Odgadnij kim jestem. Tom 3 Tej nocy - Megan Maxwell

Reflow text when sidebars are open.
Dźwięk ciszy jest onieśmielający.
Nadal mam w uszach pisk opon.
Żyję!
Ja żyję!
Słyszę głos Dylana. Chcę odpowiedzieć. Słyszę, że zbliża się do mnie szybkimi krokami, ale paraliżuje mnie strach. Leżę na ulicy i ledwie mogę oddychać.
Drżę, a moje oczy spotykają się z oczami Tifany, żony Omara. Leży na ziemi obok mnie. Patrzymy na siebie. Obie oddychamy z trudem, ale żyjemy.
- Nic ci nie jest? - pyta ledwie słyszalnym głosem.
Kiwam głową, bo nie mogę rozchylić warg, ale jej pytanie sprawia, że wszystko sobie przypominam. Samochód nadjeżdżający z ogromną prędkością. Strach. Dłoń Tifany, która mnie ciągnie. To, jak obie padamy z impetem za samochodem Omara. Nieprawdopodobny odgłos hamowania, a później cisza.
Ta cisza zostaje nagle przerwana krzykami. Przeraźliwymi piskami. Omar pochyla się z niepokojem, a kilka chwil później dobiega nas głos Dylana.
- Nie ruszaj ich, Omar! Dzwoń po pogotowie.
Ale ja się ruszam. Przewracam się na plecy i wydaję z siebie jęk. Boli mnie ramię. Cholera, i to jak boli! Moje oczy natrafiają na oczy mojego ukochanego, który pochyla się nade mną z niepokojem.
- Yanira, mój Boże, kochanie... - szepcze przejęty, dotykając mnie delikatnie, żeby nie zrobić mi krzywdy. - Nic ci nie jest?
Nie przestaje mnie przytulać. Potrzebuję jego ciepła, jego czułości, jego pięknych słów i poczucia, że on mnie potrzebuje.
- Nic mi nie jest... - odpowiadam, żeby go uspokoić. - Nie martw się... Nic mi nie jest.
- Robaczku, kręci mi się w głowie - skarży się Tifany, próbując się podnieść.
- Spokojnie, skarbie... Nie ruszaj się - uspokaja ją Omar.
Nagle natrafiam na wzrok Tifany.
- Dziękuję - szepczę wzruszona tym, co ta dziewczyna dla mnie zrobiła.
Młoda blond żona Omara, o której myślałam, że ma mniej rozumu niż Skalmar Obłynos, przyjaciel SpongeBoba, uśmiecha się. Właśnie uratowała mnie przed śmiercią pod kołami samochodu, ryzykując tym, że sama przeniesie się na tamten świat. Będę jej za to dozgonnie wdzięczna. Dozgonnie.
Dylan niechcąco dotyka mojej ręki, a ja wydaję z siebie przerażający krzyk. Cholera, co za ból!
Patrzy na mnie przerażony.
- Nie ruszaj się, kochanie - szepcze, oddychając szybko.
- Boli mnie... boli...
- Wiem... wiem... Spokojnie - mówi ze zmartwioną miną.
Czuję, że z oczu zaraz trysną mi łzy jak fontanny z powodu nieznośnego bólu, który czuję. Widzę, że Dylan dzwoni po swojego kolegę lekarza, który pędzi do nas.
- Poproś w pubie o lód. Pilnie potrzebuję lód!
Poruszam się i znów krzyczę z bólu. Dylan patrzy na mnie i zdejmuje marynarkę.
- Chyba przy upadku wybiłaś sobie bark.
W tej chwili nie wiem, co to znaczy "wybić sobie" ani czym jest bark, ale mój chłopak ma ponurą minę. Bardzo ponurą i to napawa mnie strachem.
- Cholera... Ale boooooooooliiiiiiiiiii! - jęczę.
Kiedy zjawia się kolega Dylana z woreczkiem lodu, Dylan klnie.
- Fran, musisz mi pomóc - mówi, spoglądając na niego.
Kładą mnie na plecach na chodniku, obchodząc się ze mną jak z lalką, i czuję, że Fran trzyma mnie za głowę. Denerwuję się. Co chcą mi zrobić?
- Boli mnie, Dylan... Bardzo mnie boli.
Mój ukochany siada na ziemi i kładzie stopę obok mojego tułowia.
- Wiem, skarbie... Ale zaraz ci minie. Złapię cię mocno za rękę i pociągnę do mnie.
- Nie! Nie dotykaj mnie! Umieram z bólu! - krzyczę przestraszona.
Rozumie mój strach. Jestem przerażona. Dylan próbuje mnie uspokoić, a kiedy mu się to udaje, znów zajmuje wcześniejszą pozycję.
- Muszę przestawić ci bark, kochanie. Będzie boleć.
Nie dając mi czasu nawet na mrugnięcie powieką, widzę, że spoglądają na siebie z Franem i nagle Dylan wykonuje gwałtowny ruch, który powoduje, że pojawiają mi się przed oczami wszystkie gwiazdy na firmamencie i krzyczę rozpaczliwie.
O Boże, co za bóóóóóól!
Łzy tryskają mi z oczu. Płaczę jak głupia. Jestem zła, że rozklejam się przy tych wszystkich ludziach, ale nie mogę się powstrzymać. Boli mnie tak, że nie jestem w stanie myśleć o niczym innym.
