Całe w skórach wnętrze rollsa i w skórach
szofer aż po rękawiczki. Kufer po brzegi pełen skórzanych waliz i
toreb. Ze skóry pleciony sandałek - zwiastun wysmukłej nogi - w
progu drzwi limuzyny. Ze skóry szkarłatny kostium Wandy Winnipeg.
Służba w liberiach zgina się w
ukłonach.
Wanda przekracza próg, na nikogo nie zwraca
uwagi. Nie patrzy, czy bagaże podążają za nią - jakżeby zresztą
mogło być inaczej?
Za kontuarem drżą recepcjoniści. Wykrzykują
powitalne formuły, choć nie potrafią przyciągnąć jej wzroku -
oczy skryte ma za ciemnymi szkłami.
- Witamy, pani Winnipeg! To dla nas wielki
zaszczyt gościć panią w Royal Emeraude! Zrobimy, co w naszej mocy,
by pobyt upłynął pani tak przyjemnie, jak to tylko możliwe!
Odbiera owe oznaki czci w milczeniu, niczym
należne jej drobne monety, oni zaś nadal zwracają się do niej,
jakby uczestniczyła w rozmowie.
- Salon piękności otwarty jest od siódmej
rano do dziewiątej wieczorem. Tak samo sala fitness
i pływalnia.
Na jej twarzy pojawia się grymas. Pracownik,
od którego to zależy, w popłochu stara się z góry rozwiązać
problem.
- Ale oczywiście, jeśli tylko pani sobie
życzy, możemy zmienić godziny wedle pani potrzeb.
Nadbiega w pośpiechu zasapany
dyrektor. Podąża za nią, skomląc piskliwym głosem:
- Cóż za wielki zaszczyt, pani Winnipeg,
gościć panią w Royal Emeraude! Zrobimy, co w naszej mocy, by pobyt
upłynął pani tak przyjemnie, jak to tylko możliwe!
Jako iż powtórzył ten sam frazes co podległy
mu personel, Wanda Winnipeg kpiąco się uśmiecha, nie kryjąc się wcale
przed pracownikami, jakby chciała powiedzieć: "Niezbyt rozgarnięty
ten wasz szef, nawet się od was zgrabniej nie umie wyrażać", a potem
odwraca się, by wyciągnąć rękę do pocałowania. Dyrektor nie chwyta
ironii ani się jej nie domyśla, Wanda bowiem odpowiada łaskawie:
- Mam istotnie nadzieję, że nie spotka mnie
rozczarowanie. Księżna Mathilde bardzo zachwalała pański hotel.
Odruchowym stuknięciem obcasów - coś
pomiędzy salutującym wojskowym a tancerzem tanga dziękującym za
taniec - dyrektor potwierdza, że jest pod wrażeniem: pojmuje,
że goszcząc Wandę Winnipeg, będzie miał pod swym dachem nie tylko
jedną z największych w świecie fortun, ale i kobietę, która ma do
czynienia z Almanachem Gotajskim.
- Zna pan oczywiście pana Lorenza
Canali?
Niedbałym gestem przedstawia swego kochanka,
pięknego mężczyznę o długich czarnych lśniących niczym woskowane
włosach, który skłania głowę, uśmiechając się z lekka. Jest
znakomity w roli księcia-małżonka, który z powodu swej niższej
pozycji musi odnosić się do innych milej niż królowa.
A potem Wanda oddala się do swych pokoi -
świetnie wie, że za jej plecami rozlegają się szepty:
- Myślałem, że jest wyższa... Jaka
piękna kobieta! I wydaje się młodsza niż na fotografiach, co
nie?
Ledwie przekroczywszy próg apartamentu, czuje,
że będzie jej tu dobrze, ale kiedy słucha dyrektora, wychwalającego
zalety hotelu, na twarzy Wandy pojawia się sceptyczny grymas. Mimo
ogromnych przestrzeni, dwóch łazienek wyłożonych marmurem,
zatrzęsienia kwiatów, wysokiej jakości telewizorów, kunsztownej
markieterii mebli jej głód nie został zaspokojony. Na razie zadowala
się stwierdzeniem, że przydałby się telefon na tarasie, jeśli
będzie miała ochotę rozmawiać z leżaka.
- Tak jest, proszę pani, ma pani absolutną
rację, zamontujemy go za minutkę.
Nie mówi oczywiście dyrektorowi, że nigdy
nie skorzysta z aparatu, bo używa wyłącznie komórki - terroryzuje
go, póki jest pod ręką, aby potem lepiej jej służył. Dyrektor
Royal Emeraude zamyka drzwi, cały w ukłonach, obiecując przymilnie
złote góry.
