w odniesieniu do Anglii już w pierwszej połowie XIX wieku opisał genialny obserwator społecznej
rzeczywistości, Alexis de Tocqueville.
Oceny etyczne nie mogą abstrahować od skutków określonych działań, które
ujawnia wiedza techniczna. Oceny formułowane bez takiej wiedzy prowadzą
do taniego moralizatorstwa i pobożnych życzeń. Jest to rażąco widoczne w literaturze na temat praw socjalnych i państwa socjalnego. A zatem
dobro, które ma być dostarczane ludziom przez państwo w drodze
realizacji praw socjalnych, może być dostarczane lepiej na drodze
współdziałania ludzi w ramach społeczeństwa obywatelskiego, a także ich
indywidualnej przezorności. Prawa socjalne mają więc dobry substytut.
Nie da się tego powiedzieć o uprawnieniach wolnościowych. Dobro w postaci szerokiego zakresu wolności wymaga odpowiedniego kształtu
państwa i pewnego jego pozytywnego działania w obronie jednych ludzi
przed agresją ze strony innych ludzi. Te rozwiązania nie mają żadnych
substytutów5. Moralne uzasadnienie klasycznych praw jest
zatem o wiele mocniejsze niż praw socjalnych. Tych drugich nie da się
też dobrze uzasadnić za pomocą pojęcia "sprawiedliwości społecznej", bo
nie daje ono żadnych precyzyjnych wskazówek odnośnie do sposobów i natężenia socjalnej interwencji państwa. Można więc przy jego użyciu
uzasadnić dowolną interwencję.
7. Sfery (rodzaje) wolności z lotu ptaka
Problem zakresu wolności dotyczy różnych sfer życia człowieka i dlatego
mówi się o różnych rodzajach wolności czy o różnych wolnościach.
Spróbuję nieco rozwinąć ten podział, bo wiąże się on z doniosłą kwestią
relatywnego znaczenia poszczególnych wolności i powiązań między nimi.
Nie ma jednego, powszechnie przyjętego rozróżnienia rodzajów wolności
wedle sfer życia człowieka. Zwykle jednak wymienia się: wolność
osobistą, wolność słowa i mediów, wolności obywatelskie, wolność
polityczną, wolność gospodarczą.
Przez wolność osobistą należy rozumieć to minimum wolności, które
sprawia, że człowiek nie jest niewolnikiem -?np. elementarna wolność
poruszania się, wolność dysponowania swoim czasem i owocami własnej
pracy itp. Należy zaznaczyć, że poddanie się rygorom pracy najemnej nie
jest formą niewolnictwa, bo jest konsekwencją umowy, a nie przymusu. O wolności słowa i mediów była już mowa powyżej.
Przez wolności obywatelskie (cywilne) współcześnie rozumie się zwykle
wolność gromadzenia się i organizowania się ludzi dla celów
niezarobkowych: dla realizacji wspólnych pasji, zainteresowań, wyrażania
poglądów, pomocy wzajemnej, pomocy innym, wywierania nacisku na państwo
w jakiejś wspólnej sprawie itp. Zakres wolności obywatelskich decyduje o skali społeczeństwa obywatelskiego. Tu mieści się jedna z zasadniczych
różnic między ustrojami.
Szeroki zakres wolności obywatelskich daje rozwinięte społeczeństwo
obywatelskie, które można podzielić z grubsza na trzy części:
1. Organizacje i grupy wzajemnej pomocy i organizacje niosące pomoc
innym.
2. Organizacje i grupy naciskające -?ze względu na interesy finansowe
lub poglądy swoich członków -?na rozrost lub utrzymywanie rozbudowanego
państwa (w formie rozległych regulacji prawnych zawierających rozmaite
restrykcje i przywileje, dużych wydatków budżetu i w efekcie podatków,
dużego sektora publicznego).
3. Organizacje i grupy przeciwstawiające się -?w imię indywidualnej
wolności i odpowiedzialności -?rozrostowi państwa.
Relatywna siła tych trzech składników społeczeństwa obywatelskiego, a zwłaszcza drugiego i trzeciego, decyduje ostatecznie o tym, jak wygląda
państwo w warunkach szerokich wolności cywilnych jego obywateli.
Wolność polityczna dotyczy możliwości obywateli w zakresie rządzenia
państwem na różnych jego poziomach. Współcześnie utożsamia się ją zwykle
z masową demokracją, to znaczy z powszechnymi prawami wyborczymi. Mowa
jest tu, rzecz jasna, o wyborach autentycznych, a nie dekoracyjnych.
Demokratyczne państwo ma -?z definicji -?władzę wybieralną. Historia i współczesność znają cztery inne mechanizmy sukcesji w państwie:
dziedziczenie, monopol na władzę jednej organizacji (monopartii lub
armii), zamachy stanu i podboje. Można je łącznie określić jako
niewybieralne sposoby zmiany władzy w państwie. Dominowały one przez
zdecydowaną większość historii. Masowa demokracja jest stosunkowo
niedawnym wynalazkiem instytucjonalnym. Mówię tu o demokracji
przedstawicielskiej (wybór reprezentantów do władzy), jedynej możliwej w większym społeczeństwie, a nie o demokracji bezpośredniej, która
występowała na przykład w starożytnych Atenach. Wybory oznaczają
konkurencję o głosy wyborców. Ta konkurencja jest możliwa i będzie
faktem, jeśli można bez osobistego ryzyka być kandydatem na państwowe
urzędy, gromadzić i organizować swoich zwolenników i upowszechniać swoje
propozycje. Demokracja zakłada zatem duży zakres praw obywatelskich.
Trwałe istnienie demokracji, a także większości tych wolności, zależy
również od zakresu wolności gospodarczej, w tym zwłaszcza własności
prywatnej. O tej, mniej znanej chyba zależności, będzie mowa dalej.
8. Szeroka wolność gospodarcza i jej rdzeń -?własność prywatna: szczególnie ważna i szczególnie atakowana
Zacznę od definicji wolności gospodarczej jako instytucjonalnej
zmiennej, czyli czynnika, który przybiera różne formy. W przypadku
wolności gospodarczej (jak i innych wolności) dadzą się one uporządkować
według natężenia, tak że można powiedzieć, kiedy tej wolności jest mniej
lub więcej.
Wolność gospodarcza odnosi się do wszelkich pokojowych działań, które:
1. dają faktyczny lub potencjalny dochód (środki do życia);
2. polegają na wydatkowaniu tego dochodu.