- Już... już, kochanie. - Dylan mnie przytula, żeby mnie uspokoić.
Siedzimy tak chwilę i czuję, że moczę mu koszulę łzami. Nie wypuszcza mnie. Nie odsuwa się ode mnie. Patrzy tylko na mnie i szepcze mi cudowne słowa miłości wśród mijających nas przechodniów. Kiedy się uspokajam, ostrożnie wypuszcza mnie z objęć, owija lód marynarką i robi mi z niego okład na bark.
- Spokojnie, moja kochana - mówi, widząc, że patrzę na niego oczami zaczerwienionymi od łez. - Zaraz przyjedzie pogotowie.
Staram się uspokoić, ale nie mogę. Po pierwsze dlatego, że mało nie zginęłam pod kołami samochodu. Po drugie dlatego, że cholernie boli mnie ramię. A po trzecie dlatego, że udziela mi się zdenerwowanie Dylana.
- Powiedz, że nic ci nie jest - nalega.
- Nic... nic... - udaje mi się wybełkotać.
Moja odpowiedź go uspokaja, ale nagle zrywa się z ziemi wściekły, oddala się ode mnie i słyszę, jak krzyczy rozjuszony:
- Jak mogłaś to zrobić?!
Przestraszona jego złością, unoszę się lekko, chociaż wszystko mnie boli, i widzę, że idzie w stronę samochodu, który o mało mnie nie przejechał. W środku siedzi Caty, z głową na kierownicy.
Suka! Podła żmija!
Patrzy na Dylana i widzę, że płacze. Jęczy. Wzdycha. Mój chłopak, podminowany, otwiera z wściekłością drzwi samochodu, mało ich nie wyrywając, i wyciąga ją, krzycząc jak opętany. Mężczyzna, którego wcześniej widziałam z Caty, podchodzi do nich z pochmurną miną. Domyśla się, co zaszło.
- Omar - szepczę obolała. - Idź uspokoić Dylana, proszę.
Kiwa głową, podchodzi do brata z zagniewaną miną i stara się interweniować, ale Dylan jest wzburzony. Bardzo wzburzony.
W końcu Omarowi i drugiemu mężczyźnie udaje się odciągnąć go od Caty i uspokajają go.
Nie mogę przestać na nią patrzeć. Jest zaledwie pięć metrów ode mnie.
- Przepraszam... - Słyszę, jak mówi przez łzy. - Przepraszam...
- Co za tupet! Mało cię nie zabiła, a teraz wielce szlocha - szepcze Tifany, widząc, w którą stronę patrzę.
To prawda. Ta kobieta nie ma wstydu. Poza tym nie wiem, jak mam rozumieć to "przepraszam", czy jest szczere, czy udawane.
Nie mogę ochłonąć po tym, co się wydarzyło. Rozumiem, że jest zakochana w Dylanie, ale w głowie mi się nie mieści, że posunęła się do czegoś takiego. Nie ulega wątpliwości, że ma coś z głową. Cholera, mało mnie nie zabiła!
- Spokojnie, dziewczyny - słyszę głos Omara, który podchodzi do swojej żony i do mnie. - Pogotowie już jedzie.
- Zniszczyłam sobie dwa paznokcie, robaczku.
- Jutro zrobisz sobie nowe, skarbie - odpowiada Omar z uśmiechem.
Przeraźliwe wycie karetek i samochodów policyjnych zagłusza wszystko inne. Szybko otaczają miejsce i odsuwają gapiów, a lekarze zajmują się Tifany i mną. Unieruchamiają mi ramię i szyję. Podnoszą mnie niczym piórko i kładą na noszach, i widzę, że niosą mnie do karetki. Patrzę na Tifany, z którą dzieje się to samo, co ze mną. Biedaczka. Odwracam głowę na noszach i znów spoglądam na Caty. Nie przestaje płakać, a jej towarzysz kręci głową i patrzy w ziemię.
Omar nie wytrzymuje. Biega od noszy, na których leży jego żona, do tych, na których leżę ja. Kiedy wsadzają mnie do karetki, słyszę, jak Dylan oznajmia:
- Pojadę z nią.
Dwaj mężczyźni i kobieta z karetki spoglądają na siebie.
- Wie pan, że panu nie odmówimy, doktorze Ferrasa - mówi kobieta z uśmiechem. - Ale my tu musimy pracować.
Nie podoba mu się to, zamyka na chwilę oczy, a potem wyjaśnia, co zrobił w ramach pierwszej pomocy, ale nie chce przeszkadzać, więc w końcu kiwa głową i drzwi się zamykają. Kilka sekund później słyszę, że przednie drzwi również się zamykają i karetka rusza, uruchamiając przeraźliwą syrenę.
Chcę być z Dylanem. Chce mi się płakać, ale muszę się zachowywać jak silna kobieta, a nie rozkapryszona nastolatka, która płacze, bo nie ma obok siebie swojego chłopaka.
Kobieta i jeden z mężczyzn zaczynają mnie badać.
- Pamiętasz, jak ci na imię? - pyta ona po angielsku.
W dalszym ciągu oszołomiona, rozumiem ją, ale odpowiadam po hiszpańsku.
- Nazywam się... nazywam się Yanira Van Der Vall.
Kobieta kiwa głową, bierze strzykawkę, napełnia ją bezbarwnym płynem i umieszcza ją w wenflonie, który założyła mi kilka sekund wcześniej.