Wanda, nareszcie sama, wyciąga się na kanapie,
pozostawiając Lorenzowi i pokojówce ułożenie ubrań w szafach. Wie,
że robi wrażenie, i zawsze ją to bawi. Jako że zachowuje własne
zdanie, cieszy się respektem; ponieważ odzywa się tylko po to, by coś
skrytykować, boją się jej. Zamieszanie, jakie powoduje wszędzie,
gdzie się pojawi, nie wynika jedynie z jej bogactwa, rozgłosu ani
też niezwykłej urody: bierze się również ze swego rodzaju legendy,
która ją otacza.
Czegóż takiego w końcu udało się jej
dokonać? Ona sama uważa, że sprowadza się to do dwóch podstawowych
zasad: wiedzieć, jak dobrze wyjść za mąż oraz jak się dobrze
rozwieść.
Z każdym kolejnym małżeństwem wspinała
się po społecznej drabinie. Ostatnie - piętnaście lat temu -
uczyniło z niej osobę, jaką jest obecnie. Wychodząc za amerykańskiego
miliardera Donalda Winnipega, zyskała sławę, gdy kolorowe magazyny
na całym świecie zamieściły fotoreportaże z ich ślubu. A potem
trafiła na okładki z okazji rozwodu - jednego z najbardziej soczystych
i rozreklamowanych przez media w ostatnich latach. To dzięki niemu
znalazła się wśród najbogatszych kobiet na całej planecie.
Od tamtej chwili prowadziła wygodne życie
rentierki, zatrudniając wybitnych fachowców, by dbali o jej interesy,
a jeśli się nie sprawdzali, bez skrupułów się ich pozbywała.
Lorenzo wszedł i zagruchał słodkim
głosem:
- Wando, jaki mamy program na dzisiejsze
popołudnie?
- Możemy najpierw ponurkować w basenie,
a potem odpoczniemy sobie w pokoju. Co ty na to?
Lorenzo natychmiast tłumaczy sobie na
swój język oba rozkazy: wpierw będzie się przypatrywać, jak Wanda
przepływa swoje dwa kilometry, a potem się z nią kochać.
- Wspaniale, zachwyca mnie taka
perspektywa.
Wanda posyła mu przychylny uśmiech; Lorenzo
nie ma wyboru, ale to elegancko z jego strony, że odgrywa przyjemność
ze swego poddaństwa.
Lorenzo udaje się do łazienki; delikatnie
kołysząc biodrami, pozwala jej podziwiać swą wysmukłą talię i
wygięcie lędźwi, a ona marzy pożądliwie, że niedługo już będzie
ugniatać dłońmi jego jakże męskie pośladki.
To właśnie w facetach lubię najbardziej
- i bądź tu mądry dlaczego!
Rozmawiając z sobą, Wanda używa prostych
zdań i gminnych zwrotów, które zdradzają jej pochodzenie. Na całe
szczęście, jedynie ona je słyszy.
Lorenzo powraca w lnianej koszuli i obcisłych
kąpielówkach, gotów towarzyszyć jej na basen. Nigdy jeszcze Wanda
nie miała równie doskonałego towarzysza: nie rozgląda się za innymi
kobietami, darzy sympatią jedynie przyjaciół Wandy, jada podobnie jak
ona, wstaje o tej samej porze i ma nieustannie dobry humor. Nieważne,
czy mu się to podoba, czy wręcz odwrotnie - wypełnia przecież
tylko swoje obowiązki.
Zważywszy to wszystko - jest doskonały. Ja
w końcu też nie jestem w tym najgorsza.
Stwierdzając to, Wanda ma na myśli nie swoje
ciało, ale zachowanie: podczas gdy Lorenzo prowadzi się jak zawodowy
żigolo, ona również wie, jak się takiego powinno traktować. Jeszcze
kilka lat temu z powodu jego ugrzecznionej, nieskazitelnej postawy i
galanterii podejrzewałaby go o homoseksualizm. Dzisiaj niezbyt jest
dla niej ważne, czy Lorenzo ma ochotę również na mężczyzn -
wystarcza jej, że na każde życzenie dobrze sobie radzi w łóżku. I
nic poza tym. Nie chce też wiedzieć, czy aby - jak tylu innych -
nie wstrzykuje sobie ukradkiem czegoś w toalecie, żeby stał mu na
baczność, kiedy się z nią kocha...
My, kobiety, umiemy tak dobrze udawać... Co
nam szkodzi, jeśli oni też oszukują?
Wanda Winnipeg dotarła do owej szczęśliwej
chwili żądnej sukcesów kobiety, kiedy nareszcie cynizm przemienia
się w mądrość: wyzwolona z okowów moralności, cieszy się życiem
takim, jakie jest, i mężczyznami, jacy po prostu są - nie oburza
jej już nic.
