1. The great I am / Jestem, który jestem
1
THE GREAT I AM / JESTEM, KTÓRY JESTEM
Niedawno odkryłem niepokojącą możliwość. Nie, gorzej: niepokojący fakt.
Mam starą przyjaciółkę, radiolożkę, która od lat wysyła mi wycinki z "British Medical Journal". Wie, że przejawiam zainteresowanie tym, co
upiorne i drastyczne. W mojej pamięci -?tam, gdzie zachodzą na siebie
procesy degradacji i upiększania -?mam zapisane przypadki pacjentów,
którzy wybuchli, gdy rozgrzany skalpel podpalił ich gazy jelitowe, a także incydenty z początków obrazowania rezonansem magnetycznym, kiedy
wewnętrzne metalowe szwy przeszyły ciało jak śrut. Historie te są czasem
opatrzone zdjęciami: na przykład mężczyzny, który tak zapuścił paznokcie
u nóg -?jak pamiętam, na kilka metrów -?że całymi latami nie był w stanie chodzić. Kolejną sprawą jest codzienność lekarzy polegająca na
usuwaniu nieoczekiwanych przedmiotów, które zostały połknięte -?jak
torebki z gwoździami -?lub na siłę umieszczone w odbycie. (W dawnych
czasach popularnymi gadżetami analnymi były miniaturowe popiersia
Napoleona -?nawyk ten niewątpliwie łączył przyjemność z patriotyzmem).
Szczególnie też zapadł mi w pamięć przypadek pewnego mężczyzny, któremu
założono rurkę tracheotomijną. Kiedy zgłosił się na wizytę kontrolną,
lekarze byli zaskoczeni widokiem żółtawych plam wokół otworu, w którym
umieszczono rurkę. Okazało się, że pacjent był skrajnie uzależniony od
papierosów -?pozbawiony możliwości palenia przez usta, odkrył, że jeśli
wyjmie rurkę, papieros idealnie mieści się w otworze; musiał go tylko
podpalić i napełnić płuca dymem. Mężczyźni (a większość tych dziwacznych
działań podejmują właśnie oni) potrafią być niesamowicie pomysłowi,
nawet -?lub zwłaszcza -?kiedy pomysły te są sprzeczne z ich najlepiej
pojętym interesem.
Najnowszy wycinek od doktor Jacky, był -?jakże stosownie -?opatrzony
literackim nagłówkiem: "Proust i magdalenka: razem we wzgórzu mózgu".
Naturalnie zacząłem czytać. "Magdalenka, jak państwo pamiętają, nie była
miłością życia Prousta, lecz kruchym ciastkiem, które, po zanurzeniu w herbacie, wywołało mimowolne wspomnienie autobiograficzne (Involuntary
Autobiographical Memory -?IAM)". Tekst ten bazował na artykule z czasopisma "Neurology Clinical Practice" i dotyczył przypadku
czterdziestopięciolatka, który doznał lewostronnego udaru krwotocznego
tylnej części wzgórza. Konsekwencje były znacznie bardziej drastyczne i specyficzne niż lekki wstrząs, jaki wywołała u Prousta (i jego
fikcyjnego narratora) magdalenka -?która nie była w istocie "kruchym
ciastkiem", tylko puszystym żłobkowanym ciasteczkiem w kształcie
przegrzebka. Pacjent wyjawił, że "smak szarlotki wywołuje w nim
wspomnienia wszystkich szarlotek, które kiedykolwiek jadł; doświadcza
ich chronologicznie i zalewają jego umysł niczym kaskada".
Jak powiedziałem, moją pierwszą reakcją była trwoga: wyobraźcie sobie
gwałtowne natarcia utraconych wspomnień, historyczną lawinę
przetaczającą się z hukiem przez wasze postrzeganie teraźniejszości,
rozdzierającą wasze poczucie własnego ja. A gdyby -?jak zauważył pewien
mój przyjaciel -?czynnik wywoławczy nie był tak pozytywny jak jedzenie
szarlotki? Co by było -?zapytał -?gdybyś puścił bąka, nawet
najcichszego, na co w porządku chronologicznym zostałyby odtworzone
wszystkie bąki, które kiedykolwiek puściłeś? I tak dalej -?sami możecie
bez trudu przytoczyć własne przykłady. Wyobraźcie sobie, jak
wyczerpująca byłaby następująca myśl -?lub widok: przez waszą świadomość
przemyka kilka tysięcy kanapek z bekonem (czy ich jakość i różnice
między nimi, a także wasze reakcje na nie również byłyby uwzględnione?).