Działania pierwszej grupy, które można nazwać produkcyjnymi, obejmują
nie tylko wytwarzanie produktów materialnych, ale także działalność
inwestycyjną, badawczą, innowacyjną, artystyczną i wszelkiego rodzaju
usługi, czyli w sumie wytwarzanie dóbr niematerialnych. Działania grupy
drugiej obejmują konsumpcję, czyli decyzje dotyczące tego, na jakie
osobiste cele przeznaczyć dochód. W przeszłości występowały ograniczenia
wolności w tej dziedzinie, np. w formie prawnych zakazów noszenia
zbytkownych ubrań przez mieszczan po to, aby było to przywilejem
szlachty. Państwa ortodoksyjnego islamu narzucają współcześnie
restrykcyjne standardy ubiorów kobiet. Owe przeszłe i obecne
ograniczenia wolności form konsumpcji można jednocześnie traktować jako
ograniczenia wolności osobistej. Do tych ograniczeń należy dołączyć
współczesne restrykcje dotyczące spożycia produktów szkodliwych dla
zdrowia, a na dodatek tak deformujących zachowanie ich konsumentów, że
zwiększają one ryzyko wyrządzenia przez nich rozmaitych szkód (np.
alkohol, narkotyki).
Jednak największe w skutkach różnice dotyczą zakresu wolności
gospodarczej w sferze działań produkcyjnych. Można tu z kolei rozróżnić
dwie dziedziny: pracę i własność.
Warto podkreślić, że jeszcze w XVIII i XIX wieku w Anglii i Stanach
Zjednoczonych (nie mówiąc już o innych regionach świata) zakres
wolności w dysponowaniu własną pracą przez formalnie wolnych ludzi był
silnie ograniczony przez rozmaite państwowe restrykcje. Mieli oni na
przykład ograniczoną swobodę poruszania się w poszukiwaniu lepszego
zatrudnienia, często podlegali urzędowym płacom oraz sankcjom karnym za
porzucanie pracy (zob. Steinfeld 1991). Wolność pracy, to znaczy prawna
swoboda wyboru zajęcia, poszukiwania zatrudnienia oraz negocjowania
warunków umowy o pracę, jest więc stosunkowo niedawnym wynalazkiem
historii i jednym z wielkich osiągnięć klasycznego liberalizmu. Loren E.
Lomasky (1987, s. 92) twierdzi wręcz, że to klasyczny liberalizm
wprowadził właściwe, czyli wolnościowe prawo do pracy, przeciwstawiając
się pozostałościom feudalizmu, a także patriarchalnym stosunkom w rodzinie, na mocy których kobieta była przeznaczona do prac domowych i traktowana jako dodatek do męża czy ojca. Ruch socjalistyczny (w tym
zwłaszcza marksizm) z jego doktryną immanentnie "słabszej" strony, czyli
pracobiorców, doprowadził z kolei do wprowadzenia większych lub
mniejszych restrykcji wobec pracodawców (ograniczenia w zwalnianiu
pracowników, płacy minimalnej) oraz do wzmocnienia pozycji związków
zawodowych. Te instytucjonalne odbicia socjalnego prawa do pracy
przyczyniły się do wzrostu długofalowego bezrobocia i spadku
zatrudnienia, albowiem ograniczyły one elastyczność rynku pracy w reagowaniu na rozmaite wstrząsy, jakim podlega gospodarka, oraz -
poprzez windowanie płac ponad wzrost wydajności pracy -?zredukowały
również jej konkurencyjność.
Najwięcej jednak doniosłych w skutkach różnic -?i najwięcej
ideologicznych kontrowersji -?dotyczyło i ciągle dotyczy prawa
własności środków produkcji, czyli własności takich materialnych lub
niematerialnych przedmiotów (udziałów w firmach), które służą działaniom
produkcyjnym. To na tym polu najbardziej ścierały się na płaszczyźnie
intelektualnej i praktycznej liberalizm i socjalizm.
Prawo własności definiuje się jako wiązkę określonych wolnościowych
uprawnień. W najprostszym ujęciu obejmują one:
a) uprawnienia decyzyjne (użytkowanie przedmiotu własności,
rozporządzanie tym obiektem, zakładanie przedsiębiorstw, zarządzanie
firmą); oraz
b) korzystanie z przedmiotu własności, czyli osiąganie dochodu (a także
satysfakcji czy poczucia samorealizacji, jakie można czerpać z działalności przedsiębiorczej).
Typy prawa własności wyodrębnia się według tego, komu przysługują owe
uprawnienia: przy własności państwowej przysługują one aparatowi państwa
(i ludziom przezeń wyznaczonym), a przy własności prywatnej -?osobom
prywatnym i ich organizacjom. Im większy jest udział firm państwowych,
tym większy jest -?często nieformalny -?wpływ rządzących polityków na
gospodarkę.
Kryterium własności służy jako podstawa dla najważniejszego rozróżnienia
ustrojów gospodarczych, a mianowicie: socjalizmu (dominacja własności
państwowej) i kapitalizmu (dominacja własności prywatnej). Dodam tu, że
termin "socjalizm" jest też używany w innym sensie, mianowicie na
oznaczenie danego państwa socjalnego. Przy tej definicji wszystkie kraje
rozwinięte należałoby uznać za socjalistyczne, albowiem przeznaczają one
co najmniej 20 procent swego PKB na wydatki socjalne. Dlatego należy
trzymać się rozróżnienia ustrojów gospodarczych opartego na kryterium
własności.
Marks uznał wolny rynek, określony przez Adama Smitha jako "niewidzialna
ręka", za "anarchię produkcji", którą miał zastąpić postulowany przez
niego "socjalizm naukowy". I faktycznie rynkowy kapitalizm został
wyparty przez antyrynkowy i zdominowany przez centralną biurokrację
socjalizm. Wszędzie tam, gdzie został wprowadzony, przyniósł on
gospodarczą klęskę oraz dyktaturę. Prywatna własność (kapitalizm) jest
bowiem niezbędnym (choć niewystarczającym) warunkiem praworządności i demokracji.