- Spokojnie, Yanira - mówi z uśmiechem, również po hiszpańsku. - Zaraz będziemy w szpitalu Ronalda Reagana.
- A Dylan? Gdzie jest Dylan?
Zaczyna mi się kręcić w głowie, aż nagle słyszę jego głos:
- Jestem tutaj, kochanie.
Na tyle, na ile mogę, odwracam głowę i spoglądam w górę. Przez szybę widzę Dylana, siedzącego w przedniej części karetki, i się uśmiecham.
W szpitalu robią mi prześwietlenia i unieruchamiają mi rękę na temblaku. Pielęgniarz pcha wózek inwalidzki, na którym siedzę. Zatrzymuje się przed drzwiami, a kiedy je otwiera, widzę Dylana.
- Cześć, skarbie - mówi na mój widok.
Widać, że się martwi. Pielęgniarz, który pchał wózek, pomaga mi usiąść na łóżku, a potem odchodzi, zostawiając nas samych. Dylan daje mi przelotnego, czułego buziaka w usta, głaszcze mnie po policzku i pyta, czy bardzo mnie boli.
Czuję niewielki ból, zupełnie nieporównywalny z tym, który odczuwałam wcześniej.
- Do zniesienia - odpowiadam. Pamiętam, co się wydarzyło, więc dodaję szeptem: - A jak się czuje Tifany?
- Ma zwichniętą kostkę i stłuczone nogi i ręce, jak ty. Ale spokojnie, będzie żyć i naciągnie mojego brata na ten pierścionek, który tak bardzo chce sobie kupić, i pewnie na coś jeszcze.
Uśmiechamy się oboje.
- Chcesz, żebyśmy zadzwonili do twoich rodziców? - pyta.
Zastanawiam się przez chwilę, ale w końcu kręcę głową. Wiem, że bardzo by się zmartwili, w dodatku ta odległość... Lepiej, żeby nie wiedzieli. Nic mi nie jest i nie chcę, żeby niepotrzebnie się zamartwiali. Zamykam oczy. Jestem obolała jakby ktoś mnie porządnie zbił.
- Z Caty wszystko w porządku? - pytam.
Po chwili niezręcznej ciszy Dylan kiwa głową.
- Tak. Kiedy dojdzie do siebie, będzie miała wielki problem z nami i z prawem - dodaje, wzdychając ciężko. - Zapewniam cię, że to, co zrobiła, nie ujdzie jej na sucho. Rozmawiałem z ojcem, będzie nas reprezentował. Dopilnuję, żeby zapłaciła za to, co zrobiła. To, co próbowała zrobić ta...
- Dylan, nie - ucinam. - Nie mogę się na to zgodzić.
- Jak to: nie możesz się na to zgodzić? O mały włos cię nie zabiła, kochanie.
Kiwam głową. Wiem o tym. Wiem, że w tamtej chwili Caty chciała zrobić właśnie to.
- Uspokój się i pomyśl. Proszę... - ciągnę. - Jeżeli ktoś nienawidzi tej kobiety z całego serca, to właśnie ja, ale nie mogę zapomnieć o tym, że cierpi z miłości. Kocha cię. Alkohol uderzył jej do głowy, wypiła za dużo i... i... poza tym ja przechodziłam w miejscu, w którym nie powinnam. Część winy leży również po mojej stronie.
- Yanira - odzywa się Dylan poważnym tonem. - Mogła cię zabić. Gdyby osiągnęła swój cel, nie rozmawialibyśmy tu teraz, nie rozumiesz?
Znów kiwam głową. Pewnie, że rozumiem.
- Ale rozmawiamy, Dylan - nie odpuszczam. - Jestem tu z tobą i będę jutro, pojutrze i każdego dnia. - Próbuję się uśmiechnąć, ale mi nie wychodzi. - Nie doniosę na nią, kochanie - ciągnę. - Przykro mi, ale nie mogę. Chyba i tak będzie jej ciężko poradzić sobie z tym, co się stało.
- Jesteś za dobra, za dobra, i uważam, że...
- Nie. Powiedziałam: nie - oznajmiam.
Patrzy na mnie z rozdziawionymi ustami, a kiedy dociera do niego, że w żaden sposób nie nakłoni mnie do zmiany zdania, szepcze:
- Do głowy mi nie przyszło, że Caty mogłaby zrobić coś takiego. Nigdy. Nie wiem, jak cię za to przepraszać i...
- Dylan - przerywam mu. - Ty nie masz mnie za co przepraszać, bo nie jesteś niczemu winien, kochanie. Odbiło jej. Co ty masz z tym wspólnego?
- Czuję się winny. Powinienem był być bardziej przewidujący.
- Przewidujący?!
Robi gniewną minę.
- Caty od lat cierpi na depresję - wyjaśnia. - Leczy się i...
- Cholera...
- Kolega za szpitala powiedział mi, że sprzedała poradnię pediatryczną w tym roku, w którym zniknąłem. Nie jest już jej właścicielką. Pracuje tam tylko przez kilka godzin, a ja... ja powinienem był przewidzieć, że może wydarzyć się coś takiego.
Przypominam sobie, że tego wieczoru podczas kolacji opowiadała nam o swojej poradni.
- I znając prawdę, dlaczego się nie odezwałeś w czasie kolacji? - pytam.