Mam teraz siedemdziesiąt kilka lat i jak większość starszych osób,
czasem bywam znudzony samym sobą -?mam tu na myśli moje monotonne
wspominanie różnych myśli i czynów, a także -?przede wszystkim -?opinii.
(A ci, którzy nigdy nie są sobą znużeni, nigdy nie przestają publicznie
czerpać rozrywki z własnego życia i powtarzanych anegdot, to zwykle
najwięksi nudziarze na tej planecie. Znów mężczyźni, na ogół). Lecz
szalona, przytłaczająca nuda wywołana pędzącymi IAM-ami to -
przynajmniej na ten moment -?coś niewyobrażalnego. Czy to nie
sprawiłoby, że chcielibyście się zabić?
Moja druga reakcja była bardziej wyważona i bardziej pisarska. IAM-y z pewnością pomogłyby przy tworzeniu autobiografii. Wydaje ci się, że
zapamiętałeś coś "dokładnie", a im więcej razy przywołujesz to
wspomnienie i je opowiadasz, tym mocniej utwierdzasz się w przekonaniu o jego prawdziwości. Ale co by było, gdyby upomniał cię i poprawił... własny
mózg? Co, gdyby mógł ci przedstawić wszystkie twoje wersje wydarzeń i pokazać, jak stopniowo acz systematycznie oddalałeś się od pierwotnej
relacji? Czy to nie byłoby dziwne i dezorientujące? Ale też pomocne:
trudno byłoby odrzucić wnioski własnego wzgórza, prawda?
A co by było, gdyby twój mózg zawierał nie tylko chronologiczny zapis
wszystkich ciast, które zjadłeś, ale też wszystkich twoich moralnych
działań i zaniechań. Każdego "kocham cię", które wypowiedziałeś, bez
względu na to, czy mówiłeś szczerze. Każdego "kocham cię", którego nie
wypowiedziałeś, a powinieneś był, które chciałeś wypowiedzieć, ale ci
się nie udało. Jak zmierzyłbyś się z rejestrem -?chronologicznym -
wszystkich swoich kłamstw, hipokryzji, okrucieństw, zarówno tych do
uniknięcia i tych, których (z pozoru) uniknąć się nie dało, szorstkich
przeoczeń, zatajeń prawdy, złamanych obietnic, zdrad słowem i czynem?
Nie tylko rzeczywistych chwil słabości, ale też tych wyobrażonych i upragnionych. Przypomnijmy sobie głośny wywiad prezydenta Jimmy'ego
Cartera o pożądaniu, udzielony "Playboyowi", w którym śmiało wyznał: "W sercu wielokrotnie popełniłem cudzołóstwo". Większość z nas się tego
dopuściła, zwykle zachowując wśród świadomych wspomnień tylko te
fantazje, które są szczególnie urzekające i wywołują mniejsze poczucie
winy. Ale co z tymi bardziej wstydliwymi, niedopuszczalnymi, wyuzdanymi
zdradami serca, które postanowiliśmy stłumić?
Słynne wyznanie prezydenta Cartera miało też drugą część, która wydaje
mi się jeszcze śmielsza. Wyznawszy grzechy swojej wyobraźni, ciągnął:
"Bóg rozumie, że będę się tego dopuszczał -?i się dopuszczałem -?i Bóg
mi to wybacza". Osobie niewierzącej wydaje się to więcej niż trochę
zarozumiałe. Wszechmogący nie tylko wybaczy Jimmy'emu Carterowi na
Sądzie Ostatecznym, ale też wybacza mu na bieżąco, ilekroć jego
niewierne serce zabije szybciej. Cóż, może prezydenci mają większy niż
reszta z nas wgląd w naturę i wielkoduszność Stwórcy.
Kolejne pytanie, które się narzuca: co, gdyby dało się wywołać IAM-y,
tak by pacjent -?ty, ja -?nie musiał najpierw doznać masywnego udaru?