Zagląda do kalendarzyka i sprawdza wakacyjne
plany. Ponieważ nienawidzi się nudzić, ustala wszystko z góry:
wieczorki dobroczynne, zwiedzanie zabytków, spotkania z przyjaciółmi,
wyprawy na skuterach wodnych, masaże, otwarcia nowych restauracji,
inauguracje nocnych klubów, bale kostiumowe. Nie ma tu miejsca
na improwizację - przewidziany jest nawet czas na zakupy oraz
sjestę. Wszyscy z jej osobistego personelu, łącznie z Lorenzem,
otrzymują kopię programu i mają obowiązek sprzeciwić się natrętowi,
który za ich pośrednictwem chciałby wywalczyć obecność pani Winnipeg
przy swym stole albo się do niej dosiąść.
Uspokojona, przymyka oczy. Zaczyna jej
przeszkadzać zapach mimozy. Zmieszana, prostuje się i z niepokojem
rozgląda wokół. Fałszywy alarm - jest tylko swą własną
ofiarą. Ten zapach przypomniał jej, że to właśnie tu spędziła
część dzieciństwa, że w tamtych czasach była biedna i wcale
nie miała na imię Wanda. Nikt o tym nie wie i nikt nigdy się nie
dowie. Sfabrykowała swój życiorys całkowicie od nowa - wedle niego
urodziła się w Rosji, opodal Odessy. Wiarygodności owemu mitowi dodaje
akcent, który wyćwiczyła w pięciu językach, podkreślony jeszcze
przez jej chrapliwy głos.
Wstając, potrząsa głową, by oczyścić
pamięć. Żegnajcie, wspomnienia! Wanda ma wszystko pod kontrolą -
swoje ciało, zachowanie, interesy, seks oraz przeszłość. Należą
się jej wspaniałe wakacje. Przecież za to zapłaciła.
Następny tydzień upłynął cudownie.
Przenosili się z "wybornych"
kolacji na "wyśmienite" obiady, nie zapominając o "boskich"
wieczorach. Towarzystwo z "wielkiego świata" wszędzie rozmawiało o
tym samym i Wanda wraz z Lorenzem prędko nauczyli się zabierać głos
- jak gdyby spędzili całe lato na Lazurowym Wybrzeżu - na temat
korzyści na dyskotekach z karty wstępu dla uprzywilejowanych, powrotu
stringów ("Pomysł dziwny, ale jeśli ktoś może sobie pozwolić,
to cóż..."), tej "pasjonującej" gry, w której trzeba mimiką
wyrazić tytuł filmu ("Ach, gdybyście widzieli, jak Nick próbował
nam pokazać Przeminęło z wiatrem!"), wózków
elektrycznych ("Idealne do wyjazdów na plażę"), bankructwa
Arystotelesa Paropulosa, a przede wszystkim w sprawie prywatnego
samolotu tych nieszczęsnych Sweetensonów, który się roztrzaskał
("Jednosilnikowy, moja kochana, czy takim się lata, gdy kogoś stać
na prywatny odrzutowiec?!").
Ostatniego dnia wypłynęli na jachcie
Farinellich ("Ależ tak, to ten król włoskich sandałów, tych
lekkich, z podwójnym paskiem na kostce, tylko on się liczy") na
spokojne wody Morza Śródziemnego.
Kobiety prędko odgadły, do czego ma służyć
rejs: mianowicie by na przednim pokładzie - niezależnie od wieku
- zademonstrować swe kształty, solidne biusty, cienkie talie i uda
bez rozstępów. Wanda poddaje się temu całkiem naturalnie - wie, że
jest wspaniale zbudowana i bardziej od innych zadbana. Lorenzo, jak zwykle
przykładny, obrzuca ją gorącym spojrzeniem, niczym zakochany. Zabawne,
co? Wanda wysłuchuje kilku komplementów, które wprawiają ją w dobry
humor, poprawiony jeszcze różowym prowansalskim winem, i wraz z grupą
rozbawionych miliarderów ląduje pontonem na plaży w Salins.
Przygotowano dla nich stół w cieniu
słomianych mat kryjących miłą knajpkę.
- Może chcieliby państwo obejrzeć moje
obrazy? Mam pracownię na końcu plaży. Możemy tam pójść, kiedy
tylko państwo zechcą...
Nikt oczywiście nie odpowiada na pytanie
zadane nieśmiałym głosem przez staruszka, zachowującego pełen
szacunku dystans. Wszyscy śmieją się i rozmawiają głośno, jakby
w ogóle nie istniał. Jemu zaś zdaje się, że go nie dosłyszeli,
zaczyna więc od nowa:
- Może chcieliby państwo obejrzeć moje
obrazy? Mam pracownię na końcu plaży. Możemy tam pójść, kiedy
tylko państwo zechcą...
Tym razem pełna napięcia cisza zdradza,
że intruz został dostrzeżony. Guido Farinelli spogląda brzydko na
restauratora, który natychmiast posłusznie reaguje - podchodzi
do staruszka, bierze go za ramię i wyprowadza, coś do niego
powarkując.
Rozmowa znowu nabiera wigoru. Nikt nie
zauważył, że Wanda pobladła.