Przed Marksem, za jego czasów i po nim, było wiele analiz pokazujących
kolosalne znaczenie szerokiej wolności gospodarczej i jej rdzenia -
własności prywatnej -?dla podstawowych warunków życia ludzi. A jednak
właśnie ta wolność, szczególnie zaś własność prywatna, podlegała i ciągle podlega bądź demonizacji i potępieniu, bądź niechęci ze strony
wielu intelektualistów, którzy -?na nieszczęście dla zwykłych ludzi -
wywarli głęboki wpływ na politykę, a za jej pośrednictwem -?na kształt
realnych ustrojów (zob. Kołakowski 1976; Johnson 1998). W przypadku
żadnej innej wolności nie ma tak szokującego kontrastu między
pozytywnymi skutkami dla mas a negatywnym lub niechętnym nastawieniem
wpływowych intelektualistów. Powinno to stanowić niezwykle interesujący
przedmiot badań dla psychologii i socjologii wiedzy, w tym zwłaszcza
badań nad narastaniem i przenoszeniem się intelektualnych epidemii,
które prowadziły i prowadzą -?mówiąc językiem Czesława Miłosza -?do
"zniewolenia umysłu". Pokazuje to też, jakim fluktuacjom podlegają
filozofia i nauki społeczne, w tym ekonomia.
Wpływ marksizmu, najbardziej agresywnej i najbardziej wpływowej
ideologii antykapitalistycznej, w mistrzowski sposób przeanalizował
Leszek Kołakowski (1976). Pokazał on quasi-religijny charakter tej
doktryny, która z jednej strony wskazywała wroga, którego trzeba
zniszczyć (burżuazja i prywatna własność jako źródła ucisku mas), cel,
który można i trzeba osiągnąć: komunizm, oraz społeczną siłę, która ma
to zapewnić: proletariat. To nie intelektualna wartość tej doktryny, ale
jej zdolność do mobilizacji części mas oraz jej atrakcyjność dla
utalentowanych i bezwzględnych intelektualistów-terrorystów (Lenina,
Trockiego, Stalina, Dzierżyńskiego w Rosji, a potem Mao Zedonga w Chinach) dała jej tryumf w postaci przechwycenia państw i obalenia -?na
drodze terroru -?własności prywatnej. Raz przechwycone i przekształcone
państwo w Rosji stało się narzędziem rozpowszechniania socjalizmu na
drodze przemocy (Europa Środkowo-Wschodnia) lub przykładu i finansowego
wsparcia (Kuba, wiele krajów Afryki, "postępowe" kraje arabskie).
* * *
Przejdźmy teraz do krótkiego omówienia wolności gospodarczej w krajach
nazywanych gospodarkami rynkowymi lub kapitalistycznymi.
Zakres wolności gospodarczej w krajach jest zróżnicowany. Socjalizm był
jednorodnie antywolnościowy. Aby wyrazić i zoperacjonalizować owo
zróżnicowanie, warto uściślić i rozwinąć pojęcie państwowego
interwencjonizmu (etatyzmu). Wspomniałem przed chwilą o udziale
własności państwowej w krajach kapitalistycznych, który można nazwać
interwencjonizmem własnościowym. Oprócz tego wyróżniam interwencjonizm
regulacyjny i interwencjonizm podatkowy. Ten pierwszy ogranicza
uprawnienia decyzyjne zawarte w prywatnym prawie własności, ten drugi -
uprawnia do korzystania z przedmiotu tej własności. Interwencjonizm
regulacyjny jest współcześnie mierzony przez rozmaite indeksy wolności
gospodarczej.
Niektóre rodzaje interwencjonizmu regulacyjnego wyraźnie deformują
działania prywatnych firm i rynków, co jest szczególnie widoczne w sferze prawa pracy i zakładania firm.
Interwencjonizm podatkowy jest z definicji tym większy, im większą część
swoich dochodów ludzie i firmy przekazują -?poprzez podatki -?państwu.
Wpływ obciążeń podatkami na zachowania ludzkie zależy nie tylko od
łącznej skali tych obciążeń, ale też od tego, jaki jest udział różnych
podatków. Tak na przykład podatki pośrednie (VAT, akcyza) mniej
osłabiają bodźce do pracy i przedsiębiorczości niż progresywne podatki
dochodowe.
Trzeba dodać, że podatki ograniczają wolność pracy i własności w tej
mierze, w jakiej płacone są pod wpływem państwowego przymusu, a nie
dobrowolnie, czyli nie są darem przekazywanym przez obywateli państwu
(przy założeniu, że inni się nie uchylają, czyli nie występują w roli
gapowiczów)6. Jest to oczywiście kwota czysto hipotetyczna,
ale na pewno zdecydowanie mniejsza niż rozmiary podatków we
współczesnych państwach. W krajach bardziej rozwiniętych wynoszą one
obecnie 30-50 procent PKB, podczas gdy do czasów I wojny światowej
wahały się w granicach 5-15 procent PKB. Cały wzrost tego udziału
wynikał z ekspansji państwa socjalnego, szczególnie po II wojnie
światowej (zob. tekst Tanziego w Odkrywając wolność. Przeciw
zniewoleniu umysłów).
Knut Wicksell (1998, s. 119), wybitny szwedzki ekonomista z przełomu XIX
i XX wieku, odnosząc się do podatków, pisze: "Przejawem jaskrawej
niesprawiedliwości byłoby przymuszanie kogoś do łożenia na działalność,
która nie wspiera jego interesów lub której jest zdecydowanie
przeciwny". Kontrastuje więc dobrowolność wymiany na rynku z przymusem
podatkowym, jaki stosują państwa.
Podatki rosną, jeśli rosną wydatki publiczne. Od okresu międzywojennego
w XX wieku w ogromnej większości krajów nastąpił bardzo wyraźny wzrost
wydatków socjalnych. Dlatego można w odniesieniu do tego okresu mówić o etatyzmie socjalno-podatkowym.
Wiele wskazuje, że istnieje odwrotna zależność w skutkach dla wzrostu
gospodarki między interwencjonizmem regulacyjnym a socjalno-podatkowym.
Oznacza to, że wyższy poziom tego drugiego można w pewnym zakresie
kompensować niższym natężeniem tego pierwszego (czyli większą wolnością
podmiotów gospodarczych od szczegółowych przepisów). To mogłoby na
przykład tłumaczyć niezłe wyniki gospodarcze krajów skandynawskich.
Wspomniana prawidłowość wyjaśniałaby również kiepskie wyniki krajów o relatywnie niższych podatkach, ale wysokim natężeniu interwencjonizmu
regulacyjnego, co występuje w wielu krajach mniej rozwiniętych.
Najgorzej jest oczywiście, gdy rosną wszystkie rodzaje interwencjonizmu:
regulacyjny, socjalno-podatkowy, a na dodatek -?własnościowy. To złe
połączenie występuje w Polsce po 2015 roku.
I wreszcie -?przy takim samym przeciętnym zakresie interwencjonizmu,
zwłaszcza regulacyjnego, czyli przy takich samych przepisach, jego
skutki dla rozwoju gospodarki będą gorsze, jeśli podlegają one kapryśnym
zmianom, niż wtedy, gdy są one w miarę stabilne.