Ludzie, wszakże, trepanują się nawzajem od epoki neolitu -?wiercą dziury
w czaszce, żeby wypuścić z niej demony, złe duchy i obłęd, żeby łagodzić
padaczkę i rozmaite zaburzenia psychiczne. W malarstwie
północnoeuropejskim wczesnego XVI wieku popularnym tematem było wycięcie
kamienia głupoty. Najbardziej znany przykład, autorstwa Hieronima
Boscha, przedstawia pulchnego starszego wieśniaka, który siedzi rozparty
na drewnianym krześle, podczas gdy chirurg, z blaszanym lejkiem na
głowie, rozcina mu czoło. (Choć lejek podobno oznacza, że chirurg jest
szarlatanem).
Co by było, gdyby dało się wywiercić w czaszce precyzyjny otwór,
wyrządzając znikomą szkodę, i w ten sposób uwolnić wszystkie nasze
wspomnienia? Fakt, że trudno wyobrazić sobie, by chirurg zgodził się
przeprowadzić taki zabieg albo uznał go za społecznie korzystny ("chcę
lepiej pamiętać matkę" czy "to by mi bardzo pomogło w pisaniu
autobiografii" to powody, które wydają się mało przekonujące). Istnieje
też długa, choć przeważnie niepozorna, historia autotrepanacji, więc
może jakiś śmiałek doświadczający epizodu amnezji lub wczesnej demencji
mógłby przekonać sam siebie -?i znowu, taki lekkomyślny kandydat to
prawdopodobnie mężczyzna -?że taki zabieg byłby wykonalny. Wiertło
dentystyczne, jak się zdaje, to częste narzędzie. Świry robią to, żeby
"poprawić przepływ krwi w mózgu"; także żeby otworzyć -?niemal dosłownie
-?to "trzecie oko", które podobno przynosi nam duchowe oświecenie.
Ale wyobraźcie sobie dalej, że taki zabieg kiedyś staje się
chirurgicznie wykonalny, a także zgodny z prawem: skusilibyście się?
Może pierwszych ochotników dałoby się pozyskać przekupstwem; założyliby,
że nie jest to gorsze niż sprzedawanie własnej krwi.
IAM to po prostu potrzebny, nieunikniony akronim. Ale rozdzielmy
pierwszą i drugą literę, a dostajemy angielskie I AM. Ja Jestem. Co
wydaje się adekwatne. Pamięć to tożsamość, jak sobie często powtarzamy.
Skoro tak, wszystkie IAM-y zapisane wewnątrz nas składają się na to, kim
i czym jesteśmy i byliśmy. A dalej mamy wyrażenie The Great I AM -
Jestem, który jestem -?jedno z imion własnych chrześcijańskiego Boga.
Boga, który karał nas lub nagradzał, bo pamiętał każdy nasz czyn, a także każdą myśl i emocję. Choć wielu nadal wierzy, że po śmierci czeka
ich Sąd Ostateczny, teraz potencjalnie dostępny jest też sąd
przedśmiertny, taki, który poddano modernizacji i sekularyzacji. Nasz
katalog grzechów nie jest wpisany do monumentalnej księgi ewidencyjnej
św. Piotra, lecz znajduje się w naszych mózgach. Być może, żeby znaleźć
do niego klucz, wystarczyłby zespół neurologów.
Tylko kto wtedy bawiłby się w Boga? Nie chirurg, który pełniłby tylko
rolę wykwalifikowanego moderatora. To my robilibyśmy za sędziów. Co
mogłoby prowadzić do pobłażliwości wobec samych siebie. Chyba że -?wręcz
przeciwnie -?to by nas zmusiło, byśmy wreszcie dorośli.
Dowiedziałem się więcej o przypadku mężczyzny, który pamiętał każdą
zjedzoną szarlotkę. Jego IAM-y zaczęły się dziewięć miesięcy po udarze i obejmowały całe jego życie, od pierwszego roku (którego ponoć nie możemy
pamiętać) aż po dziś dzień. Czynnikiem wyzwalającym mógł być dotyk,
zapach, smak lub widok. Pewnego razu zapach świeżego ciasta wywołał
wspomnienie z dzieciństwa -?chodził boso po kuchni babci, trzymając
matkę za rękę. Znów zobaczył fartuch babci i poczuł "krągłość podeszew
swoich stóp". Co brzmi bardzo proustowsko.