Poznała go.
Pomimo upływu lat, które tak
bardzo go zniszczyły ("W jakim on może być wieku? Koło
osiemdziesiątki..."), zadrżała, słysząc znów jego głos.
Natychmiast z wrogością odsuwa od siebie
wspomnienie. Nienawidzi przeszłości. A nade wszystko nienawidzi tamtej
przeszłości, kiedy żyła w nędzy. Stawiając tu stopę, ani przez
chwilę nie myślała o tym, że kiedyś już chodziła po plaży w
Salins, po piasku usianym gęsto czarnymi skałkami. To było tak dawno
temu, w czasach, których nikt już nie pamięta, w czasach gdy nie
była jeszcze Wandą Winnipeg. Ale wspomnienie, pomimo jej wysiłków,
uparcie powraca - zdziwiona Wanda czuje, jak ogarnia ją gorąca fala
szczęścia.
Przechyla się dyskretnie, by przyjrzeć się
staruszkowi, którego restaurator usadził gdzieś na boku, stawiając
mu pastis. Ciągle jeszcze ma ten nieco zagubiony
wygląd, to zadziwienie dziecka, które nie bardzo pojmuje świat.
Och, już w tamtych czasach nie wyróżniał
się inteligencją. Teraz może być tylko gorzej. Ale za to jaki był
piękny!...
Łapie się na tym, iż się czerwieni. Tak,
ona, Wanda Winnipeg, żona dolarowych miliarderów, czuje łaskotanie
w gardle i mrowienie na policzkach, tak samo jak tamta piętnastoletnia
dziewczyna...
Wstrząśnięta, boi się, że sąsiedzi przy
stole mogą dostrzec jej wzburzenie, ale zamiast tego rozmowy, podlane
różowym winem, nabierają tempa.
Wanda, z uśmiechem na ustach, wymyka się
kompanii i nie ruszając się z miejsca, ukryta za ciemnymi szkłami,
powraca do przeszłości.
Miała wtedy piętnaście lat. Według
swej oficjalnej biografii, mieszkała w Rumunii i pracowała w fabryce
papierosów - o dziwo, nikt nie próbował sprawdzić tego szczegółu,
z nutką romantyzmu czyniącego z niej rodzaj Carmen, która zdołała
wyrwać się z nędzy. W rzeczywistości od kilku miesięcy przebywała
niedaleko stąd, w Fréjus, w domu dla trudnej młodzieży, przede
wszystkim sierot. Nigdy nie poznała ojca, ale jej matka - ta
prawdziwa - jeszcze wówczas żyła; lekarze uznali jednak, iż jest
w takim stanie, że lepiej odseparować małą, aby uchronić ją od
narkotyków.
Wanda nie miała na imię Wanda, lecz
Magali. Głupie imię, którego nienawidziła. Z pewnością
dlatego że nikt nigdy nie wymawiał go z miłością. Już wtedy
kazała nazywać się inaczej. Jak właściwie? Wendy? Tak, Wendy -
bohaterka Piotrusia Pana. Pierwszy krok w stronę
Wandy...
Odrzucała swoje imię i odrzucała rodzinę -
obie te rzeczy wydawały się jej straszliwą pomyłką. Bardzo wcześnie
poczuła się ofiarą czyjegoś błędu: ktoś w szpitalu musiał
zamienić noworodki. Była pewna, że jej przeznaczeniem jest bogactwo
i sukces, a zesłano ją do króliczej klatki przy ruchliwej szosie,
do ubogiej, brudnej, obojętnej narkomanki. Wściekłość, spowodowana
poczuciem niesprawiedliwości, ukształtowała jej charakter. Wszystko,
co miała w przyszłości przeżyć, brało się z zemsty - pragnęła
wynagrodzenia doznanych krzywd: świat winien jej był odszkodowanie
wraz z odsetkami za katastrofalny początek.
Wanda zrozumiała, że da sobie radę
sama. Przyszłość wyobrażała sobie niezbyt precyzyjnie, wiedziała
jednak, iż nie ma co liczyć na dyplomy. Jej nauka już przedtem
przebiegała chaotycznie, a od czasu gdy z powodu drobnych kradzieży
sklepowych znalazła się w domu poprawczym, miała do czynienia
wyłącznie z nauczycielami, którzy bardziej dbali o swój autorytet
niż postępy uczniów - pedagodzy specjalni mieli za zadanie przede
wszystkim wychowywać, a dopiero potem uczyć. Wanda doszła więc do
wniosku, że wyrwie się stamtąd przy pomocy mężczyzn. Mężczyznom
się podobała - to było oczywiste. I podobało się jej, że im
się podoba.
Kiedy tylko mogła, urywała się z zakładu i
jechała rowerem na plażę. Była otwarta i ciekawa świata, łakomie
zawierała nowe znajomości; umiała też przekonać, że mieszka w
pobliżu wraz z matką. Wierzono jej, bo była ładna, i traktowano jak
miejscową dziewczynę.