- A jak niby miałem to powiedzieć, Yanira? Nie mogłem być tak okrutny. Poza tym nie wiem, ile na temat swojego życia wyjawiła mężczyźnie, który z nią był i nie chciałem strzelić gafy. Nie chciałem jej też pytać o chorobę. Nie była to odpowiednia chwila ani miejsce, kochanie. Chciałem z nią porozmawiać, zadzwonić do niej któregoś dnia i spytać, jak się czuje. Dlatego dzisiaj, kiedy ją zobaczyłem, bez zastanowienia zaprosiłem ją do naszego stolika. Zasługiwała na to, żebyśmy potraktowali ją serdecznie, my i rodzina Ferrasa. Zawsze była dobrą przyjaciółką, chociaż jej się wydawało...
- Jej się wydawało, że jest dla ciebie kimś więcej, prawda?
Dylan kiwa głową i wzdycha.
- Zawsze byłem wobec niej szczery. Setki razy mówiłem jej, że między nami nigdy nie będzie niczego poważnego, ale ona uparcie trwała przy mnie, a ja egoistycznie jej na to pozwalałem. Możesz wierzyć lub nie, robiłem to nie tylko dla siebie, ale też dla niej. Widziałem, że jest szczęśliwa, choroba była opanowana i to mi wystarczało. Ale teraz widzę, że nie postąpiłem właściwie.
- Nie zadręczaj się, kochanie.
- Dlatego mówię, że to moja wina, Yanira - ciągnie. - Niechcący doprowadziłem do tego, co się wydarzyło. Jestem temu winny, nie widzisz?
Widzę rozpacz w jego oczach.
- Nie, mój skarbie - odpowiadam. - Nie jesteś winny. To prawda, że bawiłeś się jej uczuciami, nie myśląc o tym, ile bólu możesz jej przysporzyć, ale to nie ty kazałeś jej usiąść za kierownicą, nacisnąć gaz i ruszyć na mnie.
Dylan nie odpowiada.
- A teraz, wiedząc to, co wiem, jak miałabym na nią donieść? - ciągnę. - Nie potrafiłabym już wcześniej, a teraz tym bardziej.
Mój przystojniak nie odpowiada, ale ja chcę postawić sprawy jasno.
- Nie pozwolę na to, żebyś obwiniał się o wszystko, co się wokół ciebie dzieje - oznajmiam. - Dzieje się to, co ma się stać, i kropka. A może też ponosisz winę za dziurę ozonową? Albo za głód na Trzecim Świecie?
W końcu na mnie spogląda.
- Chcę, żeby było jasne, panie Ferrasa, że dla mnie winę będziesz ponosił tylko za to, co zrobisz bezpośrednio mnie, jasne?
Nie rusza się. Patrzy tylko na mnie. Nie mogę uwierzyć, że podobnie jak w przypadku matki, poczucie winy nie daje mu żyć. Dlaczego tak się czuje? Ale nie mam zamiaru pozwolić, żeby żył w ciągłym poczuciu winy.
- Nie mam zamiaru odezwać się do ciebie słowem, dopóki mi nie powiesz, że zrozumiałeś i że nie ponosisz winy za nic, co się wydarzyło, dobrze, mój kochany?
Kiwa głową i po kilku sekundach pełnych napięcia się uśmiecha.
- Choćby po to, że powiedziałaś do mnie: mój kochany, warto było cię posłuchać - odpowiada.
- Dylan! - protestuję.
Uśmiecha się w końcu i kiwa głową.
- Zgoda, kapryśna panno. Zrozumiałem, nie jestem niczemu winny.
- Dobrze!
Obejmuje mnie ostrożnie i słyszymy, że drzwi do sali się otwierają. To Tifany na wózku inwalidzkim, z Omarem i ładną ciemnowłosą pielęgniarką. Tifany podjeżdża do mnie i chwyta mnie za rękę. W tej chwili wybucham niepohamowanym płaczem.
- Tifany, powiedz, że nic ci nie jest bo... - mówię, szlochając.
- Och, skarbieeee, nie płaaacz. Rzęsy w górę! - żartuje z promienną miną.
- Bardzo mi przykro z powodu tego, co ci się stało.
- Spokojnie, Yanira - wtrąca Omar z uśmiechem i puszcza oko do pielęgniarki, która z nimi przyszła. - Zapewniam cię, że wynagrodzę moją żoneczkę za bohaterski czyn jak tylko wyjdzie ze szpitala.
- Robaczkuuuuu... - odzywa się Tifany, rozbawiona. - Nie mów tak, głupolku.
Widzę, że Omar i pielęgniarka patrzą na siebie, aż w końcu ona wychodzi z sali. Co za tupet!
Gdyby Dylan zrobił coś takiego w mojej obecności, wydrapałabym mu oczy. Mój szwagier podchodzi do brata, żeby mu coś powiedzieć.
- W przyszłym tygodniu wybierzemy się na zakupy, dobrze? - mówi do mnie Tifany ściszonym głosem.
Dostaję ataku śmiechu i kiwam głową, rozbawiona.
- Ta cwaniara od razu mi się nie spodobała - dodaje. - I chyba dałam ci to do zrozumienia wzrokiem w czasie kolacji, bo widziałam, jak rozpływała się za każdym razem, kiedy wlepiała oczy w Dylana. A w klubie? No właśnie, w klubie! Kiedy zaczęła opowiadać te intymne historie, odeszłam, bo miałam ochotę wrzasnąć do niej: "Ej, laska, pstryknij i zniknij!", ale nie chciałam być chamska.