Czasem jednak "kaskada" wspomnień uruchamiała się bez żadnego
konkretnego zmysłowego bodźca: pewnego dnia przypomniał sobie ze
wszystkimi szczegółami rodzinną wycieczkę na Międzynarodową i Powszechną
Wystawę Światową w Montrealu w 1967 roku, na której był, gdy miał trzy
lata. Co więcej, i co może dziwne, okazało się, że po udarze poprawie
uległa jego pamięć codzienna. Odkrył też, że jeśli zechce, może
świadomie powstrzymywać napady IAM-ów. Taki wyłącznik to zapewne wielka
ulga dla tego, kto ich doświadcza; a gdyby -?powiedzmy -?pisało się
autobiografię, można by wstrzymywać i na bieżąco redagować ten gwałtowny
potok wylewający się z mózgu. A może z czasem znalazłby się też włącznik
i można by na życzenie uzyskiwać pełny dostęp do swojej przeszłości.
Pytanie: chcielibyście wiedzieć o samych sobie absolutnie wszystko? To
dobry pomysł czy zły? Co pociąga za sobą kolejne pytanie. Czy można
nazywać tę wizualną kaskadę wszystkich szarlotek, które się zjadło,
"wspomnieniami"? Bo to, co zwyczajowo uważamy za wspomnienie, jest
przywoływane, często lub nieczęsto, na przestrzeni naszego życia, i za
każdym razem przeobraża się trochę, aż wreszcie zastyga w formie, którą
-?za własną namową -?uznajemy za prawdę. Ale kiedy pacjent z tamtego
raportu lekarskiego doświadczył "pełnego, szczegółowego przebiegu"
wycieczki na wystawę w Montrealu, zapewne było to coś, czego wcześniej
nie pamiętał (choć rodzina niewątpliwie mu o tym opowiadała). Nie było
to więc wspomnienie, które uległo naturalnej degradacji, a raczej
odtworzenie pierwotnego przeżycia, wierne przywołanie nie tego, co
zapamiętał dorosły, lecz tego, czego przed laty -?tamtego zapomnianego
dnia -?doznał mózg chłopca. To nawet więcej niż dziewicze wspomnienie -
to zdarzenie samo w sobie, takie, jakim przetworzył je wówczas mózg. Czy
wobec tego skusilibyście się może na małą autotrepanację?
Na tym etapie warto wspomnieć o dwóch rzeczach:
Opowiem historię, a raczej historię w historii, ale jeszcze nie
teraz.
To będzie moja ostatnia książka.
Wcześniej wysnułem teorię, że ciągły, gwałtowny szturm niechcianych -?a przynajmniej nieproszonych -?pędzących IAM-ów mógłby sprawić, iż
będziemy chcieli się zabić. Może to przesada. Ale o ile nie
znaleźlibyście sposobu na ich wyłączenie, tak jak znalazł go człowiek od
szarlotek, niewątpliwie zakłócałoby wam to normalne życie. W swoim
klasycznym studium O pamięci, która nie miała granic, sowiecki
neuropsycholog Aleksander Łuria opisał przypadek "Sz.", który pierwszy
raz pojawił się w życiu Łurii w latach dwudziestych XX wieku. Sz. miał
znakomitą pamięć, której funkcjonowanie i mechanizmy badano w warunkach
laboratoryjnych przez okres trzydziestu lat. Zapamiętywał z niezwykłą
dokładnością ciągi liter i liczb, zwrotów i przypadkowych słów, i potrafił przywołać je w najmniejszych szczegółach ponad dziesięć lat
później. Jedną z metod, które stosował, było przypisywanie słowom
kluczom obrazów ejdetycznych:
Gdy mówią mi "słoń" -?widzę ogród zoologiczny; Gdy mówią "Ameryka" -
umieszczam tu wuja Sama; "Bismark" -?jest on koło pomnika Bismarka;
mówią mi "transcendentny", a ja widzę mojego nauczyciela Szczerbina;
stoi i patrzy na pomnik...1
Sz. był też synestetykiem, co dodatkowo go obciążało. Każdemu dźwiękowi,
który słyszał, towarzyszyły światło o różnym natężeniu i kolor. Pytany,
czy pamięta konkretny parkan, odpowiadał, że oczywiście: "ma taki słony
smak i jest szorstki, a dźwięk ma taki ostry i przenikliwy". Kiedy idzie
do restauracji, "Wybiera potrawy według dźwięku. [...] majonez -?bardzo
smaczny, ale "z" psuje smak... "z" to dźwięk niesympatyczny [...] jeśli
[coś] jest źle napisane w menu, już nie mogę jeść... potrawa wydaje mi
się jakaś taka nie-taka...". To wszystko brzmi bardzo męcząco, i takie
właśnie było; każdy nagły odgłos lub cokolwiek innego, co rozpraszało
uwagę, kiedy Sz. usiłował przywołać jakieś wspomnienie, wywoływało
"kłęby pary" lub "bryzgi", które przesłaniały to, co próbował odczytać.