Pragnęła przespać się z facetem, tak jak
inne dziewczyny w jej wieku pragną zdać trudny egzamin - dla niej
miał to być dyplom, który podsumuje jej bolesne dorastanie i pozwoli
rzucić się w wir prawdziwego życia. Ale chciała, żeby stało się
to z mężczyzną, prawdziwym mężczyzną, a nie z chłopakiem w jej
wieku. Już wtedy była ambitna, a wątpiła, by piętnastoletni smarkacz
mógł ją czegoś naprawdę nauczyć.
Badała rynek okolicznych samców ze
skrupulatną powagą, podobnie jak potem przez całe swe życie. W
owym czasie na przestrzeni pięciu kilometrów wyróżniał się jeden:
Césario.
Wanda wysłuchiwała wyznań kobiet, które
uważały go za kochanka doskonałego. Césario nie tylko miał
wspaniałe, opalone, wysportowane, smukłe ciało - widoczne tym
bardziej iż żył na plaży jedynie w kąpielówkach - ale również
uwielbiał płeć piękną i był znakomity w łóżku.
- Wszystko ci zrobi, mała, wszystko! Jakbyś
była królową! Wszędzie będzie cię pieścił, wszędzie będzie
cię lizał, kąsał w uszka, pośladki, nawet w duży palec u nogi;
będziesz jęczeć z rozkoszy całymi godzinami, on... Posłuchaj, Wendy,
po prostu nie ma równie zwariowanych na punkcie bab facetów. Tylko on
jeden. Cóż, ma pewną wadę, nie umie się przywiązać. Z ducha jest
kawalerem. Żadnej z nas nie udało się go zatrzymać. Ale zauważ, to
nam odpowiada, zawsze możemy z nim spróbować szczęścia, od czasu do
czasu do niego wrócić. Nawet po ślubie... Ach, ten Césario!...
Wanda obserwowała Césaria, jakby miała
wybrać uniwersytet.
Podobał się jej. Nie tylko dlatego że
kobiety tak go zachwalały. Naprawdę się jej podobał... Ta jego
skóra w kolorze karmelu, gładka i aksamitna... Zielone tęczówki,
pobłyskujące złotawo, otoczone bielą czystą jak muszla... Jasne,
błyszczące złotem pod światło włosy i ta świetlista aura, bijąca
od jego ciała... Jego piękny rzeźbiony tors... A przede wszystkim jego
pośladki, zwarte, kształtne, mięsiste i wyzywające. Kontemplując
od tyłu Césaria, Wanda po raz pierwszy poczuła, że męskie
pośladki pociągają ją tak jak mężczyzn kobiece piersi. Gdzieś
z głębi jej trzewi płynęło pożądanie, ogarniające płomieniem
całe ciało. Kiedy biodra Césaria znajdowały się blisko, z trudem
potrafiła powstrzymać ręce, by ich nie dotykać, by ich nie głaskać
i pieścić.
Niestety, Césario nie bardzo na nią zwracał
uwagę.
Wanda odprowadzała go do łodzi, żartowała,
proponowała, że przyniesie mu coś do picia lub lody albo żeby
w coś zagrali. Odpowiadał jej zawsze dopiero po paru sekundach,
z uprzejmością zabarwioną lekkim rozdrażnieniem.
- Jesteś bardzo miła, Wendy, ale naprawdę
cię nie potrzebuję.
Była na niego wściekła: może on jej nie
potrzebował, ale ona jego tak! Im bardziej się opierał, tym bardziej
wzrastało jej pożądanie - to będzie on albo nikt! Pragnęła stać
się kobietą z tym najpiękniejszym, chociaż był biedakiem. Potem
będzie czas sypiać z bogaczami o odrażającym ciele.
Pewnej nocy napisała do niego długi list
miłosny, pełen żaru, oddania i nadziei, który tak ją wzruszył,
gdy go przeczytała, że nie miała wątpliwości, iż musi odnieść
zwycięstwo. Czy ktokolwiek mógłby się oprzeć takiemu ładunkowi
miłości?
Kiedy się z nim spotkała następnym razem,
spojrzał na nią surowo i zimnym głosem kazał jej iść z sobą na
pomost. Usiedli twarzą do morza, zwieszając stopy tuż nad wodą.
- Wendy, jesteś przemiła, że napisałaś
mi to, co napisałaś. Naprawdę czuję się zaszczycony. Wyglądasz mi
na fajną dziewczynę, bardzo uczuciową...
- Nie podobam ci się? Uważasz, że jestem
brzydka, i o to chodzi!
Wybuchnął śmiechem.
- Spójrzcie na tę tygrysicę, gotową do
skoku! Nie, to nie tak, jesteś bardzo piękna. Nawet za bardzo. I to
jest problem. Nie jestem łajdakiem...