Jej sposób mówienia mnie bawi. Tifany nie umiałaby być chamska nawet, gdyby chciała!
- Nie wiem, jak ci dziękować.
Uśmiecha się.
- Daj spokój, laleczka, może ty nie zrobiłabyś dla mnie tego samego? - odpowiada, ściszając głos.
Kiwam głową. Bez wątpienia bym to zrobiła.
- Kocham cię supermocno - podsumowuje Tifany z ładnym uśmiechem.
Ja też się uśmiecham. Jestem jej wdzięczna za dowody uczucia w takiej chwili. Prawie się nie znamy, ale wydaje mi się, że zbyt szybko ją osądziłam i że zasługuje na kolejną szansę. I cieszy mnie, że myśli, że zrobiłabym dla niej to samo.
Bracia Ferrasa patrzą na nas rozbawieni.
- Bracie, okaże się jeszcze, że tata miał rację co do tego, że blondynki to tylko problemy - mówi Omar.
Mnie to bawi, ale Tifany się obrusza.
- Robaczkuuuuuuu, nie mów tak, głupolku.
Tę noc spędzamy we czwórkę w szpitalu. Dylan nie zgadza się, żeby wypisano Tifany i mnie, a my się poddajemy. Niezłe zakończenie imprezy i mój początek w nowym domu!
Nad ranem, kiedy się budzę, widzę, że Dylan siedzi na fotelu przy łóżku i czyta książkę. Przyglądam mu się spod przymrużonych powiek. Nie widzi mnie. Jak zwykle jest przystojny i seksowny, jeszcze bardziej z tą poważną miną i rozpiętą koszulą. Wiem, że zamartwia się tym, co się stało. Widzę to w jego oczach i po linii warg. Martwi się o mnie. Och, mój kochany.
Przez chwilę mu się przyglądam i upajam się widokiem, ale kiedy widzi, że się poruszam, odkłada książkę na stolik, wstaje i podchodzi do mnie szybko.
- Co się dzieje, kochanie?
Jego głos dodaje mi otuchy. Jego obecność zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa. Nie jestem w stanie milczeć.
- Chciałam ci tylko powiedzieć, że cię kocham.
Uśmiecha się. Dotyka mojego czoła.
- Uderzenie było chyba silniejsze niż mi się z początku wydawało. Powinienem się martwić? - szepcze z komicznym wyrazem twarzy.
Jego żart i zabawna mina wywołują uśmiech na mojej twarzy. Niezła ze mnie romantyczka! Przez kilka sekund śmiejemy się oboje, aż w końcu mówię nagle:
- Chcę za ciebie wyjść jutro.
Zaskoczony znów wbija we mnie kasztanowe oczy.
- Jesteś pewna?
- Pojedźmy do Las Vegas, ty i ja - odpowiadam. - Urządźmy szalony ślub, inny i...
- Kochanie - przerywa mi. - Pobierzemy się, kiedy będziesz chciała, ale nie w Las Vegas.
- Dlaczego?
- Bo chcę się z tobą ożenić przed Bogiem.
Nieźle... Od kiedy to jest taki wierzący?
Robię podkówkę, Dylan mnie całuje, uśmiecha się i w końcu ja też się uśmiecham. Ale jestem łatwa przy tym facecie!
Dylan znowu mnie całuje.
- Zajmę się wszystkim - oznajmia.
- Dobrze, ale proszę cię o jedno.
- O co?
- Chcę szalonej imprezy.
- Obiecuję - odpowiada, obejmując mnie.
Następnego dnia jestem już w domu. Muszę mieć unieruchomioną rękę przez tydzień albo dwa, dopóki nie przestanie mnie boleć. Muszę też zażywać środki przeciwzapalne.
Anselmo, ojciec Dylana, dzwoni do nas. Rozmawia z synem, a później ze mną, ale ja nie mam zamiaru ustąpić. Nie wystąpię przeciwko tej kobiecie.
Mówimy mu o ślubie i mam wrażenie, że się cieszy, i to bardzo. Czy to możliwe, że teraz aż tak za mną przepada?
Wilma, kobieta, która przychodzi sprzątać dom, jest czarująca i od pierwszej minuty dwoi się i troi, żebym czuła się wspaniale, a kiedy dowiaduje się o planowanym ślubie, postanawia zrobić generalne porządki. Tylko tego brakowało!
W końcu Dylan każe mi zadzwonić do mojej rodziny i opowiedzieć o tym, co się stało. Przedstawiam im wersję złagodzoną. Nie mówię im całej prawdy, tylko tyle, że przechodziłam w niedozwolonym miejscu. Jak należy się spodziewać, wszyscy mnie strofują i mówią, że jestem wariatką. Znoszę to z uśmiechem, a potem kończę informacją o tym, że ślub został przyspieszony. Tata od razu pyta, czy jestem w ciąży. Rozbawiona, wyprowadzam go z błędu. Zanim się rozłączę, zapewniają mnie, że załatwią dokumenty, których potrzebuję do ślubu.
Mija dziesięć dni. Jak mogę, opędzam się od Dylana i Wilmy, którzy każą mi pić mleko. Ale są namolni z tym wapniem! W końcu mogę się uwolnić od temblaka. Mogłabym zdjąć go wcześniej, ale życie z lekarzem pod jednym dachem nie jest łatwe.