A jako że, nieuchronnie, Sz. został atrakcją na jarmarkach, dobroduszne
lub złośliwe próby widowni, by pomóc mu lub przeszkodzić, ogromnie go
obciążały.
A jak to wszystko wpływało na jego osobowość i życie prywatne? Na Łurii
Sz. sprawił wrażenie "nieco spowolniałego, nieśmiałego człowieka", a jednocześnie takiego, którego "świat wczesnych wspomnień [...] jest o wiele bogatszy". W dorosłym życiu dziesiątki razy zmieniał pracę, zanim
został zawodowym mnemonistą i umiejętność rozwiązywania zadań oraz
niezwykła pamięć stały się dla niego źródłem utrzymania. Ale poza tym
jego dziwny talent często go paraliżował. Na przykład dosłownie nie był
w stanie przeczytać książki, bo postacie o podobnych cechach, które
pamiętał z innych książek, nieustannie wpraszały się do tekstu, który
miał przed oczami. Praktycznie nie mógł czytać poezji, ponieważ
figuratywne myślenie i język zbijały go z tropu. Jak kilkukrotnie
powiedział Łurii, "ja rozumiem tylko to, co widzę". I nie mógł nie
pamiętać; nie potrafił wyłączyć tej części swojego mózgu. W oczach
innych wyglądał jak marzyciel; czas płynął, a on tego nie zauważał.
Rozmowy z nim pełne były niekończących się dygresji; z natury nie
potrafił trzymać się jednego tematu. Jeśli więc wspomniało się przy nim
słowo "koń", musiał też wziąć pod uwagę "jego kolor i "smak"". Tę
skłonność do rozpraszania się odbierano jako nieporadność, przez co
ludzie uznawali go za "opieszałego, mało roztropnego i roztargnionego
człowieka". Łuria wspomniał, że Sz. miał rodzinę -?"dobrą żonę i udanego
syna" -?ale ich także postrzegał jak przez mgłę. W rzeczy samej -
podsumował Łuria -?"trudno było powiedzieć, co było realne: świat
wyobrażeń, w którym żył, czy świat realny, w którym był zawsze
tymczasowym gościem". Taka sytuacja wydaje się przerażająca, absolutnie
nie do pozazdroszczenia: być tymczasowym gościem we własnym życiu.
* * *
Słynny incydent z magdalenką, kiedy to narrator Prousta, Marcel,
zanurzył ją w herbacie, a następnie się nią delektował -?jak zostało
opisane w powieści -?nie jest przykładem IAM-u, czyli mimowolnego
wspomnienia autobiograficznego. To raczej przykład zupełnie
niespiesznego wspomnienia na wpół zamierzonego, na wpół spontanicznego,
czyli ZNWNWZNWS -?co trudno uznać za zapadający w pamięć akronim. W różnych momentach w powieści Marcel zdaje sobie sprawę z istnienia
jakiejś fundamentalnej, głębszej rzeczywistości, która gdzieś tam jest -
w znacznym stopniu niedostępna, a jednak czeka, aż do niej dotrzemy lub
wrócimy. Pierwszy taki niemal transcendentny moment ma miejsce na
początku tekstu. Marcel rozmyśla o Combray, małym wiejskim miasteczku,
gdzie w dzieciństwie spędzał wakacje z dziadkami, i gdzie codzienne
spacery wiodły go w jednym z dwóch kierunków -?du côté de chez Swann
lub du côté de chez Guermantes -?spacery, które stanowią symboliczny
zwiastun dwóch klas społecznych, pomiędzy które podzielone będzie jego
późniejsze życie: bogatej, kulturalnej burżuazji oraz arystokracji,
która pogardzała klasą średnią, a ostatecznie została przez nią
pochłonięta.