Własność prywatną jako generalne wolnościowe prawo człowieka, czyli jako
ogólną kategorię prawną, należy odróżnić od rozkładu własności, czyli
prywatnego majątku w społeczeństwie. Moralne i ekonomiczne uzasadnienie
własności jako kategorii ogólnej nie rozciąga się automatycznie na
dowolny rozkład majątku, niezależnie od jego pochodzenia. Kwestię
moralnej prawomocności rozkładu własności wnikliwie analizuje Nozick
(1999). Od siebie tylko dodam, że trudno automatycznie legitymizować
własność pochodzącą z rabunku. W imię szerokiego zakresu indywidualnej
wolności, w tym gospodarczej, można też kwestionować taką koncentrację
własności, która -?poprzez swoje silne sprzężenie z władzą polityczną -
prowadzi do ograniczenia wolności osób innych niż politycznie
uprzywilejowane.
Niech za przykład wspomnianej niechęci posłuży dzieło najsłynniejszego
chyba współcześnie filozofa polityki, Johna Rawlsa (1971), który
opowiada się w nim za przyjęciem "zasady wolności" jako głównego
kryterium dla kształtowania zasad życia społecznego i roli państwa.
Jednak wyłącza on z listy wolności, które -?jego zdaniem -?powinny być
priorytetowe, pewne elementy wolności gospodarczej, takie jak swoboda
przedsiębiorczości. Nic dziwnego, że w podsumowaniu swojego słynnego i bardzo wpływowego w naukach społecznych dzieła Rawls twierdzi, że
idealnym ustrojem byłaby pewna forma kapitalizmu lub "socjalizmu
rynkowego".
Mniejsza z tym, że socjalizm nie może być w praktyce rynkowy, gdyż
definiujący go monopol własności państwowej daje tak ogromny wpływ
polityce, że trudno go pogodzić z jakimkolwiek sensownym pojęciem rynku.
Istotniejsze jest to, że kapitalizm nie potrzebuje prawnego zakazu
tworzenia przedsiębiorstw niekapitalistycznych (np. spółdzielni lub
organizacji non profit). Jeśli bowiem ludzie mają wybór pomiędzy
inwestowaniem swoich pieniędzy w firmę kapitalistyczną lub spółdzielczą,
to ogromna większość wybierze tę pierwszą, i tak się dzieje w rzeczywistości. Natomiast socjalizm może się utrzymać tylko przy zakazie
tworzenia firm prywatnych, bo w każdym społeczeństwie są ludzie, którzy
chcieliby działać na własne ryzyko i rachunek. Kapitalizm utrzymuje się
więc w warunkach wyboru między różnymi instytucjonalnymi formami
prowadzenia działalności gospodarczej. Natomiast istotą socjalizmu jest
uznanie własności prywatnej za przestępstwo po to, aby utrzymać monopol
własności państwowej (zob. Balcerowicz 1997, s. 124-132). Jakże więc oba
te systemy można traktować jako realizujące w równym stopniu zasadę
priorytetu wolności?!
Sceptycyzm wobec własności prywatnej lub jej instytucjonalnego korelatu,
wolnego rynku, do niedawna był wyraźnie widoczny w akademickiej ekonomii
na Zachodzie, a ślady wyraźne tego nastawienia można odnaleźć tam do
dziś.
Przejawiło się to między innymi w tym, że w głównej dyskusji nad
gospodarczą sprawnością socjalizmu, jaka toczyła się przez kilkadziesiąt
lat w XX wieku, większość przedstawicieli tej ekonomii przyznała rację
stronie socjalistycznej (na czele z polskim ekonomistą Oskarem Lange), a nie krytykom socjalizmu (takim jak Ludwig von Mises i Friedrich A.
Hayek). Muszę powiedzieć, że znając z własnego doświadczenia "realny"
socjalizm, byłem zszokowany kompletnym brakiem realizmu w tezach wielu
czołowych przedstawicieli głównego nurtu zachodniej ekonomii (zob.
Balcerowicz 1997). Przedstawiciele tego nurtu popierali też po II wojnie
światowej ekspansję roli państwa w krajach zarówno rozwiniętych, jak i rozwijających się, przyczyniając się tam do narastania problemów
społeczno-gospodarczych.
Może trochę nieelegancko dodam od siebie, że z krytyki kapitalizmu można
w kapitalizmie dobrze żyć; natomiast nie dało się dobrze żyć z krytyki
socjalizmu w socjalizmie. Nie twierdzę oczywiście, że pobudki
antykapitalistycznego odchylenia wśród ekonomistów w kapitalizmie można
sprowadzić tylko do takich motywów. Wielkie znaczenie w kształtowaniu
wrogiego lub niechętnego nastawienia do własności prywatnej, wolnego
rynku czy kapitalizmu miały (i mają) ogromne błędy myślowe czasami
podszyte antykapitalistycznymi emocjami, które skłaniają wielu autorów
do poszukiwania przyczyn określonych problemów gospodarczych w zawodnościach wolnego rynku (market failures), a nie w zawodnościach
państwa (public failures). Taka jednostronność, czyli brak rzetelnej
analizy porównawczej, jest oczywiście elementarnym błędem.
Błąd takiej jednostronności obciąża także keynesizm, który głosi, że
wolnorynkowa gospodarka, rezultat szeroko zakrojonej wolności
gospodarczej, jest immanentnie niestabilna, to znaczy, że wpada w okresowe zapaści, z których może ją wyprowadzić tylko makroekonomiczna
interwencja państwa. Ta popularna doktryna jest sprzeczna z doświadczeniem, które pokazuje, że bez owej interwencji w XIX wieku
wolnorynkowa gospodarka wychodziła z kryzysów, a ponadto, że do
doprowadzenia ją do stanu zapaści przyczynia się interwencja państwa,
które ma ją następnie dobroczynnie z zapaści wyprowadzać.
Robert Higgs w niniejszej książce pokazuje, że tzw. wielka depresja w Stanach Zjednoczonych, która dała ogromny rozgłos Ogólnej teorii
Keynesa, była rezultatem serii błędów Nowego Ładu Franklina D.
Roosevelta.