Dylan ściągnął do domu fizjoterapeutę, żeby prowadził ze mną rehabilitację. Jego zdaniem nie zaszkodzi zapobiegać ewentualnym problemom i prawdę mówiąc, bardzo dobrze mi zrobiła.
W dniu, kiedy kończą się wszystkie zabiegi, czuję się szczęśliwa. Znów jestem sobą! Do ślubu zostają dwa tygodnie. Ma się odbyć dwudziestego pierwszego grudnia, a ja ciągle nie mogę uwierzyć, że wychodzę za mąż. Zarówno Dylan, jak i ja, jesteśmy przeciwnikami ślubów, a jednak mamy zamiar wziąć ślub kościelny, z księdzem, bankietem, romantycznym pierwszym tańcem i krojeniem tortu.
Mój chłopak jest trochę zmartwiony tym, że nie będziemy mieć miodowego miesiąca. Po ślubie wraca do szpitala po długiej nieobecności i nie jest to najlepszy moment na wyjazd.
Przełożymy podróż. Ja się tym nie przejmuję za bardzo. Chcę być tam, gdzie on. Nic więcej. Nie zajmuję się niczym w związku ze ślubem, wszystko załatwia Dylan. Twierdzi, że ma nadzieję, że zrobi mi niespodziankę. Ufam mu. Nie mam wyboru. Ale mam problem. Wielki problem.
Nienawidzę miejsca, w którym mieszkamy. Wszystko, co mnie otacza, przypomina mi o niej. O Caty. O kobiecie, która mało nie wysłała mnie na tamten świat i która kiedyś pomagała Dywanowi urządzać ten dom. Kiedy mówię Dylanowi o tym, co przeżywam, rozumie mnie i upiera się, żebyśmy zrobili remont. Problem w tym, że jest tak pochłonięty organizacją ślubu, że ciężko się tym zająć w tej chwili.
Plan A: zrobię remont mimo zamieszania ślubnego.
Plan B: poczekam, aż będzie po ślubie.
Bez wątpienia stwierdzam, że najlepszy jest plan B. Poczekam.
Tifany szuka ze mną sukni ślubnej. Była projektantką ubrań dla marki, którą uwielbia, ale rzuciła to, kiedy poznała Omara. Zostawiła wszystko z miłości. Dla swojego robaczka.
Któregoś popołudnia razem z koleżankami zabiera mnie do świata pięknych młodych panien. Nie muszę mówić, że przymierzam najlepsze suknie ślubne na świecie i chociaż ciężko mi się do tego przyznać, wyglądam w nich po prostu bosko. Nie ma sukni, która leżałaby na mnie źle. Wyglądam jak laleczka. Czyżbym robiła się zarozumiała?
W końcu decyduję się na suknię o romantycznym kroju, z tiulową spódnicą i szarą wstęgą w talii, od projektantki Very Wang, którą jestem zachwycona, a Tifany się z niej śmieje. Mówi, że jest w stylu tej, którą kilka lat temu miała na sobie Kate Hudson w filmie Ślubne wojny. W sukni wybieram piękny welon. Jedwabny tiul, który mocują mi na nisko upiętym koku, a kiedy przeglądam się w lustrze w całej tej oprawie, szczęka mi opada. Wyglądam zjawiskowo!
Uśmiecham się, kiedy wyobrażam sobie, jak Dylan i moja rodzina mnie taką zobaczą. Wiem, że ich zaskoczę, bo pierwszą zaskoczoną będę ja sama!
Kilka razy pytam o cenę. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to wszystko kosztuje majątek, ale nie chcą mi powiedzieć ile. Tifany odmawia. To prezent od niej i Omara na nasz ślub. W końcu się zgadzam. Nie mam wyjścia.
- Teraz musisz wybrać suknię na przyjęcie - mówi jedna z jej koleżanek.
- Mowy nie ma - odpowiadam.
Tifany i pozostałe dziewczyny cofają się o krok i unoszą dłonie do ust, przerażone. Cholera. Co najmniej jakbym im powiedziała, że robię napad na sklep i że je zabiję.
- Musisz - upiera się Ashley, która zdążyła już ochłonąć. - Obowiązkowo trzeba się zaprezentować w więcej niż jednej sukni. Jedna na ceremonię, a kilka innych na przyjęcie.
Co takiego?!
Nie mogę!
Jak to: więcej niż jedna suknia! Od kiedy?
Moja matka miała tylko jedną suknię ślubną. Jedną! Dlaczego ja mam nagle mieć dwie albo więcej? Nie. Mowy nie ma.
Stawiam czoła temu snobizmowi, jaki usiłują mi narzucić.
- Chcę mieć tylko jedną suknię - mówię z przekonaniem. - Tej sukni nie założę już nigdy więcej i chcę się nią nacieszyć, ile się da.
- Ale w modzie jest zmiana sukni i...
- Mam gdzieś to, co jest w modzie - przerywam Tifany, która stoi z rozdziawioną buzią. Chcę tylko tę suknię. Ani jednej więcej.
W końcu ona i jej przyjaciółki niechętnie ustępują. Pewnie myślą, że jestem stuknięta, ale się tym nie przejmuję. Tego dnia chcę tańczyć i bawić się w jednej sukni. W tej, na którą pewnego dnia popatrzę, tak jak moja mama, kiedy wyciąga swoją z kufra, i uśmiechnę się, wspominając piękne chwile, jakie w niej przeżyłam.