Marcel odkrywa, że kiedy usiłuje przypomnieć sobie Combray, ma do
dyspozycji tylko frustrujące normy pamięci: jedyne, co widzi, to "ściana
widoczna przez moment w świetle ogni bengalskich lub wyładowań
elektrycznych, wyodrębniona w ten sposób z reszty budynku, którego
pozostałe części trwały pogrążone w ciemności"2. I ogląda
raz po raz te same sceny. Jest tak dlatego -?uświadamia sobie -?że
wywołuje je "pamięć woli i pamięć rozumu", a jako iż "tego typu
informacje o przeszłości niczego o niej nie potrafią powiedzieć", nie
chce już "rozmyślać o tej reszcie Combray. Wszystko to w gruncie rzeczy
dla mnie już umarło".
Ale potem wydarza się coś wspaniałego. Pewnego dnia, wiele lat później,
przygnębiony wraca do domu, a ukochana matka, widząc, że zmarzł,
proponuje mu herbatę -?"wbrew [jego] zwyczajom". Następnie posyła po
petite madeleine. On macza kawałek ciastka w herbacie i unosi do ust
na łyżce: kiedy go kosztuje, przeszywa go niezwykła rozkosz. Wykracza
ona poza doznanie smakowe; odmienia jego duszę. Znika towarzyszące mu
zwykle poczucie, że jest "byle jaki, przypadkowy, śmiertelny", i Marcel
zyskuje dostęp -?z czym wiąże się "potężna radość" -?do jakiejś istoty
swojego jestestwa.
A Combray? Nie tak szybko. Bierze drugi kęs, w którym nie znajduje nic
ponad to, co znalazł w pierwszym; a potem trzeci, w którym znajduje
mniej. "Koniec z tym, moc napoju zaczyna słabnąć". Zastanawia się przez
chwilę, potem podejmuje ostatnią próbę, żeby wrócić do tej radosnej
chwili, w której wziął pierwszy kęs nasiąkniętego herbatą ciastka. Wtedy
coś się w nim budzi -?wyciągane z głębin jego jestestwa, "to się z wolna
unosi", a procesowi temu towarzyszą "pogłosy przemierzanych odległości".
Jakby coś miało zaraz się objawić, po czym znów osuwa się w otchłań.
Dziesięć razy próbuje wyciągnąć to coś -?cokolwiek to jest, stamtąd -
gdziekolwiek to się znajdowało.
"I naraz wspomnienie mi się objawiło". Nie jest to "pamięć woli i pamięć
rozumu", lecz coś głębszego i bardziej odległego. Nie wywołał tego widok
magdalenki -?widział przez lata tysiące takich ciastek -?lecz coś
bardziej prymitywnego i fundamentalnego: "jedynie zapach i smak,
delikatniejsze, lecz bardziej przy tym żywotne". I tym sposobem naraz
znów znajduje się w Combray, gdzie w niedzielę rano odwiedza ciotkę
Leonię, a ona macza kawałek magdalenki w naparze lipowym i mu go podaje.
Teraz wspomnienia otwierają się przed nim niczym w tej tradycyjnej
japońskiej zabawie, w której kawałeczki papieru pływające po wodzie
przemieniają się w kwiaty. Combray i wszystkie jego zapomniane części
zostają mu przywrócone w pierwotnych barwach i kształtach. Pamięta, jak
"prości ludzie ze wsi i ich domki, i kościół, całe Combray wraz z okolicami, wszystko to, nabierając formy i konsystencji, wyłoniło się -
miasto i ogrody -?z mojej filiżanki herbaty".