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Masz piętnaście lat. Co prawda wyglądasz
na starszą, ale ja wiem, że masz piętnaście lat. Powinnaś jeszcze
poczekać...
- A jeśli nie chcę czekać...
- Jeśli nie chcesz czekać, rób, co chcesz,
z kim ci się podoba. Ale radziłbym ci poczekać. Nie powinnaś się
kochać byle jak, z byle kim.
- Właśnie dlatego wybrałam ciebie!
Zdziwiony uporem dziewczyny Césario ocenił
ją od nowa.
- Jestem bardzo wzruszony, Wendy, i możesz
być pewna, że powiedziałbym ci "tak", gdybyś była pełnoletnia,
przysięgam! Natychmiast powiedziałbym ci "tak". Albo raczej nie
miałabyś powodu, żeby pytać, bo to ja goniłbym za tobą... No ale
ponieważ nie jesteś pełnoletnia...
Wanda zalała się łzami, jej ciałem
wstrząsały spazmy smutku. Césario próbował ostrożnie ją pocieszać,
pilnując, by korzystając z okazji, nie przykleiła się do niego.
Parę dni później Wanda wróciła na
plażę podbudowana tym, co powiedział: podobała mu się! Jeszcze
go dopadnie!
Zastanowiwszy się nad sytuacją, postanowiła
przede wszystkim zyskać jego zaufanie.
Odgrywając na jego użytek rolę rezolutnej
nastolatki, przestała go nachodzić i próbować go zabawiać,
zamiast tego zaczęła studiować Césaria - tym razem od strony
psychologicznej.
W wieku trzydziestu ośmiu lat Césario
uchodził za, jak to mówią w Prowansji, glandeura:
pięknego faceta, który żyje z niczego - ryb, jakie złowi - i
marzy tylko o tym, by korzystać ze słońca, morza oraz dziewczyn,
nie dbając o przyszłość. Ale nie była to prawda: Césario miał
swą wielką pasję - malował. W jego drewnianej chatce, stojącej
pomiędzy plażą a drogą, tłoczyły się dziesiątki desek (nie stać
go było na gruntowane płótno) i walały się zużyte pędzle oraz
tubki farb. Choć nikt go za takiego nie uważał, we własnych oczach
Césario uchodził za prawdziwego malarza. Jeśli się nie ożenił,
nie założył rodziny, wciąż zmieniał przyjaciółki, to nie z
powodu - jak wszyscy myśleli - lekkomyślności: to była ofiara,
oddanie się bez reszty powołaniu artysty.
Na nieszczęście, wystarczył krótki rzut oka,
by stwierdzić, że efekty nie były warte wszystkich tych wysiłków:
Césario produkował bohomaz za bohomazem, nie potrafił rysować i
nie miał ani wyobraźni, ani wyczucia koloru. Pomimo długich godzin
spędzanych przy pracy nie miał szans, by się czegoś nauczyć, jego
pasji towarzyszyła bowiem absolutna nieumiejętność samooceny: swe
zalety uważał za wady, a wady za zalety, niezręczność podnosił do
rangi stylu, a intuicyjną równowagę form w przestrzeni obrazu burzył
pod pretekstem, iż była "zbyt klasyczna".
Nikt nie brał na serio jego twórczości
- ani galernicy, ani kolekcjonerzy, a tym bardziej kochanki. Dla
Césaria obojętność ta potwierdzała jego geniusz: powinien nadal
kroczyć własną drogą, aż w końcu go docenią, niechby nawet
pośmiertnie!
Wanda pojęła to wszystko i postanowiła
wykorzystać. W przyszłości miała stosować podobną technikę,
uwodząc kolejnych mężczyzn - metodę, która mądrze stosowana,
zawsze odnosi triumf: pochlebstwo. Nie należało zachwycać się ciałem
Césaria; to go nie obchodziło - wiedział, że jest piękny, i z
tego korzystał. Trzeba było zainteresować się jego sztuką.
Przeczytawszy parę książek pożyczonych
z biblioteki w zakładzie poprawczym (historia sztuki, encyklopedia
malarstwa i jakieś biografie artystów), powróciła odpowiednio
wyekwipowana, by z nim dyskutować. Na początek utwierdziła go w jego
sekretnym przekonaniu: był artystą wyklętym i podobnie jak van Gogh,
znosząc szyderstwa współczesnych, w końcu zyska sławę - a w
oczekiwaniu na tę chwilę ani przez sekundę nie powinien wątpić w
swój geniusz. A potem zaczęła mu towarzyszyć, w czasie gdy pacykował
swoje deski, i stała się mistrzynią w sztuce wygłaszania pełnych
zachwytu frazesów na temat jego kolorowej papki.