Wracam do domu wieczorem, ledwie żywa. Chyba będę musiała przyznać rację Tifany i jej przyjaciółkom, które twierdzą, że chodzenie po sklepach jest wykańczające. Nigdy wcześniej nie przymierzałam tylu sukni, w dodatku ślubnych.
Szesnastego grudnia przejęta czekam na lotnisku na moją rodzinę. Kiedy ich widzę, podskakuję i krzyczę, i biegnę się z nimi przywitać. Oni robią to samo i po chwili całujemy się i obejmujemy jak szaleni. Dylan wita ich z taką samą radością jak ja. Kilkoma samochodami jedziemy do miejsca, które teraz jest moim domem. Po drodze mama mówi mi, że Arturo i Luis przesyłają mi miliony buziaków. Szkoda, że nie ma ich tutaj i że nie krzykną mi: "Tulipanko!" ale wiedziałam, że nie będą mogli przyjechać z powodu pracy. Wiedziałam, bo rozmawiałam z nimi przez telefon i bardzo mi było przykro. Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła się z nimi zobaczyć, ale sytuacja na rynku pracy w Hiszpanii jest taka, że lepiej o nic nie prosić, bo przypadkiem można dostać wypowiedzenie.
Mama mówi mi też, że wysłała wszystkie moje rzeczy statkiem i że pomiędzy rzeczami ukryła parę paczek z suszoną szynką i kabanosami, które uwielbiam. Klaszczę z radości.
Mój brat Argen z Patricią postanawiają zamieszkać w pobliskim hotelu. Chcą intymności i Dylan i ja ich rozumiemy. Ale moi rodzice, pozostali dwaj bracia i babcie zatrzymują się w naszym domu. A Coral, moja szalona Coral, postanowiła zadomowić się w salonie. Nie chce spać z moimi babciami. Dylan patrzy na mnie zdziwiony, jak zwykle, a ja się śmieję. Jego rodzina nie jest taka hałaśliwa jak moja, ale dom tryska życiem i radością, a ja jestem zachwycona.
Jak można było przypuszczać, mój osobisty Grubciuszek domaga się wieczoru panieńskiego. Tylko tego brakowało! Tifany, która zna Los Angeles lepiej ode mnie, organizuje babską kolację. Owszem, w najbardziej snobistycznym lokalu w mieście. Mina Coral, kiedy poznaje Tifany i jej przyjaciółki, jest bezcenna. Płaczę ze śmiechu!
Na wieczorze jest Ashley, Cloe i Tifany, moje babcie, mama, Coral i ja. Restauracja, w której jemy kolację, jest bardzo, ale to bardzo ładna, a jedzenie wyborne. Problem w tym, że ilości są tak nikłe, minimalne, tak light, że wszystkim jest mało.
- Chwileczkę - szepcze Coral, zerkając na Tifany i jej koleżanki. - Skąd się wzięły te top damy?
Śmieję się, bo nie mogę się powstrzymać.
- Siedź cicho i nie rób siary.
- Ja robię siarę? Widziałaś, co to za egzemplarze? W "National Geographic" sporo by za nie zapłacili!
Znów się śmieję, starając się zachować równowagę pomiędzy top damami i moją przyjaciółką, Grubciuszkiem.
- Coral - mówię szeptem. - Są jakie są, a ty jesteś, jaka jesteś. Trzeba akceptować każdego człowieka i...
- Ale one przez cały czas wygadują bzdury, jak: "Olśniewająceeeee! Jestem superzachwyconaaaaaaaa!" albo: "Kochanieeeeeeeee!". Nie mówiąc już o tym, że ze swoimi superprzyjaciółkami żegnają się: "Papulki. Buziaczki, kotku".
Znów się śmieję.
- Jak można pokroić krewetkę na kawałki i twierdzić, że jest wyborna? Cholera... Ja bym musiała zjeść z tuzin, żeby poczuć smak. A tu jedna!
Coral ma rację. Dostałyśmy najmodniejszą i najbardziej elegancką sałatkę z jedną krewetką na wierzchu. Jedną! Nie zdążę jednak nic powiedzieć.
- Yaniro Van Der Vall, jeżeli się do nich upodobnisz, przysięgam, że pourywam ci uszy.
Zakrywam usta, żeby nie parsknąć śmiechem na cały głos. Z całą pewnością nigdy nie stanę się taka jak Tifany i jej przyjaciółki. Po pierwsze dlatego, że sama sobie na to nie pozwolę, a po drugie dlatego, żeby nie stracić uszu. Po wyjściu z restauracji Coral proponuje, żebyśmy wybrały się do lokalu z męskim striptizem. Chce zobaczyć świeże mięso, ale dziewczyny się nie zgadzają i w końcu idziemy na drinka do lokalu o nazwie Fashion & Look. Jest taki jak przypuszczałam: pełen przepychu i ładnych ludzi, którzy patrzą na moje babcie jak na kosmitki. Siedzimy tam godzinkę, aż mama i babcia Nira stwierdzają, że chcą wracać. Są zmęczone, a taka ilość muzyki, ludzi i hałasu je denerwuje. Ale babcia Ankie nie chce jeszcze iść spać, Coral też nie. Niezłe są! W końcu, kiedy mama i babcia Nira odjeżdżają taksówką, moja przyjaciółka spogląda na mnie.
- A może pójdziemy na burgera? - proponuje. - Umieram z głodu, marzę o tłustym wielkim hamburgerze z podwójnym serem.