Krytycy immanentnej makroekonomicznej zawodności wolnorynkowej
gospodarki orędujący -?na mocy tego założenia -?za stabilizującą
interwencją państwa są nie tylko na bakier z doświadczeniem, ale też
popełniają zasadniczy błąd myślowy. Otóż przyjmują oni milcząco, że
słabości zwykłych ludzi, działających na rynkach, które doprowadzają -
ich zdaniem -?ów społeczny mechanizm do okresowych zapaści, nie
obciążają dziwnym trafem ludzi działających w państwie. W efekcie
państwo niczego złego nie robi, a tylko koryguje błędy popełnione przez
współdziałających zwykłych śmiertelników. Mamy do czynienia ze
wspomnianą już deifikacją państwa, obecną zresztą w innych gałęziach
ekonomii, zwłaszcza w tzw. ekonomii dobrobytu.
Deifikacja państwa ma u swego podłoża (jeśli pominąć autentyczną wiarę,
że jest to byt nadprzyrodzony) jedno z dwóch założeń: a) są dwa
podgatunki człowieka: zwykły (gorszy) i -?państwowy (lepszy); b) na
stanowiska państwowe zawsze trafiają za pomocą jakichś tajemniczych
mechanizmów najlepsze pod względem intelektualnym i moralnym egzemplarze
ludzkiego gatunku (odpowiednicy platońskich mędrców). Założenia te nie
wymagają komentarza.
Do etatyzmu własnościowego, regulacyjnego i podatkowego należy dodać
etatyzm monetarny, czyli wpływ państwa (władz publicznych) na ilość i wartość pieniądza na danym terytorium. Waha się on w szerokim
przedziale. Jeden kraniec -?najmniejszy wpływ -?był reprezentowany przez
system waluty złotej (Gold Standard), istniejący w XIX wieku i do lat
dwudziestych XX wieku.
Drugi -?największy wpływ -?był reprezentowany przez socjalizm:
socjalistyczny pieniądz nie był wymienialny na inne pieniądze i z trudem
wymieniano go na towary. W krajach gospodarki rynkowej (i w strefie
euro) pieniądze są swobodnie wymieniane na inne pieniądze (i na towary).
Po porzuceniu Gold Standard, czyli po przejściu do systemu pieniądza
papierowego (a współcześnie -?elektronicznego), zanikła naturalna
podstawa wyznaczająca wartość oraz ilość pieniądza i pojawiła się
konieczność znalezienia innej zasady regulacyjnej. W związku z tym
ogromnie wzrósł wpływ banków centralnych, a ściślej -?ich polityki
pieniężnej, na gospodarkę. Jest on przedmiotem ostrych kontrowersji.
Katastrofalne skutki socjalizmu -?produktu marksizmu -?przerzedziły
szeregi jego zwolenników. Ale powinno zdumiewać, że niechęć do własności
prywatnej i kapitalizmu nadal występuje wśród wielu wpływowych
intelektualistów. Ta niechęć objawia się między innymi w tym, że
własność prywatna nie figuruje na rozmaitych listach "podstawowych" praw
człowieka, tworzonych przez wpływowych zachodnich przedstawicieli myśli
społecznej7.
Silna i trwała koncentracja prywatnej własności prowadzi też do dużych
rozpiętości prywatnych dochodów, co jest typowe dla krajów Ameryki
Łacińskiej. U podłoża tego leżą silne ograniczenia wolności gospodarczej
i regulacje utrudniające legalne zatrudnianie ludzi (zob. punkt 5).
9. Koncepcje natury ludzkiej i ich ustrojowe konsekwencje
Nie da się sensownie myśleć o alternatywnych ustrojach i warunkach,
jakie tworzą one ludziom, bez przyjęcia określonych założeń na temat
natury samego człowieka, czyli jego dyspozycji. Wybitny ekonomista Karl
Brunner pisze (1987, s. 387): "Różne wizje społeczeństwa spotykane w świecie i na forum publicznym są ostatecznie zdeterminowane przez
sprzeczne hipotezy o naturze człowieka". W tej fundamentalnej kwestii
zarysowały się w myśli filozoficznej i społecznej dwie orientacje:
utopijna i realistyczna.
Wspólnym mianownikiem koncepcji utopijnych jest odrzucenie założenia,
że ludzie mają jakieś trwałe i uniwersalne właściwości, które
wewnętrznie sterują ich decyzjami (dyspozycje motywacyjne) oraz
określają sposób i granice pozyskiwania i przetwarzania przez nich
informacji (dyspozycje poznawcze). Przy tych założeniach nie ma więc
natury ludzkiej jako czegoś trwałego i uniwersalnego, ludzie są
doskonale plastyczni pod względem swoich wewnętrznych cech. To, jaki
kształt przybiorą owe właściwości, zależy od trwałych sytuacji, w jakich
żyją ludzie, w tym zwłaszcza od ustroju. Radykalnie go zmieniając i znosząc własność prywatną i rynek, można ukształtować "nowego
człowieka", wykazującego "wyższe" formy motywacji8. Takie
przekonanie występowało w myśli socjalistycznej w XIX i XX wieku.
Socjaliści praktycy, począwszy od Lenina, uznali, że lepszego człowieka,
a w każdym razie lepsze społeczeństwo, da się stworzyć, gdy się
wymorduje lub zastraszy jego gorszą część (burżuazję) i zniszczy
przypisywane jej instytucje.
Koncepcja psychologicznej plastyczności człowieka, czyli braku natury
ludzkiej, była absurdalna w świetle historycznej wiedzy, dostępnej już
wtedy, gdy ją głoszono. A jednak opanowała ona umysły socjalistycznych
wizjonerów i miała straszny wpływ na życie milionów ludzi.
Realistyczny pogląd na naturę ludzką mieli myśliciele żyjący na długo
przed socjalistycznymi utopistami, a także po nich. Jest to pogląd
zgodny z tysiącami lat obserwacji ludzi w różnych
sytuacjach9 i potwierdzony przez współczesną naukę. Można go
sprowadzić, w największym skrócie, do następujących punktów:
Istnieją pewne niezmienniki: graniczne lub dominujące wartości, jakie
przyjmują dyspozycje ludzi. Owe niezmienniki stanowią naturę ludzką.
Są one z definicji niezależne od typu ustroju, same natomiast
określają, jak funkcjonują rozmaite systemy i jaki realny kształt
muszą przybierać socjalistyczne utopie (wizja powszechnego braterstwa
kończy się gułagami). W każdym społeczeństwie występuje silne
zróżnicowanie ludzi pod względem ich dyspozycji, z czego bierze się
znaczenie mechanizmów doboru osób do różnych pozycji, dostępnych w danym ustroju (kwestia równości szans) oraz znaczenie wykorzystywania
talentów (kwestia zakresu wolności).