Césario był wzruszony do łez, że spotkał
Wandę. Nie potrafił się już bez niej obejść. Ucieleśniała to, o
czym nie miał nawet śmiałości marzyć: prawdziwie siostrzaną duszę,
powierniczkę, impresaria, muzę... Z każdym kolejnym dniem potrzebował
jej coraz bardziej - z każdym kolejnym dniem coraz bardziej zapominał
o tym, jaka jest młoda...
Aż wreszcie wydarzyło się to, co musiało
się wydarzyć: Césario się zakochał. Wanda zdała sobie z tego
sprawę wcześniej niż on sam i na powrót zaczęła zachowywać się
prowokacyjnie.
Czytała w jego oczach, że cierpi, nie mogąc
jej dotknąć. Dzięki uczciwości - był bowiem porządnym facetem
- udawało mu się jakoś powściągnąć, choć jego ciało i duch
wyrywały się, by pieścić Wandę.
Mogła więc wreszcie zadać mu cios skracający
jego męczarnie.
Nie pojawiała się przez trzy dni, chcąc, by
się zaniepokoił i jeszcze bardziej jej zapragnął. Czwartego wieczora,
a właściwie późno w nocy, cała we łzach wtargnęła gwałtownie
do chatki.
- To straszne, Césario! Jestem taka
nieszczęśliwa! Mam ochotę się zabić.
- Co się stało?!
- Mama powiedziała mi, że wyjeżdżamy
do Paryża. Już nigdy więcej się nie zobaczymy!
Wszystko odbyło się tak, jak przewidywała:
najpierw Césario pocieszał ją w swych ramionach, ale nie znalazła
ukojenia (on też nie...), potem zaproponował, by wypić kroplę
czegoś mocniejszego, co podniesie ich na duchu, a po paru kieliszkach,
mnóstwie łez i przytuleń, kiedy już nie mógł się kontrolować,
zaczęli się kochać.
Wanda przeżywała w upojeniu każdą
chwilę tamtej nocy. Tutejsze dziewczyny miały rację: Césario po
prostu wielbił kobiece ciało. Kiedy zaniósł ją do łóżka, miała
wrażenie, że jest boginią składaną na ołtarzu - a potem składał
jej hołdy aż do rana.
Oczywiście, ulotniła się o świcie i
powróciła wieczorem, odgrywając równe poruszenie i rozpacz. Przez
kilka tygodni pogubiony Césario usiłował co noc pocieszyć nastolatkę,
którą najpierw kochał na odległość, by w końcu - oszalały
skutkiem zbyt wielu dotknięć i przytuleń oraz łez otartych na
powiekach i wargach - stracić moralne zasady i uprawiać z nią
miłość z całą namiętnością, na jaką było go stać.
Kiedy Wanda doszła do wniosku, że posiadła
już encyklopedyczną wiedzę na temat męsko-damskich związków w
łóżku (nauczył ją też tego, co lubią samce) - zniknęła z dnia
na dzień.
Powróciwszy do swego zakładu, nigdy już nie
skontaktowała się z Césariem, zajęta doskonaleniem sztuki rozpusty
przy pomocy kilku kolejnych facetów, a potem z radością dowiedziała
się, że jej matka przedawkowała i wyzionęła ducha.
Nareszcie wolna, uciekła do Paryża, gdzie
zanurzyła się w nocnym życiu metropolii i wykorzystując płeć
męską, rozpoczęła swój społeczny awans.
- Wracamy na jacht czy wynajmiemy materace
na plaży? Wanda... Wanda! Słyszysz mnie? Wracamy na jacht czy wolisz
wynająć materac na plaży?
Wanda otwiera oczy, mierzy wzrokiem zmieszanego
jej nieobecnością Lorenza i oświadcza:
- A gdybyśmy poszli obejrzeć płótna
tego miejscowego artysty?
- No nie, to musi być straszne! -
wykrzykuje Giudo Farinelli.
- Czemu nie? To może być całkiem
zabawne! - ripostuje natychmiast Lorenzo, który nie przepuszcza
żadnej okazji, by dowieść Wandzie, jak bardzo jest jej oddany.
Grupka miliarderów dochodzi do wniosku, że
będzie to rozrywkowa wyprawa, i podąża za Wandą, która zbliża się
do Césaria.
- To pan zapraszał nas do swojej
pracowni?
- Tak, proszę pani.
- A czy moglibyśmy teraz skorzystać z
zaproszenia?
Stary Césario potrzebuje kilku sekund, by
odpowiedzieć. Przyzwyczajony, że go grubiańsko zbywają, nie może
się nadziwić, że ktoś zwraca się do niego uprzejmie.
Podczas gdy restaurator potrząsa Césaria
za ramię, chcąc mu wyjaśnić, kim jest słynna Wanda Winnipeg i jaki
honor go spotyka, ona dostrzega spustoszenia, które poczynił czas na
ciele najpiękniejszego niegdyś na całej plaży mężczyzny. Włosy
ma siwe i rzadkie; mści się na nim nadmiar słońca, które z roku na
rok coraz bardziej zużywało jędrną niegdyś skórę, przemieniając
ją w pokrytą plamami obwisłą powłokę, przypominającą tarkę na
łokciach i kolanach. Jego nabite, otłuszczone, pozbawione talii ciało
nie ma nic wspólnego z ciałem sławnego atlety z przeszłości. Tylko
tęczówki oczu zachowały rzadką barwę zielonej ostrygi, ale straciły
sporo blasku.