Mój gromki śmiech mówi wszystko, a przerażenie na twarzy Tifany i jej przyjaciółek również. W końcu, ponieważ na Coral nie ma mocnych, idziemy wszystkie na burgera!
Kiedy kończymy ociekające tłuszczem podwójne hamburgery z cebulowymi krążkami i frytkami, Coral nalega, żebyśmy poszły do lokalu z chłopakami, ale widząc, że jej pomysł nie spotkał się z entuzjastyczną reakcją ze strony top dam, jak ochrzcił je mój Grubciuszek, moja babcia proponuje, żebyśmy poszły do Cool & Hot jej przyjaciela Ambrosiusa.
Nagle przypominam sobie, ile razy o nim mówiła. To był narzeczony, którego miała, zanim wyszła za dziadka.
- Utrzymujesz z nim kontakt? - pytam zaskoczona.
Ankie kiwa głową.
- Lepszy, odkąd istnieje Facebook i media społecznościowe - odpowiada.
Niezła ta moja babcia!
Od przyjazdu do Los Angeles nie byłam w Cool & Hot, ale wystarczy spojrzeć na miny trzech top dam, żeby wiedzieć, że to miejsce na pewno luksusowe nie jest, co potwierdzają słowa Ashley:
- Kotku... To nie jest estetyczne miejsce, jest nieładne.
- Nie zawsze to, co najpopularniejsze i najlepiej urządzone, jest najlepsze, kochanie - mówi moja babcia, która przed chwilą je zażyła. - Dalej, Ambrosius na nas czeka! - krzyczy, nie czekając na nic.
- Czeka na nas? - pytam oszołomiona.
Babcia kiwa głową i puszcza do mnie oko.
- Rozmawiałam z nim przed chwilą przez telefon - szepcze. - Nie może się doczekać, żeby się ze mną zobaczyć.
Coral się uśmiecha. Ja nie, bo jestem między młotem a kowadłem. Wsiadamy wszystkie do samochodu Tifany i po drodze babcia wyjaśnia nam, że to klub muzyków, w którym kto chce, może śpiewać.
Ambrosius jest dawnym piosenkarzem country, urodzonym w Dallas. Uśmiecham się na myśl o tym, że upodobania muzyczne mojej babci są także fundamentem jej przyjaźni.
Lokal znajduje się na przedmieściach Los Angeles. Kiedy przyjeżdżamy, widzimy, że przed drzwiami stoi pełno wielkich motocykli. Tifany przysuwa się do mnie.
- To miejsce nie ma dobrej sławy - mruczy.
- Dlaczego?
Nim zdąży odpowiedzieć, drzwi baru gwałtownie się otwierają i blondyn wielki jak szafa i bardziej umięśniony niż Schwarzenegger wyciąga ze środka pijanego faceta.
- Wejdź jeszcze raz, a pożałujesz, dupku! - krzyczy.
Wszystkie stajemy jak wryte. Blondyn, widząc nas, pyta z zaciętą miną:
- Panie wchodzą?
Tifany i jej przyjaciółki drżą jak przestraszone chihuahua, ale moja babcia staje odważnie przed facetem.
- Szukam Ambrosiusa Forda - oznajmia.
- Kto szuka? - pyta obcesowo.
Moja odważna babcia nie daje się zbić z tropu. Mierzy faceta z góry na dół.
- Proszę powiedzieć, że przyjechała Ankie, Holenderka. Będzie wiedział, o kogo chodzi.
Nagle wielki potwór zmienia minę.
- Ciociu Ankie, to ty? - pyta aksamitnym głosem.
- Dewitt?! - wykrzykuje babcia. - Święty Boże, jak ty wyrosłeś!
Stoję jak wryta i patrzę jak moja mała babcia i ten gigant obejmują się i całują.
- Niezła babcia! - komentuje Coral rozbawiona. - Z nią się nie można nudzić.
Ankie przedstawia nas po kolei nieznajomemu i informuje nas, że to syn jej przyjaciela Ambrosiusa. Top damy zaniemówiły, a Dewitt, zachwycony, wpuszcza nas do środka, brutalnie odsuwając młokosów, którzy do nas podchodzą.
Cool & Hot jest bombowy!
Żadnych luksusów ani cudów na kiju. Sufit jest wytapetowany biletami, a na ścianach pełno gitar i fotografii setek piosenkarzy. Nagle w głębi lokalu pojawia się dojrzały mężczyzna z siwymi włosami. Wygląda jak stuprocentowy kowboj, co podkreśla kapelusz, który ma na głowie. Babcia i on spoglądają na siebie, uśmiechają się, aż w końcu padają sobie w objęcia po tym, jak dają sobie buziaka w usta, który trwa dłużej niż, moim zdaniem, powinien.
Nieźleeeee!
Radość babci jest przeogromna. Znów nas przedstawia. Mężczyzna, kiedy dowiaduje się, że jestem jej wnuczką Yanirą, stwierdza:
- Jest tak ładna jak ty, Ankie.
Babcia daje mu czułego kuksańca w rękę.
- Oj, głuptasie - odpowiada aksamitnym głosem. - Przychylnie na mnie patrzysz.
Przez ponad dziesięć minut patrzę, jak moja babcia śmieje się jak nigdy wcześniej. Widzę, jak kokietuje, mruga i zamyka oczy.
Koniec wersji demonstracyjnej.