Ogół dyspozycji motywacyjnych człowieka określa, jakie czynniki są dla
niego obojętne, a jakie kształtują jego decyzje, czyli są dlań
motywatorami. Motywatory nie ograniczają się do dochodu, ale obejmują
także między innymi czynniki związane z relacjami z innymi ludźmi,
takie jak władza, sława, reputacja, poczucie własnej wartości, więzi
itp. "Homo oeconomicus" jako generalna wizja człowieka jest więc
złośliwą karykaturą, którą operują przeciwnicy wolnego rynku po to,
aby atakować klasyczny liberalizm z pozycji -?rzekomej -?moralnej
wyższości. Jednakże bodźce materialne mają duże znaczenie w kształtowaniu wielu typów zachowań, zwłaszcza gospodarczych, a tam,
gdzie ze względu na naturę danego zajęcia nie da się lub nie należy
ich stosować, występują duże problemy z ukształtowaniem systemów,
które zapewniłyby właściwe zachowanie tych, którzy te zajęcia wykonują
(np. prokuratorzy, sędziowie, politycy, szefowie banków centralnych).
Z natury ludzkiej bierze się dążenie do realizacji własnego interesu,
zdefiniowanego w kategoriach szerokiego zakresu motywatorów. Ludzie są
biologicznie zaprogramowani, aby dążyć do poprawy warunków swego życia
-?w formach, które częściowo zależą od kultury (np. ubiór, mieszkanie,
pożywienie). Ludziom właściwa jest też dbałość o interes kręgu osób,
które są im emocjonalnie bliskie. Częścią natury ludzkiej nie jest
natomiast powszechny i silny altruizm, czyli przedkładanie dobra
dowolnego innego człowieka (bliźniego) nad własne. Ale nie należy do
niej również skłonność do silnej "bezinteresownej", czyli
niewymuszonej sytuacją wojny (lub silnej indoktrynacji), agresji.
Odchylenia od opisanej dominującej tendencji występują na dwóch
krańcach: z jednej strony w każdym społeczeństwie istnieją altruiści:
osoby, które czerpią dużą satysfakcję z pomagania innym. Z drugiej
strony każde społeczeństwo ma też jakiś margines psycho- i socjopatów.
Istnienie tej pierwszej grupy jest argumentem na rzecz wolności
stowarzyszania się, dzięki czemu mogą powstawać i rozwijać się
rozmaite organizacje charytatywne, wykorzystujące naturalne motywacje
istniejące w społeczeństwie -?o ile rozrost państwa socjalnego nie
ograniczy im pola działania. W takim przypadku ludzi o naturalnych
predyspozycjach do niesienia rozumnej pomocy innym zastępuje się
urzędnikami socjalnymi, od których trudno oczekiwać na szerszą skalę
takich cech. Istnienie drugiego motywacyjnego krańca jest, jak sądzę,
ostatecznym psychospołecznym argumentem na rzecz państwa jako organu
ochrony. Problem polega jednak na tym, jak zapobiec istnieniu państwa,
którym rządzą psycho- lub socjopaci. Popper (w
Odkrywając wolność.
Przeciw zniewoleniu umysłów) podkreśla rolę demokracji jako
mechanizmu eliminacji najgorszych aberracji na szczytach państwa. Nie
chroni ona jednak sama przez się przed rozmaitymi formami tyranii
większości.
Ludzie wykazują pewne niezmienniki poznawcze, które obejmują
ograniczenia ludzkiej pamięci, przetwarzania informacji i uczenia się.
Niezmienniki te oznaczają pewną dominującą tendencję, wokół której
występuje duży rozrzut dyspozycji poznawczych. Nikt jednak nie ma
zdolności telepatii i nikt nie jest w stanie scentralizować wiedzy o warunkach i możliwościach działań poszczególnych jednostek w społeczeństwie (tzw.
tacit knowledge). Nikt nie jest wszechwiedzący.
* * *
Na koniec chciałbym pokazać, jak w świetle literatury klasyków
liberalizmu wyglądał preferowany przez nich ustrój. Ten wzorzec posłuży
mi jako punkt odniesienia do charakterystyki innych typów ustrojów.
1. Klasyczni liberałowie kładli i kładą ogromny nacisk na prawa
wolnościowe, a w związku z tym -?na ograniczenie represyjnej i gospodarczej władzy państwa. Uzasadnienie dla tej antydespotycznej
czujności wobec państwa w państwie wyraził znakomicie James Madison,
współtwórca konstytucji Stanów Zjednoczonych i późniejszy prezydent tego
kraju: "Gdyby ludzie byli aniołami, żaden rząd nie byłby potrzebny.
Gdyby aniołowie mieli rządzić, nie byłaby niezbędna ani zewnętrzna, ani
wewnętrzna kontrola nad rządem" (zob. Odkrywając wolność. Przeciw
zniewoleniu umysłów). Można do tego dodać nieśmiertelne zdanie lorda
Actona (1887): "Każda władza deprawuje, władza absolutna deprawuje
absolutnie".
Część myślicieli zastanawiała się nie tylko nad ogólnymi postulatami pod
adresem państwa, ale też nad sposobami ich realizacji. Od starożytności
znana była idea, że aby władza państwowa nie stała się despotyczna, musi
być podzielona.
W myśli chrześcijańskiej zasada podziału władzy przejawia się w doktrynie dwóch mieczy, ustanowionej przez papieża Gelazego I pod koniec
V wieku i "potem wyznawanej w jakiejś formie przez wszystkich kolejnych
myślicieli chrześcijańskich" (Tinder 1995, s. 151).
W epoce nowożytnej postulat podziału władz odnosił się jednak do władzy
świeckiej; najmocniej kojarzy się on z nazwiskiem Monteskiusza (2003).
Największy jednak wkład do konkretyzacji i praktycznego zastosowania tej
zasady wnieśli amerykańscy ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych
Ameryki na czele z Madisonem. Wkład ten polegał na tym, że owej zasadzie
nadano aktywną postać wzajemnego kontrolowania się władz (tzw. checks
and balances). Wiązało się to z drugą wielką instytucjonalną innowacją,
a mianowicie kontrolą zgodności legislacji z konstytucją przez Sąd
Najwyższy, odgrywający rolę sądu konstytucyjnego10.
Amerykański wynalazek rozpowszechnił się później w wielu krajach świata.
2. Rozległe prawa wolnościowe, a więc rygorystycznie ograniczona władza
państwa to naczelny priorytet klasycznego liberalizmu. Dawni klasycy nie
akcentowali równie mocno postulatu wybieralności władz państwowych
(demokracji), choć nie byli jemu przeciwni, a ich wybitni
przedstawiciele uczestniczyli z sukcesem w wyborach (np. Thomas
Jefferson i James Madison -?prezydenci Stanów Zjednoczonych).