Kilka uwag. Po pierwsze Proust wprowadza rozróżnienie między "pamięcią
woli i pamięcią rozumu" a pamięcią mimowolną, która daje nam dostęp do
czegoś głębszego i bardziej fundamentalnego. Jednakże opisany proces
wyraźnie angażuje wolę -?Marcel podejmuje dziesięć prób wydobycia z siebie tych głęboko ukrytych wspomnień. Może początek jest mimowolny
(niespodziewane połączenie herbaty i magdalenki), ale zdaje się, że jest
w tym też spora doza dobrowolności -?zostaje podjęta decyzja, by podążyć
za tym zapachem i smakiem, naprężając linę kotwicy wspomnień. Po drugie,
kiedy udaje mu się odzyskać pełnię wspomnień Combray, ich opis nie
wskazuje, że są one jakościowo odmienne od tych przywołanych przez
banalną i ograniczoną pamięć dobrowolną: "prości ludzie ze wsi i ich
domki", i tak dalej. Marcel mówi nam, że to, co teraz widzi, lub widzi
ponownie, to znacznie pełniejszy obraz niż ten, który ukazywała mu
wcześniej pamięć dobrowolna. Ale czy jest w nim więcej "esencji" i "rzeczywistości"? Nie w ocenie niniejszego czytelnika.
Może mój sceptycyzm wynika z tego, że sam nigdy nie doświadczyłem
takiego transcendentnego wspomnienia; żywię się wyłącznie twardą i suchą
karmą pamięci dobrowolnej. Popytałem wśród kilkorga bliskich przyjaciół
i oni też nie doświadczyli takiego proustowskiego otwarcia. Podejrzewam,
że gdy dziś szuka się dostępu do tego, co zostało dawno zapomniane,
można spróbować psychoterapii albo substancji psychoaktywnych jak LSD,
żeby przy ich użyciu otworzyć wrota pamięci i percepcji. Czy sam bym z nich skorzystał? Zapewne nie. Lecz przecież nigdy nie doznałem
frustracji wobec ograniczeń pamięci rozumu, której doznał Marcel; i wątpię, że gdybym mógł ponownie wrócić do Acton, w zachodnim Londynie,
późnych lat czterdziestych i wczesnych lat pięćdziesiątych XX wieku,
przeszłość otworzyłaby się przede mną jak japoński kwiat w wodzie i przywołałaby zapomniane rzeczy i zapomniane szczęście. Nie umiem też
zgadnąć, jaki nagły bodziec zapachowy mógłby na mnie zadziałać: z pewnością nie przypadkowy kawałek rozmoczonego ciastka. Prędzej byłby to
zapach kleju i werniksu, których używałem przy składaniu modelu
samolotu, lub zapach smażonego bekonu albo wilgotnego golden retrievera.
W eseju Szkic z przeszłości Virginia Woolf (która zarówno podziwiała
Prousta, jak i mu zazdrościła) z przedziwną błyskotliwością powiązała
Combray z potencjalnym przyszłym światem IAM-ów:
To chyba znaczy, że moja pamięć dostarcza tego, co zapomniałam, tak że
wydaje się, że to się dzieje niezależnie, chociaż naprawdę to ja
sprawiam, że się dzieje. Przy pewnych odpowiednich nastrojach
wspomnienia -?to, co się zapomniało -?wychodzą na wierzch. Skoro zatem
tak jest, czy to niemożliwe -?często się zastanawiam -?że to, co
przeżywaliśmy z wielką intensywnością, istnieje niezależnie od naszych
myśli, istnieje w gruncie rzeczy nadal? A jeśli tak jest, czy nie
będzie możliwe, z czasem, że zostanie wymyślony jakiś przyrząd, dzięki
któremu będziemy mogli to ściągać? Widzę ją -?przeszłość -?jako aleję
leżącą poza mną, długą wstążkę scen, uczuć. Na końcu tej alei nadal
jest ogród i pokój dziecinny. Zamiast przypominać sobie tutaj jakąś
scenę, a tam dźwięk, wetknę wtyczkę w ścianę i będę słuchać
przeszłości. Znajdę sierpień 1890 roku. Czuję, że silne uczucie musi
zostawiać po sobie ślad; i to tylko kwestia odkrycia, w jaki sposób
możemy znowu się z nim połączyć, tak żeby móc przeżywać swoje życie od
początku3.