Choć sama niewiele się zmieniła, nie obawia
się, że Césario ją rozpozna. Tlenione włosy, słoneczne okulary,
niższy głos i rosyjski akcent, a przede wszystkim otaczające ją
bogactwo z góry wykluczają identyfikację.
Wchodząc pierwsza do chatki, wykrzykuje z
zachwytem:
- To wspaniałe!
Błyskawicznie pacyfikuje całą grupę
szybkością działania: nie będą mieli czasu, by spojrzeć na kicze
Césaria własnymi oczami - będą na nie patrzeć oczami Wandy,
która przy każdym obrazie wydaje okrzyki zaskoczenia i zachwytu. Na
pół godziny małomówna zazwyczaj Wanda Winnipeg przemienia się w
gadatliwą, egzaltowaną entuzjastkę - nikt jej takiej dotychczas
nie widział; Lorenzo nie wierzy własnym uszom.
Najbardziej zdumiony jest Césario. Spłoszony
i milczący, zadaje sobie pytanie, czy to wszystko dzieje się aby
naprawdę. Wciąż czeka na wybuch okrutnego śmiechu oraz sarkastyczne
uwagi, które potwierdzą, że się z niego nabijają.
Hymny pochwalne płyną teraz również z ust
innych bogaczy - zachwyt Wandy okazał się zaraźliwy.
- To jest rzeczywiście oryginalne...
- Wydaje się nieudolne, a tak naprawdę
dowodzi mistrzostwa.
- Celnik Rousseau, van Gogh czy Rodin musieli
robić podobne wrażenie na współczesnych - potwierdza Wanda. -
A więc nie trwońmy więcej czasu artysty: ile?
- Przepraszam?
- Ile za ten obraz? Marzę o tym, by
go powiesić w moim nowojorskim mieszkaniu; ściśle rzecz biorąc,
naprzeciw łóżka. Więc ile?
- Nie wiem... Sto?
Wymieniając liczbę, Césario natychmiast
tego żałuje: żąda zbyt wiele, zaczyna tracić nadzieję.
Sto dolarów to dla Wandy tyle co napiwek,
jaki wręczy jutro portierowi w hotelu. Dla niego oznacza sumę, która
pozwoli mu zwrócić dług w sklepie z farbami.
- Sto tysięcy dolarów? - odpowiada
Wanda. - Myślę, że to rozsądna cena. Biorę.
Césario słyszy brzęczenie w uszach; jest
u progu apopleksji. Zadaje sobie pytanie, czy dobrze zrozumiał.
- A ten sprzeda mi pan za tę
samą cenę? Bardzo uatrakcyjni moją wielką białą ścianę w
Marbelli... Och, bardzo pana proszę...
Césario machinalnie potakuje głową.
Próżny Guido Farinelli, wiedząc, że Wanda,
znana ze świetnej głowy do interesów, stara się płacić za wszystko
tyle, ile jest warte, zainteresował się innym bohomazem. Kiedy zaczyna
się targować, Wanda przerywa mu w pół słowa:
- Mój drogi Guido, bardzo cię
proszę... Nie można być kutwą, spotykając podobny talent. Mieć
pieniądze to takie łatwe i pospolite, za to posiadać talent... Tak
wielki talent... - Po czym zwraca się do Césaria: - To
przeznaczenie! Obowiązek! Misja! To zadośćuczynienie za wszystkie
nieszczęścia w życiu.
Daje sygnał do odwrotu, zostawia czek i
uprzedza, że jej szofer zjawi się po obrazy wieczorem. Ogłupiały
Césario ma białą ślinę wokół warg. Właśnie rozegrała się
scena, o której marzył przez całe życie, a on nie ma pojęcia, co
odpowiedzieć; ledwie udaje mu się zachować przytomność. Chce mu się
płakać, chciałby zatrzymać tę piękną kobietę, powiedzieć jej,
jak trudno było przeżyć osiemdziesiąt lat bez krzty zainteresowania
i uznania; pragnąłby jej wyznać, jak godzinami płakał w nocy,
mówiąc sobie w głębi duszy, że może rzeczywiście jest beznadziejnym
malarzem. I teraz, dzięki niej, oczyścił się ze swoich nieszczęść
i zwątpień. Nareszcie może uwierzyć, że jego męstwo nie poszło
na marne, że jego upór nie okazał się próżny.
Wanda podaje mu dłoń.
- Brawo, proszę pana! Jestem naprawdę
szczęśliwa, że mogłam pana poznać.