Konieczność odpowiedniego ograniczenia władzy państwa, tak aby służyło
ono, a nie zagrażało ludziom, odnosili liberalni myśliciele do państwa o władzy zarówno wybieralnej, jak i niewybieralnej. Nie ulegali oni zatem
iluzji, że demokratyczne pochodzenie wystarczy dla dobrego rządzenia
albo że owo pochodzenie legitymizuje wszelkie decyzje. Byli świadomi
groźby tyranii większości. Ponadto niektórzy z myślicieli liberalnych,
szczególnie James Madison, podkreślali, że wolność polityczna prowadzi
do ścierania się różnych "fakcji" (grup nacisku) kierujących się własnym
interesem. To ścieranie się może wprawdzie służyć powstrzymywaniu
despotyzmu, ale grozi przekształceniem państwa w narzędzie rozdzielania
przywilejów. Dlatego należy zakres jego działania (legislacji, wydatków
i -?w efekcie -?podatków) trwale ograniczyć, tak aby nie miało za dużo
do rozdzielania.
3. Fundamentalnie ważnym prawem wolnościowym w państwie klasycznego
liberalizmu jest szeroka wolność gospodarcza i jej rdzeń -?własność
prywatna. Myśliciele, którzy zajmowali się głównie władzą polityczną,
przyjmowali, często milcząco, że w społeczeństwie panuje własność
prywatna. Nawet Thomas Hobbes, który argumentował na rzecz politycznego
absolutyzmu, twierdząc, że tylko to może uchronić ludzi przed wzajemnym
wyniszczeniem się, uznawał własność prywatną za oczywisty fakt11.
Oznaczało to, że jego absolutyzm nie był taki absolutny, a na pewno
mniejszy niż orientalny despotyzm, w którym władca dysponujący środkami
przymusu i przemocy jest jednocześnie głównym właścicielem w kraju (zob.
tekst Pipesa w Odkrywając wolność. Przeciw zniewoleniu umysłów).
Ustrój socjalistyczny był więc nowoczesnym odpowiednikiem orientalnego
despotyzmu, choć ideologiczni twórcy jego projektu powoływali się na
naukę i postęp.
Własność prywatna była uznawana przez ojców Kościoła, m.in. św.
Augustyna i św. Tomasza, jako naturalne prawo człowieka lub ze względu
na to, że dzięki niej ludzie dbają o przedmiot własności. Moralne i ekonomiczne uzasadnienie własności prywatnej rozwinęli hiszpańscy
scholastycy w XV i XVI wieku (zob. Chafuen 2002).
Własność prywatna jest zasadniczym sposobem ograniczania władzy
politycznej, jeśli oznacza ona, że prywatni właściciele i mianowani
przez nich zarządcy są niezależni od władzy politycznej, a przedmiot
własności nie może ulec arbitralnej konfiskacie. Nawet jednak własność
prywatna słabo oddzielona od wpływów politycznych12
(wskutek uzależnienia od państwowych zamówień lub groźby uchwalenia
arbitralnych przepisów) daje społeczeństwu dużo większą niezależność od
państwa niż w przypadku socjalizmu, czyli monopolu własności państwowej.
Przez wieki poprzedzające narodziny wolnorynkowego kapitalizmu własność
gospodarcza była skrępowana przez cechowe i królewskie monopole oraz
inne ograniczenia wolności gospodarczej. Do czynników, które się do tego
przyczyniły, należało powszechne przekonanie, że natura ludzka, a ściślej nastawienie ludzi na własny interes, musiałaby doprowadzić przy
ekonomicznej wolności do chaosu i innych złych skutków. Przyjmowano
bowiem, że dobre skutki w społeczeństwie wynikają tylko z dobrych
intencji jednostek, a harmonia musi być rezultatem odgórnego kierowania,
podobnie jak w gospodarstwie rolnym. Pod wpływem klasycznego
liberalizmu, a szczególnie dzieła Adama Smitha O bogactwie narodów,
dokonały się radykalne zmiany poglądów, a mianowicie przyjęto, że: 1)
działania ludzi kierujących się własnym interesem, a nie jakimiś
altruistycznymi pobudkami, dają w gospodarce korzystne indywidualnie i społecznie skutki; 2) harmonijna współpraca w skali kraju nie wymaga
hierarchicznego kierowania, a może wynikać z działania bezosobowego
mechanizmu wolnego rynku, czyli słynnej "niewidzialnej ręki". Późniejsze
badania własne Friedricha A. Hayeka (2011) oraz innego noblisty, Vernona
L. Smitha (2008), pokazały, że ten bezosobowy mechanizm działa niejako
naturalnie w ludzkich grupach i w rozmaitych złożonych systemach. Ta
prawda z trudem dociera do ludzi, dla których ład bierze się zawsze ze
świadomego kierowania. Spotykane w tych kręgach ironizowanie na temat
"niewidzialnej ręki" jest przejawem intelektualnego prostactwa, a nie
wyrafinowania.
4. Prawa pozytywne (roszczeniowe) w tym ustroju są zdecydowanie
ograniczone -?do obrony narodowej i do ochrony osób i ich własności
przed atakami ze strony innych mieszkańców danego kraju.
* * *
W jakich zakresach różnią się współczesne ustroje od naszkicowanego
modelu? Mamy ogromne zróżnicowanie systemów instytucjonalnych we
współczesnym świecie. Tutaj muszę ograniczyć się więc do odnotowania
kilku ogólnych różnic.
W krajach zachodnich główna różnica to zdecydowanie rozszerzenie praw
socjalnych i -?w efekcie -?radykalne podniesienie wydatków budżetowych i podatków. Owe wydatki wahają się obecnie, zależnie od kraju od prawie 40
procent PKB (Irlandia) do niemal 60 procent PKB (Francja). Niektóre
kraje różnią się też od klasycznego modelu większym zakresem
regulacyjnego interwencjonizmu w gospodarce, choć jest on w tej grupie
silnie zróżnicowany. Natomiast główne podobieństwa między współczesnymi
krajami Zachodu a ustrojem klasycznego liberalizmu to ograniczenie
państwa w zakresie jego działań represyjnych wobec obywateli (państwo
praworządne) oraz wybieralność władz. Oczywiście w obu zakresach
istnieje duże zróżnicowanie szczegółowych rozwiązań.
Wychodząc poza kraje Zachodu, dostrzegamy przypadki, gdzie państwo nie
jest ograniczone przez wymagania praworządności i nie jest
demokratyczne, ale dominuje własność prywatna. Innymi słowy, uprawnienia
wolnościowe obejmują wolność gospodarczą, ale nie wolność mediów,
zgromadzeń, wolność polityczną itp. Takie systemy występowały do czasów
liberalizacji politycznej między innymi w Korei Południowej i na
Tajwanie, a po upadku maoizmu jego głównym reprezentantem są Chiny. Ich
istotę da się ująć w haśle: kapitalizm tak, demokracja i praworządność
-?nie. Ten model rodzi pytanie, jakie czynniki mogą powstrzymywać
autorytarną władzę przed ingerencją w prywatną gospodarkę, w tym przed
domaganiem się -?i otrzymywaniem -?korupcyjnych płatności.
Funkcjonowanie i skutki omawianego ustroju, tak jak każdego opartego na
silnej koncentracji władzy politycznej, zależą od osobowości władcy -?w stopniu dużo większym niż w przypadku systemu o władzy mniej
skoncentrowanej, bo bardziej ograniczonej.
I wreszcie socjalizm. Wbrew naiwnym czy propagandowym wyobrażeniom o wyzwoleńczej roli socjalizmu to ten ustrój przyniósł w praktyce
największe ograniczenie wolności i -?w efekcie -?rozwoju. "Realny
socjalizm" był nie wypaczeniem szlachetnej idei, ale nieuchronnym
skutkiem jej realizacji (zob. Kołakowski 1976). Połączenie panowania nad
państwowym prawem, państwowym aparatem przymusu z monopolem państwowej
własności, dało największą w czasach nowożytnych koncentrację władzy w społeczeństwie, a to nie mogło i nie może się dobrze skończyć.
Socjalizm, definiowany zgodnie z jego pierwotną ideą, to znaczy przez
monopol państwowej własności, odbiera ludziom podstawowe prawo: prawo do
prywatnej własności środków produkcji i już z tego powodu jest ustrojem
antywolnościowym. Ale na tym sprawa się nie kończy. Trwałego zakazu
prywatnej przedsiębiorczości nie da się pogodzić z demokracją i związanymi z nią prawami cywilnymi. Jeśli bowiem na moment założyć, że
zaistniał demokratyczny socjalizm, to prędzej czy później -?odczuwając
skutki jego nieuchronnie złego funkcjonowania w gospodarce -?ludzie
zaczęliby się politycznie organizować, aby znieść ten zakaz prywatnej
własności. Ten polityczny nacisk zwiększałyby osoby, które, mając
predyspozycje do prywatnej przedsiębiorczości, nie chciałyby być skazane
na państwowe posady lub karane -?jako przestępcy -?za podejmowanie
takiej działalności. A tylko w ten sposób można, jak już wspomniałem,
utrzymać monopol państwowej własności. Ta rosnąca z czasem polityczna
presja musiałaby się zakończyć jednym z dwóch rezultatów: a)
delegalizacją grup naciskających na liberalizację gospodarczą (a zatem
dopuszczeniem tylko partii akceptujących socjalizm); to byłby koniec
demokracji, czyli socjalizm demokratyczny przekształciłby się w "realny"
-?niedemokratyczny; b) politycznym zwycięstwem tych grup i w efekcie
wprowadzeniem -?w warunkach demokracji -?kapitalizmu. Socjalizmu nie da
się więc pogodzić z wolnością polityczną. Konieczną cechą socjalizmu
jest wyjątkowy zakres represywności -?każdy czyn polegający na próbie
korzystania z jakiejś klasycznej wolności: politycznej, gospodarczej,
słowa, zrzeszania się itp., jest przestępstwem politycznym, czyli
przeciw socjalizmowi. Aby wyegzekwować te zakazy, socjalizm potrzebuje
rozbudowanej policji politycznej (KGB, SB itp. były więc kluczowym
składnikiem socjalistycznego ustroju).
I wreszcie, odebranie ludziom wolności gospodarczej i jej rdzenia -
własności prywatnej -?skutkowało gospodarczym zacofaniem, którego w żaden sposób nie mogły skompensować szerokie prawa socjalne. Brak
wolności politycznej i szerokich praw cywilnych umożliwia władzy
politycznej najgorsze ekscesy.
10. Co robić w sprawie wolności?
Odpowiedź na to pytanie zależy oczywiście od ustroju. Wolności
politycznej w dyktaturach bronili bohaterowie lub straceńcy. Odejście od
każdej dyktatury oznacza przejście od represyjnego do praworządnego
państwa. Odejście od socjalizmu musi dodatkowo obejmować liberalizację
gospodarki, bez czego zresztą niemożliwa byłaby praworządność. Na temat
odchodzenia od dyktatur nie mam nic więcej do dodania, oprócz słów
podziwu dla tych, którzy -?w imię wolności -?się im sprzeciwiali.
Dla nas, ludzi w Polsce, którzy w 1989 roku wyszli z socjalistycznej
dyktatury, bardzo ważne jest to, jak bronić niedawno uzyskaną wolność
przed zagrożeniami. A jest ona pod atakiem na dwóch głównych frontach:
praworządności i wolności gospodarczej.
Mówiąc najogólniej, obrona wolności, czyli przeciwstawianie się tym
zagrożeniom musi obejmować wpływ na opinię publiczną i działalność w ramach zorganizowanego społeczeństwa obywatelskiego.
W tej pierwszej sferze trzeba w mediach i podczas bezpośrednich spotkań
z ludźmi bronić prawdy, demaskując kłamstwa. Potrzebne są nie tylko
dowody i argumenty, ale także satyra i oddziaływanie na emocje.
Większość ludzi odczuwa odrazę do tych, którzy ich oszukują. Muszą o tym
się dowiadywać.
Zorganizowane społeczeństwo obywatelskie jest w Polsce niemałe, ale jego
wolnościowa część powinna szybciej rosnąć. Przydałyby się też sojusze
organizacji pozarządowych w obronie wolności.
Od lat staram się działać w obu dziedzinach. W tej pierwszej, będąc
aktywnym m.in. na Twitterze i Facebooku, a także w mediach tradycyjnych
oraz poprzez publikacje artykułów i książek. Mam nadzieję, że niniejsza
książka spotka się z podobnie życzliwym przyjęciem jak poprzednia. A co
do drugiej, to m.in. działając w Forum Obywatelskiego Rozwoju, które
założyłem w 2007 roku.
Musimy obronić i rozszerzyć wolność w Polsce!
Warszawa, 29 sierpnia 2022