Obok pamięci IAM istnieje jeszcze inne zjawisko: tak zwana HSAM, czyli
Highly Superior Autobiographical Memory -?wybitna pamięć
autobiograficzna. Wiadomo o zaledwie około stu osobach, które dysponują
tą zdolnością, lub też się z nią zmagają. Jedną z nich jest
osiemnastoletnia Kanadyjka, która może nie tylko opisać, co robiła
dowolnego dnia swojego życia, ale też w co była ubrana i co jadła. Każdy
dzień -?mówi -?zostaje zarchiwizowany w jej mózgu jako "krótki filmik",
który może odtworzyć na życzenie. Trudno sobie wyobrazić, żeby taki
nadmiar szczegółowej wiedzy o samej sobie mógł mieć jakieś zalety; łatwo
natomiast dostrzec jego poważną wadę -?niemożność edycji, umniejszenia
lub usunięcia niechcianych wspomnień. Nie mówiąc o tych bolesnych:
podczas gdy dla reszty z nas czas może trochę złagodzić ich dotkliwość,
a nawet pozwolić nam zapomnieć, dla niej one na zawsze pozostaną równie
nieprzyjemnie wyraziste jak w dniu, w którym się zrodziły. A poza tym,
jakie możliwe zastosowanie mógłby mieć stały dostęp do własnej
przeszłości, poza występami na scenie lub w telewizji, jak wykorzystywał
go mnemonista Łurii?
Mówimy o "figlach, które lubi nam płatać pamięć" -?kto jednak
zazdrościłby osobie z pamięcią HSAM? Żadnych figli, tylko ciągłe,
nieuniknione, wolne od figli wspomnienia... Na pewno zaczęlibyście
zazdrościć tym z "normalną" pamięcią -?dziurawą, zawodną, a nawet
psotną. Jednym ze szczególnie dokuczliwych chwytów mózgu jest tak zwana
kryptoamnezja, która polega na tym, że dana osoba staje w obliczu
zapomnianego wspomnienia, ale nie rozpoznaje, czym ono jest, tylko
uznaje je za nową i oryginalną myśl.
To zjawisko jako pierwszy zidentyfikował w 1874 roku angielski
spirytualista i medium o kryptospirytualistycznym imieniu i nazwisku
Stainton Moses. Jak można się spodziewać, często kojarzone jest z plagiatem i oszustwem. Jednakże najbardziej znany -?i jak się zdaje
autentyczny -?przypadek kryptoamnezji dotyczy Nietzschego, który gdzieś
w tekście Tako rzecze Zaratustra powtórzył słowo w słowo opis
zdarzenia z książki wydanej pół wieku wcześniej. Plagiat? Według siostry
Nietzschego nie: potwierdziła, że brat istotnie czytał tamten utwór
jakoś między dwunastym a piętnastym rokiem życia, gdy jego pamięć była
już imponująca. Natomiast kiedy pisał Zaratustrę, cierpiał na znaczne
zaburzenia funkcji poznawczych, połączone z monomanią. Siostra była
przekonana, że to "powracające wspomnienie" naprawdę wydało się
Nietzschemu oryginalną myślą, którą sam właśnie wytworzył. Zapominanie
własnych wspomnień, a raczej przywłaszczanie sobie słów innych i uznawanie ich za całkiem nowe -?to bogate pole. Czasami wydaje się, że
mózg po prostu się nami bawi.
Zdaję sobie sprawę, że istnienie IAM-ów, i nasze uznanie tego faktu,
zmienią też nasz związek z naszymi mózgami. Trudno myśleć o mózgu, bo
wiąże się to z użyciem jego samego: skomplikowane, a może też
ostatecznie daremne przedsięwzięcie. A mimo to większość z nas czuje, że
w jakiś sposób dowodzimy swoimi mózgami, tak jak -?choć to może
niewłaściwa metafora -?kapitan łodzi podwodnej dowodzi swoim okrętem.
Peryskop w górę! Lustrować horyzont! Intruzi! I tak dalej. Wyobrażamy
sobie, że mówimy naszym mózgom, w którą stronę mają wycelować torpedy i kiedy je odpalić. Jednak takie poczucie ładu i kontroli nie wytrzymuje
głębszej analizy. Nasze mózgi mają nad nami znaczną przewagę: wiedzą
wszystko to, co my, podczas gdy my wiemy tylko o niektórych ich
działaniach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki